Ku pamięci i przestrodze – część II

Rozmowy rozpoczęły się 6 stycznia 1932 spotkaniem Adolfa Hitlera z ministrem Spraw Wewnętrznych – gen. Wilhelmem Groenerem i były kontynuowane 7 stycznia przez kanclerza i gen. Schleichera, kolejna ich tura odbyła się 10 stycznia, ale wobec braku perspektyw porozumienia, wybory stały się nieuniknione. Nazistów po cichu wspierał wielki kapitał, co dokumentują kolejne wpisy w prowadzonych na bieżąco pamiętnikach Josepha Goebbelsa: 05.01.32 Na każdym kroku brak pieniędzy. Bardzo trudno je zdobyć. Nikt nie chce nam udzielić kredytu. 27 stycznia 1932 roku odbyło się spotkanie Hitlera z członkami Klubu Przemysłowców zorganizowane w Park Hotelu w Düsseldorfie przez Fritza Thyssena. Oto kolejny wpis w pamiętnikach Goebbelsa dokonany pod datą 8 lutego 1932 roku: Sprawy finansowe poprawiają się z dnia na dzień. Właściwie mamy już zapewnione fundusze na kampanię wyborczą. Jeszcze więcej światła na kluczową rolę wielkiego kapitału w dojściu Hitlera do władzy, rzucają zeznania Walthera Funka złożone w trakcie procesu w Norymberdze: … ja i moi przyjaciele przemysłowcy byliśmy wówczas przekonani, że NSDAP już w bliskiej przyszłości dojdzie do władzy I że TAK POWINNO SIĘ STAĆ! Nic dodać, nic ująć…

W pierwszej rundzie wyborów Paul von Hindenburg uzyskał 18 661 736 głosów i od zwycięstwa dzieliło go niecałe 0,4 proc. (mniej niż 200 tysięcy głosów!), ale Hitlera poparło 11 500 000 wyborców! Druga tura nie przyniosła co prawda niespodzianki: na urzędującego prezydenta zagłosowało 19 250 000 Niemców, za to jego konkurent zebrał aż 13 417 460 głosów! Przy okazji światło dzienne ujrzały wysoce niewygodne dla nazistów fakty. Już w listopadzie 1931 roku rząd Hesji uzyskał dokumenty wiele mówiące o tym, co naziści planują zrobić po dojściu do władzy. Na hipotetyczny przypadek „rewolucji komunistycznej” przygotowany został projekt proklamacji jaką miały ogłosić S.A., oraz projekty ustaw specjalnych, dla tymczasowego rządu NSDAP. Proponowano między innymi ZLIKWIDOWANIE przeciwników władzy nazistów (i niechętnych do współpracy z nią!), oraz posiadaczy broni. Planowano zniesienie własności prywatnej oraz wszystkich prywatnych dochodów, S.A. miała zarządzać majątkiem państwowym i prywatnym wszystkich obywateli, praca miała być przymusowa i bezpłatna, a ludzie otrzymywaliby wyżywienie na podstawie kartek żywnościowych. Działać miały sądy wojenne pod przewodnictwem nazistów. O dziwo, rząd Niemiec (pomimo nalegań krajowego rządu Prus) nie podjął żadnych (!) kroków przeciwko nazistom – co więcej, ustami ministra Spraw Wewnętrznych, generała Groenera, wyraził pełną wiarę w wolę przestrzegania przez nich praworządności! Dopiero otoczenie Berlina w dniu przeprowadzenia I tury wyborów prezydenckich przez bojówki SS i SA oraz znalezienie w czasie rewizji dokonanej przez policję w berlińskiej głównej kwaterze nazistów, rozkazów i map operacyjnych potwierdzających, że S.A. gotowa była do zamachu stanu na wypadek gdyby Adolf Hitler wygrał wybory, spowodowała dość umiarkowaną i niemrawą reakcję rządu. W dniu II tury wyborów (14 kwietnia1932 roku) wydano dekret rozwiązujący SS i SA oraz wszystkie ich przybudówki.

Trzeba zdać sobie sprawę, że NSDAP na pewno nie była partią polityczną w ogólnie przyjętym, demokratycznym znaczeniu tego słowa, a raczej zorganizowaną konspiracją przeciwko państwu, której chodziło wyłącznie o zdobycie – obojętnie jakimi metodami – władzy! Istnienie podobnej organizacji w sposób oczywisty zagrażało bezpieczeństwu Republiki i żadne państwo nie zgodziłoby się (czyżby?!)na tolerowanie podobnego zagrożenia. Dlaczego zatem rząd niemiecki nic nie zrobił by rozbić NSDAP i aresztować jej przywódców, tym bardziej, że wniosek taki wraz z prawnym uzasadnieniem, władze policyjne złożyły prokuratorowi generalnemu Rzeszy jeszcze przed sukcesem nazistów we wrześniowych wyborach? Rolę grało zapewne kilka czynników: niechęć kolejnych rządów do pogłębiania i tak piętrzących się trudności rozprawą z nazistami, działanie przez nich na pograniczu prawa co w pewnym stopniu wiązało władzom ręce, oraz niechęć prezydenta do użycia siły przeciwko nazistom, warunkującym takie działania… „symetrycznym” objęciem nimi także komunistów! Co prawda powodów po temu nie było, ale wiadomo nie od dzisiaj, że jak wyznaczy się winnego to i stosowny paragraf się znajdzie…

Pamiętać także wypada, że obóz władzy tworzyli ludzie, którym wojujący nacjonalizm i głoszone przez nazistów hasła rozprawy z lewicą i demokratycznymi formami rządzenia, antysemityzmu, odbudowy armii i odrzucenia postanowień Traktatu Wersalskiego, nie były bynajmniej niemiłe… Tak oto wbrew wszelkim faktom, nie porzucono myśli o wprowadzeniu nazistów do rządu „tylnymi drzwiami”. Pierwszym krokiem było zmuszenie do dymisji ministra spraw wewnętrznych, generała Groenera. Kolejną przeszkodą w realizacji tych planów był kanclerz Heinrich Bruning. Nie miał on mocnej pozycji, gdyż walcząc z kryzysem naraził się (bo musiał!) wszystkim i wysadzenie go z siodła było czystą formalnością. Pragmatycznie odczekano aż Reichstag zatwierdzi ustawę budżetową, i 30 maja 1932 roku, na żądanie prezydenta, kanclerz podał się do dymisji.

 

Część II – Na równi pochyłej

Na funkcję nowego kanclerza, generał Kurt von Schleicher zaproponował kandydaturę Franza von Papena argumentując, że taki rząd nie tylko ucieszy przyjaciół prezydenta z prawicy, ale będzie też miał poparcie nazistów i armii.

Kim był nowy kandydat na kanclerza? Lapidarnie rzecz ujmując, na scenie pojawił się pochodzący z katolickiej rodziny, 53 letni arystokrata z Westfalii, o rozległych znajomościach i koneksjach w tzw. „wielkim świecie”, i równie wielkich politycznych ambicjach, których jednakowoż przez przeszło pół wieku jego życia, nikt się nawet nie domyślał ani – co oczywiste – nie traktował poważnie. Wysuwając tą zupełnie nieprawdopodobną kandydaturę politycznego „człowieka znikąd”, generał Schleicher zakładał zapewne, że jego nominat będzie bezwolną marionetką, w czym się kompletnie przeliczył. Na razie generał snuł swoją intrygę, ofiarowując Hitlerowi w zamian za poparcie nowego gabinetu głowę Bruninga, cofnięcie delegalizacji SS i SA oraz nowe wybory.
Oczywiście za taką cenę, Hitler gotów był przyrzec wszystkim wszystko… Tymczasem mrzonki stworzenia wokół nowego gabinetu większości parlamentarnej prysły jak bańka mydlana. O ile Bruning przynajmniej próbował opierać swój rząd (z różnym co prawda skutkiem) na parlamencie, o tyle jego następca nigdy nie ukrywał, że zamierza rządzić WYŁĄCZNIE w oparciu o prezydenckie dekrety! Nowy rząd tworzyli w znakomitej większości (7 z 10) arystokraci o skrajnie prawicowych poglądach, których w socjaldemokratycznej gazecie „Vorwarts” niezwykle trafnie określono mianem: „…małej kliki feudalnych monarchistów, którzy doszli do władzy kuchennymi schodami…”. Taki gabinet z definicji musieli odrzucić socjaldemokraci i komuniści, katolickie Centrum ekskomunikowało go za sposób w jaki usunięto Bruninga (działacza tej partii), tolerowali go tylko (w oczekiwaniu na wybory!) naziści.

Zadowolony z nowego kanclerza był za to prezydent, który zyskał w tym światowcu i arystokracie, znakomitego kompana, toteż wkrótce obu panów połączyła silna nić sympatii. Czy ów swoisty „stan tymczasowy” miał szanse przekształcić się w jakąś bardziej trwałą koalicję? Byłoby dziwne, gdyby obie strony nie rozważały takiej możliwości. Dla nazistów mogła to być jedyna droga do legalnego przejęcia rządów, dla obozu władzy, jedyna forma zapewnienia sobie poparcia w parlamencie. Sprawą otwartą pozostawała dla obu stron CENA takiego kompromisu. Tymczasem do wyznaczonych na 31 lipca 1932 wyborów do Reichstagu obie strony nie mogąc zmierzyć sił swoich i przeciwnika trwały w stanie swoistego klinczu. 04 czerwca nowy kanclerz rozwiązał Reichstag i zapowiedział cofnięcie delegalizacji SA i SS, co przywódca niemieckich komunistów nazwał jawnym nawoływaniem do morderstwa. Miał rację, zaraz po tym, przemoc i mord na niebywałą dotąd skalę zagościły w niemieckich miastach. Policyjne statystyki odnotowały w okresie 01 czerwca – 20 lipca 1932 461 rozruchów o podłożu politycznym, w których straciło życie 82 osoby a 400 odniosło rany. Największe nasilenie zbrodni odnotowano w niedzielę 10 lipca kiedy zginęło 18 osób. Jak na ironię tydzień później – 17 lipca – naziści (pod osłoną policji) zorganizowali przemarsz przez robotnicze dzielnice Altony. W strzelaninie zabito 18 osób, rannych zostało 285. Zamieszki wykorzystał von Papen, który opierając się na nadzwyczajnych uprawnieniach głowy państwa, 20 czerwca odsunął od władzy konstytucyjnie wybrany rząd Prus, wprowadzając zarząd komisaryczny z… von Papenem w roli komisarza! Złamało tym kręgosłup Republice, której demokratyczne partie nigdy już nie zdobyły się na nic więcej, ponad werbalne protesty i ostatecznie zdyskredytowało demokratyczne i konstytucyjne formy rządów, wskazując społeczeństwu, że zmian swego położenia może oczekiwać wyłącznie od formacji skrajnych. Związki zawodowe i socjaldemokraci zareagowali na ten oczywisty zamach stanu zapowiedzią strajku generalnego ale… w efekcie nie zrobiły nic. Była to bezcenna lekcja na jaki „opór” może liczyć Hitler w przypadku dojścia do władzy – dodajmy dobrze przez niego zapamiętana.

W tym kontekście zrozumiałe stają się rezultaty, przeprowadzonego 30 lipca głosowania. Naziści uzyskali w nim 13 745 000 głosów co przełożyło się na 230 mandatów i uczyniło ich największą partią w Reichstagu. Oczywiście taki sukces nie byłby możliwy, gdyby propaganda Hitlera nie trafiała w nastroje większości Niemców. Ciekawa jest analiza elektoratu, który poparł nazistów. Głosowała na nich lwia część nowych wyborców, większość popierających w poprzednich wyborach tradycyjne partie klasy średniej (Ludowa, Demokratyczna), które uzyskały poparcie tylko 954 700 wyborców ( wobec 5 582 500 głosów jakie padły na nie w 1928 roku ) i część żelaznego elektoratu nacjonalistów, tracących na rzecz nazistów 1,5 mln głosów! Nazistów poparli także ludzie tradycyjnie nie biorący dotychczas udziału w wyborach. Pozornie ogłuszający sukces, a przecież w tej beczce miodu kryła się całkiem pokaźna łyżka dziegciu!

Niezwykle trafną ocenę wydarzeń przedstawił w depeszy do swojego rządu, brytyjski ambasador w Niemczech: Zdaje się, że Hitler wyczerpał swoje rezerwy. Połknął małe mieszczańskie partie klasy średniej i prawicy, ale nic nie wskazuje na to, że zdoła zrobić wyłom w Centrum i partiach komunistycznej i socjaldemokratycznej. Wszystkie inne partie są oczywiście zadowolone, że Hitler nie zdobył przy tej okazji większości zwłaszcza, że ich zdaniem doszedł do szczytu powodzenia. Trudno się było z tym nie zgodzić, tyle że 13,5 mln głosów, licząca milion członków partia i 400-tysięczna prywatna armia stanowiły bardzo ważkie argumenty w czekających nazistów rozmowach z obozem rządowym. Hitler natychmiast dał temu wyraz na spotkaniu z gen. von Schleicherem, jakie odbyło się 5 sierpnia 1932 w Fürstenbergu, żądając dla siebie stanowiska kanclerza, stanowisk premiera rządu w Prusach i ministra spraw wewnętrznych Rzeszy oraz Ministerstwa Oświaty Powszechnej i Propagandy dla Goebbelsa. Ponadto żądał wniesienia do Reichstagu projektu ustawy, pozwalającej mu na przejęcie pełni władzy i rządzenia na mocy dekretów. Naziści dali też przedsmak tego, jak będą wyglądały ich ewentualne rządy.

W ciągu pierwszych dziewięciu dni sierpnia, uliczne strzelaniny i zabójstwa stały się codziennością, a miejsce szczególne w owej orgii przemocy, przyznać trzeba mordowi jaki miał miejsce we wsi Potempa na Śląsku, gdzie 5 nazistów pobiło i skopało na śmierć komunistę Piecucha, na oczach jego matki. Tego było za wiele nawet dla zwolenników flirtu z nazistami. Tego samego dnia rząd von Papena wydał dekret wprowadzający karę śmierci za udział w starciach zakończonych zabójstwem, co naturalnie natychmiast spotkało się z oburzeniem nazistów.

Fala brutalnej przemocy spowodowała także zmianę nastrojów społeczeństwa – zaczęto wyrażać wątpliwości, czy nazistom można przekazać władzę. Tymczasem wszystkie opisane wydarzenia zostały przyjęte przez szefa rządu ze stoickim spokojem. Hitler nadal nie uzyskał większości pozwalającej mu samodzielnie rządzić, polityczne reperkusje gwałtów popełnianych przez nazistów poruszyły otoczenie prezydenta i armię, a brak porozumienia pomiędzy partiami w Reichstagu, nadal usprawiedliwiał istnienie gabinetu prezydenckiego. Niby dlaczego zatem, von Papen miałby rezygnować na rzecz Hitlera, tym bardziej, że cieszył się przecież wyjątkowym zaufaniem i sympatią prezydenta, który wcale nie zamierzał zamieniać układnego światowca na chamowatego ignoranta?! Ponadto kanclerz – podobnie jak większość obserwatorów – uważał, że naziści szczyt powodzenia mają już za sobą i teraz stopniowo będą tracić popularność. Znalazło to wyraz w propozycjach jakie na spotkaniu 13 sierpnia generał von Schleicher i von Papen złożyli Hitlerowi. Mowa była już tylko o stanowisku wicekanclerza dla przywódcy nazistów i tece ministra spraw wewnętrznych Prus dla jednego z jego zastępców. Wywołało to paroksyzm wściekłości Hitlera, który uraczył rozmówców wrzaskiem o wyrżnięciu marksistów i żądaniu absolutnej władzy dla siebie! Nie zrobiło to na adwersarzach żadnego wrażenia i rozmowa skończyła się na niczym. Czarę goryczy przepełniła Hitlerowi rozmowa z prezydentem, który jasno stwierdził, że nie może podjąć ryzyka przekazania władzy, partii warcholskiej i skłonnej do gwałtu, nie dysponującej przy tym większością.

W sierpniu i wrześniu podtrzymywano jeszcze sporadyczne kontakty z rządem, ale nic one nie wniosły, podobnie jak rozmowy z Centrum o ewentualnej koalicji. Co prawda połączonymi głosami nazistów, Centrum i nacjonalistów wybrano Hermanna Göringa Przewodniczącym Reichstagu, ale próba odwołania rządu von Papena podjęta na pierwszym po wyborach posiedzeniu parlamentu zakończyła się rozwiązaniem Reichstagu i naziści stanęli w obliczu piątej (!) kampanii wyborczej w ciągu roku! Dla wszystkich było jasne, że z każdej kolejnej kampanii NSDAP będzie wychodziło coraz słabsze. Oto co pisał w swoich pamiętnikach Joseph Goebbels: Diabelnie trudno o pieniądze. Cała elita finansów i mózgów stoi po stronie rządu…

Przyczyny takiego stanu rzeczy upatrywać można zarówno w dyskretnym nacisku von Papena na koła finansowo-przemysłowe, jak i w aroganckim żądaniu przez Hitlera pełni władzy. Jak należało przewidzieć, społeczeństwo przyjęło kolejne wybory w nastroju ogólnej apatii, wobec której nawet szaleńcza propaganda nazistów okazała się bezsilna. Po raz pierwszy zanotowali oni spadek poparcia o 2 mln głosów, co przełożyło się na 196 mandatów. Co prawda byli nadal najliczniejszą partią Reichstagu, ale rezultaty konkurencji dawały Hitlerowi powody do obaw. Po raz pierwszy od 1924 roku, nacjonaliści notujący dotychczas same spadki, nagle uzyskali 52 mandaty w porównaniu do 37 uzyskanych w poprzednich wyborach, a komuniści na których zagłosowało 6 milionów obywateli, mieli już 100 mandatów!

Doskonale rozumiał to kanclerz, który zamierzał – w przypadku nie dojścia do porozumienia z Hitlerem na SWOICH warunkach – ogłaszać kolejne wybory aż do skutku. Nie sposób niczego zarzucić logice tego rozumowania, tyle że… cios padł z własnego obozu! Generał von Schleicher z rosnącą irytacją obserwował postępującą emancypację von Papena, który bynajmniej nie zamierzał grać wyznaczonej mu przez generała roli marionetki. Niepokój wzbudzał zwłaszcza ścisły kontakt kanclerza z prezydentem oraz jego determinacja, by nie dopuścić Hitlera do władzy. W swych planach poszedł tak daleko, że zaczął coś wspominać o rządach dyktatorskich i zdławieniu siłą ewentualnego puczu nazistów. Tak oto kanclerz, stał się dla von Schleichera główną przeszkodą w realizacji jego polityki ugody z NSDAP.

 

Los dopełniony

Generał zaczął dostrzegać w polityce kanclerza, zmierzającej do rzucenia nazistów na kolana… przeszkody w „konsolidacji sił narodowych”! Przekonał do swoich racji resztę gabinetu, co doprowadziło 17 listopada do rezygnacji szefa rządu, który wszelako specjalnie się tym nie przejął. Na podstawie własnych doświadczeń był całkowicie pewien, że rozmowy z Hitlerem do niczego nie doprowadzą, podobnie jak z pozostałymi partyjnymi liderami. Wszystko zatem wróci do punktu wyjścia, co zapewni mu triumfalny powrót na fotel kanclerza. Te rachuby były tym bardziej uzasadnione, że stary prezydent był coraz bardziej zniesmaczony gierkami von Schleichera. Gdyby kolejny kanclerz miał rządzić w oparciu o prezydenckie dekrety, to dlaczego niby należało zmieniać dotychczasowego?

Dalszy bieg wypadków potwierdził przewidywania von Papena. Hitler usłyszał od prezydenta, że ten przekaże mu władzę, pod warunkiem wszakże zapewnienia sobie przez niego większości w parlamencie, co było całkowicie nierealne. Cukierek władzy pozornie tak bliski, nadal pozostawał dla nazistów za szybą… W ten oto sposób, po spektakularnej klapie wszelkich rozmów, 1 grudnia 1932 roku von Schleicher i von Papen udali się do prezydenta, każdy z własną propozycją rozwiązania kryzysu. Kanclerz – w przypadku pozostania na czele rządu – proponował rządzenie w oparciu o prezydenckie dekrety. Sesję parlamentu zamierzał odraczać w nieskończoność, ogłosić stan wyjątkowy i przygotować reformę konstytucji oraz nową pragmatykę wyborczą. Wszelką opozycję zamierzał zdławić siłą. Propozycją von Schleichera było objęcie przez niego stanowiska kanclerza oraz zorganizowanie wokół rządu większości parlamentarnej opartej na „migrantach” z NSDAP pod wodzą Gregora Strassera, stronnictwach drobnomieszczańskich i socjaldemokratach z poparciem związków zawodowych! Ten swoisty szczyt obłudy ostatecznie pogrążył generała w oczach prezydenta, który ponownie zlecił misję tworzenia rządu von Papenowi. Ale von Schleicher nie dał za wygraną i na pierwszym posiedzeniu nowego gabinetu 2 grudnia przedstawił raport, z którego wynikało, że armia nie może podjąć ryzyka wojny domowej, do której – zdaniem autorów dokumentu – niechybnie doprowadzić musi polityka von Papena.

Wobec takich argumentów skapitulował nawet prezydent, nie czując się na siłach u kresu życia stawiać czoła wojnie domowej. Misję tworzenia rządu otrzymał więc von Schleicher, ale było to pyrrusowe zwycięstwo. Oto wreszcie został zmuszony do wystąpienia z otwartą przyłbicą i przyjęcia odpowiedzialności za skutki swojej polityki. Należy dodać, że nastąpiło to w momencie, gdy stracił całkowicie zaufanie prezydenta, który nie wybaczył mu nigdy sposobu, w jaki utrącił kandydaturę von Papena. Nowy kanclerz rozpoczął urzędowanie od zaproszenia na rozmowę zastępcy Adolfa Hitlera, i przywódcy lewego skrzydła NSDAP – Gregora Strassera. Zaproponował, by wobec odmowy Hitlera, to on objął stanowisko wicekanclerza i premiera rządu Prus. Propozycja na pewno warta była rozważenia, zwłaszcza, że w kolejnych wyborach lokalnych w Turyngii naziści w porównaniu z lipcowymi wyborami utracili 40 proc. głosów!

Strasser uważał, że należy za wszelką cenę uniknąć kolejnych wyborów mogących doprowadzić partię do katastrofy i takie stanowisko zaprezentował na naradzie przywódców NSDAP w dniu 5 grudnia. Po burzliwej rozmowie, w której Hitler zarzucił mu nielojalność i zakulisowe machinacje, uniósł się honorem, zrezygnował z wszystkich funkcji partyjnych, po czym… wrócił do Monachium i wyjechał z rodziną na urlop do Włoch! Trochę mi to przypomina działania pewnego kandydata na prezydenta naszego kraju, który po obrażeniu się na rzeczywistość, szukał ukojenia w ostępach Puszczy Białowieskiej… Jak by tam nie było, Gregor Strasser wystawił do wiatru zarówno swoich, wcale licznych zwolenników, jak i generała von Schleichera, który na sojuszu z nim stroił iście napoleońskie plany. Tak oto w obozie nazistów na placu boju pozostał tylko Hitler, a nowy kanclerz pozbawiony został wszelkich szans na realizację swoich planów, choć jak się wydaje do samego końca nie zdawał sobie z tego sprawy!

O tym jak bardzo oderwany był od rzeczywistości niech świadczy jego ocena sytuacji, zawarta w notatce z rozmowy, jaką odbył z nim przebywający z wizytą w Berlinie, ówczesny Minister Sprawiedliwości Austrii – Kurt von Schuschnigg: …generał von Schleicher z wielkim optymizmem zapatruje się na stan spraw w Niemczech i mówił o nich z wielką pogodą (…) pan Hitler nie przedstawia problemu, jego ruch nie jest już politycznie niebezpieczny, całe to zagadnienie zostało załatwione, należy do przeszłości…

Był 15 stycznia 1933 roku… Tymczasem nastroje w obozie nazistów na przełomie 1932/33 roku dalekie były od euforii. Za ich kwintesencję uznać można taki oto pochodzący z tego okresu, wpis w pamiętnikach Josepha Goebbelsa: …ten rok był dla nas zdecydowanie zły (…) Przeszłość była ponura, a przyszłość wygląda posępnie i niejasno (…) straciliśmy wszystkie szanse, a nasze nadzieje rozwiały się. Jeszcze bardziej konkretną ocenę sytuacji znajdujemy tamże, pod datą 11 listopada 1932 roku: …Nic, tylko same długi i zobowiązania przy całkowitej niemożności zdobycia jakiejś rozsądnej kwoty na ich pokrycie…

 

(Dokończenie w kolejnym wydaniu weekendowym)

Ku pamięci i przestrodze

W tym roku mija właśnie 85 lat, od jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w historii ludzkości: w Niemczech doszedł do władzy niejaki Adolf Hitler. Wydaje się niepojęte, w jaki sposób u steru nawy państwowej dużego europejskiego państwa znalazły się siły jawnie nawołujące do fizycznej rozprawy z przeciwnikami politycznymi, podnoszące przemoc i mord do rangi sankcjonowanego przez prawo elementu prowadzenia dysputy publicznej. Dodajmy: przy braku reakcji, jeżeli nie przy milczącej akceptacji, takiego stanu rzeczy przez resztę tzw. „cywilizowanego świata”. Jak zatem do tego doszło?

 

Prolog

By zrozumieć ówczesne wydarzenia wypadnie nam się cofnąć w czasie do 1918 roku.
W Europie szalała wojna nazwana przez potomnych Wielką Wojną. Niemieckie armie nadal stały głęboko na terytorium przeciwnika a początek roku, przyniósł bodajże najbardziej efektowne sukcesy Państw Centralnych, w toczących się od czterech lat zmaganiach. Po klęsce Rumunii i wypadnięciu z wojny Rosji podpisano traktaty pokojowe w Brześciu Litewskim i Bukareszcie gruntujące wpływy Niemiec w Europie Wschodniej.
Zakończenie wojny na dwa fronty zaowocowało rozpoczętą 21 marca 1918 roku największą w tej wojnie niemiecką ofensywą. Generał Erich Ludendorff, serią uderzeń odepchnął wojska Ententy i od Paryża dzieliło go tylko nieco ponad 70 kilometrów. Wydawać by się mogło, że Niemcy mają zwycięstwo w ręku i takimi informacjami karmiono tam społeczeństwo. Faktyczny stan rzeczy, jakim było wyczerpanie możliwości dalszego prowadzenia działań wojennych, skrzętnie ukrywano przed opinią publiczną, toteż informacja, że rząd poprosił o podanie mu przez Aliantów warunków zawieszenia broni była dla Niemców szokiem! W Berlinie wybuchła rewolucja, kajzer abdykował, a na czele nowego rządu stanęły demokratyczne partie Reichstagu pod kierownictwem socjaldemokratów. 9 listopada z balkonu Reichstagu proklamowano Republikę, czym udało się nieco uspokoić nastroje tłumów.
Naczelne Dowództwo z Ludendorffem na czele, które wymusiło na rządzie decyzję o kapitulacji, nie tylko post factum zrzuciło nań za to całą odpowiedzialność, ale i odcięło się od wynikających z tego konsekwencji. Tak oto wyhodowano mit o niezwyciężonej armii, której to zdradziecki rząd „wbił nóż w plecy” i – jak pokazał dalszy bieg wydarzeń – „ciemny lud to kupił”! Prawica ukuła slogan mówiący, że lojalność wobec Ojczyzny wymaga nielojalności wobec Republiki. Taka propaganda trafiała w nastroje znacznej części Niemców tym bardziej, że rzeczywistość rysowała się w czarnych barwach. Próbowano obalić Republikę w drodze zamachu, do którego doszło 13 marca 1920 roku z użyciem wojsk garnizonu berlińskiego – co ciekawe armia odmówiła wystąpienia po stronie prawowitego rządu przeciw zamachowcom! Ostatecznie ponieśli oni klęskę tylko dzięki proklamowanemu przez SPD i związki zawodowe strajkowi generalnemu.

 

Część I – Czarne chmury

Narastające lawinowo kłopoty gospodarcze skłoniły rząd niemiecki do zwrócenia się do Aliantów o moratorium w spłacie odszkodowań, a po fiasku rokowań, do zaprzestania płatności kolejnych rat. Reakcja zwycięzców była bardzo zdecydowana. Wojska francuskie zajęły będące sercem niemieckiej gospodarki Zagłębie Ruhry. Zadało to śmiertelny cios niemieckiej marce. Najlepiej ilustrować to spadkiem jej wartości: w 1918 roku 1 dolar był wart 4 marki, latem 1921 roku stosunek ów wynosił 1:75, rok później 1:400, początek roku 1923 było to już 1: 7000, a po zajęciu Zagłębia Ruhry zaczęła się prawdziwa „jazda bez trzymanki”: 1 lipca – 1:160000, 1 sierpnia 1923 r. było jeden do miliona, by 1 listopada osiągnąć jeden do… 130 miliardów!
Gospodarczemu tornado towarzyszyła dekompozycja sceny politycznej. Codziennością stały się morderstwa polityczne: 26 sierpnia 1921 roku zamordowano Matthiasa Erzbergera, który kierował delegacją niemiecką w czasie rozmów pokojowych z Ententą, 24 czerwca 1922 roku zastrzelono na ulicy ministra spraw zagranicznych Walthera Rathenau’a… Jak obliczono prawicowa ekstrema ponosi odpowiedzialność za 354 zamachy polityczne dokonane w latach 1918 – 1922.
W takiej atmosferze łatwo podgrzewać nastroje tłumów. Jednym z owych zbawców ojczyzny mienił się być niejaki Adolf Hitler. Kim był ów agitator z monachijskich piwiarni? Najkrócej rzecz ujmując jego dotychczasowe życie trudno byłoby określić jako nieustające pasmo sukcesów. Nasz bohater przyszedł na świat 20 kwietnia 1889 roku w maleńkiej miejscowości Braunau nad rzeką Inn, leżącej na granicy Austrii i Bawarii, w rodzinie urzędnika. Po pięcioletniej nauce w szkole przygotowawczej, 11 letni Adolf we wrześniu 1900 roku rozpoczął naukę w gimnazjum realnym w Linzu. Z powodu kiepskich postępów w nauce był zmuszony zmienić szkołę, by ostatecznie zakończyć swoją edukację w wieku 16 lat. Z tego okresu pozostał mu worek kompleksów wobec ludzi światłych i wykształconych, który z czasem przekształcił się w nienawiść i pogardę. Owe kompleksy zostały dodatkowo ugruntowane próbą dostania się do wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych, zakończoną żałosnym fiaskiem. Pomimo trudnej niewątpliwie sytuacji materialnej nawet nie próbował znaleźć w Wiedniu jakiejkolwiek pracy, żyjąc z dorywczych zajęć, pomocy otrzymywanej od rodziny i mieszkając w przytułku dla bezdomnych. Wybuch I wojny światowej zastaje go w Monachium gdzie zostaje zmobilizowany. Przez całą wojnę służy jako goniec – po zakończeniu działań wraca do Monachium, by powiększyć tam armię zdemobilizowanych, bezrobotnych mężczyzn. Po próbie rewolucji komunistycznej, denuncjuje przed wojskową komisją śledczą zwolenników przewrotu, zapewne w nagrodę dostaje pracę w Biurze Prasowo–Informacyjnym Departamentu Politycznego Dowództwa VII Okręgu ( Monachium ), gdzie po skończeniu kursu dla wojskowych instruktorów politycznych, znajduje zatrudnienie jako wychowawca polityczny (Bildungsoffizier) z zadaniem „leczenia” ludzi z idei socjalistycznych, demokratycznych i pacyfizmu. Był to dla niego istotny krok naprzód, gdyż pozwolił mu uwierzyć we własne zdolności polityczne. Pewnie nadal dorabiał sobie jeszcze wówczas także jako konfident (jak wiemy, niejedna piękna kariera tak się zaczynała!), gdyż we wrześniu 1919 roku polecono mu śledzić małą grupkę zbierającą się w Monachium – Niemiecką Partię Robotniczą. Wkrótce został jej członkiem i po wystąpieniu z wojska całkowicie poświęcił się działalności politycznej.
Partia zmieniła nazwę na : NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza), a jej pomysł został zapożyczony od Burmistrza Wiednia – Karla Luegera, który stworzył ugrupowanie łączące masowość, jaką zapewniał program socjalny, z tak popularnym wśród Niemców i Austriaków nacjonalizmem. W swej działalności politycznej dążył do zjednania sobie warstw społecznych, których zagrożona egzystencja raczej pobudzała do walki, niż paraliżowała ich wolę. Lueger opierając się na drobnomieszczaństwie i wykorzystując tradycyjną lojalność ludu wobec Korony i Ołtarza doszedł do najważniejszego wybieralnego stanowiska w monarchii Habsburgów i wygrywał bez trudu kolejne wybory.
Wobec ograniczenia traktatem liczebności niemieckich sił zbrojnych (Reichswehry) do 100 tysięcy żołnierzy, jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać przeróżne ligi obrony, organizacje strzeleckie i sportowe przygotowujące pod tą przykrywką kadry dla przyszłej armii, mającej kiedyś wziąć srogi rewanż za klęskę i upokorzenie. W rozbudowie partii pomagali Hitlerowi dawni koledzy z wojska, którzy kierowali do niej ludzi z tych organizacji i starych żołnierzy – to właśnie z nich rekrutowały się pierwsze bojówki, będące zalążkiem późniejszej S.A.
Popularność nowemu ruchowi przynosiły hasła rewanżu i „ powstania z kolan”(!) narodu niemieckiego oraz kreowanie winnych przegranej wojny i wynikłych stąd konsekwencji. Winni byli komuniści, Żydzi, socjaldemokraci i demokratyczna Republika. Niewinny i pokrzywdzony był tylko NARÓD NIEMIECKI! Ludzie słyszeli z ust nazistów to, co CHCIELI usłyszeć – nic dziwnego, że coraz więcej zaczęło się z nimi identyfikować. Hitler był z pewnością największym demagogiem swoich czasów, warto zatem zapoznać się z jego receptami na dotarcie do tłumów:
Nigdy się nie wahać, nigdy nie łagodzić tego co się mówi, nigdy nawet na cal nie ustępować (…) wszystkie przeciwieństwa odmalowywać w biało-czarnych kolorach.
Możliwości percepcji mas są bardzo ograniczone, a ich zdolność rozumienia – słaba. Każda skuteczna propaganda powinna zatem ograniczać się do paru rzeczy niezbędnych i musi być wyrażona w kilku stereotypowych frazesach.
Tylko ciągłe powtarzanie doprowadzi w końcu do wbicia jakiejś idei w pamięć tłumu. Dla tego samego powodu lepiej jest trwać przy raz ustalonym programie, nawet gdyby niektóre jego punkty stały się nieaktualne. Zawsze trudniej jest walczyć z wiarą niż z wiedzą.
Kluczem (do serc tłumu) jest stanowcza wola poparta, jeżeli trzeba, siłą.
Gwałt i terror mają własną wartość propagandową, manifestowanie siły fizycznej jest równie pociągające jak odpychające…
Kiedy się kłamie, kłamstwo musi być wielkie. W wielkim kłamstwie zawsze jest element wiarygodności (…) najbardziej bezczelne kłamstwo zawsze zostawia po sobie ślad, nawet gdyby je przygwożdżono.
Ruch narodowo-socjalistyczny będzie bezlitośnie zapobiegał – w razie potrzeby przy użyciu siły – wszystkim zebraniom i odczytom, które mogłyby wprowadzić rozterkę w umysły naszych rodaków. (Jak w tym kontekście nie wspomnieć o niedawnej wizycie policji na organizowanej przez Uniwersytet Szczeciński konferencji naukowej poświęconej filozofii K. Marksa!?)
Dla zdrajców ojczyzny i dla donosicieli jedynym właściwym miejscem jest szubienica.
Naturalnie, jakiekolwiek podobieństwo głoszonych haseł, zachowań i prezentowanych powyżej recept, do działań obserwowanych współcześnie (także w naszym kraju) jest całkowicie przypadkowe…
Grzechem pierworodnym Republiki Weimarskiej była organiczna niemożność zapewnienia rządowi stabilnej większości parlamentarnej, umożliwiającej efektywne rządzenie państwem. Pomimo tego, rząd kierowany przez kanclerza Gustava Stresemanna zanotował kilka znaczących sukcesów. Po uchyleniu zakazu dostaw reparacyjnych dla Francji i Belgii udało się ustabilizować walutę, zawarto nowy układ w sprawie odszkodowań wojennych, doprowadzono do zakończenia okupacji Zagłębia Ruhry, Niemcy zostały przyjęte do Ligi Narodów, bezrobocie spadło do 650 tysięcy osób.
Nie były to dobre wieści dla nazistów, których polityczne credo najpełniej wyraził jeden z ich ideologów – Gregor Strasser na łamach „Nationalsozialistische Briefe”: Popieramy wszystko co szkodzi istniejącemu ustrojowi. Dopomagamy każdej katastrofalnej polityce, bo tylko katastrofa, to znaczy upadek liberalnego systemu rządów utoruje drogę nowemu porządkowi. Wszystko co przyspiesza katastrofę panującego ustroju, każdy strajk, każdy kryzys rządowy, każde zakłócenie porządku publicznego, każde osłabienie systemu, jest dobre, bardzo dobre dla nas i rewolucji niemieckiej. Wszyscy, którzy przeżyli tzw. „Karnawał Solidarności” z obowiązującym wówczas wśród solidarnościowych elit hasłem „im gorzej, tym lepiej”, doskonale zrozumieją, co to oznacza w praktyce … I wtedy na horyzoncie pojawił się Wielki Kryzys…
Jego skutki były dla podnoszącej się z dna upadku niemieckiej gospodarki katastrofalne. Ograniczenie handlu spowodowało ograniczenie produkcji, a co za tym idzie – wzrost bezrobocia Przestano udzielać pożyczek oraz wycofano już udzielone, spadły ceny i zarobki, zaczęły się masowe bankructwa i zamykanie zakładów pracy… Niemcy, żyjące – podobnie jak dzisiaj – z eksportu, zaczęły odczuwać kolosalne kłopoty z bilansem. Narastanie fali kryzysu znakomicie ilustruje wzrost bezrobocia: IX. 1929 – 1 320 000; IX. 1930 – 3 000 000; IX. 1931 – 4 350 000; IX.1932 – 5 102 000, by w szczytowym momencie, w 1933 roku, osiągnąć 6 000 000. Naturalnie podane dane dotyczyły tylko ZAREJESTROWANYCH bezrobotnych…
W przeprowadzonych w 1930 roku wyborach do Reichstagu dziesięć partii uzyskało ponad milion głosów każda, co misję utworzenia stabilnej większości czyniło zadaniem niewykonalnym. W takiej sytuacji każdy rząd skazany był na rządzenie w oparciu o doraźnie zawierane sojusze, wymagające często od koalicjantów wykonywania politycznego szpagatu. Liderzy zasiadających w Reichstagu partii nie byli tym szczególnie zmartwieni, gdyż słaby rząd łatwiej ulegał presji i ustępował przed szantażem. Wszechobecne intrygi partyjne i polityczne przetargi, ogół niemieckiego społeczeństwa owego czasu obrazowo określał jako Kuhhandel (handel bydłem). Zabawa trwała w najlepsze aż do końca, co znakomicie ilustruje dalekowzroczność ówczesnych niemieckich elit…
Taką właśnie sytuację zastał dr Heinrich Brüning, który pod koniec marca 1930 objął urząd kanclerza. W tym czasie nie można było już sklecić żadnej koalicji i nowy szef rządu przy każdym akcie ustawodawczym mógł polegać wyłącznie na przypadkowej i niepewnej, doraźnie zmontowanej większości w Reichstagu. Oczywiście ten taniec na linie nie mógł trwać długo. Krach nastąpił 16 lipca 1930 roku, kiedy to Reichstag stosunkiem głosów 256:193 odrzucił część rządowej ustawy budżetowej. W odpowiedzi Prezydent, w oparciu o nadzwyczajne uprawnienia przyznane mu w art.48 Konstytucji Weimarskiej, wprowadził w życie projekt kanclerza mocą dekretu. Ten kamyk pociągnął za sobą lawinę. Reichstag zakwestionował konstytucyjność prezydenckiego aktu, na co kanclerz w odpowiedzi rozwiązał parlament. Nietrudno było przewidzieć, że o ile kolejne wybory nie wyłonią stabilnej większości (co było oczywiste!), to demokratycznej formie rządów grozi po prostu kompromitacja.
Najwięcej na powstającym chaosie mogli wygrać naziści, którzy od początku konsekwentnie pluli na Republikę i demokratyczne formy rządzenia. Grupą docelową, na której naziści zamierzali się oprzeć w nadchodzących wyborach, byli mieszkańcy wsi i małych miasteczek i program wyborczy ich partii dla tych właśnie grup, ujrzał światło dzienne już 6 marca 1930 roku. O tym, że był to przysłowiowy strzał w dziesiątkę niech świadczy fakt poparcia, jakiego te grupy społeczne udzielały nazistom, aż do samego końca. Społeczeństwu ofiarowano swojski rodzaj ekstremizmu, radykalny, antysemicki odwołujący się do powszechnego w Niemczech nacjonalizmu i ksenofobii. Ludziom imponowała energia i dyscyplina nazistów, zrozumienie i silny rezonans społeczny, znajdowały hasła wymierzone w postanowienia Traktatu Wersalskiego oraz ataki na „system” nie dający obywatelom pracy i możliwości rozwoju. Udało się wbić do głów „ciemnego ludu”, że dokonać dzieła odrodzenia narodowego może tylko NOWY ruch i NOWI, nie obciążeni przeszłością ludzie. Jeżeli ekonomiści mówią, że to i owo jest niemożliwe, do diabła z ekonomistami! Liczy się tylko wola, jeżeli nasza wola będzie bezwzględna i nieugięta zdziałamy wszystko. (…) Zbudźcie się Niemcy i stańcie się znów wolne, przypomnijcie sobie dawną wielkość i odzyskajcie dawną pozycję w świecie. A zacznijcie od wypędzenia tej starej zgrai w Berlinie – takie mowy Adolfa Hitlera i innych przywódców nazistowskich wygłaszane na setkach wieców wyborczych w całym kraju znakomicie trafiały w nastroje Niemców, a zasiane nimi ziarno pogardy i nienawiści dało nadspodziewanie obfity plon. W przeprowadzonym 16 września 1930 r. głosowaniu udział wzięło 30 milionów Niemców, 4 miliony więcej niż w wyborach 1928 roku, a wyniki zaskoczyły nawet Hitlera, liczącego na 50-60 mandatów. Tymczasem naziści zebrali 6 409 600 głosów (wobec 810 000 w 1928 roku) i ze 107 mandatami stali się drugą siłą polityczną w kraju! Ich wódz w ciągu jednej nocy z lekceważonego wiecowego krzykacza wyrósł nagle na polityka rangi europejskiej!
Co ciekawe, tzw. cywilizowana Europa bez oporów przyjęła nazistów i ich przywódcę „na salony”, czego dowodem artykuł lorda Rothermere w „Daily Mail”, w którym autor z radością(!) wita ich sukces widząc w nim… „wzmocnienie obrony przeciwko bolszewizmowi”! Ta obsesja będzie trwać do samego wybuchu wojny (a nawet krótko po rozpoczęciu działań zbrojnych!), torując zbrodniarzom drogę ku nowym podbojom. Wspomniany artykuł zabawnie kontrastuje z przedwyborczymi wypowiedziami Führera, który mówił: To nie parlamentarne większości kształtują los narodów. Wiemy jednak, że w tych wyborach demokracja musi być pokonana orężem demokracji… To wcale niedwuznaczne przesłanie pozostało programowo niezauważone… W warunkach szalejącego kryzysu rząd Brüninga mógł nadal trwać tylko dzięki nieoficjalnemu poparciu jakiego udzielali mu w Reichstagu socjaldemokraci oraz korzystaniu przez prezydenta z wyjątkowych uprawnień art.48 konstytucji, pozwalającego podpisywać potrzebne rządowi dekrety. Stwarzało to jednak istotne zagrożenie. Anormalna sytuacja, wymuszająca rządzenie przy pomocy dekretów, wobec braku możliwości oparcia się na większości parlamentarnej, ogniskowała całą władzę w państwie w rękach niewielkiej grupy osób: prezydenta – starego feldmarszałka Paula von Hindenburga (w 1931 roku 84-letniego już człowieka) oraz kilku osób z jego najbliższego otoczenia : gen. Kurta von Schleichera, syna prezydenta – Oskara von Hindenburga(pełniącego funkcję adiutanta głowy państwa) i kanclerza. Zadaniem Hitlera było zatem najpierw przekonanie tych ludzi do tego, by uznali go za partnera, a następnie upoważnili do rządzenia krajem przy pomocy prezydenckich dekretów, co zwalniało z konieczności zebrania większości parlamentarnej. Z pozoru zadanie niewykonalne, ale… Głównym rozgrywającym w obozie władzy był w tym czasie generał Kurt von Schleicher. Stosunkowo młody (rocznik 1882), zajmował specjalnie dla niego utworzone stanowisko politycznego łącznika pomiędzy rządem a armią. Inteligentny i obrotny, w gąszczu polityki czuł się bez porównania pewniej niż jego koledzy z armii. Równocześnie w świecie polityków dysponował tą szczególną, nieuchwytną przewagą, jaką dawały mu w niemieckim społeczeństwie generalskie szlify. Stary prezydent, krew z krwi i kość z kości niemieckiej armii, cieszył się w niej ogromnym autorytetem i posłuchem, ale też bardzo liczył się z jej zdaniem. To szczególne sprzężenie zwrotne decydowało o wszystkim w niemieckiej polityce, w której bez zgody sił zbrojnych niepodobna było nic zrobić.

 

Wielkie manewry

Długotrwały kryzys parlamentarny oraz sukces wyborczy NSDAP, nasunął generałowi Schleicherowi ideę… pozyskania nazistów do rządu! W ten sposób – rozumował – rząd znajdzie oparcie w stabilnej większości parlamentarnej, a wejście do rządu zmusi to ugrupowanie do firmowania niezbędnych, niepopularnych decyzji i „ucywilizuje”. Z drugiej strony Hitler miał dla swych potencjalnych sojuszników „marchewkę” w postaci 6,5 milionowego poparcia w wyborach i „kij” w postaci groźby zamachu stanu, gdyby nie udało mu się dojść do władzy w inny sposób. Paradoks sytuacji polegał na tym, że swego poparcia nie mógł on nigdy zamienić w konieczną do rządzenia większość, zaś pucz w celu przejęcia władzy nigdy nie leżał w jego planach! Swej rewolucji zamierzał dokonać pod osłoną instytucji państwa, a nie przeciwko niemu! Tylko znajomość owej układanki pozwala zrozumieć przyczyny kolejnych rozmów przedstawicieli obozu rządowego z nazistami, będących kamieniami milowymi w ich marszu po władzę.
Dalszy bieg wydarzeń śmiało może pretendować do miana politycznego thrillera wszechczasów. Pierwszą jaskółką wprowadzania w życie planu „osiodłania” nazistów było spotkanie gen. von Schleichera z Hitlerem, jakie miało miejsce wczesną jesienią 1931 roku. Po nim generał namówił prezydenta i kanclerza by także odbyli rozmowy z przywódcą nazistów. Początki były jednak mało obiecujące – obie rozmowy skończyły się na niczym. Kryzys grał jednak na korzyść nazistów, którzy gwałtownie zaczęli zyskiwać na popularności. W kolejnych ośmiu wyborach regionalnych, na NSDAP głosowało przeciętnie 35 proc. wyborców, w porównaniu z 18 proc. w wyborach parlamentarnych, które przełożyły się na przeszło 6 mln głosów. Zarówno kij jak i marchewka nabierały coraz bardziej realnych kształtów, co sprawiło, że w listopadzie i grudniu kontynuowano rozpoczęte rozmowy. W obozie rządowym pod wpływem argumentacji, że wobec siły jaką reprezentuje Hitler, jedynym wyjściem jest pozyskanie go do współpracy i wykorzystanie, zaczęto duchowo godzić się z myślą o jakiejś formie kompromisu z nazistami. Rzecz ciekawa, przy konstruowaniu owych planów, kompletnie ignorowano publiczne wypowiedzi Führera, w których całkowicie i jednoznacznie mówił, co zamierza zrobić po dojściu do władzy: Fundamentalna zasada demokracji głosi (że) władza pochodzi od narodu (lub – jak kto woli – suwerena!); (…) to naród, nikt inny ustala konstytucję; (…) jeżeli naród niemiecki upoważni kiedyś ruch narodowo – socjalistyczny do wprowadzenia konstytucji innej niż dzisiejsza, to wtedy (nikt) nic nie poradzi …”
Kanclerz patrzył na sprawy bardziej trzeźwo, ale by przetrwać, rozpaczliwie potrzebował poprawy koniunktury lub jakiegoś sukcesu w polityce zagranicznej. Ponadto niezbędny był ponowny wybór Paula von Hindenburga na urząd prezydenta, co nie budziło entuzjazmu starego feldmarszałka, który zgodził się kandydować jedynie pod warunkiem podjęcia próby doprowadzenia do porozumienia z przywódcami partii w Reichstagu, pozwalającego zapewnić większość 2/3 głosów niezbędnych do przedłużenia kadencji prezydenta bez ponownych wyborów. Będąc pod taką presją – pomimo jasnej oceny sytuacji – kanclerz także zgodził się na podjęcie rozmów z Hitlerem. Rozpoczęto paktowanie z diabłem…

 

(Ciąg dalszy w kolejnych wydaniach weekendowych „Dziennika Trybuna”)

 

Czy Hitler był lewakiem

Prawa strona polskiej sceny politycznej od zawsze próbowała oczernić lewicę w taki sposób by odstraszyć od marksizmu jak najwięcej osób. Nam, „lewakom” (używając prawicowej terminologii) zarzucano już odpowiedzialność za wszelkie zbrodnie tego świata.

 

Obecnie lewicę masowo obarcza się za całe zło tego świata. W przestrzeni króluje wręcz hasło „precz z komuną” i to pomimo tego, że nijak nie pasuje do omawianej sytuacji. Jest też pewna postać, którą prawica usilnie stara się przypisać do ideologii socjalistycznej. Mało tego! Chcą zeń uczynić kontynuatora myśli samego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Tą osobą jest Adolf Hitler.
Jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmi, to właśnie największy zbrodniarz globu, którym skrycie (bądź też nie) fascynują się skrajne środowiska narodowe, stał się persona non grata politycznego dyskursu. Żadna ze stron nie chce przyznać, że Adolf Hitler był zwolennikiem którejś z opcji politycznych. I nietrudno się temu dziwić. Mówimy w końcu o człowieku, który jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi i zbrodnie dokonywane w imię pseudonaukowej teorii dowodzącej wyższości rasy aryjskiej nad pozostałymi. Wszystkim, którzy nie należeli do obozu aryjskiego, stale groziła śmierć. Na szczęście czasy II wojny światowej, a tym samym Adolfa Hitlera, nieodwracalnie już minęły. Mimo to jego postać nadal budzi wiele kontrowersji, rodzi spory i skłania ku dyskusji. Wokół lidera III Rzeszy urósł pewnego rodzaju kult, który sprawia, że 72 lata po jego śmierci, nadal jest on obecny w publicznej debacie.
Fakt ten nie mógł przejść obojętnie obok prawicowych polityków i ich sympatyków. Z tego powodu jesteśmy od pewnego czasu zalewani twierdzeniami o rzekomej „lewicowości” Hitlera i „socjalistyczności” programu NSDAP. To zjawisko stało się tak powszechne, że w części społeczeństwa powoli urzeczywistniło się już postrzeganie Hitlera jako socjalisty.
By zacząć rozważania na temat tego mitu należałoby wpierw rozważyć jego pochodzenie. Na szczęście nie trzeba daleko szukać. Korzenie i zarazem podstawy tego mitu znajdziemy w nazwie partii, której Adolf Hitler przewodził. Nationalsozialistische Deutsche Arbeitpartei, po polsku – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. W skrócie NSDAP. Na pierwszy rzut oka widzimy dwie, niepokojące frazy, które teoretycznie mogą świadczyć o socjalistycznym profilu tej organizacji. W nazwie występuje bowiem słowo „socjalistyczna” oraz „robotników”. Ta świadomość skłoniła wielu polskich, prawicowych działaczy do wynalezienia kolejnej „broni” przeciw lewicy. Tą „bronią” jest oczywiście postać Adolfa Hitlera: zbrodniarza, demagoga, dyktatora, a przy okazji „lewicowca-socjalisty”. Podporą tego argumentu miała też być czerwień na nazistowskiej fladze, która to właśnie miała oznaczać szeroko rozumiany socjalizm.
Niestety dla zwolenników kapitalizmu historyczne fakty mówią zupełnie co innego. Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników była socjalistyczna… Tylko z nazwy. Bo jak inaczej można nazwać twór polityczny który opowiadał się za uprzywilejowaniem jednych kosztem drugich? Hitler osiągnął mistrzostwo w sztuce populizmu i mistyfikacji – jako jedyny zdawał sobie sprawę z lewicowych nastrojów robotników, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym mocno sympatyzowali z ideologią komunizmu. Sytuacja ta miała miejsce w całej Europie i w wielu zakątkach świata, lecz to właśnie w Niemczech powstała odpowiednia ideologia, która tę sytuację potrafiła wykorzystać i wyzyskać. Użycie słów „socjalistyczna” i „robotników” w nazwie założonej przez Hitlera partii miało na celu zwabienie elektoratu proletariackiego, czego konsekwencją było wygranie wyborów w 1933 roku. Cel ten został osiągnięty w całości i od tego momentu nastała najczarniejsza karta w historii ludzkości.
Pierwszym postanowieniem Hitlera, będącego już wtedy u władzy nazistowskich Niemiec, była delegalizacja partii komunistycznych, socjalistycznych oraz robotniczych. Ich działacze zostali zamknięci w więzieniach, a w późniejszym okresie istnienia III Rzeszy, zesłani do obozów. Dziwny krok jak na lidera partii rzekomo socjalistycznej.
To był jednak dopiero zwiastun tego co miało nastąpić już wkrótce. Po dojściu do władzy NSDAP zostały zlikwidowane związki zawodowe, obniżono pensje, a dzień pracy wydłużono. Wszystko w imię rozwoju potęgi nazistów. Wielu czołowych członków NSDAP, jak np. Hermann Goering czy Heinrich Himmler opowiadało się również za współpracą między kapitalistami, a partią nazistowską. Skończyło się to faktem, że wiele prywatnych przedsiębiorstw otwarcie finansowało partię Adolfa Hitlera, która bynajmniej nie zamierzała znieść prywatnej własności.
Sam Hitler wypowiadał się o własności prywatnej w sposób umiarkowanie pozytywny. Zaznaczał, że własność prywatna ma prawo bytu do momentu nie zaistnienia sprzeczności wobec interesu narodu. „Wódz” sam również odnosił się do nazwy swojej partii, tłumacząc, że wyraz „socjalizm” nie odnosi się do ideologii, a ma on oznaczać „poświęcenie się jednostki dla dobra narodu”. Każdy kto choć pobieżnie przestudiował dzieła Karola Marksa i Fryderyka Engelsa wie, że jest to interpretacja zupełnie obca zarówno dla klasyków marksizmu, jak i dla wszystkich późniejszych partii oraz organizacji o charakterze marksistowskim, które zawsze posiadały też internacjonalistyczny i wrogi rasizmowi/nacjonalizmowi charakter.
Przez cały okres działalności NSDAP cechowała się skrajnym antykomunizmem. Pogląd ten przybrał bardzo radykalną formę. Obok Żydów to właśnie komuniści byli najmocniej napiętnowani, szkalowani i stale oskarżani o niekorzystną sytuację Niemiec po I wojnie światowej. Dla wielu dzisiejszych prawicowców istotny jest również fakt zawarcia tymczasowego sojuszu między nazistowskimi Niemcami, a Związkiem Radzieckim. Osoby te zwykle wykazują znaczące braki w analizie wydarzeń historycznych i najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z kruchości i „chwilowości” jaką odznaczał się tamten pakt. Obie strony, niebędące jeszcze gotowe na otwarty konflikt, postanowiły porozumieć się, a następnie przygotować na nadchodzącą bitwę. Bitwę, która jak się potem okazało miała kluczowy wpływ dla losów całej wojny.
Potrzebne jest stałe podkreślanie fałszywości prawicowych argumentów dotyczących przynależności politycznej Adolfa Hitlera. Mit o jego rzekomej lewicowości jest o tyle niebezpieczny, że bezpośrednio godzi w dobro klasy robotniczej i jej programu. Jeśli pozwolimy na rozprzestrzenienie się tego typu kłamstw to kto odda głos na ugrupowania polityczne będące w bliskiej korelacji z przywódcą nazistowskich Niemiec? To oczywiście pytanie retoryczne – a faktycznymi odpowiedzialnymi za hitleryzm pozostają oczywiście kapitaliści i rządzone przez nich europejskie mocarstwa. Ze smutkiem stwierdzam niestety, że już teraz niektórzy młodzi lewicowcy ulegają tej propagandzie. Propagandzie, która na wielu płaszczyznach dorównuje tej geobbelsowskiej. Obowiązkiem nas – socjalistów – jest przedstawienie faktów zgodnie z historią. Pozostaje też mieć nadzieję, że sama klasa pracująca dostrzeże te kłamstwa, a kapitalistyczni propagandziści odpowiedzą kiedyś za swoje zniesławienia.

Głos prawicy

Winny Stalin

 

Dodatek historyczny „Historia Do Rzeczy” udowadnia, że „Hitler był dzieckiem bolszewików”:

Historycy od lat spierają się o to, skąd się wziął Adolf Hitler. W jaki sposób ten człowiek i kierowane przez niego państwo wzrośli do tak olbrzymiej potęgi. Jak mogli stworzyć i uzbroić tak sprawną machinę wojenną i poczuć się na tyle pewnie, że podpalili świat. Fenomen Führera tłumaczony jest na niezliczoną ilość sposób – każdy kolejny jest bardziej groteskowy od poprzedniego. Muszę przyznać, że przysłuchuję się tym akademickim dysputom z rozbawieniem. Odpowiedź na te pytania jest bowiem oczywista i prosta. Hitler i III Rzesza to dzieci towarzysza Stalina. Bez jego protekcji Niemcy nigdy nie osiągnęłyby takiej potęgi i nigdy nie wybuchłaby II wojna światowa.
Plan bolszewików był jasny. Zgodnie z założeniem, że wojna światowa otwiera drogę do światowej rewolucji – sprawdziło się to po części w roku 1917 – chcieli, żeby Europejczycy znowu wzięli się za łby. Kiedy już Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy i Polacy by się nawzajem powyrzynali, Armia Czerwona miała wkroczyć do akcji i podbić cały osłabiony kontynent. W ten sposób granice „raju robotników i chłopów” zostałyby rozszerzone do Atlantyku.
Aby napuścić Europejczyków na siebie i wywołać kolejny konflikt, Stalin postanowił wesprzeć kraj najbardziej pokrzywdzony przez traktat wersalski, a co za tym idzie dyszący chęcią odwetu. A więc oczywiście wsparł Niemcy. Ponieważ traktat nałożył na niemieckie siły zbrojne wiele ograniczeń, Armia Czerwona przyszła im z „bratnią pomocą”. W Kazaniu szkoleni byli niemieccy czołgiści, w Lipiecku lotnicy, w Saratowie specjaliści od broni chemicznej. Niemieccy generałowie urządzali swoje manewry i gry wojenne na sowieckich poligonach oraz w sowieckich salach wykładowych. Bolszewicy pomagali również rozwinąć – w tajemnicy przed Zachodem – niemiecki przemysł wojskowy, udostępnili swoje laboratoria niemieckim konstruktorom. Dostarczali również bezcennych surowców. Trzon armii niemieckiej, która zmiażdżyła Europę w latach 1939–1940, został stworzony w Związku Sowieckim.
Armia ta miała być narzędziem w rękach Moskwy. Narzędziem, które miało posłużyć do zniszczenia Europy i utorowania drogi dla zwycięskiego, „wyzwoleńczego” marszu Armii Czerwonej. Jak to jednak osiągnąć? Oczywiście najlepiej na jej czele postawić człowieka nieobliczalnego. Jakąś agresywną, nieodpowiedzialną jednostkę, która – odpowiednio sprowokowana przez Sowietów – rzuci się na sąsiadów i rozpęta wojnę. W całych Niemczech nie było lepszego kandydata do odegrania tej roli niż Adolf Hitler, przywódca NSDAP.
„Bez Stalina nie byłoby Hitlera, nie byłoby gestapo” – pisał Lew Trocki. I miał rację. Chociaż oficjalnie w latach 20. i na początku lat 30. niemieccy komuniści i narodowi socjaliści toczyli ze sobą bój na śmierć i życie, Moskwa zakulisowo wspierała NSDAP. Maski zostały zdjęte w roku 1933, gdy odbyły się wybory powszechne, które miały zmienić oblicze Niemiec. Otóż NSDAP zdobyła w nich mniej głosów niż komuniści i socjaldemokraci. Wystarczyło, żeby te dwa ugrupowania zawiązały koalicję i to one stworzyłyby rząd. Stalin powiedział jednak „niet”. Wydał on swojej berlińskiej ekspozyturze surowy zakaz wchodzenia w jakiekolwiek układy ze „zgniłymi socjaldemokratami”. W efekcie nominację na kanclerza otrzymał Adolf Hitler. Machina została wprawiona w ruch. „Lodołamacz rewolucji” – jak nazywano w Moskwie przywódcę narodowych socjalistów – rozpoczął swój rejs.
Ten nieszczęsny człowiek, który „dyszał nienawiścią do komunistów”, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest narzędziem w ich rękach. Zresztą ta nienawiść nie była chyba znowu tak wielka. Hitler wypowiadał się o Stalinie z podziwem, nawet gdy między oboma państwami wybuchła już wojna. Narodowy socjalizm małpował zaś bolszewizm. Monumentalne budowle, symbolika i stylistyka, tajna policja, obozy koncentracyjne, olbrzymia waga, jaką przywiązywano do propagandy. Przecież to wszystko było żywcem ściągnięte ze Związku Sowieckiego.
Pod koniec wojny dla berlińskich elit stało się jasne, że walcząc na dwa fronty, III Rzesza poniesie straszliwą klęskę. Wielu pragmatycznie nastawionych oficerów Wehrmachtu zaczęło wówczas myśleć o zawarciu separatystycznego pokoju z Anglosasami i skierowaniu wszystkich sił do powstrzymania nadciągających od wschodu bolszewików. Hitler miał inny pomysł. Otóż chciał on zawierać pokój separatystyczny ze Stalinem…

Bal w Operze

Socjaldemokratyczną Partię Niemiec utworzyli, czy raczej zorganizowali August Bebel nazywany ojcem niemieckiej socjaldemokracji i Wilhelm Liebknecht (ojciec Karola) w połowie lat iedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Hasła proste – parlamentaryzm, powszechne prawa wyborcze, swoboda działalności gospodarczej, ograniczenie władzy monarchy, godziwe wynagrodzenie itd., lekki akcent na stronę opiekuńczą.

Emerytury wprowadził Bismarck, więc wytrącił w tym zakresie karty z rąk. Mimo wszystko, jak na tamte czasy ot chłopaki rozrabiali sporo, bowiem już kilka lat po utworzeniu SPD żelazny kanclerz Otto B. zakazał jej działalności i trwało to do roku 1890. Ustawy specjalne przeciwko socjalistom były co pewien czas przedłużane, trwało to kilkanaście lat.

Do Augusta Bebla dołączył Karol Kautsky – filozof i ekonomista, i tak ciągnęli nowoczesny wózek na socjaldemokratycznych kołach. Syn Wilhelma – Karol Liebknecht wraz z Różą Luxemburg odbił w lewo i założył Związek Spartakusa, a gdy dołączył do nich Franio Mehring, to powstała z lewicowych socjaldemokratów Komunistyczna Partia Niemiec (KPD). August Bebel zmarł przed pierwszą wojna światową, Karol Kautsky w 1938 r. i mimo, że nazywano go „papieżem marksizmu” to bolszewików i stworzonego przez nich systemu nie darzył sympatią, tak eufemistycznie rzecz biorąc. Karl Liebknecht i Róża Luksemburg zostali zamordowani w Berlinie przez grupy nacjonalistycznych oficerów. Wszyscy czworo mają swoje ulice w Berlinie (tak jak i Marks i Engels), zmiany po wojnie dotyczyły tylko Adolfa H. i Hermanna G.

Weimarska socjaldemokracja

Po traktacie wersalskim to właśnie SPD zorganizowała rząd, a do 1932 r. z jej szeregów rekrutowali się kolejni kanclerze i większość ministrów. I to za sprawą SPD zatrzymany został ruch rewolucyjny, stłumione robotnicze rewolty w latach 1918 – 1923.

Prawicowe zresztą również. Ojcem i pierwszym kanclerzem Weimarskiej Republiki był jeden z czołowych działaczy SPD – a właściwie lider tej partii – Friedrich Ebert – na szczęście dla niego zmarł w 1925 r.

I tak sobie współrządziła SPD, a na ulicach przewalali się komuniści i nacjonaliści – i jedni i drudzy bardzo nie lubili socjaldemokratów, przy czym komuniści tylko ich lali – od czasu do czasu, za to nacjonaliści nierzadko mordowali – np. Walther Rathenau zamordowany w 1922 r. – minister spraw zagranicznych – wspierający asymilację niemieckich Żydów, sam zresztą Żyd niemiecki. Będący wtedy kanclerzem Joseph Wirth (PD) wypowiedział w Reichstagu słynne słowa – „Wróg jest na prawicy”. Karl Gareis, lider niemieckiej niezależnej SPD (lewicująca frakcja, ale oddzielnie zorganizowana), został zamordowany rok wcześniej, były minister finansów Matthias Erzberger – zamordowany w sierpniu 1921 r. (SPD) – pisarz, publicysta. Za wszystkimi mordami stali prawicowi nacjonaliści.

Zresztą, jeśli chodzi o nacjonalizm, to sama SPD w okresie Republiki Weimarskiej była jak najbardziej proniemiecka, ale nie nacjonalistyczna. Świadomość tożsamości narodowej wynikała z konieczności odniesienia się do skrajnego szowinizmu ukształtowanego po porządku traktatu wersalskiego – Niemcy straciły Śląsk, zabór Polski, Alzację i Lotaryngię, okupowane było Zagłębie Ruhry, w którym Francuzi poczynali sobie niezwykle brutalnie tłumiąc bezpardonowo wszystkie wystąpienia robotnicze.

Ale SPD trwała kierując państwem na tyle rozsądnie, że unikano spłat morderczych rat reparacji wojennych, przynajmniej o tyle, o ile można to było zrobić, rozbudowywano do kryzysu opiekę społeczną i medyczną, dbano o szkolnictwo. Wszystko to w atmosferze „pełnej swobody obywatelskich praw”, których poszanowanie prowadziło nierzadko do niezłego bajzlu, bo jeżeli już kogoś skazano za działalność wywrotową i terrorystyczną to na krótko, w dobrych warunkach, a do tego ogłaszano liczne amnestie. Programowa swoboda w połączeniu z niezachwianą wiarą w demokracje parlamentarną, jak się okazało w dobie kryzysu światowego, który szczególnie mocno dotknął Niemcy – doprowadziła do zgonu tak SPD, jak i Republiki Weimarskiej.

Dobra zmiana

Światowy kryzys to bezrobocie przekraczające 30 proc., hiperinflacja, głód, nędza. Dobra pożywka dla każdego, kto obieca, że będzie inaczej, to znaczy lepiej – dobra zmiana.
Na tym bliżej nieokreślonym dobrobycie, który miał się pojawić w przyszłości, zaprawionej mocno szowinizmem i obietnicą rozliczenia za przegraną wojnę oraz postanowienia wersalskiego traktatu oparł swój program, czy raczej polityczny bełkot Adolf Hitler. Ale jego partia – NSDAP – reaktywowana po nieudanym puczu Monachijskim – w 1925 r. liczyła tylko 125 członków. Siedem lat później blisko 700 tys., z czego ponad połowa w szeregach SA.

To wynik nie tylko nachalnej propagandy padającej na podatny grunt, bo Niemcy chcieli wierzyć w lepszą przyszłość, ale przede wszystkim finansowe wsparcie ze strony przemysłowych potentatów, których w NSDAP widzieli przeciwwagę dla silnej KPD. Trzeba tez pamiętać, że sami wielcy finansiści i przemysłowcy niemieccy byli przekonani, że Hitlerem da się sterować tak przez prezydenta Hindenburga, jak i strumień kierowanych do niego dotacji. Franz von Papen, któremu Hitler tak naprawdę zawdzięczał kanclerską nominację nazywał Adolfa „Pajacem”, nie traktował go poważnie. Hitler był wygodny dla tych, którzy decydowali o losach Niemiec.

Wyprzedzając nieco wypadki trzeba wskazać, że ocena była niewłaściwa. Von Papen doprowadził do tego, że w styczniu 1933 r. prezydent Paul von Hindenburg odwołał ze stanowiska kanclerza prawicowego polityka – byłego oficera kajzerowskiego Sztabu Genralnego – Kurta von Schleichera, którego miejsce zajął Hitler. Sam Schleicher sprzyjał ruchowi narodowosocjalistycznemu i oczyścił mu przedpole w Reichswehrze, usuwając pozostających w opozycji do Adolfa i jego ruchu generałów (przede wszystkim w 1932 r. pozbył się ministra obrony generała Hermanna Görnera).
Hitler zatem miał w 1933 r. dobrą pozycje przetargową – większość w Reichstagu (choć nie bezwzględną), szturmowców Röhma, którzy blisko czterokrotnie przekraczali liczebność Reichswery (wykorzystał to później, ograniczając rolę SA i zabijając jej szefa w zamian za poparcie armii, która czuła się już niezagrożona), zidentyfikowanych wrogów odpowiedzialnych za stan państwa – Żydzi, komuniści, socjaliści, Anglia i Francja – oraz pieniądze, które wydatkował tak, jak, chciał i na co chciał, a nie tak, jak planowali darczyńcy.

Narzędzie się usamodzielnia

W gruncie rzeczy nie stworzył ani systemu, ani też nie podjął zaplanowanych działań, wszystko to „wyszło” jakoś samoczynnie i intuicyjnie.

Rok 1932 przyniósł w wyborach od Reichstagu zwycięstwo NSDAP. Faszyści zdobyli 37 proc. SPD miała 22 proc., komuniści blisko 17 proc., Centrum (przede wszystkim chadecy, ale bardziej z nazwy niż z programu) 12 proc. W kolejnych wyborach przeprowadzonych w marcu 1933 r. Adolf nie popuścił, terror, bicie uczestników mityngów przedwyborczych innych partii, walka dosłownie „na noże” z komunistami i głaskanie centrystów. To miało dać mu zwycięstwo i to tym łatwiejsze, że po podpaleniu Reichstagu w nocy z 27 na 28 lutego 1933 r. już następnego dnia, na podstawie przepisów Konstytucji Republiki – Adolf „załatwił” wraz z von Papenem podpisanie przez prezydenta von Hindenburga dekretu o ochronie państwa i narodu w sytuacji stanu wyjątkowego. Teraz brunatne koszule lały wszystkich przeciwników politycznych i to pod ochroną Policji. Sama SA dostała status oficjalnej, państwowej Policji Pomocniczej, więc jak lała w mordę, to było to prawnie usankcjonowane. Mimo to zdobył tylko 44,5 proc. głosów. SPD, komuniści i centrum – 42,5 proc.

Przy okazji załatwiono się z wolna prasą, demolując redakcji kilkudziesięciu gazet i lejąc po gębach członków redakcyjnych zespołów. Narzędzia pracy wyrzucano przez okno, materiały redakcyjne palono. I słusznie, bo znaczna część prasy przestrzegała przed Adolfem.

Smutny bal

Podpalenie Reichstagu było hasłem do ogłoszenia obrony państwa przed komunistyczną rewolucją, bowiem Adolf stwierdził, że chcą oni przejąć siła władzę. Na drodze zbrojnego powstania. Pierwsza sesja nowego Reichstagu odbyła się w gmachu opery. Bal był raczej smutny, bo posłom towarzyszyła liczna liczba funkcjonariuszy SA i SS, a obrady zawierały jeden punkt – przyjęcie ustawy o pełnomocnictwach specjalnych zresztą i konstytuujących jednowładztwo Hitlera w zakresie stanowienia prawa. Ustawę przyjęto w dniu 24 marca 1934 r. – dawała ona wodzowi absolutna władze na cztery lata. Trzeba trafu, że jednym z haseł Adolfa w kampanii wyborczej było zdanie „Za cztery lata nie poznacie Niemiec”. Powtórzył to po przyjęciu ustawy powtórzył to z operowej mównicy. Jedynymi, którzy głosowali przeciw, mimo tego, że spodziewali się aresztowania (połączonego, co pewne w wypadku działania nazistów, z wcześniejszym pobiciem) ze strony szturmowców – byli deputowani z SPD. Otto Wels wygłosił ostre przemówienie, choć niewielu mogło go usłyszeć, bo zagłuszali go sa-mani.
kto dał zapałki?

Centrum – czyli w znacznym stopniu chadecy, katolicy, zostali przekupieni przez Hitlera obietnicą pozostawienia ich w spokoju i przyznania specjalnego statusu kościołowi katolickiemu.
Rzeczywiście Hitler podpisał później konkordat ze stolica apostolską, ale przed prześladowaniami działaczy Centrum, tak jak i niemieckich, katolickich księży to nie uchroniło. Joseph Ersing – ksiądz i lider Centrum wylądował w obozie koncentracyjnym, w 1945 r. Trybunał Ludowy wydał nań wyrok śmierci, na szczęście dla niego nie zdążono go wykonać. Heinrich Brüning zwiał i to szybko, podobnie jak ksiądz Ludwig Kaas, który chyba jakoś nie miał zaufania do Niemiec w ogóle, bo zmarł na początku lat pięćdziesiątych w Watykanie. Sam Otto Wels z SPD zmarł w 1939 r. w Paryżu.

Kurt Schleicher, przedostatni kanclerz Weimarskiej Republiki, został zamordowany na rozkaz Adolfa Hitlera w 1934 r. w „Noc Długich Noży”. Franz von Papen uniknął tego losu mimo, że już w czerwcu 1934 r. wygłosił na jednym z niemieckich uniwersytetów przemówienie, wzywając do powrotu do praworządności i swobody wypowiedzi w życiu publicznym Niemiec.
Jego współpracownicy nie mieli tyle szczęścia. Zostali zamordowani. Socjaldemokrata Otto Braun – drukarz z zawodu i premier Prus w czasach Republiki został przy okazji wyjazdu do chorej żony w Szwajcarii. Do ojczyzny nie wrócił. Można powiedzieć, że uszli z z życiem jedynie ci, którzy zdołali uciec. Cała reszta szybko stała się historią.
Co do podpalenia Reichstagu to oskarżono o to Holendra – Marinusa van der Lubbe. Skazany został na śmierć i wyrok wykonano. Na ławce oskarżonych posadzono wraz z nim komunistów – Niemca Ernsta Torglera i Bułgarów, w tym Georgija Dymitrowa.

Oni zostali uniewinnieni przez niemieckich sędziów wobec braku jakichkolwiek dowodów. Ale to byli sędziowie Sądu, a nie późniejszych Trybunałów Ludowych. Torgler od 1940 r. współpracował z nazistowskim Ministerstwem Propagandy. Po zamachu z lipca 1944 r. nie został aresztowany mimo wydanego nakazu, bo za jego lojalność wobec reżimu zagwarantował jego szef Joseph Goebbels.
Szef berlińskiej policji w 1933 r. – Rudolf Diels vel Diehls zrelacjonował po wojnie, że Reichstag jeszcze dymił, kiedy na jego schodach pojawił się Adolf Hitler wraz z najbliższymi współpracownikami: Göringiem, Goebbelsem, Himmlerem. Znane są relacje, jakoby już wtedy Adolf miał oświadczyć, że jest to koniec komunizmu i komunistów w Niemczech. Nie można zatem wykluczyć, że nawet jeżeli to van der Lubbe podpalił Reichstag, to ktoś dał mu do ręki zapałki.

Nieuchronny bieg wydarzeń?

Czy można było zwyciężyć Adolfa H. i jego partię w wyborach 1933 r.? Czy ktoś widział, jakie rzeczywiste zagrożenie niosą ze sobą rządy nazistów? Jak widać z powyżej przedstawionych faktów chyba nie, bowiem po pierwsze nierealnym był sojusz socjaldemokratów z komunistami. KPD szła na pasku Kominternu i wyzywała SPD od faszystów – takich. Politycy SPD zostali skutecznie wyleczeni z jakichkolwiek sympatii do komunizmu, patrząc na wydarzenia lat 30. w ZSRR.

Niezależnie od wyniku wyborów parlamentarnych tekst dekretu o ochronie państwa i narodu z 28 lutego 1933 r. był przygotowany wcześniej, gotowca podłożył prezydentowi Hindenburgowi nazistowski Minister Spraw Wewnętrznych – Wilhelm Frick. Jak widać z rozkładu głosów w Operze – normalni posłowie nie mieli szans na przeciwstawienie się temu, co najgorsze, ustawie o pełnomocnictwach. A to ona utorowała drogę do powstania nazistowskiej III Rzeszy. Ale zawsze kogoś można przekupić, albo zastraszyć. Mała dygresja. Hitler w wyborach w 1932 r. miał taka koalicję z ultranacjonalistami – DNVP – to byli tacy prawdziwi Indianie, ale ich interesowały tylko Wielkie Niemcy, niektórych restauracja monarchii, a do haseł nawet tylko w nazwie zahaczających o słowo „socjalizm” podchodzili z odrazą. Większość została podkupiona stanowiskami państwowymi tak, że w marcu 1933 r. liczba głosów oddanych na NVDP spadła o połowę.
Gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, co będzie wyprawiał Hitler, to by po prostu na niego nie głosowali. Poza koniunkturalistami i oszołomami. Interesy niemieckiej armii i kół finansowo – gospodarczych miał zabezpieczyć właśnie Hitler, który miał chodzić na uwięzi. Ale Adolf leczył zwycięstwem i władzą absolutną swoje kompleksy, więc ze sznurka się zerwał.

Hitler nie budował systemu, nie prowadził pracy organizacyjnej, nie interesowała go gospodarka – od tego miał ludzi (nawiasem mówić Albert Speer był gospodarczym i finansowym geniuszem), miał też szczęście do ludzi, bo niektórzy wierzyli w pokrętne hasła. Warto poczytać Wiliama Shirera, który w tych latach był korespondentem, prasowym w Berlinie. Wie, co pisał, bo widział to na własne oczy.