Merkel dała odpór

Wyjątkowa bezczelność, jaką było zgłoszone przez Ankarę kilka dni temu żądanie wydania przez RFN 69 tureckich dysydentów, znalazła swoją kontynuację podczas wizyty prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w Niemczech. Polityk pokazał, że zastrzeżenia strony niemieckich polityków dotyczące standardów praworządności i praw człowieka w jego kraju, nie są dla niego niczym ważnym.

 

Erdoğan został przyjęty na śniadaniu u prezydenta RFN Waltera Steinmeiera. W uroczystym przyjęciu mieli uczestniczyć politycy wszystkich opcji, które mają swoich przedstawicieli w Bundestagu. Tak się jednak nie stało, bo lewica z Die Linke oraz liberałowie z FDP zbojkotowali taką formą bliskości z dyktatorem.

Kolejny punktem wizyty było spotkanie z kanclerz Angelą Merkel. Podczas wspólnego spotkania z dziennikarzami unaoczniły się wyraźnie rozbieżności pomiędzy politykami. Przywódczyni Republiki Federalnej nie ukrywała, że liczy na sprawne rozwiązanie problemu aresztowanych w Turcji niemieckich obywateli. Mówiła o „głębokich różnicach” w stosunkach między obydwoma krajami, szczególnie w kwestii praworządności, praw człowieka i wolności prawa. Merkel odniosła się również do sprawy ruchu Fethullaha Gülena, którego członkowie są w Turcji represjonowani i wtrącani do więzień po rzekomym zamachu stanu w 2016 roku, który posłużył Erdoğanowi jako pretekst do rozprawy z najsilniejszą zorganizowaną pozaparlamentarną strukturą opozycyjną. Kanclerz oświadczyła, że nie widzi żadnego powodu, by uznać ruch duchownego za nielegalny.

Merkel nie dała tureckiemu satrapie żadnych złudzeń. Ekstradycji nie tylko nie będzie, ale kanclerz wezwała również do uwolnienia więźniów politycznych z tureckich więzień.

Niemcy przeciw imigrantom

„Narodowy i socjalistyczny, co w tym złego? Nazizm to słowo raczej niesmaczne, ale trzeba dobrze definiować rzeczy. Jestem narodowa, bo lubię mój kraj. I jestem socjalistką!” – 60-letnia Ramona, która wzięła udział w antyimigranckiej manifestacji w Chemnitz, tłumaczyła dziennikarzowi swoje idee bez kompleksów, ale była zirytowana, że prasa nazywa manifestantów „neonazistami”. Kioskarze w mieście odmówili sprzedawania „Der Spiegla”, który dał to słowo na okładkę. Gdy wczoraj miasto obiegła wieść, że w niedalekim Köthen „imigranci znów zabili Niemca”, apele o spokój irytowały tak samo.

 

Wczorajsza śmierć niemieckiego 22-latka przypadła równo dwa tygodnie po zabójstwie 35-letniego Niemca pochodzenia kubańskiego o radykalnie lewicowych poglądach, które dla saksońskiej skrajnej prawicy stało się pretekstem do afiszowania na ulicach haseł „Merkel muss weg!” (Merkel musi odejść). Pozycja kanclerz chwieje się jak nigdy, rząd jest skłócony, na ulicach wschodnich landów niepokoje, antyimigrancka Alternatywa dla Niemiec (AfD) pnie się w sondażach… W trzy lata po zgodzie Angeli Merkel na zakończenie bałkańskiej tułaczki blisko miliona migrantów i przyjęcie ich w Niemczech, w jej kraju upada ważne tabu. Chwieje się zdecydowanie krytyczny stosunek do nazistowskiej przeszłości.

W Chemnitz, w czasie antyimigranckich demonstracji, królowały flagi współczesnych Niemiec albo z dodatkiem krzyża, co było hołdem dla Clausa von Stauffenberga, oficera Wehrmachtu, który w imię „niemieckiego ruchu oporu” dokonał nieudanego zamachu na Hitlera. Sławę „narodowego oporu” Stauffenberga przejęła antymuzułmańska i antyimigarcyjna Pegida, by podkreślać, że nic z nazizmem nie ma wspólnego. Owszem, na niektórych manifestacjach było hajlowanie, flagi III Rzeszy, czy śpiewanie pierwszej zwrotki niemieckiego hymnu w hitlerowskiej wersji, czy nawet flagi Prus, jednak AfD argumentuje, że był to margines. Skrajnie prawicowa partia przekonuje, że większość oburzonych to „zwykli, porządni obywatele”, najsłuszniej w świecie protestujący przeciw „wzrostowi liczby przestępstw”, które na ich głowy ściągnęła Angela Merkel przyjmując imigrantów.

 

Dobrostan statystyczny

Niemcy nigdy od czasu zjednoczenia w 1992 r. nie były tak bogate. Nadwyżka w handlu zagranicznym pobiła zresztą kolejny rekord. Neoliberalizm przeorał oczywiście niemiecki system społeczno-gospodarczy w swój klasyczny sposób: to bogactwo, oprócz państwa, jest sprawnie wsysane przez najbogatszych, kosztem postępującego uśmieciowienia stosunków pracy i prekaryzacji warstw najsłabiej uposażonych. Solidny, jak się wydawało, system socjalny przeszedł już fazę „wprowadzenia oszczędności” i zaczął podlegać wahaniom jeszcze przed przyjęciem ponad miliona ludzi od września 2015 r. do marca 2016 r. Od tej pory Niemcy nie przyjmują imigrantów więcej, niż przed tą falą. Wielki przemysł poparł i częściowo dofinansował jej przyjęcie, lecz tu i tam wystąpiły różne braki infrastrukturalne i obostrzenia finansowe, a wraz z nimi frustracja – skierowana oczywiście raczej w imigrantów, niż w politykę neoliberałów, o co skrupulatnie dbają prawicowe środowiska medialno-polityczne.

W maju tego roku minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer z ultrakonserwatywnej CSU gratulował sobie innego osiągnięcia statystycznego Niemiec: w poprzednim 2017 r. liczba ataków fizycznych na osoby lub mienie była najniższa od zjednoczenia kraju. Przestępczość spadła o ponad 5 proc. w stosunku do 2016 r., osiągając wartość znacznie mniejszą, niż w latach przed falą uchodźców. Jednak minister nie przechwalał się tym przesadnie, bo w październiku jego partia będzie konkurować z AfD w Bawarii – chciałby ją pobić na jej terenie ideowym, jak wymaga tego obecna, obsesyjna strategia polityczna w Niemczech: zdobyć głosy na strachu przed migrantami. Lepiej więc podawać, że proporcja cudzoziemców wśród podejrzanych o przestępstwa wzrosła z blisko 30 proc. przed „wielką falą” do 35 proc. w zeszłym roku. Wzrosła też liczba „cudzoziemskich” najcięższych zbrodni – zabójstw – z 52 do 83 (na 731 ogółem), co daje znaczny wzrost procentowy, nieustannie eksponowany przez AfD i Pegidę.

 

Przeszła przyszłość

„Kwestia migracyjna jest matką wszystkich problemów tego kraju” – słowa Seehofera dla Rheinische Post, żywa kopia niemieckiego stylu politycznego lat 30 ubiegłego wieku, skłoniła lewicową Die Linke do ogłoszenia, że minister „jest ojcem wszystkich problemów związanych z rasizmem”. Ta słowna przepychanka wydaje się jednak obserwatorom mniej ważna, niż coraz bardziej widoczna schizofrenia niemieckiego rządu. Wyraźna gra CSU na osłabianie Angeli Merkel zyskuje otwarte poparcie AfD – „partii przyszłości Niemiec”, jak się sama chwali. Nie ma wątpliwości, że niemieckie służby specjalne wspólnie z Alternatywą chcą kontrolować transformację polityczną „po Merkel”. Skandal wywołany przez szef niemieckiej tajnej policji politycznej (Urząd Ochrony Konstytucji – BfV) Hansa-Georga Maaßena próbującego zanegować „polowanie na cudzoziemców” w Chemnitz, które kanclerz tak mocno potępiła, nie był niespodzianką.

W lipcu kierowany przez Maaßena BfV opublikował raport, który socjalistyczną krytykę kapitalizmu i jego konsekwencje społeczne klasyfikuje jako „antykonstytucyjny lewicowy ekstremizm”. Np. Partia Równości Socjalistycznej (SGP) pozostaje pod nadzorem policji jako „niebezpieczna”, choć BfV przyznaje w raporcie, że ugrupowanie chce osiągnąć swe cele „drogą legalną”, poprzez uczestnictwo w wyborach. Równocześnie AfD i jej związki z neonazistami pozostają niedotykalne. W raporcie brak nawet wzmianek o znanym jawnym naziście z AfD Björnie Höcke, nowym ideologu skrajnej, rasistowskiej prawicy z Pegidy Götzu Kubitscheku, czy o pismach w hitlerowskim stylu – „Junge Freiheit lub Compact”. AfD jest wymieniona wyłącznie jako „ofiara lewicowego ekstremizmu”. Maaßen ściśle współpracuje z Alternatywą i jej szefem Alexandrem Galandem, który nigdy nie traci okazji, by publicznie chwalić „obiektywizm” i „patriotyzm” szefa BfV.

 

Chemnitz i literatura

Socjologowie próbują tłumaczyć antyimigranckie rozruchy na terenach dawnej NRD jej spadkiem historycznym. Brak przekonania do demokracji i przyzwyczajenie do autorytaryzmu, brak kontaktu ze społeczeństwem wielokulturowym, brak prawdziwego „przepracowania” nazistowskiej przeszłości Niemiec… Faktem jest, że w Saksonii AfD zyskała w ostatnich wyborach aż 27 proc. głosów, przy ponad 12 proc. w skali kraju. Jest w tym coś z tradycji: w 2004 r., gdy imigrantów było mało, region oddał prawie 10 proc. głosów na neonazistowską NPD (Narodowodemokratyczną Partię Niemiec). Dziś w Chemnitz mieszka ok. 7 proc. cudzoziemców, a dla wielu miejscowych Węgier Orbán, Austriak Kurz i Włoch Salvini stali się wzorcami politycznymi, więc „Merkel muss weg”. W ciągu ostatnich dwóch tygodni wszystkie manifestacje przeciw imigracji były tu kilkukrotnie większe od tych przeciw ksenofobii.

Antyimigracyjna obsesja nie ogranicza się oczywiście do wschodu kraju. Prawie 4 tysiące różnego typu aktów agresji antyimigranckiej rozkłada się na mapie mniej więcej równo. Książkowym bestsellerem stała się nowa książka Timura Vermesa, który zdobył wcześniej sławę powieścią o powrocie Adolfa Hitlera. Jego nowa satyra polityczna opowiada losy prezenterki telewizyjnej, która na czele kolumny setek tysięcy uchodźców z Afryki zmierza do Niemiec, gdzie dochodzi do bitwy z hordami skrajnej prawicy. Na mega-bestseller zapowiada się też kolejna polityczna książka bankiera Thilo Sarrazina o charakterystycznym tytule Wrogie przejęcie. Jak islam szkodzi postępowi i zagraża społeczeństwu. Poprzednia, o „samolikwidacji Niemiec”, najlepiej sprzedająca się książka dziesięciolecia, mimo swojego jawnego rasizmu, nie spowodowała wydalenia autora z socjaldemokratycznej SPD, która stanowi dziś część rządu.

 

Lewica na zakręcie

Die Linke i niektóre inne partie na lewo od socjaldemokratów przechodzą podobną mutację, co całe Niemcy. Wydarzeniem politycznym tego lata jest powstanie Aufstehen, lewicowego ruchu animowanego przez gwiazdę Die Linke Sahrę Wagenknecht i jej męża Oskara Lafontaine’a z tego samego ugrupowania, byłego ministra w rządzie SPD Gerharda Schrödera. Na razie Aufstehen to żadna partia, ale według badania magazynu Focus, głosowałaby na nią już jedna trzecia Niemców. Nikt nie ma wątpliwości, że pierwszy powód tego wirtualnego sukcesu to niechęć wobec imigracji ekonomicznej. Wagenknecht powtarza w nieco obronnym stylu, że antyimigracyjna lewica nie jest jakimś niemieckim wymysłem, że to samo głosi Bernie Sanders w Stanach, Jeremy Corbyn w Anglii, dawni komuniści z Francji. Ściągnie taniej siły roboczej leży w interesie wielkiego kapitału, gdyż gra na obniżkę niskich płac, na czym cierpi reszta – argumentuje. „A problem biedy na świecie nie rozwiąże się otwarciem granic”.

Ten zwrot ideowy ma uratować klasę robotniczą przed głosowaniem na AfD. „Jeśli główną troską lewicowej polityki jest reprezentowanie klasy pracującej i bezrobotnych, to stanowisko No-Border jest sprzeczne z celami lewicy. Sukcesy w poskramianiu i regulowaniu kapitalizmu odniesiono walcząc a ramach państw, a państwa mają granice” – ten dyskurs Wagenknecht powoduje jednak, że niektórzy publicyści porównują chętnie jej „lewicowy populizm” do „narodowych”, czy „narodowych i socjalistycznych” postulatów części AfD.

Niemcy tkwią w pewnym pomieszaniu, niczym 60-letnia Ramona z Chemnitz. Angeli Merkel nie udało się trwale zmniejszyć napięć społecznych wokół imigracji, co owocuje zjawiskami politycznymi nie do pomyślenia jeszcze kilka lat temu. Dotykają one również innych krajów w Europie, lecz lekceważona nieco ewolucja Niemiec może spowodować szczególne dreszcze. W końcu na naszym kontynencie mamy pewną obsesję na ich punkcie.

Co wydarzyło się w Chemnitz?

Kilkuset aktywistów prawicowych ugrupowań ekstremistycznych pod pomnikiem Karola Marksa wykrzykiwało hasła antyimigranckie. To brzmi jak żart, jednak wydarzyło się naprawdę w niemieckim Chemnitz (dawniej Karl-Marx-Stadt), gdzie od niedzieli do poniedziałku trwały uliczne burdy zorganizowane przez ksenofobicznych podżegaczy. Zawiodła policja, która w kilku momentach straciła kontrolę nad wydarzeniami. Nie zawiedli mieszkańcy, którzy tłumnie wystąpili przeciwko neofaszystom.

 

Pretekstem do rozpoczęcia zamieszek była tragedia jaka wydarzyła się w niedzielę na miejskim festynie. 35-letni Niemiec został kilkukrotnie dźgnięty nożem w trakcie bójki, do której doszło w niedzielę między – jak to określiła policja – maksymalnie dziesięcioma ludźmi „różnych narodowości”. Mężczyzna zmarł w szpitalu kilka godzin później. Trzy inne osoby zostały ranne. W poniedziałek aresztowano w tej sprawie, pod zarzutem morderstwa 21-letniego Irakijczyka i 22-letniego Syryjczyka.

Informacja o zdarzeniu błyskawicznie obiegła media społecznościowe, a aktywiści miejscowej skrajnej prawicy wykorzystali tragiczny incydent do rozpoczęcia ksenofobicznych awantur. Na wezwanie działaczy neonazistowskiej NPD, antyimigranckiej Pegidy i majacej deputowanych w Bundestagu partii Alternatywa dla Niemiec na placu pod monumentem Karola Marksa zebrało się ok. 800 osób. W centrum miasta doszło do ataków na przypadkowych przechodniów, których jedyna winą była etniczna odmienność. Na wiecu kolejni mówcy domagali się zamknięcia granic Republiki Federalnej oraz wydalenia imigrantów z kraju.

Kanclerz Angela Merkel potępiła zamieszki, obiecując jednocześnie rzetelne śledztwo w sprawie zajścia podczas festynu. Zdecydowane słowa padły również z ust rzecznika rządu Steffena Seiberta. – Dla tego, co widzieliśmy wczoraj w niektórych miejscach w Chemnitz i co zostało nagrane na wideo nie ma miejsca w naszym państwie prawa – powiedział dodając, że władze RFN nie będę tolerować rewanżystowskich napaści na ludzi, którzy „wyglądają inaczej”, lub są innego pochodzenia.

Niestety, wśród niemieckich polityków pojawiły się również wypowiedzi nawołujące do przemocy. „Gdy państwo nie może już chronić obywateli, ludzie wychodzą na ulice i bronią się sami” – napisał na Twitterze Markuss Frohnmaier, deputowany Alternatywy dla Niemiec.

W poniedziałek doszło do eskalacji niepokojów. Na placu w Chemnitz zebrało się około tysiąca osób wykrzykujących nienawistne oraz nacjonalistyczne hasła. Skandowali m.in. „dość przestępczości cudzoziemców” oraz „to my jesteśmy narodem”.

Jak podaje „Deutsche Welle”, oprócz Alternatywy dla Niemiec, główną siłą animujacą protesty była skrajnie prawicowa grupa kibiców jednej z lokalnych drużyn piłkarskich. Dziennik „Freie Presse” precyzuje, że jeden ze przywódców nazioli zaapelował w social mediach, by „pokazać, kto ma w mieście coś do powiedzenia”. W efekcie doszlo do starć z policją, ranny został jeden funkcjonariusz. Według opinii niemieckich komentatorów, policjantów było jednak za mało, nie byli odpowiednio przygotowani do ulicznych starć na taką skalę.

Odpowiednio zareagowali natomiast mieszkańcy saksońskiego miasta, który w sile ponad dwóch tysięcy zorganizowali spontaniczną demonstracje „Chemnitz Wolne od Nazistów”. Uczestnicy tego zgromadzenia protestowali przeciwko wykorzystywaniu tragedii do ksenofobicznego szczucia oraz wysyłali jasne komunikaty w stronę ekstremistów: „jest nas więcej”, „jesteśmy głośniejsi”, „wynocha z naszego miasta”.

Niemiecka prasa, zarówno regionalna, jak i krajowa, jednoznacznie potępiła ksenofobiczna przemoc i pochwaliła odpowiedzialną reakcje mieszkańców. „Niszczcie zło w zarodku!” czytamy w „Mindener Tageblatt”. „Na ulicach Chemnitz zaszło coś więcej niż tylko niewinny wstęp do czegoś znacznie groźniejszego. Wzeszło na nich ziarno, rozsiewane od lat przez populistów. Ci zaś ryją coraz głębiej. Ziarna gniewu, celowo przez nich wysiewane, aby wzbudzić niczym niepohamowaną wściekłość wśród innych, wydały obfity plon. To, co wymyślili w zaciszu, zaczyna dawać wyniki. Na ulicy, a więc tam, gdzie wszystko się rozstrzyga. Kto opanuje ulice, do tego będzie wkrótce należał cały kraj. W takiej sytuacji zazwyczaj wystarczają słowa wzywające do opamiętania się, ale czasem państwo prawa musi okazać całą siłę, którą ma do dyspozycji”.

„Die Welt” natomiast zauważa, że zamieszki miały miejsce w mieście, które kandyduje do tytułu „kulturalnej stolicy Europy”. Jako winnych erupcji nienawiści dziennik wskazuje ugrupowania skrajnie prawicowe. „Partia AfD, ruch PEGIDA i partia NPD zaciekle rywalizują teraz w Chemnitz o monopol na interpretację zaszłych wydarzeń i o to, kto zmobilizuje najwięcej demonstrantów” – czytamy w „Die Welt”.

Głos zabrała również socjaldemokratyczna burmistrz Barbara Ludwig: „Jestem przerażona tymi wydarzeniami” – powiedziała w wywiadzie dla rozgłośni MDR.

Z potrzeby chwili

To, że amerykański prezydent znajdzie się znów na kolizyjnym kursie ze swoimi sojusznikami wisiało w powietrzu zanim bruselski szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego się rozpoczął. Ale mało kto przypuszczał, że ta kolizja osiągnie aż taki wymiar. A ustalenia, którymi szczyt się zakończył zapewne nie stanowią definitywnego zażegnania sporu wewnątrz NATO.

 

Problemy zapowiadały już wcześniejsze wypowiedzi Donalda Trumpa, sygnalizujące że nie tylko nie zamierza wycofywać się z nacisków na swoich europejskich sojuszników niechętnych do powiększania budżetów wojskowych do uzgodnionego w 2014 r. poziomu 2 proc. Teraz Trump oczekiwał już nie 2, tylko 4 procent.

– Wiele krajów nie płaci, ile powinny – oświadczył Trump już na wstępie szczytu, podczas śniadania z sekretarzem generalnym Sojuszu Jensem Stoltenbergiem. – A mówiąc wprost, wiele krajów winnych jest nam przeogromne pieniądze za wiele lat wstecz, kiedy zalegały z płaceniem, a Stany Zjednoczone musiały za nie zakładać. Pierwszy dzień szczytu zakończył się zatem zwarciem.

W czwartek, na zakończenie niejawnych sesji Trump przed odlotem do Londynu otrąbił sukces, triumfalnie oświadczając, że „wierzy w NATO” oraz że szczyt zakończył się decyzją o natychmiastowym podniesieniu swoich budżetów obronnych do 2 proc.

 

Etap

Jak to będzie – jeszcze się okaże, szczyt, jak to szczyt, musiał się czymś zakończyć. Cokolwiek odbywa się z udziałem prezydenta Trumpa musi być sukcesem. Europejscy przywódcy też zapewne nie chcieli doprowadzać do tego aby szczyt kończył się w atmosferze fiaska. Nie mówiąc o tym, że byłby to poważny cios tak i Sojusz, jak i w samego Trumpa zadany mu na trzy dni przez oczekiwanym spotkaniem z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Cokolwiek by nie było mówione o manifestujących się wewnątrz Sojuszu podziałach i różnicach poglądów na jego funkcjonowania, byłoby i skrajnie nielojalne, i biłoby nie tylko w Trumpa, ale i w samo NATO, osłabiając pozycję wszystkich jego państwa. Przez helsińskim spotkaniem w interesie wszystkich było, żeby Sojusz zachowywał chociaż pozór wewnętrznej spójności. Na to zapewne liczył amerykański prezydent stawiając swoje warunki.

Czym innym jest jednak potrzeba chwili, czym innym długodystansowe działania, a w tej materii brukselski szczyt niewiele przesądził.

 

Konflikt wizji, konflikt interesów

Filozofia, w myśl której Europa za amerykański udział w jej ochronie – według Trumpa stanowiący od 70 do 90 proc. kosztów – musi się zmniejszyć na rzecz znacznie bardziej substancjalnego wkładu Europy, gdyż nie może odbywać się to na koszt amerykańskiego podatnika to zwykły bluff. Faktycznie, USA są pod względem siły militarnej największym komponentem Sojuszu, większym od wszystkich pozostałych razem wziętych, nie określa wcale, kto komu powinien płacić. Przyrównywanie NATO do „międzynarodowej firmy ochroniarskiej”, jak określa amerykańskie podejście niemiecki dziennik „Handelsblatt” jest z gruntu fałszywe, bo to USA mają ambicję być globalnym mocarstwem tak gospodarczym jak i militarnym i nie wynika z tego, że na ten cel Europa musi płacić haracz. Bez trwałych punktów oparcia w Niemczech – jak choćby baza w Rammstein – USA o tej pozycji ani w regionie europejskim, ani w Środkowej Azji nie mogłyby myśleć. A w skali budżetu samej organizacji – dość skromnego, bo liczącego niecałe 5 mld dolarów, Stany Zjednoczone wkładają ok. 22 proc. – tyle, ile wynika z kalkulacji opartej przede wszystkim na PKB państw członkowskich.

Druga obserwacja, której nie sposób się oprzeć, jest taka, że uparte naciski, aby Europa płaciła USA za ich zaangażowanie w jej ochronę, to w gruncie rzeczy element toczącej się już na całego wojny celnej pomiędzy USA a resztą świata, w której na razie jedynym „osiągnięciem” amerykańskiej polityki było właśnie popchnięcie Europy bliżej do Chin, a nawet Rosji. Logika – wojujecie z nami na pieniądze, to płaćcie za ochronę jest tu aż nadto widoczna.

 

Fałszywe opozycje

Postawienie przez Trumpa pytania, jak to jest, że Zachodnia Europa jednocześnie boi się Rosji i chce aby NATO było parasolem ochronnym przed nią, a równocześnie aprobuje budowę gazociągu Nord Stream 2, którym popłynie rosyjski gaz , a i w innych obszarach – nawet pomimo sankcji – podtrzymuje współpracę gospodarczą z rosyjskimi podmiotami, które pojawia się w komentarzach jest zupełnie błędna. Jest to bowiem logiczna antyteza jedynie z perspektywy Waszyngtonu widzącego świat tylko z perspektywy siebie jako samotnego hegemona i jego posłusznych wasali lub wrogów oraz wschodnioeuropejskich pionków w tej rozgrywce, tak zaimpregnowanych rusofobią, że gotowych akceptować wszystko, co Wielki Brat zarządzi – żeby dopłacać mu za obecność amerykańskich dywizji, żeby łożyć na obronę terytorialną, żeby kupować droższy skroplony gaz i niszczyć sektory własnej gospodarki żyjące nie tak dawno jeszcze z eksportu na Wschód.

Z perspektywy centrum Europy takiej opozycji właśnie nie ma. Z Berlina czy Paryż świat i system globalnego bezpieczeństwa to wielka sieć naczyń połączonych, w której takich wykluczających się opcji nie ma, bo być nie może. Bo jest to gra nie na zero-jedynkowe rozstrzygnięcia stawiające każdą sprawę na ostrzu noża, jak najwyraźniej wyobraża sobie politykę globalną Trump (i wielu innych amerykańskich polityków), ale na dążenie do tworzenia całych układów równowag. A jedną z nich jest też równowaga w relacjach z Rosją. To kanclerz Merkel rozumie doskonale – w końcu zęby na tym zjadła.

Że Polska nie wyciągnęła przez wieki wniosku, że skoro ma się na wschód od siebie sąsiada (w stosunku do którego czuje odwieczną zawiść, bo wskutek jakiejś tragicznej pomyłki dziejów zastąpił w XVI w. jej nieodżałowaną rolę „wielkiego państwa na wschodzie”), trzeba nauczyć się z nim żyć, bo z dnia na dzień nie zniknie, ani nie pogrąży się w wiecznej smucie – to oczywistość, z którą nad Wisłą nie da się dyskutować. Ale taki poziom zaufania do merkantylizacji obronności, jaką serwuje Europie Trump uznać za wartą cokolwiek gwarancję – to dowód skrajnej naiwności. Opieranie strategii własnego bezpieczeństwa na sojuszu z państwem, które potrafi swoją doktrynę sojuszniczych zobowiązań zredukować do kwestii zakupu „usługi ochroniarskiej” to skrajna niefrasobliwość. Nietrudno sobie wyobrazić, że sojusz taki z dnia na dzień może przestać istnieć. A co pozostanie – lepiej nie myśleć.

Kolejna ofiara Trumpa?

Dzisiejszy szczyt NATO w Brukseli rozpoczynał się wśród obaw, czy amerykański prezydent, któremu udało się już niedawno rozbić szczyt G7, i tu doprowadzi do konfliktu z sojusznikami. A spotka w dużej części te same osoby co w Kanadzie.

 

Pęknięcia pomiędzy Waszyngtonem a jego sojusznikami do tej pory nie dotyczyły kwestii czysto militarnych i polityki obronnej – a te kwestie przecież są zasadniczą domeną NATO, ale już w obszarach wcale nie tak odległych dały o sobie znać. W tym kontekście należy przypomnieć o budżetowych zobowiązań określających nakłady na obronę, do których np. Niemcy odnoszą się z dużą niechęcią, czy odmiennej polityce w stosunku do Iranu, która wywołała również poważny zgrzyt. Bo sojusz wprawdzie jest paktem obronnym, w którym Waszyngton ma najwięcej do powiedzenia, ale kieruje się swoimi zasadami. Izraela, niebędącego jego członkiem bronić nie będzie, nawet w razie bezpośredniego ataku. A wszystko to jeszcze w zagęszczającej się atmosferze wojny celnej i nadchodzącego spotkania Trump-Putin w Helsinkach. Okazji do zgrzytów może nie zabraknąć, zwłaszcza jeśli europejscy przywódcy zechcą dawać egotykowi Trumpowi jakieś porady na temat jak rozmawiać z Moskwą. A Trump w takich sprawach uważa się za mistrza nad mistrzami.

Zwraca się uwagę, że potencjalnym takim obszarem może być odmienność filozofii obrony – dla Europy, szczególnie dla Niemiec, „merkantylistyczne „ podejście do obronności reprezentowane przez prezydenta Trumpa jest nie do przyjęcia. A kanclerz Merkel już była przez niego kilkakrotnie strofowana za niewielkie nakłady na obronność, nadal dobrze poniżej zakładanych 2 proc. (Berlin zapowiada osiągnięcie ten poziom dopiero w 2024 r.) i stan wyposażenia Bundeswehry. Trumpowe podejście do obrony sojuszników przyjmują za to takie państwa jak Polska, która dała temu wyraźny sygnał proponując 2 mld dolarów za dyslokację amerykańskiej dywizji na swoim terytorium. Zaś Trump otwarcie głosi, że „obrona Niemiec” za darmo to dowód „łupoty Ameryki”.

Niepokoje przed szczytem udzielają się także innym instytucjom w Europie. – To właśnie Europa jako pierwsza odpowiedziała, gdy Stany Zjednoczone zostały zaatakowane 11 września i poprosiły o solidarność. Europejscy żołnierze ramię w ramię walczyli z Amerykanami w Afganistanie. 870 dzielnych europejskich mężczyzn i kobiet poświęciło swoje życie. W tej liczbie było 40 żołnierzy z mojej Ojczyzny, z Polski. Drogi Panie Prezydencie, proszę o tym pamiętać jutro, kiedy spotkamy się na szczycie NATO, ale przede wszystkim, gdy spotka się Pan z prezydentem Putinem w Helsinkach. Zawsze warto wiedzieć, kto jest strategicznym przyjacielem i kto jest strategicznym problemem – zaapelował do prezydenta Trumpa w przeddzień jego przyjazdu przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.

Imigracyjny kompromis

Angela Merkel osiągnęła porozumienie z Horstem Seehoferem z CSU, ministrem spraw wewnętrznych, w trwającym od tygodni sporze na temat polityki migracyjnej. Żeby ratować koalicję CDU/CSU, zgodziła się na przetrzymywanie migrantów na granicy i możliwość ich deportacji.

 

– Osiągnęliśmy dobry kompromis po trudnych negocjacjach – poinformował Seefoher dziennikarzy po zakończeniu poniedziałkowych rozmów z Merkel. Wcześniej minister postawił kanclerce ultimatum: zaostrzenie kontroli na granicach, albo jego rezygnacja ze stanowiska w rządzie.

Druga ewentualność oznaczałaby rozpad istniejącej od 70 lat koalicji parlamentarnej CDU/CSU. Merkel zdecydowała się w końcu ustąpić.

Zgodziła się na propozycję Seehofera, która wychodzi naprzeciw rosnącym w Niemczech nastrojom antyimigranckim. Na granicy z Austrią mają teraz powstać obozy, tzw. centra przetrzymywania i procedowania, skąd imigranci uznani za nielegalnych bedą mogli zostać deportowani. Zatrzymywane będą osoby zarejestrowane w innych krajach UE, a Niemcy będą mogły negocjować z krajami, z których przybyli, sprawę ich odesłania.

Na zakończonym niedawno szczycie UE poświęconym problemom imigracji zdecydowano o utworzeniu podobnych obozów na terenie samej Unii i poza nią, w których rozstrzyganie spraw azylowych odbywałoby się na poziomie UE. Seehofer wywalczył takie rozwiązanie na poziomie samych Niemiec. Porozumienie z Merkel uznał za kompromis, bo początkowo chciał jeszcze bardziej stanowczej polityki wobec imigrantów, zakładającej natychmiastową deportację „nielegalnych”.

Na kompromisowe rozwiązanie muszą się jeszcze zgodzić rząd Austrii i trzeci koalicjant w rządzie Angeli Merkel, czyli SPD. Socjaldemokraci zapewniali wcześniej, że nie zamierzają z góry godzić się na dowolne propozycje kompromisu z Seehoferem.

Brak zgody między CDU a CSU oznaczałby rozwiązanie rządu i nowy wybory, co jest jednak nie w smak wszystkim partiom obecnym w Bundestagu, oprócz skrajnie prawicowej AfD, która korzystając z nastrojów antyimigranckich nieustannie rośnie w siłę w sondażach.

Wiralne zdjęcie G7

Zdjęcie zrobił Jesco Denzel, niemiecki fotograf nagrodzony kiedyś w World Press Photo, dziś wyspecjalizowany w zdjęciach i portretach oficjalnych. Do portali społecznościowych wrzucił je rzecznik kanclerz Angeli Merkel: szybko było masowo udostępniane, komentowane i przerabiane. Trump, który na nim wygląda sam przeciw wszystkim, zwalił winę za fasko szczytu G7 na Europę i Kanadę, opieprzając wszystkich na Twitterze.

 

W zamyśle kanclerskiej kancelarii w Berlinie, zdjęcie pokazuje zdecydowanie Angeli Merkel, która jakby nawet strofowała Trumpa, a cały świat stoi nad nim jak nad chorym. Odezwały się głosy, że fotografia jest „wielkim zwycięstwem niemieckiej komunikacji politycznej”, jak pisze Der Spiegel . Ale okazało się, że są liczne interpretacje zdjęcia, wskazujące, że jest odwrotnie: to Trump tu wygrywa.

„1-0 dla amerykańskiego prezydenta” – uważa Elisabeth Wehling, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii: „Trump siedzi, podczas gdy inni stoją, jak wokół władcy. (…) Prezydent ma potwierdzenie swego autorytetu na szczeblu światowym”. Na zdjęciu można zresztą zauważyć, że Trump właściwie ignoruje zwracającą się doń Merkel, słucha Macrona.

John Bolton, doradca Trumpa od bezpieczeństwa narodowego, który na zdjęciu stoi przy nim, tweetował, że „Ameryka to nie bank. Prezydent jasno im powiedział, że to koniec”. Ale prawdziwą serię tweetów wystrzelił po wyjściu z G7 sam Trump, dając do zrozumienia, że Stany Zjednoczone są obrażone.

Nawrzucał krajom europejskim, że mają nienormalne nadwyżki w handlu z jego krajem, podczas gdy zwykli Amerykanie biednieją, że niewdzięcznicy nie wydają na zbrojenia tyle, ile chcą Stany Zjednoczone. Używał wykrzykników, by podkreślić, że to się radykalnie musi zmienić. Przed wyjazdem do Singapuru, gdzie ma spotkać lidera Korei Północnej Kim Dzong-una, rzucił „Przykro mi, ale nie możemy pozwolić przyjaciołom, czy nieprzyjaciołom, na górowanie nad nami w handlu.” Północnoatlantycka wojna handlowa między Stanami a Europą jest polityczną nowością, która martwi wiele rządowych gabinetów.

Słabnąca trzecia siła

Jeszcze do niedawna trzecia siła parlamentarna w Niemczech, dziś zdaje się zmierzać w stronę marginalizacji, nie wywiera większego wpływu na niemiecką politykę. Pokazał to dobitnie niedzielny marsz w Berlinie.

 

Szeroko zapowiadany niedzielny marsz sympatyków AfD w Berlinie „O przyszłość Niemiec” okazał się porażką – wprawdzie na ulice wyszło około 5 tys. osób, aby standardowo „ostrzec przed islamizacją” i wyganiać z kraju Angelę Merkel, jednak okazuje się, że kontrmanifestantów w stolicy zmobilizowało się ponad 12 tysięcy.

Zarejestrowano ponad 13 osobnych kontrdemonstracji, które wkrótce przekształciły się w jedną radosną imprezę. Natomiast AfD nie odpuszczało swojej codziennej retoryki: – Nasze dzieci, nasza przyszłość, nasz kraj, dlatego tu jesteśmy! – wykrzykiwał pod Bramą Brandenburską jeden z partyjnych liderów, Alexander Gauland. – Inne partie polityczne kochają obcych, nie nas, nie was, nie Niemców!

Wtórował mu Joerg Meuthen, który nazywał Merkel „arcykapłanką cynizmu władzy”, a Beatrix Fox wygłosiła przemówienie, w którym udowadniała, że „panowanie islamu w Niemczech jest panowaniem zła”.

Z drugiej strony dobiegały okrzyki: „Naziści precz!”. Obu grup pilnowały aż 2 tysiące policjantów – jak się okazało, sympatyków skrajnej prawicy było na marszu zaledwie dwa razy więcej. Demonstranci z AfD zostali zmuszeni do zmiany trasy swojego pochodu.

W zeszłym tygodniu wypłynęła wiadomość, że AfD w Nadrenii-Palatynacie chce zapłacić za udział w berlińskiej demonstracji („dla dobra Niemiec” – jak stwierdził z rozbrajającą szczerością rzecznik partii). Informację tę podał jako pierwszy antyfaszystowski portal „Exif-Recherche”. Ostatecznie partia zdecydowała się na rekompensaty oraz ewentualne zwroty kosztów paliwa dla 30 pierwszych demonstrantów. Aby jednak uzyskać pieniądze, muszą potwierdzić swoją obecność na demonstracji, na przykład zdjęciem zgromadzenia. Najwyraźniej jednak udało się znaleźć niewielu chętnych, nawet przy próbie przekupstwa.