Czy Hitler był lewakiem

Prawa strona polskiej sceny politycznej od zawsze próbowała oczernić lewicę w taki sposób by odstraszyć od marksizmu jak najwięcej osób. Nam, „lewakom” (używając prawicowej terminologii) zarzucano już odpowiedzialność za wszelkie zbrodnie tego świata.

 

Obecnie lewicę masowo obarcza się za całe zło tego świata. W przestrzeni króluje wręcz hasło „precz z komuną” i to pomimo tego, że nijak nie pasuje do omawianej sytuacji. Jest też pewna postać, którą prawica usilnie stara się przypisać do ideologii socjalistycznej. Mało tego! Chcą zeń uczynić kontynuatora myśli samego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Tą osobą jest Adolf Hitler.
Jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmi, to właśnie największy zbrodniarz globu, którym skrycie (bądź też nie) fascynują się skrajne środowiska narodowe, stał się persona non grata politycznego dyskursu. Żadna ze stron nie chce przyznać, że Adolf Hitler był zwolennikiem którejś z opcji politycznych. I nietrudno się temu dziwić. Mówimy w końcu o człowieku, który jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi i zbrodnie dokonywane w imię pseudonaukowej teorii dowodzącej wyższości rasy aryjskiej nad pozostałymi. Wszystkim, którzy nie należeli do obozu aryjskiego, stale groziła śmierć. Na szczęście czasy II wojny światowej, a tym samym Adolfa Hitlera, nieodwracalnie już minęły. Mimo to jego postać nadal budzi wiele kontrowersji, rodzi spory i skłania ku dyskusji. Wokół lidera III Rzeszy urósł pewnego rodzaju kult, który sprawia, że 72 lata po jego śmierci, nadal jest on obecny w publicznej debacie.
Fakt ten nie mógł przejść obojętnie obok prawicowych polityków i ich sympatyków. Z tego powodu jesteśmy od pewnego czasu zalewani twierdzeniami o rzekomej „lewicowości” Hitlera i „socjalistyczności” programu NSDAP. To zjawisko stało się tak powszechne, że w części społeczeństwa powoli urzeczywistniło się już postrzeganie Hitlera jako socjalisty.
By zacząć rozważania na temat tego mitu należałoby wpierw rozważyć jego pochodzenie. Na szczęście nie trzeba daleko szukać. Korzenie i zarazem podstawy tego mitu znajdziemy w nazwie partii, której Adolf Hitler przewodził. Nationalsozialistische Deutsche Arbeitpartei, po polsku – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. W skrócie NSDAP. Na pierwszy rzut oka widzimy dwie, niepokojące frazy, które teoretycznie mogą świadczyć o socjalistycznym profilu tej organizacji. W nazwie występuje bowiem słowo „socjalistyczna” oraz „robotników”. Ta świadomość skłoniła wielu polskich, prawicowych działaczy do wynalezienia kolejnej „broni” przeciw lewicy. Tą „bronią” jest oczywiście postać Adolfa Hitlera: zbrodniarza, demagoga, dyktatora, a przy okazji „lewicowca-socjalisty”. Podporą tego argumentu miała też być czerwień na nazistowskiej fladze, która to właśnie miała oznaczać szeroko rozumiany socjalizm.
Niestety dla zwolenników kapitalizmu historyczne fakty mówią zupełnie co innego. Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników była socjalistyczna… Tylko z nazwy. Bo jak inaczej można nazwać twór polityczny który opowiadał się za uprzywilejowaniem jednych kosztem drugich? Hitler osiągnął mistrzostwo w sztuce populizmu i mistyfikacji – jako jedyny zdawał sobie sprawę z lewicowych nastrojów robotników, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym mocno sympatyzowali z ideologią komunizmu. Sytuacja ta miała miejsce w całej Europie i w wielu zakątkach świata, lecz to właśnie w Niemczech powstała odpowiednia ideologia, która tę sytuację potrafiła wykorzystać i wyzyskać. Użycie słów „socjalistyczna” i „robotników” w nazwie założonej przez Hitlera partii miało na celu zwabienie elektoratu proletariackiego, czego konsekwencją było wygranie wyborów w 1933 roku. Cel ten został osiągnięty w całości i od tego momentu nastała najczarniejsza karta w historii ludzkości.
Pierwszym postanowieniem Hitlera, będącego już wtedy u władzy nazistowskich Niemiec, była delegalizacja partii komunistycznych, socjalistycznych oraz robotniczych. Ich działacze zostali zamknięci w więzieniach, a w późniejszym okresie istnienia III Rzeszy, zesłani do obozów. Dziwny krok jak na lidera partii rzekomo socjalistycznej.
To był jednak dopiero zwiastun tego co miało nastąpić już wkrótce. Po dojściu do władzy NSDAP zostały zlikwidowane związki zawodowe, obniżono pensje, a dzień pracy wydłużono. Wszystko w imię rozwoju potęgi nazistów. Wielu czołowych członków NSDAP, jak np. Hermann Goering czy Heinrich Himmler opowiadało się również za współpracą między kapitalistami, a partią nazistowską. Skończyło się to faktem, że wiele prywatnych przedsiębiorstw otwarcie finansowało partię Adolfa Hitlera, która bynajmniej nie zamierzała znieść prywatnej własności.
Sam Hitler wypowiadał się o własności prywatnej w sposób umiarkowanie pozytywny. Zaznaczał, że własność prywatna ma prawo bytu do momentu nie zaistnienia sprzeczności wobec interesu narodu. „Wódz” sam również odnosił się do nazwy swojej partii, tłumacząc, że wyraz „socjalizm” nie odnosi się do ideologii, a ma on oznaczać „poświęcenie się jednostki dla dobra narodu”. Każdy kto choć pobieżnie przestudiował dzieła Karola Marksa i Fryderyka Engelsa wie, że jest to interpretacja zupełnie obca zarówno dla klasyków marksizmu, jak i dla wszystkich późniejszych partii oraz organizacji o charakterze marksistowskim, które zawsze posiadały też internacjonalistyczny i wrogi rasizmowi/nacjonalizmowi charakter.
Przez cały okres działalności NSDAP cechowała się skrajnym antykomunizmem. Pogląd ten przybrał bardzo radykalną formę. Obok Żydów to właśnie komuniści byli najmocniej napiętnowani, szkalowani i stale oskarżani o niekorzystną sytuację Niemiec po I wojnie światowej. Dla wielu dzisiejszych prawicowców istotny jest również fakt zawarcia tymczasowego sojuszu między nazistowskimi Niemcami, a Związkiem Radzieckim. Osoby te zwykle wykazują znaczące braki w analizie wydarzeń historycznych i najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z kruchości i „chwilowości” jaką odznaczał się tamten pakt. Obie strony, niebędące jeszcze gotowe na otwarty konflikt, postanowiły porozumieć się, a następnie przygotować na nadchodzącą bitwę. Bitwę, która jak się potem okazało miała kluczowy wpływ dla losów całej wojny.
Potrzebne jest stałe podkreślanie fałszywości prawicowych argumentów dotyczących przynależności politycznej Adolfa Hitlera. Mit o jego rzekomej lewicowości jest o tyle niebezpieczny, że bezpośrednio godzi w dobro klasy robotniczej i jej programu. Jeśli pozwolimy na rozprzestrzenienie się tego typu kłamstw to kto odda głos na ugrupowania polityczne będące w bliskiej korelacji z przywódcą nazistowskich Niemiec? To oczywiście pytanie retoryczne – a faktycznymi odpowiedzialnymi za hitleryzm pozostają oczywiście kapitaliści i rządzone przez nich europejskie mocarstwa. Ze smutkiem stwierdzam niestety, że już teraz niektórzy młodzi lewicowcy ulegają tej propagandzie. Propagandzie, która na wielu płaszczyznach dorównuje tej geobbelsowskiej. Obowiązkiem nas – socjalistów – jest przedstawienie faktów zgodnie z historią. Pozostaje też mieć nadzieję, że sama klasa pracująca dostrzeże te kłamstwa, a kapitalistyczni propagandziści odpowiedzą kiedyś za swoje zniesławienia.

Głos prawicy

Winny Stalin

 

Dodatek historyczny „Historia Do Rzeczy” udowadnia, że „Hitler był dzieckiem bolszewików”:

Historycy od lat spierają się o to, skąd się wziął Adolf Hitler. W jaki sposób ten człowiek i kierowane przez niego państwo wzrośli do tak olbrzymiej potęgi. Jak mogli stworzyć i uzbroić tak sprawną machinę wojenną i poczuć się na tyle pewnie, że podpalili świat. Fenomen Führera tłumaczony jest na niezliczoną ilość sposób – każdy kolejny jest bardziej groteskowy od poprzedniego. Muszę przyznać, że przysłuchuję się tym akademickim dysputom z rozbawieniem. Odpowiedź na te pytania jest bowiem oczywista i prosta. Hitler i III Rzesza to dzieci towarzysza Stalina. Bez jego protekcji Niemcy nigdy nie osiągnęłyby takiej potęgi i nigdy nie wybuchłaby II wojna światowa.
Plan bolszewików był jasny. Zgodnie z założeniem, że wojna światowa otwiera drogę do światowej rewolucji – sprawdziło się to po części w roku 1917 – chcieli, żeby Europejczycy znowu wzięli się za łby. Kiedy już Francuzi, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy i Polacy by się nawzajem powyrzynali, Armia Czerwona miała wkroczyć do akcji i podbić cały osłabiony kontynent. W ten sposób granice „raju robotników i chłopów” zostałyby rozszerzone do Atlantyku.
Aby napuścić Europejczyków na siebie i wywołać kolejny konflikt, Stalin postanowił wesprzeć kraj najbardziej pokrzywdzony przez traktat wersalski, a co za tym idzie dyszący chęcią odwetu. A więc oczywiście wsparł Niemcy. Ponieważ traktat nałożył na niemieckie siły zbrojne wiele ograniczeń, Armia Czerwona przyszła im z „bratnią pomocą”. W Kazaniu szkoleni byli niemieccy czołgiści, w Lipiecku lotnicy, w Saratowie specjaliści od broni chemicznej. Niemieccy generałowie urządzali swoje manewry i gry wojenne na sowieckich poligonach oraz w sowieckich salach wykładowych. Bolszewicy pomagali również rozwinąć – w tajemnicy przed Zachodem – niemiecki przemysł wojskowy, udostępnili swoje laboratoria niemieckim konstruktorom. Dostarczali również bezcennych surowców. Trzon armii niemieckiej, która zmiażdżyła Europę w latach 1939–1940, został stworzony w Związku Sowieckim.
Armia ta miała być narzędziem w rękach Moskwy. Narzędziem, które miało posłużyć do zniszczenia Europy i utorowania drogi dla zwycięskiego, „wyzwoleńczego” marszu Armii Czerwonej. Jak to jednak osiągnąć? Oczywiście najlepiej na jej czele postawić człowieka nieobliczalnego. Jakąś agresywną, nieodpowiedzialną jednostkę, która – odpowiednio sprowokowana przez Sowietów – rzuci się na sąsiadów i rozpęta wojnę. W całych Niemczech nie było lepszego kandydata do odegrania tej roli niż Adolf Hitler, przywódca NSDAP.
„Bez Stalina nie byłoby Hitlera, nie byłoby gestapo” – pisał Lew Trocki. I miał rację. Chociaż oficjalnie w latach 20. i na początku lat 30. niemieccy komuniści i narodowi socjaliści toczyli ze sobą bój na śmierć i życie, Moskwa zakulisowo wspierała NSDAP. Maski zostały zdjęte w roku 1933, gdy odbyły się wybory powszechne, które miały zmienić oblicze Niemiec. Otóż NSDAP zdobyła w nich mniej głosów niż komuniści i socjaldemokraci. Wystarczyło, żeby te dwa ugrupowania zawiązały koalicję i to one stworzyłyby rząd. Stalin powiedział jednak „niet”. Wydał on swojej berlińskiej ekspozyturze surowy zakaz wchodzenia w jakiekolwiek układy ze „zgniłymi socjaldemokratami”. W efekcie nominację na kanclerza otrzymał Adolf Hitler. Machina została wprawiona w ruch. „Lodołamacz rewolucji” – jak nazywano w Moskwie przywódcę narodowych socjalistów – rozpoczął swój rejs.
Ten nieszczęsny człowiek, który „dyszał nienawiścią do komunistów”, nawet nie zdawał sobie sprawy, że jest narzędziem w ich rękach. Zresztą ta nienawiść nie była chyba znowu tak wielka. Hitler wypowiadał się o Stalinie z podziwem, nawet gdy między oboma państwami wybuchła już wojna. Narodowy socjalizm małpował zaś bolszewizm. Monumentalne budowle, symbolika i stylistyka, tajna policja, obozy koncentracyjne, olbrzymia waga, jaką przywiązywano do propagandy. Przecież to wszystko było żywcem ściągnięte ze Związku Sowieckiego.
Pod koniec wojny dla berlińskich elit stało się jasne, że walcząc na dwa fronty, III Rzesza poniesie straszliwą klęskę. Wielu pragmatycznie nastawionych oficerów Wehrmachtu zaczęło wówczas myśleć o zawarciu separatystycznego pokoju z Anglosasami i skierowaniu wszystkich sił do powstrzymania nadciągających od wschodu bolszewików. Hitler miał inny pomysł. Otóż chciał on zawierać pokój separatystyczny ze Stalinem…

Bal w Operze

Socjaldemokratyczną Partię Niemiec utworzyli, czy raczej zorganizowali August Bebel nazywany ojcem niemieckiej socjaldemokracji i Wilhelm Liebknecht (ojciec Karola) w połowie lat iedemdziesiątych dziewiętnastego wieku. Hasła proste – parlamentaryzm, powszechne prawa wyborcze, swoboda działalności gospodarczej, ograniczenie władzy monarchy, godziwe wynagrodzenie itd., lekki akcent na stronę opiekuńczą.

Emerytury wprowadził Bismarck, więc wytrącił w tym zakresie karty z rąk. Mimo wszystko, jak na tamte czasy ot chłopaki rozrabiali sporo, bowiem już kilka lat po utworzeniu SPD żelazny kanclerz Otto B. zakazał jej działalności i trwało to do roku 1890. Ustawy specjalne przeciwko socjalistom były co pewien czas przedłużane, trwało to kilkanaście lat.

Do Augusta Bebla dołączył Karol Kautsky – filozof i ekonomista, i tak ciągnęli nowoczesny wózek na socjaldemokratycznych kołach. Syn Wilhelma – Karol Liebknecht wraz z Różą Luxemburg odbił w lewo i założył Związek Spartakusa, a gdy dołączył do nich Franio Mehring, to powstała z lewicowych socjaldemokratów Komunistyczna Partia Niemiec (KPD). August Bebel zmarł przed pierwszą wojna światową, Karol Kautsky w 1938 r. i mimo, że nazywano go „papieżem marksizmu” to bolszewików i stworzonego przez nich systemu nie darzył sympatią, tak eufemistycznie rzecz biorąc. Karl Liebknecht i Róża Luksemburg zostali zamordowani w Berlinie przez grupy nacjonalistycznych oficerów. Wszyscy czworo mają swoje ulice w Berlinie (tak jak i Marks i Engels), zmiany po wojnie dotyczyły tylko Adolfa H. i Hermanna G.

Weimarska socjaldemokracja

Po traktacie wersalskim to właśnie SPD zorganizowała rząd, a do 1932 r. z jej szeregów rekrutowali się kolejni kanclerze i większość ministrów. I to za sprawą SPD zatrzymany został ruch rewolucyjny, stłumione robotnicze rewolty w latach 1918 – 1923.

Prawicowe zresztą również. Ojcem i pierwszym kanclerzem Weimarskiej Republiki był jeden z czołowych działaczy SPD – a właściwie lider tej partii – Friedrich Ebert – na szczęście dla niego zmarł w 1925 r.

I tak sobie współrządziła SPD, a na ulicach przewalali się komuniści i nacjonaliści – i jedni i drudzy bardzo nie lubili socjaldemokratów, przy czym komuniści tylko ich lali – od czasu do czasu, za to nacjonaliści nierzadko mordowali – np. Walther Rathenau zamordowany w 1922 r. – minister spraw zagranicznych – wspierający asymilację niemieckich Żydów, sam zresztą Żyd niemiecki. Będący wtedy kanclerzem Joseph Wirth (PD) wypowiedział w Reichstagu słynne słowa – „Wróg jest na prawicy”. Karl Gareis, lider niemieckiej niezależnej SPD (lewicująca frakcja, ale oddzielnie zorganizowana), został zamordowany rok wcześniej, były minister finansów Matthias Erzberger – zamordowany w sierpniu 1921 r. (SPD) – pisarz, publicysta. Za wszystkimi mordami stali prawicowi nacjonaliści.

Zresztą, jeśli chodzi o nacjonalizm, to sama SPD w okresie Republiki Weimarskiej była jak najbardziej proniemiecka, ale nie nacjonalistyczna. Świadomość tożsamości narodowej wynikała z konieczności odniesienia się do skrajnego szowinizmu ukształtowanego po porządku traktatu wersalskiego – Niemcy straciły Śląsk, zabór Polski, Alzację i Lotaryngię, okupowane było Zagłębie Ruhry, w którym Francuzi poczynali sobie niezwykle brutalnie tłumiąc bezpardonowo wszystkie wystąpienia robotnicze.

Ale SPD trwała kierując państwem na tyle rozsądnie, że unikano spłat morderczych rat reparacji wojennych, przynajmniej o tyle, o ile można to było zrobić, rozbudowywano do kryzysu opiekę społeczną i medyczną, dbano o szkolnictwo. Wszystko to w atmosferze „pełnej swobody obywatelskich praw”, których poszanowanie prowadziło nierzadko do niezłego bajzlu, bo jeżeli już kogoś skazano za działalność wywrotową i terrorystyczną to na krótko, w dobrych warunkach, a do tego ogłaszano liczne amnestie. Programowa swoboda w połączeniu z niezachwianą wiarą w demokracje parlamentarną, jak się okazało w dobie kryzysu światowego, który szczególnie mocno dotknął Niemcy – doprowadziła do zgonu tak SPD, jak i Republiki Weimarskiej.

Dobra zmiana

Światowy kryzys to bezrobocie przekraczające 30 proc., hiperinflacja, głód, nędza. Dobra pożywka dla każdego, kto obieca, że będzie inaczej, to znaczy lepiej – dobra zmiana.
Na tym bliżej nieokreślonym dobrobycie, który miał się pojawić w przyszłości, zaprawionej mocno szowinizmem i obietnicą rozliczenia za przegraną wojnę oraz postanowienia wersalskiego traktatu oparł swój program, czy raczej polityczny bełkot Adolf Hitler. Ale jego partia – NSDAP – reaktywowana po nieudanym puczu Monachijskim – w 1925 r. liczyła tylko 125 członków. Siedem lat później blisko 700 tys., z czego ponad połowa w szeregach SA.

To wynik nie tylko nachalnej propagandy padającej na podatny grunt, bo Niemcy chcieli wierzyć w lepszą przyszłość, ale przede wszystkim finansowe wsparcie ze strony przemysłowych potentatów, których w NSDAP widzieli przeciwwagę dla silnej KPD. Trzeba tez pamiętać, że sami wielcy finansiści i przemysłowcy niemieccy byli przekonani, że Hitlerem da się sterować tak przez prezydenta Hindenburga, jak i strumień kierowanych do niego dotacji. Franz von Papen, któremu Hitler tak naprawdę zawdzięczał kanclerską nominację nazywał Adolfa „Pajacem”, nie traktował go poważnie. Hitler był wygodny dla tych, którzy decydowali o losach Niemiec.

Wyprzedzając nieco wypadki trzeba wskazać, że ocena była niewłaściwa. Von Papen doprowadził do tego, że w styczniu 1933 r. prezydent Paul von Hindenburg odwołał ze stanowiska kanclerza prawicowego polityka – byłego oficera kajzerowskiego Sztabu Genralnego – Kurta von Schleichera, którego miejsce zajął Hitler. Sam Schleicher sprzyjał ruchowi narodowosocjalistycznemu i oczyścił mu przedpole w Reichswehrze, usuwając pozostających w opozycji do Adolfa i jego ruchu generałów (przede wszystkim w 1932 r. pozbył się ministra obrony generała Hermanna Görnera).
Hitler zatem miał w 1933 r. dobrą pozycje przetargową – większość w Reichstagu (choć nie bezwzględną), szturmowców Röhma, którzy blisko czterokrotnie przekraczali liczebność Reichswery (wykorzystał to później, ograniczając rolę SA i zabijając jej szefa w zamian za poparcie armii, która czuła się już niezagrożona), zidentyfikowanych wrogów odpowiedzialnych za stan państwa – Żydzi, komuniści, socjaliści, Anglia i Francja – oraz pieniądze, które wydatkował tak, jak, chciał i na co chciał, a nie tak, jak planowali darczyńcy.

Narzędzie się usamodzielnia

W gruncie rzeczy nie stworzył ani systemu, ani też nie podjął zaplanowanych działań, wszystko to „wyszło” jakoś samoczynnie i intuicyjnie.

Rok 1932 przyniósł w wyborach od Reichstagu zwycięstwo NSDAP. Faszyści zdobyli 37 proc. SPD miała 22 proc., komuniści blisko 17 proc., Centrum (przede wszystkim chadecy, ale bardziej z nazwy niż z programu) 12 proc. W kolejnych wyborach przeprowadzonych w marcu 1933 r. Adolf nie popuścił, terror, bicie uczestników mityngów przedwyborczych innych partii, walka dosłownie „na noże” z komunistami i głaskanie centrystów. To miało dać mu zwycięstwo i to tym łatwiejsze, że po podpaleniu Reichstagu w nocy z 27 na 28 lutego 1933 r. już następnego dnia, na podstawie przepisów Konstytucji Republiki – Adolf „załatwił” wraz z von Papenem podpisanie przez prezydenta von Hindenburga dekretu o ochronie państwa i narodu w sytuacji stanu wyjątkowego. Teraz brunatne koszule lały wszystkich przeciwników politycznych i to pod ochroną Policji. Sama SA dostała status oficjalnej, państwowej Policji Pomocniczej, więc jak lała w mordę, to było to prawnie usankcjonowane. Mimo to zdobył tylko 44,5 proc. głosów. SPD, komuniści i centrum – 42,5 proc.

Przy okazji załatwiono się z wolna prasą, demolując redakcji kilkudziesięciu gazet i lejąc po gębach członków redakcyjnych zespołów. Narzędzia pracy wyrzucano przez okno, materiały redakcyjne palono. I słusznie, bo znaczna część prasy przestrzegała przed Adolfem.

Smutny bal

Podpalenie Reichstagu było hasłem do ogłoszenia obrony państwa przed komunistyczną rewolucją, bowiem Adolf stwierdził, że chcą oni przejąć siła władzę. Na drodze zbrojnego powstania. Pierwsza sesja nowego Reichstagu odbyła się w gmachu opery. Bal był raczej smutny, bo posłom towarzyszyła liczna liczba funkcjonariuszy SA i SS, a obrady zawierały jeden punkt – przyjęcie ustawy o pełnomocnictwach specjalnych zresztą i konstytuujących jednowładztwo Hitlera w zakresie stanowienia prawa. Ustawę przyjęto w dniu 24 marca 1934 r. – dawała ona wodzowi absolutna władze na cztery lata. Trzeba trafu, że jednym z haseł Adolfa w kampanii wyborczej było zdanie „Za cztery lata nie poznacie Niemiec”. Powtórzył to po przyjęciu ustawy powtórzył to z operowej mównicy. Jedynymi, którzy głosowali przeciw, mimo tego, że spodziewali się aresztowania (połączonego, co pewne w wypadku działania nazistów, z wcześniejszym pobiciem) ze strony szturmowców – byli deputowani z SPD. Otto Wels wygłosił ostre przemówienie, choć niewielu mogło go usłyszeć, bo zagłuszali go sa-mani.
kto dał zapałki?

Centrum – czyli w znacznym stopniu chadecy, katolicy, zostali przekupieni przez Hitlera obietnicą pozostawienia ich w spokoju i przyznania specjalnego statusu kościołowi katolickiemu.
Rzeczywiście Hitler podpisał później konkordat ze stolica apostolską, ale przed prześladowaniami działaczy Centrum, tak jak i niemieckich, katolickich księży to nie uchroniło. Joseph Ersing – ksiądz i lider Centrum wylądował w obozie koncentracyjnym, w 1945 r. Trybunał Ludowy wydał nań wyrok śmierci, na szczęście dla niego nie zdążono go wykonać. Heinrich Brüning zwiał i to szybko, podobnie jak ksiądz Ludwig Kaas, który chyba jakoś nie miał zaufania do Niemiec w ogóle, bo zmarł na początku lat pięćdziesiątych w Watykanie. Sam Otto Wels z SPD zmarł w 1939 r. w Paryżu.

Kurt Schleicher, przedostatni kanclerz Weimarskiej Republiki, został zamordowany na rozkaz Adolfa Hitlera w 1934 r. w „Noc Długich Noży”. Franz von Papen uniknął tego losu mimo, że już w czerwcu 1934 r. wygłosił na jednym z niemieckich uniwersytetów przemówienie, wzywając do powrotu do praworządności i swobody wypowiedzi w życiu publicznym Niemiec.
Jego współpracownicy nie mieli tyle szczęścia. Zostali zamordowani. Socjaldemokrata Otto Braun – drukarz z zawodu i premier Prus w czasach Republiki został przy okazji wyjazdu do chorej żony w Szwajcarii. Do ojczyzny nie wrócił. Można powiedzieć, że uszli z z życiem jedynie ci, którzy zdołali uciec. Cała reszta szybko stała się historią.
Co do podpalenia Reichstagu to oskarżono o to Holendra – Marinusa van der Lubbe. Skazany został na śmierć i wyrok wykonano. Na ławce oskarżonych posadzono wraz z nim komunistów – Niemca Ernsta Torglera i Bułgarów, w tym Georgija Dymitrowa.

Oni zostali uniewinnieni przez niemieckich sędziów wobec braku jakichkolwiek dowodów. Ale to byli sędziowie Sądu, a nie późniejszych Trybunałów Ludowych. Torgler od 1940 r. współpracował z nazistowskim Ministerstwem Propagandy. Po zamachu z lipca 1944 r. nie został aresztowany mimo wydanego nakazu, bo za jego lojalność wobec reżimu zagwarantował jego szef Joseph Goebbels.
Szef berlińskiej policji w 1933 r. – Rudolf Diels vel Diehls zrelacjonował po wojnie, że Reichstag jeszcze dymił, kiedy na jego schodach pojawił się Adolf Hitler wraz z najbliższymi współpracownikami: Göringiem, Goebbelsem, Himmlerem. Znane są relacje, jakoby już wtedy Adolf miał oświadczyć, że jest to koniec komunizmu i komunistów w Niemczech. Nie można zatem wykluczyć, że nawet jeżeli to van der Lubbe podpalił Reichstag, to ktoś dał mu do ręki zapałki.

Nieuchronny bieg wydarzeń?

Czy można było zwyciężyć Adolfa H. i jego partię w wyborach 1933 r.? Czy ktoś widział, jakie rzeczywiste zagrożenie niosą ze sobą rządy nazistów? Jak widać z powyżej przedstawionych faktów chyba nie, bowiem po pierwsze nierealnym był sojusz socjaldemokratów z komunistami. KPD szła na pasku Kominternu i wyzywała SPD od faszystów – takich. Politycy SPD zostali skutecznie wyleczeni z jakichkolwiek sympatii do komunizmu, patrząc na wydarzenia lat 30. w ZSRR.

Niezależnie od wyniku wyborów parlamentarnych tekst dekretu o ochronie państwa i narodu z 28 lutego 1933 r. był przygotowany wcześniej, gotowca podłożył prezydentowi Hindenburgowi nazistowski Minister Spraw Wewnętrznych – Wilhelm Frick. Jak widać z rozkładu głosów w Operze – normalni posłowie nie mieli szans na przeciwstawienie się temu, co najgorsze, ustawie o pełnomocnictwach. A to ona utorowała drogę do powstania nazistowskiej III Rzeszy. Ale zawsze kogoś można przekupić, albo zastraszyć. Mała dygresja. Hitler w wyborach w 1932 r. miał taka koalicję z ultranacjonalistami – DNVP – to byli tacy prawdziwi Indianie, ale ich interesowały tylko Wielkie Niemcy, niektórych restauracja monarchii, a do haseł nawet tylko w nazwie zahaczających o słowo „socjalizm” podchodzili z odrazą. Większość została podkupiona stanowiskami państwowymi tak, że w marcu 1933 r. liczba głosów oddanych na NVDP spadła o połowę.
Gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, co będzie wyprawiał Hitler, to by po prostu na niego nie głosowali. Poza koniunkturalistami i oszołomami. Interesy niemieckiej armii i kół finansowo – gospodarczych miał zabezpieczyć właśnie Hitler, który miał chodzić na uwięzi. Ale Adolf leczył zwycięstwem i władzą absolutną swoje kompleksy, więc ze sznurka się zerwał.

Hitler nie budował systemu, nie prowadził pracy organizacyjnej, nie interesowała go gospodarka – od tego miał ludzi (nawiasem mówić Albert Speer był gospodarczym i finansowym geniuszem), miał też szczęście do ludzi, bo niektórzy wierzyli w pokrętne hasła. Warto poczytać Wiliama Shirera, który w tych latach był korespondentem, prasowym w Berlinie. Wie, co pisał, bo widział to na własne oczy.