Aktorstwo ma we krwi WYWIAD

Lucyna Malec – ur. 27 lipca 1966 r. w Bielsku-Białej. Od 1991 roku związana z warszawskim Teatrze Kwadrat. Jedna z najbardziej utalentowanych aktorek swojej generacji, obdarzona wykorzystanym talentem komicznym i nie wykorzystanym dramatycznym. Zagrała m.in. w „Zbrodniach serca”, „Dwóch morgach utrapienia”, „Szalonych nożyczkach”, „Moim przyjacielu Harveyu”. W filmie m.in. w „Dzieciach i rybach” J. Bromskiego, „Pułkowniku Kwiatkowskim” K. Kutza, „Moim Nikiforze” K. Krauzego. Wystąpiła też w serialach, m.in. „W labiryncie”, „40-latek 20 lat później”, „Graczykowie”, „Twarze i maski”, „Bulionerach”, „Ekstradycji”, „Czas honoru”, „Hotel 52” i „Na Wspólnej”.

 

Z Lucyną Malec rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Chcę na wstępie szczerze pogratulować Pani klasy i wdzięku z jakim wcieliła się Pani, już dawno temu, w benefisie Zygmunta Kałużyńskiego w Teatrze Stu, w postać Marylin Monroe, śpiewając mu jej słynne „Happy birthday to you”.

Miło mi. Wystąpiłam w tym benefisie z przyjemnością, bo uwielbiałam pana Kałużyńskiego, niesamowicie barwnego, oryginalnego człowieka i ciekawego publicystę.

 

Wyczuwa się, że ma Pani aktorstwo we krwi…

Bo ja zawsze chciałam być aktorką i mając trzy latka już bawiłam się w występy na scenie. Występowałam w rozmaitych zespołach, chodziłam na rytmikę. Moja droga do tego zawodu była więc bardzo naturalna.

 

Z kim Pani studiowała w warszawskiej PWST? I ilu z Pani koleżanek i kolegów pracuje w zawodzie?

Między innymi z Edytą Jungowską, Beatą Bandurską, Pawłem Wodzińskim, Małgosią Dudą i Markiem Sikorskim. To chyba jedyni z naszego roku, którzy uprawiają ten zawód, a było nas dwadzieścia parę osób.

 

Mało. W dawnych czasach to jednostki pozostawały poza zawodem. Prawie wszyscy absolwenci dostawali etaty.

Wiem, ale my skończyliśmy szkołę w roku 1989, roku przemian i dyrektorzy byli zdezorientowani, nie wiedzieli czy dalej będą dyrektorami. Sporo naszych koleżanek i kolegów szukało szczęścia w innych zawodach, np. w reklamie, wyjechało za granicę. Skończyły się czasy spokojnych etatów. I od tamtej pory żyjemy w nowych warunkach.

 

Teatr, z którym jest Pani związana daje Pani role komediowe, farsowe. Podobnie w telewizji, gdzie grała Pani w Komicznym Odcinku Cyklicznym, a później główną rolę w serialu „Bulionerzy”.  Spełnia się Pani w tym typie ról i nie marzy o roli dramatycznej?

Nigdy nie myślałam w tych kategoriach, także podczas studiów, gdy mieszkałam w Dziekance i który to piękny czas jednej wielkiej, fantastycznej przygody, minął strasznie szybko. Uczyli nas wspaniali profesorowie, Ryszarda Hanin, Aleksandra Śląska, Andrzej Szczepkowski, Andrzej Strzelecki, Adam Ferency, Czarek Morawski, Alina Świderska. Mam świadomość, że jestem aktorką z zacięciem komediowym i choć czasem marzy mi się wykorzystanie wewnętrznego potencjału dramatycznego, to zgadzam się z tymi kolegami, którzy mówią, że trudniej jest zagrać komedię niż dramat. W komedii aktor musi posiadać pewną lekkość i wdzięk, w dramacie niekoniecznie. Poza tym pracuję w teatrze, w którym nigdy nie gramy do pustej widowni. A co do moich prywatnych gustów, to lubię grać w kostiumie, dobrze się w nim czuję, a nie za często mam takie okazję, bo w „Kwadracie” gramy najczęściej sztuki współczesne. Chociaż np. w „Słudze dwóch panów” Goldoniego grałam w kostiumie i kobietę i mężczyznę, z szabelką i wąsikiem. O roli dramatycznej marzę, w jakiejś sztuce Szekspira, ale zrealizowanej „po bożemu”, bez przesadnych udziwnień.

 

Roli uczy się Pani szybko?

Bardzo szybko. Pamięciowo opanowuję tekst bardzo szybko, a później myślę nad rolą. I całe szczęście, bo prowadzę dom, poza tym chodzę na jogę, współpracuję z teatrem polskiego radia, gram w dubbingu, więc ciągle gdzieś pędzę. Po prostu dzień świra.

 

Lubi Pani tak żyć?

Właściwie lubię.

 

Występowała też przed laty Pani w telewizyjnym programie kabaretowym pod tytułem „Komiczny Odcinek Cykliczny, w którym jako Profesorowa partnerowała Pani Sławomirowi Szczęśniakowi i Grzegorzowi Wasowskiemu…

To był dowcip dla inteligencji, a tej jest niewiele. Miło ten czas wspominam, a trwało to parę lat. Dobre to było, zabawne, do tego przebieranka, bo grałam i chłopczyka i dziewczynkę i staruszkę. Miewałam też miłe sygnały od osób, które nagrały sobie odcinki KOC-a na kasetę i od czasu do czasu je sobie oglądają.

 

Zagrała też Pani jedna z głównych ról w serialu „Bulionerzy”?

O ile wiem, to niezłą. Ten serial, choć komediowy, pokazuje w krzywym zwierciadle sporo naszej rzeczywistości, naszego myślenia, a także tych bogaczy, którzy mają przewrócone we łbie.

 

Przeczytałem w jednej z gazet uwagę o „Bulionerach”, że one przez swoją lekką, zabawną formułę, zagłaskiwały w społecznej świadomości dramatyzm podziału na biednych i bogatych. Co Pani na to?

No nie! Nie dajmy się zwariować. To jest serial komediowy i niech sobie taki będzie. Proszę zwrócić uwagę, że „Bulionerzy” są rodziną religijną, prawą, sympatyczną, próbującą zachować pewne cenne wartości i do tego szukającą poprawy swojej sytuacji, chcącą wybić się z marazmu, uczącą się. Oni już są lepsi i bardziej uczciwi od tych, którzy tam mieszkają. Są takim podwójnym wzorem do naśladowania, i dla tych bogatych i dla tych z nizin. Ci pierwsi, którzy potrafią wydać dwa tysiące złotych na przykładna okulary, często zatracają świadomość tego, czym jest prawdziwe życie.

 

Zauważyłem w Pani teatrografii, że dwukrotnie była Pani asystentem reżysera. Może w przyszłości poświęci się Pani reżyserii teatralnej?

Chyba nie. Mówię szczerze – mam do tego za małą wiedzę. Reżyser powinien mieć ogromną, rozległą wiedzę, a ja takiej nie mam. A ja byłam taką asystentką samozwańczą, raczej do organizacji, bo jak zobaczyłem, że się nie klei, to zaprowadzałam porządek.

 

Spiera się Pani z reżyserami podczas prób?

Czasami tak, ale nigdy nie miałam nieprzyjemnych sytuacji. Wie pan, kobieta ma tę możliwość, że w ostateczności może się rozpłakać, na przykład z niemocy i mężczyzna reżyser na ogół nigdy nie wie jak się w takiej sytuacji zachować. Chyba że byłby Kazimierzem Dejmkiem, bo on by umiał zareagować, ale z nim nigdy nie pracowałam. Brakuje reżyserów, bo co do aktorów, to reprezentują na ogół wysoki poziom. Niestety reżyserzy serwują często nie najlepsze pomysły, jak np. w przypadku „Słomkowego kapelusza”, gdzie z pogodnej farsy nie wiedzieć czemu reżyser zrobił dramat egzystencjalny o śmierci, niemal Becketta. Albo w innym spektaklu aktorzy przebierają się na scenie, na oczach widza. Tymczasem ja jako widz chcę być zaczarowana przez spektakl, uwiedziona, oszukana, chcę uczestniczyć w iluzji.

 

A skoro o nagrodach i wybitnych postaciach polskiego teatru mowa – czy dawne hierarchie w waszym zawodzie, takie o jakich opowiadają często Pani dużo starsze koleżanki czy koledzy, jeszcze istnieją?

One prawie zanikają, jak zresztą także w innych dziedzinach życia, ale ja uważam, że to źle, bo jakiś porządek rzeczy musi być, muszą być jakieś autorytety. Pod tym względem czuję się konserwatystką. Może jestem trochę jędzowata, ale jak widzę, że na plan przychodzi młody człowiek i nie umie się zachować wobec starszych, to zwracam mu uwagę. Na ogół jednak młodzi ludzie mają na szczęście kindersztubę. To daje nadzieję na przyszłość.

 

Dziękuję za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *