Twarde jądro Unii?

„To zdrada! Emmanuel Macron sprzedaje nasz kraj, niweczy jego suwerenność. Niszczy wszystko, co zrobił gen. de Gaulle dla wielkości Francji” – mówiła w telewizji oburzona Marine Le Pen, szefowa Zjednoczenia Narodowego. Z kolei na lewicy Jean-Luc Mélenchon z Nieuległej Francji podkreśla „szkodliwość” traktatu o współpracy francusko-niemieckiej, który został właśnie podpisany w Akwizgranie (Aachen, Aix-la-Chapelle), dawnej stolicy imperium cesarza Karola Wielkiego. Jak daleko posunie się integracja?

Słowo „integracja” jest podstawowe dla tej sprawy, bo w poprzednim, historycznym traktacie, również podpisanym 22 stycznia (tyle, że w 1963 r., w Pałacu Elizejskim, między prezydentem de Gaullem a kanclerzem Adenauerem), takiego słowa nie było. Dziś występuje w tytule traktatu: „o współpracy i integracji”. Takiego „zacieśnienia stosunków” jeszcze nie było. Oprócz wielu problemów związanych z samym tekstem naprzód wysunęły się dwie wątpliwości: po pierwsze, tekst traktatu został udostępniony w internecie dopiero kilka dni temu, z pominięciem parlamentu i bez żadnych konsultacji politycznych, co kolejny raz stawia pod znakiem zapytania francuską demokrację. Po drugie, powstało wrażenie, że Niemcy „wykiwali Francję”, podobnie jak 56 lat temu.

Tak naprawdę w 1963 r. generała de Gaulle’a wykiwali Amerykanie, gdyż wtedy bardzo bezpośrednio wpływali na politykę niemiecką. Na czym to polegało? Głównym celem dawnego przywódcy Francji było oddalenie Zachodnich Niemiec (i reszty krajów ówczesnej Szóstki) od ich amerykańskiego protektora. De Gaulle marzył o Europie niezależnej od Amerykanów i jednocześnie Związku Radzieckiego, francuski arsenał nuklearny miał zastąpić „amerykański parasol”. Dlatego traktat nawet nie wspominał o Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, NATO czy GATT (dzisiaj to Światowa Organizacja Handlu – WTO).

Co z tego jednak, skoro Amerykanie czuwali? Pół roku później niemiecki Bundestag ratyfikował traktat, ale z dopisaną przez Waszyngton preambułą, która mówiła o „ścisłym stowarzyszeniu USA i Europy”, projekcie „przyjęcia Wielkiej Brytanii”, obronie w „ramach NATO” i obniżce europejskich ceł wobec USA i Brytyjczyków „w ramach GATT”. Generał się wściekł: „Niemieccy politycy martwią się, że niewystarczająco płaszczą się przed Anglosasami! Zachowują się jak świnie!”, ale mleko już się rozlało. Imperium amerykańskie sprawowało w Europie władzę nie do przebicia, próby jakiejś emancypacji nigdy nie mogły wypalić. De Gaulle mógł jedynie wycofać Francję z działań NATO, co zresztą zrobił (pozostając „martwym członkiem”). Dziś, w czasach trzeszczącej w posadach Unii, są jeszcze inne problemy.

Czyja integracja?

Zwykło się mówić, że Francja i Niemcy stanowią „rdzeń Unii Europejskiej”, choć przecież we wszystkich bodaj krajach Unii powtarza się równie często, że to „Niemcy rządzą”, poprzez swą dość duszącą i raczej bezwzględną dominację ekonomiczną, zapewnioną przez wprowadzenie euro. Niemcy wyśmiali inicjatywę Macrona, by wprowadzić oddzielny budżet strefy euro, prezydent Francji musiał też zgodzić się (co już nie stanowiło dlań problemu), by unijne układy o wolnym handlu wchodziły w życie bez zgody parlamentów krajowych. Cóż, demokracja w Unii to w końcu tylko pobożne życzenie. Teraz prezentuje nowy traktat jako wzór europejskiej integracji, podczas gdy jest to co najwyżej integracja „rdzenia”, bez oglądania się na innych. Jest tu oczywiście mowa o NATO, do którego Francja wróciła 10 lat temu, ale jednocześnie oba państwa zawierają oddzielny sojusz zbrojny, angażujący francuskie siły atomowe w razie czyjejś agresji na Niemcy.

Mało tego, oba państwa dają sobie prawo wspólnej, „stabilizacyjnej” interwencji zbrojnej w „krajach trzecich”, bez najmniejszego wspomnienia o rezolucjach ONZ, które mogą się na to zgodzić lub nie. Powstanie za to ekskluzywna Francusko-Niemiecka Rada Obrony i Bezpieczeństwa. Co do ONZ, Francuzi zobowiązali się do wprowadzenia nowego priorytetu swej dyplomacji: mają walczyć o uczynienie z Niemiec członka stałego Rady Bezpieczeństwa (z prawem weta), a póki co, „ściśle koordynować” swe działania w ONZ. Inaczej mówiąc, Francja będzie dzielić się swoim prawem weta z Niemcami, co – jak narzekają niezadowoleni – pozbawi ją znacznej części suwerenności. Powiedzmy, że obietnica ubiegania się o stałe członkostwo Niemiec nic Francuzów nie kosztowała, bo rezultat zależy też od innych. Jednak zbliżenie obu krajów idzie dużo dalej.

Judasz z Hitlerem

Francuzi dowiedzieliby się o nowym traktacie pewnie dopiero dzisiaj, gdyby nie hałas, którego narobił jeden z francuskich eurodeputowanych na 10 dni przed podpisaniem. Bernard Monot z partii „socjalnych gaullistów” Powstań Francjo (DLF), niczym Rejtan rozdarł symboliczną koszulę nagrywając wideo, które szybko obiegło francuski internet: „Pan Macron, niczym Judasz, oddaje Alzację i Lotaryngię obcej potędze!”. Były tam i inne mocne słowa: „Macron chce zgnieść naród francuski, którego nienawidzi, to jego nowy pucz przeciw Francji! (…) Ten traktat pozwoli całkiem zniszczyć prawo pracy, system ochrony socjalnej i obronę narodową”. Tweet z tą przemową został w końcu skasowany, gdyż autorowi groziły konsekwencje karne. Ale dzięki niemu kilka dni później opublikowano tekst traktatu, a prorządowe media zaczęły grupowo zapewniać, że Alzacja i Lotaryngia pozostaną we Francji, dzięki czemu wszyscy mogli dowiedzieć się o tajemniczym układzie.
Prawicowe media internetowe jak Riposte Laïque i tak nie wahały się pisać „Macron realizuje marzenie Hitlera o Francji podległej Niemcom”. Kwestia Alzacji i Lotaryngii, regionów, które dla Francuzów były mniej więcej tym, czym dla Polaków był Śląsk, jest w traktacie dość niejasna. Mają tam powstać dwujęzyczne „euro-dystrykty”, rządzące się nieco innymi prawami, niż reszta francuskich terytoriów. Formalnie rzeczywiście pozostaną francuskie, jednak ich status będzie cokolwiek „mieszany”. Wszystko to w imię integracji i „ułatwień dla ludności”, ale zapewnienia mediów nie usunęły nieufności ani z prawa, ani z lewa.

Utrwalanie ustroju

Jean-Luc Mélenchon, który kilka lat temu wydał niezbyt pochlebną książkę o Niemczech, zwraca uwagę, że traktat utrwala ideologię neoliberalną jako obowiązującą. „Powołuje on do życia francusko-niemiecką radę gospodarczą, która ma koordynować politykę ekonomiczną obu krajów. Jej cel jest precyzyjny : nie jest nim postęp społeczny, czy transformacja ekologiczna, lecz konkurencyjność” – pisze na swoim blogu. Zalecenia tej rady można łatwo przewidzieć: „mniej usług publicznych, gra na obniżanie płac i nagonka na bezrobotnych”. Według niego, traktat oznacza osłabienie niepodległości i suwerenności kraju połączone z cofnięciem się socjalnym i ekologicznym (na życzenie Niemiec w traktacie brak kwestii węglowej).

Dzięki „harmonizacji legislacji dla biznesu” ma powstać jednolita francusko-niemiecka strefa ekonomiczna, zaskakująca unia w Unii, gigant polityczno-gospodarczy, wobec którego inne państwa będą jak karły. Oprócz gospodarczej, wspólna ma być polityka zagraniczna, fiskalna, obronna, do tego stopnia, że zostanie powołana do życia wspólna rada ministrów i nawet parlament – w zasadzie tylko „do spraw harmonizacji”, lecz ministrowie niemieccy będą mogli uczestniczyć w zwykłych posiedzeniach francuskiego rządu i odwrotnie. Jeśli Macron chciał na stałe podpiąć Francję pod niemiecką dominację na kontynencie, to zdaniem jego przeciwników robi to kosztem nie tylko Francji, ale i reszty wspólnoty europejskiej.

Wzmocnienie, czy rozpad

O ile ponad pół wieku temu gen. de Gaulle widział w Wielkiej Brytanii „agenta amerykańskiego, który narobi tylko burdelu” w planowanej wspólnocie, dziś komentatorzy zwracają uwagę, że Niemcy ciągle pozostają w ścisłej zależności politycznej, dyplomatycznej i militarnej od USA, więc i Francja pogłębi swą podległość. Dzieje się to w momencie, gdy kanclerz Angela Merkel jest już na wylocie, a Emmanuel Macron zupełnie zawiódł nadzieje „odnowiciela Unii”. Doszło do tego, że we Włoszech, czy w Hiszpanii, spekulują nad sensem nowego traktatu: ma on jakoś umacniać UE, czy też odwrotnie – został zawarty na wypadek jej rozpadu?

Lewicę martwi przede wszystkim kontynuacja polityki neoliberalnej tworzącej w obu krajach rosnące nierówności i stale powiększające się obszary niedostatku: we Francji już 9 milionów ludzi żyje poniżej progu biedy, a w Niemczech prawie 13 milionów. Francuski kryzys demokratyczny „żółtych kamizelek” nadaje temu społeczny kontekst protestu o nieprzewidywalnym na razie rezultacie. Media zaprzeczają, jakoby integracja obu krajów znaczyła utworzenie jednego państwa bądź szkodziła demokracji, ale widoczna, odgórna tendencja polityczna niepokoi zbyt wielu ludzi, by mogła przejść całkiem bezboleśnie. To się okaże przy okazji zbliżających się wyborów do Parlamentu Europejskiego, który choć właściwie o niczym nie decyduje, może wzmocnić tych, którzy taki model integracji odrzucają.

Europejski tramwaj Wywiad

O kondycji Unii Europejskiej z prof. Klausem Bachmannem, historykiem, politologiem, publicystą, profesorem nauk społecznych, autorem wielu książek o tematyce europejskiej, polsko-niemieckiej i polsko-ukraińskiej rozmawia Justyna Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: 27 państw unijnych zatwierdziło wynegocjowane porozumienie w sprawie Brexitu. Co ono zawiera?

KLAUS BACHMANN: Bardzo długą umowę, która reguluje warunki, na jakich Wielka Brytania rozstaje się z UE, i nieco krótszą deklarację polityczną o przyszłych stosunkach między UE a Wielką Brytania, która ma głównie ułatwić premier May przeprowadzenie tej umowy przez parlament. Najciekawsze w obu dokumentach jest jednak to, czego nie zawiera – jasnej decyzji, jak będzie wyglądać reżim celny na granicy między Irlandią i Irlandią Północną i jak się ten reżim odbije na granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią.

 

Czy Unia jest wygranym w tych negocjacjach?

Słusznie tu nikt nie mówi o wygranej. W wyniku Brexitu UE traci jednego z największych członków, a Wielka Brytania prędzej czy później traci dostęp do jednego z największych rynków świata. To jednak nie znaczy, że obie strony tracą tyle samo.
Wielka Brytania traci dostęp do relatywnie bardzo dużego rynku, który dla niej jest bardzo ważny, a UE traci dostęp do relatywnie małego (jeśli to porównać z UE-27) rynku. W dodatku Wielka Brytania kompletnie traci prawo współdecydowania o UE, bo Brytyjczycy muszą się wycofać ze wszystkich instytucji unijnych, nie będą mieli posłów w PE, nie będą głosować w Radzie UE. UE traci tylko tyle, że TSUE już nie będzie miał jurysdykcji nad Wielką Brytanią – jeśli zakładamy oczywiście, że nie będzie dłuższego okresu przejściowego, podczas którego Wielka Brytania zostaje członkiem unii celnej, bo nie chce albo nie może uregulować reżimu granicznego z Irlandią.

 

Coraz częściej słychać głosy, że parlament brytyjski nie zatwierdzi porozumienia. Wówczas scenariuszy jest kilka. Czy upadnie rząd Theresy May i będą wcześniejsze wybory?

Tego nikt nie wie, bo sami posłowie jeszcze tego nie wiedzą. W tej chwili May nie ma większości, bo unioniści, którzy jej zapewniają przewagę, chcą „mieć ciasto i jeść ciasto”, to znaczy nie chcą powrotu do kontroli celnych na granicy z Irlandią, ani granicy celnej między Irlandią Północną i Wielką Brytanią. Ale gdzieś ta granica celna musi przebiegać, jeśli Wielka Brytania chce wyjść z unii celnej z UE.

 

Czy wobec tego możliwe jest powtórne referendum w sprawie Brexitu?

W Wielkiej Brytanii referendum może zwołać tylko sam rząd. Nie mogą tego robić obywatele wbrew rządowi, jak to się ciągle dzieje w Szwajcarii. Jeśli May nie chce referendum, to go nie będzie, chyba że zostanie obalona, ale na razie wygląda na to, że mogą to robić jedynie jej wewnątrzpartyjni przeciwnicy, którzy w dodatku chcą wyjść z UE bez umowy. Jeśli oni wygrają z brytyjską premier, to też nie mają powodu, aby zainicjować referendum. Trzeba pamiętać, że referenda mają to do siebie, że ich wynik jest nie do przewidzenia.
Aby wyjść, Boris Johnson nie potrzebuje referendum, bo już jedno dostał i wygrał. Jeśli zaś drugie referendum skończyłoby się większością, która nie chce Brexitu, to natychmiast straciłby swoją władzę, jak dwa lata temu David Cameron. Po co miałby więc ryzykować? Ten dylemat miałby też każdy inny rząd, nawet taki, który chce zostać w UE (choć trudno dostrzec, jaki to mógłby być rząd, skoro nawet Jeremy Corbyn, lider Partii Pracy mówi, że respektuje wynik referendum sprzed dwóch lat).
Załóżmy, że powstanie taki rząd, który chce zostać w UE i ogłosi referendum. Jeśli ludzie ponownie zagłosują za wyjściem z UE, to taki rząd upadnie, bo to przecież wotum nieufności wobec niego. Jeśli dostanie większość za pozostaniem Wielkiej Brytanii w UE, to i tak musi jakoś uzasadnić, dlaczego to wotum jest ważniejsze niż to, co „naród” zadecydował dwa lata temu. To świetny przykład dla tych, którzy każdy spór chcą sprowadzić do głosowania „wszystko albo nic” i rozstrzygnąć to w referendum: tak, to „naród” albo jego część decyduje. Ale to politycy, elity polityczne – a w Wielkiej Brytanii nawet tylko sam rząd – decydują, kiedy naród to robi i jak tę decyzję potem interpretować.

 

W jakiej kondycji znajduje się Unia przed wyborami do PE, które już za kilka miesięcy?

W nie najlepszej. Powoli ci, którzy jeżdżą na gapę, osiągają masę krytyczną. Zawsze byli tacy, którzy formalnie przyjmowali obowiązki i prawa i potem starali się tylko korzystać z praw, a ignorować obowiązki tak długo, jak się dało. To poniekąd naturalne, wszystkie państwa tak robią, dlatego wymyślono takie instytucje, jak Komisja Europejska i TSUE, aby temu zapobiec albo przynajmniej podwyższyć koszty jazdy na gapę. KE i TSUE to rodzaj kontrolerów we wspólnym europejskim tramwaju, dlatego mało kto ich lubi, ale wszyscy ich potrzebują, jeśli Zarząd Komunikacji Miejskiej ma nie zbankrutować. Kiedyś jeżdżący na gapę starali się to ukryć i robili to tylko na krótkich trasach, teraz spędzą noc w tramwaju, imprezują na koszt pozostałych i obnoszą się tym, że jeżdżą, ale nie płacą. A kontrolerzy już nie nadążają za nimi, bo oni zaczynają koordynować swoje akcje i bronią się nawzajem.

 

Coraz częściej ci chcący jeździć na gapę, eurosceptycy, dochodzą do głosu w krajach członkowskich. Jak to rokuje na kształt przyszłego Parlamentu Europejskiego?

Będzie ich więcej, co zmusza tradycyjne partie do zwierania szeregów, ale raczej nie daje partiom eurosceptycznym wpływu na instytucje. Duże znaczenie będzie tu też miało, czy socjaliści i chadecy roztoczą parasol ochronny nad swoimi nieco szemranymi sojusznikami, np. w Bułgarii (socjaliści) albo w Polsce i na Węgrzech (chadecja).
Tu dobrego wyjścia nie ma, zwłaszcza wtedy, kiedy taka partia ma dużo posłów i ma do wyboru, czy zasilić swoimi głosami chadecję lub frakcję skrajnie prawicową albo prawicowo-populistyczną. Wtedy taka chadecja stoi przed dylematem: zachować cnotę i pozwolić na wzmocnienie przeciwników czy połknąć taką żabę i mieć więcej głosów.

 

Od kilku dni Unia ma jeszcze jeden problem, konflikt na morzy Azowskim Ukraina-Rosja. Jakie kroki powinna podjąć KE?

W warunkach wojny informacyjnej powinna wysłać jasny komunikat o tym, kto tu jest agresorem, a kto napadniętym, i że taranowanie mniejszych statków, porwanie ich załogi i trzymanie marynarzy jako zakładników nie jest akceptowaną metodą rozwiązywania sporów dotyczących granicy morskiej. Kiedy słyszę te wezwania do deeskalacji, skierowane do obu państw, to myślę sobie, że czas, aby Ukraina nareszcie wycofała swoich żołnierzy z Rosji i oddała ziemie, które zagarnęła. Mam wtedy przed oczami scenę, która kiedyś rozgrywała się w Brukseli: młody facet napadł na starą babcię, wyrwał jej torbę i uciekł. Nie próbowałem go złapać, to zadanie dla policji, ale też nie wezwałem babci do deeskalacji. Zgodnie z obecną logiką wypowiedzi wielu europejskich polityków policja powinna była najpierw ustalić, czy babcia nie sprowokowała tego rabusia i czy ona później nie wykorzysta tego napadu, aby wzbudzić litość u sąsiadów i wystąpić o dodatek do emerytury.
Być może UE w obecnej sytuacji nie będzie w stanie ukarać sprawcy. Zresztą nie jestem pewien, czy kary w stosunkach międzynarodowych w ogóle mają sens – wystarczy przypomnieć, jaki skutek przyniosły sankcje i embarga podczas rozpadu Jugosławii, ale komunikat musi być jasny – choćby ze względu na opinię publiczną państw członkowskich i po to, aby ograniczyć możliwości manipulacji tą opinią ze strony Rosji.

 

„Po incydencie w Cieśninie Kerczeńskiej jest jasne, że należy jak najszybciej zrezygnować z budowy Nord Stream 2; zależność od tranzytu gazu przez Ukrainę na razie powstrzymuje Moskwę przed większą agresją wobec Kijowa” – pisze „Frankfurter Allgemeine Zeitung”. Może tak należy zareagować? Czy takie rozwiązanie wchodzi w grę?

Ten argument działa też w drugą stronę: ta zależność nie powstrzymała Rosji ani od przejęcia Donbasu, ani od aneksji Krymu, ani od obecnego konfliktu wokół Kerczu. Obecny rząd nie zrezygnuje z NS2, ale wątpię też, czy inny niemiecki rząd zastopuje tę inwestycję. W Niemczech około połowa ankietowanych w sondażach jest prorosyjska i od ostatnich wyborów ma to swoje odzwierciedlenie w Bundestagu: lewica, część socjaldemokracji i chadecji (CSU), liberałowie i Alternatywa dla Niemiec są mniej lub bardziej prorosyjskie, chadecja (CDU) i Zieloni są krytyczni wobec Rosji. Ale nawet jeśli upadnie koalicja Merkel i powstanie koalicja z udziałem Zielonych, chadecji i liberałów, to wątpię, czy odważą się na decyzje, które przekreślą NS2. To formalnie inwestycja prywatna i transnarodowa, a koncerny na pewno poszłyby do sądu i skończyłoby się podobnie jak wielka reforma energii (Energiewende) Angeli Merkel: rząd, zamykając elektrownie jądrowe, musiał płacić tym koncernom gigantyczne odszkodowania. A ceny energii, które za sprawą tej reformy i tak nieustannie rosły, poszłyby jeszcze bardziej w górę.

 

Angela Merkel zapowiedziała, że nie będzie ubiegać się o fotel szefa partii. Jak to wpłynie na przyszłość Unii w kontekście jej potencjalnych następców?

W ogóle nie wpłynie. Czy kanclerz jest szefem partii lub nie, rzutuje na jego pozycję wobec klubu parlamentarnego i na ogólny wizerunek partii, bo łącząc te funkcje zapobiega się kłótni między szefem partii i szefem rządu. Ale dla jej pozycji w UE nie ma to wpływu. Wpływ na UE może mieć to, że za kilka lat przejdzie na emeryturę i wtedy z pokładu zejdzie polityczka, która zawsze walczyła jak lew, aby utrzymać jedność UE, narażając się za to nawet opinii publicznej, własnej partii i wyborcom, nie mówiąc o opinii publicznej w Grecji. Każdy następca będzie miał bardziej klarowny, jednoznaczny i mniej dyplomatyczny przekaz niż ona. Nikt z nich nie ma takiej skóry słonia jak ona.
Mamy teraz znowu scenę polityczną jak w latach 70. i 80., z ostrymi podziałami ideologicznymi, otwartą kontestacją, demagogicznymi występami i popytem na symbolikę polityczną. To wymaga wyrazistych polityków z jasnym przekazem, którzy walczą widowiskowo ze smokiem, nawet jeśli nie rozwiążą ani jednego problemu, a tylko tworzą dodatkowe. Usłyszmy wtedy, że Niemcy nie chcą płacić za UE, w której nikt nie przestrzega reguł, i że trzeba bronić niemieckich interesów. W zależności od tego, kto będzie to mówił, może się nawet nazywać „europejskimi wartościami”. I tak samo jak w Stanach, będzie to zasłona dymna, która ukrywa, że możliwości Niemiec wpływania na innych też się kurczą w świecie, w którym relatywna waga Europy maleje wobec rosnącej roli Chin, Rosji i państw wschodzących i coraz bardziej izolacjonistycznymi Stanami.

 

To wszystko nie brzmi dobrze, niemniej nie raz Unia pokazywała, że potrafi przezwyciężyć kłopoty, a nawet wyjść z nich wzmocniona. Czy tym razem będzie podobnie?

Unia od kilku lat się kurczy. Jeśli ten proces doprowadzi do tego, że za kilka-, kilkanaście lat Unia będzie mniejsza, to na pewno będzie wtedy bardziej spójna i będzie mniej „jeżdżących na gapę” w tramwaju, ale to też oznacza, że jej relatywna waga w stosunku do innych będzie mniejsza. Tramwaj będzie miał mniej pasażerów i przez to pojedzie szybciej i wszyscy będą mieli ważne bilety, ale ten tramwaj już nie będzie miał pierwszeństwa na każdym skrzyżowaniu.

Finis Germaniae

Niemiecka kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że nie ma zamiaru startować w zbliżających się wyborach na lidera CDU, co pokrywa się z tym, że nie będzie również kandydować w najbliższych wyborach do Bundestagu. Decyzja ta oznacza polityczne trzęsienie ziemi i koniec pewnej ery w niemieckiej polityce. Merkel pełniła urząd kanclerza od 2005 roku, a liderką CDU była od 2001. Decyzję tę przyspieszyła druga fatalna porażka CDU w ciągu ostatnich dwóch tygodni w wyborach, które miały miejsce w Bawarii i Hesji.

 

CDU i jej siostrzana bawarska partia CSU poniosły w nich dotkliwe straty, ledwo utrzymując się w tych krajach związkowych u władzy.

 

Partie establishmentu w odwrocie

W wyborach w Hesji CDU wygrała, osiągając 27 procent głosów, co oznacza spadek o 11 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2013. Jest to zarazem najgorszy wynik CDU w Hesji od 1966 roku. Sojusznik Merkel, Volker Bouffier, ledwo zdobył mandat, który pozwolił mu stworzyć regionalny rząd. Partnerka koalicyjna CDU, SPD osiągnąła jeszcze gorszy wynik, tracąc również 11 punktów procentowych i zdobywając 19,8 proc. To z kolei najgorszy wynik tej partii w Hesji od roku 1946, w regionie, który był uznawany za “czerwoną fortecę”.
Liberalna partia Zielonych, która była regionalnym koalicjantem CDU w Hesji przez ostatnie pięć lat, okazała się największym zwycięzcą wyborów, zdobywając ponad 8 punktów procentowych więcej i zdobywając 19,8 proc. głosów. To zabezpieczyło kontynuację regionalnego rządu pod wodzą Bouffiera, który utrzymuje większość, ale tylko za pomocą jednego głosu. Prawicowa i nacjonalistyczna partia AfD, Alternatywa dla Niemiec zdobyła czwarte miejsce z 13,1 proc. głosów, co pozwoliło jej na wprowadzenie po raz pierwszy posłów do heskiego landtagu. Die Linke i ultraliberalna Wolna Partia Demokratyczna Niemiec również osiągnęły wzrost, zdobywając odpowiednio 6,3 i 7,5 procenta głosów.
Wnioski, które nasuwają się na podstawie wyników heskich wyborów potwierdza sytuacja w Bawarii, w której CSU cieszyło się absolutną większością praktycznie od 1962 roku, jedynie z pięcioletnią przerwą. Teraz CSU osiągnęło tylko 37-procentowy wynik, najniższy od 1957 r. SPD poniosła ośmieszającą wręcz porażkę, z wynikiem 9,7 proc. Spowodowało to kryzys rządu federalnego.
Widoczny jest wzrastająca niechęć do tradycyjnych partii, które są postrzegane jako “establishment’, oderwany od rzeczywistości zwykłych ludzi.

 

Sprzeczności klasowe

Na papierze Niemcom idzie świetnie. Pod względem gospodarczym są najsilniejsi w Europie, wzrost gospodarczy jest stabilny, na poziomie 2 proc. rocznie. Bezrobocie, oficjalnie, kształtuje się na historycznie niskim poziomie 4,9 proc. To akurat nie jest prawdą, ponieważ realnie bezrobocie, jak i niepełne zatrudnienie mają procentowo większy udział, niż się wydaje. Większość obywateli i obywatelek również nie odczuwa efektów wzrostu, który po prostu nie przekłada się na powszechne korzyści. Tak naprawdę część sukcesu gospodarczego Niemiec wciąż płynie z ataku na rozwiązania socjalne z lat 1998-2005, kiedy to Niemcy były pod rządami Gerharda Schroedera z koalicji SPD-Zieloni. Dziś miliony niemieckich pracowników jest zmuszonych do pracy dorywczej, w bardzo sprekaryzowanych warunkach.
SPD jest nadal bardzo dumna z wprowadzenia pensji minimalnej w 2016 roku – dziś jest na poziomie 8,84 euro za godzinę. To około 1500 euro miesięcznie, nie wliczając podatków i ubezpieczeń społecznych, jeśli ma się szczęście i pracę na cały etat. Jednak ta suma ledwo starcza na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania. Zgodnie z raportem Instytutu Ekonomiczno-Społecznego (WSI) wspieranej przez związki zawodowe Fundacji im. Hansa Böcklera, jedna trzecia niemieckich domostw jest w stanie utrzymać się tylko kilka tygodni, najwyżej dwa-trzy miesiące, jeśli tylko straci swoje źródła dochodu.
Znaczna część klasy pracującej praktycznie żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy najbogatsi stają się coraz bogatsi z dnia na dzień. Nierówności w Niemczech są na najwyższym poziomie od 1913 roku, a najbiedniejsze 40 proc. społeczeństwa zarabia mniej niż 20 lat temu. W tym samym czasie rząd nadal trzyma się polityki cięć budżetowych, nie zwiększając wydatków społecznych, chociaż budżet od jakiegoś czasu znajduje się na plusie. Na takim gruncie masowy sprzeciw wobec rządu akumulował się od dłuższego czasu.

 

Kryzys CDU/CSU

Niestety resentyment, o które mowa nie może znaleźć upustu w działaniach SPD czy liderów związkowych, którzy na różne sposoby są związani z polityką rządową i „umoczeni” w panujące układy sił. W tym kontekście niemiecka partycypacja w tzw. pakietach ratunkowych dla strefy Euro i Grecji, jak i decyzja Angeli Merkel dotycząca przyjęcia miliona uchodźców w 2015 roku, otworzyły drogę dla prawicowych i nacjonalistycznych sił, takich jak AfD. Ułatwiła również prawicowym frakcjom w CDU atak na samą Angelę Merkel. Demagogicznie obarczając rząd o “wspieranie ludzi spoza Niemiec” siły te karmią złość zebraną wśród ludzi zdesperowanych, czyli niezadowolonych warstw ludzi z klasy średniej i klasy pracującej, którzy nie widzą alternatywy w innych partiach. Przy tym Merkel nie jest oczywiście przykładem antyrasistowskiej demokratki. Jej poglądy odzwierciedlają poglądy większości najbogatszych Niemców, którzy faworyzują swoje interesy klasowe.
Rosnąca presja wzmacniającej się AfD otworzyła dawno zanikłe linie podziału i konfliktu w łonie CDU i CSU. Latem minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer, który jest też liderem CSU, zagroził zerwaniem koalicji, co spowodowałoby przedterminowe wybory, jeśli Angela Merkel nie zgodzi się na wprowadzenie kontroli na granicach. Osiągnięto jednak kompromis. Czując, jak gaśnie gwiazda wielkiej koalicji, Seehofer starał się zdystansować swoją partię od Merkel, w świetle przyszłych wyborów regionalnych. Jednak wyniki bawarskich wyborów pokazały, że gambit Seehofera spalił na panewce, a oportunistyczne myślenie jeszcze bardziej zdyskredytowało rząd. Stało się to też zagraniem wspierającym AfD, która konsekwentnie stara się świecić blaskiem siły broniącej prostych ludzi przed rządzącą maszyną polityczną.
Pazerni na władzę, cyniczni politycy – oto co myśli przeciętny Niemiec o establishmencie politycznym. Około 75 procent wyborców, którzy opuścili CDU, i ponad 50 procent tych, którzy opuścili SPD, nie głosując na te partie, wysłało im jasną wiadomość. Upadek głównych partii jest bardzo znaczący; SPD i CDU od momentu zjednoczenia Niemiec do niedawna łącznie zdobywały zazwyczaj 60-80 procent głosów. Wcześniej bywało jeszcze lepiej – w latach 70. obie potrafiły podzielić między siebie 90 proc. wszystkich wskazań wyborców. W 2017 roku zagospodarowały już tylko połowę wyborców. Dziś obie w sumie osiągają w sondażach 40 proc.
Ostatnie wyniki przekładają się na destabilizację obu partii. Wyniki w Bawarii i Hesji, finansowym sercu Niemiec, dolewają tylko oliwy do ognia. Nawet wspominany już heski premier Volker Bouffier (niedawny bliski sojusznik Merkel) stwierdził, że wyniki są prostym komunikatem “wiadomość dla Berlina jest prosta: rządźcie prawidłowo”. Znakiem tego, co czeka nas w przyszłości, są ostatnie wybory na lidera frakcji CDU w Bundestagu. Dawny sojusznik Merkel, Volker Kauder został niespodziewanie pokonany – bunt grupy posłów z CDU i CSU był buntem wprost przeciwko Merkel.
To obraz sił odśrodkowych, które rozwijają się w partii i które zostaną wsparte przez kongres CDU na początku grudnia. Natychmiast po ogłoszeniu przez Angelę Merkel decyzji o odejściu, rozpoczął się festiwal zgłoszeń swoich kandydatur przez różnych liderów partyjnych do walki o władzę w partii. Jednym z nich jest ambitny Friedrich Merz, który został odsunięty z kierownictwa partii przez Merkel w roku 2002, od tego czasu czekał na swoją zemstę. Odpuścił sobie na jakiś czas karierę parlamentarną w 2009 roku i teraz jest potężnym lobbystą kapitału finansowego i wielkiego biznesu, zasiadającym w radzie Blackrock oraz wielu innych wpływowych grup kapitałowych. Merz jest faworyzowany przez kapitalistów i ultraliberalnych prawicowców z CDU, jednak jego zwycięstwo nie jest pewne. Ostateczne wyniki wyborów wewnętrznych, które wsparłyby zaciekłego wroga Merkel mogą prowadzić do kryzysu politycznego i w konsekwencji krótkotrwałego rządu.

 

SPD w ślepym zaułku

Partner koalicyjny CDU, SPD nie jest wcale w lepszym stanie. SPD utrzymuje, że jest partią socjaldemokratyczną, reprezentacją klasy pracującej, tymczasem coraz częściej jest postrzegana jako CDU-light. Mając wpływ na wszystkie rządy od 1998 roku, prócz lat 2009-2013. kiedy to Merkel oparła się na liberalnej FDP, jest coraz bardziej krytykowana przez przedstawicieli klasy pracującej jako winna polityce cięć budżetowych i obniżce standardów życia, w tym okresie niebywałej.
W 2017 roku w wyborach do Bundestagu partia otrzymała tylko 20,5 proc. głosów, co było najgorszym wynikiem od 1932(!). Kiedy ogłoszono wyniki, lider partii Schulz ogłosił, że SPD przejdzie do opozycji, co wzmocniło nadzieje na zmianę pośród lewicowego skrzydła partii. Nadzieje te nie ziściły się, w kierownictwie partii dokonał się nagły zwrot. Opozycja wewnętrzna względem wchodzenia do wielkiej koalicji została pokonana. Kierownictwo popchnęło partię w kierunku trzeciej wielkiej koalicji od 2005 roku pod kierownictwem Angeli Merkel, co popchnęło partię w kierunku większego kryzysu. Stało się jasne dla wszystkich, że liderom partii zależy tylko na ministerialnych teczkach, a nie na tym, by postawić się presji wielkiego biznesu, który wspiera Merkel, co pogrąża kraj w politycznym kryzysie. Okazało się, że na to partia ta nie ma siły.
Od momentu sformowania nowej koalicji rządowej w kwietniu, poparcie dla SPD spadło jeszcze bardziej. Obecnie według sondaży sytuuje się na poziomie 14 proc. na poziomie federalnym. Sytuacja ta została przypieczętowana pogrążającymi partię klęskami w wyborach regionalnych, które niewątpliwie staną się powodem wzrostu napięć w łonie samej partii. Teoretycznie mogłyby nawet spowodować odejście z wielkiej koalicji i kryzys polityczny. Ale kierownictwo SPD tak długo nie wyrażało woli odejścia od CSU/CDU, że nawet jeśli w końcu by się na to zdobyło, to i tak partia jest skazana na powolną śmierć. Jedyne, co mogłoby ją uratować, to zdecydowany skręt w lewo. Równowaga polityczna Niemiec w każdym razie jest zagrożona, co spędza sen z powiek wielkiego biznesu i Angeli Merkel, jak i też chciwym politykom SPD, z których wielu straciłoby swoje miejsce w Bundestagu, gdyby dziś odbyły się wybory. Po wyborach w Hesji jedna z liderek SPD wystąpiła z krytyką polityki rządu, ale nie wydaje się, by za słowami miały pójść realne działania. Widok śliskich i pozbawionych kręgosłupa karierowiczów z SPD, którzy ze względu na własne korzyści nie chcą opuścić rządu jest kolejnym czynnikiem, który spycha partie w dół. Nic dziwnego, że większość obywateli i obywatelek nie widzi możliwości zmiany, która miałaby nadejść ze strony tradycyjnych partii.
W ramach protestu ludzie zagłosowali na Zielonych; wygląda na to, że partia ta przeżywa swoje drugie narodziny. Rok temu walczyła o to, by móc w ogóle myśleć o parlamencie, wahając się na wysokości 5 procent, a w wyborach osiągając szczęśliwie 8,9 proc. Dziś sondaże dają im ok. 20 proc., co powoduje, że stają się drugą partią w Bundestagu. To nie tylko efekt rozczarowania wyborców dwiema najpotężniejszymi partiami. Na potencjalny rezultat Zielonych składa się również złość chrześcijańskich i liberalnych wyborców spowodowana antyimigranckimi zagraniami CSU/CDU. Podczas gdy większość mediów skupia się odpływie wyborców CDU/CSU w stronę AfD, prawdą jest, że na napięciach wewnętrznych i kompromitacji dotychczasowych dominatorów korzystają również Zieloni. Przejmują poparcie ludzi z klasy średniej, którzy nie popierają eurosceptycyzmu i zamykania granic.

 

Brak pracowniczej alternatywy

Pod presją zaostrzających się sprzeczności klasowych, tradycyjny ład polityczny ulega dekonstrukcji. Wzrost poparcia dla AfD i Zielonych tylko częściowo pokazuje jej ostrość.
To nie imigracja jest prawdziwym problemem klasy pracującej. Odkąd Merkel wpuściła milion uchodźców w 2015 roku, bezrobocie spadło oficjalnie o 2 proc., a statystyki przestępczości są najniższe od 1982 r. Prawdziwi kryminaliści, pasożytujący na niemieckim społeczeństwie kryją się wśród kapitalistów, którzy żerują na problemach ludzi pracy. Ale AfD nie jest ich przeciwniczką, nie krytykuje ich, ponieważ sama jest ich wytworem, jednym z ich skrzydeł. Wskazując palcem na uchodźców, stara się ona rozbić klasę pracującą i osłabić ją w jej sporze z kapitalistami.
Również dalsza integracja europejska, o którą walczą Zieloni, niczego nie zmieni. Unia Europejska jako instrument kapitalistów, szczególnie niemieckich, nie sprzyja pracującym. Dla niemieckich kapitalistów bardzo ważne są otwarte granice, ponieważ pozwalają one na eksport tanich produktów oraz import taniej siły roboczej. Unia Europejska wiernie służy ich interesom.
Prawdziwym przeciwnikiem niemieckiej klasy pracującej są kapitaliści. Poprzez wykorzystanie polityki cięć budżetowych i ograniczanie swobody związków zawodowych, zabezpieczyli oni swoje interesy oraz źródło swojej siły roboczej, wykształconych i wykwalifikowanych, tanich pracowników. Na tej podstawie ich zyski rosną z każdym rokiem coraz bardziej, podczas gdy standardy życia większości Niemców systematycznie się obniżają.

 

Radykalne nastroje

Gdyby istniała w Niemczech lewicowa partia, z czytelnym programem gospodarczym, wymierzonym przeciw kapitalistom, dążąca do redystrybucji ich bogactwa i zabezpieczenia interesów większości społeczeństwa, od razu zyskałaby ona poparcie. Ale taka partia nie istnieje. Die Linke, najbardziej lewicowa partią w Bundestagu, jest formalnie partią socjalistyczną, ale w rzeczywistości – lewicą socjaldemokratyczną. Domaga się ona reformistycznych zmian, takich jak podwyższenie podatków dla najbogatszych, ale unika równocześnie kwestii nacjonalizacji i restrukturyzacji sektora bankowego, monopoli, prywatnych spółek zajmujących się nieruchomościami i innych. Nawet jej opozycyjny status jest wątpliwy. Na wschodzie, gdzie była zawsze silna i posiadała ministrów w trzech rządach regionalnych, działa pod dyktando polityki wielkiej koalicji, nie reprezentując interesów pracowników.
Na wschodzie więc Die Linke coraz częściej jest postrzegane jako część establishmentu, a jej wyborcy odpływają w kierunku AfD. I jeśli w debacie partyjnej i atmosferze w partii da się wyczuć radykalizm, to brakuje go już w realnych działaniach. Chociaż nacjonalizacja banków jest w programie partii od czasu kryzysu ekonomicznego, to nie był ten postulat artykułowany a w trakcie kampanii czy akcji politycznych. Na co zdobywa się Die Linke, to działania będące adaptacją corbynowskiego “For the many, not the few” na grunt niemiecki.
Partia trwa w bezruchu, nie proponując nic ludziom, poszukującym programu potrzebnego do zażegnania kryzysu, jakiego doświadczają. Podczas gdy SPD traciło poparcie młodych i pracujących, którzy zmęczeni byli prawicowym kierunkiem partii, Die Linke nie przechwyciło ich, w bawarskich wyborach osiągając wynik 3,2 procenta. W Hesji, gdzie partia ma bardzo aktywistyczny lewicowy wizerunek, zdobyła ona tylko 6,3 procenta.
W ostatnich miesiącach rozgoryczenie popchnęło jedną z frakcji Die Linke, kierowaną przez Sahrę Wagenknecht i Oskara Lafontaina do założenia szerokiego, antyestablishmentowego ruchu Aufstehen (Powstańcie). Wezwali oni do odwrócenia procesu prywatyzacji, zakończenia imperialnej polityki Niemiec oraz doprowadzenia do fundamentalnej poprawy standardów życia. Lista wspierających Aufstehen jest długa, znajdują się na niej związkowcy, jak i członkowie SPD będący w opozycji do wielkiej koalicji. Pod koniec lata ruch osiągnął liczbę 150 tys. popierających go w sieci, był widoczny na licznych strajkach i protestach. To pokazuje potencjał radykalnej polityki i postulatów.
Problem w tym, że od tego momentu Aufstehen pozostało nieaktywne. Jego liderzy i liderki nie podjęli żadnych szerokich działań, możliwe, że ze względu na strach przed utratą kontroli nad ruchem. Niemniej niebawem ma dojść do akcji protestacyjnych z udziałem Aufstehen, zaczynają też powoli powstawać organizacje lokalne. W tym czasie Wagenknecht, która cieszy się rosnącą popularnością i stanowi twarz ruchu, zaczęła swój flirt z nacjonalizmem, postulatami zamkniętych granic, jak i nie wsparła wezwania na demonstrację antyrasistowską, która 13 października w Berlinie zgromadziła 250 tys. ludzi. Polityczka nawołuje do realizmu, dyskutowania i zajmowania się prawdziwymi problemami klasy pracującej. Wszystko to ma demoralizujący wpływ na doświadczone warstwy klasy pracującej, które wiedzą, jak ważna jest klasowa solidarność i jedność. Wagenknecht sądzi, że jest w stanie przejąć poparcie ludzi, dla których bliskie jest AfD. Jednak jak widzieliśmy na przykładzie działań rządu i jego antyimigranckich zarządzeń, takie dryfowanie w kierunku prawicowym tylko wzmacnia samą AfD, a nie osłabia.
Możliwe, że Aufstehen zainteresuje tych, którzy odwrócili się od SPD oraz osoby nieposiadające jeszcze tożsamości politycznej, a ich poparcie przemieni w silną politykę realnych działań antyestablishmentowych. To, co pokazał początek tego ruchu, to głęboka niezgoda na działania rządu i chęć walki o lepsze jutro. Pod wpływem klasowych sprzeczności jesteśmy świadkami początku końca dotychczasowej stabilności niemieckiej polityki, która została ufundowana na podstawach stworzonych po II wojnie światowej, a później zjednoczenia Niemiec. To, co do tej pory było trwałe i stabilne, okazuje się roztapiającą się powoli bryłą, a Niemcy wkraczają w okres kryzysu i walki klasowej.

 

Przed nami tylko kryzys

Dominujące grupy klasy rządzącej zmusiły SPD i CSU/CDU do sformowania rządu, mając na celu uniknięcie kryzysu i idącego za nim chaosu. Chciały stabilności i utrzymania roli Niemiec w Unii Europejskiej, rynku zbytu dla ich towarów, za wszelką cenę. Ale nic się nie zmieniło. Bycie w rządzie rozrywa oba ugrupowania od środka. Jest możliwość, że Merkel zrezygnuje z bycia kanclerzem jeszcze przed wyborami w 2021 roki oraz że rząd jeszcze raz zostanie sformowany przed nimi. Nie jest wykluczone, że CDU wybierze na lidera przeciwnika Merkel, albo SPD zrezygnuje pod presją dołów partyjnych z bycia członkinią wielkiej koalicji. Przed nami okres gospodarczych, społecznych i politycznych turbulencji, który może skutkować nieprzewidywalnymi zmianami.
Ale burżuazja nadal naciska na partie, by te zrobiły wszystko, by uniknąć kryzysu.
Chciwi posłowie i posłanki mogą stanowić siłę, która uniemożliwi przeprowadzenie przedterminowych wyborów, ponieważ wielu z nich nie zostanie w nich wybranymi na kolejną kadencję. Jeśli rząd przetrwa do kolejnych wyborów w 2021 roku, oznacza to upadek obu wielkich partii koalicyjnych, pozostawiając wielką burżuazję samą sobie z Zielonymi. Pewne jest, że brak stabilności i niepewność będzie głównymi cechami najbliższego okresu politycznego. Będzie mu towarzyszyło wiele innych czynników, takich jak Brexit i jego konsekwencje, kryzys bankowy we Włoszech, wojny handlowe i możliwy kryzys globalnej gospodarki. Wszystkie te czynniki tylko zaostrzą sprzeczności klasowe i pogłębią walkę polityczną w Niemczech oraz walkę klasową wymierzoną w wielki biznes. To, co dziś widzimy jest jedynie preludium do wybuchu wielkich walk klasowych, które wstrząsną Niemcami i światem w najbliższym czasie.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczył Wojciech Łobodziński.

Merkel dała odpór

Wyjątkowa bezczelność, jaką było zgłoszone przez Ankarę kilka dni temu żądanie wydania przez RFN 69 tureckich dysydentów, znalazła swoją kontynuację podczas wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Niemczech. Polityk pokazał, że zastrzeżenia strony niemieckich polityków dotyczące standardów praworządności i praw człowieka w jego kraju, nie są dla niego niczym ważnym.

 

Erdoğan został przyjęty na śniadaniu u prezydenta RFN Waltera Steinmeiera. W uroczystym przyjęciu mieli uczestniczyć politycy wszystkich opcji, które mają swoich przedstawicieli w Bundestagu. Tak się jednak nie stało, bo lewica z Die Linke oraz liberałowie z FDP zbojkotowali taką formą bliskości z dyktatorem.

Kolejny punktem wizyty było spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Podczas wspólnego spotkania z dziennikarzami unaoczniły się wyraźnie rozbieżności pomiędzy politykami. Przywódczyni Republiki Federalnej nie ukrywała, że liczy na sprawne rozwiązanie problemu aresztowanych w Turcji niemieckich obywateli. Mówiła o „głębokich różnicach” w stosunkach między obydwoma krajami, szczególnie w kwestii praworządności, praw człowieka i wolności prawa. Merkel odniosła się również do sprawy ruchu Fethullaha Gülena, którego członkowie są w Turcji represjonowani i wtrącani do więzień po rzekomym zamachu stanu w 2016 roku, który posłużył Erdoğanowi jako pretekst do rozprawy z najsilniejszą zorganizowaną pozaparlamentarną strukturą opozycyjną. Kanclerz oświadczyła, że nie widzi żadnego powodu, by uznać ruch duchownego za nielegalny.

Merkel nie dała tureckiemu satrapie żadnych złudzeń. Ekstradycji nie tylko nie będzie, ale kanclerz wezwała również do uwolnienia więźniów politycznych z tureckich więzień.

Niemcy przeciw imigrantom

„Narodowy i socjalistyczny, co w tym złego? Nazizm to słowo raczej niesmaczne, ale trzeba dobrze definiować rzeczy. Jestem narodowa, bo lubię mój kraj. I jestem socjalistką!” – 60-letnia Ramona, która wzięła udział w antyimigranckiej manifestacji w Chemnitz, tłumaczyła dziennikarzowi swoje idee bez kompleksów, ale była zirytowana, że prasa nazywa manifestantów „neonazistami”. Kioskarze w mieście odmówili sprzedawania „Der Spiegla”, który dał to słowo na okładkę. Gdy wczoraj miasto obiegła wieść, że w niedalekim Köthen „imigranci znów zabili Niemca”, apele o spokój irytowały tak samo.

 

Wczorajsza śmierć niemieckiego 22-latka przypadła równo dwa tygodnie po zabójstwie 35-letniego Niemca pochodzenia kubańskiego o radykalnie lewicowych poglądach, które dla saksońskiej skrajnej prawicy stało się pretekstem do afiszowania na ulicach haseł „Merkel muss weg!” (Merkel musi odejść). Pozycja kanclerz chwieje się jak nigdy, rząd jest skłócony, na ulicach wschodnich landów niepokoje, antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) pnie się w sondażach… W trzy lata po zgodzie Angeli Merkel na zakończenie bałkańskiej tułaczki blisko miliona migrantów i przyjęcie ich w Niemczech, w jej kraju upada ważne tabu. Chwieje się zdecydowanie krytyczny stosunek do nazistowskiej przeszłości.

W Chemnitz, w czasie antyimigranckich demonstracji, królowały flagi współczesnych Niemiec albo z dodatkiem krzyża, co było hołdem dla Clausa von Stauffenberga, oficera Wehrmachtu, który w imię „niemieckiego ruchu oporu” dokonał nieudanego zamachu na Hitlera. Sławę „narodowego oporu” Stauffenberga przejęła antymuzułmańska i antyimigarcyjna Pegida, by podkreślać, że nic z nazizmem nie ma wspólnego. Owszem, na niektórych manifestacjach było hajlowanie, flagi III Rzeszy, czy śpiewanie pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu w hitlerowskiej wersji, czy nawet flagi Prus, jednak AfD argumentuje, że był to margines. Skrajnie prawicowa partia przekonuje, że większość oburzonych to „zwykli, porządni obywatele”, najsłuszniej w świecie protestujący przeciw „wzrostowi liczby przestępstw”, które na ich głowy ściągnęła Angela Merkel przyjmując imigrantów.

 

Dobrostan statystyczny

Niemcy nigdy od czasu zjednoczenia w 1992 r. nie były tak bogate. Nadwyżka w handlu zagranicznym pobiła zresztą kolejny rekord. Neoliberalizm przeorał oczywiście niemiecki system społeczno-gospodarczy w swój klasyczny sposób: to bogactwo, oprócz państwa, jest sprawnie wsysane przez najbogatszych, kosztem postępującego uśmieciowienia stosunków pracy i prekaryzacji warstw najsłabiej uposażonych. Solidny, jak się wydawało, system socjalny przeszedł już fazę „wprowadzenia oszczędności” i zaczął podlegać wahaniom jeszcze przed przyjęciem ponad miliona ludzi od września 2015 r. do marca 2016 r. Od tej pory Niemcy nie przyjmują imigrantów więcej, niż przed tą falą. Wielki przemysł poparł i częściowo dofinansował jej przyjęcie, lecz tu i tam wystąpiły różne braki infrastrukturalne i obostrzenia finansowe, a wraz z nimi frustracja – skierowana oczywiście raczej w imigrantów, niż w politykę neoliberałów, o co skrupulatnie dbają prawicowe środowiska medialno-polityczne.

W maju tego roku minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer z ultrakonserwatywnej CSU gratulował sobie innego osiągnięcia statystycznego Niemiec: w poprzednim 2017 r. liczba ataków fizycznych na osoby lub mienie była najniższa od zjednoczenia kraju. Przestępczość spadła o ponad 5 proc. w stosunku do 2016 r., osiągając wartość znacznie mniejszą, niż w latach przed falą uchodźców. Jednak minister nie przechwalał się tym przesadnie, bo w październiku jego partia będzie konkurować z AfD w Bawarii – chciałby ją pobić na jej terenie ideowym, jak wymaga tego obecna, obsesyjna strategia polityczna w Niemczech: zdobyć głosy na strachu przed migrantami. Lepiej więc podawać, że proporcja cudzoziemców wśród podejrzanych o przestępstwa wzrosła z blisko 30 proc. przed „wielką falą” do 35 proc. w zeszłym roku. Wzrosła też liczba „cudzoziemskich” najcięższych zbrodni – zabójstw – z 52 do 83 (na 731 ogółem), co daje znaczny wzrost procentowy, nieustannie eksponowany przez AfD i Pegidę.

 

Przeszła przyszłość

„Kwestia migracyjna jest matką wszystkich problemów tego kraju” – słowa Seehofera dla Rheinische Post, żywa kopia niemieckiego stylu politycznego lat 30 ubiegłego wieku, skłoniła lewicową Die Linke do ogłoszenia, że minister „jest ojcem wszystkich problemów związanych z rasizmem”. Ta słowna przepychanka wydaje się jednak obserwatorom mniej ważna, niż coraz bardziej widoczna schizofrenia niemieckiego rządu. Wyraźna gra CSU na osłabianie Angeli Merkel zyskuje otwarte poparcie AfD – „partii przyszłości Niemiec”, jak się sama chwali. Nie ma wątpliwości, że niemieckie służby specjalne wspólnie z Alternatywą chcą kontrolować transformację polityczną „po Merkel”. Skandal wywołany przez szef niemieckiej tajnej policji politycznej (Urząd Ochrony Konstytucji – BfV) Hansa-Georga Maaßena próbującego zanegować „polowanie na cudzoziemców” w Chemnitz, które kanclerz tak mocno potępiła, nie był niespodzianką.

W lipcu kierowany przez Maaßena BfV opublikował raport, który socjalistyczną krytykę kapitalizmu i jego konsekwencje społeczne klasyfikuje jako „antykonstytucyjny lewicowy ekstremizm”. Np. Partia Równości Socjalistycznej (SGP) pozostaje pod nadzorem policji jako „niebezpieczna”, choć BfV przyznaje w raporcie, że ugrupowanie chce osiągnąć swe cele „drogą legalną”, poprzez uczestnictwo w wyborach. Równocześnie AfD i jej związki z neonazistami pozostają niedotykalne. W raporcie brak nawet wzmianek o znanym jawnym naziście z AfD Björnie Höcke, nowym ideologu skrajnej, rasistowskiej prawicy z Pegidy Götzu Kubitscheku, czy o pismach w hitlerowskim stylu – „Junge Freiheit lub Compact”. AfD jest wymieniona wyłącznie jako „ofiara lewicowego ekstremizmu”. Maaßen ściśle współpracuje z Alternatywą i jej szefem Alexandrem Galandem, który nigdy nie traci okazji, by publicznie chwalić „obiektywizm” i „patriotyzm” szefa BfV.

 

Chemnitz i literatura

Socjologowie próbują tłumaczyć antyimigranckie rozruchy na terenach dawnej NRD jej spadkiem historycznym. Brak przekonania do demokracji i przyzwyczajenie do autorytaryzmu, brak kontaktu ze społeczeństwem wielokulturowym, brak prawdziwego „przepracowania” nazistowskiej przeszłości Niemiec… Faktem jest, że w Saksonii AfD zyskała w ostatnich wyborach aż 27 proc. głosów, przy ponad 12 proc. w skali kraju. Jest w tym coś z tradycji: w 2004 r., gdy imigrantów było mało, region oddał prawie 10 proc. głosów na neonazistowską NPD (Narodowodemokratyczną Partię Niemiec). Dziś w Chemnitz mieszka ok. 7 proc. cudzoziemców, a dla wielu miejscowych Węgier Orbán, Austriak Kurz i Włoch Salvini stali się wzorcami politycznymi, więc „Merkel muss weg”. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wszystkie manifestacje przeciw imigracji były tu kilkukrotnie większe od tych przeciw ksenofobii.

Antyimigracyjna obsesja nie ogranicza się oczywiście do wschodu kraju. Prawie 4 tysiące różnego typu aktów agresji antyimigranckiej rozkłada się na mapie mniej więcej równo. Książkowym bestsellerem stała się nowa książka Timura Vermesa, który zdobył wcześniej sławę powieścią o powrocie Adolfa Hitlera. Jego nowa satyra polityczna opowiada losy prezenterki telewizyjnej, która na czele kolumny setek tysięcy uchodźców z Afryki zmierza do Niemiec, gdzie dochodzi do bitwy z hordami skrajnej prawicy. Na mega-bestseller zapowiada się też kolejna polityczna książka bankiera Thilo Sarrazina o charakterystycznym tytule Wrogie przejęcie. Jak islam szkodzi postępowi i zagraża społeczeństwu. Poprzednia, o „samolikwidacji Niemiec”, najlepiej sprzedająca się książka dziesięciolecia, mimo swojego jawnego rasizmu, nie spowodowała wydalenia autora z socjaldemokratycznej SPD, która stanowi dziś część rządu.

 

Lewica na zakręcie

Die Linke i niektóre inne partie na lewo od socjaldemokratów przechodzą podobną mutację, co całe Niemcy. Wydarzeniem politycznym tego lata jest powstanie Aufstehen, lewicowego ruchu animowanego przez gwiazdę Die Linke Sahrę Wagenknecht i jej męża Oskara Lafontaine’a z tego samego ugrupowania, byłego ministra w rządzie SPD Gerharda Schrödera. Na razie Aufstehen to żadna partia, ale według badania magazynu Focus, głosowałaby na nią już jedna trzecia Niemców. Nikt nie ma wątpliwości, że pierwszy powód tego wirtualnego sukcesu to niechęć wobec imigracji ekonomicznej. Wagenknecht powtarza w nieco obronnym stylu, że antyimigracyjna lewica nie jest jakimś niemieckim wymysłem, że to samo głosi Bernie Sanders w Stanach, Jeremy Corbyn w Anglii, dawni komuniści z Francji. Ściągnie taniej siły roboczej leży w interesie wielkiego kapitału, gdyż gra na obniżkę niskich płac, na czym cierpi reszta – argumentuje. „A problem biedy na świecie nie rozwiąże się otwarciem granic”.

Ten zwrot ideowy ma uratować klasę robotniczą przed głosowaniem na AfD. „Jeśli główną troską lewicowej polityki jest reprezentowanie klasy pracującej i bezrobotnych, to stanowisko No-Border jest sprzeczne z celami lewicy. Sukcesy w poskramianiu i regulowaniu kapitalizmu odniesiono walcząc a ramach państw, a państwa mają granice” – ten dyskurs Wagenknecht powoduje jednak, że niektórzy publicyści porównują chętnie jej „lewicowy populizm” do „narodowych”, czy „narodowych i socjalistycznych” postulatów części AfD.

Niemcy tkwią w pewnym pomieszaniu, niczym 60-letnia Ramona z Chemnitz. Angeli Merkel nie udało się trwale zmniejszyć napięć społecznych wokół imigracji, co owocuje zjawiskami politycznymi nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Dotykają one również innych krajów w Europie, lecz lekceważona nieco ewolucja Niemiec może spowodować szczególne dreszcze. W końcu na naszym kontynencie mamy pewną obsesję na ich punkcie.

Co wydarzyło się w Chemnitz?

Kilkuset aktywistów prawicowych ugrupowań ekstremistycznych pod pomnikiem Karola Marksa wykrzykiwało hasła antyimigranckie. To brzmi jak żart, jednak wydarzyło się naprawdę w niemieckim Chemnitz (dawniej Karl-Marx-Stadt), gdzie od niedzieli do poniedziałku trwały uliczne burdy zorganizowane przez ksenofobicznych podżegaczy. Zawiodła policja, która w kilku momentach straciła kontrolę nad wydarzeniami. Nie zawiedli mieszkańcy, którzy tłumnie wystąpili przeciwko neofaszystom.

 

Pretekstem do rozpoczęcia zamieszek była tragedia jaka wydarzyła się w niedzielę na miejskim festynie. 35-letni Niemiec został kilkukrotnie dźgnięty nożem w trakcie bójki, do której doszło w niedzielę między – jak to określiła policja – maksymalnie dziesięcioma ludźmi „różnych narodowości”. Mężczyzna zmarł w szpitalu kilka godzin później. Trzy inne osoby zostały ranne. W poniedziałek aresztowano w tej sprawie, pod zarzutem morderstwa 21-letniego Irakijczyka i 22-letniego Syryjczyka.

Informacja o zdarzeniu błyskawicznie obiegła media społecznościowe, a aktywiści miejscowej skrajnej prawicy wykorzystali tragiczny incydent do rozpoczęcia ksenofobicznych awantur. Na wezwanie działaczy neonazistowskiej NPD, antyimigranckiej Pegidy i majacej deputowanych w Bundestagu partii Alternatywa dla Niemiec na placu pod monumentem Karola Marksa zebrało się ok. 800 osób. W centrum miasta doszło do ataków na przypadkowych przechodniów, których jedyna winą była etniczna odmienność. Na wiecu kolejni mówcy domagali się zamknięcia granic Republiki Federalnej oraz wydalenia imigrantów z kraju.

Kanclerz Angela Merkel potępiła zamieszki, obiecując jednocześnie rzetelne śledztwo w sprawie zajścia podczas festynu. Zdecydowane słowa padły również z ust rzecznika rządu Steffena Seiberta. – Dla tego, co widzieliśmy wczoraj w niektórych miejscach w Chemnitz i co zostało nagrane na wideo nie ma miejsca w naszym państwie prawa – powiedział dodając, że władze RFN nie będę tolerować rewanżystowskich napaści na ludzi, którzy „wyglądają inaczej”, lub są innego pochodzenia.

Niestety, wśród niemieckich polityków pojawiły się również wypowiedzi nawołujące do przemocy. „Gdy państwo nie może już chronić obywateli, ludzie wychodzą na ulice i bronią się sami” – napisał na Twitterze Markuss Frohnmaier, deputowany Alternatywy dla Niemiec.

W poniedziałek doszło do eskalacji niepokojów. Na placu w Chemnitz zebrało się około tysiąca osób wykrzykujących nienawistne oraz nacjonalistyczne hasła. Skandowali m.in. „dość przestępczości cudzoziemców” oraz „to my jesteśmy narodem”.

Jak podaje „Deutsche Welle”, oprócz Alternatywy dla Niemiec, główną siłą animujacą protesty była skrajnie prawicowa grupa kibiców jednej z lokalnych drużyn piłkarskich. Dziennik „Freie Presse” precyzuje, że jeden ze przywódców nazioli zaapelował w social mediach, by „pokazać, kto ma w mieście coś do powiedzenia”. W efekcie doszlo do starć z policją, ranny został jeden funkcjonariusz. Według opinii niemieckich komentatorów, policjantów było jednak za mało, nie byli odpowiednio przygotowani do ulicznych starć na taką skalę.

Odpowiednio zareagowali natomiast mieszkańcy saksońskiego miasta, który w sile ponad dwóch tysięcy zorganizowali spontaniczną demonstracje „Chemnitz Wolne od Nazistów”. Uczestnicy tego zgromadzenia protestowali przeciwko wykorzystywaniu tragedii do ksenofobicznego szczucia oraz wysyłali jasne komunikaty w stronę ekstremistów: „jest nas więcej”, „jesteśmy głośniejsi”, „wynocha z naszego miasta”.

Niemiecka prasa, zarówno regionalna, jak i krajowa, jednoznacznie potępiła ksenofobiczna przemoc i pochwaliła odpowiedzialną reakcje mieszkańców. „Niszczcie zło w zarodku!” czytamy w „Mindener Tageblatt”. „Na ulicach Chemnitz zaszło coś więcej niż tylko niewinny wstęp do czegoś znacznie groźniejszego. Wzeszło na nich ziarno, rozsiewane od lat przez populistów. Ci zaś ryją coraz głębiej. Ziarna gniewu, celowo przez nich wysiewane, aby wzbudzić niczym niepohamowaną wściekłość wśród innych, wydały obfity plon. To, co wymyślili w zaciszu, zaczyna dawać wyniki. Na ulicy, a więc tam, gdzie wszystko się rozstrzyga. Kto opanuje ulice, do tego będzie wkrótce należał cały kraj. W takiej sytuacji zazwyczaj wystarczają słowa wzywające do opamiętania się, ale czasem państwo prawa musi okazać całą siłę, którą ma do dyspozycji”.

„Die Welt” natomiast zauważa, że zamieszki miały miejsce w mieście, które kandyduje do tytułu „kulturalnej stolicy Europy”. Jako winnych erupcji nienawiści dziennik wskazuje ugrupowania skrajnie prawicowe. „Partia AfD, ruch PEGIDA i partia NPD zaciekle rywalizują teraz w Chemnitz o monopol na interpretację zaszłych wydarzeń i o to, kto zmobilizuje najwięcej demonstrantów” – czytamy w „Die Welt”.

Głos zabrała również socjaldemokratyczna burmistrz Barbara Ludwig: „Jestem przerażona tymi wydarzeniami” – powiedziała w wywiadzie dla rozgłośni MDR.

Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.

Kolejna ofiara Trumpa?

Dzisiejszy szczyt NATO w Brukseli rozpoczynał się wśród obaw, czy amerykański prezydent, któremu udało się już niedawno rozbić szczyt G7, i tu doprowadzi do konfliktu z sojusznikami. A spotka w dużej części te same osoby co w Kanadzie.

 

Pęknięcia pomiędzy Waszyngtonem a jego sojusznikami do tej pory nie dotyczyły kwestii czysto militarnych i polityki obronnej – a te kwestie przecież są zasadniczą domeną NATO, ale już w obszarach wcale nie tak odległych dały o sobie znać. W tym kontekście należy przypomnieć o budżetowych zobowiązań określających nakłady na obronę, do których np. Niemcy odnoszą się z dużą niechęcią, czy odmiennej polityce w stosunku do Iranu, która wywołała również poważny zgrzyt. Bo sojusz wprawdzie jest paktem obronnym, w którym Waszyngton ma najwięcej do powiedzenia, ale kieruje się swoimi zasadami. Izraela, niebędącego jego członkiem bronić nie będzie, nawet w razie bezpośredniego ataku. A wszystko to jeszcze w zagęszczającej się atmosferze wojny celnej i nadchodzącego spotkania Trump-Putin w Helsinkach. Okazji do zgrzytów może nie zabraknąć, zwłaszcza jeśli europejscy przywódcy zechcą dawać egotykowi Trumpowi jakieś porady na temat jak rozmawiać z Moskwą. A Trump w takich sprawach uważa się za mistrza nad mistrzami.

Zwraca się uwagę, że potencjalnym takim obszarem może być odmienność filozofii obrony – dla Europy, szczególnie dla Niemiec, „merkantylistyczne „ podejście do obronności reprezentowane przez prezydenta Trumpa jest nie do przyjęcia. A kanclerz Merkel już była przez niego kilkakrotnie strofowana za niewielkie nakłady na obronność, nadal dobrze poniżej zakładanych 2 proc. (Berlin zapowiada osiągnięcie ten poziom dopiero w 2024 r.) i stan wyposażenia Bundeswehry. Trumpowe podejście do obrony sojuszników przyjmują za to takie państwa jak Polska, która dała temu wyraźny sygnał proponując 2 mld dolarów za dyslokację amerykańskiej dywizji na swoim terytorium. Zaś Trump otwarcie głosi, że „obrona Niemiec” za darmo to dowód „łupoty Ameryki”.

Niepokoje przed szczytem udzielają się także innym instytucjom w Europie. – To właśnie Europa jako pierwsza odpowiedziała, gdy Stany Zjednoczone zostały zaatakowane 11 września i poprosiły o solidarność. Europejscy żołnierze ramię w ramię walczyli z Amerykanami w Afganistanie. 870 dzielnych europejskich mężczyzn i kobiet poświęciło swoje życie. W tej liczbie było 40 żołnierzy z mojej Ojczyzny, z Polski. Drogi Panie Prezydencie, proszę o tym pamiętać jutro, kiedy spotkamy się na szczycie NATO, ale przede wszystkim, gdy spotka się Pan z prezydentem Putinem w Helsinkach. Zawsze warto wiedzieć, kto jest strategicznym przyjacielem i kto jest strategicznym problemem – zaapelował do prezydenta Trumpa w przeddzień jego przyjazdu przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Imigracyjny kompromis

Angela Merkel osiągnęła porozumienie z Horstem Seehoferem z CSU, ministrem spraw wewnętrznych, w trwającym od tygodni sporze na temat polityki migracyjnej. Żeby ratować koalicję CDU/CSU, zgodziła się na przetrzymywanie migrantów na granicy i możliwość ich deportacji.

 

– Osiągnęliśmy dobry kompromis po trudnych negocjacjach – poinformował Seefoher dziennikarzy po zakończeniu poniedziałkowych rozmów z Merkel. Wcześniej minister postawił kanclerce ultimatum: zaostrzenie kontroli na granicach, albo jego rezygnacja ze stanowiska w rządzie.

Druga ewentualność oznaczałaby rozpad istniejącej od 70 lat koalicji parlamentarnej CDU/CSU. Merkel zdecydowała się w końcu ustąpić.

Zgodziła się na propozycję Seehofera, która wychodzi naprzeciw rosnącym w Niemczech nastrojom antyimigranckim. Na granicy z Austrią mają teraz powstać obozy, tzw. centra przetrzymywania i procedowania, skąd imigranci uznani za nielegalnych bedą mogli zostać deportowani. Zatrzymywane będą osoby zarejestrowane w innych krajach UE, a Niemcy będą mogły negocjować z krajami, z których przybyli, sprawę ich odesłania.

Na zakończonym niedawno szczycie UE poświęconym problemom imigracji zdecydowano o utworzeniu podobnych obozów na terenie samej Unii i poza nią, w których rozstrzyganie spraw azylowych odbywałoby się na poziomie UE. Seehofer wywalczył takie rozwiązanie na poziomie samych Niemiec. Porozumienie z Merkel uznał za kompromis, bo początkowo chciał jeszcze bardziej stanowczej polityki wobec imigrantów, zakładającej natychmiastową deportację „nielegalnych”.

Na kompromisowe rozwiązanie muszą się jeszcze zgodzić rząd Austrii i trzeci koalicjant w rządzie Angeli Merkel, czyli SPD. Socjaldemokraci zapewniali wcześniej, że nie zamierzają z góry godzić się na dowolne propozycje kompromisu z Seehoferem.

Brak zgody między CDU a CSU oznaczałby rozwiązanie rządu i nowy wybory, co jest jednak nie w smak wszystkim partiom obecnym w Bundestagu, oprócz skrajnie prawicowej AfD, która korzystając z nastrojów antyimigranckich nieustannie rośnie w siłę w sondażach.

Wiralne zdjęcie G7

Zdjęcie zrobił Jesco Denzel, niemiecki fotograf nagrodzony kiedyś w World Press Photo, dziś wyspecjalizowany w zdjęciach i portretach oficjalnych. Do portali społecznościowych wrzucił je rzecznik kanclerz Angeli Merkel: szybko było masowo udostępniane, komentowane i przerabiane. Trump, który na nim wygląda sam przeciw wszystkim, zwalił winę za fasko szczytu G7 na Europę i Kanadę, opieprzając wszystkich na Twitterze.

 

W zamyśle kanclerskiej kancelarii w Berlinie, zdjęcie pokazuje zdecydowanie Angeli Merkel, która jakby nawet strofowała Trumpa, a cały świat stoi nad nim jak nad chorym. Odezwały się głosy, że fotografia jest „wielkim zwycięstwem niemieckiej komunikacji politycznej”, jak pisze Der Spiegel . Ale okazało się, że są liczne interpretacje zdjęcia, wskazujące, że jest odwrotnie: to Trump tu wygrywa.

„1-0 dla amerykańskiego prezydenta” – uważa Elisabeth Wehling, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii: „Trump siedzi, podczas gdy inni stoją, jak wokół władcy. (…) Prezydent ma potwierdzenie swego autorytetu na szczeblu światowym”. Na zdjęciu można zresztą zauważyć, że Trump właściwie ignoruje zwracającą się doń Merkel, słucha Macrona.

John Bolton, doradca Trumpa od bezpieczeństwa narodowego, który na zdjęciu stoi przy nim, tweetował, że „Ameryka to nie bank. Prezydent jasno im powiedział, że to koniec”. Ale prawdziwą serię tweetów wystrzelił po wyjściu z G7 sam Trump, dając do zrozumienia, że Stany Zjednoczone są obrażone.

Nawrzucał krajom europejskim, że mają nienormalne nadwyżki w handlu z jego krajem, podczas gdy zwykli Amerykanie biednieją, że niewdzięcznicy nie wydają na zbrojenia tyle, ile chcą Stany Zjednoczone. Używał wykrzykników, by podkreślić, że to się radykalnie musi zmienić. Przed wyjazdem do Singapuru, gdzie ma spotkać lidera Korei Północnej Kim Dzong-una, rzucił „Przykro mi, ale nie możemy pozwolić przyjaciołom, czy nieprzyjaciołom, na górowanie nad nami w handlu.” Północnoatlantycka wojna handlowa między Stanami a Europą jest polityczną nowością, która martwi wiele rządowych gabinetów.