Dwie godziny (niecałe)

– tyle postanowił poświęcić prezydentowi Andrzejowi Dudzie Donald Trump. W gruncie rzeczy – nawet mniej, i to znacznie, bo większą część programu zajmą dyplomatyczne ceremonie typu „spotkanie par prezydenckich”, czyli uśmiechy do kamer, robocze „śniadanie”, a na spotkanie w cztery oczy zaplanowano całe 20 minut. I taka to „wiekopomna chwila”. Jak przypominają agencje – pierwsza wizyta polskiego prezydenta od ośmiu lat.

 

W Białym Domu byli przyjmowani wszyscy prezydenci, najwyższą rangę dyplomatyczną miała jednak wizyta jednego Aleksandra Kwaśniewskiego w 2002 r. Wtedy były i salwy armatnie, polskiemu prezydentowi towarzyszyła liczna delegacja. Tym razem takich szykan nie miało być. Jedynie rozmowy na temat współpracy wojskowej i gospodarczej już otrąbiane jako nadchodzący wielki sukces polskiej polityki zagranicznej. Sukces, na który prezydent Duda musiał dość długo czekać, po zaszczyt ten spotkał go dopiero po trzech latach od rozpoczęcia kadencji, a w czasie poprzednich wizyt w USA Donald Trump nie miał czasu dla głowy państwa uważającego się za jednego z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych, mającego się za posiadające z nimi „szczególne relacje”. A mimo to Prezydent Trump do tej pory miał dla Prezydenta Dudy czas na krótkie, liczone w minutach, pogwarki w kuluarach wielostronnych wydarzeń.

Rozmowy mają zakończyć się podpisaniem amerykańsko-polskiej deklaracji o partnerstwie strategicznym obu krajów. Jaka będzie jego cena dla Polski – okaże się. Bo będzie ona do zapłacenia z pewnością – za to, że Warszawa będzie realizować politykę Waszyngtonu będzie musiała zapłacić. I prawdopodobnie wiadomo czym – zakupami skroplonego gazu, opakowanymi w ideologię „bezpieczeństwa energetycznego” i uniezależniania się od Rosji.

Donald Trump ma etykietę „polityka nieprzewidywalnego”, ale jest ona w gruncie rzeczy nie do końca zasłużona. jest sprawą jego niestandardowego imażu, lecz w istocie ten prezydent, jakoby „spoza układu”, dał się poznać jako ktoś, kto w traktowaniu polityki zagranicznej w sposób hipermerkantylny jest nad wyraz konsekwentny. Grający na rozbicie rywali – w tym Unii Europejskiej. I nie należy oczekiwać, żeby w stosunku do Polski miał robić jakieś ukłony czy wyjątki, tym bardziej, że ta i tak z upodobaniem gra w dyktowaną przez niego grę.

Czy oprócz finansowych haraczy za zakupy gazu czy broni i sprzętu wojskowego Polskę będzie też czekać konieczność przyjęcia serwitutów w postaci politycznego poparcia amerykańskiej polityki na arenie międzynarodowej – trudno ocenić, bo pod tym względem Waszyngton, choć staramy się tego nie dostrzegać – nie uważa Warszawy za partnera znaczącego, nawet jeśli i tak skłonnego do działań zgodnych z jego zamierzeniami. Bo wewnątrz UE ważni są inni rozgrywający, a nie kraj, który wprawdzie umie się z Brukselą skłócić, ale nie potrafi być w tych relacjach proaktywny. W odniesieniu do innych kierunków – ewentualne poparcie polski dla amerykańskiej polityki w stosunku do Iranu, kwestii bliskowschodniej, Syrii, Korei Chin, czy czegokolwiek innego – jest po prostu bez znaczenia. Nawet w relacjach Waszyngton-Moskwa Polska, choćby chciała, jest jedynie pionkiem na geopolitycznej szachownicy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *