I znów są najlepsi na świecie

Nasi siatkarze wrócili z mistrzostw świata w glorii zwycięzców. Mało kto wierzył, że w Bułgarii i Włoszech zdołają obronić tytuł wywalczony cztery lata temu. Oni jednak tego dokonali pokonując w decydujących meczach faworyzowane zespoły Brazylii i USA.

 

Sukces polskiej drużyny zaskoczył przede wszystkim jej rywali. Najpierw kręcili nosami Francuzi, którzy pokonali biało-czerwonych w trzeciej fazie turnieju, ale odpadli po miażdżącym zwycięstwie Polaków w potyczce z Serbami. Potem swoje niezadowolenie manifestowali gospodarze turnieju Włosi, bo oni w bezpośrednim starciu też okazali się lepsi od biało-czerwonych, ale żeby awansować do do półfinału musieli wygrać do zera, tymczasem Bartosz Kurek, Michał Kubiak i spółka już w pierwszym secie pozbawili ich szans i potem mogli sobie pozwolić na odpuszczenie meczu.

W półfinałowym starciu z reprezentacja Stanów Zjednoczonych, uważana powszechnie za najlepszą ekipę tegorocznego czempionatu, podopieczni trenera Vitala Heynena już niczego nie odpuszczali. Po kapitalnym meczu pokonali Amerykanów 3:2 i w niedzielę ponownie, jak cztery lata wcześniej w katowickim Spodu, do walki o mistrzostwo świata stanęli naprzeciwko drużynie Brazylii. Oczywiście znów mało kto dawał im szanse na pokonanie złotych medalistów olimpijskich z Rio de Janeiro. Dopiero ciężkie lanie 3:0 jakie sprawili canarionhos polscy siatkarze zmieniło wystawiane im wcześniej cierpkie oceny w pełne zachwytu recenzje.

 

Brazylijczycy byli pod wrażeniem

Trener canarinhos Renan Dal Zotto po meczu przyznał otwarcie, że o porażce jego zespołu w pierwszym rzędzie przesądzili fenomenalnie grający Bartosz Kurek i Michał Kubiak. Oni byli genialni i nie mogliśmy ich zneutralizować. Kubiak grał bardzo technicznie, znajdował dziury w bloku, czym strasznie nas denerwował. Ale uczciwie trzeba powiedzieć, że to świetny zawodniki i doskonały przywódcą. Natomiast Kurek, przecież od lat jeden z najlepszych graczy na świecie, swoimi atakami wręcz demolował naszą obronę”. Brazylijski szkoleniowiec nie ukrywał, że znakomita gra Polaków była dla niego zaskoczeniem, ale nie winił swoich zawodników za porażkę. „Kończymy turniej z podniesionymi głowami, bo wykonaliśmy tu świetną robotę. W finale przez kontuzje nie mogli u nas zagrać Luicarelli i Mauricio Borges, uważani za najlepszych przyjmujących na świecie, pewnie z nimi w składzie stawilibyśmy Polakom większy opór. Ale ich zwycięstwo było w pełni zasłużone” – zakończył Dal Zotto.

Zdecydowanie mniej zadowolony z trzeciego miejsca w turnieju był trener amerykańskich siatkarzy John Speraw, który przyznał, że brązowy medal zdobyty po wygranej z Serbią nie ma dla jego drużyny większej wartości. „Bardziej będę pamiętał o półfinałowej porażce z Polakami” – stwierdził amerykański szkoleniowiec, narzekając przy okazji na bezsens rozgrywania spotkań o trzecie miejsce. „Gdy się przegrywa półfinał i traci szansę gry o złoto, to trudno potem walczyć o trofeum niższej rangi.

Speraw skrytykował też terminarz gier. „Żaden sportowiec nie powinien grać cztery dni z rzędu. Z tego powodu musiałem w jednym ze spotkań grać rezerwowymi, bo gdybym wystawił do każdego z tych meczów podstawowych graczy, to ktoś prędzej czy później doznałby kontuzji, a ja wyszedłbym na idiotę. Zwłaszcza w fazie finałowej powinno grać się maksymalnie dwa spotkania z rzędu. Dlaczego jakoś w turnieju olimpijskim można się tego trzymać, a w mistrzostwach świata już nie?” – grzmiał pod adresem działaczy FIVB.
Włodarze światowej federacji siatkarskiej takie opinie mają jednak w głębokim poważaniu. Nie przejmują się też krytycznymi opiniami o bałaganie organizacyjnym, niedopracowanym scenariuszu ceremonii nagradzania, w której zapomniano choćby o odegraniu hymnu dla zwycięskiej drużyny. Dobrze, że wśród wyróżnionych indywidualnymi nagrodami nasi siatkarze stanowili znaczącą siłę, zaś na najlepszego gracza turnieju (MVP) wybrano Bartosza Kurka. Dla tego siatkarza to trofeum miało przecież szczególne znaczenie. Cztery lata temu decyzją trenera Stephane’a Antigi wypadł z kadry tuż przed mistrzostwami, potem miał okres głębokiego kryzysu i dopiero pod wodzą Heynena zdołał si pozbiera i teraz wspiąć się na sam szczyt siatkarskiej hierarchii.

 

Konsumowanie sukcesu

Zdobycie po raz drugi z rzędu mistrzostwa świata obudziło w Polsce przygasłe nieco ostatnio zainteresowanie siatkówką. Oczywiście w pierwszym rzędzie pod sukces biało-czerwonych podpięli się politycy rządzącej partii. Prezes publicznej telewizji Jacek Kurski nie omieszkał pochwalić się wynikami oglądalności (finał z Brazylią według niego obejrzało ponad siedem milionów widzów) oraz zakupem praw telewizyjnych do siatkarskich imprez na najbliższe trzy lata. Do medialnego zgiełku dołączył rzecz jasna prezydent Andrzej Duda, przyznając siatkarzom państwowe odznaczenia, a premier Mateusz Morawiecki poszedł jeszcze dalej, bo na wieść o tym, że za swój sukces siatkarze dostaną pięć razy mniej pieniędzy niż dostali piłkarze tylko za awans do finałów mistrzostw świata, obiecał im coś tam dorzucić z rządowej szkatuły.

Dobrze, że spokój w tym zamieszaniu zachował sprawca tego sukcesu Vital Heynen, któremu za miesiąc kończy się kontrakt. Chyba nie chce odchodzić, bo publicznie zapowiedział, że teraz chce dla Polski zdobyć w Tokio złoty medal olimpijski.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *