Brzęczek w butach Nawałki

W tym roku nasza piłkarska reprezentacja nie zachwyca ani wynikami, ani stylem gry. Zmiana selekcjonera niewiele w tym względzie zmieniła, może dlatego, że Jerzy Brzęczek zbyt dosłownie „wchodzi w buty” po Adamie Nawałce.

 

Przed niedzielnym meczem z Włochami (zakończył się po zamknięciu wydania) Jerzy Brzęczek w roli selekcjonera biało-czerwonych nie miał jeszcze na koncie zwycięstwa. Zaliczył dwa remisy po 1:1 z Włochami w Bolonii i Irlandią we Wrocławiu oraz porażkę 2:3 z Portugalią na Stadionie Śląskim w Chorzowie. „Jeśli weźmiemy pod uwagę, jacy to byli przeciwnicy, to mój start nie wygląda tak źle. Patrząc na to, jak radzili sobie moi poprzednicy, uważam, że nie mam się czego wstydzić” – stwierdził Brzęczek w na łamach pezetpeenowskiego portalu „Łączy nas piłka”. Nie wszyscy pewnie podzielają jego pogląd, ale to szczegół. Większe kontrowersje wywołuje jego ocena spotkania z Portugalią. „Brakowało nam nieco agresywności, doskoku do rywala, zwłaszcza w bocznych sektorach. Przy szybkich piłkarzach, jakim dysponował przeciwnik, było to szczególnie widoczne” – wyjaśniał selekcjoner.

Można i tak, tylko że w licznych komentarzach i opiniach lista pretensji pod adresem reprezentacji była znacznie dłuższa. Kwestionowano pomysł ustawienia lewonożnego Piotra Zielińskiego na prawym skrzydle, przez co ten piłkarz stracił połowę swojej przydatności. Brzęczek mógł rzecz jasna tłumaczyć, że akurat Rafał Kurzawa, którego wystawił do gry na lewej flance, także jest lewonożny, ale skoro tak, to dlaczego w meczu z aktualnymi mistrzami Europy zdecydował się na taki personalny wariant, skoro powołał na zgrupowanie 27 piłkarzy, wśród których byli też ofensywni gracze prawonożni. Inne pytanie dotyczy obsady lewej strony linii defensywnej. Brzęczek uparcie zaprasza na zgrupowania specjalistów na tej pozycji, Arkadiusza Recę z Atalanty Bergamo i Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków, zaś w meczu z Portugalią do gry posłał Artura Jędrzejczyka, a przed spotkaniem z Włochami spekulowano, że zagra na tej pozycji Bartosz Bereszyński, a jego miejsce na prawej flance zajmie Paweł Olkowski.

W tym przypadku nieistotne są nazwiska, lecz łamanie fundamentalnej piłkarskiej zasady, że piłkarz nie grający na co dzień na określonej pozycji zawsze wypadnie gorzej od tego, który nas tej pozycji gra. Powód jest oczywisty – w dzisiejszym zdominowanym przez schematy taktyczne futbolu automatyzm w zachowaniach boiskowych jest podstawą w organizacji gry zespołów reprezentacyjnych, które nigdy nie mają dość czasu na porządne wyćwiczenie odpowiednich zachowań. Skutki zlekceważenia tej zasady widzieliśmy – na lewej stronie Portugalczycy hasali jak po łące, bo Jędrzejczyka ciągnęło do środka boiska, gdzie na cod zień gra w Legii. Pod tym względem Brzęczek powiela błędy Nawałki, ale to jest temat na inną opowieść.

 

Nikt nie chce zatrudnić farbowanego lisa

Były reprezentant Polski Eugen Polanski od czerwca pozostaje bez klubu. Piłkarz jest skłonny przyjąć ofertę nawet w egzotycznych krajach, tylko w Polsce grać nie chce, bo w Lotto Ekstraklasie za mało płacą. To już woli zakończyć karierę.

 

Eugen Polanski urodził się w Sosnowcu jako Bogusław Eugeniusz Polański. Jego ojciec był również piłkarzem występującym na poziomie polskiej III ligi[24]. W wieku trzech lat wyemigrował z rodzicami do Niemiec. Rodzina zamieszkała w miejscowości Viersen w pobliżu granicy z Holandią. Podczas wyrabiania nowych dokumentów w Niemczech, tamtejsi urzędnicy uznali, że nie ma niemieckiego odpowiednika imienia Bogusław, więc do nowych dokumentów wpisano Eugen jako odpowiednik jego drugiego imienia. Polanski ukończył niemieckie gimnazjum im. Erazma z Rotterdamu w Viersen, a następnie wyższą szkołę zawodową ekonomii i administracji w Moenchengladbach.

Do 2011 roku w publicznych wypowiedziach stanowczo twierdził, że chociaż urodził się w Polsce, to czuje się Niemcem i chciałby reprezentować barwy drugiej ojczyzny. Ale ponieważ jego usługami w kadrze Niemiec nie było zainteresowania, w 2011 roku zmienił zdanie, wystąpił o polski paszport i dostał powołanie od ówczesnego selekcjonera Franciszka Smudy. Nie był jedynym graczem pozyskanym w ten sposób dla reprezentacji, ale to jemu najczęściej przypisywano łatkę „farbowanego lisa”, przypominając jego wcześniejsze zapewnienia o przywiązaniu do Niemiec. Zagrał jednak w Euro 2012, potem znalazł się też w kadrze Waldemara Fornalika, a nawet Adama Nawałki, lecz w maju 2014 roku niespodziewanie ogłosił, że rezygnuje z dalszych występów w biało-czerwonych barwach. Potem tej decyzji żałował, przepraszał za krytyczne wypowiedzi i był gotów wrócić, lecz drzwi do polskiej kadry pozostały dla niego zamknięte.

Latem tego roku Polanskiemu wygasł pięcioletni kontrakt z Hoffenheim, a klub nie wyraził zainteresowania jego przedłużeniem. 32-letni środkowy pomocnik liczył, że szybko znajdzie nowego pracodawcę, lecz minęło kilka miesięcy, a on wciąż jest bezrobotny. Latem chęć jego zatrudnienia wyraziła Pogoń Szczecin, ale 19-krotny reprezentant Polski uznał, że byłaby to dla niego sportowa degradacja, skoro do tej pory w 1. Bundeslidze zaliczył 254 mecze i strzelił czternaście goli. Jeden sezon grał też w hiszpańskiej La Liga w barwach Getafe. Pewnie dlatego oczekuje gaży w wysokości 15 tys. euro tygodniowo netto. To jednak nie tylko dla polskich klubów stanowczo zbyt wygórowane żądanie.

 

Olkowski jak feniks

Zdumiewający jest renesans formy jaki w drugoligowym angielskim Boltonie przeżywa obecnie 28-letni prawy obrońca Paweł Olkowski. Aż trudno zrozumieć jakim cudem ten piłkarz pół roku temu w niemieckim FC Koeln był wyrzucany do zespołu rezerw.

 

Olkowski na szersze piłkarskie wody wypłynął w Górniku Zabrze pod wodzą ówczesnego trenera tej drużyny Adama Nawałki, u którego też zadebiutował w reprezentacji Polski. Jeśli tylko nie miał kontuzji był powoływany do kadry dość regularnie. Grał w meczach towarzyskich oraz w eliminacjach do turnieju Euro 2016. W sumie przez dwa lata w biało-czerwonych barwach uzbierał 13 występów. Nie miał też w tym czasie problemów z miejscem w składzie FC Koeln, do którego trafił za godziwą sumę z zabrzańskiej ekipy. O powołania zrobiło się trudniej, gdy w Kolonii przestał łapać się do pierwszej jedenastki, co przydarzyło mu się po raz pierwszy na wiosnę sezonu 2015-2016. Na mistrzostwa Europy do Francji nie pojechał, a że potem jego kłopoty w kolońskim klubie robiły się coraz większe, Nawałka całkowicie wykreślił jego nazwisko ze swego notesu.

W sezonie 2017-2018 Olkowski nie miał już nawet miejsca w szerokiej kadrze meczowej FC Koeln, chociaż zespół grał fatalnie i ostatecznie z hukiem wyleciał z 1. Bundesligi. Latem poniżany notorycznie w niemieckim klubie polski piłkarz rozwiązał umowę za porozumieniem stron. Gdy wkrótce potem podpisał kontrakt z drugoligowym Boltonem, zostało to uznane za niespodziankę. A już niemal prawdziwą sensacją stało się to, że Olkowski od pierwszej kolejki zaczął występować w wyjściowej jedenastce angielskiego drugoligowca.

„On grał na najwyższym poziomie w Bundeslidze oraz w reprezentacji. Gdy analizowałem jego występy, to z każdym podobał mi się coraz bardziej. Dlatego nie bałem się na niego postawić od razu. Ma fajne podejście do futbolu i jest dobrze przygotowany fizycznie” – tłumaczył swoją decyzję trener Boltonu Phil Parkinson.

Wysoka forma, pełne zaufanie ze strony trenera oraz życzliwy klimat w klubie zaprocentowały. Olkowski ma chyba najlepsze wejście w sezon w całej swojej karierze. Nawet lepsze niż miał w FC Koeln, gdzie też szybko wszedł do podstawowego składu. Spodobał się kibicom Boltonu, którzy docenili jego zaangażowanie i piłkarskie umiejętności. Z obsadą prawej flanki obrony Bolton od kilku lat miał problem, który po przybyciu Olkowskiego zniknął. Jego grę doceniaj też nieskore do pochwał dla polskich graczy angielskie media. Umieszczono go już w jedenastce kolejki i uważa za czołowego prawego obrońcę w Championship.

Trudno powiedzieć jak długo Olkowski utrzyma się na tym poziomie, ale pytanie o jego powrót do reprezentacji jest jak najbardziej zasadne. Sportowo druga liga angielska bije przecież naszą ekstraklasę na głowę.

 

Co w debiucie pokaże Brzęczek?

Jerzy Brzęczek już w swoim debiucie w roli selekcjonera biało-czerwonych może zapisać się w historii polskiego futbolu. Wystarczy, że w piątek 7 września wygra z Włochami, a okaże się lepszy od ośmiu swoich poprzedników na tej posadzie. Żadnemu z nich w debiucie nie udało się wygrać.

 

Brzęczek w XXI wieku jest dziewiątym selekcjonerem naszej piłkarskiej reprezentacji. Przed nim funkcję tę sprawowali: Jerzy Engel, Zbigniew Boniek, Paweł Janas, Leo Beenhakker, Stefan Majewski, Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik i Adam Nawałka. Wszystkich tych szkoleniowców łączy wspólne niepowodzenie, bo żadnemu nie udało się wygrać meczu w swoim debiucie w roli trenera biało-czerwonych.

 

Engel zaczął od 0:3 z Hiszpanią

Jerzy Engel przejął kadrę po Januszu Wójciku i do pierwszego meczu poprowadził ją 26 stycznia 2000 roku w wyjazdowej potyczce z Hiszpanią. Porażka 0:3 była najłagodniejszym wymiarem kary dla biało-czerwonych. Żaden z kolejnych selekcjonerów już tak dotkliwie w debiucie nie przegrał. Mimo tej klęski Engel zdołał potem zmontować solidną ekipę i wywalczył z nią awans do finałów mistrzostw świata w Korei Południowej i Japonii. Był to niewątpliwy sukces, bo nasza reprezentacja była nieobecna na tej największej piłkarskiej imprezie od 1986 roku. W azjatyckim czempionacie Engel jako trener zupełnie się jednak pogubił. Do dzisiaj tak naprawdę nie znamy przyczyn tej mundialowej klęski, bo raport Engela, o ile w ogóle takowy powstał, nigdy nie został upubliczniony.

Rozczarowanie kibiców i mediów słabym występem biało-czerwonych było tak duże, że władze PZPN dla uspokojenia nastrojów poświęciły Engela dymisjonując go z posady. Jego miejsce zajął człowiek o najmocniejszej pozycji w polskiej piłce, czyli Zbigniew Boniek. Była to zadziwiająca roszada, bo żeby zostać selekcjonerem kadry narodowej i spełnić swoje największe trenerskie marzenie, Boniek musiał zrezygnować z dającej mu potężną władzę w PZPN funkcji wiceprezesa ds. marketingu. Nie była to jednak najlepsza decyzja w jego życiu, o czym przekonał się już w debiucie. Wprawdzie 21 sierpnia 2002 roku zestawiony przez niego zespół zremisował 1:1 z zawsze mocną Belgią, ale stylem gry nie zachwycił i fali pomundialowej krytyki nie stłumił. Boniek poprowadził zespół jeszcze w czterech spotkaniach i niespodziewanie rzucił posadę pod jakimś wymyślonym ad hoc pretekstem. Na poprzednie stanowisko wiceprezesa jego towarzysze z zarządu PZPN już go nie przywrócili i musiał potem przez dziesięć lat tkwić na uboczu, zanim w 2012 roku wreszcie zdobył niepodzielną władzę w związku, z owoców której czerpie przyjemność do dzisiaj.

Po rezygnacji Bońka ówczesny prezes PZPN Michał Listkiewicz posadę trenera kadry powierzył Pawłowi Janasowi, który po długich wahaniach porzucił dla nowego wyzwania wygodne życie dyrektora sportowego Amiki Wronki. Zaczął jednak tak sobie, bo 12 lutego 2003 roku biało-czerwoni pod jego wodzą wywalczyli bezbramkowy remis z Chorwacją. Potem „Janosik” przegrał eliminacje do Euro 2004, ale za to wywalczył awans do mistrzostw świata 2006 roku w Niemczech. Na tej imprezie wypadł jednak nie lepiej od Engela i po mundialu został zwolniony.

 

Beenhakker przegrał 0:2 z Danią

Jego miejsce zajął słynny holenderski szkoleniowiec Leo Beenhakker, światowa sława, chociaż w 2006 roku już mocno przyblakła. O polskim futbolu pojęcie miał niewielkie i zanim sam zdobył niezbędną wiedzę, kadrę na swój debiutancki mecz powołał na podstawie podpowiedzi swoich współpracowników. Nie były one trafne, bo 12 sierpnia 2006 roku nasza reprezentacja pod wodzą Beenhakkera w kiepskim stylu przegrała na wyjeździe z Danią 0:2. Potem Holender, który dostał najwyższą gażę w historii polskiego futbolu (ok. 900 tys. euro rocznie) już tak doradcom nie ufał i jako pierwszy w historii wprowadził biało-czerwonych do finałów mistrzostw Europy. Na turnieju w Austrii i Szwajcarii sukcesu nie odniósł, mimo to prezes Listkiewicz nie pozbawił go posady. Zrobił to dopiero jego następca Grzegorz Lato, ale dopiero wtedy, gdy nasz zespół stracił szanse na awans do MŚ 2010 w RPA. Eliminacje dokończył Stefan Majewski, który na dzień dobry 10 października 2009 roku przegrał z Czechami 0:2.

Polska już wtedy miała zapewniony udział w kolejnych finałach mistrzostw Europy, jako współgospodarz turnieju. Prezes Lato na selekcjonera wybrał Franciszka Smudę i jak się potem okazało, był to wybór kompletnie nietrafiony. Nowy trener kadry zadebiutował 14 listopada 2009 roku, a biało-czerwoni pod jego wodzą przegrali u siebie z Rumunią 0:1. Co było potem wciąż doskonale pamiętamy.

 

Debiut Brzęczka: 7 września 2018

Po dymisji Smudy Lato funkcję selekcjonera powierzył Waldemarowi Fornalikowi, ale on też zaczął pracę z kadrą od porażki, przegrywając 15 sierpnia 2012 roku na wyjeździe ze słabiutką Estonią 0:1. Fornalik nie zdołał wywalczyć awansu do mistrzostw świata 2014 roku w Brazylii, a że prezesem był już wtedy nie Lato, tylko Boniek, było oczywiste iż na posadzie się nie utrzyma. Miejsce Fornalika zajął Adam Nawałka i na początku nic nie zapowiadało, że reprezentacja pod jego wodzą awansuje do Euro 2016, gdzie dojdzie aż do ćwierćfinału, a potem w cuglach wygra też eliminacje do mistrzostw świata 2018 roku w Rosji. Nawałka w roli selekcjonera zadebiutował 15 listopada 2013 roku, a zestawiony przez niego zespół przegrał we Wrocławiu w żenującym stylu ze Słowacją 1:3. Dla Jerzego Brzęczka pamiętną datą będzie 7 września 2018 roku, bo tego dnia w Bolonii zadebiutuje jako selekcjoner biało-czerwonych w spotkaniu z Włochami o pierwsze punkty w rozgrywkach Ligi Europy.

 

Raport na odczepnego

PZPN w przededniu debiutu Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera reprezentacji Polski dość nieoczekiwanie upublicznił raport jego poprzednika, Adama Nawałki, spisany po nieudanym dla biało-czerwonych mundialu w Rosji. Nie jest to dzieło godne uwagi.

 

Raport przygotowany na odchodnym przez Adama Nawałkę i jego współpracowników liczy blisko sto stron. Przebrnąć przez ten napisany drętwym językiem elaborat, wręcz przeładowany branżowymi terminami czerpanymi chyba z podręczników dla studentów Akademii Wychowania Fizycznego, nie jest zadaniem łatwym. Wątpliwe, by ktokolwiek zadał sobie trud naprawdę wnikliwego przestudiowania tego „dzieła”, chociaż sądząc po mnogości recenzji i komentarzy do dokumentu opublikowanego na stronie internetowej PZPN zajrzało wiele osób.

 

Publikacja wymuszona

Prezes Zbigniew Boniek przyznał, że zdecydował się na upublicznienie raportu pod naciskiem mediów, które domagały się tego po wyjawieniu przyczyn mundialowej klęski przez trenera reprezentacji Niemiec Joachima Loewa. Sęk w tym, że o ile analiza niemieckiego selekcjonera rzeczywiście te przyczyny wyjaśnia, to z raportu Nawałki nie dowiadujemy się w zasadzie niczego, czego byśmy już nie wiedzieli wcześniej. Kto oglądał mecze Polaków w Rosji musiał zauważyć, że nasi piłkarze byli wolniejsi, mniej dynamiczni i kondycyjnie słabsi do rywali, a to oznacza, że zostali pod względem fizycznym źle przygotowani do mundialu.

Jako pierwszy publicznie powiedział o tym Łukasz Piszczek, między wierszami jego opinię potwierdzali też inni gracze, nawet Robert Lewandowski, ale „z grubej rury” niedawno przywalił byłemu sztabowi kadry dopiero Kamil Glik. „Raportu trenera Nawałki nie czytałem, więc trudno mi się odnieść do jego treści. Mogę bazować tylko na tym, co widziałem i przeżyłem w Rosji. A widziałem, że nikt sobie do gardeł nie skakał, na mundialu atmosfera nie różniła się od tej w czasie eliminacji. Ale fakt jest taki, że na mistrzostwach nie wyglądaliśmy tak, jak zawsze. Pod względem fizycznym nie byliśmy przygotowani nie tylko na sto, ale nawet na dziewięćdziesiąt procent” – stwierdził stanowczo stoper AS Monaco.

Nawałka w swoim raporcie napisał, że zwiodła go dobra postawa jego wybrańców w ostatnich przed wyjazdem na mundial sparingach z Chile i Litwą. Faktycznie, w spotkaniach z tymi drużynami nasi zawodnicy prezentowali się bez zarzutu.

 

Feralny trening w samo południe

Co zatem się stało, że w meczu z Senegalem już po pół godzinie „oddychali rękawami”? Kluczowy w tej kwestii zdaniem byłego selekcjonera okazał się trening przeprowadzony w Soczi 17 czerwca, ostatni przed wylotem na mecz z Senegalczykami. Blisko dwugodzinne intensywne zajęcia rozpoczęły się o 11:00 i przeprowadzone zostały w ostrym słońcu i wysokiej temperaturze. Czegoś takiego nie zafundowałby swoim zawodnikom nawet instruktor piłki nożnej świeżo po kursie, dlatego dziwi, że zrobili to doświadczeni szkoleniowcy, a jeszcze bardziej od nich doświadczeni piłkarze bez szemrania wykonali polecenia. Ten feralny trening okazał się kamieniem, który ruszył lawinę. Nasi reprezentanci zostali bowiem dosłownie „ugotowani” i w meczu z Senegalczykami mogliśmy to zobaczy na własne oczy. Popełniony błąd szybko skorygowano, bo w kolejnych dniach treningów w samo południe już nie organizowano, ale Nawałka kompletnie stracił orientację co do aktualnej dyspozycji swoich piłkarzy. Dlatego zaczął kombinować ze składem zarówno w meczu z Kolumbią, jak w ostatnim, „o honor” z Japonią.

Gdy klęska stała się faktem, Nawałka niby wziął całą winę na siebie, ale nie omieszkał tu i ówdzie dać do zrozumienia, że popełnił kilka błędów personalnych oraz że kadra na mundialu nie była tak zwartą grup jaką była podczas Euro 2016.

 

Kamyczek do ogródka piłkarzy

W raporcie te zarzuty wobec piłkarzu sformułował tak: „W ostatnich miesiącach (przed mistrzostwami – przyp. red.) pojawiały się symptomy świadczące o pewnych napięciach wewnątrz grupy, typowych dla reprezentacji funkcjonującej od dłuższego czasu w zbliżonym składzie. Z uwagi na to podejmowane były liczne działania zmierzające do pełnego zintegrowania drużyny podczas zgrupowań (rozmowy indywidualne, spotkania integracyjne, rodzinne, stały kontakt sztabu z zawodnikami i trenerami klubowymi, wizyty w klubach zawodników, treningi alternatywne, dobór odpowiednich ćwiczeń – zabawy ożywiające w wybranych jednostkach treningowych). W dalszym ciągu pozwalało to na podtrzymanie dobrej atmosfery i odpowiedniej równowagi w zespole przed turniejem. W jego trakcie okazało się, że drużyna nie była optymalnie przygotowana pod względem mentalnym do skali trudności jaka występuje podczas mundialu. Nie udało się zrobić wszystkiego aby scalić zespół w najtrudniejszych momentach”.

W sumie dobrze się stało, że PZPN „Raport Nawałki” upublicznił. Nic nowego do sprawy nie wniósł, ale przynajmniej teraz wiemy, dlaczego Boniek nie chciał przedłużyć kontraktu z Adamem Nawałką przed mistrzostwami. Prawa rządzące piłkarskim biznesem są brutalne – zwycięzców nikt nie rozlicza, przegranych osądzają wszyscy.

 

Lewy znów czaruje

Robert Lewandowski zaimponował formą w wygranym przez Bayern Monachium 3:0 ligowym meczu z VfB Stuttgart. Kapitan naszej reprezentacji otrząsnął się już z mundialowego kryzysu. Na szczęście nie on jeden w kadrze Polski.

 

Mistrzowie Niemiec chcieli zrehabilitować się ekipie VfB Stuttgart za klęskę poniesioną w ostatniej kolejce minionego sezonu, gdy przegrali z nią u siebie aż 1:4. Trener Niko Kovac wystawił do gry chyba najsilniejszy obecnie skład: Neuer – Kimmich, Boateng, Hummels, Alaba – Goretzka – Ribery, Thiago Alcantara, Thomas Mueller, Robben – Lewandowski. Piłkarze VfB długo bronili się przed strata gola i korzystając z tego, że arbiter pozwalał im na bardzo agresywną grę, kopali rywali niemiłosiernie. W końcu jednak popełnili błąd. W 37. minucie Mueller dostał prostopadłe podanie w pole karne, zagrał „na klepkę” z Lewandowskim i podał do Goretzki, a ten precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał bramkarza gospodarzy. Drugiego gola dla Bayernu strzelił już „Lewy”, także popisując się kapitalnym uderzeniem zza linii 16 metrów.

Ale kibiców bardziej zachwycił fenomenalnym zagraniem piętą do Muellera, po którym reprezentant Niemiec znalazł się w stuprocentowej strzeleckiej sytuacji i jej nie zmarnował. Tak więc po dwóch ligowych kolejkach Bayern jest liderem z kompletem punktów, a Lewandowski ma na koncie dwa trafienia i jedną asystę. Sądząc po zachowaniu innych graczy wobec Lewandowskiego wygląda na to, że nasz piłkarz naprawił relacje z kolegami. Miejmy nadzieję, że tak samo sprawnie poukłada sobie na nowo swoje relacje w kadrze powołanej przez Jerzego Brzęczka.

Na zgrupowanie przed pierwszym meczem w Lidze Narodów z Włochami tylko kilku graczy przyjedzie na kredyt zaufania – w pierwszej kolejności Jakub Błaszczykowski, ale też Jan Bednarek, Marcin Kamiński i Arkadiusz Reca. Pozostali rozpoczęli nowy sezon w roli zawodników albo podstawowego składu, albo jako zmiennicy pierwszego wyboru. Dla nowego selekcjonera to całkiem niezła sytuacja.

Brzęczek będzie miał kłopot z obsadą bramki, bo ma do dyspozycji trzech regularnie występujących w swoich klubach bramkarzy (Fabiański, Skorupski i Szczęsny), na dodatek zbierających za swoje występy co najmniej przyzwoite recenzje. W obronie poza Bednarkiem, Kamińskim i Recą pozostali regularnie grają (Glik, Bereszyński, Kędziora, Rybus, Dźwigała, Pietrzak). W pomocy pewne miejsce w swoich klubowych zespołach mają Krychowiak, Linetty, Zieliński, Klich, Frankowski, Kurzawa, Kądzior, Makuszewski, Góralski, Romanczuk i Szymański, a w ataku oprócz „Lewego” regularnie grają i zdobywają bramki Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek.

Mamy zatem prawo oczekiwać od naszej reprezentacji dobrego wyniku w meczu z Włochami.

 

Nikt już nie lubi Grosickiego?

Adam Nawałka nie wyobrażał sobie kadry bez Kamila Grosickiego i powoływał go także wtedy, gdy wraz z Hull City zleciał do angielskiej II ligi. Jerzy Brzęczek aż tak „Grosika” nie poważa, bo powołania mu nie wysłał. A kibice niespodziewanie przyznali mu rację.

 

Grosicki na rosyjskim mundialu wypadł równie beznadziejnie jak pozostali nasi reprezentanci, ale nie tym roztrwonił kredyt sympatii jakim od kilku lat obdarzali go kibice. Fanom podpadł aroganckimi komentarzami na portalu społecznościowym, gdy niedługo po powrocie z Rosji zamieścił fotki z wakacyjnej imprezy w gronie przyjaciół i został za to przez internautów ostro skrytykowany. I nagle, niemal z dnia na dzień, z piłkarza cieszącego się sporą popularnością z Polsce stał się osobą powszechnie nielubianą. Dlatego jego kolejne perypetie ze zmiana klubu mało już kogo nad Wisłą obchodziły, oczywiście poza nieliczną grupką sportowych żurnalistów z białostockim rodowodem, upominających się tu i ówdzie w mediach o traktowanie Grosickiego jak gwiazdę co najmniej formatu Lewandowskiego.

Tymczasem wykreowany na herosa polskiej reprezentacji „TurboGrosik” nie otrzymał powołania od Jerzego Brzęczka na mecze z Włochami i Irlandią. Formalnie dlatego, że tego lata praktycznie nie grał, nie licząc kilkunastominutowego epizodu w Pucharze Ligi Angielskiej. To oczywiście nie mogło być jedynym powodem pominięcia, bo Jakub Błaszczykowski w VfL Wolfsburg znalazł sie w takiej samej sytuacji, a jednak powołanie otrzymał.

Prawdę mówiąc w interesie Brzęczka leżało zaproszenie Grosickiego na zgrupowanie, bo nie zarzucano by mu z taka gorliwością nepotyzmu (jest jak wiadomo wujkiem Błaszczykowskiego). Skoro jednak Grosickiego nie zaprosił, to znaczy wie coś, czego my nie wiedzieliśmy, albo nie chcieliśmy wiedzieć, bo tak kochaliśmy kadrę Adama Nawałki. A w jej środku bynajmniej nie było przedszkola. To mógł być pierwszy powód „odstrzelenia”. Drugi jak wieść gminna niesie wynikał z przesadnych aspiracji Grosickiego dorównania Lewandowskiemu, co siłą rzeczy powodowało w kadrze konflikty. No i wreszcie trzeci powód, czysto sportowy, jest taki, że „Grosik” ze swoim coraz bardziej archaicznym stylem gry coraz bardziej odstaje od dzisiejszych trendów, a zmieniać stylu mu się nie chce.

Najlepszym dowodem jego słabnącej pozycji na piłkarskim rynku są jego kolejne transferowe perypetie. W Hull City, podobnie jak wcześniej we francuskim Stade Rennes, wszystkich znużyły jego fochy i pozwolono mu na odejście. Ponoć miał propozycje z Panathinaikosu Ateny, a ostatnio pisano, że ma przejść do tureckiego Bursasporu. Oba kluby chciały go jednak tylko wypożyczyć, ale ostatnie medialne rewelacje sugerują, że nic z transferu do Turcji nie wyszło, bo chociaż szefowie Hull City zgodzili się na 300 tys. euro za rok wypożyczenia, to piłkarz nie przystał na oferowaną przez Bursaspor płacę. Zostanie więc w Hull City, gdzie też już go nie lubią? Z tym klubem ma kontrakt do 2020 roku.

 

Brzęczek odkrył karty

Faktyczna wymiana selekcjonerów reprezentacji następuje de facto wraz z ogłoszeniem przez następcę składu kadry. W miniony poniedziałek Jerzy Brzęczek podał nazwiska 27 piłkarzy, których powołał na wrześniowe mecze z Włochami i Irlandią. 23 z nich jest do grania, natomiast czterech to czysta fanaberia sukcesora Adama Nawałki.

 

Jeśli chodzi o powołania do zasadniczego 23-osobowego składu kadry, w zasadzie trudno Brzęczka za jego wybory krytykować. Chcąc nie chcąc musiał przecież sięgnąć po dawnych „żołnierzy” Nawałki. Jednych, jak Kamil Grosicki, Michał Pazdan czy Artur Jędrzejczyk słusznie pominął, innym, jak Mateusz Klich czy Maciej Makuszewski, przywrócił status reprezentanta. Ale żadnych wątpliwości nie budzą jedynie nominacje dla bramkarzy i napastników. Wojciech Szczęsny, Łukasz Fabiański i Łukasz Skorupski grają regularnie w swoich klubowych zespołach i zbierają dobre recenzje. Na pewno zaskoczeniem nie jest brak powołania dla Bartosza Białkowskiego, który poza tym, że w tej części sezonu akurat nie błyszczy w drugoligowym Ipswich Town, to obiektywnie w tym kwartecie jest najsłabszy. Z kolei w linii ataku obecność Roberta Lewandowskiego, Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka dla każdego sympatyka biało-czerwonych jest oczywistym wyborem. Brzęczek nie dał szansy Kamilowi Wilczkowi, który strzela w duńskiej lidze na zawołanie, pominął też zaczynającego dopiero przygodę z włoską ligą Łukasza Teodorczyka, zaś Dawida Kownackiego oddał do dyspozycji trenera młodzieżówki, ale tych sześciu graczy to w tej chwili najlepsi polscy napastnicy.

 

Defensywa mocno eksperymentalna

Największego zamętu Brzęczek narobił chyba powołaniami dla obrońców. W zasadzie to tylko obecność Kamila Glika nie budzi żadnych kontrowersji i można założyć, że od stopera AS Monaco selekcjoner zaczyna ustawienie tej formacji. Zwolnione przez Łukasza Piszczka miejsce na prawej flance linii defensywnej może zająć albo Bartosz Bereszyński, albo Tomasz Kędziora. Pominięcie odradzającego się w II-ligowym angielskim Boltonie Pawła Olkowskiego dowodzi, że na razie selekcjoner uznał wyższość wcześniej wymienionej dwójki graczy. Z kolei na lewej flance pewniakiem wydaje się wciąż Maciej Rybus, który gra regularnie w zespole mistrza Rosji i trzyma wysoką formę, ale już u Nawałki de facto nie miał dobrego dublera. Brzęczek wymyślił, że zadaniu mogą podołać grzejący obecnie ławę w Atalancie Bergamo Arkadiusz Reca lub defensor Wisły Kraków Rafała Pietrzaka. Zaprosił obu na zgrupowanie kadry w ramach kontyngentu graczy, których miał prawo powołać wedle własnego uznania. W tym gronie znalazło się trzech byłych lub aktualnych zawodników Wisły Płock, z którymi jako trener „Nafciarzy” wywalczył piąte miejsce w ekstraklasie. Oprócz Recy powołania dostali jeszcze stoper Adam Dźwigała i pomocnik Damian Szymański.

Z Recy Brzęczek w poprzednim sezonie zrobił solidnego lewego obrońcę, lecz na poziomie naszej słabiutkiej ekstraklasy. Starczyło to co prawda na transfer do Atalanty za 4 mln euro, ale we włoskim zespole Reca nie gra i z tego względu jego powołanie jest nadużyciem. Podobnie jak powołanie Rafała Pietrzaka z Wisły Kraków. Ten lewy obrońca wciąż popełnia mnóstwo błędów, ale był kiedyś podopiecznym Brzęczka, gdy ten prowadził GKS Katowice.

Najwięcej problemów selekcjoner będzie miał z wyborem partnera na środku obrony dla Glika. Zaprosił na zgrupowanie wspomnianego Dżwigałę oraz Marcina Kamińskiego i Jana Bednarka. Pierwszy z tego tercetu gra regularnie w zespole Wisły Płock, ale spisuje się przeciętnie, czego dowodem jest 10 straconych bramek przez „Nafciarzy” w sześciu meczach. Z kolei Bednarek w tym sezonie stracił miejsce w jedenastce Southampton, zaś Kamiński dopiero niedawno przeszedł z VfB Stuttgart do Fortuny Duesseldorf. Obaj mają zero minut spędzonych na boisku i nie bardzo wiadomo, dlaczego Brzęczek ich powoła. To już większy sens miałoby zaproszenie dla Michała Pazdana, bo ten piłkarz nawet w słabej formie przy Gliku potrafił zagrać przyzwoicie.

 

Jest Błaszczykowski, a gdzie Grosicki?

W linii środkowej z dawnych pewniaków Nawałki powołania nie doczekał się jedynie Kamil Grosicki. Z jednej strony decyzja była zasadna, bo w tym sezonie nie gra w Hull City, ale z drugiej strony Jakub Błaszczykowski jest w podobnej sytuacji, a powołanie otrzymał. Nie ma jednak powodu by mieć do Brzęczka pretensje o nepotyzm, choć wiadomo że jest wujkiem Błaszczykowskiego, bo temu piłkarzowi należy się godna rekompensata za poniżenie jakiego doświadczył od Nawałki na mundialu, zwłaszcza w ostatnim meczu z Japonią. Nie zmienia to jednak faktu, że w środkowej linii tylko odradzający się w Lokomotiwie Moskwa Grzegorz Krychowiak i prezentujący rewelacyjną formę w Napoli Piotr Zieliński nie przyjadą na zgrupowanie na kredyt.

Reszta, w tym zbierający dobre recenzje w II-ligowym Leeds United Mateusz Klich, nie gwarantuje wysokiej jakości i każde zestawienie tej formacji będzie ryzykownym eksperymentem. Na głębsze wnioski będziemy mogli sobie jednak pozwolić dopiero po meczu z Włochami. W pierwszym spotkaniu w Lidze Narodów Brzęczek na pewno wystawi najlepszy w jego mniemaniu skład biało-czerwonych, ale dopiero po tym jak zespół zagra przekonamy się, jakim trenerem jest nowy selekcjoner.

 

 

Kadra Polski Włochy i Irlandię

 

Bramkarze:

Łukasz Fabiański (West Ham United), Łukasz Skorupski (FC Bologna), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn).

 

Obrońcy:

Kamil Glik (AS Monaco), Maciej Rybus (Lokomotiw Moskwa), Jan Bednarek (Southampton), Bartosz Bereszyński (Sampdoria Genua), Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf), Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), Adam Dźwigała (Wisła Płock), Rafał Pietrzak (Wisła Kraków), Arkadiusz Reca (Atalanta Bergamo).

 

Pomocnicy:

Grzegorz Krychowiak (Lokomotiwe Moskwa, Rosja), Piotr Zieliński (SSC Napoli), Jakub Błaszczykowski (VfL Wolfsburg), Przemysław Frankowski (Jagiellonia Białystok), Jacek Góralski (Łudogorec Razgrad, Bułgaria)), Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb, Chorwacja), Rafał Kurzawa (Amiens, Francja), Karol Linetty (Sampdoria Genua, Włochy), Maciej Makuszewski (Lech Poznań), Taras Romanczuk (Jagiellonia Białystok), Damian Szymański (Wisła Płock), Mateusz Klich (Leeds United, Anglia).

 

Napastnicy:

Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Arkadiusz Milik (SSC Napoli), Krzysztof Piątek (Genova, Włochy).

Kontrowersje: Legia niszczy „Jędzę”

Artur Jędrzejczyk po raz kolejny nie znalazł się w kadrze Legii zgłoszonej do gry w europejskich pucharach. Władze stołecznego klubu chcą w ten sposób zmusić piłkarza do odejścia, bo zarabia 800 tys. euro rocznie.

 

Jędrzejczyk, noszący boiskowy przydomek „Jędza”, ma najwyższą pensję w drużynie, ale na boisku od ponad roku prezentuje słabą formę. Mimo to Adam Nawałka włączył go do kadry na mundial w Rosji, ale w warszawskim klubie opinii o tym piłkarzu to nie zmieniło. Jędrzejczyk tym się jednak nie przejmuje i nie zamierza odchodzić, za co jest co rusz karany odsunięciem od kadry pierwszego zespołu, jak ma to miejsce teraz, przed meczami III rundy eliminacji Ligi Europy z luksemburskim Dudelange. Legia wypłaca mu jednak gwarantowane w kontrakcie wynagrodzenie. Sytuacje jest cokolwiek idiotyczna, a niezadowolenia z odsunięcia Jędrzejczyka tej sytuacji nie ukrywał także tymczasowy trener Legii Aleksandar Vuković, któremu „Jędza” akurat jest potrzebny.

 

Kadra Polski już bez Piszczka

Łukasz Piszczek ogłosił, że definitywnie rezygnuje z gry w reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 3 lutego 2007 roku w wygranym 4:0 towarzyskim meczu z Estonią, po raz ostatni wystąpił w przegranym na mundialu w Rosji 0:3 spotkaniu z Kolumbią.

 

Piszczek był jednym z kluczowych zawodników naszej kadry przez jedenaście lat. W sumie w biało-czerwonych barwach wystąpił w 65 meczach i zdobył trzy bramki, zagrał też w czterech wielkich piłkarskich turniejach – Euro 2008, Euro 2012, Euro 2016 i mistrzostwach świata 2018 w Rosji. O swojej rezygnacji poinformował za pośrednictwem Facebooka.

„W życiu czasami trzeba podejmować ciężkie, ale racjonalne decyzje. Po długich przemyśleniach ja taką podjąłem. Moja przygoda z reprezentacją dobiegła końca. 11 lat zawsze z dumą reprezentowałem Polskę w seniorskiej reprezentacji. Był to wyjątkowy czas. Będę go zawsze bardzo miło wspominał. Dziękuję przede wszystkim Kibicom za wsparcie, Trenerom: Leo Beenhakkerowi, Franciszkowi Smudzie, Waldemarowi Fornalikowi i Adamowi Nawałce dziękuję za zaufanie. Zawsze starałem się nauczyć od nich jak najwięcej, czerpać z ich doświadczenia i wiedzy. Dziękuję wszystkim osobom związanym z każdym sztabem szkoleniowym i moim kolegom z boiska, z którymi wspólnie miałem zaszczyt reprezentować Polskę w tych 65 meczach z orłem na piersi. Zostawię w swojej pamięci mecze, w których swoją grą dawaliśmy wszystkim Kibicom wiele radości. Trenerowi Jerzemu Brzęczkowi i naszej reprezentacji życzę przede wszystkim dużo sukcesów” – napisał w swoim poście Piszczek (pisownia oryginalna).

Jego decyzja nie jest wielkim zaskoczeniem, bo zapowiadał rezygnacji jeszcze przed mundialem w Rosji. Co prawda Jerzy Brzęczek po przejęciu reprezentacji w wywiadach zapewniał, że żaden z piłkarzy kadry Adama Nawałki nie zamierza rezygnować z gry w narodowej drużynie, także Piszczek, tyle że on potrzebuje trochę więcej czasu na odreagowanie nieudanego występu w mistrzostwach świata.

Piłkarz Borussii Dortmund w opublikowanym na łamach portalu SportoweFakty.pl wywiadzie stanowczo jednak tej opinii nowego selekcjonera zaprzeczył i zapewnił, że jego decyzja jest ostateczna i nie przewiduje w przyszłości powrotu do reprezentacji nawet w trybie alarmowym. „W każdej kadrze po mundialu ktoś decyduje się o zakończeniu kariery. Mesut Oezil, Andres Iniesta, z różnych powodów. W dzisiejszej piłce to powszechne. Mam 33 lata, na Euro za dwa lata na pewno nie dam rady zagrać. Teraz są eliminacje i musi stworzyć się nowa drużyna, więc nie ma sensu, by miejsce w niej zajmował ktoś, kto na turniej na pewno nie pojedzie. Robię miejsce innym” – powiedział Piszczek.

Piłkarz ma jeszcze do wypełnienia dwa lata kontraktu z Borussią Dortmund. W tym klubie zamierza też zakończyć karierę.