Polska 50+

Od lat, w takie święta jak Wielkanoc czy Boże Narodzenie, spotykamy się całymi rodzinami. I pewnie nie zauważamy, że średnia wieku uczestników świątecznych śniadań i obiadów z roku na rok rośnie.

Ci z nas, którym stuknął piąty, szósty lub siódmy krzyżyk na karku – mogą się pocieszać. Że przez te kilkadziesiąt lat życia, wraz z nimi, zestarzała się cała Polska. Ale marne to pocieszenie. Zapowiada bowiem coraz poważniejsze kłopoty dla wszystkich: od braku rąk do pracy począwszy, a na braku pieniędzy na wypłaty dla coraz liczniejszej rzeszy emerytów skończywszy. Nawet program 500+ nie stanie się błyskawicznym remedium na te kłopoty. Krzyczące dzisiaj w wózkach beneficjentki i beneficjenci tego programu, staną się dorosłymi, wykształconymi, pracującymi Polkami i Polakami gdzieś około roku 2040. A dla pokolenia 50+ to perspektywa dramatycznie odległa. I niepewna.

O wyższości świąt

Demografowie przedstawiają strukturę wiekową społeczeństw w postaci piramidy płci i wieku. U podstawy piramidy znajdują się najmłodsi, u samej góry najstarsi. Jeszcze sześćdziesiąt parę lat temu, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, polska piramida płci i wieku przypominała niemal idealną choinkę bożonarodzeniową – rozłożystą u podstawy i z ostrym szpicem u góry. Wiadomo, żyliśmy krócej, a wojna bezlitośnie przetrzebiła wiele roczników Polaków. Odbudowa kraju ze zniszczeń oznaczała też „odbudowę” demograficzną – lata pięćdziesiąte były okresem wielkiego boomu demograficznego.
Statystyki mówią same za siebie. Na początku lat pięćdziesiątych, w 25-milionowej Polsce, rodziło się rocznie prawie 800 tysięcy młodych obywateli. W roku 2016, w ponad 38-milionowej Polsce, urodziło się ich zaledwie 382 tysiące.
Rysowana dzisiaj przez demografów piramida płci i wieku jest coraz węższa u podstawy i coraz szersza u góry. Coraz mniej dzieciaków biega po podwórkach, a pokolenie 50+ jest coraz liczniejsze. Zaś piramida płci i wieku przypomina raczej wielkanocną palmę – im wyżej, tym bardziej rozłożystą.
Nie jest moim celem prowadzenie sporu o „wyższości świąt Bożego Narodzenia”. Starzejemy się. I polityk musi brać ten fakt pod uwagę.

Mohery Kaczyńskiego

Często sami godzimy się na zepchnięcie na życiową bocznicę. Dla pracodawców – za starzy. Dla własnych dzieci – opiekunowie dla wnuków. Dla fryzjerów i kreatorów mody – zupełnie bez znaczenia. Resztki włosów na głowie i niemodny garnitur. Jako przedstawiciel pokolenia 50+ (a nawet 60+), ubolewam nad tym. Kiedyś Donald Tusk z pogardą mówił o „moherowych beretach”. A dzisiaj Jarosław Kaczyński (rocznik 49) i Antoni Macierewicz (rocznik 48) wraz z tymi „moherowymi beretami” rządzą Polską.
Po raz kolejny odwołam się do liczb. Ale najpierw pytanie: czy ktoś z czytelników policzył, ilu jest Polaków pokolenia 50+? Ponad 13 i pół miliona! Już dzisiaj, to najliczniejsza grupa wiekowa w naszym kraju. I co ciekawsze, nie mająca własnej reprezentacji politycznej. Jest co prawda Krajowa Partia Emerytów i Rencistów, ale jej elektorat to zaledwie ułamek procenta z tych 13 milionów. Bo wiele milionów Polek i Polaków, po przekroczeniu „pięćdziesiątki”, nie odlicza jedynie dni do końca pracy, jak poborowy z centymetrem.

50+ rządzi

Doświadczenie zawodowe, pozycja w środowisku, stabilizacja finansowa – to wszystko zalety ludzi z pokolenia 50+. Można zazdrościć Bartłomiejowi Misiewiczowi jego 27 lat, ale jeśli zarząd Polskiej Grupy Zbrojeniowej miał kłopoty kadrowe, to fachowców winien szukać gdzie indziej. Nie patrząc przy tym na PESEL i legitymację partyjną. W Sojuszu Lewicy Demokratycznej poznałem tak wielu doświadczonych fachowców, że zdołaliby zastąpić nie tylko Misiewicza, ale i cały zarząd PGZ, który go na to intratnym stanowisku zatrudnił.
Święta, świętami , ale nie zwalniają one od myślenia politycznego. Pisałem o tym dwa tygodnie temu na łamach Trybuny: w ostatnich wyborach parlamentarnych na Prawo i Sprawiedliwość zagłosowało 5,7 miliona wyborców. To nawet nie połowa koleżanek i kolegów z mojego pokolenia – pokolenia 50+. Partia, która przekona starszych wyborców, że potrafi najlepiej zadbać o ich przyszłość , nie musi się martwić o przekroczenie progu 5-procentowego. Będzie miała mandat do rządzenia – w imieniu 13,5 milionowej rzeszy wyborców. I taką partią powinien być Sojusz Lewicy Demokratycznej.

SLD 50+

Na zebraniach partyjnych słyszę utyskiwania, że za mało jest w SLD młodych działaczy. To nie do końca prawda, bo garnitur polityków Sojuszu pojawiających się w telewizjach, nie zawsze odpowiada reprezentacji wiekowej całej partii. Ale zgadzam się, średnia wieku, zarówno działaczy jak i wyborców SLD, plasuje się gdzieś w okolicach owej magicznej granicy 50+. Mimo tego, że po ostatnich wyborach w partii, w wielu miastach i powiatach „rządzą” młodzi.
Polityka jest sztuką rzeczy możliwych. A nie, pobożnych życzeń. Zaś pragmatyka polityczna podpowiada, że partia taka jak SLD najliczniejszą rzeszę swoich wyborców może znaleźć właśnie w pokoleniu 50+. Zwłaszcza, że inne partie traktują takich wyborców jak sklerociałych staruszków, którym da się wcisnąć każdą bzdurę.

Trzynasta ściema

Jak to mówią: „nóż się w kieszeni otwiera”, słuchając polityków Platformy Obywatelskiej, zapowiadających ”trzynastą emeryturę”. Rzecz jasna, po szczęśliwym powrocie PO do władzy i nominacji Grzegorza Schetyny na premiera. Obserwując ostatnie sondaże, nie można wykluczyć takiego rozwoju wypadków. Ale opowiadanie o „trzynastej emeryturze” już dziś można między bajki włożyć. Przestrzegałbym inne partię, a SLD w szczególności, przed podbijaniem licytacji i łudzeniem obecnych i przyszłych emerytów obietnicami bez pokrycia. „Czternastki” to może sobie wypłacać KGHM, bo pokłady miedzi starczą jeszcze na jakiś czas (choć i oni ostatnio cienko przędą). Zaś w Funduszu Ubezpieczeń Społecznych dno widać już od dawna. I z roku na rok będzie coraz gorzej.
Miesięcy mamy w roku dwanaście. I jeśli PiS nie wprowadzi jakiejś „dobrej zmiany” do kalendarza – nadal tak pozostanie. Jestem za tym, aby systematycznie podwyższać wysokość każdej z dwunastu miesięcznych emerytur. By bez problemu starczały na życie. Silenie się na „wodotryski” w rodzaju „trzynastych emerytur” – to wyłącznie przedwyborcza kiełbasa.
Zamiast „trzynastej ściemy” Sojusz Lewicy Demokratycznej proponuje w swoim programie racjonalne rozwiązanie. Moje pokolenie juz to wie – „kostucha” zbiera wśród nas żniwo każdego roku. I nagle, z rodzinnego budżetu, na który składają się dwie emerytury – robi się jedna. SLD proponuje, by po śmierci współmałżonka, do emerytury była doliczana połowa emerytury zmarłego.

Ślachetne zdrowie

Kochanowski pisał: „Ślachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, aż się zepsujesz”. Od tamtych czasów minęło pół tysiąca lat. Byliśmy na księżycu, mamy komórki i GPS-y, potrafimy z jednego włosa wyczytać prawie wszystko o jego właścicielu. Ale „awaryjność” pokolenia 50+ nadal pozostaje na wysokim poziomie. Dlatego opieka zdrowotna musi być pierwszym punktem programu kierowanego do moich rówieśników.
Kiedyś opowiadano sobie w Polsce o stresie Amerykanów. Pozbawionych bezpłatnej służby zdrowia. I niepewnych, czy w razie choroby, stać ich będzie na koszty leczenia. Dzisiaj, ten amerykański „zły sen” jest udziałem Polaków. A bezpłatna służba zdrowia – fikcją. Rozprawiamy codziennie o łamaniu Konstytucji: Trybunale Konstytucyjnym i Krajowej Rady Sądowniczej. A od lat, kolejne rządy, łamią artykuł 68 tejże Konstytucji. I co? I nic.
Sojusz Lewicy Demokratycznej miał swój walny udział w uchwaleniu Konstytucji z 1997 roku. Powinien przyrzec wyborcom, że po wyborach będzie pamiętał o artykule 68: „Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych”. I przywróci naprawdę bezpłatną służbę zdrowia w Polsce. Bo kiedyś taka była.

Srebrna rewolucja

Wspomniana „wdowia emerytura” oraz sprawna i bezpłatna służba zdrowia – to tylko dwa przykłady zaczerpnięte z zaprezentowanego na grudniowej Radzie Krajowej SLD pakietu „spraw do załatwienia” – z myślą o ludziach starszych. W społeczeństwie, w którym ponad jedna trzecia obywateli przekroczyła pięćdziesiąty rok życia, potrzebna jest „srebrna rewolucja”. I wśród liczących się sił politycznych właśnie Sojusz Lewicy Demokratycznej ma najlepsze możliwości jej przeprowadzenia.
„Srebrna rewolucja” to nie tylko służba zdrowia. To również takie zmiany w polityce zatrudnienia, by pięćdziesięciolatek pozostawał cenionym pracownikiem w swoim zakładzie pracy i zawodzie. Bo doświadczenie jest nierzadko ważniejsze niż sprawność fizyczna trzydziestolatka. Minęło właśnie siedem lat od katastrofy pod Smoleńskiem, będącej w znacznej mierze skutkiem brawury młodych pilotów. Gdy u naszych niemieckich sąsiadów do samolotu wsiada Angela Merkel, za sterami siedzi pilot po pięćdziesiątce. Tak jest bezpieczniej.
„Srebrna rewolucja” to również łatwiejszy i tańszy dostęp do wypoczynku, rekreacji, kultury i usług publicznych. W moim Wrocławiu każdy sześćdziesięciolatek może za 10 złotych spędzić całe przedpołudnie w parku wodnym. Za 10 złotych obejrzeć na stadionie mecz Śląska Wrocław (fakt, grają marnie). W Warszawie za 50 złotych emeryt może kupić roczny bilet komunikacji miejskiej – wychodzi 4 złote z groszami za miesiąc. Skoro nie damy rady w najbliższym czasie podwoić emerytur, szukajmy takich rozwiązań.

* * *

Byłem kiedyś świadkiem rozmowy młodych ludzi. Czuję się taka stara – żaliła się swojemu chłopakowi jego dziewczyna. Wczoraj skończyłam dwadzieścia trzy lata.
Starość to stan ducha, nie metryka. Byście zawsze pozostawali młodymi duchem – tego życzę w te święta wszystkim moim czytelnikom.