Szłam w Nieśmiertelnym Pułku

Nie identyfikuję się z „patriotyzmem” w wydaniu dzisiejszej prawicy, całkowicie przez nią zawłaszczonym. Ale z całego serca sprzeciwiam się nazizmowi – niczego się tak nie boję jak jego powrotu. Dlatego poszłam w marszu Nieśmiertelnego Pułku. Żeby pokazać, że jest nas więcej. Że pamiętamy wszystkich, którzy poświęcili swoje życie i zdrowie, aby zbrodnicza ideologia już nigdy nikogo nie zatruła.
Nieśmiertelny Pułk to inicjatywa, która zrodziła się w 2007 w rosyjskim Tomsku – ulicami miasta przeszła spontaniczna Parada Zwycięzców. Później akcja rozprzestrzeniła się na całą Rosję i inne kraje (9 maja marsz idzie w ponad 50 stolicach państw). W Moskwie w tym roku padł rekord: ponad milion uczestników. Wśród nich całe rodziny, weterani drugiej wojny światowej a także krewni walczących wówczas na froncie. Przyjęło się, że w tym pochodzie Rosjanie niosą portrety swoich nieżyjących bliskich i dzielą się ich historiami.

O świat bez nazizmu

Wśród nich szłam również ja i moi współpracownicy z redakcji portalu Strajk.eu – Maciej Wiśniowski i Małgorzata Kulbaczewska-Figat. Red. Wiśniowski przyjechał uczcić swojego ojca, Małgorzata – brata swojego dziadka, który jako polski (choć prawosławny) ochotnik Armii Czerwonej wyzwalał Słowację. Ostatni znak życia rodzina miała od Vasyla Stolict w 1945 roku. Potem słuch po nim zaginął.

Szedł na Berlin

Mój dziadek, plutonowy Bronisław Książek, szedł na Berlin razem z 11 Samodzielnym Batalionem Mostowym. Z wykształcenia był stolarzem, więc dosłownie zbudował drogę wyzwolicielom Berlina. Razem z nimi wrócił, ale służby nie zakończył. W 1947 jego jednostka została wcielona do 62. Pułku Piechoty. Walczył o umacnianie władzy ludowej, między innymi z hordami UPA. Kiedy przeszedł do rezerwy, odbudowywał państwo – również dosłownie. Pod okiem warszawskiego konserwatora zabytków odrestaurowywał wnętrze warszawskiej Katedry Św. Jana na Starym Mieście. Spod jego ręki wyszły między innymi tamtejsze stale (ławy, w których podczas nabożeństwa zasiadają hierarchowie).
Medali miał – dosłownie – całe garści: polskich, radzieckich, dostał je między innymi od Świerczewskiego i Jazruzelskiego. W mojej rodzinie dziadek był cichym bohaterem codziennego dnia. Nigdy nie chwalił się swoją odwagą. W domu był usłużny, zgodny i prawie przezroczysty. Mało by brakowało, a nigdy nie dowiedziałabym się, że robił wielkie rzeczy.
Nigdy nie należał do Partii, ale kochał Polskę Ludową. Na szczęście nie dożył chwili, kiedy dowiedziałby się, że należy obniżyć mu emeryturę, bo według rządzącej prawicy jest zdrajcą kraju.

Nie znają historii

Na marsz przyjechaliśmy z grupą polskich weteranów. Obok mnie w pochodzie szedł Tadeusz Otulak, sekretarz generalny Związku Weteranów i Rezerwistów Wojska Polskiego (powstał on na znak protestu byłych żołnierzy Wojska Ludowego przeciwko szkalowaniu ze strony środowisk prawicowych dobrego imienia, czci i honoru żołnierzy, którzy w nim służyli zawodowo, odbywali służbę ochotniczo lub z poboru) . Jego ojciec wyzwalał Warszawę, on sam nie czuje się „prawdziwym weteranem”, ale spadkobiercą pamięci. Pytałam go między innymi o szalejącą dziś w Polsce rusofobię. Odpowiedział:
– Ludzie nie znają historii, wkładu Armii Czerwonej w wyzwolenie. Kiedy podzieli się liczbę polskich ofiar nazistów – czyli 6 milionów z okładem, przez liczbę dni okupacji, to wychodzi, że każdego dnia ginęło 3,5 tysiąca obywateli. To Armia Radziecka przerwała to krwawe żniwo. Wielu Polaków nie chce dziś tego przyjąć do wiadomości.
Zagadnęłam go o to, jak obchody Dnia Zwycięstwa w Moskwie skomentowały „Wiadomości” TVP: określiły je jako „polityczny teatr cynicznego dyktatora”.
– Widzi tu pani teatr? Ja widzę autentyczną radość. To piękne, że na ten pochód przyszły całe rodziny. Szkoda, że w Polsce nie ma już pochodów pierwszomajowych, takich jak kiedyś. Ludzie szli na nie chętnie, wbrew temu, co teraz nam się mówi.

W sercach obywateli

Historii o bliskich, którzy oddali życie za walkę z nazistowskimi Niemcami, którzy poznali i pokochali się na froncie, których nigdy nie odnaleziono – można było na moskiewskim pochodzie usłyszeć mnóstwo.
Otworzył go zresztą sam prezydent Putin. Niósł portret swojego ojca, żołnierza pierwszej linii, który walczył z niemieckim okupantem. Towarzyszyli mu Benjamin Netanjahu i Aleksandar Vučić – czołowi politycy Serbii i Izraela byli w Moskwie od rana, gdy rozpoczęła się Parada Zwycięstwa.
– Wartość tej inicjatywy polega na tym, że nie zrodziła się ona w biurach, a nie w strukturach administracyjnych, ale w sercach naszych obywateli, czego dowodzi szacunek, z jakim traktujemy pokolenia, które broniły kraju – powiedział mediom 9 maja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *