Trybuna.info

Prenumerata cyfrowa / Dołącz teraz do grona prenumeratorów Kup teraz

 

Antoni i jego „Wacek”

środa, 26 kwiecień 2017 08:00

Napisane przez  MAREK BARAŃSKI (blog.pl „PISANINKA”)

„Dziękuję ci Wacku w imieniu służby”, powiedział jak zwykle lepiący się od patosu Antoni Macierewicz…

Kubot i Melo nie dali rady w finale

Kubot i Melo nie dali rady w finale

Łukasz Kubot i Marce...   czytaj więcej »

To z daleka pachnie lipą. Ale Macierewicz, to mistrz zasypywania wzniosłymi słowami przaśnej rzeczywistości.
Owa manipulacja jest możliwa pod warunkiem, że słuchacze są wyłącznie idiotami. Pan Antoni takie przekonanie wyraźnie żywi. On – czy to podczas mów patriotycznych, czy to na kolanach zatopiony w modlitewnej w pozie, której sam papież by się nie powstydził, czy też w ogniu sejmowych polemik – wręcz emanuje niezachwianym przekonaniem, że ma do czynienia wyłącznie ze słuchaczami Radia Maryja, z Rydzykową zbieraniną dziadów i bab, z tą chmarą półanalfabetów wygłaszających sądy w najważniejszych sprawach z niepodlegającą dyskusji pewnością siebie. Oni nie zadają pytań. Oni wiedzą! Bomba termobaryczna? – jasne! Na bank ruska robota. Jakim cudem? – mają swoje ruskie sposoby. I polskich tusko-komucho-zdrajców… Człowiek słucha i się szczypie, czy przypadkiem to mu się nie śni… Nie śni! Ręce opadają… Ale nie im! Ich łapy swędzą! Nie mogą się doczekać, żeby piąchą na wrażym ryju wypisać, czyja jest racja. Nikt im nie będzie mówił, kto jest kto? Sami wiedzą – kto Żyd, kto Polak; kto Szwab, a kto swój; kto komuch, a kto szczery katolik prosto spod krzyża… Nie zawracają sobie głowy pierdołami, nie rozpraszają uwagi, nie rozmieniają przekonań…

O co chodzi?

A przecież warto zastanowić się – choć przez chwilę – co to w zasadzie znaczy: „dziękuję ci Wacku w imieniu służby”. Co pan Macierewicz miał na myśli wyrażając publicznie to dziękczynienie i to w obliczu największego skandalu, jaki można sobie wyobrazić. I, czy w ogóle coś miał na myśli? Bo przecież mógł, jak to on, bredzić bez sensu, byle „dumnie, chmurnie i patriotycznie”. Mało to razy dawał takie popisy? Ostatnio na przykład, gdy kazał żołnierzom strzec popiersia Lecha Kaczyńskiego, tak jak strzegą Grobu Nieznanego Żołnierza, który symbolizuje bohaterstwo śmierci za ojczyznę. – On też poległ za Polskę, pieprzył Antoni, jak potłuczony. A oni słuchali… żaden nie puknął się w czoło. Zwłaszcza żaden generał, a chmara ich Antoniego otaczała.
„Dziękuję ci Wacku w imieniu służby”… O jaką służbę chodzi? „Służbę” komu? Czemu? Czy to „służba ojczyźnie”, czy może zaledwie „służba” w znaczeniu formacji mundurowej? Lub „bez mundurowej”, bo i taka może być „służba”? A może chodziło panu Antoniemu o „służbę” idei? Etosowi? Lub o symboliczną kontynuację „służby pokoleń”?… Słowem – jasne nie jest, którą z tych służb pan Antoni miał na myśli, i której poświęcał się jego „Wacek”.
W ludziach bardziej doświadczonych, którzy już trochę wadzili się z życiem, niejedno widzieli i z tego choćby powodu więcej kojarzą niż normalna klientela polityczna pana Antoniego, ten pozornie nic nieznaczący brak pewności w kwestii „służby” może wywoływać różne skojarzenia, i niczym stare fotografie z pożółkłego albumu wydobywać z pamięci zaskakujące skojarzenia.

Służyło wielu

Chrust, Walewski, Pawłowski, chłopaki po Kiejkutach, dyplomaci, handlowcy, stypendyści. Wszyscy „służyli”… Skupmy się na najsłynniejszym – na Kuklińskim.
Nie znali się z „Wackiem”, choć należeli do tej samej organizacji, do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Obaj byli aktywistami. Obaj też potem mówili, że wstąpili do „partii komunistycznej”, by skuteczniej działać dla Polski wolnej. Kukliński rozpruwał tajemnice wojskowe armii, której przysięgał, i przekazywał je przeciwnikom, żeby mogli dokładniej wycelować w nas swoje rakiety. Kukliński zapisał się do PZPR, żeby rozkładać „komunę” od wewnątrz. Podobnie „Wacek” – należał, „żeby rozkładać ustrój od wewnątrz” – tak mówił.
Obaj, jako młodzi mężczyźni lubili podróżować. Kukliński na ogół na żaglówce. Żaglówka była jego, choć z wojska. Wojsko też pokrywało koszty. On tylko pływał, zwiedzał… i fotografował od czasu do czasu – nabrzeża, porty, podejścia, urządzenia – i co tam jeszcze mogło być przydatne podczas lądowania naszej armii, gdyby przyszło jej realizować strategiczne zadanie postawione przez Układ Warszawski, czyli gdyby zajmowała Danię.
„Wacek” nie kończył szkół wojskowych. Za to w 1978 r. obronił doktorat na wydziale włókiennictwa Politechniki Łódzkiej. Skończył też matematykę na tamtejszym Uniwersytecie. Ile taki młody doktor mógł wtedy zarabiać? Choćby i po matematyce? A też lubił podróże. I to z żoną.
Anna Gielewska, dziennikarka „Wprost”, która pisała o „Wacku” wspomina, że w latach 70-tych jeździł do Turcji, Grecji, Włoch, Libanu, Afganistanu, Indii… Znałem kiedyś inżyniera włókiennika z Łodzi. Zajmował się nowatorskimi metodami druku na tkaninach. Dobry był… ale, żeby aż jeździć po świecie, to nie… No, to kto za „Wacka” i „Wackową” płacił? Za Kuklińskiego płaciło wojsko. A za „Wacków”?…
Obaj lubili forsę. Znaczy „Wacek” lubi nadal. Przecież, gdyby nie lubił, nie „robiłby z siebie idioty”, przed czym przestrzegał go Romuald „Aldek” Roman, mieszkający w Stanach Zjednoczonych pisarz, działacz polonijny i wieloletni kumpel „Wacka”. Poznaliśmy go niedawno w programie TVN24 „Czarno na białym”. Ale „Wacek”, jak tylko poczuł kasę od Macierewicza – i tę za wygłupianie się w niby komisji niby wyjaśniającej niby prawdziwe przyczyny katastrofy smoleńskiej, i tę kasę „za” Radę Nadzorczą Wojskowych Zakładów Lotniczych – to nie miał żadnych oporów…
To charakterystyczne, że forsa jest w tej robocie zawsze czynnikiem sprawczym. Kuklińskiemu też ciągle było mało. Handlował na misji w Wietnamie na prawo i lewo, nie patrzył z kim, nie patrzył czym… A tam agent na agencie. Nie bez powodu mówi się, że właśnie w Sajgonie Amerykanie przerobili go z patrioty sprawy robotniczej i socjalizmu na patriotę-demokratę. Czy Berczyński był inny?
Na pytanie autorów programu „Czarno na białym” o „Wacka” koncern Boeing odpowiedział: „Pan Wacław Berczyński nie jest już u nas zatrudniony. Pracował dla Boeinga przez 21 lat, od 1985 do 2007 roku, jako inżynier oprogramowania”. Znajomi Berczyńskiego twierdzą, że zajmował się tam oprogramowaniem w helikopterach…
Zaledwie cztery lata po opuszczeniu „komunistycznej” Polski tow. „Wacek”, członek egzekutywy swojej organizacji partyjnej, tak ni z gruchy ni z pietruchy dostaje posadę projektanta oprogramowania helikopterów w jednej z najważniejszych fabryk zbrojeniowych USA? Owszem, mówi się o Amerykanach, że to są duże dzieci, ale przecież nie do tego stopnia. Nie w kraju, który zanim wydał wizę komukolwiek sprawdzał „przynależność do partii komunistycznej” równie dociekliwie jak przebyte choroby weneryczne. Nawet jeśli „Wacek” reprezentował jakieś unikatowe umiejętności, to i tak musiało być jeszcze „coś”, na czym Amerykanie zbudowali swoje do niego zaufanie. Któż dziś wie, co to było? Może zaprzyjaźnił się z kimś ważnym podczas tych podróży do Turcji, Grecji czy Włoch? Krajów, w których Amerykanie utrzymywali swoje bazy wojskowe i wysunięte placówki najważniejszych agencji…
Może Antoni wie? Skoro „dziękuje mu w imieniu służby” po tym, gdy „Wacek” załatwił swoim kolegom z Boeinga wielomiliardowy kontrakt na samoloty dla ViP-ów, a francuskiej konkurencji utrącił 13-miliardowy kontrakt na śmigłowce…

Słówka

Co jeszcze staremu człowiekowi podpowiada doświadczenie, gdy czyta o przygodach „Wacka”? Weźmy na przykład „legendowanie”. To takie słówko stale obecne w języku „służb”. Kukliński, dajmy na to, cieszył się sławą pracusia, artysty od malowania map sztabowych, ale też babiarza i cwaniaka, który ma o wiele więcej niż koledzy, tyle, że nie wiadomo skąd.
Ci, którzy znali Kuklińskiego opowiadali potem, że wielokrotnie zwracano uwagę na jego nietypowe zachowanie i nietypowe możliwości. Brak reakcji przełożonych był powodem powszechnej opinii, że Kukliński „ma krycie”, że stoi za nim ktoś bardzo wysoko postawiony. Mówiąc „bardzo wysoko” dawano do zrozumienia, że na Kremlu. To była bardzo skuteczna „legenda”. Oficer kontrwywiadu, który złapał Kuklińskiego w Sztabie Generalnym na fotografowaniu dokumentów, wkrótce po złożeniu meldunku wylądował na specjalnych kursach, które przygotowały go do służby na Wzgórzach Golan – żeby sobie zarobił i siedział cicho.
„Wacek” pysznił się na innych polach. Opowiadał o swoich kontaktach z opozycją, o przyjaźniach z najpierwszymi jej liderami, o kumplostwie ze śmietanką towarzyską. Szpanował znajomością z Geremkiem, z Michnikiem, z Głowackim… Geremek nie żyje, ale żyje Redaktor i ma dobrą pamięć. Nie przypomina sobie jednak, żeby znał „Wacka”. A naturę ma taką, że gdyby go spotkał w otoczeniu swojego przyjaciela prof. Geremka, to w zaistniałych okolicznościach tego by nie ukrywał. Tymczasem mówi, że „nie pamięta”.
Także pan Janusz Głowacki, który zna Amerykę do spodu, aż do ławki w Central Parku, jakoś sobie „Wacka” nie przypomina. Co prawda „Wacek” mieszkał w Filadelfii, ale Głowacki był jedynym w latach 80-tych Polakiem, którego znał Nowy Jork, a więc „cała Ameryka”. Wydaje się, że ktoś podobno tak ruchliwy, tak intelektualnie i patriotycznie rozbudzony, jak „Wacek”, a przy okazji tak żądny poklasku i próżny, stanąłby na głowie, żeby choć przez chwilę stanąć koło kogoś takiego jak „Głowa”, czyli słynny Janusz Głowacki – Polak, który zawojował teatralną Amerykę.

Nie znamy tego pana

Po szokujących wyznaniach „Wacka” dla „Dziennika Gazety Prawnej” codziennie ktoś ważny z rządu, ktoś, kto służbowo miał do czynienia z przetargiem na Caracale, oficjalnie i uroczyście zaprzecza, że „Wacek” mógł mieć wpływ na zerwanie kontraktu. Za wszelką cenę przekonują, że „ich” państwo nie jest „teoretyczne”, że ich procedury działają, że im żadne dziwactwa się nie zdarzają. Tylko, że „Wacek” podtrzymuje swoje słowa… Jeśli więc to nieprawda, jeśli prawda zawarta jest w specjalnym oświadczeniu Ministerstwa Obrony Narodowej, jeśli prawdę mówi wicepremier Morawiecki, to znaczy, że „Wacek”, przyjaciel Antoniego, łże. Jakże mu więc wierzyć w kwestiach smoleńskich? Jak w świetle tego, co się wydało, wygląda już nie tylko Antoni, ale sam pan prezes Kaczyński, który onegdaj autoryzował rewelacje o „bombie barycznej”? Czy nadal „jesteśmy coraz bliżej prawdy”, czy jednak oddaliliśmy się od niej o kilometr śmiechu i trzy mile obciachu? Co myśleć o prezydencie – Zwierzchniku Sił Zbrojnych, autorze „listów do M”? O prezydencie, który u boku prezesa Kaczyńskiego grzmi o odpowiedzialności za „katastrofę smoleńską” i o oczekiwanej „sprawiedliwości”?
Kompromitacja całej tej pożal się Boże ekipy jest za sprawą „Wacka” wielka jak Pacyfik i niezgłębiona niczym Rów Marjański. Na dobrą sprawę cała PiS-owska konstrukcja polityczno-rządowa stoi nad przepaścią. W normalnym kraju, w takiej sytuacji partia rządząca uzgadniałby z kalendarzem i Państwową Komisją Wyborczą termin przyspieszonych wyborów. Tak totalnej kompromitacji politycznej, moralnej i biznesowej nie zna współczesna Europa. Tymczasem u nas „Wacek” mówi swoje, rząd swoje, prezes nic nie mówi… Tylko fakty krzyczą! Co więc będzie?
Moim zdaniem, nie należy spodziewać się żadnego honorowego gestu. Należy za to oczekiwać nowej wersji opowieści o „wojnie hybrydowej”, wydanej Polsce przez wiadomo kogo. Jeśli ktoś w PiS-ie rozgryza już jej scenariusze, to pozwolę sobie nieśmiało podpowiedzieć, że jednak tak Kukliński, jak i Berczyński zwiali do USA, nie do Rosji. Do Rosji zwiał tylko Snowden.


Pozostałe informacje

Wołanie o miłość

Wołanie o miłość

34-letni radny PiS bił żonę po chrześcijańsku, bo ...   czytaj więcej »
Bezdomni psują radnemu estetykę

Bezdomni psują radnemu estetykę

– Wiem, że to jest okropne z ludzkiego punkt...   czytaj więcej »
Przetrzeń pełna przekrętów

Przetrzeń pełna przekrętów

Gospodarka przestrzenna w naszym kraju to pole fin...   czytaj więcej »
Kosztowne kaprysy Serafy

Kosztowne kaprysy Serafy

Koncert urzędniczego niedbalstwa równa się ...   czytaj więcej »
Unia na wirażu

Unia na wirażu

W trzech kluczowych krajach Unii Europejskiej wybo...   czytaj więcej »
Dobrze, dobrze być talibem

Dobrze, dobrze być talibem

Niemieckie przepisy powodują, że uchodźcy z Afgani...   czytaj więcej »
Pomysł na Kurdów

Pomysł na Kurdów

Wspierane przez Stany Zjednoczone Syryjskie Siły D...   czytaj więcej »
Nieświadomi nosiciele

Nieświadomi nosiciele

Od 1985 r. do końca 2016 r. wirusa HIV wykryto w P...   czytaj więcej »
Cztery kierunki Tajwanu

Cztery kierunki Tajwanu

Na 2017 rok Tajwan ma wielkie plany. Omawia je w a...   czytaj więcej »
Ile mil do Babilonu?

Ile mil do Babilonu?

To nie jest relacja z rzeczywistych wydarzeń. Ale ...   czytaj więcej »
Google plus