Już nie odpuścimy WYWIAD

Pod hasłem „Bez wstydu, bez lęku, bez strachu” odbył się w niedzielę w Warszawie marsz na rzecz dostępu do legalnej i bezpiecznej aborcji. Zorganizowało go sześć organizacji: Aborcyjny Dream Team on Tour, Warszawski Strajk Kobiet, Inicjatywa Pracownicza, Stowarzyszenie na rzecz Polityki Zdrowotnej Opartej na Nauce, Antyfaszystowska Warszawa oraz Porozumienie Kobiet 8 Marca. Marsz był następstwem dorocznego Światowego Dnia Bezpiecznej Aborcji, który obchodzony był w minionym tygodniu. Poniżej rozmowa z liderką Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart – rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Mojej i starszej generacji przez ponad ćwierć wieku, mimo wielkich wysiłków, nie udało się posunąć sprawy walki o prawa kobiet, w tym prawa do wolnej aborcji nawet o krok, nasza aktywność była jak „orka na ugorze”. W ostatnich latach także nie było realnych sukcesów. Tymczasem ruch kobiet zapoczątkowany „Czarny Protestem” z 3 października 2016 roku osiągnął w walce o prawo do aborcji w ciągu dwóch lat nieporównanie więcej niż wszyscy poprzednicy razem wzięci. Jak to się stało?

Tak, jesteśmy już w zupełnie innym miejscu. Przede wszystkim zmienił się język. Można rozmawiać normalnym językiem, którego można się nie bać, nie mieć kompleksów, że nie rozumie się teoretycznego, abstrakcyjnego, ekskluzywnego języka poprzednich debat. Wiele kobiet go po prostu nie rozumiało i to stanowiło dla nich poważną barierę przed włączeniem się w ten dyskurs „mądrali” w mediach i organizacjach. Zmiana języka na prosty, bezpośredni, odwołujący się do konkretów, pozwoliła na włączenie się w aktywność wielu kobietom, które bały się w tamtych warunkach zabrać głos. Poza tym my, ludzie mojego pokolenia, wchodząc w życie publiczne, zrobiliśmy to bez kompleksów, bez strachu, bo obecny świat był światem, który zastaliśmy. To się odzwierciedla także w poziomie poparcia dla prawa do aborcji, które po wieloletnim spadku znów wzrosło. Nie mieliśmy żadnych lęków w tyle głowy, tylko determinację w dążeniu do celu.

 

Gdy w 1993 roku uchwalano obecną restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, wiele uczestniczek i uczestników Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i innych ruchów na rzecz praw kobiet nie było jeszcze na świecie. Może jest tak, że one po prostu nie mają, że wy nie macie w tyle głowy barier psychologicznych, lęków typowych dla poprzedniego pokolenia i występującej w nim często odruchowej, uwarunkowanej historycznie uniżoności wobec kleru?

Na pewno tego nie mamy. Jak powiedziałam, my tę rzeczywistość zastaliśmy, ona była już gotowa, była przez nas od razu oswojona. Mamy poczucie swojej wartości i świadomość swoich praw. Jednym z powodów wybuchu protestu sprzed dwóch lat było to, że dziewczyny uświadomiły sobie, że ostra kryminalizacja aborcji bardzo wysoko podniesie ceny zabiegów przerywania ciąży, tak że staną się one dla wielu z nich niedostępne, a kredyty bankowe są drogie. Dlatego nie było innego wyjścia jak wystąpić z ostrym protestem.

 

Czyli odezwał się także pragmatyzm waszej generacji, chłodne, racjonalne podejście do życia, asertywność i zwyczajna umiejętność liczenia…

Tak, bo to nie tylko wkurzenie na próbę zabrania nam naszych praw, ale także efekt racjonalnej kalkulacji życiowej, niezgoda na to, że ktoś chce grzebać w naszym życiu, chce nim sterować. My sobie na to nie pozwolimy.

 

Za restrykcyjnym prawem antyaborcyjnym, także w obecnym kształcie, stoi przede wszystkim Kościół katolicki. Teraz jednak, po ujawnieniu afer pedofilskich, w warunkach silnego nacisku i krytyki jakiej podlega, w atmosferze wytworzonej także przez film „Kler”, będzie mu trudniej walczyć z kobietami i ich aspiracjami…

Tak, oni się przerazili tym wybuchem. Szczególnie przerazili się protestami w małych miejscowościach, na prowincji. My w Warszawie czy we Wrocławiu moglibyśmy sobie protestować do woli.

To nie miałoby większego znaczenia poza tym, że łapiemy kontakt z mediami, że pojawiamy się w telewizji, w Internecie, w prasie, że nagłaśniamy naszą działalność. Dopiero jednak gdy kler zobaczył, że w setkach malutkich miejscowości protestuje po kilkadziesiąt kobiet, to zrozumiał, że nieograniczona władza nad „owieczkami” wymyka mu się z rąk, że się już kończy. To dobrze, że sąd ostatnio zasądził odszkodowanie od ofiary księżowskiej pedofilii. Kościół jak ognia boi się kar finansowych, a gdy worek ze sprawami pedofilskimi się rozwiąże, takie wyroki zaczną zapadać masowo.

 

W swoim wystąpieniu na konferencji powiedziała Pani o niskim poziomie debaty sejmowej nad odrzuconym projektem „Ratujmy kobiety”…

Jestem osobą twardą, nie załamującą się, nie przyjmującą do wiadomości, że czegoś nie da się zrobić. Jednak gdy po żenującej debacie, która właściwie nie miała nic wspólnego z prawdziwą debatą, taką jaką obserwowałam choćby w Argentynie, Sejm, także głosami posłanek i posłów rzekomo demokratycznej opozycji, odrzucił nasz projekt „Ratujmy kobiety”, to na krótką chwilę załamałam się, pomyślałam, że tu nic nie da się zrobić. Ale na krótką chwilę, bo utwierdziło mnie to w przekonaniu, że żadnemu parlamentarzyście i żadnemu kandydatowi do Sejmu nie wolno już teraz odpuścić. Przez najbliższy, przedwyborczy rok nie damy im żyć, będziemy domagać się jasnej deklaracji w kwestii ich stosunku do prawa do legalnej aborcji na żądanie. I nie pozwolimy im się wymigać ogólnikami, unikami typu, że „jeszcze nie mam zdania”, „zobaczy się” i tym podobnymi. Ci którzy unikają jednoznacznych deklaracji są nie mniej szkodliwi dla naszej sprawy niż otwarci „prolajfowcy”, fanatyczni antyaborcjoniści. W realnej polityce liczy się efekt.

 

Jeśli sądzić po minimalnej, przynajmniej jak na razie, liczbie parlamentarzystów, którzy podpisali deklarację brukselską w sprawie bezpiecznej aborcji, nie będzie łatwo…

A to już ich zmartwienie, czy chcą czy nie chcą jej podpisać. Ja tego nie śledzę. Wiem, że nie odpuścimy im ani na jotę, przez najbliższy rok nie damy im spokoju. Niektórzy stawiają nam zarzut, że „w stu procentach zajmujemy się aborcją”, sprawą prawa kobiet do aborcji, że mniej interesujemy się innymi aspektami praw kobiet. Nie interesujemy się mniej, ważne są dla nas także inne kwestie, ale będziemy w stu procentach zajmować się aborcją, bo to jest sprawa, którą trzeba załatwić do końca.
Dziękuję za rozmowę.

Dziewczynki niemile widziane

Aktywistki z organizacji Jeena International, zajmującej się prawami kobiet z mniejszości narodowych w Wielkiej Brytanii alarmuje: duża część imigrantek korzysta z możliwości wykonania testu krwi NIPT. Pozwala ono na bardzo szybkie odkrycie płci dziecka. Wiele kobiet, głównie Hindusek i Chinek, kiedy dowiaduje się, że urodzi córkę, jest poddawanych presji przez mężów i rodziny. Nierzadko są zmuszane do usunięcia ciąży, ponieważ urodzenie chłopca pozwala na podwyższenie statusu społecznego.

 

– Nic dziwnego, że decydują się na aborcję. Nie mają innego wyboru. Nie chcą zawieść męża, zostać wyrzucone z domu i wylądować na ulicy – mówi Rani Bilkhu, prezeska organizacji.

Rzecznik Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej zaznaczył, że rząd przyjrzy się bliżej testom NIPT. W państwowych placówkach badania te wykonywane są głównie pod kątem wykrywania wad genetycznych, ale za dopłatą (w większości w prywatnych klinikach kosztuje to 150-200 funtów) można dowiedzieć się, czy „będzie chłopiec czy dziewczynka”.

Naz Shah, posłanka zajmująca się problemami równego traktowania, twierdzi, że należałoby ustawowo zakazać podawania informacji o płci uzyskanej w wyniku przeprowadzania badań NIPT.
Dziennikarskie śledztwo w programie „Victoria Derbyshire” BBC wykazało, że w Wielkiej Brytanii żyją tysiące kobiet, które zastosowało z premedytacją selekcję płci płodu. Wśród nich najwięcej było tych, które urodziły już jedno lub dwoje dzieci i kolejna ciąża okazała się „rozczarowaniem” z powodu braku męskiego potomka. Niektóre były zastraszane.

Dr Tom Shakespeare, konsultant „The Independent”, powiedział, że rząd prawdopodobnie zasłoni się tym, że ciężko mu będzie kontrolować prywatne ośrodki zdrowia, natomiast badania NIPT z pewnością wymagają wprowadzenia stosownych regulacji, bo za chwilę rozkwitnie turystyka selektywno-aborcyjna. Indie i Chiny dostrzegły już problem i zakazały selekcji, jednak rodziny imigrantów na Wyspach korzystają, że takich zakazów nie ma – najczęściej niestety kosztem kobiet.

Czy warto bronić PRL?

Perspektywa kobieca.

 

Nie mam wątpliwości, że warto. Jednak rozstrzygając wątpliwości innych, nie można polegać wyłącznie na sentymencie. Twarde fakty również przemawiają na korzyść „poprzedniej epoki”. Bo dokładnie te same dziedziny życia społecznego, które Polska Ludowa otaczała szczególną troską, dziś leżą odłogiem. Kobiety pracujące, matki – odczuwają to szczególnie dotkliwie.

 

3 narracje

Rzetelna ocena PRL to trudne zadanie – odkłamanie PRL to jednak obowiązek lewicy, jeżeli nie chce utonąć w morzu IPN-owskich prawicowych wizji tego okresu jako sowieckiej okupacji i „totalitaryzmu”. Ta narracja dziś dominuje: swój udział ma w tym propaganda Telewizji Publicznej oraz wdrażanie ustawy dekomunizacyjnej – niejednokrotnie siłowe, zwłaszcza w mniejszych gminach.

Komponując słowo wstępu, warto podeprzeć się publikacją Piotra Szumlewicza i Jakuba Majmurka „PRL bez cenzury”. Po 1989 roku Polska Ludowa stała się negatywnym punktem odniesienia dla większości elit.

Jak twierdzą autorzy: „Poprzez jego krytykę uzasadniają one rozwarstwienie społeczne, strukturalne bezrobocie, wydłużanie tygodnia pracy czy utrzymanie płacy minimalnej na bardzo niskim poziomie. Krytyce Polski Ludowej towarzyszy zatem przedstawianie społecznych patologii jako prawidłowości rozwoju gospodarczego. W ten sposób atak na PRL pełni funkcję legitymizowania istniejącego ładu społeczno-ekonomicznego”.

Książka wyróżnia 3 główne narracje wokół Polski Ludowej: postsolidarnościowo-prawicową (PRL to ustrój totalitarny, siłą narzucony przez sowiecką okupację), sentymentalną (odpowiedź na pierwszą + podkreślenie bezpieczeństwa socjalnego), a także nostalgiczną (bazującą na anegdotach, filmach, opowieściach i mitach). My dziś w większości opowiadamy się za drugą. W przekazie medialnym dominuje dziś jednak pierwsza – dlatego zapewne dziś badania opinii publicznej nie prezentowałyby się dla zwolenników PRL-u tak korzystnie jak w pamiętnym raporcie CBOS z 2014 „PRL – doświadczenia, oceny, skojarzenia”.

Swego czasu większość mediów obnosiła zawarte w nim konkluzje ze zdziwieniem (chodzi o pamiętne „44 proc. Polaków dobrze wspomina PRL”).

 

Co ci przypomina widok znajomy ten?

Zajrzyjmy więc do raportu CBOS:

„Do wymienianych najczęściej konkretnych skojarzeń z okresem PRL należą: brak bezrobocia (19 proc., kolejki (18), puste półki w sklepach (17) oraz kartki na żywność i inne produkty (17)”. Mimo wszelkich uciążliwości, Polacy cenią sobie stabilność zatrudnienia.

„Co piąte skojarzenie z okresem PRL związane jest z ówczesną polityką na rynku pracy (łącznie 21 proc.), przy czym w niemal wszystkich przypadkach chodzi o pewność zatrudnienia i brak bezrobocia (19). Nieliczni zwracali w tym kontekście uwagę na większą dbałość o pracowników, m.in. na politykę socjalną zakładów pracy (2), albo akcentowali negatywne konsekwencje związane z obowiązkiem zatrudnienia (1).

PRL kojarzy się również „z lepszą polityką społeczną (6 proc.) lub po prostu z łatwiejszym, spokojniejszym i mniej stresującym życiem (3), z porządkiem społecznym (2) lub z większym poczuciem bezpieczeństwa (2)”.

 

Kobieta awansuje w społecznej hierarchii

Tu podpieram się pracami „Wpływ kobiet na politykę państwa na przykładzie Polski i Hiszpanii” Emilii Drewniak oraz kompendium „Wywołać z milczenia. Historia kobiet w PRL-u – kobiety w historii PRL-u” Agnieszki Mrozik

PRL przede wszystkim nie cieszy się, jak udowadnia Mrozik, szczególnym zainteresowaniem badaczek i badaczy ruchu kobiecego. Powtarzana jest mantra o fasadowości i pozorności upodmiotowienia kobiet.
Zaprzecza tej tezie cytowana przez Mrozik Małgorzata Fidelis i jej „Kobiety, komunizm i industrializacja w Polsce”: Fidelis zaprzecza tej dominującej dziś narracji. Zwraca uwagę na rolę kobiet jako AKTYWNYCH NEGOCJATOREK SWOJEJ POZYCJI W SIECI ZALEŻNOŚCI SPOŁECZNYCH – na przykładzie aktywnych zawodowo robotnic.

Fidelis rozróżnia przede wszystkim epokę stalinizmu – której absolutnie nie wybiela, oraz czas odwilży – kiedy emancypacja kobiet nagle przyhamowała, kobiety zaczęły być wypychane z rynku pracy do domów lub do słabiej płatnych zawodów. Hasłem przewodnim tej epoki było wszak „Irena, do domu!”.

Badaczka swoje wnioski wysnuwa z analizy sytuacji kobiet zatrudnionych w zakładach przemysłu bawełnianego w Zambrowie i Żyrardowie oraz kobiet pracujących w śląskich kopalniach. Udowadnia, że miały one wielki wpływ na kształtowanie rzeczywistości zawodowej i warunków pracy – przykładem fala kobiecych strajków z wczesnych lat 50. – wówczas według Fidelis narodziła się idea „kobiecego protestu”, jaką znamy dzisiaj. Robotnice (m.in., żyrardowskie tkaczki) twardo domagały się zniesienia podziału zawodów na męskie i żeńskie.

„Wykorzystywały swą nową tożsamość pracownic socjalistycznego państwa, a także tradycyjne rozumienie kobiecego honoru i różnicy płci, […] by obnażyć sprzeczności komunistycznego projektu i zrealizować swoje cele – m.in. poprawę jakości żywienia i dostaw surowców do fabryk”.

W okresie stalinizmu ścierały się dwa wzorce obyczajowo-spoleczne – PPS-owski (kobieta – matka Polka) i PPR-owski (ideał robotnicy. I ten okres właśnie był najbardziej owocny jeśli chodzi o przełamywanie stereotypów tradycyjnych ról wpłciowych z II RP (analfabetyzm, zależność ekonomiczna).

„Autorka przytacza dane, które wskazują, że wraz z przeprowadzką ze wsi do miasta, zdobywaniem wykształcenia oraz znajdowaniem pracy w zawodach tradycyjnie określanych jako męskie (górnik, hutnik, spawacz, motorniczy, taksówkarz itd.) kobiety awansowały w społecznej hierarchii, co nie pozostawało bez wpływu na ich życie seksualne, relacje z mężczyznami i rodziną. Większa niezależność finansowa przekładała się bowiem na swobodniejszy stosunek kobiet do ich tradycyjnych ról w społeczeństwie (żony i matki), większe wymagania wobec partnera czy szerzej – bardziej partnerski model związku”.

Autorka zwraca też uwagę na to, że władze PRL zrobiły sporo, aby w miarę bezboleśnie dostosować radziecki archetyp „świętej traktorzystki” do polskich realiów. Po 1953 roku ten symbol równouprawnienia został całkowicie odrzucony jako symbol obcej dominacji. Autorka udowadnia, że było to potrzebne na poziomie wspólnoty narodowej, aby odzyskać tożsamość – lecz wówczas sytuacja zawodowa kobiet uległa pogorszeniu. Nagrodą pocieszenia – według Fidelis – okazała się liberalizacja prawa aborcyjnego w 1956 roku.

Gdyż w kwestii obyczajowości stalinizm – trudno zaprzeczyć – tłamsił kobiety, czerpiąc z II RP pełnymi garściami.

Na przykład podaje Fidelis przykłady zdarzeń, w trakcie których urzędnicy partyjni, nie mogąc poradzić sobie z „rozpasaniem” seksualnym młodych robotnic (na przykład w Zambrowie), wzywali na pomoc ojców dziewcząt, by „siłą swego autorytetu” (czyli de facto przemocą) sprowadzali je na „dobrą drogę”. W tym samym czasie duchowni w czasie nabożeństw gromili „rozwiązłe” kobiety, które wolały „używać życia” zamiast realizować się jako matki i żony (tu istniał do pewnego momentu swoisty sojusz Partii i kościoła).

Seks był przy tym mocno stabuizowany. W stalinizmie seksualność kobiety miała realizować się głównie w rodzinie, mężczyzny – poza rodziną. Później nastąpił powrót do emancypacyjnych wzorców z okresu po rewolucji październikowej, kiedy wręcz padały z ust Aleksandry Kołłontaj stwierdzenia o przeżytku rodziny jako burżuazyjnego tworu.
Zresztą ustawa w początkowym swoim kształcie też była „dobrem reglamentowanym”:

„W tym kontekście liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w 1956 roku jawi się jako swoista nagroda pocieszenia dla tracących stabilne zatrudnienie Polek, początkowo przyznawana zresztą tylko wybranym (na przykład kobietom, które już wypełniły obowiązek macierzyństwa) i w drodze silnych obostrzeń (do 1959 roku o tym, czy kobieta może przerwać ciążę, decydowali lekarze, którzy często wykorzystywali swoją władzę przeciwko pacjentkom, odmawiając im przysługującego prawa)”.

Jak dodaje jednak Małgorzata Maciejewska, „już trzy lata po wejściu w życie ustawy, tj. w roku 1959 roku, aborcja była możliwa już bez jakichkolwiek pozwoleń. Niestety jednocześnie państwo nie prowadziło działalności mającej na celu poprawę wiedzy kobiet na temat swojej płodności, nadal nie funkcjonowała edukacja seksualna – wprowadzona dopiero w 1981 roku pod nazwą

Przysposobienie do życia w rodzinie. Seksualność więc nadal była dla władz tematem tabu”.

Ale tutaj w sukurs przyszła m.in. Wisłocka i Lew-Starowicz.

 

Reprodukcja i produkcja – stalinizm

W XX wieku debata na temat regulacji prawa do aborcji dzieli się na 3 zasadnicze okresy (miedzywojnie, PRL, postkomunizm).

W międzywojniu ścierały się dwa mocne paradygmaty – tradycyjny skrajnej prawicy oraz wyzwolonej inteligencji. Tu oczywiście nie do przecenienia jest Boy – Żeleński, który razem z feministkami Ireną Krzywicką oraz dr Justyną Budzińską-Tylicką promował idee świadomego macierzyństwa. Dzięki ich staraniom w Kodeksie karnym z 1932 roku znalazły się regulacje w pełni odpowiadające naszemu dzisiejszemu „kompromisowi aborcyjnemu”. Aborcję niespełiającą tych warunków karano jednak 5 latami pozbawienia wolności.

Stalinowska polityka pronatalna, jak pisze David Hoffmann, była pod wieloma względami podobna do trendów ogólnoeuropejskich w pierwszej połowie XX w., które zmierzały do objęcia przez państwo kontroli nad organizacją reprodukcji.

 

Liberalizacja

Po 1956 roku ruszyli do boju społecznicy. Liga Kobiet oraz Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, świadome początkowych ograniczeń w stosowaniu ustawy, promowały antykoncepcję (zwłaszcza na terenach wiejskich) i edukację seksualną, aborcję uznając za ostateczność. W latach 60. nastąpił boom na globulki antykoncepcyjne i pierwsze leki hormonalne. Wtedy również zaczęto swobodniej podchodzić do realizacji zapisów ustawy. Zwłaszcza zapis o przesłance trudnych warunków życia kobiety ciężarnej” zaczął być szerzej wykorzystywany.

Ponadto ustawa znosiła z kobiety odpowiedzialność karną za przeprowadzony zabieg, nawet jeśli nie był on dokonany legalnie. Ponosili ją natomiast dokonujący nielegalnej aborcji, również wtedy, gdy robili to za zgodą kobiety. Udzielenie jakiejkolwiek pomocy kobiecie ciężarnej w dokonaniu nieuprawnionego zabiegu było także uznawane za przestępstwo. W obu tych przypadkach zmniejszono jednak maksymalną karę przewidywaną za popełnienie czynu z 5 na 3 lata więzienia. Wprowadzono również kary za zmuszanie kobiet w jakikolwiek sposób do aborcji.

Państwo ze swej strony zapewniało więc aborcję de facto na życzenie, działacze społeczni – edukację przy cichym poparciu fasadowo pruderyjnych władz. Taki stan rzeczy miał miejsce przez większość czasu trwania PRL.

Abp Hoser stwierdził niedawno, że w PRL przeprowadzono 800 tys. aborcji. Nie było ich tak dużo. Fakt jednak, że w 1956 roku bano się katastrofy demograficznej i coraz bardziej popularnych „domowych” metod spędzania płodu.

„Fakt, że dokonuje się corocznie nielegalnie co najmniej 300 tys. zabiegów przerywania ciąży, a więc że co najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo – co jest publiczną tajemnicą – oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym” – pisano w 1956 w „Trybunie Ludu”.

 

Wsparcie dla matek (i ojców)

Za publikacją Arkadiusza Durasiewicza „Historyczne unormowania polityki rodzinnej”:

Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX w. rodzina stała się przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Znowelizowany w 1975 roku Kodeks rodzinny przewidywał szeroko zakrojone inicjatywy wsparcia małżeństw.

„Według Rozporządzenia Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych z dnia 31 maja 1974 r. w sprawie zasiłków rodzinnych do nich uprawnieni byli pracownicy podlegający ubezpieczeniu na wypadek choroby i macierzyństwa, zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy. Ponadto przysługiwał również zasiłek rodzinny na żonę, jeżeli pełniła ona jeden z następujących warunków: wychowywała choćby jedno dziecko w wieku do lat 8 lub sprawowała opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym, ukończyła 50 lat bądź była inwalidą. Zasiłek rodzinny na męża przysługiwał, jeżeli ukończył 65 lat bądź był inwalidą. Zasiłki rodzinne były wypłacane w wysokości podstawowej lub podwyższonej”.

Szerokie wsparcie miały kobiety ciężarne i matki małych dzieci: „Szczególnie bogate uprawnienia przysługiwały kobietom w okresie ciąży i macierzyństwa. Ochrona pracy kobiet w okresie ciąży obejmowała między innymi zakaz zatrudniania przy pracach szkodliwych, w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej oraz zabraniało się delegowania bez zgody zainteresowanej poza stałe miejsce pracy. Kodeks pracy zapewniał ochronę trwałości stosunku pracy w okresie macierzyństwa, a ochronę przed zwolnieniem rozciągał na cały czas ciąży Jeżeli kobieta przepracowała okres próbny) oraz na okres urlopu macierzyńskiego. Zgodnie z kodeksem pracy zakład miał obowiązek zwalniania kobiety ciężarnej na badania lekarskie, przy zachowaniu prawa do pełnego wynagrodzenia, jeżeli badania te nie mogły być przeprowadzone poza godzinami pracy. Zakład był zobowiązany również do przeniesienia kobiety ciężarnej do pracy lżejszej – dozwolonej dla kobiet w ciąży. Jeżeli przeniesienie do innej pracy powodowało obniżenie wynagrodzenia, pracownicy przysługiwał dodatek wyrównawczy do wysokości I 00 proc. zarobku”.

Urlop macierzyński regulacje z 1972 roku przedłużyły z 12 na 16 tygodni przy pierwszy dziecku i do 18 przy kolejnych. Urlop bezpłatny (z zachowaniem ciągłości pracy!) przedłużono do 3 lat.
„Rocznie z urlopów macierzyńskich skorzystało średnio około 420 tys. kobiet. W 1976 r. wprowadzono jednorazowy zasiłek porodowy, który przysługiwał pracownicom i niezatrudnionym żonom pracowników w razie urodzenia lub przyjęcia dziecka na wychowanie. Zasiłek ten wypłacany był w wysokości trzykrotnego zasiłku rodzinnego, przysługującego na to dziecko. Od maja 1978 r. wszystkie kobiety otrzymywały ponadto po urodzeniu dziecka jednorazowy zasiłek, niezależnie od źródła utrzymania (…). Wprowadzono także nową formę pomocy dla rodzin z małym dzieckiem, mianowicie tak zwany zasiłek wychowawczy, wypłacany matkom przerywającym pracę zawodową w celu sprawowania osobistej opieki nad małym dzieckiem.

W roku 1975 został wprowadzony Fundusz Alimentacyjny. Korzystali z niego rodzice (najczęściej matki), którzy nie mogli uzyskać alimentów od osób zobowiązanych do alimentacji”.

Przedszkola były w PRL najsilniejszym ogniwem opiekuńczym. Reorganizacja przedszkoli uregulowana została rozporządzeniem ministra oświaty z 1950 r. – tak aby w planie sześcioletnim dobić do wskaźnika zatrudnienia kobiet na poziomie 33,5 proc.

Rozwój sieci przedszkoli w okresie PRL z jednej strony zapewnić miał dzieciom prawidłowy, wszechstronny rozwój, z drugiej natomiast – stać na straży równouprawnienia kobiet, umożliwiając im „uwolnienie” od gospodarstw domowych i podjęcie aktywności zawodowej.

W roku szkolnym 1945/46 wg materiałów statystycznych GUS działało w Polsce ok. 2 286 przedszkoli, obejmujących opieką blisko 140 tys.

Do 1950 r. liczba przedszkoli wzrosła o ponad 270 proc. natomiast liczba wychowanków przedszkoli o ok. 210 proc. W 1955 r. było w Polsce ok. 2 640 tys. dzieci w wieku od 3 do 6 lat, co stanowiło ok. 10 proc. ogółu ludności. Później przyszło tysiąc szkół na tysiąclecie. A realnie powstało ich znacznie więcej.

Do końca 1965 roku wybudowano 1105 szkół podstawowych (432 w miastach i 673 na wsi), 54 szkół zawodowych, 28 liceów oraz 6 obiektów przeznaczonych dla szkolnictwa specjalnego. Budowę dalszych 164 obiektów szkolnych ukończono już w 1966 roku. Ponadto w ramach akcji przekazano szkolnictwu 6349 izb mieszkalnych dla nauczycieli.

 

Tekst ten stanowił kanwę wystąpienia podczas debaty „Czy warto bronić PRL?” zorganizowanej przez Społeczne Forum Wymiany Myśli oraz redakcję portalu Strajk.eu w Warszawie, 16 września 2018 roku.

Ofiara Senatu

Niecały tydzień po odrzuceniu przez argentyński senat ustawy legalizującej aborcję padła pierwsza od tego czasu śmiertelna ofiara dalszego zakazu przerywania ciąży. 24-letnia kobieta próbowała dokonać zabiegu domowym sposobem. Zmarła w szpitalu.

 

Media opisują zmarłą kobietę imieniem Elizabeth. Pochodziła ubogiej dzielnicy Buenos Aires. W niedzielę trafiła do szpitala w miejscowości San Martin w stołecznej aglomeracji z objawami wstrząsu septycznego i rozległego zakażenia w wyniku próby przerwania ciąży poprzez samodzielne wywołanie poronienia. Trafiła na oddział intensywnej terapii, we wtorek niestety zmarła. Była już matką 2-letniego syna.

Wieść o jej śmierci wywołała gniew i oburzenie wśród zwolenników w pełni dostępnej aborcji i aktywistek zaangażowanych w niedawną kampanię na rzecz wprowadzenia ustawy legalizującej aborcję, która w czerwcu została przyjęta przez izbę deputowanych w Buenos Aires, lecz w zeszłym tygodniu zablokował ją senat. Przedstawicielki kampanii napisały: „Ile jeszcze kobiet musi umrzeć, by ludzie zrozumieli, że aborcja w Argentynie powinna być legalna, bezpieczna i bezpłatna? Zepchnięcie do podziemia nie ocali niczyjego życia. Podziemie aborcyjne zabija. Takie będzie prawo dla wielu kobiet podobnych do Liz!”

Raquel Vivanco, przewodnicząca organizacji Ni Una menos działającej na rzecz praw kobiet oświadczyła na twitterze: „To, co się stało, jest skutkiem od głosowania w senacie. Nie obchodzi ich życie kobiet. Aborcja legalna albo aborcja w podziemiu – taki jest rzeczywisty wybór”.

Żal i gniew z powodu śmierci Elizabeth oraz nadzieję na legalizację aborcji w Argentynie wyrażali też parlamentarzyści głosujący niedawno za przyjęciem ustawy. Argentyńskie media społecznościowe zostały zalane hashtagiem #ElSenadoEsResponsable.

Pod siedzibą rządu w Buenos Aires zorganizowano czuwanie upamiętniające zmarłą kobietę, w której oprócz działaczek organizacji kobiecy wzięła udział rodzina Elisabeth. Na środę zaplanowano pikietę w sprawie dalszych wysiłków na rzecz legalizacji aborcji.

Statystyki pokazują, że w Argentynim dochodzi średnio do 984 nielegalnych aborcji dziennie. Co roku ponad 70 tys. argentyńskich kobiet trafia z tego powodu do szpitali, ratując się przed powikłaniami.

Zwolenniczki w pełni dostępnego przerywania ciąży twierdzą, że legalizacja aż o 92 proc. zmniejszyła by liczbę kobiet umierających wskutek zabiegu wykonanego w niebezpiecznych warunkach.

Problem bycia pomiędzy

Mam problem z faktem zgrillowania Katarzyny Nosowskiej przez Aborcyjny Dream Team on Tour.

 

Jedni wyciągają głosy straumatyzowanych kobiet, które nie potrafią przejść spokojnie ulicą, mijając dziecięcy wózek i potrzebują pomocy terapeuty, by uwolnić się od myśli o „zabitym” dziecku. Drudzy wyciągają głosy kobiet, którym po przerwaniu ciąży spadł z piersi stukilowy ciężar. Obie strony przedstawiają „swoje” głosy jako bardziej reprezentatywne i udają, że te drugie nie są autentyczne, bo przyjęcie ich do wiadomości osłabiłoby całą linię narracyjną.

A co naprawdę powiedziała Nosowska? Że ona wierzy „w duszę”. Że ona sama – ONA SAMA – zapewne nie zdecydowałaby się na aborcję. Ale jest całkowicie za wyborem dla innych kobiet. To był głos poparcia, bardzo mocny i bardzo cenny. A został potraktowany jak zdrada.

Jest taki motyw w Biblii, który doskonale przekłada się psychologię społeczną w sytuacji wywierania wpływu. To efekt syna marnotrawnego. Zakłada on, że głos „nawróconego grzesznika” jest cenniejszy niż głos cnotliwego od urodzenia i czasem warto zrobić wokół niego więcej szumu. Uporczywe obstawanie przy przekonywaniu przekonanych jest świadomym skazywaniem się na marginalizację. Z głosu Nosowskiej, jako głosu kobiety, która ma inną wizję, ale przychodzi walczyć pod naszym sztandarem – można było zrobić brylant. Bo on pokazuje, że „może nas być niezliczona ilość”, nas walczących o wybór, choć nie wszystkie zakładają, że z niego kiedykolwiek skorzystają.

Jakiś czas temu prezentowałam podobną do dziewczyn z ADT postawę – „tylko silny przekaz biały jest w stanie odwrócić silny przekaz czarny, który bez skrupułów zdominował debatę publiczną”. Weszłam nawet w spór na ten temat podczas warsztatów trenerskich prowadzonych przez Marcina Ilskiego z fundacji Polska Myśląca. Uświadomiłam sobie później, że moje podejście miało szlachetne założenia, ale oznaczało, że poruszam się nadal w obrębie ram dyskusji narzuconych przez drugą stronę.

W fejsbukowej dyskusji ktoś porównał bombardowanie historiami o kobietach uszczęśliwionych aborcją do propagandy Jacka Kurskiego w TVP: jedni i drudzy forsują konkretną wizję świata, na wszelki wypadek pryncypialnie każąc przymknąć się wszystkim, którzy zgłaszają na bieżąco jakieś uwagi o możliwych odcieniach szarości. Jest to oczywiście porównanie obraźliwe, bo rozumiem założenia ADT i całym sercem podpisuję się pod tym, że przekaz „aborcja może uszczęśliwić” jest w szerszej świadomości społecznej potrzebny.

Ale moim zdaniem działaczki wpadają w pułapkę, polegającą na tym, że przedstawiają się jako krańcowo liberalne, jednocześnie nie chcąc przyjąć odmienności przeprowadzania toku myślowego nawet u swoich sojuszniczek. To po prostu zniechęca i stwarza wrażenie, że obowiązuje „jedynie słuszny” zestaw przekonań. Jeśli odstajesz choć w ułamku, jeśli wyrażasz najmniejszą wątpliwość – okazuje się, że „ze swoim prawdopośrodkizmem tylko przeszkadzasz”.

Rozumiem, z czego ta strategia wynika: z tego, że uszami wylewa się żal i wkurw, bo musimy prosić o coś, do należy nam się od dawna i jest oczywiste dla reszty świata, dlatego nie bierzemy jeńców i jedziemy do przodu z naszym przekazem. Ale mam też silne przekonanie, że chcąc poszerzać krąg zwolenniczek naszych postulatów, nie możemy pozwolić sobie na wykluczenie tych popierających nas „tylko” w 70, 50 czy nawet 30 procentach i kazać im „wracać do mężusiów”. Bo druga strona je z powodzeniem zagospodaruje. Poza tym to zwyczajnie niesprawiedliwe.

Nie zrobiłabyś sobie aborcji, Kasiu? Deklarujesz, że jesteś „za życiem”? Dzielisz się tym, w co wierzysz? I mimo to chcesz umożliwić wybór innym? Super, dzięki! Oby takich głosów było więcej.

 

Fałszywy alarm

Nie ma czegoś takiego jak aborcja eugeniczna.

 

Z eugeniką mielibyśmy do czynienia wtedy, kiedy do rozrodu dopuszczono by wyłącznie „najlepsze” osobniki w celu „ulepszenia” gatunku. Nikt nie planuje eliminowania na przykład płodów ze skłonnością do łapania kataru. Mówienie zaś o eugenice w kontekście urodzeń dzieci z ciężkimi wadami, które albo wkrótce po narodzinach umrą, albo spędzą swój czas podłączone do skomplikowanej maszynerii, która umożliwi podtrzymywanie funkcji życiowych, ale nie normalną egzystencję – jest zwykłym zawracaniem głowy. Podobnie jest z upośledzeniami, które wykluczają zostanie rodzicem w przyszłości. Nie ma to nic wspólnego ze zjawiskiem „podrasowywania” przychodzących na świat ludzi. Jako społeczeństwo XXI wieku domagamy się prawa dokonania wyboru usunięcia nieprawidłowo rozwijającej się ciąży nie w kontekście projektowania puli genetycznej, ale po to, aby zapobiegać pojedynczym dramatom, do dźwigania których żaden – żaden! – człowiek nie powinien nigdy być zmuszany.

Kierownictwo PiS doskonale zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę i dlatego biegusiem skierowano projekt „Zatrzymaj aborcję” do prac w podkomisji. Dla wszystkich jest oczywiste, że Kaja Godek usiłująca zalać prezesa Kaczyńskiego betonem to zawodnik wagi piórkowej, podskakujący i wydający groźne bojowe okrzyki w nadziei, że przestraszy doświadczonego zawodnika sumo. Ten obrazek nieodmiennie wywołuje uśmiechy politowania nawet na prawicy. Partia rządząca cynicznie pozoruje ruch wokół projektu „Zatrzymaj aborcję”. Kulisy aż huczą od sugestii, że PiS przeciągnie pseudoprace nad ustawą nawet do wyborów parlamentarnych 2019.

Tylko my cały czas jesteśmy w klinczu pomiędzy grupą cynicznych rozgrywających, a nieobliczalnych fanatyków. Jedni robią z nas zwolenniczki genetycznych eksperymentów, a drudzy wymachują nam przed oczami ustawą stworzoną przez medialną krzykaczkę, próbując przykryć nią narastające problemy w służbie zdrowia, smród po proteście niepełnosprawnych, „skorygowaną” na życzenie Wielkiego Brata ustawę o IPN czy zaproszenie bandy ignorantów do Sądu Najwyższego. Tylko że dla nas to nie jest żadna abstrakcyjna karta przetargowa. To nam codziennie odmawia się przepisania recepty na antykoncepcję, to przed nami zataja się wyniki badań prenatalnych. Nas wreszcie wyrzuca się z Sejmu razem z naszymi już urodzonymi dziećmi na wózkach. Dlatego nie mają racji komentatorzy, którzy wzruszając ramionami twierdzili, że dzisiejsze posiedzenie komisji rodziny od początku było tylko „aborcyjną wrzutką” i „fałszywym alarmem”. Dla nas nie ma fałszywych alarmów. My na złożenie parasolek, schowanie czarnych kiecek do szafy i przyśnięcie na chwilę nie możemy sobie pozwolić.

Większość posłów jest zadeklarowanymi konserwatystami, nie zawracającymi sobie głowy poprawnym zrozumieniem definicji słowa „eugenika” ani też społecznymi skutkami zmuszenia kobiet do rodzenia „jak leci”. Oni, gdyby tylko zostali spuszczeni z krótkiej smyczy prezesa przeliczającego wszystko na słupki poparcia, za ustawą Godek głosowaliby nie tylko obiema rękoma, ale też nogami, głową i kością ogonową naraz. Niezależnie od tego, kiedy znów usłyszymy o ustawie Godek (przy okazji jakiejś konstytucyjnej wtopy albo ostatecznej klęski Mieszkania Plus) – nie traćmy czujności. W tej cynicznej grze to my jesteśmy niestety na najsłabszej pozycji.

„Godkowszczyzna” idzie do diabła

Fakt, że zwolennicy liberalizacji prawa do aborcji muszą bronić ostro przez siebie przez lata krytykowanej, restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej ze stycznia 1993 roku przed ultrasami domagającymi się całkowitego zakazu przerywania ciąży jest sam w sobie przygnębiający i upokarzający. Pojawiają się jednak pierwsze jaskółki zmiany sytuacji.

 

Krytycy obowiązującej od 25 lat ustawy o ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, będącej rezultatem niepisanej umowy politycznej, zawartej między ówczesną „umiarkowaną” prawicą i hierarchią kościoła kat., od samego początku zżymali się na określenie „kompromis”, jakim określano to rozwiązanie ustawowe. Stosowali je i stosują w stosunku do tej ustawy ci, którzy zasadniczo są przeciw prawu do aborcji, ale uważają, że jej całkowity zakaz byłby rujnujący społecznie, i powodowałby liczne dramaty kobiet. Zwolennicy „kompromisu” uważają się za umiarkowanych, którzy w imię spokoju społecznego przeciwstawiają się radykałom po obu stronach frontu walki: fanatykom pro-life czyli zwolenników „całkowitej ochrony życia poczętego” z jednej i fanatykom pro-choice, czyli zwolennikom daleko posuniętej liberalizacji z drugiej strony.

 

Kruszą się podstawy „kompromisu”

Jednak wydarzenia ostatnich dwóch lat pokazują, że podstawy rzekomego „kompromisu” ulegają erozji. Po pierwsze, naruszył je sam Kościół kat., którego hierarchia od ponad dwóch lat dopomina się o zmianę obecnych przepisów i wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji. Incydent z kwietnia 2016 roku, jaki miał miejsce w kościele świętej Anny w Warszawie, kiedy to jedna z działaczek feministycznych zakłóciła odczytywanie listu biskupów domagających się „pełnej ochrony życia poczętego” był z tego punktu widzenia emblematyczny. To wystąpienie nie było bowiem aktem obrony ustawowego „kompromisu” wokół prawa aborcyjnego, lecz jedną z oznak ostatecznego wypowiedzenia przez liberalnie i progresywnie usposobione środowiska kobiece zgody na jakikolwiek, choćby minimalny konsensus wokół niego. To właśnie wtedy żądania liberalizacji prawa do aborcji znalazły się w centrum debaty społecznej. Do tej pory było inaczej. Przez minione dekady postulat liberalizacji w ogóle nie miał prawa obywatelstwa i był uważany za formę niecelowego awanturnictwa nawet przez część liberalnie usposobionych środowisk kobiecych i ich sojuszników. Na kolejne ataki antyaborcyjnych fanatyków odpowiadały one wyłącznie obroną status quo z 1993 roku. Postulaty liberalizacji spychane były do niszy i traktowane, w najlepszym razie, jako wyraz braku poczucia rzeczywistości u tych, którzy je formułowali. Kwestia liberalizacji prawa do aborcji została ostatecznie wprowadzona do głównego nurtu debaty w rezultacie masowego, ogólnopolskiego „czarnego protestu” z 3 października 2016 roku. Już nie tylko aktywistki i liderki ruchów kobiecych umieściły je wśród swoich głównych celów, ale uznały je za swoje także setki tysięcy zwykłych uczestniczek protestów. Co więcej, i w tym względzie nastąpił postęp i przesunięcie akcentów. Do głównego nurtu sporu weszło żądanie prawa do aborcji na życzenie. To krok dalej niż stosowane dotąd bardziej ogólnikowe pojęcie „liberalizacji”.

 

Bunt pokolenia szkolnej katechezy

Trzon generacyjny „czarnych protestów” utworzyły młode kobiety urodzone „w okolicach” owego roku 1993 czyli 20-30-letnie. Paradoksalnie – w większości przypadków to uczestniczki katechezy, czyli lekcji religii wprowadzonej do szkół przez rząd Tadeusza Mazowieckiego w roku 1990. Przedstawiciele Kościoła kat. i prawicowi, konserwatywni publicyści nie kryli szoku z powodu „agresywnej ekspresji” i „wulgarności” młodych, protestujących kobiet. Ćwierćwiekowa indoktrynacja katolicka w szkołach przyniosła – z ich punktu widzenia – skutki przeciwne do zamierzonych. Na swojej katolickiej piersi Kościół kat. „wyhodował żmiję”. Nie udało się zapisać tysięcy młodych kobiet do „pokolenia JP2”. Okazało się przy tym, że kwestia prawa do aborcji nie jest jedyną, która konstytuuje ich postawy. W ślad za nią pojawiły się żądania respektowania świeckości państwa, laickości w życiu publicznym i ograniczenia w jego ramach roli kleru.

 

Zamiast „wiosny Kościoła” – aborcja „na życzenie”

Niedawno ogłoszone wyniki badań amerykańskiego ośrodka Pew Research Center, pokazały fenomen dla wielu zaskakujący, a nawet szokujący. Oto polskie młode pokolenie, uważane za bardzo konserwatywne, najbardziej w Europie, i pasowane przez lata na „pokolenie JP2”, zwane też czasem „pokoleniem Lednicy”, w którym Kościół pokładał nadzieję na „wiosnę Kościoła”, okazuje się nie tylko najmniej religijną grupą pokoleniową. Dynamika spadku szeroko rozumianej religijności w tej kategorii wiekowej czyni bowiem Polskę liderem światowym w tej kategorii. Dlatego już nie tak zaskakujące mogą być wyniki badania stosunku do „aborcji na życzenie”, przeprowadzone przez ośrodek Kantar Polska w kwietniu i maju 2018 roku. Okazało się, że o ile na pytanie: „Czy popierasz dopuszczenie aborcji na życzenie?” pośród ogółu ankietowanych „nie” odpowiedziało 46 procent, a „tak” – 40 procent, o tyle w grupie wiekowej 15-24 odpowiedź „tak” dało 46 procent, a „nie” – 33 procent (przy dużym odsetku niezdecydowanych – 21 procent), podczas gdy w grupie wiekowej powyżej 54 lat te proporcje były odwrotne (i silniejsze) – „nie” – 59 procent, „tak” – 27 procent.

 

Skąd ten „gest Kozakiewicza”?

Jak oceniać te wyniki, które zdają się silnie podważać przeświadczenia co do postaw młodego pokolenia, żywione od co najmniej kilkunastu lat? Pogłębiona odpowiedź na to pytanie wymagałaby dużo bardziej gruntownych i szerokich badań niż zwykłe sondaże. Wymagałaby badań podobnych do tych, dotyczących przyczyn poparcia dla PiS, które w anonimowym Miastku przeprowadził Maciej Gdula. Jednak już dziś można sformułować przynajmniej dwie swobodne hipotezy. Po pierwsze, przeświadczenia o „konserwatywnym” i „katolickim” profilu młodego pokolenia Polaków formułowano w okresie emocjonalnego uniesienia po śmierci Jana Pawła II w 2005 roku, a później już tylko samoutrwalano się w poczuciu reprezentatywności przeprowadzonych wtedy sondaży i poczynionych obserwacji. Po drugie, 20-25-latkowie z 2005 roku przekroczyli już trzydziestkę i zbliżają się (lub już przekroczyli) czterdziestkę. Część z nich zapewne zasiliła już szeregi bardziej religijnej, starszej części społeczeństwa. Dzisiejsi 20-25-latkowie do „pokolenia JP2” najzwyczajniej, z metrykalnego punktu widzenia należeć nie mogą. Oni są już tylko „ofiarami” katastrofalnie źle i nieskutecznie prowadzonej katechezy. Dla nich Kościół kat. to nie charyzmat JP2, na którego świadomą konsumpcję byli zbyt młodzi, lecz już tylko coraz bardziej trywialna, nużąca, obciachowa, opresyjna i anachroniczna w formach codzienna rzeczywistość w szkole i poza nią. A gdy ten „codzienny” Kościół i jego eksponenci zagroził ich osobistym prawom i wolnościom, nie dali rady i pokazali gest Kozakiewicza.

 

„Godkowszczyzna” spylona do kąta

W tej sytuacji ruch PiS, które po raz kolejny pokazało fanatycznej „godkowszczyźnie”, gdzie jej miejsce i w poniedziałek „spyliło” na „zesłanie” do podkomisji sejmowej, która dla niej jest piekłem, projekt „Zatrzymaj aborcję”, nie jest już tylko – obiektywnie – taktycznym manewrem politycznym. Jest wyrazem pewnego realizmu większości formacji rządzącej. Efektem wyciągnięcia wniosków z nowej rzeczywistości społecznej, która tworzy się wokół kwestii prawa do przerywania ciąży.

Czarny protest III

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, Sejm zajmie się znowu forsowaną przez skrajnych konserwatystów ustawą antyaborcyjną. Będzie ona przedmiotem prac komisji polityki społecznej i rodziny już w najbliższy poniedziałek. Organizacje broniące praw kobiet szykują protest.

 

Jako pierwsza o wznowieniu prac poinformowała największa orędowniczka absolutnego zakazu przerywania ciąży – Kaja Godek. O tym, że 2 lipca projektem ustawy zajmie się komisja polityki społecznej i rodziny, napisała na Twitterze, jeszcze zanim oficjalną informację podała Kancelaria Sejmu. Alarmujące dla obrończyń i obrońców praw kobiet szybko zostały jednak potwierdzone.
Projekt Kai Godek „Zatrzymać aborcję” zaostrza i tak już restrykcyjną ustawę antyaborcyjną. Gdyby wszedł w życie, obecnie dozwolone przerwanie ciąży ze względu na „ciężkie i nieodwracalne upośledzenia płodu albo nieuleczalną chorobę zagrażającej jego życiu” byłoby nielegalne. 95 proc. legalnych zabiegów aborcji w Polsce odbywa się właśnie z tego powodu.
Gdy rząd PiS za pierwszym razem zamierzał wprowadzić drakońskie prawo, przewidujące także kary dla kobiet za usunięcie ciąży i dopuszczające badanie przez policję przypadków „podejrzanego” poronienia, Polki zerwały się do Czarnego Protestu. Przeciwko ustawie, którą forsuje Godek, również odbyły się masowe protesty – 23 marca na ulicach Warszawy demonstrowało ponad 50 tys. osób, a ok. 90 tys. manifestowało w całym kraju. Teraz organizacje broniące praw kobiet wzywają, by 2 lipca powtórzyć tę mobilizację.
Działaczka na rzecz odebrania kobietom prawa wyboru, Kaja Godek, poinformowała o tym, że już 2.07 sejmowa komisja zajmie się projektem ustawy „Zatrzymać Aborcję”. #aborcja
Do gromadzenia się pod Sejmem w poniedziałkowe popołudnie wezwał już Warszawski Strajk Kobiet. Władze prawdopodobnie liczą, że na początku sezonu letniego działaczkom nie uda się powtórzyć frekwencyjnego sukcesu poprzednich demonstracji. Mogą się jednak bardzo zdziwić.

Argentyna za Irlandią

Dziś parlament w Buenos Aires będzie głosował nad ustawą depenalizującą przerywanie ciąży. Według lokalnych mediów siły są wyrównane, ale minimalnie przeważają nadal „obrońcy życia”.

 

130 posłów zadeklarowało, że zagłosuje przeciwko projektowi, 114 go poparło, natomiast walka toczy się o pozostałe 12 głosów parlamentarzystów „nie mających zdania”.
Ruch prolife utracił w ostatnich dniach silnego sojusznika – biskupa La Platy, Hectora Aguera, który pod koniec maja odszedł na emeryturę.

W ostatniej mszy świętej, którą odprawiał jeszcze jako ordynariusz, nazwał aborcję morderstwem i wygrażał prezydentowi Macriemu: – Dusze małych, niewinnych będą przyjęte przez miłosierdzie Boga, ale kto przyjmie mordercze społeczeństwo, słabe i bezradne, kto ocali je od odpłaty za przelaną krew? Z pewnością nie Międzynarodowy Fundusz Walutowy!

5 czerwca ulicami stolicy i pomniejszych miast Argentyny przeszły marsze kobiet domagających się legalizacji aborcji i zmarginalizowania znaczenia kościoła.
„Żądamy aborcji legalnej, bezpiecznej i darmowej, bo mamy dość kobiet umierających po pokątnych skrobankach” , „Nie chcemy kościołów pakujących się w nasze ciała” – głosiły transparenty na tzw. Zielonych Protestach, inspirowanych polskimi. W Buenos Aires był to w sumie czwarty wielki marsz kobiet w ciągu ostatnich trzech lat.

Tymczasem w kraju papieża Franciszka od maja, gdy do parlamentu wpłynął obywatelski projekt umożliwiający aborcję na życzenie, przeciwnicy przerywania ciąży zebrali prawie 415 tysięcy podpisów.

13 czerwca rozpocznie się debata. Mauricio Macri zapowiedział, że nie jest zwolennikiem zmian (obecnie aborcja jest legalna tylko w przypadku gwałtu oraz bezpośredniego zagrożenia życia kobiety), ale nie zawetuje ustawy, jeżeli większość zagłosuje za jej przyjęciem.

Według tamtejszego Ministerstwa Zdrowia, około pół miliona kobiet dokonuje każdego roku aborcji w podziemiu. Według danych z 2016 r. do szpitali przyjęto co najmniej 50 tys. kobiet z komplikacjami poaborcyjnymi – 43 z nich zmarły.

Roboty z pigułkami

W Belfaście, mieście stołecznym Irlandii Północnej – stanowiącej część Wielkiej Brytanii – feministyczne stowarzyszenie Women on Waves, które zazwyczaj wysyła potrzebującym kobietom pigułki aborcyjne pocztą lub dronami, ustawiło na ulicy roboty rozdające takie pigułki, by zamanifestować swój sprzeciw wobec drakońskiego prawa antyaborcyjnego obowiązującego w tej prowincji. Policja natychmiast przeszła do działania.

 

Podczas gdy sąsiednia Irlandia drogą referendum uwolniła przerywanie ciąży, w Irlandii Północnej aborcję można przeprowadzić jedynie w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia matki. Inaczej może grozić nawet dożywocie.

Stowarzyszenie Women on Waves, znane również z akcji w Polsce, zorganizowało w czwartek manifestację w Belfaście, gdzie zaprezentowano małe roboty dystrybuujące pigułki na żądanie. „Roboty aborcyjne” były sterowane zdalnie z Holandii, co według protestujących nie łamało północnoirlandzkiego prawa.

Kilkanaście kobiet połknęło pigułki przed kamerami , bez wyjawiania czy są w ciąży, czy nie. „Wzięłam to, bo mamy dość przestarzałych, średniowiecznych praw przeciwnych kobiecym wyborom. Po referendum w Irlandii nie chcemy pozostawać w skansenie” – mówiła przez głośnik jedna z nich, należąca do grupy socjalistek.
Policja szybko zabrała urządzenia z ulicy i spisała kilka kobiet, które wzięły pigułki, ale nikogo nie zatrzymała. Szef policji z Belfastu wyjaśnił mediom, że manifestacja była filmowana i że „zobaczy się”, czy zostało popełnione jakieś przestępstwo.

Premier Wielkiej Brytanii Theresa May dała do zrozumienia, że nie ma zamiaru zmieniać prawa w Irlandii Północnej. Tylko w tej prowincji obowiązuje zakaz, bo w reszcie kraju przerywanie ciąży jest dozwolone od 1967 r.