Schaeffer: teatropisania odsłona druga

Ukazał się właśnie drugi tom „Utworów scenicznych” Bogusława Schaeffera, którego lwią część stanowią dramaty nigdy wcześniej niepublikowane, a nawet jeszcze niewystawiane.

 

Kiedy trzy lata temu pisałem krótką przedmowę do pierwszego tomu „Utworów scenicznych” Bogusława Schaeffera, akcentowałem teatralne przeznaczenie tych utworów, uwodzicielsko często nazywanych przez samego autora scenariuszami.
Mogłem wówczas napisać, że do rąk polskiego czytelnika utwory te trafiają (w skromnym wyborze) po raz pierwszy nakładem polskiego wydawcy (nie licząc wcześniejszego austriackiego wydania zbioru jego wybranych dramatów, 1994, które ten tom powtarzał). Pierwszym polskim wydawcą była wówczas Fundacja Aurea Porta tak jak i drugiego tomu „Utworów scenicznych”. Inicjatorem tej edycji był Marek Frąckowiak, niestrudzony rzecznik i popularyzator twórczości Bogusława Schaeffera, założyciel Fundacji.
Przed trzema laty wstęp do tomu dramatów wybitnego kompozytora pisałem na prośbę Marka Frąckowiaka, który ciężko chorował i nie był w stanie wywiązać się ze swego zamiaru. Dzisiaj piszę te kilka zdań z ciężkim sercem, bo Marka nie ma już wśród nas, choć w pewnym stopniu ten drugi (i poprzedni) tom „Utworów scenicznych” Mistrza przedłuża jego obecność i pozostanie jego pomnikiem, swego rodzaju zwieńczeniem misji, którą sam na siebie przyjął. Zresztą w tym właśnie tomie znalazł się jeden z ostatnich utworów Schaeffera przeznaczonych dla teatru, „Multimedialne coś”, tekst dedykowany właśnie Markowi Frąckowiakowi. Autor „Tutam” miał bowiem w zwyczaju pisać swoje teksty z myślą o wybrańcach, o aktorach, których sobie upatrzył. Najbardziej znanym tego przykładem jest nieśmiertelny „Scenariusz dla nieistniejącego, lecz możliwego aktora instrumentalnego” napisany z myślą o Janie Peszku.
Trudno zapomnieć ten piękny wieczór w (nieistniejącym już) warszawskim Teatrze Bajka, kiedy odbywała się premiera wspomnianej sztuki dedykowanej Frąckowiakowi w reżyserii Kariny Piwowarskiej (2007). Nie mogłem uwierzyć, że ten skromny, lekko uśmiechnięty pan przy pianinie to Bogusław Schaeffer. Kompozytor, muzykolog, krytyk, dramaturg, pianista wirtuoz, grafik, reżyser, wydawca, pedagog. Autor kilkuset utworów muzycznych, kilkudziesięciu dramatów, od 60 lat kroczący swoją drogą artysta niepospolity i niepodległy. A jednak to On, namówiony przez Marka Frąckowiaka i Krystynę Gierłowską (producentkę), osobiście wziął udział w światowej prapremierze swej najnowszej sztuki w warszawskim kinoteatrze Bajka. Rzecz nazwał, jako się rzekło, „Multimedialne coś”. „Coś” w tytule to był celowy zabieg, wykręt, aby uciec przed definiowaniem. Autor uchylał się od dookreślenia sensu już w nazwie i jak w większości swoich sztuk, w istocie pisanych zawsze na ten sam temat, pytał: czy człowiek, pod groźbą zdziczenia, może lekkomyślnie wyrzec się kultury? Tak czy owak, były to przestrogi.
Jak w wielu wcześniejszych scenariuszach („Scenariusz dla trzech aktorów”, cykl „Audiencji”) akcja zawiązuje się podczas wykładu wygłaszanego przez artystę na temat sztuki, najczęściej na temat sztuki kompozycji. Wykład napotyka rozmaite przeszkody. Tym razem wykładowca ściera się z tym drugim (Waldemar Obłoza), który chce konkurować z wykładowcą, i Miłą Panią, która siedzi na widowni i dogaduje, a potem wdziera się na scenę i wszystko rozwala (przebojowa Agnieszka Wielgosz). I to właśnie jej przypadnie przekazać przesłanie sztuki – przestrogę przed zamknięciem w świecie wyzutym z kultury na własne życzenie. Jest jeszcze ten czwarty – pianista, autor, obserwator, muzyczny komentator, który towarzyszy aktorom wirtuozerskimi palcówkami, są wreszcie pokazy ruchomych grafik, w których natura flirtuje z kulturą. Wszystko w atmosferze niezobowiązującego żartu, klownady, za którą jednak czai się smutek bezradnego artysty, obserwującego z lękiem zdziczenie obyczajów.
I jakkolwiek artyści byli śmieszni – bo nieodparcie zabawni jako strażnicy dawnych wartości (Frąckowiak i Obłoza) – na śmieszność wystawieni zostali też wołający na puszczy, zdradzeni przez artystów widzowie (Wielgosz), to ostatnie zdanie należy do… dźwięków. A w tym świecie Schaeffer królował niepodzielnie. „Multimedialne coś” okazało się więc grą o wszystko: o zwycięstwo piękna, choć to słowo takie niemodne. Tym większe zaskoczenie, że walkę tę toczył artysta po wsze czasy awangardowy, odrzucający utarte ścieżki, po których przecież potrafił się zręcznie poruszać, wciąż szukając odpowiedniego tonu.
Wydany trzy lata temu zbiór staraniem Fundacji Aurea Porta przełamywał lody (albo, jak niektórzy sugerowali, zmowę milczenia). W tym samym 2014 roku ukazał się także wybór „Aktor. Dramaty” nakładem IBL PAN ze wstępem Artura Grabowskiego. Autor wstępu opublikował właśnie książkę „Prawdziwy dramat teatru. O metateatrze i metadramacie Bogusława Schaeffera” (2017), widomy dowód zainteresowania, jakie nadal budzi twórczość dramatyczna kompozytora. Wspominam o tym także dlatego, że drugi tom „Utworów scenicznych”, zawierający w dużej mierze teksty związane z teatrem, których bohaterami są aktorzy i reżyserzy nie ukazuje się w pustce, ale poprzedzony już innymi publikacjami. To dobrze, to być może zaczyn nowej fali zainteresowania teatru jego dramatami.
To jednak jeszcze nie koniec – Schaeffer napisał ponad 40 utworów scenicznych, a jak do tej pory w obu tomach „Utworów scenicznych” zmieściły się 32 sztuki. Jak już wspomniałem w tomie pierwszym znalazło się 12 sztuk, opublikowanych wcześniej w austriackiej edycji dramatów. Zawierała ona utwory o tytułach pięcioliterowych – kto wie, może to nie przypadek, ale zamierzony żart kompozytora. W tomie drugim zmieściło się 18 sztuk, w tym 13 nigdy wcześniej niepublikowanych – 5 spośród nich weszło w skład wyboru „Aktor”, gdzie znalazł się także tekst „Demona teatru”, gdzie indziej niedostępny. Tak więc łącznie światło druku ujrzały, jak do tej pory, 33 dramaty Bogusława Schaeffera. Z prostego rachunku wynika, że co najmniej 7 czeka jeszcze na druk, w tym debiutancki, biograficzny „Webern”. Czekają nas zapewne jakieś odkrycia.
Trzydzieści lat temu, kiedy uczestniczyłem w pracach jury dorocznych nagród Funduszu Literatury, mój wniosek o nagrodę dla Bogusława Schaeffera spotkał się ze zdumieniem i niejakim oporem zacnych profesorów, zasiadających w jury. A gdzie są jego teksty? Pytali. Wtedy – nie można było ich wskazać, a jedynie powiedzieć o przedstawieniach. Udało się jednak nakłonić jurorów do zauważenia tej jeszcze wówczas niepublikowanej twórczości i Bogusław Schaeffer został wyróżniony.
Podobne zamieszanie powstało po przyznaniu literackiej Nagrody Nobla znanemu włoskiemu artyście teatru, Dario Fo (1997). Wtedy również pytano: Jak to, przecież to aktor, a nie autor. Najwyżej scenarzysta, gdzie są jego teksty. A jednak werdykt jury noblowskiego już z zapadł i nic na to oponenci nie mogli poradzić. Nie przypadkiem przywołuję tutaj na świadka Dario Fo – obaj bowiem artyści, i Fo i Schaeffer (choć różni ich ogromnie wiele) wyraźnie nawiązują do konwencji komedii dell’arte.
Drugi tom „Utworów scenicznych” daje kolejny dowód, jak rozległa i ciekawa, również jako literatura, jest ta twórczość, uprawiana przez twórcę „Prób” z zadziwiającą wytrwałością przez wiele lat. Najwyraźniej z pewną przyjemnością, o czym niech świadczą przytoczone na koniec słowa z wywiadu rzeki, jakiego udzielił Bogusław Schaeffer – wiele lat temu – Joannie Zając [„Muzyka, teatr i filozofia Bogusława Schaeffera”, 1992]:
„Ja lubię i chcę pisać sztuki – mówił Schaeffer – ale nie zrobię niczego, by się podobać, nie będę o nic zabiegał (…). Sukces jest dla mnie słowem smrodliwym, kariera – słowem obrzydliwym (do porzygania się), sława – słowem mocno podejrzanym. Nie zabiegać o nic i być kimś”.
I tak się stało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *