Kontrowersje: Legia niszczy „Jędzę”

Artur Jędrzejczyk po raz kolejny nie znalazł się w kadrze Legii zgłoszonej do gry w europejskich pucharach. Władze stołecznego klubu chcą w ten sposób zmusić piłkarza do odejścia, bo zarabia 800 tys. euro rocznie.

 

Jędrzejczyk, noszący boiskowy przydomek „Jędza”, ma najwyższą pensję w drużynie, ale na boisku od ponad roku prezentuje słabą formę. Mimo to Adam Nawałka włączył go do kadry na mundial w Rosji, ale w warszawskim klubie opinii o tym piłkarzu to nie zmieniło. Jędrzejczyk tym się jednak nie przejmuje i nie zamierza odchodzić, za co jest co rusz karany odsunięciem od kadry pierwszego zespołu, jak ma to miejsce teraz, przed meczami III rundy eliminacji Ligi Europy z luksemburskim Dudelange. Legia wypłaca mu jednak gwarantowane w kontrakcie wynagrodzenie. Sytuacje jest cokolwiek idiotyczna, a niezadowolenia z odsunięcia Jędrzejczyka tej sytuacji nie ukrywał także tymczasowy trener Legii Aleksandar Vuković, któremu „Jędza” akurat jest potrzebny.

 

Kadra Polski już bez Piszczka

Łukasz Piszczek ogłosił, że definitywnie rezygnuje z gry w reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 3 lutego 2007 roku w wygranym 4:0 towarzyskim meczu z Estonią, po raz ostatni wystąpił w przegranym na mundialu w Rosji 0:3 spotkaniu z Kolumbią.

 

Piszczek był jednym z kluczowych zawodników naszej kadry przez jedenaście lat. W sumie w biało-czerwonych barwach wystąpił w 65 meczach i zdobył trzy bramki, zagrał też w czterech wielkich piłkarskich turniejach – Euro 2008, Euro 2012, Euro 2016 i mistrzostwach świata 2018 w Rosji. O swojej rezygnacji poinformował za pośrednictwem Facebooka.

„W życiu czasami trzeba podejmować ciężkie, ale racjonalne decyzje. Po długich przemyśleniach ja taką podjąłem. Moja przygoda z reprezentacją dobiegła końca. 11 lat zawsze z dumą reprezentowałem Polskę w seniorskiej reprezentacji. Był to wyjątkowy czas. Będę go zawsze bardzo miło wspominał. Dziękuję przede wszystkim Kibicom za wsparcie, Trenerom: Leo Beenhakkerowi, Franciszkowi Smudzie, Waldemarowi Fornalikowi i Adamowi Nawałce dziękuję za zaufanie. Zawsze starałem się nauczyć od nich jak najwięcej, czerpać z ich doświadczenia i wiedzy. Dziękuję wszystkim osobom związanym z każdym sztabem szkoleniowym i moim kolegom z boiska, z którymi wspólnie miałem zaszczyt reprezentować Polskę w tych 65 meczach z orłem na piersi. Zostawię w swojej pamięci mecze, w których swoją grą dawaliśmy wszystkim Kibicom wiele radości. Trenerowi Jerzemu Brzęczkowi i naszej reprezentacji życzę przede wszystkim dużo sukcesów” – napisał w swoim poście Piszczek (pisownia oryginalna).

Jego decyzja nie jest wielkim zaskoczeniem, bo zapowiadał rezygnacji jeszcze przed mundialem w Rosji. Co prawda Jerzy Brzęczek po przejęciu reprezentacji w wywiadach zapewniał, że żaden z piłkarzy kadry Adama Nawałki nie zamierza rezygnować z gry w narodowej drużynie, także Piszczek, tyle że on potrzebuje trochę więcej czasu na odreagowanie nieudanego występu w mistrzostwach świata.

Piłkarz Borussii Dortmund w opublikowanym na łamach portalu SportoweFakty.pl wywiadzie stanowczo jednak tej opinii nowego selekcjonera zaprzeczył i zapewnił, że jego decyzja jest ostateczna i nie przewiduje w przyszłości powrotu do reprezentacji nawet w trybie alarmowym. „W każdej kadrze po mundialu ktoś decyduje się o zakończeniu kariery. Mesut Oezil, Andres Iniesta, z różnych powodów. W dzisiejszej piłce to powszechne. Mam 33 lata, na Euro za dwa lata na pewno nie dam rady zagrać. Teraz są eliminacje i musi stworzyć się nowa drużyna, więc nie ma sensu, by miejsce w niej zajmował ktoś, kto na turniej na pewno nie pojedzie. Robię miejsce innym” – powiedział Piszczek.

Piłkarz ma jeszcze do wypełnienia dwa lata kontraktu z Borussią Dortmund. W tym klubie zamierza też zakończyć karierę.

 

W Legii czekają na Nawałkę?

Trener Legii Dean Klafurić przeżywa trudne dni. Chociaż zespół fatalnie wystartował, to na razie tak naprawdę przegrał tylko walkę o mało ważny Superpuchar. Mimo to media spekulują, że już w środę 1 sierpnia zastąpi go na Łazienkowskiej Adam Nawałka.

 

Niezależnie od wyniku rewanżowego meczu w kwalifikacjach Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava, Klafurić zostanie w środę zdymisjonowany, a jego miejsce zajmie były selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka. Tak przynajmniej twierdzą dziennikarze sportowi „Super Expressu”. Wedle ich relacji prezes stołecznego klubu Dariusz Mioduski chciał zatrudnić Nawałkę zaraz po nieudanych dla naszej reprezentacji mistrzostwach świata, lecz on odmówił zasłaniając się koniecznością wypełnienia do końca kontraktu z PZPN, wygasającego jak się okazało dopiero z końcem lipca tego roku. A środa 1 sierpnia będzie pierwszym dniem, w którym były selekcjoner będzie mógł podjąć pracę w nowym miejscu. Tak się jednak złożyło, że dzień wcześniej legioniści stoczą rewanżowy bój ze słowackim Spartakiem Trnava. W pierwszym meczu u siebie przegrali w fatalnym stylu 0:2 i mało kto daje im szanse na odrobienie strat w rewanżu. Tej opinii nie zmieniło znacząco nawet sobotnie zwycięstwo Legii w Kielcach z Koroną (2:1).

Pod wodzą Klafuricia legioniści w tym sezonie wygrali jeszcze tylko dwa mecze w kwalifikacjach Ligi Mistrzów z półamatorskim Cork City, a trzy spotkania z silniejszymi rywalami przegrali – z Arką Gdynia o Superpuchar, z Zagłębiem Lubin w 1. kolejce ekstraklasy i u siebie ze Spartakiem. I ponoć właśnie ta ostatni porażka miała przesądzić o losie Klafuricia. „SE” podaje, że Nawałka ma zarabiać jako trener Legii co najmniej 350 tysięcy euro rocznie. Jeśli to prawda, w nowej pracy będzie miał lepiej pod tym względem niż w poprzedniej. PZPN wyceniał pracę Nawałki w ostatnich dwóch latach na ćwierć miliona euro rocznie plus premie za wyniki.

Wygrana w Kielcach może jednak tym misternym planie namieszać, bo Spartak nie jest mocniejszą drużyną od Korony, a skoro Klafuriciowi udało się wygrać, to przecież ta sztuka może mu się udać też Trnavie. I co wtedy? Zmienienie trenera, który w końcówce poprzedniego sezonu opanował kryzys w zespole i zdobył z nim podwójną koronę, a teraz mimo słabego początku znów wstąpił na zwycięską ścieżkę, zostanie uznane za błąd. Nawałka może go rzecz jasna szybko przykryć lepszymi wynikami i radykalna poprawą stylu gry zespołu Legii, tylko czy naprawdę jest w stanie tego dokonać?
To jest już jednak zmartwienie Legii. Jej rywale walczą o swoje, a po dwóch pierwszych kolejkach można wnosić, że w tym sezonie o najwyższe laury będzie się bić prowadzone przez Mariusza Lewandowskiego Zagłębie Lubin.

 

Jerzy Brzęczek: Zmienił szyld i jedzie dalej

Adam Nawałka pożegnał się z posadą selekcjonera biało-czerwonych na Stadionie Narodowym w Warszawie. To samo miejsce na zaprezentowanie się w tej roli wybrał też jego następca, Jerzy Brzęczek. Ale nie tylko to ich łączy.

 

Jerzy Brzęczek był kapitanem reprezentacji młodzieżowej, która w 1992 roku w Barcelonie pod wodzą trenera Janusza Wójcika zdobyła srebrny medal olimpijski. Jemu przypisuje się autorstwo słynnego hasła „Zmieniamy szyld i jedziemy dalej”, nawołującego do zastąpienia prowadzonej w tamtym czasie z marnym skutkiem przez Andrzeja Strejlaua pierwszej reprezentacji Polski właśnie ekipą Wójcika. Nic z tego nie wyszło, bo ówczesne władze PZPN nie były skłonne do wprowadzenia takich rewolucyjnych rozwiązań. Wygląda na to, że po 25 latach Brzęczek, już jako selekcjoner kadry biało-czerwonych, w jakimś sensie zamierza wcielić w życie pomysł o zmianie szyldu. Przynajmniej tak można wnosić po jego poniedziałkowej zapoznawczej konferencji prasowej na Stadionie Narodowym.

Oczywiście nowy selekcjoner dobrał sobie nowych współpracowników do sztabu kadry, a z ludzi Nawałki zostawił jedynie Huberta Małowiejskiego, szefa tzw. banku informacji. Na swojego asystenta wybrał 37-letniego Tomasza Mazurkiewicza, który nie ma za sobą ani wybitnej przeszłości piłkarskiej, ani znaczących trenerskich osiągnięć. Ale znacznie większe emocje w mediach wzbudziła nominacja na trenera bramkarzy dla Andrzeja Woźniaka, głównie z powodu jego niechlubnej korupcyjnej przeszłości w Koronie Kielce, za którą ciężko odpokutował finansowo i latami dyskwalifikacji. O fachowości Woźniaka mówi się przez to mniej, a o kompetencjach Mazurkiewicza wcale. Takich dyskusji nie ma też w odniesieniu do pozostałych członków nowego sztabu kadry – Radosława Gilewicza, trenera przygotowania fizycznego Leszka Dyji, lekarza Jacka Jaroszewskiego, fizjoterapeutów Pawła Bambera, Adama Kurka, Wojciecha Hermy oraz (uwaga, nowość!) psychologa Damiana Salwina.
Nie będzie natomiast żadnych istotnych zmian w składzie kadry.

Brzęczek szczerze przyznał, że zamierza przejąć ją po Nawałce z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, czyli także z Robertem Lewandowskim w roli kapitana drużyny. Przeciął tym oświadczeniem wcześniejsze spekulacje, że przywróci tę funkcję swojemu krewniakowi Jakubowi Błaszczykowskiemu. Nie zamierzam zrobić żadnej rewolucji, ale na pewno powoli będę wprowadzał do zespołu nowych zawodników. Młodych graczy mamy mnóstwo, lecz zmiany musimy wprowadzać z głową. Rozmawiałem z kadrowiczami, na tę chwilę wszyscy są gotowi do gry, nikt nie wspominał o zakończeniu kariery w reprezentacji. Kamil Glik też jest do naszej dyspozycji Jedynie Łukasz Piszczek może potrzebować nieco dłuższej przerwy, bo on nieudane mistrzostwa w Rosji mocno przeżył” – powiedział Brzęczek. Powołaniami na mecz z Włochami chyba nas nie zaskoczy.

 

Nawałka szykuje raport końcowy

Po mundialowej klęsce nasza piłkarska reprezentacja z zleciała z piedestału z dość głośnym łomotem. Po walnięciu o ziemię okazało się, że wcale nie jest ze spiżu, jak nam wmawiano, bo łatwo rozpadła się na wiele kawałków, zaś każdy z nich ma pretensje do pozostałych, że w Rosji nie wyszło.

 

Wszyscy teraz szukają przyczyn niepowodzenia i wskazują winnych. Najbardziej aktywni w tym dziele są prezes PZPN Zbigniew Boniek i kapitan drużyny Robert Lewandowski, a swoje trzy grosze w formie pisemnego raportu szykuje też Adam Nawałka. Nie ma jednak co liczyć, że były już selekcjoner biało-czerwonych w swoim raporcie napisze coś mądrzejszego ponad to, co zdążył już powiedzieć w swoich kilku publicznych wypowiedziach po trzech meczach grupowych i tuż po powrocie do kraju. „Nie trafiłem z wyborem ludzi i taktyką. Winę biorę na siebie”.

 

Trenerom pomyłki nie uchodzą

W tych kilku słowach zdefiniował cały bezmiar swojej winy, nie łudźmy się jednak, że owym sławetnym raportem popełni harakiri. Jeśli jednak zamierza wrócić na trenerską ścieżkę, a jak wieść niesie zamierza jak najszybciej, musi tak wyczyścić swój wizerunek, żeby ponownie świecił blaskiem nieomylności i mamił wrażeniem perfekcyjnej fachowości.
Nie będzie to łatwe zadanie, bo ostrzem swoich ocen nie może swobodnie rysować po wizerunkach innych uczestników nieudanej rosyjskiej eskapady. Ale jak się dobrze postara, to swoimi błędami bez trudu obciąży innych.

Nawałka ewidentnie faworyzował w swoich wyborach Wojciecha Szczęsnego i trudno go za to winić, bo chociaż Łukasza Fabiański swoimi występami co rusz udowadniał, że nie jest gorszym bramkarzem, to jednak Szczęsny w ostatnich czterech latach był numerem 1 w Arsenalu Londyn, w AS Roma, a teraz gra w Juventusie Turyn. Natomiast Fabiański w tym czasie tkwił w prowincjonalnym Swansea City i chociaż dokonywał cudów w bramce, to na zgrupowanie przed mundialem w Rosji przyjechał jako gracz zespołu zdegradowanego do II ligi.

Te okoliczności trochę tłumaczą wybór Nawałki, ale efekt jego decyzji widzieliśmy – Szczęsny w spotkaniach z Senegalem i Kolumbią wypadł słabo, za to Fabiański w „meczu o honor” z Japonią trzykrotnie uratował zespół w beznadziejnych sytuacjach i zachował czyste konto, przez co zostawił wrażenie, że na mundialu był lepiej dysponowany. Trener na treningach powinien takie rzeczy dostrzec i zweryfikować swoje personalne wybory. Nie zrobił tego i nic go nie tłumaczy.

Obiektywnie rzecz biorąc, Jakub Błaszczykowski w ogóle nie powinien znaleźć się w kadrze na mistrzostwa świata. A skoro się już znalazł, bo jest „żywą legendą polskiej piłki”, to raczej nie powinien być graczem podstawowej jedenastki. Nawałka tymczasem wystawił go do gry w spotkaniu z Senegalem, odtwarzając w ten sposób tak świetnie spisujące się podczas Euro 2016 prawe skrzydło z Łukaszem Piszczkiem w roli prawego obrońcy. Niestety, Błaszczykowski nie nadrobił miesięcy straconych na leczenie urazu kręgosłupa i w starciu z rosłymi i szybko biegającymi rywalami po prostu nie nadążał, wystawiając swojego dawnego boiskowego partnera z Borussii Dortmund na z góry przegraną walkę z przeważającymi siłami przeciwnika. Będąca kiedyś motorem napędowym naszej reprezentacji dwójka tych znakomitych zawodników zawiodła i w przerwie Nawałka posadził Błaszczykowskiego na ławce. Po meczu z Kolumbią jego los podzielił też Piszczek.

Po wyborze Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera kadry w mediach zaroiło się od spekulacji, czy Błaszczykowski odzyska kapitańską opaskę. Tak się raczej na pewno nie stanie, bo czas Błaszczykowskiego w reprezentacji Polski się skończył i jeśli na coś ten piłkarz powinien jeszcze liczyć, to na piękne pożegnanie. Brzęczek jest jednak jego wujkiem, więc pewnie w Lidze Narodów „Błaszczu” szanse gry dostanie, żeby odejść w glorii rekordzisty w liczbie występów w reprezentacji Polski.

 

Litania pomyłek jest dłuższa

Największym grzechem Nawałki było jednak zlekceważenie podstawowego elementu w każdej grze zespołowej, jakim jest zgranie. W ostatnich 10 meczach pod jego wodzą nasza reprezentacja za każdym razem grała w innym składzie, czego oczywistym skutkiem były żenujące na poziomie mistrzostw świata błędy popełniane przez całe formacje i poszczególnych graczy. Pewne decyzje podjął jednak kuriozalne, choćby wystawiając Thiago Cionka na miejsce kontuzjowanego Kamila Glika, chociaż w próbie generalnej z Chile u boku Michała Pazdana obiecująco zagrał Jan Bednarek.

Zapłacił za to słoną cenę, bo Cionek nie zdzierżył zadaniu i popełnił błąd, który kosztował nasz zespół stratę bramki na 0:1. Nie zagrał później już ani minuty, za to Bednarek nie zawiódł, a w meczu z Japonią strzelił nawet zwycięskiego gola i jako jeden z nielicznych kadrowiczów wrócił z mundialu z tarczą. Nie bardzo też wiadomo, dlaczego Karol Linetty nie wystąpił w Rosji nawet minuty, chociaż jest piłkarzem bez wątpienia lepszym od Jacka Góralskiego, Sławomira Peszki, Rafała Kurzawy, a nawet Kamila Grosickiego.

Nawałka z taktyką też sobie nie poradził, wybierał bowiem rozwiązania albo archaiczne, albo niedopracowane. Na dodatek rozbił kadrę wewnętrznie wyrażając zgodę na nieobecność Lewandowskiego i Piszczka na zgrupowaniu w Juracie. Reprezentacja Polski jest dobrowolnym stowarzyszenie równych sobie zawodników i faworyzowanie któregokolwiek z nich, nawet najwybitniejszego, prędzej czy później skończy się klęską, bo futbol jest grą zespołową. Mundial w Rosji pokazał to dobitnie. I taki wniosek powinien zakończyć raport Nawałki i stać się punktem wyjścia w pracy jego następcy.

 

Boniek postawił na Brzęczka

Prezes PZPN nie bawił się zbyt długo z wyborem nowego selekcjonera reprezentacji. Od minionego czwartku wiadomo, że będzie nim Jerzy Brzęczek.

 

Wiadomość o wyborze Brzęczka PZPN opublikował na portalu ŁączyNasPiłka.pl. Oficjalna prezentacja nowego szkoleniowca odbędzie się jednak dopiero w poniedziałek 23 lipca na Stadionie Narodowym w Warszawie. „Podczas konferencji na PGE Narodowym zostaną przedstawione plany selekcjonera oraz nowy sztab szkoleniowy reprezentacji Polski. W ciągu najbliższych dni będą trwały formalności związane z zatrudnieniem Jerzego Brzęczka. Do czasu oficjalnej prezentacji zarówno PZPN, jak i Jerzy Brzęczek, nie będą udzielali dalszych komentarzy” – napisano w oficjalnym komunikacie.

Nowy trener kadry nie jest w polskim futbolu postacią anonimową. To 42-krotny reprezentant Polski, kapitan i lider drużyny srebrnych medalistów olimpijskich z Barcelony, ale na jego koncie nie ma poza tym innych znaczących sukcesów, ani w roli piłkarza, ani trenera. Wiadomo też, że Brzęczek jest wujkiem i mentorem Jakuba Błaszczykowskiego, co może w jakiś sposób rzutować na jego relacje z Robertem Lewandowskim, chociaż rzecz jasna wcale nie musi.

 

Boniek ma problem

W trakcie pożegnania Adama Nawałki prezes PZPN Zbigniew Boniek wyjawił, że zaoferował selekcjonerowi nową umowę, której on jednak nie przyjął. Dlaczego nie przyjął już nie wyjaśnił, ale gdy nie bardzo wiadomo o co chodzi, zazwyczaj chodzi o pieniądze.

 

Posada selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Polski nie jest jakoś specjalnie lukratywna. Dowodzi tego choćby porównanie zarobków trenerów prowadzących zespoły w finałach mistrzostw świata w Rosji. Nawałka na liście płac była na ostatnim miejscu razem ze swoim odpowiednikiem z Panamy. Wedle różnych mniej lub bardziej wiarygodnych informacji szkoleniowiec biało-czerwonych zarabiał ostatnio około 265 tys. euro rocznie plus premie za wyniki. Za awans do rosyjskiego mundialu dostał ponoć okrągły milion euro. W sumie przez niespełna pięć lat pracy Nawałka zarobił jako kontraktowy pracownik PZPN około 2,3 mln euro. Dla porównania selekcjoner kadry Niemiec Joachim Loew w jeden rok zarabia dwa razy tyle, selekcjoner kadry Rosji Stanisław Czerczesow, którego nazwisko z niewiadomych powodów w polskich mediach zaczęto wymieniać jako następcy Nawałki, kasuje rocznie 2,5 mln euro, a trener Egiptu Hector Cuper, zanim go zwolniono zarabiał w jeden rok 1,5 mln euro. Jak widać robota trenera najlepszych polskich piłkarzy od strony finansowej na pewno nie jest wymarzonym zajęciem dla żadnego z rozpieszczonych milionowymi zarobkami szkoleniowców o uznanych nazwiskach i wymiernych dokonaniach. Co oczywiście wcale nie znaczy, że nie będzie na nią chętnych. Boniek powiedział przecież, że ma już na biurku sześć czy siedem ofert.

 

Wybrać swojego czy zagranicznego?

Nie powiedział natomiast, czy on sam jest gotowy na zatrudnienie zagranicznego trenera wedle ćwiczonego już w PZPN wariantu a’la Leo Beenhakker. Holenderski szkoleniowiec przejął naszą reprezentację po Pawle Janasie, który tak jak teraz Nawałka, zrezygnował z dalszej pracy po klęsce na mundialu w 2006 roku w Niemczech. Beenhakker na dzień dobry dostał niewyobrażalną dla polskich szkoleniowców gażę w wysokości 900 tys. euro rocznie (w lwiej części finansowanej przez sponsorów kadry), dość szybko zdołał wybrać solidny zespół, który po raz pierwszy w historii polskiego futbolu zakwalifikował się do finałów mistrzostw Europy, ale na Euro 2008 biało-czerwoni pod jego wodzą osiągnęli tyle samo, co wcześniej w finałach mistrzostw świata w 2002 i 2006 zespoły prowadzone przez Jerzego Engela i wspomnianego już Janasa.

Boniek ma więc teraz dylemat – za gażę jaka płacił Nawałce nie namówi do pracy w polską reprezentacją żadnego trenera o uznanym nazwisku. Prezes PZPN zresztą nie ukrywa, że będzie miał z tym duży problem: „Adam Nawałka doszedł do wniosku, że lepiej będzie jak zakończy pracę z kadrą. Obiektywnie muszę powiedzieć, że rozumiem jego decyzję, chociaż stwarza ona dla nas problemy, bo musimy teraz szybko poszukać nowego trenera i zorganizować nowy sztab szkoleniowy kadry. Adam odchodząc z reprezentacji ma trzy razy lepszy wizerunek i poszanowanie w społeczeństwie, niż miał w momencie w którym obejmował posadę selekcjonera. Myślę, że pod tym względem jest wyjątkiem w historii polskiego futbolu. Trzeba też stwierdzić, że nie zostawia po sobie spalonej ziemi. To prawda, na mundialu zagraliśmy słabo, ale to nie zmienia faktu, że w każdej formacji mamy lidera, że jest sprawdzona grupa piłkarzy, którzy chcą grać i odnosić sukces z reprezentacją Polski. Wiadomo, że nie mamy tak dobrych graczy, żeby myśleć o zdobywaniu mistrzostwa świata czy Europy, ale inne ambitne cele możemy sobie stawiać. Teraz musimy wszyscy się zresetować, parę spraw przemyśleć i zdecydować o wyborze nowego selekcjonera. 14 lipca odbędzie się posiedzenie zarządu PZPN i wtedy omówimy wszystkie możliwości. Jeszcze nie wiem czy zatrudnimy Polaka, czy trenera zagranicznego. Najważniejsze, aby udało się znaleźć selekcjonera, który przez następne pięć lat będzie osiągał wyniki co najmniej takie, jakie osiągał Adam Nawałka” – powiedział Zbigniew Boniek na antenie TVP Sport.

 

Lewandowski nadal najważniejszy

Prezes PZPN przeciął też spekulacje dotyczące roli Roberta Lewandowskiego w kadrze. Nowy selekcjoner będzie musiał budować zespół wokół kapitana reprezentacji i uwzględniać jego wiodącą rolę. Wypada zauważyć, że jak na razie żaden z piłkarzy kadry Nawałki oficjalnie nie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w reprezentacji, chociaż przed mundialem kilku to zapowiadało. Dla nowego selekcjonera jest to sytuacja wręcz komfortowa.

Na personalnej giełdzie pojawiło się już kilka nazwisk, ale nazwiska realnych kandydatów zna tak naprawdę tylko Boniek, bo on trzyma wszystkie nitki. Nie popełni jednak błędu ten, kto wpisze na listę czterech polskich szkoleniowców. Dwóch z nich prezes PZPN już zatrudnia, bo Czesław Michniewicz i Jacek Magiera są trenerami reprezentacji młodzieżowych. Mimo publicznej deklaracji trenera Cracovii Michała Probierza, że nie jest zainteresowany prowadzeniem reprezentacji, jego nazwisko jest uporczywie wymieniane ze względu na jego dobre relacje z Bońkiem, a zatem trzeba jego kandydaturę także uwzględniać. Na liście pretendentów mocną pozycję ma też trener Wisły Płock Jerzy Brzęczek. Każdy z nich z całą pewnością jest w stanie Nawałkę zastąpić, ale czy z lepszym skutkiem, tego nikt teraz przewidzieć nie jest w stanie.

Koniec ery Adama Nawałki

We wtorek w samo południe na Stadionie Narodowym w Warszawie prezes PZPN Zbigniew Boniek poinformował, że Adam Nawałka nie będzie dalej trenerem reprezentacji Polski.

 

Adam Nawałka przejął reprezentację Polski po Waldemarze Fornaliku w październiku 2013 roku i prowadził już w 50 meczach, z których 29 biało-czerwoni wygrali, 13 zremisowali, a w 10 doznali porażek. Bilans bramkowy też jest korzystny – 99:49. Pod wodza Nawałki nasza narodowa drużyna awansował do Euro 2016 i dotarła w tym turnieju do ćwierćfinału, w którym w rzutach karnych uległa późniejszym zwycięzcom Portugalczykom. Warto też pamiętać, że Nawałka zapisał się w historii naszego futbolu jako pierwszy selekcjoner, który pokonał reprezentację Niemiec. Udane eliminacje do tegorocznego mundialu także należy zapisać po stronie jego plusów.

Niestety, wszystkie te dokonania przekreślił nieudany występ biało-czerwonych w Rosji, po którym na Nawałkę spadła potężna fala krytyki, której chyba się nie spodziewał i z którą jak się okazało nie potrafił się oswoić. Jeśli wierzyć słowom prezesa Bońka Nawałka mógł zachować posadę, bo w PZPN czekała już na niego nowa umowa. Oczywiście podyktowana przez szefa związku, a zatem dla selekcjonera z pewnością niezbyt korzystna.  Stąd jego stanowcze: „Nie, dziękuję, pięć lat wystarczy”.

Ale na konferencji prasowej Nawałka wygłosił pod adresem prezesa PZPN same peany: „Odpowiedzialność za drużynę była głównym powodem tej decyzji, aby ktoś inny przejął reprezentację. Prezes bardzo pozytywnie wpływał na to, co się działo i bez prezesa Bońka te sukcesy nie miałyby miejsca” – przekonywał Nawałka, który na stanowisku pozostanie jeszcze do końca lipca.

Kto go potem zastąpi, na razie wie chyba tylko prezes Boniek. I wygląda na to, że to on dokona wyboru nowego selekcjonera, bo PZPN nie planuje żadnego konkursu. „Mogę was uspokoić, że będę kierował się doświadczeniem i intuicją. Nowy trener musi mieć koncepcję. Już teraz na moim biurku jest sześć-siedem CV przedstawionych przez różne agencje. Ale ja chcę trenera, z którym sam będę mógł porozmawiać. Nie wiem jeszcze czy postawię na Polaka, czy obcokrajowca” – zakomunikował sternik polskiego futbolu.

Boniek przeciął też przy okazji wątpliwości wobec przyszłej roli w kadrze Roberta Lewandowskiego. „On jest fantastycznym zawodnikiem i już teraz mogę zapewnić, że nowa drużyna będzie budowana wokół jego osoby” – zapewnił. Dzień wcześniej podobne słowa o Lewandowskim wygłosił nowy trener Bayernu Monachium Niko Kovac, informując przy okazji, że odbył z polskim napastnikiem telefoniczną rozmowę, po której ma podstawy sądzić, że „Lewy” zostanie w Bayernie na kolejny sezon.

I tak oto kończy się „rosyjska burza” w polskim futbolu, która zapowiadała wielkie zmiany, a zmiotła z pokładu tylko trenera kadry, bo on wszystkie winy wziął na siebie.

Reprezentacja Polski: Koniec rankingowego oszustwa

Po klęsce na mundialu w Rosji pojawiły się głosy, że to koniec tłustych lat w polskim futbolu i teraz czeka nas okres posuchy. To możliwe, bo drużyna Adama Nawałki tak naprawdę nawet w szczytowym okresie nie była zespołem na poziomie czołowej „10” rankingu FIFA. Na mundialu w Rosji to rankingowe oszustwo zostało po prostu obnażone.

 

Po klęsce z Kolumbią z kadrowiczów Nawałki zeszło całkowicie powietrze, niech wybaczą to wyświechtane porównanie – jak z pękniętego balonika. Niestety, przy okazji wypłynęło na zewnątrz trochę skrywanych brudów, bo trzymani od lat w głębokim ukłonie przez propagandowy aparat PZPN dziennikarze głównych mediów musieli zmienić ton i dostosować swoje opinie do oczekiwań swoich odbiorców oraz przełożonych. Stąd ta lawina agresywnej krytyki, której nie byli w stanie powstrzymać ani skuteczny zazwyczaj w takich akcjach prezes PZPN Zbigniew Boniek, ani trener Nawałka, ani nawet Robert Lewandowski.

 

Może i pili, ale co z tego?

Ociekający dotąd lukrem wizerunek reprezentacji jako ekipy złożonej wyłącznie z oddanych swojej pracy stuprocentowych profesjonalistów też legł w gruzach po publikacjach prasowych wywlekających na światło dzienne opowieści o balangach na zgrupowaniach kadry. Kamil Glik nazwał te rewelacje „ohydnym kłamstwem”, ale Boniek mimowolnie jej potwierdził, próbując w swoim stylu zbagatelizować sprawę. „Piłkarze dostali wolne, wypili po trzy piwa, trochę pośpiewali, no i co takiego się złego stało?” – stwierdził. Gdyby nie 1:2 z Senegalem i 0:3 z Kolumbią pewnie przyznano by mu rację i nikogo by te rewelacje nie obeszły, teraz jednak nawet rozsądne argumenty tylko podsycają ogień, zamiast go gasić. Zwycięzców nikt nie sądzi, pokonani nie mają racji. Na zgrupowaniach kadry alkohol był zawsze, o czym prezes Boniek jako były zawodnik i trener doskonale wie. Wiedzę o imprezowych wyskokach kadrowiczów mają też dziennikarze, którym opowiadają o nich na ucho agenci piłkarzy, zaprzyjaźnieni trenerzy albo czasem nawet sami uczestnicy balang.
To są oczywiście opowieści zawsze opatrzone klauzulą „nie do publikacji”, ale gdy takiemu dopuszczonemu do tajemnicy żurnaliście wejdzie się na odcisk, albo gdy jego szef tego zażąda, wtedy chcąc nie chcąc „puszczają farbę”. Z taką sytuacja mamy do czynienia właśnie teraz i niewykluczone, że po meczu z Japonią zapotrzebowanie na wywlekanie ukrywanych dotąd skrzętnie przez PZPN brudów znacznie wzrośnie. I to będzie dopiero prawdziwy koniec wielkiego oszustwa, którego efektem był fałszywy jak sie teraz okazało wizerunek reprezentacji Polski tworzonej przez ambitnych zawodników stale doskonalących swój piłkarski warsztat.

 

Na plecach Lewandowskiego

Chociaż od strony sportowej kadra Nawałki nie osiągnęła żadnego znaczącego sukcesu, bo trudno za taki uznać awans do ćwierćfinału Euro 2016, to dzięki sprytnemu wykorzystaniu niedoskonałości w naliczaniu punktów rankingowych reprezentacja za jego selekcjonerskiej kadencji poszybowała w rankingu FIFA z siódmej dziesiątki do pierwszej. Nie ulega dyskusji, że największe zasługi w tym niesamowitym awansie miał Robert Lewandowski, którego talent eksplodował akurat w tym czasie i którego gole zapewniły naszej drużynie najpierw awans do Euro 2016, a potem do finałów mistrzostw świata w Rosji.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że przez ostatnie cztery lata z żelaznego składu kadrowiczów tak naprawdę tylko on piłkarsko szedł w górę, czerpiąc przy tym finansowe korzyści, o jakich inni nasi reprezentacyjni piłkarze mogli tylko pomarzyć i jakich chyba zaczęli mu szczerze zazdrościć. Na ten problem także uwagę opinii publicznej zwrócił Boniek, który w rozmowie z byłym już kadrowiczem, a obecnie próbującym sił w roli dziennikarza TVP Sebastianem Milą powiedział: „Kadra zmieniła się przez ostatnie cztery lata. To są fajni chłopacy, ale wcześniej inny był poziom adrenaliny i myślenia o samym sobie. Sukcesy zmieniły reprezentację. Kiedyś wszystkim podobało się, że mogą grać przy Robercie Lewandowskim, bo to była wartość dodana. Dzisiaj, muszę to powiedzieć ze smutkiem, niektórym to przeszkadza. Musimy to sobie jednak sami wyjaśnić w grupie”.

 

Uderz w stół, a nożyce…

Nazwisk sternik polskiego futbolu nie podał, ale jakoś tak wyszło, że dzień później, na konferencji prasowej przed meczem z Japonią, do jego zarzutów odniósł się nie kto inny, jak Jakub Błaszczykowski, którego relacje z Lewandowskim są od dawna nie najlepsze i z tego względu mógł stać się „pierwszym podejrzanym”. Błaszczykowski powiedział: „Wiem, że jak nie ma wyników, to wtedy się zaczynają różne problemy, zaczynają się ukazywać nieprawdziwe informacje. A my dzisiaj nie mamy za dużo argumentów, żeby na to odpowiadać. Jestem w kadrze długo i mogę powiedzieć, że w ostatnim czasie atmosfera w niej się nie zmieniła. Jedyne co się ostatnio zmieniło, to wyniki, bo kibice liczyli na nasze zwycięstwa. Nie osiągnęliśmy celów, przyjmujemy krytykę. Nie jest nam z tym łatwo, bo to także nasze marzenia zostały zaprzepaszczone. Każdy z nas zdaje sobie sprawę, że nie podołaliśmy zadaniu, ale każdy z nas też wie, ile poświęcił dla tych marzeń. Takie jest jednak życie. Mecz z Japonią jest bardzo ważny psychologicznie. Musimy w nim pokazać że jesteśmy drużyną, która się nie poddaje. W ostatnich czterech latach dostarczyliśmy kibicom wielu pozytywnych doznań. I ten mecz ma pokazać, że jesteśmy grupą facetów, którzy się nie poddają” – zapewniał Błaszczykowski, który mecz z Japonią zaczął jednak na ławce rezerwowych. Podobnie jak krytykujący wcześniej taktyczne pomysły Nawałki Maciej Rybus czy słabo spisujący się Wojciech Szczęsny, Arkadiusz Glik i Łukasz Piszczek.

W bramce stanął Łukasz Fabiański, w obronie zagrali Bartosz Bereszyński, Kamil Glik, Jan Bednarek i Artur Jędrzejczyk, w pomocy Grzegorz Krychowiak, Jacek Góralski, Kamil Grosicki, Piotr Zieliński i Rafał Kurzawa, a w ataku Robert Lewandowski. W takim ustawieniu nasza reprezentacja zagrała po raz pierwszy. Na żenujących w podejściu do meczu z Polakami Japończyków, którzy w rankingu FIFA są na 55. miejscu, nawet taki eksperymentalny skład okazał się wystarczający. Na 13. w zestawieniu Kolumbię i 33. Senegal biało-czerwoni okazali się za słabi, co oznacza, że ich realna siła plasuje ich dzisiaj w gronie zespołów na poziomie 35-40. miejsca w rankingu. Pod wodzą Nawałki wyżej już raczej nie podskoczą.

 

 

MŚ 2018: Upadek trenera Nawałki

Po porażkach z Senegalem (1:2) i Kolumbią (0:3) reprezentacja Polski odpadła z mundialu. Na trenera Adama Nawałkę i jego wybrańców spadła fala agresywnej krytyki, której się może i spodziewali, ale nie na taką skalę.

 

Dzień po klęsce z Kolumbią na konferencji prasowej Adam Nawałka i Robert Lewandowski próbowali się jakoś z niej wytłumaczyć, ale tym razem spolegliwi zwykle żurnaliści nie chcieli słuchać nawet rozsądnych i racjonalnych argumentów. Inna sprawa, że takich selekcjoner kadry i kapitan reprezentacji zbyt wielu nie mieli, natomiast ich ocena występu mogła doprowadzić do szewskiej pasji nawet najbardziej im życzliwych słuchaczy.

 

Taka jest piłka, musimy z tym żyć

„To jest sport, uważam, że nasi zawodnicy walczyli do samego końca, nie odpuszczali, ale graliśmy z bardzo mocnym przeciwnikiem i wynik trzeba przyjąć. Wybrałem najlepszy skład, jaki był do dyspozycji. Ważne było, by zawodnicy, którzy wyróżniali się w poprzednich meczach dostali swoją szansę, stąd moja decyzja, by wyszli od początku. Moim zdaniem mecz był wyrównany do momentu, w którym padła pierwsza bramka. Taka jest piłka. Jest mi przykro z tego powodu, ale jutro jest następny dzień i musimy z tym żyć” – skomentował klęsk z Kolumbią Nawałka.

Lewandowski z kolei irytował powtarzaną jak mantra tezą o słabości naszej drużyny na tle znacznie lepszych rywali. „Chyba na tyle nas było po prostu stać. Trzeba to sobie jasno powiedzieć. Nie przegraliśmy minimalnie. Wiele rzeczy w naszej grze nie funkcjonowało tak jak powinno, ale jak nie ma z czego, to nie da się nic zrobić. Samą walką meczu się nie wygra. Trzeba jakości, a jej było za mało. Przeciwko drużynie tej klasy co Kolumbia nie graliśmy od pięciu lat. Nawet biorąc pod uwagę mistrzostwa Europy, kiedy mierzyliśmy się z Niemcami” – powiedział kapitan biało-czerwonych, czym wkurzył nie tylko rzesze polskich kibiców, ale nawet śledzące z uwagą wszelkie jego wypowiedzi niemieckie media, które natychmiast z lubością wbiły mu szpilę, że jest nie fair wobec swoich kolegów z reprezentacji Polski, na których zwala całą winę za niepowodzenie. Niechętnie nastawiony do „Lewego” tabloid „Bild” nie omieszkał z niego zakpić przypominając, że przed mundialem chciał odejść z Bayernu Monachium. „Teraz powinien się cieszyć, że ma z Bayernem kontrakt ważny jeszcze do 2021 roku, bo po tym co pokazał w Rosji żaden inny klub już się na niego nie skusi”.

 

Prezes zapowiada zmiany

Dla pełnego obrazu wypada przytoczyć jeszcze opinię najważniejszego człowiek w polskim futbolu, czyli prezesa PZPN Zbigniewa Bońka. „Nie można mieć pretensji do naszego zespołu, bo przeciwnicy byli lepsi, szybsi, sprytniejsi, lepiej grali w piłkę. Pewien etap w historii reprezentacji się zakończył. Ta drużyna zrobiła wiele wspaniałych rzeczy przez cztery ostatnie lata, ale przed mundialem mówiłem, że jeśli chcemy coś w Rosji ugrać, to musimy tam zagrać lepiej niż na mistrzostwach Europy we Francji. Ale nie zagraliśmy i teraz trzeba się zastanowić, co dalej. Mamy pół roku, żeby przygotować drużynę do eliminacji Euro 2020. Wcześniej jest Liga Narodów, którą traktujemy poważnie i która będzie poligonem do zbudowania nowej drużyny” – zapowiedział Boniek na antenie TVP. Sternik PZPN unikał deklaracji w sprawie przyszłości Adama Nawałki, trener kadry sam jednak wyszedł przed szeregi zakomunikował, że po meczu z Japonią odda się do dyspozycji zarządu związku, co w piłkarskim języku oznacza gotowość do dymisji.

 

Zespół został źle przygotowany

Trudno w tej chwili stwierdzić, czy władze PZPN zdecydują się na odstrzelenie Nawałki. Wiele w tej kwestii zależeć będzie od wyniku potyczki z Japonią. Na razie po dwóch spotkaniach, z Senegalem i Kolumbią, w oficjalnych statystykach mundialu nasza reprezentacja wypadaj blado na tle rywali. Żadnego z polskich piłkarzy nie ma w czołówkach rankingów, nie licząc Wojciecha Szczęsnego, który jest numerem 1 w klasyfikacji „najgorszy bramkarz mundialu”.

Nasza drużyna w dwóch meczach oddała 19 strzałów, z czego tylko sześć celnych. Gorsze pod tym względem po dwóch meczach były jedynie drużyny Australii, Panamy i Arabii Saudyjskiej. Nie są to dokonania przystające zespołowi z pierwszej dziesiątki światowego rankingu. Przyczyn słabego występu biało-czerwonych w Rosji jest wiele, ale ile by ich nie wyliczył, tak naprawdę wszystkie można skwitować jednym zdaniem: nasi reprezentacyjni piłkarze zostali przez trenera źle przygotowana do mistrzostw pod względem motorycznym, taktycznym i mentalnym. Bo gdyby zostali przygotowani dobrze i byli w optymalnej formie, nie przegraliby ani z Senegalem, ani z Kolumbią.

Dlatego dla Lewandowskiego i spółki mecz z Japonią nie będzie tylko „o honor”, lecz także, a może przede wszystkim, o odzyskanie utraconej sympatii rodaków. Wiadomo już, że po mundialu z kadrą pożegna się kilku kluczowych graczy. Niektórzy z nich odejdą z własnej woli, niektórzy po prostu z niej wypadną. Lista nazwisk jest długa – Piszczek, Fabiański, Glik, Thiago Cionek, Błaszczykowski, Peszko, Jędrzejczyk, Grosicki, a niewykluczone, że także Lewandowski, jeśli nowy selekcjoner nie zagwarantuje mu takiej samej roli w kadrze, jaką miał u Nawałki. Coś w polskiej piłce się skończyło, coś nowego zacznie. Nie pierwszy to raz i nie ostatni.