I co z tego, że to nie nasze?

Polskim wydawcom nie podoba się, że Unia Europejska chce utrudnić sięganie po czyjeś publikacje internetowe bez jego zgody.

W Unii Europejskiej toczą się bardzo zaawansowane prace nad reformą prawa autorskiego (tzw. dyrektywa o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym). Polscy wydawcy śledzą je z niepokojem, bo obawiają się skutków wprowadzenia zaplanowanych ograniczeń.
Obawy Forum Wydawców Internetowych budzi zwłaszcza zapis unijnej dyrektywy, zwiększający prawa wydawców. Według nich, jeśli propozycje przepisów w obecnym brzmieniu wejdą w życie, to pozwolą one na blokowanie twórcom polskich stron internetowych i portali, możliwości udostępniania linków oraz wybranych treści, jeśli nie uzyskają oni wcześniej zgody każdego z wydawców na ich publikację.
Oznacza to w praktyce, że udostępnianie fragmentów tekstów, a nawet linków do nich, będzie możliwe tylko pod warunkiem, że właściciel witryny internetowej, dziennikarz, czy pojedynczy bloger za każdym razem otrzyma stosowne pozwolenie od wydawcy, posiadającego prawa własności do tej treści, scedowane przez autora.
Unijna propozycja nie dotyczy oczywiście tylko polskich stron internetowych oraz portali – i brzmi całkowicie logicznie, bo trudno zrozumieć dlaczego ktoś, kto jest właścicielem jakichś publikacji w sieci, miałby być pozbawiony prawa decydowania o ich losach.
Nasi wydawcy internetowi wskazują jednak, że przyjęcie takiej propozycji jest technicznie i organizacyjnie trudne do zrealizowania.
„W dobie szybkiego, wręcz błyskawicznego przepływu informacji (powodowanego również oczekiwaniami ich odbiorców, a zatem wszystkich konsumentów mediów elektronicznych), propozycję koniecznego każdorazowego uzyskiwania pozwolenia na udostępnianie fragmentów cudzych tekstów, czy nawet linków, uznajemy za nieprzystającą do rzeczywistości.” – głosi Forum Wydawców Internetowych.
Wydawcy ostrzegają też, że przyjęcie tej regulacji zwiększy asymetrię między małymi wydawcami a dużymi graczami medialnymi. Najświeższe wiadomości będą pochodzić od dużych wydawców i przedsiębiorstw, którym mocna pozycja rynkowa pozwoli na wynegocjowanie korzystnego „podatku od linków”. Podają przykład Hiszpanii, gdzie jakoby okazało się, że to właśnie najmniejsi wydawcy stracili najwięcej.
Ale co tam Hiszpania! Zmniejszenie dostępu do treści informacyjnych odbije się negatywnie przecież na polskich konsumentach. Nie będą oni mieli już tak łatwego, swobodnego i otwartego dostępu do zróżnicowanej gamy informacji i treści publikowanych w internecie, jak obecnie. Proponowane przepisy stworzą istotne przeszkody ludziom poszukującym w sieci różnorodnych, dobrze zrelacjonowanych artykułów z wielu mediów, różniących się światopoglądowo, czy merytorycznie.
Po przyjęciu tych przepisów swoboda łatwego dostępu do różnych źródeł wiadomości zostanie odebrana, a to oznacza nie tylko mniejszy wybór i różnorodność opinii, a także ryzyko ograniczenia dostępu polskim konsumentom niemal wyłącznie do punktów dystrybucji informacji kontrolowanych przez kilku międzynarodowych wydawców, posiadających quasi monopolistyczną pozycję.
Co więcej, przyjęcie takiej propozycji zaszkodzi dostępności mediów, ograniczy cyrkulację wiadomości i treści w Internecie oraz rodzi poważne ryzyko udzielania selektywnego dostępu informacji tylko wybranym lub wręcz preferowanym podmiotom. „Uznajemy, że byłyby to skutki katastrofalne z punktu widzenia kluczowej zasady, jaką jest swobodny dostęp do rzetelnej informacji” – alarmują wydawcy internetowi.
Czytając to wszystko, trudno nie zauważyć, jak głębokich i wyszukanych uzasadnień się używa, byle tylko móc sięgać bez czyjejś zgody po jego własność intelektualną w internecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *