Wuj został sam

„America First” na Bliskim Wschodzie.

Samoizolacja USA na Bliskim Wschodzie – tak w skrócie można podsumować decyzję prezydenta Donalda Trumpa o wycofaniu się z porozumienia z Iranem. Zważywszy, że pozostałe strony umowy zamierzają kontynuować współpracę z rządem w Teheranie, Stany Zjednoczone na własne życzenie przestają odgrywać kluczową rolę w regionie.
Przypomnijmy, że porozumienie z Iranem zostało podpisane w 2015 r., po wielomiesięcznych negocjacjach, prowadzonych głównie przez amerykańskich dyplomatów. To dzięki determinacji prezydenta Baracka Obamy – często wbrew własnemu zapleczu politycznemu – udało się zażegnać jeden z największych od wielu lat kryzysów na Bliskim Wschodzie. Irański program atomowy zaniepokoił bowiem na tyle Izrael i Arabię Saudyjską, że coraz częściej i coraz głośniej mówiono o wybuchu wojny.

W poszukiwaniu konfliktu

Wśród sygnatariuszy porozumienia – obok USA i Iranu – znalazły się Unia Europejska, Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Rosja i Chiny. W zamian za zniesienie sankcji gospodarczych, rząd w Teheranie zobowiązał się do znacznego ograniczenia swojego programu atomowego, który dodatkowo miał być kontrolowany przez zewnętrznych obserwatorów. Rzeczywiście, w ciągu minionych czterech lat irańskie zapasy uranu zostały zmniejszone o 98 proc. Większość z nisko wzbogaconego uranu trafiła do Rosji. To, co pozostało, przeznaczono zaś na rozwój energetyki jądrowej. Ponadto Iran zgodził się wstrzymać – co najmniej do 2031 – budowę reaktorów wodnych.
Do czasu wyboru Donalda Trumpa na prezydenta, Stany Zjednoczone wyrażały zadowolenie z realizacji porozumienia. Obserwatorzy z Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA) na bieżąco monitorowali sytuację w Iranie, za każdym razem zaprzeczając możliwości budowy arsenału nuklearnego. Trudno było wątpić w rzetelność raportów, biorąc pod uwagę, że rząd w Teheranie zgodził się dopuścić zagranicznych obserwatorów do każdego etapu realizacji swojego programu. Podobnej swobody MAEA nie miała w żadnym innym państwie.
„Porozumienie z Iranem było wadliwe od samego początku. Jeśli nic teraz nie zrobimy, dobrze wiemy, co stanie się niedługo. W krótkim czasie światowy lider w sponsorowaniu terroryzmu będzie mógł zdobyć najniebezpieczniejszą broń. Dlatego chciałem dzisiaj poinformować, że Stany Zjednoczone wycofują się z porozumienia” – tak prezydent Trump wyjaśnił swoją decyzję.

Zademonstrować siłę

Politolodzy głowią się jak zinterpretować ten ostatni ruch Trumpa. Warto bowiem podkreślić, że za podtrzymaniem dialogu z Iranem opowiedzieli się nie tylko demokraci, chcący zachować dziedzictwo Obamy. Także wśród konserwatystów pojawiły się głosy, aby USA mimo wszystko nie zrywały porozumienia, lecz co najwyżej rozpoczęły starania o jego modyfikację. „Iran niczego od nas nie żąda. Jego łodzie patrolowe przestały niepokoić nasze okręty w Zatoce Perskiej. Jego oddziały w Iraku i Syrii nie utrudniają naszych akcji przeciwko ISIS. Co więcej, jak zapewniają inspektorzy ONZ, Iran wywiązuje się z umowy dotyczącej jego programu atomowego” – pisał przed ogłoszeniem decyzji Pat Buchanan, jeden z wpływowych konserwatywnych publicystów.
Wydaje się więc, że za decyzją Trumpa nie stoi jakaś dalekosiężna wizja, lecz – jak to już wcześniej bywało – chęć zademonstrowania własnej siły. Z pewnością pewien wpływ na zerwanie umowy miała niedawna konferencja prasowa izraelskiego premiera Benjamina Netanyahu, podczas której mówił o tajnym irańskim programie atomowym. Jednak przedstawione przez niego dowody rzekomej winy Teheranu pochodziły głównie sprzed 2015 r., a więc dotyczyły okresu poprzedzającego podpisanie porozumienia. Nawet „The New York Times”, którego trudno posądzić o antyizraelskie nastroje, skrytykował wystąpienie premiera.
„Netanyahu nie przedstawił żadnych dowodów na to, że Iran naruszył porozumienie, odkąd weszło ono w życie na początku 2016 r. Prawdopodobnie zatem izraelski premier – który sprzeciwiał się umowie od samego początku i który nawet przybył do amerykańskiego Kongresu, aby spróbować ją zablokować – miał nadzieję, że jego ‘rewelacje’ wpłyną na Trumpa i wymogą na nim wycofanie się z umowy” – napisał nowojorski dziennik 30 kwietnia.

Dwoje zadowolonych

Nic zatem dziwnego, że jedyne bliskowschodnie kraje, które wyraziły zadowolenie z takiej decyzji USA, to Izrael i Arabia Saudyjska. Oba należą do najbliższych sojuszników Trumpa w regionie, a zarazem oba są uznawane za głównych przeciwników Iranu. Dlatego już sam fakt ich poparcia poddaje w wątpliwość szczerość słów amerykańskiego prezydenta. Z jednej bowiem strony Izrael jest jedynym państwem w regionie, które posiada broń nuklearną – pozyskaną wbrew międzynarodowym traktatom. Z drugiej, Arabia Saudyjska ma na swoim koncie bliskie związki z różnego rodzaju islamskimi grupami terrorystycznymi, na czele z Al-Kajdą. Gdyby zatem Trump rzeczywiście chciał zmniejszyć zagrożenie atomowe na Bliskim Wschodzie i zlikwidować ostoję terroryzmu, powinien najpierw porozmawiać ze swoimi sojusznikami. Nie oznacza to, że Iran jest bez winy, jednak trudno go uznać za główną siłę destabilizującą region.
Jakiekolwiek by nie były motywy Trumpa, jego decyzja spycha USA na margines na Bliskim Wschodzie. Już wcześniej Stany Zjednoczone przestały być postrzegane jako neutralny pośrednik między Izraelem a Palestyną, na czym przede wszystkim zaważyły przenosiny amerykańskiej ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy. Również dwuznaczne zaangażowanie USA w wojnę w Syrii i Jemenie nie przysporzyło Waszyngtonowi nowych sojuszników.

Wuj został sam

Wycofanie się z porozumienia z Iranem jest zatem kolejnym krokiem na drodze do samoizolacji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie. Naturalnie, powstałą próżnię będą starały się wypełnić teraz inne państwa, na czele z Rosją i Chinami, co jednak nie wróży dobrze dla stabilizacji tego regionu. Z kolei Unia Europejska, także jeden z sygnatariuszy porozumienia, wciąż pozostaje zbyt słaba politycznie, aby skutecznie kształtować wydarzenia na Bliskim Wschodzie.
Jak dotychczas, polityka „America First” („Przede wszystkim Ameryka”), którą wdraża Trump od początku swojej kadencji, pogłębiła jedynie izolację USA i wprowadziła zamęt na międzynarodowej scenie. Tymczasem wycofanie się z porozumienia z Iranem może mieć o wiele większe reperkusje niż wszystkie dotychczasowe decyzje obecnej amerykańskiej administracji. Ceny ropy już poszły w górę. Cenę polityczną przyjdzie dopiero zapłacić – być może nam wszystkim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *