Głos prawicy

Perekińczyki

– Opozycja, liderzy opozycji to są takie perekińczyki (…) Mówili: na te programy społeczne absolutnie nie ma pieniędzy, jesteśmy za biednymi. Podwyższali podatki i pozwali hulać mafiom VAT-owskim po naszej ojczyźnie, a dzisiaj mówią, że oni jeszcze dołożą do tych programów społecznych. To właśnie perekińczyk. A my chcemy iść drogą Lecha Kaczyńskiego, który w 2005 roku, przed Zgromadzeniem Narodowym powiedział, że musimy odbudowywać nasze państwo w oparciu o ideę solidarności, sprawiedliwości i uczciwości. To źródła naszej siły – tłumaczył premier Mateusz Morawiecki podczas konwencji PiS podczas konwencji PiS pod Rzeszowem – donosi na swojej stronie internetowej tygodznik „Do Rzeczy”. – PiS jest partią polską. Mam też taką głęboką ekumeniczną nadzieję, że i inne partie będą partiami polskimi, że będą szły w ślady naprawy RP. Tamtych naszych wielkich przodków, ale też nas, skromnych naśladowców, patriotycznych współczesnych czasów, którzy w ramach możliwości, potykając się, popełniając na pewno błędy, staramy się naprawiać RP w sposób realny, jak najbardziej widoczny – dodał.

 

Chcesz odszkodowania – jesteś prostytutką

– Jestem pewien, że teraz panienki, jedna przez drugą, na wyścigi będą sobie przypominać, jak to były molestowane. (…) Miliona złotych to taka panienka jedna z drugą przez całe życie może nie zarobić, a tutaj za jednego sztosa. No to żadne k…rwy nie są tak wynagradzane na całym świecie. Nie wiem jak nasz biedny kraj to wytrzyma – skomentował w felietonie wideo związany „Radiem Maryja” publicysta Stanisław Michalkiewicz komentując niedawny wyrok sądu nakazujący Towarzystwu Chrystusowemu zapłacić milionowe odszkodowanie ofierze molestowania seksualnego przez członka zgromadzenia. – Dostać milion złotych, za to, że ktoś kiedyś wsadził rękę pod spódniczkę, no któż by nie chciał. Wiele pań za znacznie mniejsze pieniądze spódniczki podciąga, a tutaj milion złotych i dożywotnia renta – z lubością eksplorował Michalkiewicz mokre wizje przyjemności i korzyści jakie pewnie w jego mniemaniu są udziałem dziewcząt, którym lubieżni kapłani wsadzają łapy między uda.

 

Moc Dudy

– Jechałem tam po to, by wytyczyć wspólnie z prezydentem Stanów Zjednoczonych kierunki, które w efekcie dadzą amerykańskie inwestycje w Polsce, w tym także militarne. A także zacieśnianie relacji, które na wielu płaszczyznach będą budowały bezpieczeństwo Rzeczypospolitej. I tak się stało. Każdy mógł usłyszeć to choćby w trakcie wystąpienia prezydenta Trumpa przed Zgromadzeniem Ogólnym Narodów Zjednoczonych, gdzie Polska została wymieniona jako jeden z kluczowych partnerów strategicznych USA, w towarzystwie takich krajów jak Arabia Saudyjska i Izrael. Wygłoszony tam opis naszego kraju jest rewelacyjny: wiarygodny sojusznik, solidny partner, wzór dla innych – stwierdził prezydent Andrzej Duda w opublikowanej przez tygodnik „Sieci Prawdy” rozmowie z Jackiem i Michałem Karnowskimi. Chcę mocno podkreślić, że to inwestycja w nasze bezpieczeństwo. Pieniądze wydane na utworzenie stałej bazy wojsk amerykańskich to środki wydane tu na miejscu, w Polsce. Po to, żeby Polska i Polacy byli jeszcze bardziej bezpieczni. Jeśli chodzi o konkrety, to na takie przygotowanie terenu, infrastruktury, wszystkiego, co jest potrzebne, żeby ta baza mogła funkcjonować, żeby była profesjonalna, nie różniła się standardami od innych takich baz wojsk amerykańskich – dodał.

– To mój główny cel: poprawić los ciężko pracujących ludzi, czy to na roli, czy w zakładach pracy, poprawić życie polskich rodzin. To ci ludzie są w centrum mojego myślenia, mojej pracy, a nie beneficjenci fruktów rozdawanych rozmaitym elitom – stwierdził odnosząc się do swojej koncepcji prezydentury.

Donald Trump a Polska

Stosunki polsko-amerykańskie od kilku lat są w dołku. Krytycznie o sytuacji w Polsce wyraził się Barack Obama. Jego następca Donald Trump wprawdzie nie krytykuje Polski, ale nie czyni wiele by poprawić relacje na linii Warszawa-Waszyngton.

 

Po raz pierwszy od 1989 r. prezydent Polski dopiero po trzech latach sprawowania urzędu doprosił się zaproszenia do złożenia wizyty w Waszyngtonie. Powstała szansa poprawienia stosunków Polski z USA, ale została zmarnowana. Prezydent Duda wprawdzie uśmiechał się w rozmowie z prezydentem Trumpem nawet, gdy ten krytycznie wypowiadał się o Polsce czy o Unii Europejskiej. Prezydent Duda nie miał odwagi podjąć polemiki z amerykańskim prezydentem, ponieważ PiS zachowuje się ulegle wobec Ameryki. Ku zadowoleniu Trumpa, Duda zaproponował 2 mld dol. na zainstalowanie bazy amerykańskiej w Polsce. Amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że oczekuje większej sumy. Polski prezydent nie podjął żadnej polemiki z Trumpem, kiedy ten ostro zaatakował Unie Europejską, której jesteśmy członkiem.

Na zakończenie wizyty obaj prezydenci podpisali deklarację zatytułowaną pompatycznie „Obrona Wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Potrzebę partnerstwa strategicznego uznano za ważne „w obliczu wyzwań wobec, których stoi porządek międzynarodowy”. Deklaracja jest pełna ogólników. Konkretna jest zapowiedź zwiększenia współpracy polsko-amerykańskiej w zakresie obronności oraz energetyki. Poprzednia deklaracja polsko-amerykańska z 2008 r. zawierała więcej konkretów.

Prezydent Trump w swoim wystąpieniu na Placu Krasińskich w Warszawie mało uwagi poświęcał stosunkom bilateralnym polsko-amerykańskim i problemom współczesnego świata. O Rosji napomknął tylko w kontekście Ukrainy i Bliskiego Wschodu: „Zachęcamy Rosję, aby wstrzymała swoja działalność na rzecz destabilizacji Ukrainy i innych krajów i jej wsparcie dla wrogich reżimów, w tym Syrii i Iranu oraz by zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty narodów odpowiedzialnych, walczących przeciwko wspólnym wrogom, a w Syrii broniących cywilizacji jako takiej. (…)

Musimy pracować razem, aby stawić czoła siłom niezależnie od tego, czy wewnętrznym czy zewnętrznym, z południa czy z północy, czy ze wschodu, które chcą podkopać nasze wartości i zniszczyć więzi kultury, wiary i tradycji, które czynią nas tymi, którymi jesteśmy”.

Wspomniał o artykule 5 układu waszyngtońskiego o NATO i zażądał, aby wszyscy członkowie NATO wywiązali się z zobowiązań na rzecz obrony. Pochwalił Polskę za jej wkład w obronność „Dlatego – powiedział – właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie. (…) Dziękuję Wam, dziękuję ci Polsko. Muszę powiedzieć, że przykład, który pokazaliście jest naprawdę wspaniały. Dziękuję ci Polsko”.

W końcowej części przemówienia Trump mówił o zagrożeniach dla współczesnej cywilizacji i o potrzebie obrony jej „w obliczy tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć” I pytał: czy Zachód ma wolę przetrwania? W końcowej części wystąpienia prezydent Trump powiedział: „Nasza wolność, nasza cywilizacja i nasze przeżycia zależą od naszych więzi, historii, kultury i pamięci. Dziś, tak samo jak kiedykolwiek, Polska jest w naszym sercu. Dokładnie tak, jak Polski nie udało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać.

Więc razem walczymy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

Przemówienie Trumpa było wielokrotnie przerywane sterowanymi oklaskami zgromadzonych tłumów co wyraźnie sprawiło zadowolenie mówcy. Były też okrzyki zgromadzonych, atakujące Lecha Wałęsę i obecnych na spotkaniu polityków opozycji. Trump wyraźnie był skonfundowany tymi okrzykami. Wyraźnie nie rozumiał, dlaczego on chwalił Wałęsę, a tłum PiS-owski na placu głośno protestował przy jego nazwisku. Trzeba przyznać, że inicjatorzy protestu zachowując się tak, na takiej imprezie dali przykład braku kultury politycznej.

Klakierskie przyjęcie jakie władze Prawa i Sprawiedliwości zorganizowały prezydentowi Trumpowi z pewnością zadowoliło wyolbrzymione ego amerykańskiego prezydenta. Takiego przyjęcia z jakim spotkał się w Polsce, nie spotkał się dotąd ani w Stanach Zjednoczonych ani w żadnym państwie, w którym składał wizyty.

Komplementy jakie Trump skierował pod adresem Polski rządząca partia Prawa i Sprawiedliwości interpretowała jako poparcie dla jej polityki również wewnętrznej. Nic więc dziwnego, że parę tygodni po wyjeździe Trumpa rząd przedłożył w Sejmie projekty ustaw, które ograniczały niezależność władzy sądowniczej i poddawały ją zwieszonej kontroli partii rządzącej.

Nie trzeba było długo czekać na reakcje rządu Stanów Zjednoczonych. Departament Stanu w deklaracji 21 lipca uznał, że „działania polskiego, rządu podważają niezależność sądownictwa i osłabiają rządy prawa w Polsce”, a także zaapelowali, aby „reforma sądownictwa nie pogwałciła polskiej konstytucji, międzynarodowych zobowiązań kraju oraz przestrzegała zasady oddzielania organów władzy”.

Rząd PiS był zaskoczony stanowiskiem amerykańskim. Potwierdziło to oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie prezydentury Trumpa Departament Stanu wyraził „obawy o praworządność i rozwój sytuacji w Polsce” i podkreślał potrzebę poszanowania władzy sądowniczej, jako jedna z trzech gałęzi obok władzy ustawodawczej i wykonawczej będących fundamentem demokracji. Departament Stanu wyraził również 12 grudnia zaniepokojenie kierunkiem rozwoju sytuacji w Polsce i krytykował uchwałę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nałożeniu kary finansowej na TVN.

Strona polska oczekiwała wówczas i nadal oczekuje dziś deklaracji rządu USA, że wojska amerykańskie będą bezterminowo stacjonowały w Polsce i na wschodniej flance NATO. Oczekujemy również przyspieszenia budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej w Radzikowie. Rząd polski oczekuje od Waszyngtonu ostrzejszej krytyki polityki rosyjskiej i zagrożenia jakie Rosja stanowi nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd PiS nalegał, aby administracja Trumpa uniemożliwiła Rosji budowę po dnie Bałtyku drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2.

Polska w rozmowach z administracją Trumpa wykazywała zainteresowanie dostawami amerykańskiego gazu skroplonego po to, aby uniezależnić się od gazu rosyjskiego mimo, że gaz amerykański jest droższy od rosyjskiego. Amerykanie z zadowoleniem podjęli rozmowy na ten temat ponieważ mają nadwyżki w produkcji tego surowca. Rząd Polski zabiegał o stała bazę wojskową w Polsce, w miejsce rotacyjnej obecności wojska amerykańskich w Polsce. Trump jednak obiecał, że o sprawie tej rozstrzygnie Kongres w przyszłym roku. Obecnie w Polsce stacjonuje ok. 4 tysiące żołnierzy amerykańskich na zasadzie rotacji.

Prezydent Trump jako biznesmen był otwarty na rozmowy na temat współpracy gospodarczej i w dziedzinie obronności. Osobiście Trump oraz jego współpracownicy podkreślali, że zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego powinien odbywać się wyłącznie na zasadach rynkowych.

W końcu 2017 r., kiedy Donald Trump zasiadał w Białym Domu wybuchła kłopotliwa dla Trumpa sprawa zatrudnienia przez jego firmę w budownictwie, w latach 1980-tych na czarno polskich robotników. Kiedy robotnicy chcieli podać Trumpa do sądu za skandaliczne warunki pracy, on zagroził im, jako nielegalnie przebywającym w USA deportacją do Polski.

Andrzej Duda przelotnie spotkał się z Donaldem Trumpem wcześniej. Były to bardzo krótkie rozmowy, chociaż kancelaria polskiego prezydenta starała się nadać tym dość przypadkowym spotkaniom merytoryczny charakter. M.in. po takim spotkaniu na forum ekonomicznym w Davos, w styczniu 2018 r. kancelaria prezydenta Dudy informowała samochwalczo, ż obaj prezydenci rozmawiali o współpracy gospodarczej polsko-amerykańskiej „szczególnie w obszarze energetyki oraz inwestycji amerykańskich firm w Polsce”. Prezydenci potwierdzili bardzo dobry stan relacji politycznych obu krajów oraz osobistą wzajemną sympatię.

Do przelotnego przypadkowego spotkania prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem doszło w czasie szczytu NATO w Brukseli, w lipcu 2018 r. Kancelaria polskiego prezydenta uczyniła z tego zdarzenia ważne merytorycznie wydarzenie informując, że obaj prezydenci omawiali sprawę wzmocnienia polsko-amerykańskiej współpracy militarnej m.in. w zakresie sprzętu wojskowego oraz o współpracy jednostek wojskowych obu krajów.

Należy jednak pamiętać, że prezydent Donald Trump jest nieprzewidywalny i zmienny w swoich poglądach. W odstępie kilku dni potrafi wygłosić różne poglądy na ten sam temat. Jest podatny na różne sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jak i zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

 

Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Flaczki tygodnia

Czy napakowany Murzyn wraz ze śliniącym się „ciapatym”, dowodzeni przez Żyda, będą bronić narodowo-katolickich rubieżny Najjaśniejszej IV Rzeczpospolitej? Dziedzictwa białej, chrześcijańskiej Europy?

***

Podczas spotkania z prezydentem USA Donaldem Trumpem pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował nową doktrynę obronną IV RP stworzoną przez najwybitniejsze umysły elit PiS. Doktrynę „Fort Trump”.

***

Ojcem duchowym tej doktryny jest były prezydent RP Lech Kaczyński. Prezydent słaby, choć lepszy już od Andrzeja Dudy. Ofiara katastrofy lotniczej, do której sam się przyczynił. Autor słów „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później może Polska”.
Elity umysłowe PiS uznały je za proroctwo godne Wernyhory. Dokonując małego, ale istotnego przekłamania. Dziś przypominane proroctwo zwykle brzmi: „Dziś Gruzja, jutro Ukraina, później Polska”. Brak „może”, brak wiecowej atmosfery, kiedy padły te słowa, co zmienia pierwotny sens wypowiedzi.

***

Ale nie o prawdę tu chodzi. Ostatni wyrok sądowy dotyczący wypowiedzi pana premiera potwierdził, że PiS i prawda to oksymoron. Bo elity PiS budują swe poparcie na strachu. Strachu wyborców przed grożącymi Polsce wrogami. Prawdziwymi, których jest niewielu. I kreowanymi przez kaczystów na potęgę.
Gdyby wszystkich ich zsumować, to dalsze życie w IV RP straciłoby sens. Strach z domu wyjść, bo czyhają: ojkofobiczne elity, dżenderowskie feministki, ludobójcy banderowcy, antypolonistyczni Żydzi, chamscy Francuzi, komuniści i złodzieje, sędziowie na telefon, nazistowscy Niemcy, spedaleni Skandynawowie, światowe lewactwo, agresywne wielkopowierzchniowe obiekty handlowe, watahy barbarzyńskich uchodźców, POstkomuna, podstępne filipińskie gosposie, wojujący islam. Wszyscy to sojusznicy genetycznie antypolskiego Putina.

***

Rządzona przez prezydenta Putina Rosja jest idealnym „strachem na Lachy”, podstawą doktryny „Fort Trump”. Bo to Rosja modernizująca swą armię. Skuteczny gracz na międzynarodowej arenie, tworzący strefy wpływów w sąsiadujących państwach. Anektujący części ich terytoriów nawet.
Taka Rosja potrzebna jest elitom PiS do prowadzenia polityki „zarządzania strachem”. Gdyby prezydenta Putina nie było, to podległe panu prezesowi Kaczyńskiemu narodowo-katolickie media musiały by podobnego Złego wymyślić.

***

Każdy inteligentny wojskowy, nawet polski, przyzna, że putinowska Rosja nie ma potrzeby ani zamiaru napadania na Polskę. Wojny z 1920 i 1939 roku nie powtórzą się. Dzisiaj władze Rosji nie zgłaszają pretensji do polskich ziem. Ani ziem innych państw należnych do NATO i Unii Europejskiej. Spór Rosja – NATO toczy się o rozszerzenie NATO na terytoria Ukrainy i Gruzji. Spór jest o budowane bazy NATO na terytoriach państw byłego Układu Warszawskiego.

***

Warto przypomnieć, że pod koniec XX wieku, w czasie przyjmowania tych państw do NATO, kierownictwo polityczne Sojuszu Atlantyckiego obiecało władzom Rosji, że takie bazy tam nie powstaną. Budowa „Tarczy antyrakietowej” w Rumunii i Polsce jest złamaniem tamtych obietnic.

***

Wykreowany przez elity PiS strach przed „jutrzejszą” rosyjską agresją dał powszechną akceptację wzrostu wydatków na „obronę narodową” z deficytowego budżetu państwa. W ciągu trzech lat wydatki rzeczywiście wzrosły, ale armii polskiej nie zmodernizowano. Przeciwnie uległa dalszej technologicznej, organizacyjnej i moralnej degradacji. Pieniądze wydano na ochotnicze oddziały wojsk obrony terytorialnej, widząc w nich zorganizowane grupy wyborców PiS, na samoloty dla elit politycznych oraz święta, defilady i parady.

***

Ale wzrost tych wydatków uczynił z IV RP amerykańskiego prymusa wśród europejskich państw NATO. Skłóceni z brukselskimi elitami prominenci PiS znaleźli sobie nowego Wielkiego Brata i protektora. Ogłosili, że za pieniądze wszystkich polskich podatników wynajmą sobie amerykańską ochronę. Zbudują „Fort Trump” i obsadzą go cudzoziemskimi zaciężnymi wojskami.

***

Oczywiście wartość militarna takiego „Fortu” będzie znikoma. Gdyby Rosjanie zdecydowaliby się napaść na NATO, ów fort jedynie przyciągnąłby rosyjskie rakiety. Ale w założeniu wspomnianej doktryny, ów fort miałby wartość przede wszystkim polityczną. Atak na fort oznaczałby atak na USA. Nie byłoby mowy o wojnie lokalnej czy hybrydowej.

***

Wynajęcie zaciężnych wojsk będzie kosztowne. To koszty budowy Fortu, zakupu chroniących go baterii rakiet „Patriot”, budowy infrastruktury dla żołnierzy i ich rodzin. Miasteczka wyjętego spod polskiego prawa. Jeśli jakiś obrońca IV RP zgwałci powabną, białą Polkę to wie, że uniknie tu kary.

***

Oczywiście, Rosja nie zamierza napadać na Polskę. W jej interesie jest osłabiać spójność Unii Polsko – Europejskiej. Blokować tworzenie wspólnej armii Unii. Skłócać Warszawę z Berlinem i Paryżem. Berlin i Paryż z Waszyngtonem. Dlatego doktryna polityczna „Fort Trump” jest w swej istocie proputinowska. Elity PiS za pieniądze polskich podatników chcą realizować rosyjskie interesy.

***

Rosja nie zaatakuje Polski, kiedy Polska będzie ściśle zintegrowana z Unią Europejską. Będzie w strefie euro, bo wówczas Paryż i Berlin będą zmuszone „umierać za Gdańsk”. Kiedy polska armia stanie się częścią armii Unii. Kiedy będziemy wspólnie produkować europejską broń, jak teraz samochody. Pieniądze wydane na wzmocnienie Unii, czyli Polski, mają większy sens, niż finansowanie armii zaciężnej.

***

Ciekawe co zrobi PiS policja, kiedy na kolejnym Marszu Niepodległości znowu pojawią się rasistowskie polskich nazioli? Rezerwujące Polskę jedynie dla białych, tylko dla Polaków. Hasła antyamerykańskie, bo plugawiące też wielorasową armię USA?

 

PS. Prosimy o upowszechniania informacji, że redaktor Piotr Gadzinowski kandyduję do Rady Miasta Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z tej samej partii co zawsze.

Polska staje się pionkiem

Z Aleksandrem Kwaśniewskim rozmawia Kamila Terpiał (wiadomo.co).

 

KAMILA TERPIAŁ: „Zwracam się zaniepokojony słowami wypowiedzianymi przez Pana Prezydenta w Leżajsku o Unii Europejskiej jako »wyimaginowanej wspólnocie, z której dla nas niewiele wynika«. To stwierdzenia nieprawdziwe i niebezpieczne” – napisał pan w liście otwartym do Andrzeja Dudy. Co pana najbardziej niepokoi?

ALEKSANDER KWAŚNIEWSKI: Po pierwsze, lista korzyści, które odnieśliśmy z członkostwa w Unii Europejskiej, jest długa i trzeba być naprawdę w złej formie – mówiąc najdelikatniej – aby twierdzić, że jest inaczej. Dlaczego to jest niebezpieczne? Wpisuje się w nurt już nie eurosceptyczny, ale przeciwny UE i dezintegracyjny, który może zmienić sytuację geopolityczną na świecie.
Unii nie chce Putin, pretensje ma Trump, jedyną naszą szansą, żeby w zmieniającym się świecie XXI wieku grać jakąś rolę, to być razem i tworzyć zintegrowany kontynent. Poza tym taka nieuczciwa krytyka wobec UE, płynąca z ust najwyższego przedstawiciela kraju, przypomina mi to, co robili brytyjscy konserwatyści, a co zakończyło się Brexitem. Chodzi o odbieranie obywatelom satysfakcji z tego, że są w UE, i przekonywanie, że gdybyśmy byli poza nią, to nic wielkiego i złego się nie stanie. Przestrzegam przed takim procesem. W Polsce może nie jest tak niebezpieczny jak w Wielkiej Brytanii, bo cały czas poparcie dla UE jest duże i sięga 70 proc., ale takiego nastroju antyunijnego nie powinien budować prezydent.

 

Politycy opozycji uważają, że po tych słowach jesteśmy coraz bliżej Polexitu. Rzeczywiście to realny scenariusz?

PiS jest dość pragmatyczną partią i wie, że zdecydowana część Polaków popiera członkostwo Polski w UE, więc nie sądzę, żeby poważnie rozpatrywał Polexit. Ale gdy spojrzymy na konkretne działania, to widać, że proces osłabiania pozycji Polski w Unii już trwa. Byliśmy kiedyś blisko głównego nurtu w UE, konsultowano z nami najważniejsze projekty reform, a dzisiaj już nikt tego nie robi; wszczęta została procedura art. 7, która oznacza poważne wątpliwości dotyczące stanu naszej praworządności; czekamy na orzeczenie Trybunału Sprawiedliwości dotyczącego ustawy o Sądzie Najwyższym – opinia o Polsce w kręgach politycznych i europejskich stolicach jest zdecydowanie gorsza niż była parę lat temu.

Być może nie chodzi jeszcze o Polexit, ale efektem polityki PiS-u jest istotne osłabienie pozycji Polski. Po prostu sami pakujemy się na margines, o tym piszę także w liście do prezydenta. Polska powinna być unijnym partnerem na Wschodzie, ale za PiS-u takim partnerem nie będzie. Stajemy się mało znaczącym pionkiem.

 

Rząd PiS-u zdecyduje się na zignorowanie orzeczenia TSUE?

Za wcześnie jeszcze o tym mówić, bo nie wiemy, jaki będzie werdykt Trybunału Sprawiedliwości. Można domyślać się, że jeżeli będzie niekorzystny, to rząd będzie szukał różnych form jego obejścia. To nie zbuduje pozycji Polski i będzie dalszym ciągiem marginalizowania naszego kraju, z bardzo przykrymi konsekwencjami. Jakimi?

Może odbić się nie tylko na wysokości środków finansowych kierowanych z Unii, ale przede wszystkim zdecydowanie ograniczy wpływ na to, co dzieje się w Europie.

 

Ministrowie z Kancelarii Prezydenta tłumaczyli, że w tej wypowiedzi Andrzej Duda chciał zwrócić uwagę na problemy wewnątrz UE.

Nawet jeżeli chciał, to tego nie zrobił… Gdyby zaproponował plan reform, to chętnie bym przeczytał i podyskutował. Takiego planu nie ma. Polska nie proponuje zmian, tylko stanie na marginesie wydarzeń europejskich. To fatalna polityka.

 

Dlaczego prezydent w ogóle wypowiedział takie słowa? Emocje czy przemyślana strategia?

Gołym okiem widać, że Andrzej Duda bardzo się swoimi wystąpieniami podnieca, więc na pewno emocje odegrały pewną rolę. Mam wrażenie, że to jest też element wewnątrzpisowskiej batalii. Ostatnio swój język zaostrzył premier Mateusz Morawiecki, ale i prezydent, może to jest wyścig w stronę twardego elektoratu. Od prezydenta należy jednak oczekiwać czegoś innego.
Wypowiedzi głowy państwa powinny być stonowane, a szczególnie jeżeli dotyczą tak strategicznej sprawy jak sojusz, w którym jesteśmy. Słowa prezydenta o „wyimaginowanej wspólnocie” odbiły się szerokim echem w prasie europejskiej, z bardzo negatywnymi komentarzami.

 

Myśli pan, że Andrzej Duda w ogóle przeczytał pana list i wziął go sobie do serca?

Pracowałem 10 lat w Pałacu Prezydenckim i wiem, że wszystkie takie głosy, które pojawiały się w przestrzeni publicznej, były głowie państwa przedstawiane. Nie chodzi oczywiście tylko o mój list, ale także na przykład o komentarz w „Financial Times” i innych gazetach. Wydaje mi się, że ja dostawałem informacje o wszystkim, co ukazywało się w świecie na temat Polski i mojej działalności. Wierzę, że taką sprawność zawodową w Pałacu utrzymano.

A czy wziął sobie moje ostrzeżenia do serca? To będzie zależało od tego, czy niedługo zrobi jakiś gest w stronę UE. Jeżeli będzie nadal brnął w tę samą stronę, to będzie miało bardzo złe konsekwencje dla Europy, dla Polski i dla niego.

 

Prezydent będzie się angażował w pełni w kampanię wyborczą Prawa i Sprawiedliwości?

Co do tego nie mam wątpliwości. A to kolejne niebezpieczeństwo. Polska odniosła wielki sukces w ostatnich 30 latach przede wszystkim dlatego, że zdecydowaliśmy się na decentralizację państwa. Pierwsze w pełni wolne wybory samorządowe odbyły się w maju 1990 roku, czyli 11 miesięcy po wyborach parlamentarnych. Dokonaliśmy tego bardzo szybko i dzięki temu uruchomiliśmy ogromną energię lokalną, która zmieniła małe ojczyzny. Udało nam się osiągnąć pewną równowagę, która dobrze służy i powoduje, że każdy ma udział we władzy. Jedną z idei decentralizacji jest to, żeby ludzie na dole wybierali tak jak im w sercu gra i żeby nie było dyktatu ze strony Warszawy.

PiS chce wrócić do koncepcji wpływu władzy centralnej na wszystko. To jest zaprzeczenie idei samorządności i ogromny błąd. Gdybym był członkiem partii rządzącej, to cieszyłbym się, że są różne silne samorządy. To jest nasza moc.

 

A gdyby pan był dzisiaj prezydentem?

Apelowałbym, żeby być aktywnym i brać udział w wyborach. Przekonywałbym także, że wszyscy, którzy będą działali na rzecz swoich małych ojczyzn, powinni mieć wsparcie w centrali. Dlaczego władza ma nie chcieć tych, którzy „będą warczeć”? Przecież to jest prawo obywateli w demokratycznym państwie, a z drugiej strony każdy samorząd potrzebuje pieniędzy i nie będzie odwracał się plecami do Warszawy. Gdybym był prezydentem, to cieszyłbym się, że mapa polski samorządowej jest tak zróżnicowana i nie marzyłbym o tym, aby wszystko było w rękach PiS-u. To byłaby paranoja.

 

Tylko zjednoczona opozycja może pokonać PiS w wyborach parlamentarnych?

PiS ma bardzo skonsolidowany elektorat na poziomie 35 proc., to jest poparcie na dzisiaj, jutro i może na pojutrze. I to jest duża siła. Gdy podliczyć poparcie dla partii opozycyjnych, to jest ono porównywalne, ale pytanie, czy nie zostaną popełnione błędy takie jak w 2015 roku. Jeżeli do Sejmu wejdą dwie listy: liberalno-centrowa Koalicji Obywatelskiej i centro-lewicowa złożona z innych ugrupowań, na co niestety się na razie nie zanosi, to wygrana jest możliwa. Wiele zależy od wyniku partii, które do wyborów zapewne pójdą samodzielnie i mogą zdecydować o kształcie polskiej demokracji. Taką partią, wszystko na to wskazuje, będzie SLD, ale też PSL i Partia Razem. Jest o co walczyć.

 

Tyle że na razie lewica nawet nie próbuje się łączyć. „Nie” mówi na przykład szef SLD Włodzimierz Czarzasty.

Tak mówi, bo z drugiej strony padają takie same sygnały. Myślę, że do poważnej dyskusji może dojść po wyborach samorządowych, bo to będzie prawdziwy sprawdzian. Dla niektórych to będzie zimny prysznic i powód do tego, aby racjonalnie spojrzeć na politykę.

 

Co się stało z polską lewicą?

I tak jest lepiej niż było… Wydaje mi się, że SLD jest bardziej skonsolidowaną partią. Najważniejsze pytanie brzmi: czy zostanie postawiona kropka nad i? Na razie nie chcę niczego prorokować. Czekam na wybory samorządowe i być może większą gotowość do budowania wspólnoty koalicyjnej na wybory parlamentarne. Ale już tyle razy sparzyłem się na nadziejach na wspólną lewicową koalicję, że zamilknę…

 

Myśli pan, że prezydent będzie do końca robił wszystko, czego oczekuje do niego prezes PiS-u? Będzie uczestniczył w „przejęciu” Sądu Najwyższego?

Cała sprawa „reformy sądownictwa” jest nieporozumieniem od początku do końca. Nie chodzi o żadną reformę, tylko wymianę kadrową i w tej sprawie rząd poszedł na skróty, łamiąc konstytucję. Konsekwencje tego będą bardzo poważne i będzie trzeba bardzo długo wychodzić z chaosu prawnego. Było już wiele możliwości, aby zatrzymać ten proces, ale nigdy nic takiego się nie stało, dlatego nie wierzę, że się stanie. Władza ma prosty scenariusz – szybko załatwić, powołać nowych sędziów i I Prezesa SN. Nikt nie chce czekać, bo chodzi o rewolucję kadrową.

 

Jaki plan ma w związku z tym Jarosław Kaczyński?

Prezes uważa, że państwo powinno być scentralizowane i decydować o większości sfer naszego życia. Opanował już media publiczne, mówi się o „repolonizacji” jeszcze niezależnych mediów, ma spółki Skarbu Państwa, chce mieć sądownictwo… To wszystko na dodatek jest robione w PRL-owskim stylu. Przecież na czele tego scentralizowanego państwa nie stoi ani prezydent, ani premier, tylko szef partii, który nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

W Polsce to już było. Pamiętam Gierka, Gomułkę, zresztą Jarosław Kaczyński pamięta jeszcze więcej, bo jest starszy ode mnie. Nie wiem tylko, dlaczego ten model chce powtarzać.

 

Co pan poradzi prezydentowi przed spotkaniem z Donaldem Trumpem?

Mam długą praktykę spotkań z prezydentami amerykańskimi, nam zawsze o coś chodziło i to były trudne sprawy. Zachęcałbym Andrzeja Dudę, żeby treść spotkania i komunikat nie ograniczyły się do tego, że jesteśmy strategicznymi partnerami i się kochamy, bo to jest o wiele za mało. Nie powinien się także koncentrować na temacie wiz, bo one i tak zapewne niedługo zostaną zniesione.

Strategiczna jest kwestia stosunku Donalda Trumpa do Rosji. Po szczycie w Helsinkach cały czas niewiele o tym wiadomo. Powinien też w tej sprawie przedstawić nasze argumenty. To jest bardzo ważny temat, o którym warto rozmawiać na poważnie.

To powinien być dialog polityczny na poziomie strategicznych partnerów. Bez tego to będzie banalne spotkanie.

 

Lobbował pan na rzecz Ukrainy w USA za pieniądze? Takie pojawiły się informacje w mediach.

Nie jestem zawodowym lobbystą, jestem politykiem, który na rzecz Ukrainy lobbuje 25 lat, ale nie biorąc za to żadnych pieniędzy. Zresztą zawsze będę lobbował za Ukrainą. Spotykałem się z Paulem Manafortem w latach 2012-2013, ale przecież nie wiedziałem, że miałem do czynienia z człowiekiem, który w 2018 roku zostanie posadzony na ławie oskarżonych. Pełniąc misję ze strony PE miałem za zadanie doprowadzić do podpisania porozumienia stowarzyszeniowego Ukrainy z UE i uwolnić więźniów politycznych. Manafort był wtedy oficjalnym doradcą Wiktora Janukowycza, który – przypominam – był za podpisaniem umowy stowarzyszeniowej, chodziło tylko o usunięcie ostatniej przeszkody i wypuszczenie więźniów. W takim duchu rozmawialiśmy, w takim duchu też występowałem na różnych konferencjach międzynarodowych jako spiker, za co otrzymywałem honoraria, ale to jest podstawowa aktywność byłych prezydentów. Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie słyszałem o żadnej grupie, do której miałem należeć. Proszę pamiętać, że to jest też linia obrony samego Paula Manaforta.

Szczególne jak zachowanie psa

Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny za jakiś czas – i to pewnie niedługi – wypadnie powiedzieć sobie „i po co nam to było”. A właściwa odpowiedź na nie będzie brzmiała: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 

O wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie napisano już wiele. Od apologetycznych peanów w mediach publicznych, poprzez umiarkowane peany innych mediów mainstreamu – bo przecież „szczególne relacje” jakie Polska ma jakoby z USA są bożyszczem tak PiS, liberałów jak i części lewicy – aż do komentarzy z radykalnie lewej strony – krytycznych i prześmiewczych. Nie ma sensu więc powtarzać tego wszystkiego tutaj i zastanawiać się, czy dopuszczenie do biurka Donalda Trumpa to zaszczyt wielki, czy tylko umiarkowany.

Nie ma co też zastanawiać się nad pustosłowiem podpisanej umowy, której polska dyplomacja wychwala jako epokowy sukces, usiłując przekonać nas, że stanowi ona podstawę do jakiejś współpracy i dlatego to nie ma w niej konkretów (skądinąd poza zobowiązaniem Polski do zwiększania wydatków na zbrojenia).

Nie ma też co komentować, że otrąbiony już wcześniej „wielki sukces” prezydenta Dudy sprowadził się do potwierdzenia tego, o czym mówiło się już dawno. Do potwierdzenia, że Polska w imię niechęci do gazu rosyjskiego, pod hasłem „uniezależnianie się Rosji”, będzie kupować znacznie droższy skroplony gaz amerykański – i nadaremnie walczyć z „Nord Stream 2”, którego sam Trump nie myśli obkładać sankcjami, co wskazuje, że i tu wysuwamy się przed szereg. Ale to, co było przebąkiwane już wcześniej, że Polska miałaby zapłacić za stworzenie amerykańskiej bazy – to jednak pewnego komentarza wymaga.

Abstrahujmy od pytania, czy baza taka (czy w ogóle zwiększanie amerykańskiej obecności wojskowej na „wschodniej flance”) jest Polsce potrzebna – bo ten temat wielokrotnie był analizowany – i czy konieczna była czołobitna propozycja jej nazwy – „Fort Trump”, bo tu chodzimy na teren groteski. A już nad sprawą kosztów warto się zastanowić. W mediach pojawiała kwota 2 mld. dolarów, czemu MON zaprzecza, ustami ministra Mariusza Błaszczaka twierdzącego, że o kosztach nie mówiono. Choć trudno mu do końca wierzyć, bo pojawiły się też sugestie że mówiono, a nawet, że pojawiała się jakaś większa kwota. Ale czy Polska nie mogłaby wydać tych pieniędzy na coś bardziej praktycznego i potrzebnego? Przypominanie, że „niektóre kraje” płacą Amerykanom za obecność ich wojsk jest wielce mylące, bo przykład ten to Korea Południowa. Od kilku miesięcy postępuje na Półwyspie Koreańskim odwilż, ale przypomnijmy – mowa o kraju, który nadal formalnie jest w stanie wojny ze swoim sąsiadem. Polska – szczęśliwie nie jest w podobnej sytuacji. Nie mówiąc też o tym, że jak kwitnienie przyjaźni między prezydentem Mun Dze Inem a przewodniczącym Kim Dzong Unem postąpi dalej, to może być i tak, że Seul te wydatki może uznać za bezzasadne.

Rzecz najpoważniejsza leży jednak w samej zasadzie i momencie, kiedy sprawa ta się pojawiła.

Dorobiona do tego jest ideologia w myśl zasady, że naczelną racją polskiej polityki wojskowej ma być strach przed jakoby zagrażającej Polsce, agresywnej Rosji. Konsekwentnie przez ostatnie lata wpajano nam przekonanie, że takie zagrożenie istnieje, i robiły to praktycznie wszystkie opcje polityczne. Należy jednak zwrócić uwagę, że Rosja – Rosją, ale że przede wszystkim jednak jest to akt wrogi w stosunku do europejskich sojuszników z NATO.

W obrębie Sojuszu Północnoatlantyckiego toczy się ostra dyskusja o tym, czy zwiększać budżety obronne (do czego większość europejskich państw z Niemcami na czele wcale się nie pali) i czy europejscy członkowie NATO mają płacić Amerykanom za obronę. Różnice zdań w tych sprawach omal nie doprowadziły do fiaska ostatniego szczytu Sojuszu Brukseli w lipcu 2018 r. Zapobiegła temu prawdopodobnie tylko świadomość faktu, że zaraz po nim Donald Trump miał spotykać się z Władimirem Putinem i uznano, że wobec tego może lepiej zminimalizować wrażenie rysującego się poważnego pęknięcia. Teraz jednak Polska, schlebiając swoim antyrosyjskim fobiom, uznała że Niemcom i Francji należy pokazać figę. I jeszcze za to zapłacić. A skoro jakoby polska doktryna zakłada, że NATO ma nas przed czymś bronić, to czy rozbijactwo tego rodzaju jest najlepszą drogą do jego wzmacniania? W imię wspierania koncepcji, że NATO ma być sterowane za pomocą amerykańskiego dyktatu.

Donald Trump nie gra może na rozbicie NATO, bo w końcu to jednak instrument amerykańskiej polityki w Europie, ale na rozbicie Unii Europejskiej – jak najbardziej. I tym ruchem do jego gry Polska przyłożyła rękę. Za co nam pewnie bliżsi sąsiedzi nie raz podziękują. Czy zatem naprawdę konieczne było i tego, kolejnego kroku, za pomocą którego jeszcze bardziej Polska staje się wyizolowana w swoim otoczeniu?

Polscy politycy i decydenci polityki zagranicznej uwielbiają się chełpić jakimiś domniemanym „szczególnymi relacjami” z USA. Jak ta szczególność się przedstawia – w to już nikt nie wchodzi. Starczy że ktoś w Waszyngtonie powie kilka słów zachęty, pogłaszcze po główce i „szczególność” relacji już jest. Jednak w relacjach dwustronnych między Warszawą a Waszyngtonem jest sprawa, którą można uznać za rodzaj papierka lakmusowego do ich oceniania. I o niej trzeba na koniec powiedzieć. Ta sprawa nazywa się wizy.

W czasie różnych poprzednich spotkań na najwyższym szczeblu słowo to pojawiało się, a kolejni amerykańscy prezydenci składali przynajmniej jakieś nieszczere i nigdy nie spełnione obietnice. Prezydentowi Dudzie prezydent Trump nie raczył uczynić i takiego gestu. Słowo „wizy” nawet się nie pojawiło. Co pokazuje dobitnie, że szczególność polskich relacji z Ameryką jest mniej więcej taka, jak szczególne było zachowanie psa w sławetnym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

I nie ma co tu bić piany, jakoby w relacjach między prezydentami była jakakolwiek chemia.

Dwie godziny (niecałe)

– tyle postanowił poświęcić prezydentowi Andrzejowi Dudzie Donald Trump. W gruncie rzeczy – nawet mniej, i to znacznie, bo większą część programu zajmą dyplomatyczne ceremonie typu „spotkanie par prezydenckich”, czyli uśmiechy do kamer, robocze „śniadanie”, a na spotkanie w cztery oczy zaplanowano całe 20 minut. I taka to „wiekopomna chwila”. Jak przypominają agencje – pierwsza wizyta polskiego prezydenta od ośmiu lat.

 

W Białym Domu byli przyjmowani wszyscy prezydenci, najwyższą rangę dyplomatyczną miała jednak wizyta jednego Aleksandra Kwaśniewskiego w 2002 r. Wtedy były i salwy armatnie, polskiemu prezydentowi towarzyszyła liczna delegacja. Tym razem takich szykan nie miało być. Jedynie rozmowy na temat współpracy wojskowej i gospodarczej już otrąbiane jako nadchodzący wielki sukces polskiej polityki zagranicznej. Sukces, na który prezydent Duda musiał dość długo czekać, po zaszczyt ten spotkał go dopiero po trzech latach od rozpoczęcia kadencji, a w czasie poprzednich wizyt w USA Donald Trump nie miał czasu dla głowy państwa uważającego się za jednego z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych, mającego się za posiadające z nimi „szczególne relacje”. A mimo to Prezydent Trump do tej pory miał dla Prezydenta Dudy czas na krótkie, liczone w minutach, pogwarki w kuluarach wielostronnych wydarzeń.

Rozmowy mają zakończyć się podpisaniem amerykańsko-polskiej deklaracji o partnerstwie strategicznym obu krajów. Jaka będzie jego cena dla Polski – okaże się. Bo będzie ona do zapłacenia z pewnością – za to, że Warszawa będzie realizować politykę Waszyngtonu będzie musiała zapłacić. I prawdopodobnie wiadomo czym – zakupami skroplonego gazu, opakowanymi w ideologię „bezpieczeństwa energetycznego” i uniezależniania się od Rosji.

Donald Trump ma etykietę „polityka nieprzewidywalnego”, ale jest ona w gruncie rzeczy nie do końca zasłużona. jest sprawą jego niestandardowego imażu, lecz w istocie ten prezydent, jakoby „spoza układu”, dał się poznać jako ktoś, kto w traktowaniu polityki zagranicznej w sposób hipermerkantylny jest nad wyraz konsekwentny. Grający na rozbicie rywali – w tym Unii Europejskiej. I nie należy oczekiwać, żeby w stosunku do Polski miał robić jakieś ukłony czy wyjątki, tym bardziej, że ta i tak z upodobaniem gra w dyktowaną przez niego grę.

Czy oprócz finansowych haraczy za zakupy gazu czy broni i sprzętu wojskowego Polskę będzie też czekać konieczność przyjęcia serwitutów w postaci politycznego poparcia amerykańskiej polityki na arenie międzynarodowej – trudno ocenić, bo pod tym względem Waszyngton, choć staramy się tego nie dostrzegać – nie uważa Warszawy za partnera znaczącego, nawet jeśli i tak skłonnego do działań zgodnych z jego zamierzeniami. Bo wewnątrz UE ważni są inni rozgrywający, a nie kraj, który wprawdzie umie się z Brukselą skłócić, ale nie potrafi być w tych relacjach proaktywny. W odniesieniu do innych kierunków – ewentualne poparcie polski dla amerykańskiej polityki w stosunku do Iranu, kwestii bliskowschodniej, Syrii, Korei Chin, czy czegokolwiek innego – jest po prostu bez znaczenia. Nawet w relacjach Waszyngton-Moskwa Polska, choćby chciała, jest jedynie pionkiem na geopolitycznej szachownicy.

Flaczki tygodnia

Siarczyście splunął na Unię Polsko-Europejską pan prezydent Andrzej Duda. I wszyscy pytać poczęli: świadomie pluł czy tylko ze zwykłej głupoty spluwał?

***

Z głupoty, taka odpowiedź pierwsza na usta się cisnęła. Ot palnął sobie, tak wiecowo, wypsnęło mu się w tryskającym słowotoku.

***

Bo przecież człek mądry nie chrzaniłby o „wyimaginowanej wspólnocie” stojąc przed leżajskim dworem starościńskim wyremontowanym za pieniądze otrzymane z Unii Polsko-Europejskiej. Stojąc też niedaleko klasztoru oo. Bazylianów, też za szmalec z Unii wyremontowanym. Przecież 5,1 miliona stamtąd na ten kościół poszło, podobnie jak 103 miliony złotych na leżajską obwodnicę.

***

Z Unią Polsko-Europejską jest jak z przysłowiową szklanką. Napełnioną do połowy. Zwolennicy Unii, jak Flaczki Tygodnia, napiszą, że szklanka nadal jest w połowie pełna. Co daje podstawy do jej reformowania. I wzmacniania jej. Bo Unia Polsko-Europejska, pomimo jej słabości, to dzisiaj i na jutro najlepszy geopolityczny projekt jest dla naszej Ojczyzny.

***

Pan prezydent Duda i jego środowisko polityczne patrząc na Unię Polsko-Europejską larum grają. Spójrzcie tylko, ona już w połowie pusta jest. Co dowodzi, że ten geopolityczny projekt nie sprawdził się i nie ma dla niego przyszłości. Zatem mądrość polityczna nakazuje nam wiać. Tak jak marszałek Edward Rydz, jeden z patronów IV Rzeczpospolitej, który we wrześniu 1939 roku najpierw śmignął z Warszawy do Brześcia, a potem do Rumunii. Z gębą pełną patriotycznych frazesów rzecz jasna.

***

Elity umysłowe PiS, eksperci i propagandziści związani z Kancelarią pana prezydenta Dudy, nie ustępują w patriotycznej retoryce sanacyjnemu obozowi piłsudczyków. Nawet ich przewyższają. Ich czołowi ideolodzy, jak choćby profesor Andrzej Zybertowicz, systematycznie sączą wizję rychłego upadku Unii Polsko-Europejskie. Tworząc prostą analogię z cesarstwem rzymskim. Tak jak Rzym upadł pod naporem hord barbarzyńskich migrantów, tak teraz hordy współczesnych migrantów obalą współczesny Rzym, czyli unijną Brukselę. I cóż dzisiaj radzą dzielnym, dumnym Polakom? Uciekać.

***

Uciekać zawczasu. Nie walczyć o zreformowanie Unii Polsko-Europejskiej. Nie wysilać się na jej wzmacnianie. Uciekać co sił w nogach, ale tym razem inaczej. Nie rozpaczliwie, jak w 1939 roku, do neutralnej Rumunii. Teraz kanclerskie głowy z PiS chcą przed zaplanowaną ucieczką taką „Rumunię” wcześniej sobie wykreować.

***

Ową „Rumunią”, jak zdradził profesor Zybertowicz, w geopolitycznym planie elit PiS, będzie „Trójmorze”. Kreowany przez rząd pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego związek gospodarczo – polityczny państw Europy Środkowo-Wschodniej.

***

Profesor Zybertowicz błyskotliwie zauważył, że po upadku Rzymu w V wieku naszej ery, tradycje chrześcijańskiej Europy przejął i kontynuował Konstantynopol. Cesarstwo Europy Wschodniej. Teraz będzie podobnie. Kiedy już Brukselo-Paryżo-Berlińska zachodnia Europa upadnie, zamieniając się w afrykański kalifat, a upaść musi, skoro tak Zybertowicz twierdzi, to ciężar utrzymania i kontynuowania europejskiego dziedzictwa spadnie na Warszawę. Nowy Konstantynopol. Przyszłą stolicę Trójmorza. Nowego Imperium Środkowo – Wschodniej Europy.

***

To nic, że zebrana do kupy siła wszystkich gospodarek państw Trójmorza stanowi jedynie 10 procent, może nawet aż 11 procent, zebranych do kupy gospodarek wszystkich państw Unii Polsko-Europejskiej. To nic, że gospodarka „Trójmorza” jest taką „Rumunią” ekonomiczną Unii Polsko-Europejskiej. Ale elity PiS uważają, że nieważne czy Trójmorze będzie bogate czy biedne. Ważne aby przyszła nowa Bruksela, nowy-stary Konstantynopol przyjął konserwatywne europejskie wartości i chrześcijańskie religie. Przynajmniej na początku, bo z biegiem lat przechrzci się na katolicyzm tych wszystkich lutrów i prawosławnych.

***

Ucieczka z tej, uważanej przez elity PiS za zgniłą moralnie, lewacką i muzułmańską, zachodniej Europy przygotowana jest już teraz. Systematycznie pisowski front propagandowy pokazuje Unię Polsko-Europejską jedynie jako już „pustą do połowy”. Systematycznie wypiera się ze świadomości obywateli IV RP wszelkie informacje o korzyściach jakie Polska otrzymała z Unii. Eksponuje się za to wszystkie negatywne skutki akcesji do Unii Polsko – Europejskiej.

***

Elity PiS reanimują XIX wieczne koncepcje „Europy Ojczyzn”, „Europy narodów”, które w pierwszej połowie XX wieku doprowadziły do dwóch wojen światowych. Elity PiS mistrzowsko kreują konflikty wykorzystując nacjonalistyczne fobie, narodowe kompleksy, kreując politykę historyczną dla nieuków.

Bo gdyby trzymać się geopolitycznych wizji profesora Zybertowicza i naprawdę sięgnąć do historii, to okazałoby się, że stary Rzym rozwalili nie jacyś obcy barbarzyńscy, tylko nasi, europejscy przodkowie. To przodkowie zachodniej Europy zdobyli tamten Rzym i przejęli potem jego dziedzictwo, które i nam przekazali. Z pomocą Hunów, czyli przodków premiera Orbána.

Nasi słowiańscy przodkowie w naszej erze najpierw zajmowali się rozwalaniem cesarstwa wschodniego, czyli dawnego Konstantynopola. A potem wzmacniali europejskich barbarzyńców na zachodzie. Nie uciekali przed zachodnią Europą, jak to teraz współczesnym Polakom elity PiS proponują.

***

Elity PiS zachowują się jak grupa gości, która najpierw zjadła suty obiad, ale nie chce teraz zapłacić rachunku za konsumpcję. Rozpaczliwie szuka muchy, żeby złapać ją i wrzucić do resztek zupy. Potem wezwać kelnera, pokazać mu muchę w zupie i z podniesionym czołem wyjść z restauracji. Z dumą polskiego cinkciarza, cwaniaczka przewalającego zagraniczniaków na wymianie walut. Taką politykę przywracania godności narodowi polskiemu serwują nam elity PiS.

***

Być może, pan prezydent Duda plując w Leżajsku do talerza po zjedzonej, darmowej, europejskiej zupie myślał o swojej nadchodzącej wizycie w USA. O spotkaniu z prezydentem Donaldem Trumpem. Politykiem, który werbalnie gardzi Unią Polsko-Europejską. I chciał mu się zwyczajnie podlizać.

 

PS. Ponieważ redaktor Piotr Gadzinowski kandyduje do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa, to uprasza się wszystkich inteligentnych Wyborców o głosowanie na niego i namawianie innych inteligentnych do takiego aktu odwagi intelektualnej.

Internet rządzi My, socjaliści

W ostatnich dniach „Gazeta Wyborcza” i Radio Zet ujawniły dokument, z którego wynika, że wiosną 2015 r. sztab wyborczy Andrzeja Dudy miał podpisać umowę ze spółką tworzącą fałszywe konta w Internecie.

 

Umowa obejmowała okres przed wyborami prezydenckimi 2015 r. Wybory prezydenckie odbyły się 10 i 24 kwietnia (II tura) 2015 roku. Prezydent Duda zdementował te informacje twierdząc, że to typowy fake news. Podobną sytuację ma prezydent USA Donald Trump, który został wybrany w listopadzie 2016 roku. Jego sztab jest posądzany o konszachty z Rosjanami, którym zarzuca się ingerencję w amerykańskie wybory poprzez manipulacje w Internecie.

Ażeby poważnie podejść do sprawy, trzeba odpowiedzieć na podstawowe pytanie, jak można wykorzystać Internet do manipulowania wynikami wyborczymi? Istnieją liczne teorie i dowody na to, że można. Z opracowań amerykańskich, ale również polskich wynika, że jako pierwszy na szerszą skalę wykorzystał Internet do zdobycia przewagi wyborczej był Barack Obama w 2008 roku, który pokonał Johna McCaina. Powtórzyło się to w USA cztery lata później.

Doświadczenia z kampanii internetowych zostały opisane i opracowane naukowo. Dziś korzystają z nich wszyscy, bowiem pozwalają na znaczące wsparcie wyników wyborczych kandydatów wybieranych powszechnie, których wspierają media masowe, a szczególnie portale społecznościowe w Internecie. Chodzi przede wszystkim o Facebook i Twitter.

Infrastruktura służąca do takich działań jest mocno rozbudowana w skali globalnej, jak również w skali państw narodowych – jesteśmy dziś generalnie przynajmniej jedną nogą w erze informacyjnej.

Po blisko 20 latach intensywnego rozwoju wg 2017 Digital Yearbook, sieć Internetu opasała już cały świat. W styczniu 2017 roku było na świecie 7,476 mld ludzi, z czego aż 50% (3,773 mld) posiadało dostęp do Internetu. W Europie Zach. jest to 84%, w Europie Wsch. 67%. Polska jest na 15. miejscu z 72 %. Aktywnie z mediów społecznościowych korzystało 37% populacji naszego globu, czyli 2,789 mld. Unikalnych użytkowników mobilnych jest aż 66%, czyli 4,917 mld ludzi. Korzystających z mediów społecznościowych za pomocą urządzeń mobilnych (smartfonów) jest aż 34% mieszkańców Ziemi – czyli 2,549 mld osób. Rocznie Internet rośnie o ok. 10%.

Wynika z tego, że baza techniczna do globalnych i narodowych działań w dziedzinie operowania wpływem poprzez media społecznościowe jest. Jest więc gotowa baza społeczna. Szczególnie dobrze jest ona rozwinięta w krajach europejskich, USA, Kanadzie, Japonii, Rosji. W ostatnich latach doszło również do przełomu w dziedzinie oprogramowania dającego możliwość dotarcia do aktywnych w sieci osób.

Według „Guardiana”, język i twierdzenia, których używali prowadzący facebookową stronę Andrzeja Dudy w kampanii prezydenckiej były niesamowicie podobne do tych używanych przez Cambridge Analytica. Jest to firma, która znając preferencje wyborców w USA mogła na nich wpływać i pomogła wygrać Donaldowi Trumpowi. Nie wszyscy wiedzą, że za algorytmem wykorzystywanym w tych operacjach stoi Polak dr Michał Kosiński z Uniwersytetu Stanforda. Opracował on algorytm, który na podstawie naszej aktywności w mediach społecznościowych tworzy kompletny obraz osobowości.

Wracając do sprawy ostatnich wyborów prezydenckich w Polsce i w USA wiadomo, że wykorzystywano w nich aktywnie media społecznościowe. O tym, że wybory wygrywa się nie tylko na ulicy i w lokalach wyborczych, ale wcześniej, przede wszystkim w sieci, wiedzą wszystkie partie polityczne i kandydaci ubiegający się o funkcje publiczne. Poza armiami trolli i botami coraz częściej w kampaniach wykorzystywane są jednak profesjonalne firmy zajmujące się wpływaniem na wyborców. Są do tego potrzebne oczywiście odpowiednie środki, bowiem prowadzone dyskretnie działania nie są tanie. Stać na nie największe partie polityczne i państwa.

Ostatnio prowadzona jest w USA sprawa wpływu Rosji na wybory amerykańskie. Jest to możliwe, choć działania w skali globalnej nie mają charakteru asymetrycznego. Aktywne stale w sieci są wszystkie duże państwa, szczególnie USA, Rosja, Chiny, Izrael, W. Brytania, Niemcy i inne incydentalnie np. Państwo Islamskie, Korea Płn. Prowadzą one działania przeciw sobie, ta sieciowa wojna jest widoczna na każdym kroku, jak również w konkretnych sprawach np. wspierania określonych wartości ideowych np. propagując amerykański styl życia, potęgę militarną Rosji, neoliberalizm, wartości islamskie, psychozę wojenną itp.

W Polsce, jak wiadomo, wysoką aktywność w sieci portali społecznościowych przejawia PiS i PO, zatrudniając dziesiątki ludzi oraz tzw. boty. Mniej aktywne ze względu na środki są inne ugrupowania, choć swoje doświadczenia miała tutaj PSL i partie firmowane przez Janusza Korwin-Mikke.

Polska lewica ma małe doświadczenia i środki w tej dziedzinie, choć wiadomo, że polityka i budowanie wpływu przenosi się do Internetu.

Uważam, że powinien powstać na lewicy program działań, przede wszystkim przed wyborami europejskimi i parlamentarnymi. Dotychczasowe skromne doświadczenia SLD i partii Razem powinny być rozwijane.

Przemysł pogardy

Odkrywszy w sobie odrobinę masochizmu, od trzech lat dość uważnie i systematycznie śledzę prawolskie, propisowskie portale. I klnę się na Boga, w którego nie wierzę, że ten hejt, który kierowany jest w stronę PiS, to istny śpiew słowika w porównaniu z kloacznym rynsztokiem i przemysłem pogardy, jaki wylewa się ze strony zwolenników „dobrej zmiany”.

 

Jeśli PiS wygra najbliższe starcia wyborcze uzyskując samodzielną większość, to rozpęta takie piekło, że obecną kadencję wspominać będziemy rozrzewnieniem jako łagodny czas poszanowania demokracji, praw i wolności obywatelskich.

 

Przemysł pogardy

Zgodnie z zasadą „łapaj złodzieja” pisowcy zawsze podnoszą głośne larum, gdy spotka ich jakakolwiek krytyka z drugiej strony. Cechuje ich w tej mierze hiperwrażliwość na miarę andersenowskiej księżniczki na ziarnku grochu – uwiera ich nawet małe ziarnko umieszczone pod stosem poduszek. W tym celu wymyślili określenie „przemysł pogardy”. Kilka lat temu ukazały się dwie książki zorientowanego propisowsko autora Przemysława Kmiecika o „przemyśle pogardy”, który po 10 kwietnia 2010 roku miał być skierowany przeciwko osobie Lecha Kaczyńskiego i przeciwko środowisku politycznemu jego brata. Nie wiem, kto je wymyślił, ale w środowisku pisowskim bardzo się ono przyjęło i chętnie jest przywoływane. Bardzo dobrze pamiętam jednak, że to, co nazywali i nazywają „przemysłem pogardy”, było na ogół w gruncie rzeczy ostrą krytyką, czasem satyrą z akcentami szyderstwa, co najwyżej w wyższej strefie stanów średnich natężenia. Poza Januszem Palikotem, który pozwalał sobie na znacznie od przeciętnej ostrzejszą „szyderę”, pozostałe treści antypisowskie i czy antykaczystowskie mieściły się w szeroko pojętej normie politycznej satyry. Tymczasem kaczyści, co rusz wołając: „przemysł pogardy” i „łapaj złodzieja” otworzyli szeroko tamy takiemu kloacznemu rynsztokowi za którym jest już tylko zapach krwi i prochu.

 

Dwa przykłady

W swoim programie „Nie ma żartów” Eliza Michalik rozmawiała kilka dni temu z pisarką Marią Nurowską. „Dla mnie Kaczyński jest wydestylowanym złem”, „Kaczyński ma jedno zadanie: zemsta. Mści się na nas za to, że mu zabito brata. Zabili mi brata, to teraz ja ich wykończę”, „strasznie mnie razi u nich prostactwo i brak poczucia humoru”, „PiS kieruje ofertę do ludzi nieinteligentnych, do dołów społecznych, te ich doły społeczne przekupili 500 plus”, „oni ten pisowski reżim zbudowali na kłamstwie” – to niektóre tylko cytaty z wypowiedzi Nurowskiej. Można się zgadzać z tymi wypowiedziami, można nie, można mieć co do niektórych wątpliwości, ale mimo to powyższe sformułowania mieszczą się w ramach kultury słowa, bez inwektyw czy wulgaryzmów, nawet bez ostrego, dojmującego szyderstwa. Z całą pewnością mieści się w normie polskiej, a w zestawieniu z poziomem emocjonalnym i retorycznym debaty są wręcz nader umiarkowanie. Do tej rozmowy nawiązuje portal braci Karnowskich „w polityce” i rozdziera szaty w stylu: „Ach, cóż za straszna pogarda w słowach Nurowskiej, jaka nienawiść bez granic”. Zaglądam do innego propisowskiego portalu o nazwie „niezależna” i sięgam po materiał poświęcony niedawnemu protestowi przeciw wycofaniu się PiS z projektów rozwiązań ustawowych, które miały na celu poprawę losu zwierząt, zarówno tych tzw. hodowlanych, na futra i skórę, jak i domowych (psy na uwięzi). W proteście, który odbył się pod hasłem „Gdzie ta dobra zmiana dla zwierząt?” wzięły udział m.in. znane aktorki i celebrytki. Anja Rubik, Maja Ostaszewska, Agata Buzek, i to one zostały wzięte pod but przez pisowskich trolli. A oto próbki komentarzy pod tym materiałem: „Baby to jednak w większości debilki”, „jedna paskuda i beztalencie mniej” (to o Mai Ostaszewskiej), „Rubik, ta szkapa jeszcze żyje?”, „matko, jaka ona szkaradna szok”, „sfrustrowane pudernice na śmietnik z nimi”, „stare rury, z kilkoma co najwyżej komórkami w tych pustych łbach”, „na zdjęciu okropne kobiety: Buzkówna, Ostaszewska, Rubikówna coś potwornego”, „zwymiotowałem gdy zobaczyłem zdjęcie Rubikowej”, „sfiksowana brzydula na jej widok robi się niedobrze”, „ta jakaś wychudzona modelka Rubik wstrętna jak kupa po kacu”. Wystarczy? Nie da się ukryć, ta prawda jest naga: miażdżąca większość oszalałego z nienawiści rynsztoku spływa z pisowskich kanałów.

 

Kto sieje wiatr, zbiera burzę

Jak na dłoni widać tu najohydniejszy, mizoginistyczny rynsztokowy seksizm, bo przecież na tej demonstracji było także wielu mężczyzn, a o nich jednak ani słowa. Prawie nic też o smutnych „bohaterach” tej demonstracji czyli o zwierzętach, które tak kocha Jarosław Kaczyński. A gdyby tak zastosować podobne epitety do kobiet (skoro o kobietach tu mowa) do pań Pawłowicz czy Sobeckiej („stare rury”, „na śmietnik z nimi”), to co byście na to powiedzieli pisowscy trolle o niewyparzonych językach? A gdyby tak do nich i do kobiet PiS zastosować te skatologiczne epitety z ekskrementami i rzygowinami? Jednak nie róbmy tego. Niech to ONI zadławią się tym rynsztokiem. Jednak wychowany w żoliborskim domu na staromodnego damskiego galanta („całuję rączki”) Jarosław Kaczyński ani razu nie zajął publicznie głosu i nie wezwał swoich zwolenników do powstrzymania się od takiego języka w stosunku do kobiet. To co prawda nie powstrzymałoby tego rynsztoku, ale przynajmniej wystawiłoby jemu samemu choć jedno dobre świadectwo. Ale on już jest po drugiej stronie, na śmierć i życie, więc nie ma już żadnego powodu ani interesu by się uczciwie zachować. Jednak, trzeba mieć i to na uwadze, że zgodnie z regułą sformułowaną przez wielkiego polskiego poetę Adama Mickiewicza ( „gwałt niech się gwałtem odciska”) fala rozpętanego przez nich werbalnego gwałtu rozlewa się poza internet i media. W sobotę przed południem w jednej z warszawskich kawiarni młody człowiek zwrócił się do Krystyny Pawłowicz udzielającej przy stoliku wywiadu dziennikarzowi jednego z propisowskich tygodników, jednego z tych które publikują przywołane wyżej rynsztokowe ekspresje, następującymi słowy: „Zamknij mordę stara głupia babo” (…) Jak ona jest chamka, to się zwracam jak do chamki”. Nie popieram takich zachowań, ale nie pozostaje nic innego jak powiedzieć pisowcom: kto sieje wiatr, zbiera burzę.

 

Wybryk leżajski czyli Adrian irytuje się

Skoro zatem znajdujemy się w strefie języka, warto odnieść się do języka, na którym wysoko odleciał w Leżajsku Duda Andrzej, z formalnego punktu widzenia konstytucyjny prezydent RP. Jak to często u niego bywa, narcystyczne uwielbienie dla własnego głosu poniosło go znacznie dalej niż być może by chciał i wykrzyczał słowa o Unii Europejskiej jako o „wyimaginowanej wspólnocie, z której niewiele dla nas wynika”. Wywołało to zakłopotanie nawet w obozie PiS, w którym są ludzie, którzy przy wszystkich buńczucznych atakach na Unię dobrze wiedzą, z której strony posmarowany jest chleb. A otóż posmarowany jest on od strony zachodniej. I którzy wiedzą, że gdyby nie miliardy euro, które wpłynęły do Polski począwszy od roku 2004, to nasza umiłowana ojczyzna nadal, tradycyjnie brnęłaby w błocie i gnoju, a szyderczy wydźwięk określenia „polskie drogi” nadal byłby aktualny. Przez dziesięciolecia oskarżano ustrój Polski Ludowej o zapóźnienie cywilizacyjne kraju, a raczej obarczano PRL wyłączną odpowiedzialnością za niski i parciany poziom życia w tamtych czasach. Tymczasem historyczna prawda jest taka, że choćby nawet gospodarka Polski Ludowej przez całe 45 lata napinała się na najwyższe rejestry wysiłku i pomysłowości, to i tak nic by to nie dało bez solidnego kapitału z zewnątrz, bo Polska kapitału nie miała. Takie Włochy, które po wojnie były obrazem nędzy i rozpaczy odziedziczonym po poprzednich epokach, co zobaczyć można w filmach powojennego nurtu neorealistycznego (Roberto Rosselini, Vittorio de Sica), już kilkanaście lat później zakwitły „cudem gospodarczym” czyli ową „dolce vita” („słodkim życiem”) ze słynnego filmu Federico Felliniego. Wysiłek Włochów sprawił to w minimalnym stopniu, bo ową prosperity zawdzięczali nade wszystko planowi Marshalla, amerykańskiemu planowi ekonomicznego wsparcia Europy. Powodowane politycznym imperatywem i nakazem władze Polski odrzuciły ofertę wynikającą z tego planu i dokładnie w tym momencie zaczął się początek końca Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.

 

Duda, nie Duda?

Ale wróćmy do Dudy. W związku z jego nieodpowiedzialnym retorycznym wybrykiem leżajskim powróciły w PiS spekulacje, czy aby naprawdę jest on dziś dobrym kandydatem obozu władzy na prezydenta w wyborach 2020 roku. Ostatnie sondaże, które pokazują, że Tusk go prześciga, a Biedroń depcze mu po piętach, mogą dać Kaczyńskiemu to i owo do myślenia. I choć kilka miesięcy temu potwierdził, że to Duda ponownie będzie kandydatem obozu władzy, to przywódca PiS jest człowiekiem zdolnym do gwałtownej wolty personalnej o ile zajdzie taka potrzeba. Duda jest w obozie PiS traktowany jako osobistość mocno wypalona i to już na dwa lata przed końcem kadencji. Denerwujące weta z ubiegłorocznych wakacji, długo drażniący twarde jądro PiS rzecznik Łapiński czy opinia powolnego manekina – zgodnie z paradoksem ludzkiej psychiki, która niejednokrotnie nakazuje bardziej szanować wroga niż własnego służalca – nie wywołuje szacunku do Dudy nawet u tych, którzy sami na takiej pozycji go ustawili. Tygodnik „Gazeta Polska” nie zaprzestał nazywać go „Dudaczewskim”, co jest w tym środowisku bliskim Macierewiczowi i sekcie smoleńskiej wyjątkowo ostrą obelgą. Prawdopodobieństwo wspomnianej wolty personalnej nie jest co prawda duże, bo byłoby to posunięciem ryzykownym, ale wiadomo, że wyobraźnia prezesa PiS nie ma wielkich ograniczeń, a bezwzględność żadnych. Do Dudy bez wątpienia głosy te docierają, stąd bardzo zła atmosfera w Pałacu (nomen omen) Namiestnikowskim (seria odejść), którego główny lokator bardzo jest zirytowany swoją postępującą, upokarzającą marginalizacją i prztyczkami jakie raz po raz otrzymuje od „swoich”. Dlatego, jak zauważa Jadwiga Staniszkis, w sposób właściwy dla niego, czyli infantylny, dziecinny, tupie nożynami jak rozjuszony bachor, okazując niezadowolenie.

 

Tako rzecze Wittgenstein

Zgodnie z formułą Ludwika Wittgensteina, filozofa od którego zaczęło się traktowanie języka jako czegoś więcej niż tylko narzędzia komunikacji, „granice mojego języka, są granicami mojego świata”. Jedną z konsekwencji tego jest to, że język ma także potężny potencjał sprawczy w warstwie empirycznej, wręcz fizykalnej. A ponieważ PiS jest formacją, która w największym stopniu, nieporównywalnie bardziej niż opozycja – w tej sferze dość bezradna – pracuje w tworzywie języka, więc także i tam czai się dla niego największe niebezpieczeństwo. Może się bowiem kiedyś niepowściągliwością i nadproduktywnością swojego własnego języka zadławić. Duda Andrzej na razie się nim tylko zakrztusił.

Głos Prawicy

Spoiwo

– Trzeba pamiętać, że ta ziemia, a już szczególnie Szczecin jest jedną z kolebek „Solidarności”. „Solidarność” integrowała te wszystkie dobre motywacje polskiego działania. Integrowała też myśl i tradycję niepodległościową. To bardzo, bardzo istotne. Spoiwem wszystkiego musi być patriotyzm – mówił prezes PiS Jarosław Kaczyński na konwencji regionalnej w Szczecinie.
Jarosław Kaczyński podkreślił na początku przemówienia, że Pomorze Zachodnie to ziemia „wielkiego potencjału, wielkich możliwości, wspaniałych ludzi, ale to też ziemia, która wymaga szczególnej uwagi, napięcia woli mieszkańców, ale i całego narodu”. – Mój śp. brat powiedział kiedyś, że silne Pomorze Zachodnie to polska racja stanu. To celne słowa. Polska leży między dwoma potęgami. Od Rosji jesteśmy oddzieleni Ukrainą, w mniejszej mierze Białorusią. Z Niemcami mamy otwartą granicę i to bardzo dobrze. Bardzo dobrze, że jesteśmy w UE, NATO, że jesteśmy sojusznikami. Pamiętajcie, że ci, którzy myśleli, że historia się skończyła, mylili się. Historia biegnie dalej i nikt nie wie, w jakim kierunku. Odpowiedzią jest silne Pomorze Zachodnie, które w nieodległym czasie osiągnie poziom rozwoju porównywalny z Niemcami – powiedział.

Prezes PiS stwierdził też, że trzeba stawiać wymóg patriotyzmu, który jest zrębem motywacji i podstawą zaangażowania w życie publiczne. – Tutaj na Pomorzu Zachodnim trzeba stawiać także na patriotyzm lokalny, na polskie Pomorze Zachodnie. Ten patriotyzm może wyrastać z różnych przesłanek, różnych motywacji. Historia Polski zna motywacje religijne, czysto społeczne, zaangażowanie narodowe. Trzeba pamiętać, że ta ziemia, a już szczególnie Szczecin jest jedną z kolebek Solidarności. Solidarność integrowała te wszystkie dobre motywacje polskiego działania. Integrowała też myśl i tradycję niepodległościową. To bardzo, bardzo istotne. Spoiwem wszystkiego musi być patriotyzm – dodał.
Za „Do Rzeczy”.

 

O Kozłowskiej

– Tego typu przedsięwzięcia nie służą budowie dobrych relacji i zaufania pomiędzy naszymi krajami – miał powiedzieć prezydent Andrzej Duda w rozmowie z prezydentem Niemiec Frankiem-Walterem Steinmeierem, odnosząc się do wystąpienia Ludmiły Kozłowskiej w Bundestagu. Również niektóre niemieckie media stwierdziły, że zaproszenie do parlamentu szefowej Fundacji Otwarty Dialog może skutkować awanturą z Polską.

Jak informowaliśmy na łamach „Codziennej”, Ludmiła Kozłowska w czwartek wzięła udział w spotkaniu w niemieckim Bundestagu, poświęconym praworządności w Polsce i na Węgrzech. Sytuacja jest o tyle kontrowersyjna, że blisko miesiąc temu szefowa Fundacji Otwarty Dialog została objęta zakazem wjazdu na terytorium UE. Tymczasem nasi zachodni sąsiedzi w tajemnicy przed Polską przyznali jej tymczasową wizę – donosi „Gazeta Polska”.

 

O Biedroniu

– Nie rozumiałem zachwytów nad Biedroniem, bo – wbrew temu, co głosili jego wielbiciele i skłonne do basowania mu antyprawicowe media – nie widziałem w nim jakiejkolwiek nowej jakości. Zawsze wydawał mi się natomiast wewnętrznie pusty (co nie znaczy nieinteligentny) – pisze w tygodniku „W Sieci” Piotr Skwieciński. Ich zdaniem Biedroniowa pustka i obrotowość (poza sferą „praw mniejszości seksualnych”) to celowa zmyłka, kreacja, […] bo podpowiedziano mu, że najlepiej sprzedaje się obłość.

Skwieciński zastanawia się też nad przyszłością Roberta Biedronia w polskiej polityce: To pytanie o to, jaki jest obecnie rozmiar społecznego popytu na dwie cechy, które reprezentuje Biedroń. Lewicowość […] i obłość, opływowość. Przy czym zastanawiając się nad odpowiedzią, należy mieć na uwadze problem dodatkowy – w jakim stopniu wyborcy, możliwi do pozyskania dzięki obu tym czynnikom, nie są usatysfakcjonowani ofertą, jaką pod tym względem już teraz przedstawia im opozycja. Okazało się, że Rosjanie znów zagrali nam na nosie i nie pozwolili wykonać większości czynności, jakie zaplanowali nasi śledczy. Nie było możliwe zinwentaryzowanie wraku, do czego niezbędne byłoby przenoszenie niektórych jego elementów. Polacy nie mogli nawet samodzielnie wykonywać fotografii. To oburzająca postawa Rosjan, zwłaszcza że chodzi przecież o badania wraku, który jest polską własnością bezprawnie przetrzymywaną przez Federację Rosyjską – zauważają publicyści.