Poeta nie umiera

Tajemnica potężnej osobowości Aznavoura zastanawia od lat, po jego odejściu nabiera mocy.

 

W południe 5-go października trumna z ciałem Charlesa Aznavoura, spowita flagą francuską stała na dziedzińcu Pałacu Inwalidów. Wśród licznych osobistości premier Armenii. Przemawiał prezydent Republiki Francuskiej Emmanuel Macron, kończąc swoje wystąpienie słowami:

 

„We Francji poeta nigdy nie umiera”.

Niespełna rok temu przy trumnie Johnny Hallydaya w kościele Madeleine stali obok siebie trzej prezydenci jakże różnych formacji: Nicolas Sarkozy, François Hollande i Emmanuel Macron. Na pobliskich bulwarach milionowy tłum wielbicieli artysty, ale chyba nie tylko oni. Po prostu miłośnicy francuskiej piosenki, tej wielkiej, która królowała swego czasu na całej planecie. Pomyślałam: szczęśliwy naród, który potrafi jednoczyć się w chwilach wzniosłych, by okazać przywiązanie do swoich ulubieńców w sztuce. Ale też piosenka francuska jest czy raczej była jedyna w swoim rodzaju, kształtowały ją wieki historii. W czasie Rewolucji Francuskiej piosenka była śpiewaną gazetą, przynoszącą najnowsze wieści z Konwentu oraz spod gilotyny, tworząc siłą rzeczy specyficzny format i styl, który istniał jeszcze do niedawna. Od lat w agonii, niweczona amerykanizacją, która stworzyła upiora pt. kultura masowa, równająca ostro w dół.

 

Słoneczny, kwietniowy poranek roku 1963.

Na dworzec główny w Krakowie wjeżdża pociąg z Poznania. Z wagonu sypialnego wychodzi On. Wielkie, ciemne okulary zasłaniają pół twarzy. Jasny garnitur pepita z kamizelką, barwna koszula w paski, krawat w groszki. Nie wiem jeszcze, że ubiera go serdeczny przyjaciel, niebawem sławny projektant mody Ted Lapidus. Artystę witam u boku konsula Republiki Francuskiej pana Maurice’a Dehors. Jeszcze zdążyłam zauważyć imponujący komplet walizek z czarnej skóry, aplikacje z barwnego gobelinu. Wzór mógł być ormiański, ale pochodził z Meksyku.
Wiedziałam, że do niedawna śpiewał pod rodowym nazwiskiem Aznavourian. Miałam w swoim wtedy skromnym repertuarze jego pierwszy wielki przebój „Sur ma vie” (Na moje życie).
Wieczorem Hala Wisły zapełniła się do ostatniego miejsca. Publiczność wytworna, zdrowo snobistyczna, jak na premierach w Teatrze im. Słowackiego albo Starego. Toute Cracovie. Gościły już w Krakowie wielkie gwiazdy Paryża: Lucienne Boyer, Gilbert Bécaud, Jacques Brel, Gloria Lasso, Juliette Greco, Dalida, Yves Montand i nawet na ich tle drobny wzrostem Ormianin poraża swoim oryginalnym talentem. Cechuje go ascetyczny gest i ogromna siła wyrazu eksplodująca w niewielkim głosie. Fantastyczna muzykalność, swoboda tworzenia dźwięków i to, co nazywa w swoich wspomnieniach o Lizie Minelli inteligencją sceniczną. Na przekór nieżyczliwej początkowo krytyki tworzy własny styl, wykorzystując po mistrzowsku swoje walory, wady przekształcając w atuty.

Prezentujący recital Lucjan Kydryński użył określenia

 

„Napoleon francuskiej Piosenki”,

które, jak wynika ze wspomnień Aznavoura, narodziło się w Polsce. Artysta wyprzedził wszelkie mody i tendencje. To nie Aznavour gonił epokę, to epoka goniła Aznavoura. Niezwykły ten artysta i twórca od najmłodszych lat gnany ambicją parł do przodu, nieokiełznany i porywczy, zdobywając światowe szczyty Parnasu sztuki.

Po krakowskim recitalu, w legendarnym Klubie Plastyków przy ulicy Łobzowskiej odbył się ekskluzywny bal na cześć Artysty. Przy okazji Charles Aznavour wyznał, że swoje już zdążył wypić i sączył jakieś soki. Nie pamiętam czy palił papierosy, a jeśli to niewiele. Następnego dnia w apartamentach konsula Republiki Francuskiej odbył się koktajl, podczas którego miałam zaśpiewać. Stwierdziłam jednak, że raczej mogłabym buty wyczyścić naszemu gościowi. Poprosiłam o autograf i otrzymałam piękny portret czarno-biały, który wisi w ramkach na honorowym miejscu. Litery wyblakły, ale można przeczytać: JOANNA – mon Meilleur souvenir – i bardzo oryginalny graficznie, zamaszysty podpis.

Nie zapomnę recitalu Aznavoura na Międzynarodowym Festiwalu Piosenki w Sopocie (w roku 1984). Publiczność przywitała go owacyjnie. Oklaski zgasił stanowczym spojrzeniem, zamierając w pełnym napięcia skupieniu. Zaczęło się misterium, jakim był każdy jego występ.

Tajemnica potężnej osobowości Aznavoura zastanawia od lat, po jego odejściu nabiera mocy. W 80. latach życia zadziwiał energią i werwą, jakiej pozazdrościć mógł niejeden młodzieniec. Stał się nawet bardziej otwarty i bezpośredni, bo, jak wspominał w swoich kilku autobiografiach, wcześniej trzymały go na uwięzi liczne kompleksy. Należał do ulubieńców Edith Piaf, która despotycznie otaczała się swoim wiernym dworem. O niej pisze Aznavour najpiękniej, nie pomija jej wad, należą przecież do ważnych składników niepowtarzalnej, gigantycznej osobowości. W wielkim programie telewizyjnym wkrótce po odejściu Artystki, gdzie wszyscy wypowiadali się o tym, jaka była czarująca, cudowna i kochana, jedynie Charles Aznavour odważył się stwierdzić, że była dyktatorem, potworem co prawda świętym (monstre sacré!), co nie przeszkadzało nikomu prawdziwie ją wielbić i podziwiać. W katalogu wielkiej wystawy poświęconej Edith Piaf w paryskim ratuszu (październik 2003 – luty 2004) Aznavour napisał we wstępie: „Jak Joanna d’Arc, Napoleon Bonaparte czy Wiktor Hugo, ta drobna kobieta pozostaje w naszych gorących sercach, daleko od lodowatych grobowców Panteonu”.

 

Budząc szacunek i podziw

swoją wspaniałą sztuką, Aznavour nade wszystko wzrusza słuchacza. Wprowadzając go, niczym everyman dawnego teatru, w świat codzienności, smutków i radości zwykłego śmiertelnika. Jest w tym bliski swojej mistrzyni i przyjaciółki. Był jej szoferem, akompaniatorem, asystentem, autorem i tylko nie został amantem, bo wolała wysokich wzrostem. Miał kompleks z powodu okazałego, ormiańskiego nosa, więc Piaf sfinansowała mu kosztowną operację, ale nie wierzyła w jego karierę: – Z tym nikłym głosem o irytującej wibracji nie masz najmniejszych szans. Była to największa pomyłka Artystki.

W ormiańskim mieście Gyumri od lat stoi pomnik Aznavoura, bardzo chętnie fotografował się na jego tle: – Nareszcie jestem wyższy niż w rzeczywistości! Często gościł w ojczyźnie swoich rodziców, jeszcze w czasach Związku Radzieckiego. Podczas wizyty Jana Pawła II w Armenii, z okazji jubileuszu jednego z najstarszych kościołów katolickich, Charles Aznavour zaśpiewał „Ave Maria”. Fragment występu emitowały stacje telewizyjne na całym świecie. Widać było, jak bardzo jest wzruszony.

Ranking 2000 magazynu „Time” oraz CNN wybrał Aznavoura pieśniarzem stulecia, przed Elvisem Presleyem i Bobem Dylanem. Cztery lata później, z okazji 80. urodzin, artysta wydał „Le temps des avants”, która ukazała się w Polsce pod tytułem „Kiedyś… wspomnienia” (Wydawnictwo Studio Emka 2005, tł. Andrzej Wiśniewski). Znalazło się tam moje słowo wstępne, którego fragmenty przypominam.

Oto jak wspomina Charles Aznavour

 

kraj swoich przodków:

„Armenia była krajem leżącym na skrzyżowaniu dróg, po których przemieszczały się liczne armie i karawany ciągnące jedwabnym szlakiem. Był to obszar mieszania się różnych kultur, narodów i religii. Z czasem zwróciła się ku Zachodowi, przyjmując w III wieku chrześcijaństwo i osadzając na swoim tronie francuskiego księcia. Staje się narodem rozdartym między dwiema kulturami – z jednej strony chce żyć jak kraje ościenne, a z drugiej związana jest z cywilizacją zachodnią czasu wypraw krzyżowych. Jestem synem obu tych kultur. Podobnie jak ten kraj zostałem za młodu poddany różnym oddziaływaniom, odczuwałem wpływy kultury ziemi moich przodków, tak w sferze muzycznej, jak i poetyckiej, klasycznej i ludowej, rosyjskiej, żydowskiej, cygańskiej, arabskiej, ormiańskiej, a później francuskiej, hiszpańskiej, amerykańskiej… Kiedy mnie pytają, czy czuję się bardziej Ormianinem czy Francuzem, mam jedną tylko odpowiedź: jestem stuprocentowym Francuzem i stuprocentowym Ormianinem. Jestem jak kawa z mlekiem: jak się już raz wymiesza oba składniki, nie sposób ich później rozdzielić. Te dwa wpływy, do których dołączyły inne, dały mi bardzo wiele i razem wytworzyły styl, który jest mi właściwy. Kiedy inni byli zajęci studiowaniem, ja miałem już te dwie kultury w swoich genach. Tak więc pomimo licznych rozczarowań i trudności, jakich zaznałem, mój kosmopolityczny bagaż okazał się dobrodziejstwem. Poznanie dwóch języków w dzieciństwie, a potem kontakt codzienny z dwoma lub trzema innymi jest prawdopodobnie tym sekretem, dzięki któremu możemy szybko nauczyć się języków obcych oraz interesować się innymi kulturami”.

To sprawy bardzo mi bliskie, choć nie zdążyłam o nich porozmawiać przed laty z Artystą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *