Trybuna.info

Prenumerata cyfrowa / Dołącz teraz do grona prenumeratorów Kup teraz

 

Życie barwne jak baśń

piątek, 10 listopad 2017 18:59

Napisane przez  Krzysztof Lubczyński

Z MAGDALENĄ WOŁŁEJKO rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Pięćdziesiątka Lewandowskiego

Pięćdziesiątka Lewandowskiego

W środowym meczu Lig...   czytaj więcej »

Krzysztof Lubczyński: Pochodzi Pani z jednej z najbardziej znanych rodzin aktorskich w Polsce, jako córka wybitnych aktorów Czesława Wołłejko i Haliny Czengery, siostra aktorki Jolanty Wołłejko, swego czasu szwagierka Tadeusza Plucińskiego, męża Jolanty, no i swego czasu żona Piotra Polka.

MAGDALENA WOŁŁEJKO: Także ojciec mojej mamy, Władysław Czengery był przed wojną dyrektorem, reżyserem i aktorem teatralnym, w Wilnie, w Rydze, w Grodnie. Również dwie moje babcie miały styczność ze sceną, tańczyły, śpiewały.

Pochodząc z takiej rodziny chyba nie mogła Pani nie zostać aktorką…

Praktycznie wychowywałam się w teatrze, konkretnie warszawskim Teatrze Polskim, gdzie pracowali przez lata moi rodzice. Od najmłodszych lat spotykałam tam największych aktorów. Gdy w szkole teatralnej na korytarzu pojawiali się Tadeusz Łomnicki, Andrzej Łapicki, Aleksandra Śląska, moje koleżanki i koledzy byli pod wielkim wrażeniem, a dla mnie to już była bułka z masłem, bo stykałam się z nimi od najwcześniejszego dzieciństwa. Jednak przy egzaminie do szkoły nie miałam taryfy ulgowej, więc skoro zostałam przyjęta to musiałam chyba mieć w sobie jakąś iskierkę. Tym bardziej że w tym czasie odpadło kilkoro kandydatów ze znanymi aktorskimi nazwiskami. A w ogóle to nie wyobrażałam sobie siebie w innym zawodzie, choć przez pewien czas byłam w szkole baletowej, bo myślałam o zawodzie tancerki. Kiedy jednak pojawiła się możliwość zagrania w serialu „Chłopi” bez wahania porzuciłam balet, do którego miałam coraz mniej przekonania jako drogi dla siebie. I dzięki temu jestem do tej pory najbardziej kojarzona z rolą Józki Borynówny. (śmiech)

W filmie zadebiutowała Pani jako siedmiolatka. Był to „Między brzegami” Witolda Lesiewicza. Co Pani zapamiętała z tej realizacji z 1962 roku?

– Niewiele. Nie pamiętam zdjęć próbnych. Pamiętam, że kręcono go latem nad morzem, bodajże w Rowach, pamiętam jak kupowano mi sukienki do tego filmu, pamiętam zapach szminki w charakteryzatorni i w ogóle różne rozpylane tam zapachy. Mam wrażenie, że pamięć dzieciństwa to jest przede wszystkim pamięć zapachów. Pamiętam też, że w momencie grania śmierci mojej bohaterki dostałam czkawki (śmiech) i przez pewien czas nie mogli nakręcić sceny. A kiedy już przestałam czkać, to z kolei zaczęłam otwierać jedno oko i podglądać co się dzieje i ekipa denerwowała się na mnie.

A aktorów Pani pamięta?

Grającego główną rolę Kazimierza Fabisiaka słabo, ale utrwalił mi się w pamięci pan Jerzy Pichelski, jeszcze przedwojenny amant filmowy, o bardzo męskiej urodzie, który był bardzo ciepły i miły. Była to chyba jego ostatnia rola i wiadomość o jego śmierci była pierwszą tego rodzaju wiadomością, którą emocjonalnie przeżyłam. Pamiętam, że w ogóle aktorzy traktowali mnie bardzo opiekuńczo. Aha, pamiętam jeszcze, że wyjadałam z koszyka landrynki malinowe, które „grały” prawdziwe maliny, jako rekwizyt. Widziałam „Między brzegami” jakiś czas temu i miałam wrażenie, jakbym oglądała film przedwojenny – czerń-biel, mało widać, mało słychać.

Kilka lat później, jako nastolatka zagrała Pani w filmie Haliny Bielińskiej „Dziadek do orzechów” według opowiadania E.T.A. Hoffmana. Ten już był kolorowy, w bardzo efektownej, właściwie teatralnej scenografii…

Miałam wtedy okropną tremę, w przeciwieństwie do poprzedniego filmu. Pewnie dlatego, że byłam o pięć lat starsza i bardziej świadoma. Przez tę tremę na zdjęciach próbnych nie dostałam głównej roli, bo nie mogłam ze zdenerwowania powtórzyć jednego prostego zdania: „Miałyśmy obiecane precelki”. No i tych „precelków” nijak nie mogłam zapamiętać. Byłam tak zestresowana, że skończyło się na bólu brzucha i wizycie u lekarza. W końcu reżyser Halina Bielińska powiedziała, że „jestem tak milutka, że można mi dać rolę pierwszej damy dworu”. I tak się stało.

Film reżyserowała Halina Bielińska, która później już nie zaistniała w zawodzie…

Nawet nie wiem co się z nią stało, jej samej właściwie nie pamiętam, natomiast świetnie sobie przypominam wspaniałe, barwne, jak na baśń przystało, dekoracje, które zaaranżowano w studiu przy Chełmskiej. I piękne kostiumy, przebieranie się, czesanie, malowanie Dla takiej 11-letniej dziewczynki jak ja, to była wielka atrakcja. Dla innych, w tym moich koleżanek ze szkoły baletowej, także. Wtedy były pieniądze na takie zbytki.

W „Dziadku do orzechów” zagrali m.in. tak znakomici aktorzy jak Wieńczysław Gliński i Leon Niemczyk…

Ale z nimi się nie zetknęłam, nie występowałam z nimi w scenach. Kontakty za aktorami przyszły później. Najpierw dostałam zaproszenie na zdjęcia próbne do roli Oleński w „Potopie” i podobno nawet byłam brana pod uwagę, ale chyba zza młoda. Jakiś czas później poszłam z mamą na obiad do SPATiF i tam mama spotkała reżysera Jana Rybkowskiego, który właśnie przygotowywał się do realizacji „Chłopów”. Zobaczywszy mnie powiedział: „Toż to jest wykapana Józia, ma buzię jak księżyc w pełni, nich przyjdzie na próbne zdjęcia”. Trochę się poczułam urażona tą „buzią jak księżyc w pełni”, ale na zdjęcia próbne oczywiście poszłam. Byłam bardzo niezadowolona, bo po ubrano mnie w jakieś łachmany i dano do ręki kosz z jajkami. Dostałam tę rolę i zostałam Józią, co okazało się piękną przygodą, zwłaszcza że dało mi to zwolnienie ze szkoły. Plenery i większość zdjęć kręcono we wsi Pszczonów pod Łowiczem, a niektóre we wnętrzach studiu w Łodzi. Mogłam podziwiać na planie i w bezpośrednich kontaktach całą plejadę wspaniałych aktorów z Władysławem Hańczą, Ignacym Gogolewskim, Emilią Krakowską, Tadeuszem Fijewskim, Bolesławem Płotnickim i wieloma innymi. Przez całe wakacje biegałam w tych łachmanach, bo kazano mi się do nich przyzwyczajać. Byłam niezadowolona, bo bardzo mi to przeszkadzało w jeździe na rowerze. Co było charakterystyczne dla tego planu, to pełna naturalność scenerii. Jedzenie prawdziwe, gotowane po wiejsku, pachnący chleb z pieca, autentyczne stroje wiejskie, z prawdziwych dawnych materiałów, wyciągane ze skrzyń wiejskich gospodyń. Wszystko tchnęło autentyzmem, a chustę i spódnicę, w której grałam, zachowałam do dziś. To w ogóle był czas znakomitych realizacji filmowych, telewizyjnych, teatralnych i serialowych. Prowadzono bardzo staranne próby, czego dziś nie ma, Wszystko dzieje się w pośpiechu, bywa że aktorzy wpadają do teatru na kwadrans przed przedstawieniem. Mój ojciec przychodził do teatru przed spektaklem dwie godziny wcześniej i z wolna wyciszał się, rozwiązując krzyżówki. W teatrze żywym i w telewizji była świątynia sztuki przez duże „S”.

Po tych doświadczeniach przystąpiła Pani z powodzeniem do egzaminu do warszawskiej szkoły teatralnej. Dużo Pani dala szkoła?

Bardzo dużo. Do grania w teatrze szkoła jest niezbędna, bo potrzeba konkretnych umiejętności, tzw. warsztatu. To był dla mnie niezapomniany okres w życiu, dużo nauki, ale i dużo emocji, nadziei, marzeń.

Ojciec zachęcał Panią do zostania aktorką?

Nie. Gdy miałam sześć lat, ojciec miał już nową rodzinę i chyba nigdy nie widział mnie na scenie. Nigdy też mi o sobie nie opowiadał, więc nie mam o jego życiu i karierze dużej wiedzy. Nie nadaję się więc na autorkę jego biografii, na którą na pewno zasłużył.

Pracowała też Pani z Jerzym Antczakiem w „Nocach i dniach”…

To była mała rólka, ale wspominam pana Jerzego jako reżysera kochającego aktorów, w czym był podobny do Stanisława Różewicza. Natomiast żałuję, że wycięto w montażu scenę z moim udziałem w „Pannach z Wilka” Andrzeja Wajdy. Bardzo dobrze wspominam też rolę Baśki, narzeczonej Alka w „Akcji pod Arsenałem” Jana Łomnickiego. Było to wzruszające przeżycie, bo grałam postać wtedy jeszcze żyjącą, jako że film był realizowany w 1977 roku. Rozmawiałam z nią, dała mi do przeczytania swoje zapiski z okresu okupacji, w tym z okresu gdy Alek umierał w szpitalu. Przez lata siedziało to we mnie i chodziłam na groby chłopców z Szarych Szeregów na Powązki, 1 listopada i w rocznicę akcji, 26 marca. Mogę nawet powiedzieć, że nie tylko zżyłam się z zagraną postacią, ale w swoisty sposób związałam się emocjonalnie z postacią Alka, niemal się w nim zakochałam. A z tym filmem pojechałam kiedyś nawet na festiwal filmowy w Libii. Przy okazji można było tam kupić lepszą taśmę niż ta kiepska, ORWO-wska, na której nakręcono „Akcję”.

Po studiach, na wiele lata zaangażowała się Pani, z kilkuletnią przerwą, do Teatru Kwadrat…

…czyli do teatru o profilu komediowym, pod skrzydła Edwarda Dziewońskiego. Zawsze najbardziej chciałam grać w komediach, czułam je. W komedie wchodzi się lekko, łatwo i przyjemnie. Role dramatyczne często ciążą na psychice, a tego trochę się bałam. Lękałam się „wypruwania flaków”, bo to dużo kosztuje psychicznie, choć są aktorzy, którzy tego potrzebują. Ja wolałam schodzić ze sceny po przedstawieniu. Najlepiej wspominam z tego czasu rolę Blond w „Serenadzie” Mrożka w „Rozmowach przy wycinaniu lasu” Tyma, w „Wielkim Jerrym” Francisa Scotta Fitzgeralda. Bardzo lubiłam, a zdarzało mi się to często, pracować z Janem Kobuszewskim, który obdarzony był umiejętnością świetnego kontaktu na scenie z innymi aktorami. W późniejszym okresie na kilka lat związałam się z inną warszawską sceną o profilu muzyczno-komediowym, z „Syreną”.

Wkrótce zadebiutowała też Pani w Teatrze Telewizji, w 1975 roku w „Horsztyńskim” Juliusza Słowackiego. Później zagrała Pani jeszcze w siedmiu przedstawieniach…

Między innymi w „Ładnej historii”, komedii Caillaveta i Flersa w reżyserii Edwarda Dziewońskiego, do której mam największy sentyment, gdzie u boku Janusza Gajosa zagrałam główną bohaterkę, Helenę. To był czas współpracy jego Teatru „Kwadrat” z telewizją, którą zakończył po wprowadzeniu stanu wojennego mówiąc, że „nie może pracować, gdy za ścianą stoi człowiek z karabinem”. O ile w na żywej scenie, przede wszystkim w „Kwadracie”, a też m.in. w „Syrenie” grałam przede wszystkim role w przedstawieniach lżejszych gatunkowo, komediowych, o tyle w Teatrze Telewizji przydarzyło mi się kilka ciekawych ról z repertuaru dramatycznego, choćby w „Pierścieniu wielkiej damy” Norwida, w „Non omnis moriar” Zuzanny Ginczanki, w „Pułapce” Tadeusza Różewicza, rola zakonnicy w „Mateczce” Władysława Terleckiego czy hrabianki Geschwitz w „Puszce Pandory”, głębinowym psychologicznie dramacie Franka Wedekinda. Te dwa ostatnie przedstawienia realizował pan Stanisław Różewicz, który zaangażował mnie do swoich dwóch filmów, „Kobiety w kapeluszu” i „Pensji pani Latter” na podstawie „Emancypantek” Prusa. Był wspaniałym reżyserem mającym bardzo ciepły, rozumiejący stosunek do aktorów, a przy tym znakomicie, profesjonalnie przygotowanym do planu zdjęciowego. A co do telewizji, to miałam z nią kontakt także od innej strony, jako autorka.

Właśnie chciałem zapytać o Pani pisanie…

Swego czasu napisałam dla telewizji, jako Maciej Pisz, dziesięć piętnastominutowych epizodów pod tytułem „Taksówka Jedynki”, które zrealizował Jan Kidawa-Błoński. Napisałam też, pod pseudonimem Meggie W. Wrightt, sztuki dla teatru. Pierwsza, „Klub hipochondryków”, z udziałem Piotra Malajkata, Zbigniewa Zamachowskiego i Piotra Polka, grana jest przy kompletach publiczności od 2003 roku. Napisałam też drugą część „Hipochondryków”, która czeka na swój czas. Trzecia moja sztuka, „Klub kobiet porzuconych” została wystawiona w Australii, w polskim teatrze „Fantazja” w Sydney, który został z tym przedstawieniem zaproszony do Los Angeles, do innego polskiego teatru i zostanie ono pokazane jesienią. Myślę też o filmie według „Hipochondryków” i o spróbowaniu się w roli reżyserki teatralnej. Aktualnie piszę dwie książki: biografię mojej rodziny i biografię psa, bo jestem psiarą. Obie w nastroju pogodnym. Zawsze miałam inklinacje do pisanie. Pisałam pamiętnik, a w wieku ośmiu lat napisałam sztukę.

Jak Witkacy…

Podobnie krótką i też z błędami ortograficznymi (śmiech).

Dziękuję za rozmowę.

Magdalena Wołłejko – ur. 27 maja 1955 w Warszawie, absolwentka warszawskiej PWST (1978). Związana z teatrami warszawskimi Kwadrat, Teatrem na Woli, Komedia, Capitol i Syrena. Role teatralne, m.in. Kolombina w „Słudze dwóch panów” C. Goldoniego, Geraldina w „Co widział kamerdyner” J. Ortona, Jane w „Farsie na trzy sypialnie” A. Ayckbourna, Pam w „Klubie hipochondryków” Meggie W. Wrightt. W Teatrze Telewizji m.in. Leni w „Pamiętniku pani Hanki” T. Dołęgi-Mostowicza, Gwendolin w „Manhattan Poker” S. Neila, Krystyna w „Pierwiastku minus jeden” M. Hemara. W filmie m.in. w „Romansie Teresy Hennert” I. Gogolewskiego, „Filipie z konopi” J. Gębskiego, „Oszołomieniu” J. Sztwiertni, „Spowiedzi dziecięcia wieku” M. Nowickiego, a także w serialach „Polskie drogi”, „Układ krążenia”, „07 zgłoś się”, „Klan”, „Samo życie”. Autorka sztuk teatralnych po pseudonimem Meggie W. Wrightt („Klub hipochondryków”, „Klub kobiet porzuconych”), scenariuszy telewizyjnych oraz filmowych pod pseudonimem Maciej Pisz i tekstów piosenek.


Pozostałe informacje

ONR – reaktywacja nowotworu c.d.

Uzupełnienie wywiadu z Szymonem Rudnickim, opublik...   czytaj więcej »

Wypominki 25

Ogórka lubię o każdej porze roku, także w N...   czytaj więcej »
Flaczki tygodnia

Flaczki tygodnia

Bufetowa umarła – niech żyje nowy Barman &nd...   czytaj więcej »
Wpadliśmy do Zgierza…

Wpadliśmy do Zgierza…

56 tys. ludzi, 12 kościołów, kilka myjni sa...   czytaj więcej »
Głos lewicy

Głos lewicy

Bez przystawiania pistoletu Jeżeli uczciwie chcem...   czytaj więcej »
Daszyński stanie w Warszawie

Daszyński stanie w Warszawie

– Wierzymy, że za rok przy Placu na Rozdrożu...   czytaj więcej »
Zaostrzenie  prawa aborcyjnego

Zaostrzenie prawa aborcyjnego

Partia Jarosława Kaczyńskiego znalazła sposó...   czytaj więcej »

Do czego PiS-owi kobieta

PiS wpadł na pomysł, jak najbardziej w swym założe...   czytaj więcej »

Kasa nie dla nazioli

Wysoką cenę zapłaci Raków Częstochowa za wy...   czytaj więcej »
Imperium zła Kaczyńskiego i cała reszta

Imperium zła Kaczyńskiego i cała reszta

Z publicystą, socjologiem, redaktorem naczelnym &b...   czytaj więcej »
Google plus