Maszerować osobno, uderzać razem

Z MARCINEM CELIŃSKIM, zastępcą redaktora naczelnego „Liberté”, wydawcą, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Czy w sprawie Sądu Najwyższego PiS zaplatał się we własne nogi i nie uda mu się spacyfikować go tak łatwo, jak to udało się z Trybunałem Konstytucyjnym i Krajową Radą Sądownictwa?

W przypadku PiS mamy do czynienia nie tylko z pakietem złej woli, ale też ze zwyczajnym niechlujstwem prawnym, ustawodawczym. Taką samą sytuację mieliśmy choćby w przypadku ustawy o IPN. Oni robią wrażenie, jakby nie potrafili poprawnie sporządzić aktu prawnego, zgodnego czy niezgodnego z konstytucją, ale spójnego i profesjonalnego. Przeprowadzili ustawę o Sądzie Najwyższym z hałasem i tromtadracją, a okazało się, że jest ona tak zła, że nie sposób jej wprowadzić zgodnie z nią samą. Poza tym mamy do czynienia z wyraźną dekompozycją obozu władzy. Prezydent stosuje zasadę uników, żeby nie narazić się ani swojemu obozowi, ani obrońcom konstytucji. Jacek Kuroń mawiał, że nie można być trochę w ciąży, a pan prezydent tego próbuje. Rezultaty tych wszystkich poczynań są powszechnie znane, katastrofalny wizerunek Polski za granicą i perspektywa rozległych strat, w tym także finansowych, których prędzej czy później doświadczymy. Od jakiegoś czasu nie jesteśmy już krajem pierwszej prędkości UE. Nie byłem i nie jestem apologetą poprzedniej władzy, ale przy wszystkich jej wadach, sądy były niezależne. PiS walczy z niezależnością sądów, przedstawiając nam tę ich cechę jako blokującą sprawność i nieuchronność wyroków. Jednocześnie zmiany wprowadzane przez obecną większość są skuteczne tylko w likwidowaniu niezależności, nie ma poprawy pracy sądów, jest karuzela personalna. Sądy stają się równie niesprawne lub nawet bardziej powolne w orzekaniu, już wyniki są gorsze, a jednocześnie kontrolowane przez partyjnych polityków. Najlepszym przykładem jest spadek efektywności Trybunału Konstytucyjnego od czasu przejęcia tej instytucji przez partyjnych nominatów.

 

Skala protestów w obronie sądów Pana zadowala?

Sądownictwo nie jest domeną, która może być detonatorem bardzo masowych protestów, ale mam nadzieję, że będą one na tyle intensywne, że w bliższej czy dalszej konsekwencji położą kres władzy PiS i jemu podobnych sił. Lech Wałęsa zażyczył sobie 100 tys. demonstracji pod Sądem Najwyższym, jakby zapomniał, że nawet w „gwiezdnym czasie” pierwszej Solidarności o tak wielkie demonstracje było trudno.

 

Co będzie potrzebne, gdy PiS kiedyś straci władzę? Konstytuanta, akt restytucji demokracji, anulowanie uchwalonych przez obecny Sejm aktów prawnych?

Są różne pomysły, choćby sformułowany przez Grzegorza Schetynę akt „depisyzacji”. Uważam je za, na ogół, populistyczne, choć bywają nęcące i ekscytujące emocjonalnie. Pojawił się też pomysł Adama Szłapki Konstytuanty, która przygotowałaby nową konstytucję, bo ta obecna okazała się za słaba do obrony liberalnej demokracji. Ona powstawała w innych warunkach, także mentalnych, kiedy istniał jeszcze szacunek dla pewnych niepisanych obyczajów politycznych, poczucie przyzwoitości, zdolności do samoograniczenia. Autorom obecnej konstytucji prawdopodobnie nie przyszło do głowy, że do władzy może dojść formacja, która będzie miała te wartości gdzieś. Martwi mnie to, co będzie po PiS. Obawiam się nastroju rekonkwisty, czyli chęci wykorzystania przeciw ludziom przegranego PiS tych narzędzi, które ono przygotowało, chęci wycięcia ich do imentu. Obawiam się, że karuzela znów zastąpi namysł nad ustrojem państwa, propozycje pozytywnych rozwiązań, knowhow. Weszliśmy na niebezpieczny poziom emocji społecznych, gdzie walka ze złem – czyli tworzonym systemem pogardy, sortowania Polaków, niszczenia praw i instytucji chroniących naszą wolność przekształca się w spersonifikowaną walkę z przedstawicielami tej władzy, prezesem partii, premierem, prezydentem, marszałkami sejmu, takimi czy innymi ministrami. To niebezpieczna droga.
Obawiam się dominującej w wypowiedziach polityków opozycji chęci, przywracania status quo ante, tego co było wcześniej. To się w historii jednak nigdy nie udało. Nie powinno się i nie da się przywrócić stanu sprzed 25 października 2015. Jestem też sceptyczny do inicjatyw „byłych wielkich”. Szanowanemu Aleksandrowi Kwaśniewskimu, prezydentowi dwóch kadencji nie wyszła później żadna inicjatywa polityczna, której dawał „błogosławieństwo”. Podejrzewam, że to samo może spotkać Donalda Tuska z jego pomysłem na zebranie politycznych celebrytów. Dodajmy do tego jeszcze jedno – absolutną pewność, sprawdzoną w praktyce lat poprzednich, że ci celebryci nie zaprojektują nam lepszej Polski na miarę XXI w – nie dlatego, że są źli, tylko dlatego, że nie potrafią.
Obecne działania opozycji, w szczególności Platformy Obywatelskiej i „Nowoczesnej to prosta droga do pozostania opozycją na poziomie 25-30 procent głosów, które dadzą im 150 mandatów Sejmie i bezpieczną odległość od możliwości przejęcia władzy. To bierze się także z braku systemu pokoleniowej rotacji elit, mieszania się „starych” z „młodymi”, co jest niezbędne choćby z powodu zmiany obrazu świata, który jest światem nowych technologii, Internetu, etc. Obracamy się w ramach tej samej klasy politycznej ukształtowanej w pierwszych latach po 1989 roku. Tymczasem mam wrażenie, że znacząca część tego pokolenia, które jest dziś w głównym nurcie zatrzymała się mentalnie i poznawczo w latach dziewięćdziesiątych. Niektórzy z nich nie zauważyli, że Fukuyama odwołał „koniec historii”.

 

Walka o Sąd Najwyższy, to także gra o demokratyczne wybory, o uznanie ich wyniku, o to by władza nie miała tu atutów w ręku…

Patrzę na to o tyle inaczej, że uważam, iż prawdziwej wygranej nie można odwrócić, można sfałszować wybory na poziomie kilku punktów. Nie znamy chyba przypadku wyborów, gdzie zdecydowana większość wyborcza dałaby się „oszwabić”. Dlatego największym zmartwieniem opozycji powinno być to, by zdobyła 50 procent głosów, a dopiero potem martwić się o zatwierdzenie wyniku wyborów. Przypomnę, że na dziś sondaże lokują PO na poziomie 20%, więc naprawdę nie ma czym się „martwić”. Inaczej kształtuje się rola Sądu Najwyższego, gdy mamy wynik typu 38 do 37 procent. Tylko, że wygrana na takim minimalnym poziomie i przejęcie steru rządów to sytuacja nie do pozazdroszczenia, Opozycyjny PiS z podobną liczbą mandatów mógłby prowadzić skuteczną obstrukcję odbudowy państwa.

 

Co mogłoby być remedium na silne zwycięstwo opozycji?

Powiem coś, co może zaskoczyć, ale nie będzie nim tzw. zjednoczona opozycja. Nie widzę możliwości jednolitego bloku antypisowskiego pod egidą liberalno-konserwatywnej Platformy. Nawet, gdyby porozumieli się politycy, to nie pójdą na to wyborcy po wszystkich stronach. Potrzebne są dwa-trzy silne bloki opozycyjne, konserwatystów, liberałów i lewicy, które nie będą ze sobą walczyć, ale spokojnie zbiorą wyborców i rozproszone siły, a następnie zawrą pakt o nieagresji, zgodnie z formułą Napoleona, by maszerować osobno, a uderzać razem.

 

Ocena siły PiS rozciąga się na kontinuum od samochwalstwa tej partii łącznie ze szczytowaniem w sondażach do 50 procent do sceptycznych ocen profesora Radosława Markowskiego, który przekonuje, że nie są oni tak silni, a w liczbach bezwzględnych słabną. Jak Pan to widzi?

Jest problem wiarygodności badań ankietowych. W Polsce skala odmów odpowiedzi na pytania ankietowe wynosi około 30 procent. To bardzo dużo i to bardzo deformuje wyniki sondażowe. W tym wyniku można doszukiwać się sporej części odmów z powodu lęku przed władzą, a to w konsekwencji daje władzy zwyżkę w sondażach. Rozkład sił modernizacja – antymodernizacja jest od ćwierć wieku z grubsza stały. Decyduje więc mobilizacja sił. Obecnie PiS się zużywa, ale z drugiej strony alternatywa jest słaba, mówiąc kolokwialnie – nie ma nowego, dobrego produktu. Dziwię się na przykład, że ani Nowoczesna, ani SLD, ani nawet Razem nie spróbowały zagospodarować politycznie protestu „czarnych parasolek”. Obecne siły opozycyjne powinny zagospodarować rozproszoną, wolnościową energię społeczną. Między triumfalistycznym huczeniem Morawieckiego a sceptycyzmem Markowskiego pojawia się groźba sytuacji, w której ten ostatni będzie miał rację, a ten pierwszy wygra, z powodu niskiej frekwencji, która może dać PiS większość konstytucyjną, nawet gdy w liczbach bezwzględnych poparcie dla nich spadnie.

 

Sytuacja gospodarcza jest dobra, ale czy nie ma chmur na horyzoncie?

Jest dobra. Cały czas korzystamy z koniunktury światowej, bo w odróżnieniu od prosperity okresu gierkowskiego jesteśmy dziś w pełni wkomponowani w gospodarkę światową, a nasz dobrobyt bardziej zależy od stanu ekonomii Niemiec niż naszej własnej. Chmury jednak pojawiają się. Pojawiła się inflacja i są duże wzrosty cen. Przekroczyliśmy bilon złotych zadłużenia wewnętrznego. Dobrze nam się żyje, ale będziemy musieli to spłacić. Jest wyraźny spadek inwestycji, na czym na przykład zyskuje rynek deweloperski. Inwestorzy wycofują środki z ryzykownych przedsięwzięć biznesowych w pasywny, bezpieczniejszy rynek nieruchomości. Wycofują się choćby z giełdy i wchodzą w rejestry mniej widoczne w statystykach gospodarczych. Skutków tego jeszcze nie widać, ale za 5-7 lat mogą się objawić. Ma miejsce niepohamowana redystrybucja, która jest potrzebna, ale ona nie powinna oznaczać rozdawnictwa na ślepo, bez względu na potrzeby obdarowywanych. Tymczasem święty Mikołaj umarł gdzieś na przełomie lat 80-tych i 90-tych. Tym Mikołajem był wzrost demograficzny, a my jesteśmy w tendencji odwrotnej, także w Polsce, choć w Europie zachodniej jest gorzej. Inaczej można myśleć o życiu na kredyt, jakie mamy, obecnie ze świadomością, że pokolenie wstępujące jest większe niż to odchodzące. Dziś jest dokładnie na odwrót – pokolenia wielu podatników są zastępowane przez mniejsze.
Nie jestem dogmatycznym wrogiem deficytu budżetowego, ale on może być powiększany w czasie bessy gospodarczej, w czasie hossy powinien być redukowany. Wtedy powinniśmy oszczędzać w przewidywaniu gorszych czasów, a u nas dzieje się odwrotnie – zadłużamy się, a jako płatników podatków będzie nas mniej. Śmierć świętego Mikołaja bardzo skomplikowała politykę społeczną. Słynne, a tak krytykowane odejście europejskiej lewicy od dawnych praktyk w tej mierze, przesunięcie się na pozycje liberalne gospodarczo jest właśnie konsekwencją tej śmierci.

 

Mówiliśmy o wyborach parlamentarnych, ale o ile w ich przypadku wiemy przynajmniej, jakie podmioty polityczne będą brać w nich udział, o tyle w przypadku prezydenckich nie wiemy ciągle nic. Czy Andrzej Duda znów wystartuje, czy PiS go poprze, jacy będą kandydaci opozycji, choć pojawiają się nazwiska Tuska czy Biedronia?

Jestem przeciw próbom wyłonienia jednego kandydata opozycji, bo to się skończy katastrofą. Trzeba pamiętać, że wybory są dwuturowe. Że w pierwszej można głosować podług poglądów czy serca, a dopiero w drugiej trzeba się zdecydować na wybór taktyczny. Trzeba więc dotrwać do drugiej tury w takim stanie, żebyśmy mogli ze sobą rozmawiać, nie pozabijać się wcześniej. Obecnie najpoważniejszym kandydatem na kandydata opozycji wydaje się być Tusk, ale to nie znaczy, że na jakimś pasie nie zostanie „przejechana zakonnica w ciąży”. Dlatego muszą się pojawić inne sympatyczne postaci. Trudniej wróżyć drugiej stronie. Tu czynnik decydujący nazywa się Jarosław Kaczyński. Jego choroba pokazała, jak PiS się rozjeżdża pod jego nieobecność. Wedle mojej wiedzy technika wygląda obecnie tak, że prezes kontaktuje się głównie z Joachimem Brudzińskim i to on przekazuje na zewnątrz polecenia i decyzje prezesa. Może to rodzić sytuację jak z „Ojca chrzestnego”, kiedy ważny consigliere przekazuje wolę capo di tutti capi, ale nie wszyscy mu dowierzają i usiłują dostać się przed oblicze capo, więc powstaje pewne zamieszanie, kwasy i stan wzajemnej nieufności. Duda najprawdopodobniej zostanie kandydatem PiS, po warunkiem, że PiS dotrwa do wyborów prezydenckich. Może nie dotrwać, jeśli prezes złoży prezesurę i zostanie prezesem honorowym, czy z jakiś innych przyczyn go nie będzie. Wtedy nastąpi tam walka o wpływy, zaczną się sobie rzucać do gardeł, bo kandydatów na prezesa jest co najmniej pięciu, choć tym namaszczonym jest podobno Brudziński. Ze skutecznością takiego namaszczenia bywa jednak różnie. Kaczyński jest obecnie jedynym zwornikiem tego środowiska i jedynym jego hamulcowym. To nie jest pozytywny bohater mojej bajki, ale na tle swoich ludzi zachowuje on jakiś umiar i racjonalność. Boję się, co tam się może stać, gdy jego zabraknie, bo inni jego cech nie mają, a na pewno nie mają siły przeforsować swojej woli. Podejrzewam więc, że po kilkakrotnym upokorzeniu i przeczołganiu Dudy, prezes wystawi go jednak do wyborów. PiS bez Kaczyńskiego wystawiłby kilku kandydatów i nawet w drugiej turze żaden z nich nie miałby wielkich szans, bo się skłócą a w PiS wszystko, w tym konflikty są „bardziej”. A konflikty wybuchną, bo jak się długo żyje w głuchej nienawiści, to ona wybucha w końcu ze zdwojoną siłą.

 

Uwzględnijmy jeszcze czynnik, jakim jest Kościół katolicki. Czy to nadal nienaruszalny hegemon, czy instytucja w opałach, wobec słabnącej religijności młodych, spadającej frekwencji w kościołach i ataków ze strony radykalnych grup antykościelnych?

Dla mnie problemem jest nie tyle Kościół, ile klasa polityczna. Kościół ma własne cele i ma prawo, jaka każda organizacja, je realizować. To, że Kościół zrobił się nacjonalistyczny i autorytarny, to problem jego wyznawców, na ile im się to podoba lub nie. W tym zakresie egzaminu od 1989 roku nie zdaje państwo polskie. Wszystkie, powtarzam – wszystkie ekipy dawały Kościołowi co chciał, wbrew prawu finansowały go, ulegały jego żądaniom, utrzymywały go w poczuciu bezkarności, były wobec niego służebne. Najczęściej robili to kolejni ministrowie kultury, ale także parlament, który w każdej kwestii szedł Kościołowi na rękę i spełniał jego finansowe zachcianki. Konsekwencją tego jest coraz bardziej władczy ton przyjmowany przez biskupów, ton polecenia wobec parlamentarzystów i polityków. Państwo powinno pilnować interesów państwa, a nie być kościelne. W szkołach powinna być, jak we Francji, aksjologia państwowa, a nie kościelna. Wiara jest sprawą prywatną i nie powinna być mieszana do spraw państwowych i publicznych. Nie powinno być tak, że jeśli ktoś chce wywołać ostry konflikt, wyskakuje ze sprawą zakazu aborcji. Kościół nie jest problemem, lecz państwo, które nie potrafi powiedzieć mu: nie.

 

Dewiza współtworzonego przez pana pisma brzmi: „Głos wolny, wolność ubezpieczający”, zaczerpnięta z tytułu politycznego traktatu Stanisława Leszczyńskiego. W dzisiejszym rozumieniu, ten głos, to wolne media. Okazało się, że wolne media nie zapobiegły temu, co się stało, a w „publicznej” TVP mamy „Wiadomości”, orgię najprymitywniejszej propagandy i manipulacji.

Ludzie Platformy mawiają do mediów: krytykowaliście nas, to jest to, co jest. Ale wolny głos musi być uczciwy. Przekaz faktów powinien być oddzielony od komentarza. Propaganda nie jest ani dziennikarstwem ani nawet publicystyką. Nie jest rolą dziennikarza kreowanie czy zapobieganie zdarzeniom, ale informowanie, a rolą publicysty komentowanie. Jeżeli politycy mainstreamu, świadomie czy nie, w ostatnim 25-leciu zaniechali budowania tożsamości państwowej choćby w szkołach, we własnym przekazie, to w tę lukę weszli ci, którzy mieli jakikolwiek pomysł ze swoim przesłaniem. Nagle okazało się, że AK i Polskie Państwo Podziemne było bez znaczenia, a siłą prawdziwą były NSZ, partyjna milicja nacjonalistów, a potem tzw. „żołnierze wyklęci”, gdzie do jednego worka wrzucono faktycznych bohaterów i zwykłych bandytów. Absurd, który wielu przyjęło za prawdę. Problem przede wszystkim w szkołach, które przesiąkły tym wszystkim. Trzeba temu przeciwstawić wspólnotę obywatelską, aksjologię państwową. Wszystko inne można do woli uprawiać poza nią. Media odegrają rolę kluczową, o ile w klasie politycznej, w ruchach społecznych znajdą się idee, które można będzie przekazać. Wtedy „głos wolny, wolność ubezpieczający” będzie skuteczny.

 

Dziękuję za rozmowę.

Głos prawicy

Ciemne chmury nad Kwaśniewskimi

– Śledczy mają informacje o transakcjach finansowych z kilkunastu rachunków bankowych oraz szczegółową analizę połączeń telefonicznych. Czy będzie przełom w postępowaniu dotyczącym byłego prezydenta i jego małżonki? – pyta Wojciech Wybranowski w artykule „Rachunki pogrążą Kwaśniewskich?” na łamach „Do Rzeczy”.

 

Komu kojarzy się z seksem, a komu z kościołem?

Ten sam tytuł zżyma się na wypowiedź Piotra Ikonowicza w TVP:

Dyskusja toczyła się wokół niepełnosprawnych i ich opiekunów, którzy od 40 dni protestują w Sejmie. W „Studio Polska” europoseł PiS Karol Karski nawiązał do wizyty byłego prezydenta Lecha Wałęsy, który odwiedził protestujących w parlamencie w ostatni poniedziałek.
– Przypomniałem sobie te 100 mln, które Lech Wałęsa obiecał w czasie wyborów. Wspiera kogokolwiek w jakiejkolwiek akcji, a sam nie potrafił wywiązać się ze swoich obietnic. W przeciwieństwo do PO i PSL oraz Wałęsy, my realizujemy swoje zobowiązania – mówił Karski.
Na słowa europosła PiS zareagował Piotr Ikonowicz, który – jak podaje wPolityce – zaczął wykrzykiwać antyklerykalne hasła i obrażać ojca Tadeusza Rydzyka. – Niech tłusty się pofatyguje na kolanach – powiedział. Po tej wypowiedzi w studio doszło do awantury.
– Ludzie mają dziwne skojarzenia. Niektórym wszystko kojarzy się z seksem, a panu z Kościołem – zwrócił się do Ikonowicza europoseł PiS. Nawiązując do protestu niepełnosprawnych polityk stwierdził: – To, co mogliśmy, daliśmy. To skok jakościowy w porównaniu do tego, co było.
Ikonowicz jednak nie odpuszczał, dalej głosząc swoje antyklerykalne poglądy. – Znam Jana Pawła II i teorie społeczne Kościoła. Kościół w Polsce jest Kościołem schizmatycznym.

Wspomnienie i… Święto Matki

Mija 4 rocznica odejścia na wieczną wartę gen. Wojciecha Jaruzelskiego. 24 maja 2014 r., o godz. 15.24 przestało bić serce Generała – na 2 dni przed Dniem Matki i przed 26 rocznicą oddania do użytku Szpitala, Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi.

 

Każdego roku w Dniu Matki, dzieci składają życzenia, wypowiadają słowa, rzadko używane w codziennych rozmowach. Zazwyczaj są one ich najskrytszą tajemnicą. Dorośli, gdy już nie mogą usłyszeć –„moja córko, mój synu”– udają się na groby swoich Matek by tam, w ciszy wypowiedzieć co tkwi w pamięci, ukryte „na dnie serca”.

Była przystanią i ostoją

Zastanówcie się Państwo Czytelnicy, co dziś chcielibyście powiedzieć tym najbliższym i najdroższym wam Osobom. Zwróćcie swe myśli, wspomnienia ku Matkom, które szczęśliwe, urodziły dzieci właśnie w Szpitalu Matki Polki (o inicjatywie jego powstania pisałem na łamach „DT” 7-8.03.18). 30 lat temu, w dniu oddania do użytku, Generał udzielił radiowego wywiadu, m.in. mówiąc: „Chyba każdemu jest trudno mówić o Matce bez wzruszenia. Wyrosłem w rodzinie tradycyjnej, toteż Matka w moich najwcześniejszych latach była przystanią i ostoją. Moja Matka była dobrym człowiekiem, o dużej kulturze i wrażliwości. To także Jej przede wszystkim zawdzięczam, jak zresztą miliony Polaków przede mną i po mnie – ów znany od pokoleń wierszyk: Kto ty jesteś? Polak mały. Jaki znak twój? Orzeł Biały… Ale kiedy uczyłem się tych prostych słów, nie sądziłem, że dalszy ciąg, ten o krwi i bliźnie, stanie się i moim udziałem”.

Pierwsze dziecko…

Na Plenum KC PZPR w grudniu 1988 r. Sekretarz Generalny Rady Obywatelskiej, Józef Niewiadomski otrzymał informację, iż w Szpitalu Matki Polki urodziło się pierwsze dziecko, spodziewane jest kolejne. Karteczka z taką informacją – za pośrednictwem Józefa Czyrka – dotarła do Generała, który po zakończeniu wystąpienia odczytał ją, nie kryjąc swego wzruszenia. Zebrani, wiadomość przyjęli na stojąco oklaskami. Józef Niewiadomski w kuluarowej dyskusji, był zasypywany pytaniami, prowadzącymi do przypomnienia – „jak to było z tą decyzją i budową”. Opowiadał – jak to On, „łódzki gawędziarz”, taka dobra, ale uparta dusza – jak obiecał Generałowi, że za 4 lata (na tyle zaplanowano budowę) będzie Szpital – tak słowa dotrzymał! Codziennie na budowie, „wszędzie było Go pełno”. Teraz nie szczędził słów uznania łodzianom (każdy zakład pracy przyjął „za punkt honoru” społecznie pracować na budowie), budowniczym, ofiarodawcom i żołnierzom Wojska Polskiego. Mówił o wspólnej inicjatywie ówczesnego Rektora Akademii Medycznej w Łodzi prof. Leszka Woźniaka i Komendanta Wojskowej Akademii Medycznej gen. bryg. prof. Władysława Tkaczewskiego – przygotowania pierwszego zastępu lekarzy, personelu pomocniczego oraz obsługowego. Szpital oddany do użytku służby zdrowia 26 maja 1988 r., po półrocznym okresie „uruchamiania”, podjął „służbę matce i dziecku” w pełnym wymiarze. Ofiarnie pełni ją już 30 lat. Na tydzień przed jubileuszem, gdy piszę tekst, media informują o niezwykłym przypadku. Matka w 14-tym tygodniu ciąży po wypadku samochodowym (uraz mózgu) będąca w śpiączce farmakologicznej, przez cesarskie cięcie urodziła wcześniaczkę (28 tygodni), Nikolę, pod medyczną opieką zespołu prof. Szaflika. Zdrowe dziecko jest w domu, po 3 miesiącach intensywnej opieki w Szpitalu Matki Polki (niedawno Jerzy Owsiak Szpital doposażył w specjalne łóżka).

Z pamięci usunąć się nie da…

Inskrypcja „Pomnik-Szpital Centrum Zdrowia Matki Polki wznoszony z inicjatywy przewodniczącego Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego dla uczczenia trudu, poświęcenia i bohaterstwa matek polskich, fundowany przez Polaków z kraju i zagranicy”, wyryta na głazie przed Szpitalem, została wydłubana, prawdopodobnie po marcowym tekście w „DT”. Redaktor Naczelny „Przeglądu”, Jerzy Domański w komentarzu do tego faktu m.in. napisał: „Jakiemuś pisowskiemu namiestnikowi przeszkadzała prawda o tym, że pomnikiem może być szpital. Że mądra władza nie wydawała kiedyś kasy na siebie, ale na zdrowie. I że ta władza tak szanowała Matki Polki” („P” nr 15 z 2018). Ponieważ nie jest możliwe usunięcie Szpitala z przestrzeni publicznej, to chociaż ci, którzy przekroczą jego bramy, szukając pomocy dla zdrowia i życia matki i dziecka, niech przynajmniej nie wiedzą jakie są jego „korzenie”. Jak oceniać to w kategoriach ludzkich, społecznych i chrześcijańskich – zostawiam Czytelnikom. Państwo Czytelnicy – czy tę prawdę w waszych rodzinach, domach, można usunąć z pamięci jak napis z kamienia? Czy wiedząc o osiągnięciach niebywałego w historii Pomnika, nie warto w głębi serca postanowić o podjęciu inicjatywy jak uhonorować jego jubileusz. Będzie to przecież najpiękniejszy prezent składany także naszym matkom i dzieciom, nam samym …

„Jeśli czas nie ugasił gniewu lub niechęci…”

Że inicjator tego Pomnika, gen. Wojciech Jaruzelski i WRON, która patronowała jego budowie, nieomal nie zostali zdegradowani – wiadomo. Przez ostatnie 4 lata szczególnie to, jaskrawo i wyraźnie było słychać i widać. Generał, odchodząc z urzędu Prezydenta RP żegnał się z Rodakami, mówiąc między innymi: „Chcę prosić o jedno, jeśli czas nie ugasił w kimś gniewu lub niechęci – niechaj będą one skierowane przede wszystkim do mnie. Niechaj nie dotkną tych, którzy – w ówczesnych, konkretnych warunkach, uczciwie i w najlepszej wierze – nie szczędzili przez lata całe swego trudu dla odbudowy i budowy naszej Ojczyzny”. Mówiąc potocznie, słowa te sprawdziły się co do joty. Kiedy? – można zapytać. Na pogrzebie. Generał, realista – „życie nie głaskało Go przecież po głowie” – jak pisał poeta – nie pierwszy zresztą raz, okazał się wizjonerem! Nie tylko wobec siebie. Upływ 4 lat od pogrzebu nie zatarł w pamięci obecnych żałobników i przed TVP widoku zgromadzonych dorosłych i młodzieży pod Katedrą Polową WP i na Cmentarzu Powązkowskim – wrzeszczących wyzwiska, oszczerstwa i oskarżenia. Jakich, szczególnie młodzież – od Generała doznała krzywd, upokorzeń – trudno dociec, może chcieli się „odwdzięczyć” za rodziców?­­ A starsi, też… Widać i słychać było, że „czas nie ugasił gniewu lub niechęci”. Gdzie powaga majestatu śmierci oraz miejsca – Kościoła jako obiektu wyznawanej wiary i cmentarza, jako miejsca wiecznego spoczynku? Biskup Polowy WP podczas homilii pytał: „Pogrzeb gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest czasem próby dla wierzących. Jak z tej próby wyjdziemy? Czy zdamy egzamin z naszego człowieczeństwa i chrześcijaństwa? Czy pozostaniemy wierni ewangelicznemu przesłaniu?” Odpowiedź poprzez czyny członków władzy i parlamentarzystów, aprobowane pokornie przez Episkopat, dociera do społeczeństwa z mediów, widoczna choćby w 36,7 proc. uczestniczących w niedzielnych nabożeństwach.

Los pokolenia trudnych czasów

Prezydent RP Bronisław Komorowski, żegnał Generała słowami: „Jako człowiek pokolenia Solidarności, żegnam jednego z ostatnich – symbolizujących trudny, a często tragiczny los pokolenia czasów powojennych, pokolenia głębokich, bolesnych podziałów – polityka, żołnierza, człowieka dźwigającego ciężar odpowiedzialności za najtrudniejsze i za najbardziej chyba dramatyczne decyzje w powojennej historii Polski. Jestem jednak pewien, że żegnam także Rodaka, który nie tylko potrafił docenić, ale i głęboko pozytywnie przeżył wielkość dobrej zmiany, w której aktywnie uczestniczył, a która przecież zaowocowała polską wolnością i niepodległością”. Przecież te „powojenne czasy… dramatyczne decyzje” – także podejmowane przez Generała – chroniące choćby przed bratobójczą walką, właśnie władza wykreśla z tego pokolenia Polaków, wyrzuca z ich pamięci radość z odbudowy Ojczyzny po zniszczeniach wojennych, z awansu społecznego, także z wybudowania Szpitala-Pomnika. Lewica, SLD, PPS, powołały Komitet Obchodów 100. lecia Niepodległości, mając także na uwadze takie oceny Generała. „Prawda o PRL broni się sama. Tam, gdzie jest trudna, przykra, czasem wręcz zawstydzająca – wypełznie z każdej szczeliny, choćby zatykano ją puchem frazesów. Ale tam, gdzie jest realna, uczciwa, namacalna, czarną farbą zamalować się nie da…Zmiana ustroju politycznego, to nie krok z krainy absolutnego zła do krainy powszechnego dobra. Tak nigdy nie było i nie będzie w historii. Ani minione zło nie było tak absolutne, ani dzisiejsza pomyślność nie jest tak powszechna”. Czy Państwo Czytelnicy – z szacunku do dorobku ojców, dziadków i swego – zechcą zastanowić się, rozważyć aktywne wsparcie inicjatyw Lewicy, podejmowanych w różnych środowiskach i regionach?

Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, przypominał postać i drogę życiową Generała – „jednego z najwybitniejszych polityków Polski drugiej połowy XX wieku, człowieka skromnego i oddanego sprawom Polski, patrioty najwyższej próby. Nic mu nie zostało oszczędzone. Stracony dom rodzinny, Syberia i katorżnicza praca, front, krew i łzy, polityczna odpowiedzialność i ryzyko porażki, niewdzięczność, ataki, procesy, choroby i cierpienia”. Zwrócił uwagę: „nawet dziś te krzyki wydobywające się z serc, które nie mają w nich miłosierdzia, a często tylko Boga na ustach”. Proszę mi wybaczyć pytanie – czy Polacy, Państwo Czytelnicy, mający w rodzinnej historii dziadków, ojców i krewnych, którzy doświadczyli Sybiru, walczyli o wyzwolenie Polski na wschodnim szlaku po Berlin i Pragę Czeską (z woli tej władzy w dniu 73 rocznicy zwycięstwa panowała medialna cisza), zechce skazać ich losy, przelaną krew i łzy na zapomnienie, jak czyni się to wobec Generała? Proszę, sięgnijcie Państwo po ostatnią książkę Zbigniewa Domino, „Zaklęty krąg”, inne tego Autora, np. „Syberiadę”, wydane przez Jacka Marciniaka – Studio Emka, a refleksje stąd płynące mogą być ożywczą siłą ducha i pamięci. Zachętą do aktywnego podjęcia na swoim terenie inicjatyw z Lewicowego Komitetu 100. lecia. Niech będzie to czas oddany sobie i rodzinnej tradycji.

Proszę zdegradować mojego Ojca… Nie upokarzać podwładnych

Nie trudno zauważyć rozliczenia polityczno-historyczne z okresem PRL, poprzez obniżanie emerytur i rent, ludziom schorowanym, co wręcz uwłaczająco poczuciu ludzkiej wrażliwości na cierpienia, zabrzmiało wśród europosłów 28 lutego br. w Brukseli, gdy słuchali wyjaśnień osób poszkodowanych, wspieranych przez ich byłych przełożonych z MSW po 1990 r., np. Henryka Majewskiego. Ten naoczny pokaz nienawiści i wrogości obecnej władzy zdumiał wielu, zachwiał obrazem Polaka-chrześcijanina, „ludzkiego człowieka”. Zarazem pokazał haniebne oblicze dzisiejszej władzy, wywodzącej się z pnia Solidarności. Ci włodarze Polski bez cienia empatii do idei tego ruchu, realiów ówczesnej władzy, która im – wtedy młodym działaczom oszczędziła syberyjskich cierpień i śmierci – jak mówił Generał – „było to ocalenie przez okaleczenie”, w przeważającej części na skutek ich, własnego postępowania, czego przez ponad 35 lat nie potrafią zrozumieć. Bez względu na wyznawane wartości i przekonania, ta naoczna zemsta wywołała oddolny ruch obrony tych skrzywdzonych ludzi, skutkujących m.in. zebraniem 250 tys. podpisów pod projektem zmiany nienawistnej „ustawy dezubekizacyjnej”. Posłowie do Parlamentu Europejskiego – prof. Krystyna Łybacka, prof. Bogusław Liberadzki i Janusz Zemke, stając w obronie wszystkich osób poniewieranych, w tym zmarłych generałów – stanęli tym samym po stronie Polaków mających humanizm za naczelną wartość ludzkości. Na tym etapie biegu zdarzeń, 26 marca, konferencja prasowa pod Pałacem Prezydenckim, była też głosem tej właśnie części Polaków.

Monika Jaruzelska, swój apel rozpoczęła słowami: „Szanowny Panie Prezydencie, zwracam się do Pana nie tylko jako córka żołnierza, ale przede wszystkim jako obywatelka…. Proszę o coś, co jest ważne dla Pańskiego środowiska politycznego. Proszę zdegradować mojego Ojca, ale nie upokarzać Jego byłych podwładnych i ich rodzin, a także tych żołnierzy, którzy podjęli służbę po 1989 roku…” Prezydent RP tzw. ustawę degradacyjną zawetował.

Wspomniany Redaktor Naczelny Jerzy Domański zauważył, iż „zawetowanie tego bubla pokazuje, że politykom PiS przypomniał się kalendarz wyborczy”. Pisząc – Pani Monika „wyróżniła się godnością i odwagą osobistą” („P” nr 15 z 2018), wyraził odczucie milionów Polaków. Ci Polacy swoją postawę zaprezentowali odpowiedziami na internetowe pytania – 55,8 proc. osób jest przeciwko degradacji gen. Jaruzelskiego i Kiszczaka; za – 29 procent. Za degradacją są wyborcy PiS – 64 proc., PO – 22 proc., Razem – aż 17 procent. Przeciwko są wyborcy Lewicy, określający się jako „wierzący i nie praktykujący” oraz nie wierzący i nie praktykujący.

Analiza tego sondażu skłania do zastanowienia się nad pytaniem – po czyjej stronie stanął prezydent RP, wetując tę ustawę. Śmiem twierdzić, że w pierwszej kolejności po stronie partii, która wypromowała go i wyniosła na ten najwyższy urząd. Zauważył, że 2/3 chce degradacji, co może świadczyć o ich wysokim poziomie nienawiści i chęci zemsty. Ale 1/3 już dostrzega – w części skutki błędów swojego kierownictwa i zapewne też w części efekt od lat prezentowanej postawy przez troje europosłów, którym tymi słowami wyrażam swoje skromne podziękowanie i uznanie. W perspektywie wyborów samorządowych – dla rządzących to istotny sygnał ostrzegawczy, podanie przyjaznej dłoni, czego nie dostrzegają.

Nie stoi w sprzeczności

Prezydent stanął też po stronie ludzi dawnej Solidarności, którzy choć pamiętają jej ideały, widzą jak poważnie wyblakły nie tyle na skutek „słonecznych promieni”, co praktyki ludzi władzy, coraz młodszego pokolenia tego ruchu. Postawa w Brukseli b. Ministra MSW, Pana Henryka Majewskiego – proszę przyjąć moje skromne wyrazy uszanowania z jakże dobrą pamięcią o rozważnych latach w służbie. Jest świadectwem iż członkostwo Solidarności nie stoi w sprzeczności z rozsądną, wyważoną acz krytyczną oceną powojennej przeszłości. Nie przeszkadza, by wobec kadry wywodzącej się ze służby w PRL zdobyć się na uczciwą ocenę. Filozofowie głoszą tezę, że podwładni mają przywilej dobrej pamięci o swoich szefach.

Powyższy sondaż jest niewątpliwym owocem „pracy w terenie” członków i działaczy SLD, wspieranych przez członków PPS różnych środowisk Lewicy, przez Redakcje „Trybuny” i „Przeglądu” – pamiętających o tych dobrych i tych ciemnych (dla części złych) latach PRL. Na progu tego ustroju Generał z frontu (kwiecień 1945) pisał do Matki i Siostry: „Na pewno zdajecie sobie sprawę, że teraz po skończeniu wojny wynikło bardzo wiele zagadnień i problemów trudnych do rozwiązania. I chociaż każdy przedstawia je w innym świetle, to ja pozostałem takim, jakim byłem, rozumiejąc jednak obowiązek pracy i służby względem Polski, jaką by ona nie była i jakich ofiar by od nas nie żądała”. Szpital-Pomnik jest tym wyrazem „pracy i służby względem Polski”, najpiękniejszym na naszej ziemi darem serca dla naszych Matek (i dzieci), składanych codziennie, a w Dniu Matki – szczególnie!

Na zakończenie

Niech Czytelnicy wybaczą mi osobiste wyznanie. Jestem dozgonnie wdzięczny Generałowi, że z dystansu czasu dzielił się ze mną rozterkami na różne problemy, które rozstrzygał, nie tylko w dekadzie lat 80.Generał był moim, od wielu lat najukochańszym… Byłem dla Niego… Z upływem czasu, ból po stracie jest wciąż dojmujący. Jest w moich myślach każdego dnia…