Łódź ratunkowa

Poznaliśmy brakujący element egzotycznej układanki politycznej, która szykuje się do startu w wyborach do Europarlamentu. Do hersztów z Marszu Niepodległości, Janusza Korwin-Mikkego, upadłego rapera Piotra „Liroya” Marca i katolickiego fundamentalisty Grzegorza Brauna dołączyła Kaja Godek.

To będzie prawdziwy gabinet osobliwości. Kaja Godek wystąpiła w poniedziałek na konferencji prasowej „eurosceptycznej” koalicji. zapowiedziała, że w Brukseli i Strasburgu będzie walczyć m.in. o „ratowanie dzieci poczętych”.
Koalicję powołali do życia w grudniu Janusz Korwin-Mikke z nacjonalistami z Ruchu Narodowego oraz browarnikiem Markiem Jakubiakiem. W ciągu kolejnych tygodni do sojuszu dołączyły również dwa inne byty politykopodobne – Liroy oraz Grzegorz Braun.
O tym, że do dopięcia projektu brakuje jeszcze osoby cenionej w środowisku Radia Maryja mówił pod koniec grudnia na antenie Komentarza Portalu Strajk dr Przemysław Witkowski, badacz prawicowej ekstremy w Polsce. „Kluczowym elementem w tej całej układance nie jest bowiem Janusz Korwin-Mikke z jego opowieściami o osobach z niepełnosprawnością, kobietach czy Adolfie Hitlerze, nie są nim również ludzie o średniej intelektualnej jakości jak Krzysztof Bosak czy Robert Winnicki, którzy nie są w stanie samodzielnie wytworzyć agendy, która by przekonała do nich Polaków, nie jest nim również Grzegorz Braun, który dysponuje niezwykle kuszącym głosem, ale wypowiada nim fantazje, fake newsy i absolutne absurdy, ale kluczowymi elementami są tutaj Marek Jurek i Tadeusz Rydzyk”.
Prognoza Witkowskiego okazała się trafna, z tym zastrzeżeniem, że reprezentantką Radia Maryja będzie Kaja Godek. – A jednak dokonała się zmiana pokoleniowa wśród zygotarian. Nawet Marek Jurek, mimo namów panów: Brauna i Bosaka nie był tak szalony by wsiąść do tej szalonej łodzi ratunkowej szurów i foliarzy i „prawdziwych Polaków” , jaką coraz bardziej staje się koalicja grupująca się wokół blisko osiemdziesięcioletniego Janusza Korwin-Mikke – powiedział Witkowski dla Portalu Strajk.
Czy szalupa jest już pełna? Czas pokaże. Witkowski ma jeszcze kilka propozycji dla „eurosceptyków”. To Justyna Socha z proepidemicznej organizacji Stop NOP oraz Gabriel Janowski.

Zakaz aborcji czyli hańba domowa

Na obecny rok przypada 90 rocznica ukazania się „Dziewic konsystorskich” (1929), sławnego pamfletu Tadeusza Boya-Żeleńskiego, którym rozpoczął on swoją wielką kampanię krytyczną w stosunku do Kościoła katolickiego w II Rzeczypospolitej i jego szkodliwej roli w sferze życia społecznego, skrajnie restrykcyjnej w warstwie obyczajów, represyjnej wobec praw kobiet, destrukcyjnej w odniesieniu do kultury i wolności słowa oraz praw obywatelskich, hamującej (choć takie określenie było wtedy nieznane) rozwój społeczeństwa obywatelskiego oraz, w konsekwencji, zamykającej większość Polaków w ciasnej, niewolniczej, niedojrzałej, nietolerancyjnej mentalności. Po upływie dekady od odzyskania przez Polskę państwowej niepodległości, Boy uświadamiał swoim tekstem, że okupantów w postaci obcych potęg zaborczych zastąpiła w znaczącym stopniu organizacja, która czerpie legitymizację swoich uroszczeń z – co najmniej dyskusyjnych – zasług historycznych dla utrzymania polskiej świadomości narodowej i dla przywrócenia niepodległości oraz z całkowicie niepodlegających racjonalnej weryfikacji źródeł o charakterze fideistycznym. Rok po „Dziewicach konsystorskich” Boy dał temu pełny wyraz w równie głośnym tekście „Nasi okupanci” (1930), w którym pokazał Kościół katolicki jako agresywną, pasożytniczą, rakowatą narośl na czele narodu i społeczeństwa polskiego, narzucającą mu swoją władzę (nie tylko perswazyjną) i wysysającą z niego soki żywotne. W 1932 ukazał się jego kolejny tekst, „Piekło kobiet”, w którym Boy skoncentrował się na jednym z najbardziej szkodliwych aspektów represyjnej i antywolnościowej roli Kościoła katolickiego, czyli jego wpływowi na prawo karne w Polsce i na mentalność społeczną, co spowodowało zepchnięcie kobiet w sferze ich praw osobistych, w tym związanych z prokreacją, na pozycję pariasów i gorszego, dyskryminowanego ze względu na płeć, sortu.

„Dziewięć rozmów o aborcji”, Krystyny Romanowskiej i Katarzyny Skrzydłowskiej-Kalukin, książka, na którą jeszcze można natrafić w księgarniach, uświadamia, że 87 lat po ukazaniu się pierwszego wydania „Piekła kobiet”, sytuacja kobiet w Polsce w zakresie praw reprodukcyjnych lokuje ich prawa w punkcie wyjścia sprzed blisko 90 lat i że tekst Boya jest przerażająco aktualny. Na kilkadziesiąt lat PRL okupacyjna rola Kościoła katolickiego uległa radykalnej redukcji, ale po przełomie 1989 roku powróciła do stanu bliskiemu czasom II Rzeczypospolitej. Kościół bez skrupułów sięgnął po zapłatę za to, co przypisano mu mocno na wyrost – za udział w kontestacji PRL. Na wyrost, bo Kościół w wielu wymiarach (choćby budownictwa sakralnego) dobrze się w Polsce Ludowej miał, otoczony ogólnym szacunkiem, wspierany finansowo i wolny od obecnej krytyki. Jak widać, pozycję Kościoła w PRL cechuje stan sprzeczności, swoisty paradoks, polegający na tym, że ograniczony w swoich uroszczeniach ideologicznych, cieszył się (na ogół, jeśli nie liczyć trudniejszych okresów czy dramatycznych epizodów) jednocześnie dość wszechstronnym komfortem w funkcjonowaniu. Był więc Kościół katolicki przez znaczącą część okresu PRL – męczennikiem na pluszowym krzyżu. Jest bardzo znamiennie, że tym na co już w pierwszych miesiącach 1989 roku Kościół katolicki i jego polityczni akolici podnieśli rękę, były osobiste prawa kobiet w sferze prokreacyjnej. O dramatycznych tego rezultatach mówi właśnie „Dziewięć rozmów o aborcji”. Zakaz aborcji wywołuje od 30 lat nieustanny, społeczno-polityczny stan zapalny. To nieustające, boyowskie „piekło kobiet” w praktyce, z przerwami aktualne od 90 lat.

Przypomnę pokrótce, dla porządku: tuż po przełomie 1989 roku, zanim jeszcze na dobre uformowały się struktury nowego, demokratycznego państwa polskiego, zanim jeszcze, w rezultacie wyborów 4 czerwca, powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego, Kościół katolicki dał sygnał do szturmu politycznego na prawa kobiet i otwarcie wezwał do zniesienia ustawy z kwietnia 1956 roku zezwalającej na aborcję. Hierarchowie i proboszczowie nie cofnęli się przy tym przed kłamstwem, przed manipulacją. Głosili wszem i wobec, wbrew faktom, że ustawa z 1956 roku to prawo stalinowskie, choć w rzeczywistości był to jeden z aktów destalinizacji, o czym świadczy także data jej uchwalenia na fali odwilży przedpaździernikowej. Władze stalinowskie zachowały bowiem przedwojenne prawo antyaborcyjne zawarte w prawie karnym z 1932 roku (osobnej ustawy antyaborcyjnej wtedy nie było) i przez cały okres stalinowski (1945-1955) aborcja, czyli „spędzanie płodu”, jak to wówczas określano, była w Polsce zakazana.

W 1989 roku Kościół znalazł wśród posłów i senatorów „solidarnościowych” pokaźny szereg (ściślej biorąc: miażdżącą większość) promotorów wprowadzenia totalnego zakazu aborcji. W tej walce, która toczyła się przez blisko 4 lata, Kościół katolicki dążył do osiągnięcia maksimum. W krańcowych wariantach rozważano nawet wprowadzenie zakazu niektórych środków antykoncepcyjnych, w szczególności pigułek oraz spiral domacicznych, a także wprowadzenia przymusu regularnych, kontrolnych badań ginekologicznych, na podobieństwo praktyk w Rumunii Nicolae Ceausescu.

W dążeniu do maksymalnych restrykcji Kościół zlekceważył nawet sensowny projekt wybitnego przedstawiciela inteligencji katolickiej, człowieka o nieposzlakowanej moralności, ojca wielodzietnej rodziny, Andrzeja Wielowieyskiego. Proponował on pozostawić kobietom prawo do wyboru, czy chcą czy nie chcą utrzymać ciążę, przy jednoczesnym wprowadzeniu dla nich obowiązku dwukrotnej konsultacji psychologiczno-lekarskiej. Kościół odrzucił to rozsądne rozwiązanie, a jednocześnie odwrócił się od kręgów światłej inteligencji katolickiej skupionej wokół „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego”, znajdując sobie sojusznika w radykalnych fanatykach katolickich.

Skończyło się na tzw. „kompromisie”, czyli na restrykcyjnej ustawie zasadniczo zakazującej aborcji, co prawda zostawiającej kilka wyjątków od zakazu, jednak bardzo często trudnych do wyegzekwowania w praktyce, z powodu nieustannego nacisku Kościoła. I tak jest do dziś, choć być może Czarny Protest z 3 października 2016 roku choć trochę otrzeźwił przynajmniej niektórych hierarchów (bo fanatyków od Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego i „Ordo Iuris” już nie).

Ostatnią odsłoną wokół aborcjnej gorączki była inicjatywa środowiska prolajf skupionego wokół wspomnianej Godek, zmierzająca, poprzez projekt „Zatrzymaj aborcję” do radykalnego ograniczenia i tak represyjnego prawa aborcyjnego, poprzez zakaz tzw. aborcji eugenicznej, czyli zniesienia prawa do przerwania ciąży w przypadku wystąpienia znaczących i nieusuwalnych wad płodu. Aktualnie inicjatywa ta została zamrożona przez PiS w obawie przed konfliktem społecznym i masowym protestem kobiet, co mogłoby zagrozić stabilizacji obecnej władzy. Jednak emocje polityczne, hasła i zawołania bojowe, spory aktywistów pro-life i pro-choice, projekty i kontrprojekty ustaw dotyczących tej kwestii, to jedno, a konkretna, bardzo dokuczliwa rzeczywistość, która dramatycznie dotykała i dotyka tysięcy kobiet padających ofiarami opresyjnego prawa i opresyjnych postaw wielu lekarzy, to drugie.

Książka składa się z dziewięciu rozmów, które Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin przeprowadziły z kobietami, które stanęły przed problemem niechcianej ciąży. Wiem, że to słowo jest zdewaluowane, ale mogę określić te rozmowy jako „wstrząsające”, przerażające świadectwa kobiet, świadczące o tym w jak zacofanym obyczajowo żyjemy kraju. I jak wielkim jest to powodem do społecznego wstydu i do wyrzutu społecznego sumienia oraz powodem do wstydu po stronie państwa polskiego, które w XXI wieku taki los gotuje swoim obywatelkom.

Krystyna Romanowska, Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin –„Dziewięć rozmów o aborcji”, wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2015, str. 258, ISBN 978-83-7700-284-1.

Żegnaj, Profesorze!

Nie żyje Romuald Dębski, wybitny ginekolog, obrońca kobiet, twarz ruchu oporu przez koszmarną zmianą, jaką fundują nam fanatycy pokroju Bogdana Chazana. Przez „obrońców życia” okrzyknięty był aborcjonistą, choć nie da się zliczyć żyć, które uratował.

 

Zmarł 20 grudnia po długiej chorobie. Był ordynatorem oddziału ginekologiczno-położniczego w Szpitalu Bielańskim w Warszawie.
Prawicowe ruchy anti-choice okrzyknęły go „aborcjonistą”, celowo pomijano jednak fakty świadczące o tym, że na jego oddziale co roku ratowano 3 tysiąc dzieci, którym nie dawali szans inni lekarze. „Obrońcy życia”, którzy wystawali pod szpitalem z plakatami zakrwawionych płodów i krzyczeli „W Szpitalu Bielańskim w 2017 roku aborterzy zabili 131 dzieci!” nie chcieli wiedzieć, że pracownicy prof. Dębskiego przeprowadzali skomplikowane operacje (m.in. kardiologiczne) ratujące życie i zdrowie nienarodzonych dzieci – jeszcze w łonie matki.
W plebiscycie „Idealna Klinika” magazynu „Medical Tribune” to jego oddział w Szpitalu Bielańskim wybrano w tym roku najlepszym w kraju. Dębski był autorem i współtwórcą ponad 100 publikacji naukowych, w tym akademickich podręczników czy prac poglądowych z zakresu położnictwa i ginekologii, endokrynologii ginekologicznej i diagnostyki ultrasonograficznej. Leczył także pacjentki z nowotworem, prowadził dla nich program rezerwacji płodności (przed chemioterapią od takich pacjentek pobierało się komórki jajowe bądź fragmenty jajników, by umożliwić im później macierzyństwo pomimo zmagań z chorobą).
Zawsze opowiadał się za wyborem – wyborem kobiety.
– Dopóki w Polsce prawo jest takie, że kobieta ma prawo wystąpić o aborcję i w uzasadnionych przypadkach powinna mieć tego typu procedurę wykonaną, to ja będę się tego trzymał, niezależnie od tego, jakie pikiety będą stały przed szpitalem – mówił.
Jako jedyny miał odwagę powiedzieć przed kamerami: – Gdyby profesor Chazan przyjechał teraz do mnie do kliniki i zobaczył to życie, które uratował, to chyba miałby troszkę inne podejście. To jest dziecko, które nie ma połowy głowy, ma mózg na wierzchu, ma wiszącą gałkę oczną, ma rozszczep całej twarzy, nie ma mózgu w środku i będzie umierało przez najbliższy miesiąc albo dwa, bo ma zdrowe serce i zdrowe płuca, aż umrze w końcu z powodu jakiegoś zakażenia. A kobieta, która urodziła to dziecko musiała mieć zrobione cięcie cesarskie. To jest sukces profesora Chazana. (…) Każda sytuacja, w której dochodzi do podjęcia decyzji o akceptacji prośby pacjenta o zabieg przerywania ciąży, jest dla lekarza trudna. Proszę mi uwierzyć – to nie jest przyjemne, to nie jest ulga ani dla matek, ani dla lekarzy. To naprawdę jest wybór mniejszego zła. Bo nie ma dobrego rozwiązania. Każde rozwiązanie jest złe…
W 2014 przyniósł do studia TVN24 zdjęcia „dziecka Chazana”, ale stacja nie zdecydowała się ich pokazać.
Był profesjonalistą w każdym calu. Nie „kupował” różowej estetyki feministycznej kampanii „Aborcja jest ok” – nie chciał, by kojarzona była z imprezą, świetną zabawą – choć popierał jej „odczarowanie” w społecznej świadomości.
– Generalnie uważam, że prawo, które mamy dziś, jest dobre. Fatalnie, że nie jest przestrzegane. Otworzyłbym jedynie wąską furtkę do przerwania ciąży ze wskazań społecznych. Podkreślam – wąską furtkę. Nie powrót do sytuacji z PRL, gdzie aborcję zrównywano z antykoncepcją. Z tamtego okresu pamiętam 26-letnią dziewczynę w szpitalu, która przyjechała na 12. w jej życiu zabieg. Na którymś „czarnym proteście” usłyszałem hasło: „Dopóki nie masz aborcji, nie jesteś w pełni kobietą”. Straszna bzdura! Nie zgadzam się na to, by dyskusja szła w tym kierunku, żeby robić z aborcji nic nieznaczący zabieg, stawiać go na równi z antykoncepcją. Zdaję sobie jednak sprawę, że otworzenie takiej drobnej furtki „ze wskazań społecznych” jest najtrudniejsze technicznie do dogrania pod względem prawnym – powiedział „Gazecie Wyborczej”, narażając się w ten sposób również niektórym środowiskom kobiecym.
Był ze swoimi pacjentkami na dobre i na złe: – Ja się zajmuję diagnostyką prenatalną, czyli badam dzieci przed urodzeniem, żeby ich rodzice mogli wiedzieć, czy są zdrowe, czy nie. Najfajniej jest powiedzieć, że wszystko jest dobrze. Ale czasem okazuje się, że dziecko jest chore. Dobrze, gdy można je leczyć – ale co, jeśli nie można? Gdzie miałbym tych rodziców odesłać? Prowadzę w tym gabinecie kilka rozmów miesięcznie z parami, które mają postawioną diagnozę, że płód jest bardzo poważnie uszkodzony. Mówię im: macie dwa wyjścia, oba złe.
Moja redakcyjna koleżanka z tygodnika „Nie”, red. Joanna Skibniewska, rozmawiała z profesorem kiedy wybuchła awantura wobec praktyk prof. Chazana. Pokazał jej galerię zdjęć uszkodzonych, ciężko chorych płodów, które widział w swojej lekarskiej praktyce. Tygodnik zdecydował się opublikować kilka drastycznych fotografii. Nie odważyli się za to obejrzeć ich posłowie, kiedy prof. Dębski pojechał z laptopem do Sejmu, żeby uświadomić „obrońcom życia”, że bywa ono bardziej skomplikowane niż im się wydaje. Na oddziałach polskich szpitali na ścianach zobaczymy wyłącznie zdjęcia różowych bobasów w pastelowych ramkach.

Brazylia bez aborcji

Pastorka sygnowana na szefową nowego Ministerstwa Praw Człowieka, Rodziny i Kobiet chce kraju „bez aborcji”. Twierdzi, że kobiety mają przede wszystkim rodzić dzieci. Jej resortowi będą też podlegać sprawy mniejszości indiańskich, a ona sama jest przeciwniczką rezerwatów.

 

Jair Bolsonaro, który 1 stycznia obejmie urząd prezydenta Brazylii, wskazał osobę, która stanie na czele połączonego Ministerstwa Praw Człowieka, Rodziny i Kobiet. Jest nią Damares Alves, pastorka jednego z kościołów ewangelikalnych, które entuzjastycznie wspierały Bolsonaro w kampanii wyborczej. Alves jest zdecydowaną przeciwniczką przerywania ciąży – obiecuje “Brazylię bez aborcji”, za to z dużym udziałem “wartości rodzinnych”. Obecnie jest ona doradczynią grupy parlamentarzystów ściśle związanych z kościołami ewengelikalnymi. Od lat działa w politycznych ruchach konserwatywnych. Angażowała się również w poparcie wyborcze Jaira Bolsonaro.

Resort, któremu będzie szefować Alves powstanie z połączenia dotychczasowych Ministerstwa Praw Człowieka i Ministerwstwa ds. Kobiet. Do nazwy nowej instytucji Bolsonaro postanowił dodać też “rodzinę”, żeby było jasne, jakie teraz będą priorytety.

Po zapowiedzi mianowania jej na stanowisko, wypowiadała się po raz kolejny w duchu antyaborcyjnym. Oświadczyła np. że “ciąża trwa tylko dziewięć miesięcy, a problem aborcji ciągnie się za kobietą przez całe życie”, i że „przeznaczeniem kobiety jest macierzyństwo”. Przyszła ministra nie składała żadnych konkretnych obietnic legislacyjnych. Nie wiadomo, jak zamierza uzyskać “Brazylię bez aborcji”, skoro obecnie w tym kraju dokonywanych jest około miliona nielegalnych zabiegów rocznie, a dane z 2016 r. mówią, że śmierć poniosło w nich ponad 200 kobiet. To efekt obowiązywania bardzo restrykcyjnego prawa aborcyjnego: przerwanie ciąży dozwolone jest tylko wtedy, kiedy powstała w wyniku gwałtu, zagrożone jest życie ciężarnej, lub płód jest nieodwracalnie uszkodzony.

Alves jest też przeciwniczką edukacji seksualnej w szkołach, ale – co ciekawe – opowiada się za polityką przyjazną wobec ruchów LGBT. Tłumaczy to następująco: “Priorytetem nowego rządu będzie ochrona każdego człowieka przed przemocą, niezależnie od motywacji.” Niektóre źródła opisują ją nawet jako zwolenniczkę dopuszczalności małżeństw jednopłciowych.
Ochrona “wszystkich” przed przemocą może jednak wyglądać marnie w przypadku stosunku rządu Bolsonaro do praw rdzennych plemion indiańskich. Ich sprawy również będą podlegać nowemu ministerstwu, a zarówno Bolsonaro, jak i sama Alves, są przeciwnikami odrębności prawnej rezerwatów, którą zamierzają ograniczać, uzasadniając to tym, że Brazylia musi stanowić jedność. Od nowego roku rdzenne ludy Amazonii będą zdecydowanie bardziej zagrożone, bo interes firm prowadzących wycinkę Puszczy weźmie górę nad ich prawami.

Irlandia z aborcją

Izba niższa irlandzkiego parlamentu przegłosowała ustawę legalizującą przerwanie ciąży. Nie uwzględniono zgłoszonym poprawek, wprowadzających klauzulę sumienia dla lekarzy.

 

Za przyjęciem ustawy liberalizującej przepisy aborcyjne opowiedziało się 90 posłów, 15 było przeciw, 12 wstrzymało się od głosu. Teraz projektem zajmie się izba wyższa parlamentu, czyli odpowiednik naszego Senatu. Jeżeli ustawa zostanie przyjęta w obecnym kształcie, to aborcja będzie w Irlandii dostępna na życzenie do 12 tygodnia ciąży. W przypadku zagrożenia zdrowia lub życia matki, dozwolone będzie przerwanie ciąży w dowolnym momencie. Podobnie w sytuacji, kiedy lekarze zdiagnozują chorobę płodu i ryzyko jego śmierci przed urodzeniem bądź w ciągu miesiąca po porodzie.

Odrzucono poprawki zgłoszone przez środowiska nazywające się pro-life: nie będzie klauzuli sumienia dla lekarzy i możliwości „przekierowania” pacjentki do innego medyka, abortowane płody będą utylizowane jako odpady medyczne (chyba że rodzice zdecydują inaczej), aborcja będzie darmowa, zabiegi będą finansowane z budżetu państwa.
Irlandzki kościół katolicki protestuje: „W większości przypadków głosy głosujących przeciw aborcji w majowym referendum, zostały zignorowane” – oświadczyli przedstawiciele Konferencji Episkopatu Irlandii. Mieli za złe, że odrzucono „nawet tak umiarkowane propozycje poprawek, jak zakaz aborcji z powodu płci, rasy czy niepełnosprawności”.
W sprawie zniesienia drakońskiej 8. poprawki do Konstytucji pod koniec maja odbyło się w Irlandii referendum. Za aborcją opowiedziało się 66,4 proc. obywateli.

Kara główna za aborcję

Republikanie z amerykańskiego stanu Ohio przedstawili projekt ustawy stanowej „House Bill 565”, która zrównuje aborcje z morderstwem i kryminalizuje ją bezwarunkowo. Przesłanką do przerwania ciąży według nowych przepisów nie jest ani zagrożenie życia matki, ani gwałt czy kazirodztwo.

 

Ustawa przeszła przez Stanową Izbę Reprezentantów. Zmiany w przepisach mają na celu rozszerzenie definicji „osoby” w Kodeksie karnym Ohio na nienarodzone dzieci. Aborcja zrównałaby się wówczas z morderstwem – a za to w siódmym najludniejszym stanie USA grozi nawet kara śmierci. Przepisy trafiły do stanowego Kongresu w maju i od tego czasu jest procedowana w komisji zdrowia. Budzi postrach nawet wśród stanowych organizacji sprzeciwiających się aborcji. Nie uznaje bowiem żadnych wyjątków, aborcję definiuje jako „bezprawne przerwanie ciąży powodujące śmierć nienarodzonego człowieka, dowolną metodą”.

Jednocześnie na początku miesiąca przez Izbę Reprezentantów przeszła tzw. ustawa o biciu serca, która, według „Newsweeka”, „kryminalizuje aborcję od momentu, gdy możliwe jest wykrycie bicia serca dziecka (ok. szóstego tygodnia ciąży). Podobną ustawę przyjęto w 2016 roku – ale wówczas zawetował ją gubernator John Kasich, uznając przepisy za niekonstytucyjne. Obecnie Republikanie mają jednak wystarczająco dużo głosów w stanowym Kongresie, by obalić weto”.

W dodatku, od stycznia urząd gubernatora przejmie republikanin Mike DeWine, który już zapowiedział, że ustawę podpisze. Z pewnością będzie ona przygrywką do rozszerzenia definicji osoby w stanowym kodeksie karnym, jednak mimo wszystko „ustawa o biciu serca” dopuszcza przynajmniej możliwość przerwania ciąży w przypadku zagrożenia życia matki.

Przy Roe vs. Wade (prawie, które od 1973 r. konstytucyjnie gwarantuje kobietom dostęp do aborcji) w ostatnim czasie „majstruje” wiele stanów: Iowa (która także w tym roku przyjęła ustawę o „biciu serca”), Dakota Północna, Zachodnia Wirginia, Alabama. USA powoli wycofują się z konstytucyjnej wolności i stawiają na kryminalizację przerywania ciąży.

Komentatorzy twierdzą, że po ostatniej serii nominacji sędziów przez ekipę Donalda Trumpa, Sąd Najwyższy już staje się bastionem konserwatyzmu. Aborcji dokonała w swoim życiu przynajmniej raz jedna na cztery Amerykanki przed 45. rokiem życia.

Opowieści ginekologiczne Recenzja

Nie tylko Kościół katolicki w Polsce i sekundująca mu konserwatywna prawica – w tym w stopniu najmniej entuzjastycznym, ale jednak także Prawo i Sprawiedliwość – sprawiają, że ginekologia i położnictwo są nie tylko po prostu specjalnościami lekarskimi, ale szczególnymi dziedzinami medycyny, bo jedynymi które krzyżują się z polityką.

 

Nic dziwnego, że wątek ten pojawia się epizodycznie także w „Klerze” Wojciecha Smarzowskiego.
„Czarny protest” sprzed ponad dwóch lat nie tylko pokrzyżował plany antyaborcyjnych fanatyków spod znaku „Ordo Iuris”, Kai Godek, Mariusza Dzierżawskiego czy Magdaleny Kaliszuk, ale ostudził zapał w tym kierunku także w rdzeniu PiS, w ślad za sceptycznym stanowiskiem prezesa partii. O utrzymaniu się tej tendencji świadczy choćby niedawne oświadczenie jednego z zaufanych ludzi Jarosława Kaczyńskiego, eurodeputowanego profesora Ryszarda Legutko, który stwierdził, że sprawa ta do najbliższych wyborów parlamentarnych (2019) wyborów nie zostanie ponownie podjęta. Prezes partii najwyraźniej dodatkowo „zabezpieczył” temat, zagrzebawszy go także w szufladach TK Julii Przyłębskiej. Pomimo tego czujności nigdy za wiele, a poza tym przeciwnicy zakazu aborcji są w sytuacji bohatera znanego żydowskiego dowcipu, znękanego ciasnotą mieszkania, któremu doradzono, aby najpierw dogęścił je wprowadzając do niego kozę, a następnie się jej pozbył, co przyniesie mu ulgę. Dziś zwolennicy prawa do aborcji cieszą się z powstrzymania ofensywy ultrasów, ale do jego liberalizacji jest tak daleko, jak było.
W żadnej dziedzinie sztuki lekarskiej nie krzyżuje się tyle zagadnień wykraczających poza materię ściśle biologiczną i medyczną, w tym tak delikatnych jak seksualność (ginekologia i położnictwo nie są co prawda dziedzinami erotyki, ale w erotyce mają swoje korzenie), problematyka etyki i moralności, zjawisko wstydu i skrępowania związane ze sferą płciową oraz tak przemożnie wpływowych jak obyczaje i zasady – zakazy i nakazy – religijne. Wystarczy przywołać trzy kwestie: przerywanie ciąży, antykoncepcję i zapłodnienie in vitro, by uzmysłowić sobie jak wielkie namiętności polityczne i światopoglądowe oraz spory prawne one budzą, w ostatnich dziesięcioleciach głównie w Polsce (choćby wspomniany „czarny protest” przeciw próbie całkowitego zakazu aborcji), ale okresami także w Irlandii (niedawne referendum) czy w niektórych krajach Ameryki Łacińskiej (n.p. Salvador, kraju gdzie jest najbardziej restrykcyjne na świecie prawo antyaborcyjne). O tym jak n.p. Kościół katolicki przywiązywał do tzw. katolickiej etyki seksualnej świadczą choćby archiwalne wydawnictwa z tego zakresu, gdzie życie płciowe i prokreacyjne katolików regulowane było z drobiazgowością graniczącą fragmentami z obsesją nie pozbawioną rysów obscenicznych. Tajemnice ginekologii i ciała kobiecego w aspekcie prokreacji fascynowały wielu pisarzy. Wystarczy przywołać powieści: niemiecką – „Orestes i wieloryb” Hedwig Rohde, brytyjskie – „Regulamin tłoczni win” Johna Irvinga, czy „British Museum w posadach drży” i „Gdzie leży granica” Davida Lodge (o angielskiej, katolickiej terlikowszczyźnie), duńskie „Zimowe dzieci” Dea Trier Morch, fińską „Akuszerkę” Katji Kettu, czy najgłośniejsze z tego nurtu „Opowieści podręcznej” Kanadyjki Margaret Atwood, a także przykłady z dawnej polskiej prozy: „Grypa szaleje w naprawie” Jalu Kurka, „Zazdrość i medycyna” Michała Choromańskiego, „Niemiłosierni” Marii Jarochowskiej, czy „Flirt z medycyną” Zbigniewa Łapińskiego. Tematykę tę podejmowano też w kinie, choćby Ingmar Berman w filmie „U progu życia” czy Czeszka Vera Chytilowa w „Grze o jabłko”. Iza Komendołowicz podjęła tę tematykę w formie dziennikarskiej, po części poniekąd reportażowej, uzupełnionej formą wypowiedzi i wywiadów z lekarzami ginekologami, w tym z tak znanymi i zasłużonymi jak małżeństwo Marzeny i Romualda Dębskich czy profesor Marian Szamatowicz, jak i z tak kontrowersyjnymi, a nawet inkryminowanymi, jak osławiony profesor Bohdan Chazan. Iza Komendołowicz we współpracy z Magdaleną Kuszewską podjęły takie tematy, jak dziwne przypadki ginekologiczne i położnicze, przebiegi porodów, granica życia i śmierci oraz patologie ciąży, wady płodu, kwestię i praktykę aborcji, młodociane macierzyństwo, zagadnienie skutków gwałtu i ciąży z gwałtu, problemy ciążowe i porodowe tzw. „starych matek”, kwestie zapłodnienia in vitro, tematykę hormonów i antykoncepcji, onkologię ginekologiczną, postawy mężów kobiet ciężarnych, a także ginekologię estetyczną. Książka Komendołowicz wpisuje się w karierę, jaką zrobiły w ostatnich latach w mediach tematy ginekologii, położnictwa, prokreacji, o czym świadczą nie tylko liczne teksty w prasie i materiały w internecie, ale także liczne telewizyjne cykle dokumentalne w rodzaju polskiej „Porodówki” czy angielskich i amerykańskich cykli reportażowych w rodzaju „Położnych”, „Ciąży z zaskoczenia” czy „Matka w ciąży, córka w ciąży”, a także słynny quasi-dokumentalny film amerykański „Gdyby ściany mogły mówić”. Przed obeznanymi z tą tematyką i widzami tych programów książka Komendołowicz nie odsłania co prawda jakichś szczególnych sekretów, ale i tak jest to lektura bardzo interesująca i pouczająca, a dla wielu wręcz życiowo, praktycznie niezbędna, a co najmniej wskazana. Jak bowiem zaświadczają niektórzy ginekolodzy, rozmówcy Izy Komendołowicz, brak wiedzy u kobiet i mężczyzn, których ten temat dotyczy czy potencjalnie może dotyczyć, bywa zastraszający a nawet szokujący, do granic nieprawdopodobieństwa i absurdu. Ta książka, choć nie wyraża tego expressis verbis, jest głosem za prawem kobiety do swobodnego wyboru i za liberalizacją obecnego stanu prawnego w tym zakresie.

 

Iza Komendołowicz – „Ginekolodzy. Tajemnice gabinetów”, współpraca Magda Kuszewska, wyd. Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2018, str. 320, ISBN 978-83-280-5210-9

Już nie odpuścimy WYWIAD

Pod hasłem „Bez wstydu, bez lęku, bez strachu” odbył się w niedzielę w Warszawie marsz na rzecz dostępu do legalnej i bezpiecznej aborcji. Zorganizowało go sześć organizacji: Aborcyjny Dream Team on Tour, Warszawski Strajk Kobiet, Inicjatywa Pracownicza, Stowarzyszenie na rzecz Polityki Zdrowotnej Opartej na Nauce, Antyfaszystowska Warszawa oraz Porozumienie Kobiet 8 Marca. Marsz był następstwem dorocznego Światowego Dnia Bezpiecznej Aborcji, który obchodzony był w minionym tygodniu. Poniżej rozmowa z liderką Ogólnopolskiego Strajku Kobiet Marta Lempart – rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Mojej i starszej generacji przez ponad ćwierć wieku, mimo wielkich wysiłków, nie udało się posunąć sprawy walki o prawa kobiet, w tym prawa do wolnej aborcji nawet o krok, nasza aktywność była jak „orka na ugorze”. W ostatnich latach także nie było realnych sukcesów. Tymczasem ruch kobiet zapoczątkowany „Czarny Protestem” z 3 października 2016 roku osiągnął w walce o prawo do aborcji w ciągu dwóch lat nieporównanie więcej niż wszyscy poprzednicy razem wzięci. Jak to się stało?

Tak, jesteśmy już w zupełnie innym miejscu. Przede wszystkim zmienił się język. Można rozmawiać normalnym językiem, którego można się nie bać, nie mieć kompleksów, że nie rozumie się teoretycznego, abstrakcyjnego, ekskluzywnego języka poprzednich debat. Wiele kobiet go po prostu nie rozumiało i to stanowiło dla nich poważną barierę przed włączeniem się w ten dyskurs „mądrali” w mediach i organizacjach. Zmiana języka na prosty, bezpośredni, odwołujący się do konkretów, pozwoliła na włączenie się w aktywność wielu kobietom, które bały się w tamtych warunkach zabrać głos. Poza tym my, ludzie mojego pokolenia, wchodząc w życie publiczne, zrobiliśmy to bez kompleksów, bez strachu, bo obecny świat był światem, który zastaliśmy. To się odzwierciedla także w poziomie poparcia dla prawa do aborcji, które po wieloletnim spadku znów wzrosło. Nie mieliśmy żadnych lęków w tyle głowy, tylko determinację w dążeniu do celu.

 

Gdy w 1993 roku uchwalano obecną restrykcyjną ustawę antyaborcyjną, wiele uczestniczek i uczestników Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i innych ruchów na rzecz praw kobiet nie było jeszcze na świecie. Może jest tak, że one po prostu nie mają, że wy nie macie w tyle głowy barier psychologicznych, lęków typowych dla poprzedniego pokolenia i występującej w nim często odruchowej, uwarunkowanej historycznie uniżoności wobec kleru?

Na pewno tego nie mamy. Jak powiedziałam, my tę rzeczywistość zastaliśmy, ona była już gotowa, była przez nas od razu oswojona. Mamy poczucie swojej wartości i świadomość swoich praw. Jednym z powodów wybuchu protestu sprzed dwóch lat było to, że dziewczyny uświadomiły sobie, że ostra kryminalizacja aborcji bardzo wysoko podniesie ceny zabiegów przerywania ciąży, tak że staną się one dla wielu z nich niedostępne, a kredyty bankowe są drogie. Dlatego nie było innego wyjścia jak wystąpić z ostrym protestem.

 

Czyli odezwał się także pragmatyzm waszej generacji, chłodne, racjonalne podejście do życia, asertywność i zwyczajna umiejętność liczenia…

Tak, bo to nie tylko wkurzenie na próbę zabrania nam naszych praw, ale także efekt racjonalnej kalkulacji życiowej, niezgoda na to, że ktoś chce grzebać w naszym życiu, chce nim sterować. My sobie na to nie pozwolimy.

 

Za restrykcyjnym prawem antyaborcyjnym, także w obecnym kształcie, stoi przede wszystkim Kościół katolicki. Teraz jednak, po ujawnieniu afer pedofilskich, w warunkach silnego nacisku i krytyki jakiej podlega, w atmosferze wytworzonej także przez film „Kler”, będzie mu trudniej walczyć z kobietami i ich aspiracjami…

Tak, oni się przerazili tym wybuchem. Szczególnie przerazili się protestami w małych miejscowościach, na prowincji. My w Warszawie czy we Wrocławiu moglibyśmy sobie protestować do woli.

To nie miałoby większego znaczenia poza tym, że łapiemy kontakt z mediami, że pojawiamy się w telewizji, w Internecie, w prasie, że nagłaśniamy naszą działalność. Dopiero jednak gdy kler zobaczył, że w setkach malutkich miejscowości protestuje po kilkadziesiąt kobiet, to zrozumiał, że nieograniczona władza nad „owieczkami” wymyka mu się z rąk, że się już kończy. To dobrze, że sąd ostatnio zasądził odszkodowanie od ofiary księżowskiej pedofilii. Kościół jak ognia boi się kar finansowych, a gdy worek ze sprawami pedofilskimi się rozwiąże, takie wyroki zaczną zapadać masowo.

 

W swoim wystąpieniu na konferencji powiedziała Pani o niskim poziomie debaty sejmowej nad odrzuconym projektem „Ratujmy kobiety”…

Jestem osobą twardą, nie załamującą się, nie przyjmującą do wiadomości, że czegoś nie da się zrobić. Jednak gdy po żenującej debacie, która właściwie nie miała nic wspólnego z prawdziwą debatą, taką jaką obserwowałam choćby w Argentynie, Sejm, także głosami posłanek i posłów rzekomo demokratycznej opozycji, odrzucił nasz projekt „Ratujmy kobiety”, to na krótką chwilę załamałam się, pomyślałam, że tu nic nie da się zrobić. Ale na krótką chwilę, bo utwierdziło mnie to w przekonaniu, że żadnemu parlamentarzyście i żadnemu kandydatowi do Sejmu nie wolno już teraz odpuścić. Przez najbliższy, przedwyborczy rok nie damy im żyć, będziemy domagać się jasnej deklaracji w kwestii ich stosunku do prawa do legalnej aborcji na żądanie. I nie pozwolimy im się wymigać ogólnikami, unikami typu, że „jeszcze nie mam zdania”, „zobaczy się” i tym podobnymi. Ci którzy unikają jednoznacznych deklaracji są nie mniej szkodliwi dla naszej sprawy niż otwarci „prolajfowcy”, fanatyczni antyaborcjoniści. W realnej polityce liczy się efekt.

 

Jeśli sądzić po minimalnej, przynajmniej jak na razie, liczbie parlamentarzystów, którzy podpisali deklarację brukselską w sprawie bezpiecznej aborcji, nie będzie łatwo…

A to już ich zmartwienie, czy chcą czy nie chcą jej podpisać. Ja tego nie śledzę. Wiem, że nie odpuścimy im ani na jotę, przez najbliższy rok nie damy im spokoju. Niektórzy stawiają nam zarzut, że „w stu procentach zajmujemy się aborcją”, sprawą prawa kobiet do aborcji, że mniej interesujemy się innymi aspektami praw kobiet. Nie interesujemy się mniej, ważne są dla nas także inne kwestie, ale będziemy w stu procentach zajmować się aborcją, bo to jest sprawa, którą trzeba załatwić do końca.
Dziękuję za rozmowę.

Dziewczynki niemile widziane

Aktywistki z organizacji Jeena International, zajmującej się prawami kobiet z mniejszości narodowych w Wielkiej Brytanii alarmuje: duża część imigrantek korzysta z możliwości wykonania testu krwi NIPT. Pozwala ono na bardzo szybkie odkrycie płci dziecka. Wiele kobiet, głównie Hindusek i Chinek, kiedy dowiaduje się, że urodzi córkę, jest poddawanych presji przez mężów i rodziny. Nierzadko są zmuszane do usunięcia ciąży, ponieważ urodzenie chłopca pozwala na podwyższenie statusu społecznego.

 

– Nic dziwnego, że decydują się na aborcję. Nie mają innego wyboru. Nie chcą zawieść męża, zostać wyrzucone z domu i wylądować na ulicy – mówi Rani Bilkhu, prezeska organizacji.

Rzecznik Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej zaznaczył, że rząd przyjrzy się bliżej testom NIPT. W państwowych placówkach badania te wykonywane są głównie pod kątem wykrywania wad genetycznych, ale za dopłatą (w większości w prywatnych klinikach kosztuje to 150-200 funtów) można dowiedzieć się, czy „będzie chłopiec czy dziewczynka”.

Naz Shah, posłanka zajmująca się problemami równego traktowania, twierdzi, że należałoby ustawowo zakazać podawania informacji o płci uzyskanej w wyniku przeprowadzania badań NIPT.
Dziennikarskie śledztwo w programie „Victoria Derbyshire” BBC wykazało, że w Wielkiej Brytanii żyją tysiące kobiet, które zastosowało z premedytacją selekcję płci płodu. Wśród nich najwięcej było tych, które urodziły już jedno lub dwoje dzieci i kolejna ciąża okazała się „rozczarowaniem” z powodu braku męskiego potomka. Niektóre były zastraszane.

Dr Tom Shakespeare, konsultant „The Independent”, powiedział, że rząd prawdopodobnie zasłoni się tym, że ciężko mu będzie kontrolować prywatne ośrodki zdrowia, natomiast badania NIPT z pewnością wymagają wprowadzenia stosownych regulacji, bo za chwilę rozkwitnie turystyka selektywno-aborcyjna. Indie i Chiny dostrzegły już problem i zakazały selekcji, jednak rodziny imigrantów na Wyspach korzystają, że takich zakazów nie ma – najczęściej niestety kosztem kobiet.

Czy warto bronić PRL?

Perspektywa kobieca.

 

Nie mam wątpliwości, że warto. Jednak rozstrzygając wątpliwości innych, nie można polegać wyłącznie na sentymencie. Twarde fakty również przemawiają na korzyść „poprzedniej epoki”. Bo dokładnie te same dziedziny życia społecznego, które Polska Ludowa otaczała szczególną troską, dziś leżą odłogiem. Kobiety pracujące, matki – odczuwają to szczególnie dotkliwie.

 

3 narracje

Rzetelna ocena PRL to trudne zadanie – odkłamanie PRL to jednak obowiązek lewicy, jeżeli nie chce utonąć w morzu IPN-owskich prawicowych wizji tego okresu jako sowieckiej okupacji i „totalitaryzmu”. Ta narracja dziś dominuje: swój udział ma w tym propaganda Telewizji Publicznej oraz wdrażanie ustawy dekomunizacyjnej – niejednokrotnie siłowe, zwłaszcza w mniejszych gminach.

Komponując słowo wstępu, warto podeprzeć się publikacją Piotra Szumlewicza i Jakuba Majmurka „PRL bez cenzury”. Po 1989 roku Polska Ludowa stała się negatywnym punktem odniesienia dla większości elit.

Jak twierdzą autorzy: „Poprzez jego krytykę uzasadniają one rozwarstwienie społeczne, strukturalne bezrobocie, wydłużanie tygodnia pracy czy utrzymanie płacy minimalnej na bardzo niskim poziomie. Krytyce Polski Ludowej towarzyszy zatem przedstawianie społecznych patologii jako prawidłowości rozwoju gospodarczego. W ten sposób atak na PRL pełni funkcję legitymizowania istniejącego ładu społeczno-ekonomicznego”.

Książka wyróżnia 3 główne narracje wokół Polski Ludowej: postsolidarnościowo-prawicową (PRL to ustrój totalitarny, siłą narzucony przez sowiecką okupację), sentymentalną (odpowiedź na pierwszą + podkreślenie bezpieczeństwa socjalnego), a także nostalgiczną (bazującą na anegdotach, filmach, opowieściach i mitach). My dziś w większości opowiadamy się za drugą. W przekazie medialnym dominuje dziś jednak pierwsza – dlatego zapewne dziś badania opinii publicznej nie prezentowałyby się dla zwolenników PRL-u tak korzystnie jak w pamiętnym raporcie CBOS z 2014 „PRL – doświadczenia, oceny, skojarzenia”.

Swego czasu większość mediów obnosiła zawarte w nim konkluzje ze zdziwieniem (chodzi o pamiętne „44 proc. Polaków dobrze wspomina PRL”).

 

Co ci przypomina widok znajomy ten?

Zajrzyjmy więc do raportu CBOS:

„Do wymienianych najczęściej konkretnych skojarzeń z okresem PRL należą: brak bezrobocia (19 proc., kolejki (18), puste półki w sklepach (17) oraz kartki na żywność i inne produkty (17)”. Mimo wszelkich uciążliwości, Polacy cenią sobie stabilność zatrudnienia.

„Co piąte skojarzenie z okresem PRL związane jest z ówczesną polityką na rynku pracy (łącznie 21 proc.), przy czym w niemal wszystkich przypadkach chodzi o pewność zatrudnienia i brak bezrobocia (19). Nieliczni zwracali w tym kontekście uwagę na większą dbałość o pracowników, m.in. na politykę socjalną zakładów pracy (2), albo akcentowali negatywne konsekwencje związane z obowiązkiem zatrudnienia (1).

PRL kojarzy się również „z lepszą polityką społeczną (6 proc.) lub po prostu z łatwiejszym, spokojniejszym i mniej stresującym życiem (3), z porządkiem społecznym (2) lub z większym poczuciem bezpieczeństwa (2)”.

 

Kobieta awansuje w społecznej hierarchii

Tu podpieram się pracami „Wpływ kobiet na politykę państwa na przykładzie Polski i Hiszpanii” Emilii Drewniak oraz kompendium „Wywołać z milczenia. Historia kobiet w PRL-u – kobiety w historii PRL-u” Agnieszki Mrozik

PRL przede wszystkim nie cieszy się, jak udowadnia Mrozik, szczególnym zainteresowaniem badaczek i badaczy ruchu kobiecego. Powtarzana jest mantra o fasadowości i pozorności upodmiotowienia kobiet.
Zaprzecza tej tezie cytowana przez Mrozik Małgorzata Fidelis i jej „Kobiety, komunizm i industrializacja w Polsce”: Fidelis zaprzecza tej dominującej dziś narracji. Zwraca uwagę na rolę kobiet jako AKTYWNYCH NEGOCJATOREK SWOJEJ POZYCJI W SIECI ZALEŻNOŚCI SPOŁECZNYCH – na przykładzie aktywnych zawodowo robotnic.

Fidelis rozróżnia przede wszystkim epokę stalinizmu – której absolutnie nie wybiela, oraz czas odwilży – kiedy emancypacja kobiet nagle przyhamowała, kobiety zaczęły być wypychane z rynku pracy do domów lub do słabiej płatnych zawodów. Hasłem przewodnim tej epoki było wszak „Irena, do domu!”.

Badaczka swoje wnioski wysnuwa z analizy sytuacji kobiet zatrudnionych w zakładach przemysłu bawełnianego w Zambrowie i Żyrardowie oraz kobiet pracujących w śląskich kopalniach. Udowadnia, że miały one wielki wpływ na kształtowanie rzeczywistości zawodowej i warunków pracy – przykładem fala kobiecych strajków z wczesnych lat 50. – wówczas według Fidelis narodziła się idea „kobiecego protestu”, jaką znamy dzisiaj. Robotnice (m.in., żyrardowskie tkaczki) twardo domagały się zniesienia podziału zawodów na męskie i żeńskie.

„Wykorzystywały swą nową tożsamość pracownic socjalistycznego państwa, a także tradycyjne rozumienie kobiecego honoru i różnicy płci, […] by obnażyć sprzeczności komunistycznego projektu i zrealizować swoje cele – m.in. poprawę jakości żywienia i dostaw surowców do fabryk”.

W okresie stalinizmu ścierały się dwa wzorce obyczajowo-spoleczne – PPS-owski (kobieta – matka Polka) i PPR-owski (ideał robotnicy. I ten okres właśnie był najbardziej owocny jeśli chodzi o przełamywanie stereotypów tradycyjnych ról wpłciowych z II RP (analfabetyzm, zależność ekonomiczna).

„Autorka przytacza dane, które wskazują, że wraz z przeprowadzką ze wsi do miasta, zdobywaniem wykształcenia oraz znajdowaniem pracy w zawodach tradycyjnie określanych jako męskie (górnik, hutnik, spawacz, motorniczy, taksówkarz itd.) kobiety awansowały w społecznej hierarchii, co nie pozostawało bez wpływu na ich życie seksualne, relacje z mężczyznami i rodziną. Większa niezależność finansowa przekładała się bowiem na swobodniejszy stosunek kobiet do ich tradycyjnych ról w społeczeństwie (żony i matki), większe wymagania wobec partnera czy szerzej – bardziej partnerski model związku”.

Autorka zwraca też uwagę na to, że władze PRL zrobiły sporo, aby w miarę bezboleśnie dostosować radziecki archetyp „świętej traktorzystki” do polskich realiów. Po 1953 roku ten symbol równouprawnienia został całkowicie odrzucony jako symbol obcej dominacji. Autorka udowadnia, że było to potrzebne na poziomie wspólnoty narodowej, aby odzyskać tożsamość – lecz wówczas sytuacja zawodowa kobiet uległa pogorszeniu. Nagrodą pocieszenia – według Fidelis – okazała się liberalizacja prawa aborcyjnego w 1956 roku.

Gdyż w kwestii obyczajowości stalinizm – trudno zaprzeczyć – tłamsił kobiety, czerpiąc z II RP pełnymi garściami.

Na przykład podaje Fidelis przykłady zdarzeń, w trakcie których urzędnicy partyjni, nie mogąc poradzić sobie z „rozpasaniem” seksualnym młodych robotnic (na przykład w Zambrowie), wzywali na pomoc ojców dziewcząt, by „siłą swego autorytetu” (czyli de facto przemocą) sprowadzali je na „dobrą drogę”. W tym samym czasie duchowni w czasie nabożeństw gromili „rozwiązłe” kobiety, które wolały „używać życia” zamiast realizować się jako matki i żony (tu istniał do pewnego momentu swoisty sojusz Partii i kościoła).

Seks był przy tym mocno stabuizowany. W stalinizmie seksualność kobiety miała realizować się głównie w rodzinie, mężczyzny – poza rodziną. Później nastąpił powrót do emancypacyjnych wzorców z okresu po rewolucji październikowej, kiedy wręcz padały z ust Aleksandry Kołłontaj stwierdzenia o przeżytku rodziny jako burżuazyjnego tworu.
Zresztą ustawa w początkowym swoim kształcie też była „dobrem reglamentowanym”:

„W tym kontekście liberalizacja ustawy antyaborcyjnej w 1956 roku jawi się jako swoista nagroda pocieszenia dla tracących stabilne zatrudnienie Polek, początkowo przyznawana zresztą tylko wybranym (na przykład kobietom, które już wypełniły obowiązek macierzyństwa) i w drodze silnych obostrzeń (do 1959 roku o tym, czy kobieta może przerwać ciążę, decydowali lekarze, którzy często wykorzystywali swoją władzę przeciwko pacjentkom, odmawiając im przysługującego prawa)”.

Jak dodaje jednak Małgorzata Maciejewska, „już trzy lata po wejściu w życie ustawy, tj. w roku 1959 roku, aborcja była możliwa już bez jakichkolwiek pozwoleń. Niestety jednocześnie państwo nie prowadziło działalności mającej na celu poprawę wiedzy kobiet na temat swojej płodności, nadal nie funkcjonowała edukacja seksualna – wprowadzona dopiero w 1981 roku pod nazwą

Przysposobienie do życia w rodzinie. Seksualność więc nadal była dla władz tematem tabu”.

Ale tutaj w sukurs przyszła m.in. Wisłocka i Lew-Starowicz.

 

Reprodukcja i produkcja – stalinizm

W XX wieku debata na temat regulacji prawa do aborcji dzieli się na 3 zasadnicze okresy (miedzywojnie, PRL, postkomunizm).

W międzywojniu ścierały się dwa mocne paradygmaty – tradycyjny skrajnej prawicy oraz wyzwolonej inteligencji. Tu oczywiście nie do przecenienia jest Boy – Żeleński, który razem z feministkami Ireną Krzywicką oraz dr Justyną Budzińską-Tylicką promował idee świadomego macierzyństwa. Dzięki ich staraniom w Kodeksie karnym z 1932 roku znalazły się regulacje w pełni odpowiadające naszemu dzisiejszemu „kompromisowi aborcyjnemu”. Aborcję niespełiającą tych warunków karano jednak 5 latami pozbawienia wolności.

Stalinowska polityka pronatalna, jak pisze David Hoffmann, była pod wieloma względami podobna do trendów ogólnoeuropejskich w pierwszej połowie XX w., które zmierzały do objęcia przez państwo kontroli nad organizacją reprodukcji.

 

Liberalizacja

Po 1956 roku ruszyli do boju społecznicy. Liga Kobiet oraz Towarzystwo Świadomego Macierzyństwa, świadome początkowych ograniczeń w stosowaniu ustawy, promowały antykoncepcję (zwłaszcza na terenach wiejskich) i edukację seksualną, aborcję uznając za ostateczność. W latach 60. nastąpił boom na globulki antykoncepcyjne i pierwsze leki hormonalne. Wtedy również zaczęto swobodniej podchodzić do realizacji zapisów ustawy. Zwłaszcza zapis o przesłance trudnych warunków życia kobiety ciężarnej” zaczął być szerzej wykorzystywany.

Ponadto ustawa znosiła z kobiety odpowiedzialność karną za przeprowadzony zabieg, nawet jeśli nie był on dokonany legalnie. Ponosili ją natomiast dokonujący nielegalnej aborcji, również wtedy, gdy robili to za zgodą kobiety. Udzielenie jakiejkolwiek pomocy kobiecie ciężarnej w dokonaniu nieuprawnionego zabiegu było także uznawane za przestępstwo. W obu tych przypadkach zmniejszono jednak maksymalną karę przewidywaną za popełnienie czynu z 5 na 3 lata więzienia. Wprowadzono również kary za zmuszanie kobiet w jakikolwiek sposób do aborcji.

Państwo ze swej strony zapewniało więc aborcję de facto na życzenie, działacze społeczni – edukację przy cichym poparciu fasadowo pruderyjnych władz. Taki stan rzeczy miał miejsce przez większość czasu trwania PRL.

Abp Hoser stwierdził niedawno, że w PRL przeprowadzono 800 tys. aborcji. Nie było ich tak dużo. Fakt jednak, że w 1956 roku bano się katastrofy demograficznej i coraz bardziej popularnych „domowych” metod spędzania płodu.

„Fakt, że dokonuje się corocznie nielegalnie co najmniej 300 tys. zabiegów przerywania ciąży, a więc że co najmniej 600 tys. osób rocznie (lekarzy i pacjentek) formalnie popełnia przestępstwo – co jest publiczną tajemnicą – oznacza tolerowanie fikcji, jest przejawem zakłamania w życiu społecznym” – pisano w 1956 w „Trybunie Ludu”.

 

Wsparcie dla matek (i ojców)

Za publikacją Arkadiusza Durasiewicza „Historyczne unormowania polityki rodzinnej”:

Pod koniec lat sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych XX w. rodzina stała się przedmiotem szczególnego zainteresowania państwa. Znowelizowany w 1975 roku Kodeks rodzinny przewidywał szeroko zakrojone inicjatywy wsparcia małżeństw.

„Według Rozporządzenia Ministra Pracy, Płac i Spraw Socjalnych z dnia 31 maja 1974 r. w sprawie zasiłków rodzinnych do nich uprawnieni byli pracownicy podlegający ubezpieczeniu na wypadek choroby i macierzyństwa, zatrudnieni w pełnym wymiarze czasu pracy. Ponadto przysługiwał również zasiłek rodzinny na żonę, jeżeli pełniła ona jeden z następujących warunków: wychowywała choćby jedno dziecko w wieku do lat 8 lub sprawowała opiekę nad dzieckiem niepełnosprawnym, ukończyła 50 lat bądź była inwalidą. Zasiłek rodzinny na męża przysługiwał, jeżeli ukończył 65 lat bądź był inwalidą. Zasiłki rodzinne były wypłacane w wysokości podstawowej lub podwyższonej”.

Szerokie wsparcie miały kobiety ciężarne i matki małych dzieci: „Szczególnie bogate uprawnienia przysługiwały kobietom w okresie ciąży i macierzyństwa. Ochrona pracy kobiet w okresie ciąży obejmowała między innymi zakaz zatrudniania przy pracach szkodliwych, w godzinach nadliczbowych, w porze nocnej oraz zabraniało się delegowania bez zgody zainteresowanej poza stałe miejsce pracy. Kodeks pracy zapewniał ochronę trwałości stosunku pracy w okresie macierzyństwa, a ochronę przed zwolnieniem rozciągał na cały czas ciąży Jeżeli kobieta przepracowała okres próbny) oraz na okres urlopu macierzyńskiego. Zgodnie z kodeksem pracy zakład miał obowiązek zwalniania kobiety ciężarnej na badania lekarskie, przy zachowaniu prawa do pełnego wynagrodzenia, jeżeli badania te nie mogły być przeprowadzone poza godzinami pracy. Zakład był zobowiązany również do przeniesienia kobiety ciężarnej do pracy lżejszej – dozwolonej dla kobiet w ciąży. Jeżeli przeniesienie do innej pracy powodowało obniżenie wynagrodzenia, pracownicy przysługiwał dodatek wyrównawczy do wysokości I 00 proc. zarobku”.

Urlop macierzyński regulacje z 1972 roku przedłużyły z 12 na 16 tygodni przy pierwszy dziecku i do 18 przy kolejnych. Urlop bezpłatny (z zachowaniem ciągłości pracy!) przedłużono do 3 lat.
„Rocznie z urlopów macierzyńskich skorzystało średnio około 420 tys. kobiet. W 1976 r. wprowadzono jednorazowy zasiłek porodowy, który przysługiwał pracownicom i niezatrudnionym żonom pracowników w razie urodzenia lub przyjęcia dziecka na wychowanie. Zasiłek ten wypłacany był w wysokości trzykrotnego zasiłku rodzinnego, przysługującego na to dziecko. Od maja 1978 r. wszystkie kobiety otrzymywały ponadto po urodzeniu dziecka jednorazowy zasiłek, niezależnie od źródła utrzymania (…). Wprowadzono także nową formę pomocy dla rodzin z małym dzieckiem, mianowicie tak zwany zasiłek wychowawczy, wypłacany matkom przerywającym pracę zawodową w celu sprawowania osobistej opieki nad małym dzieckiem.

W roku 1975 został wprowadzony Fundusz Alimentacyjny. Korzystali z niego rodzice (najczęściej matki), którzy nie mogli uzyskać alimentów od osób zobowiązanych do alimentacji”.

Przedszkola były w PRL najsilniejszym ogniwem opiekuńczym. Reorganizacja przedszkoli uregulowana została rozporządzeniem ministra oświaty z 1950 r. – tak aby w planie sześcioletnim dobić do wskaźnika zatrudnienia kobiet na poziomie 33,5 proc.

Rozwój sieci przedszkoli w okresie PRL z jednej strony zapewnić miał dzieciom prawidłowy, wszechstronny rozwój, z drugiej natomiast – stać na straży równouprawnienia kobiet, umożliwiając im „uwolnienie” od gospodarstw domowych i podjęcie aktywności zawodowej.

W roku szkolnym 1945/46 wg materiałów statystycznych GUS działało w Polsce ok. 2 286 przedszkoli, obejmujących opieką blisko 140 tys.

Do 1950 r. liczba przedszkoli wzrosła o ponad 270 proc. natomiast liczba wychowanków przedszkoli o ok. 210 proc. W 1955 r. było w Polsce ok. 2 640 tys. dzieci w wieku od 3 do 6 lat, co stanowiło ok. 10 proc. ogółu ludności. Później przyszło tysiąc szkół na tysiąclecie. A realnie powstało ich znacznie więcej.

Do końca 1965 roku wybudowano 1105 szkół podstawowych (432 w miastach i 673 na wsi), 54 szkół zawodowych, 28 liceów oraz 6 obiektów przeznaczonych dla szkolnictwa specjalnego. Budowę dalszych 164 obiektów szkolnych ukończono już w 1966 roku. Ponadto w ramach akcji przekazano szkolnictwu 6349 izb mieszkalnych dla nauczycieli.

 

Tekst ten stanowił kanwę wystąpienia podczas debaty „Czy warto bronić PRL?” zorganizowanej przez Społeczne Forum Wymiany Myśli oraz redakcję portalu Strajk.eu w Warszawie, 16 września 2018 roku.