Na rozdartej Ukrainie

Temat wschodniego sąsiada powrócił ostatnio w związku ze spekulacjami po spotkaniu Trump-Putin. Wart jest głębszej refleksji, bowiem kryje także paskudną dla nas prawdę.

 

W roku 1918, nie tylko Polska odzyskała niepodległość ale szereg innych krajów, również te spod byłego carskiego berła: 24 lutego Estonia, 2 listopada Litwa, 18 listopada Łotwa, a jeszcze wcześniej, bo 6 grudnia 1917 roku Finlandia. A Ukraina? Jej losy, wyznaczone wcześniejszymi wydarzeniami, były odmienne.

 

Darujmy sobie

szczegółowy opis czasów powstania kozackiego, które nie przyniosło Ukrainie niezależności, ani odrębnego statusu w ramach Rzeczypospolitej. Hetmanat i Bohdan Chmielnicki szukając sojusznika w 1654 r. zawarli ugodę perejasławską, oddającą Ukrainę Naddnieprzańską pod opiekę Rosji, a ta sto lat później zlikwidowała ostatnią Sicz, stanowiącą centrum polityczne kozaczyzny.
W wyniku rozbiorów Polski Austria zajęła m. in. Galicję Wschodnią: województwo ruskie, część Podola i Wołynia, a po pewnych perturbacjach, także Lwów, natomiast Rosja zagarnęła pozostałe ziemie ukraińskie.
I tak dokonał się podział tego kraju, którego trwałość obserwować możemy po dzień dzisiejszy.

 

Wiek XIX przyniósł

dążenia niepodległościowe w wielu częściach Europy, początki przebudzenia, a na Ukrainie narodowego odrodzenia. Nie tylko jego symbolem był Taras Szewczenko – za pisanie w języku ukraińskim i promowanie niepodległości Ukrainy, ze swoich czterdziestu siedmiu lat życia jedynie dziewięć spędził na wolności, ponad trzynaście na carskim zesłaniu i pod nadzorem policji, a wcześniejsze dwadzieścia cztery jako pańszczyźniany poddany.
W odróżnieniu od wschodnich ziem ukraińskich, rusyfikowanych przez carat, w zaborze austriackim, szczególnie w późniejszym okresie autonomii, narodowościowe ambicje Ukraińców, zwanych wtedy Rusinami, rozwijały się w oparciu o działalność oświatową, wydawniczą, prasową, ruch naukowy i rodzące się elity. Sprzyjały im tak pewnego rodzaju liberalizm, jak też realizowana przez Austro-Węgry, w stosunku do podległych im narodów, stara rzymska zasada divide et impera.
W Galicji władza skupiała się w rękach Polaków, odsuwając na plan dalszy Ukraińców, a strukturę społeczną na całej Ukrainie wyznaczał przede wszystkim podział na ukraińskich chłopów i polskie oraz rosyjskie rodziny szlacheckie. Na takim właśnie tle narodziła się, przez wiele lat trwająca, nie tylko na ukraińskiej wsi, obawa przed polskimi panami.

 

Narastający konflikt

pomiędzy rozbudzoną świadomością i ruchem narodowym Ukraińców, a licznie zamieszkałymi Galicję Wschodnią Polakami, zaowocował w listopadzie 1918 roku walkami o Lwów i szeregiem innych starć zbrojnych. Ukraińskiej Republice Ludowej, proklamowanej jeszcze 20 listopada 1917, zagrażały także Armia Czerwona i białogwardyjskie wojska, zmierzające do odzyskania terytoriów byłego cesarstwa rosyjskiego.
Koncepcja polityczna Józefa Piłsudskiego, dążąca do stworzenia bariery pomiędzy odrodzoną Polską, a ogarniętą rewolucją Rosją, poprzez wsparcie narodowych i państwowych ambicji Białorusinów i Ukraińców, napotkała u tych drugich na antypolski opór wynikający ze wcześniejszych urazów i niedawnego konfliktu zbrojnego. Oznaczało to w 1918-1919 roku utratę, jedynej być może szansy, na utrzymanie niezależnego państwa ukraińskiego. Spóźniona, bo dopiero w 1920 roku, wspólna, nadto wsparta tylko częściowo przez Ukraińców, wyprawa na Kijów zakończyła się we wiadomy sposób. Podczas negocjacji pokojowych w Rydze Polska uznała Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką łamiąc tym samym wcześniejsze sojusznicze zobowiązania wobec Ukraińskiej Republiki Ludowej.

 

W II RP obiecywana wcześniej

ukraińska autonomia nigdy nie doczekała się realizacji, natomiast organizowano pacyfikacje terenów Małopolski Wschodniej i akcje polonizacyjno-rewindykacyjne w czasie których niszczono cerkwie i represjonowano duchownych, zmuszając wiernych do zmiany wyznania na rzymskokatolickie.
Polonizacji tych ziem służyła niewątpliwie akcja osadnictwa wojskowego i cywilnego – osadnicy wojskowi byli weteranami wojennymi z lat 1918-21, mieli prawo do noszenia broni i byli traktowani przez władze Polski jak filar polskiej państwowości na tych ziemiach. Stanowili podstawę organizacji patriotycznych, aktywnie uczestnicząc w różnych działaniach, w poważnym stopniu dali się także we znaki miejscowym Ukraińcom.
Można bez większej przesady stwierdzić, że tamte tereny traktowaliśmy jak kolonię, nie przyjmując do wiadomości narodowych i niepodległościowych ambicji Ukraińców, co utrwalało konflikt, a nawet go radykalizowało poprzez działalność terrorystyczną i dywersyjną skrajnie nacjonalistycznych ugrupowań ukraińskich.
Jednym z niewielu Polaków rozumiejących i popierających w tamtym czasie ukraińskie dążenia był wojewoda wołyński Henryk Józewski, co na ogólną sytuację wzajemnych stosunków tych dwóch narodów nie miało niestety większego wpływu.

 

Czartowska alternatywa,

w której ukraińscy polityczni przywódcy wybrali hitlerowskie Niemcy, jako nadzieję na powstanie niepodległego państwa ukraińskiego, witając kwiatami i ozdobnymi bramami wkraczające oddziały Wehrmachtu, do samego początku skazana była na klęskę. Okazała się nadto hekatombą dla Polaków na Wołyniu oraz zamieszkujących nie tylko te ziemie, ale również niosła śmierć Ukraińcom zadawana z różnych rąk i w odmiennym czasie.

 

Jeżeli określić stosunek

polskich elit politycznych do kwestii ukraińskiej na przestrzeni ostatnich 100 lat, to można nazwać go jedynie instrumentalnym, w którym nie liczyły się racje niepodległościowe Ukraińców, a nasze antybolszewickie, antyradzieckie i antyrosyjskie doktryny.
Poza wspomnianym już „kordonem sanitarnym” Piłsudskiego, w ubiegłych latach siedemdziesiątych Jerzy Giedroyc i Juliusz Mieroszewski twierdzili, że suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski. Wreszcie, po odrodzeniu Ukrainy w wyniku rozpadu ZSRR, Polska jako pierwsza uznaje jej niepodległość, uczestniczy aktywnie w różnych wydarzeniach na jej terytorium wiążąc to wszystko ściśle z doktryną Giedrojcia, promuje możliwość jej przyszłego wejście w struktury zachodnioeuropejskie.
Tak więc polska optyka w stosunku do Ukrainy w tym całym okresie była przede wszystkim funkcją naszej polityki w stosunku do Rosji. Powyższy punkt widzenia nie wykluczał oczywiście jednoczesnego osiągnięcia dwóch celów, a także nie zaprzeczał tym wszystkim postawom, które za nadrzędną i samoistną wartość uznawały samostijną Ukrainę.
Paradoksem, ale to za słabe słowo, rechotem tej starej wiedźmy Klio było, że w polskiej historii „walki o naszą i waszą wolność” nie odnalazła się niepodległość Ukrainy, głównie za sprawą interesów polskich właścicieli wielkich dóbr na jej ziemiach.

 

Na zielonej Ukrainie

zrobiło się czerwono-czarno (to kolory flagi Ukraińskiej Powstańczej Armii) od kiedy oficjalna państwowa polityka, nie tylko historyczna, przyjęła ten właśnie nurt wraz z jego przywódcami, jako wyraz akceptacji tamtych niepodległościowych, ukraińskich starań, a co za tym wzorzec dla współczesnych. Jeżeli zrozumieć można, że było to pewnego rodzaju odreagowanie na milczenie przez lata o tym nacjonalistycznym kierunku, to żadną miarą, nie tylko Polacy, nie mogą akceptować jego przewodnich haseł, sojuszów i poczynań. Zadziwia przy tym, że obecne państwo ukraińskie nie nawiązało do co prawda krótkotrwałej, ale jakże odmiennej niż nacjonalistyczne OUN I UPA, Ukraińskiej Republiki Ludowej i jej przywódców na czele z atamanem i prezydentem URL Symonem Petlurą. Była to przecież struktura państwowa także antybolszewicka i antyrosyjska, ale o zupełnie odmiennym obliczu, a nadto, co nie tylko dla nas ważne, otwarta na współpracę z Polską. A może w rozdartej i pełnej wewnętrznych konfliktów współczesnej Ukrainie łatwiej zarządzać nacjonalizmem, strachem i przemocą?

 

W tym diabelskim

kręgu niemożliwości, z którego wyjście było i leży dziś również po stronie Ukraińców, kraj ten nadal poszukuje sojuszników dla swojej niepodległości. Po Niemcach, którzy w czasie I wojny światowej stworzyli Hetmanat jako namiastkę państwa ukraińskiego, Polakach popierających URL, III Rzeszy niespełniającej oczekiwań i ZSRR, który niepodległość Ukrainy widział jedynie w formie jej przedstawiciela w ONZ, wreszcie rozbudzonych nadziejach ze strony Unii Europejskiej, przyszedł czas na Stany Zjednoczone. Były ambasador USA w Warszawie Christopher Hill nie wierzy, by Krym wrócił do Ukrainy, co nie znaczy, aby Amerykanie zupełnie porzucili tę grę, w którą włożyli określone plany i sporą kasę. I zapowiadają następną – w ostatnim oświadczeniu Pentagonu podkreślono, że potrzeby armii ukraińskiej zostały wyznaczone na podstawie przyjętej niedawno koncepcji bezpieczeństwa narodowego Ukrainy, ale użyto jednocześnie enigmatycznego określenia, że dostawa sprzętu nastąpi w terminie późniejszym. Czas pokaże na ile amerykańskie osłabione zainteresowanie Europą dotyczyć będzie także naszego wschodniego sąsiada.

 

O niepewnym losie Ukrainy

pisał ostatnio w „Gazecie Wyborczej” Michał Kokot analizując sytuacje wewnętrzną i ekonomiczną kraju oraz konflikty na linii społeczeństwo, władza i oligarchowie.
A może jednak: „Szcze ne wmerła Ukrajiny i sława, i wola”.

One thought on “Na rozdartej Ukrainie”

  1. Najbardziej to powinniśmy my kraje wschodnie dziękować Stalinowi za jego wytyczenie granic które powstały po II wojnie światowej.Po ponad 70 latach i rozpadzie Związku Radzieckiego nie wnosimy roszczeń granicznych i uznajemy te granice które wyznaczył Józek Stalin .Chwała temu Gruzinowi na wieczną pamiątkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *