Żyję w kraju absurdu

Z reżyserem, aktorem i scenarzystą Bodo Koxem rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co)

„Lepsze jutro było wczoraj” – taki napis pojawia się w twoim filmie „Człowiek z magicznym pudełkiem”. Naprawdę tak myślisz?
Ten film jest wynikiem moich zainteresowań i obaw związanych z przyszłością. Jak tworzyłem scenariusz, to głęboko wszedłem w różne teorie i fakty historyczne, o których często się nie mówi. Nie przekreślam także teorii uznawanych za spiskowe, bo wszystko zależy od punktu siedzenia i widzenia. Prywatnie uważam, że świat stoi przed wielkimi zmianami, które dokonują się na naszych oczach. To związane jest ze zmianą stosunku sił po 1989 roku, kiedy upadł Związek Radziecki, a „policjantem ziemi” stały się Stany Zjednoczone. Przez wiele lat żyliśmy w przeświadczeniu, że wszystko, co złe, już za nami i nic więcej się nie wydarzy. A tu przyszedł kryzys ekonomiczny w 2008 roku, pierwsze oznaki kryzysu migracyjnego w 2012 roku. Poza tym nie doceniliśmy pozycji i potęgi Chin, a to one chcą być teraz hegemonem. Stany Zjednoczone nie odpuszczą, Rosja też będzie chciała coś ugrać. Jak zamieszamy w tym kotle, to siłą rzeczy Europa i Polska dostaną rykoszetem.

W twoim filmie już dostały?
W moim filmie tworzę wizję świata po kryzysie zbrojnym. Wydarzyło się coś niepokojącego, ale nie totalnie destrukcyjnego. Mamy nowe, odrodzone państwo. Ale wszystko poszło w kierunku nacjonalistycznych i narodowych klimatów…

To realne zagrożenie?
Nie jest to niemożliwe. Są pewne przesłanki. Jeżeli młodzi chłopcy i dziewczęta paradują po miastach z pochodniami i sztandarami nacjonalistycznymi, to przecież coś nam to przypomina. Przynajmniej mi przypomina. Jest taka scena w genialnym filmie „Kabaret”, kiedy Amerykanin jedzie z poznanym w Berlinie arystokratą na niemiecką wieś, gdzie chłopczyk w mundurze Hitlerjugend śpiewa piosenkę pod wiele mówiącym tytułem „Tomorrow belongs to me”. To niepozorna scena, ale pokazująca rodzące się niebezpieczeństwo. Tyle że lekceważone przez innych.
Wydaje mi się, że u nas też nie traktuje się tego zagrożenia poważnie. A przecież są to ruchy o podłożu jawnie nacjonalistycznym, rasistowskim i antysemickim. Historia uczy, że w takich sytuacjach prędzej czy później dochodzi do pogromów.

Boisz się tego? Skoro w Polsce też jest przyzwolenie na takie hasła…
Nie wiem, jak to się może skończyć… Na razie większość Polaków jest przekonana, że jest wspaniale. Mają co jeść i pić, niektórzy dostali dodatkowe pieniądze, ekonomicznie nie jest źle, czyli wszystko gra.

Ale nie gra.
Dla nas może nie gra, bo chyba mamy inny system wartości, aspiracje i potrzeby. Ale ta władza reprezentuje i trafia bezbłędnie do przeciętnych Polaków. To partia „robotniczo-chłopska”. A zatem „jest super, jest super, więc o co ci chodzi…”?

Musimy w takim razie tłumaczyć, o co chodzi.
A myślisz, że kogoś obchodzi konstytucja? Wolne sądy?

Myślę, że tak. Mnie obchodzi. A ciebie nie?
Powoli przestaję się tym interesować, bo chyba się gubię. Inne społeczeństwa jak są najedzone i jest im dobrze, to zaczynają myśleć o sprawach duchowych i filozoficznych. A zauważyłem, że u Polaków w takim stanie dochodzi do odcięcia mózgu. I właśnie z czymś takim mamy teraz do czynienia. Zaraz zresztą będzie Mundial i nic innego nie będzie się liczyć. Chleb jest i kiełbasa wyborcza, zaraz będą igrzyska. Odpowiedź na podstawowe pytania, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy, serwuje im Kościół. I to wystarczy.
Przecież nie każdy ma potrzebę wolności czy prawa do nieskrępowanego wyrażania siebie i swoich myśli. Masa jest bezrefleksyjna. A masa najedzona idzie spać, śniąc o potędze i wielkości.

I co robisz z tą świadomością?
Dawno temu skazałem się na wewnętrzną emigrację. Przestałem wierzyć w politykę i partie polityczne jako instrument czynienia rzeczy pro publico bono. Musimy po prostu wybierać, do kogo jest nam bliżej. Nie będzie już czegoś takiego jak platońskie państwo filozofów. Zresztą u nas i tak by się nie sprawdziło… Prędzej państwo domorosłych katechetów.

Powinniśmy zatem walczyć o siebie i o swoje prawa, czy odpuścić?
Moim orężem jest sztuka. To jest dla mnie kontestacja rzeczywistości i próba „rozmowy” ze światem. Oczywiście najlepiej walczy się AK-47. Ale mam nadzieję, że nigdy już do tego nie dojdzie. Póki co demonstracje, listy protestacyjne i krzyk w przestrzeń na Twitterze oraz lawina postów na Facebooku niewiele zmieniają.

Dlaczego uciekasz za granicę?
Mówisz o moim pobycie na szwedzkiej wyspie Faro?

Tak. Co ci ta wyprawa dała?
Tam mieści się „pustelnia Bergmana”. Fundacja Bergmana, która zarządza majątkiem i pamiątkami po tym wybitnym reżyserze, stworzyła taką możliwość, że możesz pomieszkać i popracować twórczo w którymś z domów, które kupił na Faro Bergman. A w samym jego domu – zachowanym w każdym szczególe, jak za życia reżysera – w dni robocze od 9 do 17 możesz siedzieć, pisać, rozmyślać… Mogą aplikować właściwie wszyscy, nie tylko ludzie filmu (szczegóły można znaleźć na stronie: www.bergmangardarna.se). Ja spędziłem tam tylko 20 dni, ale mógłbym siedzieć pół roku. To jest idealne miejsce do kontemplacji, refleksji i do pracy. Tam nic nie rozprasza. Świat jakby zatrzymuje się w miejscu. Poza tym lubię być za granicą, bo czuję się tam lepiej niż w Warszawie. Zawsze wracam z taką refleksją, że Polacy powinni nabrać więcej pokory i zabrać się do pracy. Nie możemy myśleć o sobie jako o państwie najważniejszym w Europie i jednym z ważniejszych na świecie. Przecież to absurd.

Jesteś patriotą?
Niewykluczone. Kocham mój kraj. Dlatego taka konstatacja jest dla mnie bardzo przykra.

To za co kochasz Polskę?
Urodziłem się tu, więc szacunek do tego kraju i historii mam pewnie wpojony. Ale widzę też potencjał w ludziach, niestety zupełnie niewykorzystywany. Stać nas na wiele. Także ze względu na nasze położenie geopolityczne, które jest przekleństwem w czasie wojny, a błogosławieństwem w czasie pokoju. Tylko nie potrafiliśmy tego wykorzystać. Jesteśmy cały czas, a teraz coraz bardziej, nie podmiotem, tylko przedmiotem w rozgrywce mocarstw.

Jak wyjeżdżasz za granicę i ktoś pyta cię, w jakim kraju żyjesz, to co odpowiadasz?
W kraju absurdu. W cyrku. Kraju wielkich niewykorzystanych możliwości. W kraju, gdzie bliźniacy byli na najważniejszych państwowych stanowiskach. W kraju, który w zasadzie nic nie produkuje, a ego ma takie, jakby produkował promy kosmiczne i podręczne kabiny do teleportacji. W Europie zachodniej jest coś takiego, jak ciągłość instytucji. A u nas zmienia się parlament i zmienia się wszystko. A ktoś, kto przed chwilą był rolnikiem, staje się ważnym panem dyrektorem w państwowej instytucji.

PiS wymienił także dyrektora Państwowego Instytutu Sztuki Filmowej. Jaki to może mieć wpływ na polskie kino?
Trudno powiedzieć. Dajmy PISF-owi trochę czasu. Pierwsze dotacje i pierwsze filmy po zmianie pokażą. Póki co partia rządząca chce zarządzać kulturą ideologicznie, narzucać, co jest dobre, a co złe, co jest moralne, a co nie. Chce decydować, która kultura jest wysoka, a która niska, która jest patriotyczna, a która skisła. To nie jest zdrowe. Artystów nie można trzymać za mordę.

Myślisz, że teraz miałby szansę powstać „Człowiek z magicznym pudełkiem”?
Nie mam pojęcia… Ale myślę, że mógłby być problem. Kwestia poczucia humoru. A jak mówi moje ulubione porzekadło własne: ludzi bez poczucia humoru powinno się zaraz po urodzeniu wyrzucić razem z łożyskiem do śmieci… Cóż, mnie to bawi.

Wróćmy do filmu. Jest tam trochę odniesień do politycznej rzeczywistości…
Pojawia się agentka ze słynną „broszką”. Są też agenci służb specjalnych, którzy modlą się w przerwie przed wielkim krzyżem. To mogłoby się nie spodobać.

Jest też cytat z Jarosława Kaczyńskiego. O tym, że imigranci roznoszą zarazki. Dlaczego akurat ten?
Chodziło o stworzenie wizji państwa zamkniętego. Polska i Warszawa w „Człowieku z magicznym pudełkiem” to zamknięte państwo i miasto. Z megafonów na ulicach cały czas płynie informacja o zagrożeniu. Są nim między innymi właśnie ci inni i obcy. Cytaty z prezesa pasują jak ulał.

Niedaleko nam do takiej wizji.
Uwiera mnie to, że wszystko jest zero-jedynkowe, białe i czarne. Przecież można podejść na przykład do problemu migrantów rozsądnie. Spróbować wykorzystać potencjał drzemiący w tych ludziach. Przyjmować tych, którzy mogliby pomóc rozwijać nasz kraj.

Kto w twoim filmie wysadza budynek w centrum Warszawy?
Niech każdy sobie zinterpretuje. To może być „pocisk” zewnętrzny lub wewnętrzny.

Wolisz myśleć o przyszłości, czy wracać do przeszłości?
Staram się myśleć o tym, co tu i teraz. Coraz mniej myślę o przyszłości, bo zajmuję się już innymi projektami. Ale lubię też wracać do przeszłości.

A co powinny nam dawać powroty do przeszłości?
Powinniśmy umieć wyciągać wnioski. Lubię historię, ale nie możemy z nią przesadzać. Nie powinniśmy żyć historią, bo wtedy oderwiemy się od teraźniejszości. Ale jak mówił George Santayana, „kto nie zna historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie”.

Wrócę do twojej „ucieczki” na wyspę. Rozumiesz Ingmara Bergmana?
Oczywiście. Wyspa Faro to jest idealne miejsce, żeby nabrać dystansu, wsłuchać się w siebie i skupić na pracy. Życie we współczesności, w zawrotnym tempie jest bardzo absorbujące i rozprasza. Potrzebowałem i wiem, że potrzebuję, aby co jakiś czas się wyłączyć. Na wyspie do najbliższego sklepu jest 7 kilometrów, trzeba przeprawić się promem, wokół tylko owce i karłowate sosny. Byłoby super, gdyby każdy Polak miał możliwość spędzić trochę czasu w takim miejscu. Może się wszystkim narażę, ale po wylądowaniu w Warszawie zdałem sobie sprawę, że to jest wysypisko śmieci, i to wcale nie w przenośni. Architektoniczny burdel i śmietnisko idei bez pokrycia.

Czego człowiek potrzebuje do życia?
Oprócz picia, jedzenia, spania, wydalania i bzykania? Ja potrzebuję poczucie sensu i bezpieczeństwa. Jak nie ma poczucia bezpieczeństwa, za to jest poczucie bezsensu, to życie nie jest wygodne.

Czujesz się bezpiecznie?
Mam poczucie podstawowego bezpieczeństwa, ale nie mam poczucia bezpieczeństwa dotyczącego mojej przyszłości. W takich czasach i w takim zawodzie trudno je mieć.

Kobiety powinny walczyć o swoją pozycję w świecie filmowców? Będziesz je w tym wspierał?
Organizowanie się, wspieranie i doping są jak najbardziej na miejscu. Nie mogę być dumny z tego, że jestem mężczyzną, bo przecież nie miałem na to wpływu. Ale patrząc na to z boku, obawiam się, że walka przeciwko dyskryminacji kobiet może się zamienić w dyskryminację mężczyzn. Wygląda na to, że zaraz walka o równouprawnienie zamieni się w walkę o dominację.

Dlaczego film o zagrożeniach przyszłości, ale też miłości ponad czasem i przestrzenią nie padł na podatny grunt?
Na promocję i sprzedaż takiego filmu trzeba mieć pomysł i pełne zaangażowanie. Producent i dystrybutor sprzedali to bez pomysłu, wrzucili po prostu kartofle na stoisko z warzywami. Oszukali mnie i tym samym widzów. Po drugie, myślę, że we Polsce abstrakcja i negatywna wizja przyszłości się po prostu nie przyjmuje. Ludzie wolą realizm – bandytów, którzy biją się z policjantami; kobietę chorą na raka, która rodzi zdrowe dziecko; dziewczynę, która zakochuje się w swoim szefie.

Zrobisz taki film?
Jak będę musiał….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *