Na zakupy bez portfela

Nawet karta bankomatowa i smartfon przestają stopniowo być uznawane za nowoczesne narzędzia płatnicze. Teraz nadchodzi moda na specjalne opaski noszone na ręku.

 

Podpis foto: Takie opaski najpierw zaczęły być stosowane do dokonywania zakupów podczas festiwali muzycznych. Ich popularność stopniowo rośnie, choć trudno je uznać za wygodne, bo powinny dość ciasno obejmować przegub.

 

 

Nowoczesne technologie, które wkroczyły także w świat finansów osobistych, sprawiają, że coraz rzadziej płacimy gotówką.
Okazuje się, że blisko aż 35 proc. osób, które nie ukończyły 26 roku życia, korzysta wyłącznie z płatności bezgotówkowych. Nie jest to jednak tylko domena młodych, bo kartą za zakupy płaci już 4,5 mln Polaków.

 

Nie takie to wygodne

Z badania Instytutu IBRIS wynika, że co 5 Polak nie nosi przy sobie gotówki. Z kolei Warszawski Instytut Bankowości podaje, że jeszcze w 2009 r. gotówkę jako główny sposób dokonywania płatności wybierało 64 proc. z nas, a siedem lat później już tylko niecałe 40 proc. badanych.
Przyczyną tej zmiany jest rozwój technologii, a przez to i coraz większy wachlarz dostępnych metod płatności mobilnych. Apple Pay czy Google Pay to przykłady kilku z nich, które pojawiły się w niedawnym czasie.
Co więcej, aby płacić zbliżeniowo, nie musimy nawet korzystać ze smartfona czy karty. Do tego celu wystarczy np. smartwatch lub tzw. opaska płatnicza. Pytanie, czy te alternatywne formy płatności sprawiają, że zawsze można bezpiecznie z nich korzystać?.
Płacenie za pomocą smartfona to dość wygodne rozwiązanie, które wyeliminowało konieczność posiadania przy sobie portfela w każdej sytuacji.
Nie daje jednak takiej swobody ruchów, jak w przypadku dokonywania transakcji zbliżeniowych. By zrobić zakupy i zapłacić telefonem, trzeba bowiem otworzyć aplikację w telefonie, a jednorazowy kod, który nam się wyświetli na ekranie, wpisać w terminalu płatniczym.

 

Zbliżeniowo za pomocą telefonu

Wraz z dostępnością w naszym kraju nowych aplikacji płatniczych, transakcje mobilne stają się stopniowo coraz prostsze i wygodniejsze. Możemy używać ich podobnie, jak zbliżeniowych kart płatniczych.
– Do płatności używamy urządzenia mobilnego lub smartwatcha, na których mamy zainstalowaną aplikację z „przypiętą” kartą. Do terminala płatniczego zbliżamy urządzenie i zatwierdzamy płatność np. kodem PIN, którym również odblokowujemy ekran, lub w przypadku niektórych modeli iPhonów – metodą rozpoznawania linii papilarnych lub rysów twarzy właściciela telefonu. Co ważne, w taki sposób dokonamy zatwierdzenia transakcji również powyżej 50 zł – tłumaczy Bartosz Turek, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Wspomniane metody płatności proponowane przez firmy z Doliny Krzemowej nie są jednak dostępne dla wszystkich. Na przykład, z Google Pay mogą korzystać klienci największych banków działających w Polsce, zas usługa Apple Pay na razie jest dostępna w siedmiu bankach.
Wydaje się, że są to dosyć bezpieczne metody płatności. Dane dotyczące kart, w chwili transakcji nie są bowiem udostępniane sprzedawcom.
Firmy ponadto zapewniają, że nie przechowują numerów kart ani na urządzeniach mobilnych, ani na własnych serwerach, więc nie powinno być obawy, że newralgiczne dane dostaną się w ręce oszustów.

 

Kto się da zaobrączkować?

Jeszcze inną metodę płatności zbliżeniowych stanowią silikonowe opaski zakładane na rękę. Z takiej opaski można korzystać w taki sam sposób, jak z karty przedpłaconej, czyli należy zasilić ją gotówką o określonej kwocie, a po zarejestrowaniu można płacić swobodnie – ale tylko w punktach, które honorują takie transakcje.
Podobne rozwiązanie, ale w tym przypadku umożliwiające płacenie środkami z konta osobistego, mają w swojej ofercie niektóre banki komercyjne działające w Polsce. Oferują one swoim klientom opaski do płatności zbliżeniowych, które działają dokładnie tak jak karta bankomatowa.
– W takich opaskach umieszcza się specjalną mikrokartę (wydawaną przez banki do konta), dzięki czemu możliwe jest dokonywanie płatności zbliżeniowych. W przypadku transakcji powyżej 50 zł wymagana jest autoryzacja kodem PIN. Jest to rozwiązanie polecane szczególnie osobom, które są aktywne, uprawiają sport i np. podczas biegania czy jazdy rowerem nie chcą nosić przy sobie telefonu, a tym bardziej portfela z kartą. Posiadanie takiej opaski to wygoda i mniejsze ryzyko zgubienia czy zniszczenia środka płatniczego podczas codziennych aktywności – mówi Leszek Zięba, ekspert ZFPF.

 

Bezpiecznie ale nie do końca

Płatności i transakcje bezgotówkowe są dość wygodne, ale także zaczynają być uznawane za bezpieczne, co potwierdza opinia 65 proc. Polaków.
Banki stopniowo wprowadzają bowiem rozmaite zabezpieczenia, dzięki którym nasze środki pieniężne są lepiej chronione niż gotówka w portfelu – bo portfel przecież może zostać skradziony lub zgubiony wraz z całą zawartością.
W przypadku kart czy urządzeń mobilnych, tylko my znamy PIN lub kod odblokowujący, dlatego pamiętajmy, by nie zapisywać takich numerów w łatwo dostępnych dla złodzieja miejscach, np. w notesach, które trzymamy razem z portfelem w torebce, lub na karteczkach chowanych w kieszeniach.
– Bądźmy również świadomi, że w przypadku transakcji bezgotówkowych do 50 zł, które nie wymagają podawania kodu i PIN-u, możliwe jest nieuprawnione dokonanie płatności przez złodzieja, natomiast przy płatnościach powyżej 200 zł, odpowiedzialność za taką transakcję przejmuje bank. Jeżeli kartę zastrzeżemy od razu, np. po zginięciu smartfona, nie utracimy pieniędzy z konta – dodaje ekspert ZFPF Bartosz Turek.
Problem w tym, że niestety prawie nigdy tak się nie dzieje. Gdy ginie nam smartfon, tracimy też możliwość szybkiego zastrzeżenia karty. Zdarza się też, że jej brak odkrywamy dopiero po wielu godzinach.
Jeśli złodziej nie traci czasu – a tak się niestety zwykle dzieje – to nawet przy wspomnianym ograniczeniu do 50 zł może nam narobić niepowetowanych szkód finansowych.

Porzućcie wszelką nadzieję

Przypadek frankowiczów to przykład tradycyjnej polskiej niemożności urzędowej, występującej zwykle wtedy, gdy ludzie liczą na pomoc swego państwa.

 

Administracja publiczna nie zapewniła właściwego przestrzegania praw osób, które zaciągnęły kredyty walutowe. Zbyt późno lub w nieodpowiednim stopniu przeciwdziałała negatywnym skutkom, wynikającym z charakteru tych kredytów oraz z nieuczciwych praktyk banków komercyjnych.
Taki jest podstawowy wniosek, sformułowany przez Najwyższą Izbę Kontroli po zbadaniu skuteczności ochrony konsumentów przed zagrożeniami powodowanymi przez kredyty walutowe w latach 2005-2017.
Niby jest to wniosek oczywisty dla wszystkich od dawna – jednak ma znaczenie, że został oficjalnie ogłoszony przez najważniejsze ciało kontrolne. Urzędy państwowe tradycyjnie więc zawiodły, niezależnie czy pod rządami PO, czy już po ich przejęciu przez PiS.

 

Urzędy istniejące teoretycznie

W przeszłości (zwłaszcza w latach 2005-2010) banki masowo udzielały walutowych kredytów mieszkaniowych (mówiąc ściśle, kredytów indeksowanych do walut obcych i denominowanych w tychże walutach).
Popularność tych kredytów miała szereg przyczyn, takich jak znacznie niższe oprocentowanie od kredytów złotowych, umacnianie się złotego, boom na rynku nieruchomości, wynikający ze wzrostu zamożności społeczeństwa i utrzymującego się wciąż potężnego głodu mieszkaniowego.
Zawarto blisko milion umów kredytów walutowych (głównie frankowych). Ich wartość w szczytowym okresie (w 2011 r.) sięgnęła niemal 200 mld zł.
Od tego czasu wielkość zadłużenia wyrażona w walutach, z którymi te kredyty są powiązane systematycznie spadała. Ale wyrażona w złotych – nawet rosła. Wpływ na to miały wahania kursu złotego do tych walut. Odbijało się to oczywiście na wysokości rat. W okresach osłabienia złotego wyraźnie wzrastała liczba kredytów, których wartość przekraczała wartość rynkową mieszkań stanowiących zabezpieczenie kredytu.
Wobec słabości instytucji państwa, istniejących w przypadku tych kredytów głównie teoretycznie, banki uzyskały nienależne korzyści. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów, ich nielegalne praktyki powinny zostać szybko ukrócone.

 

Bankom w Polsce wszystko wolno

Zdaniem NIK, przyczyną nieskuteczności państwa był przede wszystkim brak aktywności organów administracji publicznej zobowiązanych do ochrony konsumentów – ale także i niewyposażenie ich w odpowiednio skuteczne narzędzia prawne.
Dzięki temu mogły zachowywać one bierność, tłumacząc swą bezczynność brakiem formalnych możliwości działania.
Pierwszym przykładem może być Komisja Nadzoru Finansowego. KNF, zgodnie z polskim prawem bankowym, uchwalonym w interesie banków komercyjnych, nie mogła w swych działaniach naruszać umów zawartych przez banki z klientami. W rezultacie jej poczynania, jak wskazuje NIK, „były ostrożne i ograniczone” – i niewystarczające, żeby wcześnie wyeliminować nieprawidłowości w działaniach banków, szczególnie w okresie najintensywniejszego udzielania kredytów frankowych w 2008 r.
Jednak także i wtedy, gdy KNF miała większe pole do popisu, nie działała jak należy. W swych rekomendacjach zalecała bankom, by przedstawiali kredytobiorcom symulację wysokości rat kredytu zakładającą osłabienie złotego o nie więcej niż 20 proc. W związku z tym klienci chętnie brali kredyty frankowe. Tymczasem, jak ocenia NIK „nie oddawało to rzetelnie skali ryzyka walutowego, jakim były obarczone kredyty zaciągane na okresy wieloletnie, niekiedy przekraczające 30 lat”.
Szczególną odpowiedzialność ponosi jednak oczywiście Urząd Ochrony Konskurencji i Konsumentów. „Słabość systemu ochrony konsumentów była jednym z czynników, który umożliwił wzrost wolumenu kredytów do skali, przy której obecnie wyeliminowanie ryzyk z nimi związanych wiązałoby się z poniesieniem znaczących kosztów” – stwierdza NIK.
Byłyby to koszty poniesione przez banki lub ich klientów. Banki mogłyby je ponieść, ale bronią się przed tym rękami i nogami. Ich klienci – ani nie chcą, ani nie mogą.
Negatywny wpływ na ochronę kredytobiorców miało także to, że w celu stwierdzenia występowania klauzul niedozwolonych należało wchodzić na długotrwałą ścieżkę sądową W efekcie, nawet jeśli uznano, że praktyki banków są nieuczciwe, ich usuwanie trwało bardzo długo. Mimo wielu zapowiedzi władz, nie powstały bowiem żadne rozwiązania systemowe mogące pomóc frankowiczom.

 

Wszyscy byli odwróceni

NIK stwierdza: „Przy udzielaniu kredytów miały miejsce niewłaściwe praktyki banków, w tym zawieranie w umowach kredytowych niedozwolonych postanowień umownych, pozwalających na jednostronne kształtowanie przez banki, na niejasnych zasadach, wysokości oprocentowania lub kursów, po jakich przeliczane były udzielane kredyty lub spłacane raty.”
Według Izby, niedozwolone były także postanowienia przewidujące obowiązkowe ubezpieczenie wkładu własnego kredytobiorcy, na warunkach które nie były mu znane w momencie zaciągania kredytu. Stwierdził to w wyrokach Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Żaden z organów państwowych dotychczas nie ustalił jednak miarodajnie skali tych praktyk, ani nie postanowił ich zakazać.
W kwietniu 2016 r., już za władzy PiS, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów uzyskał nowe uprawnienia, pozwalające na skuteczniejszą niż dotychczas ochronę konsumentów, z wykorzystaniem drogi administracyjnej, szybszej od sądowej.
Droga administracyjna to wydawanie postanowień, które przedsiębiorstwo, takie jak np. bank, musi wykonać – chyba, że ono z kolei odwoła się do sądu od wydanej decyzji administracyjnej. UOKiK mógł wtedy zakazać bankom stosowania wspomnianych przez NIK nieuczciwych praktyk, takich jak zawyżanie oprocentowania czy stosowanie nieuzasadnionych kursów walut. „Prezes UOKiK nie wykorzystał jednak wszystkich możliwości wsparcia kredytobiorców” – stwierdza NIK.

 

Chcecie pomocy? Sami se pomóżcie

W Polsce, o czym zapewne mało kto wie, działają także miejscy i powiatowi rzecznicy konsumentów. Próbowali niekiedy wspierać grupy frankowiczów w pozwach zbiorowych przeciw bankom. Z nikłym skutkiem. „Ta forma dochodzenia roszczeń nie była efektywna z uwagi na długotrwałość postępowań” – wskazuje NIK.
Także i w sprawach indywidualnych pomoc rzeczników konsumentów okazywała się iluzoryczna. Zdaniem NIK „nie we wszystkich przypadkach wywiązywali się z tego zadania rzetelnie”.
Na przykład, rzecznicy konsumentów, udzielając kredytobiorcm pomocy pomijali istotne informacje o ryzyku przedawnienia roszczeń lub o niedozwolonych postanowieniach w umowach kredytowych. Unikali także występowania na rzecz kredytobiorców z powództwem do sądów.
Niewielka była również skuteczność działań, powołanego w 2015 r. Rzecznika Finansowego, mającego służyć ludziom pomocą w indywidualnych sprawach na rynku bankowym.
Banki bowiem olewały po prostu wystąpienia pani rzecznik. „Skuteczność bezpośrednich interwencji Rzecznika w bankach oraz prowadzonych przez niego postępowań pozasądowych była ograniczona z uwagi na postawę banków” – podkreśla NIK.

 

Wiadomo, że nic się nie da zrobić

Mamy więc klasyczny obraz tradycyjnej polskiej niemożności urzędowej. Urzędy w naszym kraju bywają w miarę sprawne gdy zamierzają ukarać obywatela lub walnąć go po kieszeni – ale ani nie chcą, ani nie potrafią wykazać skuteczności jeśli trzeba mu pomóc.
W rezultacie, jak wskazuje NIK, na skutek słabości systemu ochrony konsumentów, banki zarabiały, stosując niedozwolone postanowienia umowne. Z nielicznymi wyjątkami, nie poniosły żadnych kar pieniężnych z tego tytułu, a ciężar i ryzyko związane z odzyskiwaniem nieuczciwie uzyskanych kwot został przeniesiony na kredytobiorców.
Zdaniem Izby, państwo nadal nie wspiera dostatecznie kredytobiorców w dochodzeniu ich praw. Problem ten powinien zostać rozwiązany w drodze ustawowej. Wiadomo jednak, że nie będzie żadnej ustawy majacej chronić frankowiczów.
W swoich wnioskach NIK zaleca, aby instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów intensywnie wspierały ich w dochodzeniu swych praw.
„Instytucje te powinny wypracować spójny standard informacyjny, tak żeby każdy kredytobiorca mógł od każdej z nich uzyskać wyczerpujące i klarowne wskazówki, w jaki sposób może dochodzić swoich praw oraz by był pokierowany do instytucji publicznej, która pomoże mu w identyfikacji nieprawidłowości w jego umowie kredytowej” – stwierdza Izba.
Akurat! Nie doczekają tego ani frankowicze, ani ich wnuki. Ale też trudno oprzeć się przekonaniu, iż po części sami sobie są winni, zaś do zaciągania ryzykownych kredytów frankowych zachęcało ich przeświadczenie, że będą one tańsze niż inne kredyty. I przez wiele lat tak właśnie było.

 

Indeksowany i denominowany. Co to za kredyty?

Kwota kredytu indeksowanego do walut obcych była wyrażana i wypłacana w złotych, natomiast harmonogram spłat był ustalany w walucie obcej, po kursie kupna ustalanym przez bank. Spłata dokonywana była w złotych. Bank przeliczał ją na walutę po kursie sprzedaży także ustalanym przez siebie. Pozwalało to uzyskać bankowi korzyść w postaci spreadu, czyli różnicy między kursami, po jakich następowały przeliczenia przy wypłacie i spłacie kredytu. W niektórych bankach zyski ze spreadu zbliżały się do 10 proc. (ograniczyła je tzw. ustawa antyspreadowa, która weszła w życie 26 sierpnia 2011 r.)
Kredyt denominowany w walucie obcej różnił się od kredytu indeksowanego tym, że jego wysokość już w umowie była wyrażana w walucie obcej. Wypłata kredytu następowała w złotych, przeliczonych po kursie kupna banku. Harmonogram spłat, tak jak w przypadku kredytu indeksowanego, był ustalany w walucie obcej i spłacany w złotych, po kursie sprzedaży też ustalanym przez bank.
Natomiast w klasycznym kredycie walutowym nie stosowano przeliczeń. Na wszystkich etapach, czyli w umowie, przy wypłacie, w harmonogramie i przy spłacie operowano tą samą walutą obcą.

 

Nieubankowieni mogą podejść

Banki w Polsce robią co mogą, aby zniechęcić klientów do otwierania darmowych kont.

 

Od 8 sierpnia każdy bank i każda spółdzielcza kasa oszczędnościowo-kredytowa powinny oferować za darmo podstawowy rachunek płatniczy.
Taki obowiązek nakłada na nie ustawa o usługach płatniczych, która wprowadza do naszego prawa przepisy unijne. Z rachunków tych mogą korzystać wyłącznie osoby, które nie mają kont w innych bankach lub SKOK-ach. „Unijne konto” ma być bezpłatne, tak jak i wydana do niego karta debetowa.

 

Nie ma się co śpieszyć

Tymczasem, banki w Polsce robią co mogą, by zniechęcić klientów do zakładania bezpłatnych podstawowych rachunków płatniczych, które muszą mieć w swojej ofercie.
Przy tych „darmowych” kontach pojawia się więc wiele dodatkowych opłat. Brak dostępu do bankowości elektronicznej, płatne kody SMS do autoryzacji transakcji czy opłaty za rezygnację z karty – to tylko niektóre przykłady.
Banki miały dwa lata na wprowadzenie takich kont do oferty, ale większość czekała na ostatni możliwy termin.
Zgodnie z unijnymi przepisami, obowiązującymi w naszym kraju, za darmo ma być 5 pierwszych transakcji płatniczych w miesiącu (zlecenie przelewu, polecenie zapłaty, zlecenie stałe), wypłaty z bankomatów własnych banku, a także 5 wypłat z bankomatów obcych w miesiącu. Bank lub SKOK nie może oferować do konta żadnych produktów kredytowych.
Za pozostałe operacje, instytucje oferujące darmowe rachunki mają prawo pobierać opłaty zbliżone do opłat pobieranych w innych rachunkach. Takie opłaty pojawiają się po przekroczeniu limitu bezpłatnych przelewów czy wypłat z obcych maszyn. Ponadto, banki naliczają opłaty na przykład za przelewy zagraniczne, przelewy natychmiastowe czy korzystanie z wpłatomatów obcych.

 

Darmo ale nie całkiem

Podstawowe „unijne” konta są wprawdzie za darmo, ale z ograniczeniami. Redakcja Bankier.pl sprawdziła warunki cenowe dla podstawowych rachunków płatniczych. Otóż, część operacji jest tak samo płatna, jak w przypadku standardowych kont. Banki naliczają też opłaty za przelewy czy korzystanie z obcych bankomatów po wyczerpaniu przez klienta darmowych limitów.
Pojawiają się również inne ograniczenia – na przykład opłaty za SMS-y autoryzacyjne lub brak dostępu do kanałów internetowych.
Bankom w Polsce oczywiście nie zależy na promowaniu bezpłatnych rachunków płatniczych, więc nie śpieszą się z publikacją informacji na ich temat. Tylko nieliczne zamieściły na swoich stronach internetowych informacje o darmowych kontach. Większość ograniczyła się jedynie do opublikowania cennika w tabeli opłat i prowizji.

 

Żeby nie było za łatwo

Kilka banków zdecydowało się utrudnić nieco życie osobom, które zdecydują się na bezpłatny rachunek.
Na przykład w Eurobanku użytkownik podstawowego rachunku płatniczego nie będzie miał dostępu do bankowości internetowej i mobilnej. Bank nie ma obowiązku udostępniać takiego kanału, więc klient będzie mógł zlecać przelewy lub sprawdzać saldo tylko w placówce. Saldo sprawdzi też w bankomacie – ale za 2,50 zł.
Bank Pekao pobiera z kolei 20 groszy za każdy SMS służący do autoryzacji przelewu. W PlusBanku istnieje opłata w wysokości 17 groszy za SMS służący do logowania. Posiadacze podstawowego rachunku w Credit Agricole nie mogą skorzystać z przelewów natychmiastowych (taka operacja zarezerwowana jest tylko dla posiadaczy wybranych kont). W PlusBanku za rezygnację z karty debetowej posiadacz darmowego rachunku zapłaci 30 zł, a w Eurobanku za odstąpienie od umowy w ciągu 90 dni, wyda 5 zł.
– Podstawowe rachunki płatnicze nie zawojują rynku. W założeniu są to produkty dla osób „nieubankowionych”, które nie korzystają z oferty banków. W praktyce dziś już niemal każdy bank oferuje konto, które po spełnieniu niektórych warunków może być za darmo. Opłaty nie wydają się więc barierą. Nieubankowieni nie korzystają z oferty banków z innych powodów – nie mają zaufania do instytucji finansowych lub po prostu nie mają potrzeby posiadania konta – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl.

Bankom wiedzie się coraz lepiej

Zysk netto sektora bankowego w Polsce w ubiegłym roku zmniejszył się o 2,3 proc. w porównaniu z 2016 r. Pierwszy kwartał 2018 r. wskazuje jednak na to, że wzrost tegorocznego zysku z powodzeniem nadrobi ubiegłoroczny spadek.

 

Pierwszy kwartał 2018 roku w bankach stał pod znakiem boomu na rynku kredytów hipotecznych. Dobiegający końca program „Mieszkanie dla młodych” spowodował duży wzrost zainteresowania takimi kredytami.
Ale bankowcy bili rekordy także na innych polach – zwiększyła się liczba kont, kart, klientów oraz aktywnych użytkowników kanałów elektronicznych.

 

Ubyło kart kredytowych

W ciągu minionego roku bankom w Polsce przybyło ponad milion klientów, a liczba prowadzonych kont wzrosła o 860 tys. do poziomu 31,5 mln. W pierwszym kwartale najwięcej nowych rachunków otwarto w ING Banku Śląskim (61 tys.), Banku Millennium (60 tys.) i PKO BP (54 tys.). Na koniec pierwszego kwartału z ofert ankietowanych banków korzystało ponad pół miliona obcokrajowców.
Banki obsługiwały blisko 26 mln kart debetowych i 5,8 mln kart kredytowych. W porównaniu do danych z końca ubiegłego roku oznacza to spadek o 14 tys. kart, kredytowych, a w porównaniu do danych z marca ubiegłego roku, spadek o 78 tys. kart. Największym wydawcą kart kredytowych w Polsce pozostaje PKO BP – obsługuje ich 859 tys
Bankowości internetowej używało aktywnie 16 mln klientów. Natomiast ze swojego banku w komórce korzystało 9,3 mln. Jest to o 400 tys. więcej niż kwartał wcześniej i aż o 2 mln więcej niż rok temu. Najwięcej mobilnych klientów miał PKO Bank Polski – 2,3 mln, drugie miejsce zajmował mBank – 1,7 mln, a trzecie ING Bank Śląski – 1,5 mln.
Takie są wyniki podsumowania stanu sektora bankowego, dokonanego przez serwisy Bankier.pl i PRNews.pl.

 

Marzenie o wyższych procentach

Wzrost popularności kanałów elektronicznych, co zrozumiałe, przełożył się ujemnie na liczbę oddziałów w naszym kraju. W ciągu minionego roku ubyło 483 placówek własnych banków, a zatrudnienie stopniało o 4,1 tys. etatów.
Banki obsługują coraz więcej klientów, a to przekłada się na wzrost sprzedaży produktów takich jak konta czy karty. Warto zwrócić uwagę, że dynamicznie rośnie liczba osób, które korzystają z bankowości mobilnej. Aż 2,5 mln to osoby „mobile only” – klienci, którzy obsługują swoje finanse wyłącznie za pomocą smartfonów. Ponad milion osób zainstalowało w swoim telefonie kartę HCE do płatności zbliżeniowych – komentuje Wojciech Boczoń, analityk Bankier.pl i autor raportu „Polska bankowość w liczbach – I kwartał 2018”.
Czego przede wszystkim polscy klienci oczekują od banków? Skuteczne stawianie oporu hakerom i gwarancja bezpieczeństwa danych – to oczekiwania klientów wobec banków, które najbardziej zyskały na znaczeniu w ciągu ostatniego roku – wynika z badania przeprowadzonego przez Bankier.pl i PRNews.pl.
Jednak najczęstszym życzeniem klientów, podobnie jak przed rokiem, było wyższe oprocentowanie lokat i kont oszczędnościowych.

Przeciw nieuczciwym umowom

Konsumenci będą mogli łatwiej dochodzić roszczeń, wynikających ze stosowania zakazanych postanowień umownych przez instytucje finansowe.

 

Takie ułatwienie stworzyło rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego, który podjął uchwałę że oceny tego czy jakieś postanowienie umowne jest niedozwolone, dokonuje się według stanu z chwili zawarcia umowy. Praktyczne znaczenie tej uchwały można prześledzić na przykładzie postanowienia, dotyczącego ustalania wysokości oprocentowania kredytu. W części umów kredytu hipotecznego – szczególnie tzw. „frankowych” – znajdują się zapisy pozwalające bankowi ustalać dowolnie i jednostronnie oprocentowanie, w oparciu o nieprecyzyjne, niejednoznaczne i trudne do zweryfikowania kryteria. W związku z ustawą SN ,sąd będzie oceniał tylko na podstawie treści umowy, czy zwiera ona nieuczciwe postanowienia.
Klient nie będzie musiał zatem wykazywać, że wykorzystując dowolność przepisów bank rzeczywiście zawyżał oprocentowanie w sposób krzywdzący dla niego. Dotychczas w takich sytuacjach konieczne było wyliczanie, o ile wyższe były odsetki płacone przez konsumenta, w porównaniu do odsetek ustalanych przy zastosowaniu jasnych kryteriów. Wykazanie nieuczciwości postanowienia bez wsparcia kogoś biegłego w finansach bywało więc praktycznie niemożliwe. Tak więc, klient w swojej indywidualnej sprawie będzie musiał wykazać przed sądem tylko sam fakt wpisania do umowy nieprecyzyjnej klauzuli.

Czy warto z kartą?

To pułapka zastawiona na klientów przez banki. Z prawie każdej pułapki da się jednak ostrożnie wyjąć przynętę, unikając wpadnięcia w finansowe sidła.

Najlepiej oczywiście w ogóle nie korzystać z kredytów bankowych, ale czasem trzeba. Nasze wygodnictwo podpowiada nam czasami, że warto nawet wyposażyć się i w kartę kredytową.
Owszem, karta kredytowa może stanowić wygodne i elastyczne wsparcie dla domowego budżetu, w postaci dodatkowych funduszy. Nie każdy jednak wie, jak z niej odpowiednio korzystać.
Wystarczą bowiem impulsywne zakupy czy przeoczenie terminu spłaty, by słono odczuć skutki w portfelu – a nawet zrobić pierwszy krok na drodze do spirali zadłużenia. Można się jednak się przed tym uchronić, wykorzystując jednocześnie dodatkowe środki z karty.

Jeśli mamy zdolność

Choć karta kredytowa z pozoru przypomina i oferuje podobny zakres usług co zwykła karta do transakcji bezgotówkowych, to różnice między nimi są znaczne.
Z karty kredytowej mogą korzystać wyłącznie ci klienci banków, którzy posiadają odpowiednią zdolność kredytową i otrzymają zgodę na wydanie tego rodzaju karty.
Umożliwia ona bowiem skorzystanie z kredytu, czyli dysponowanie pożyczonymi pieniędzmi od banku. Jej posiadacze mogą dokonywać płatności bezgotówkowych, nawet wtedy, jeśli nie mają środków na swoim podstawowym rachunku. W ten sposób wykorzystują przyznany przez bank limit kredytowy, czyli po prostu zaciągnięty kredyt. Każdą wydaną złotówkę muszą więc zwrócić.
Jeśli nie wyrobią się z tym w odpowiednim terminie, poniosą koszt naliczonych karnych odsetek (dużo wyższych, niż zwykłe).

Kredyt bez odsetek

Kredyt na karcie kredytowej różni się jednak od zwykłych pożyczek gotówkowych tym, że jeśli zostanie spłacony w terminie, jest bezodsetkowy – czyli darmowy (oddajemy tyle samo, ile wydaliśmy).
Kiedy wydajemy pieniądze przy pomocy karty kredytowej, obracamy środkami pożyczonymi od banku. Jeśli oddamy je w wyznaczonym czasie, nie zapłacimy odsetek.
– Zwykle mamy na to około 50 – 60 dni. By jednak nie naciąć się na wysokie odsetki, które mogą sięgać nawet 10 proc., warto sprawdzić, jak liczony jest okres rozliczeniowy w przypadku naszej karty. Informację na ten temat znajdziemy na przykład na wyciągu, który otrzymujemy co miesiąc z banku. Zawarte są na nim szczegóły dotyczące wysokości wykorzystanego limitu z karty i daty jego spłaty –  mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Jeśli mamy więc pewność, że wyrobimy się w terminie i bez problemu uregulujemy całą należność, warto niekiedy skorzystać z karty kredytowej.
– Jest to korzystne szczególnie wtedy, gdy na przykład chcemy kupić coś w okazyjnej cenie i wiemy, że szybko spłacimy zobowiązanie w całości – dodaje Leszek Zięba.

Uwaga na rolowanie długu

Jeśli się spóźnimy i przepadnie nam okres bezodsetkowy, powinniśmy jak najszybciej uregulować całość zadłużenia.
W przeciwnym razie może bowiem dojść do sytuacji, że gdy zapomnimy o terminie i cały czas będziemy korzystać z limitu karty kredytowej, na przykład robiąc impulsywne zakupy, spłacimy w tym czasie jedynie minimalne, comiesięczne raty. Bank będzie oczywiście z radością obserwować, jak rośnie kwota naszego zadłużenia.
Jeszcze większym zagrożeniem jest zjawisko rolowania długu.
– Polega ono na tym, że choć spłacamy już kartę kredytową, to i tak na koniec miesiąca znów płacimy nią, bo nie wystarcza nam środków do tzw. pierwszego. Taka sytuacja jest niebezpieczna, bo może doprowadzić do spirali zadłużenia i jednocześnie obciąża nas odsetkami, które są naliczane od całości niespłaconego zadłużenia – podkreśla Michał Krajkowski, ekspert ZFPF
Gdy zatem decydujemy się na kartę kredytową, dostosujmy jej limit, czyli maksymalną kwotę, na którą możemy się zadłużyć, do naszych możliwości – tak, aby nawet w sytuacji, gdy wykorzystamy wszystkie dostępne środki na karcie, nie mieć problemu z ich spłatą.

Nie do bankomatu

Warto także pamiętać o tym, że karta kredytowa nie powinna nam służyć do wypłat gotówki z bankomatu.
Co prawda bank dopuszcza taką możliwość, ale jest to pułapka, zastawiona przez cwanych bankierów na klientów. Podejmując z bankomatu pieniądze za pomocą karty kredytowej trzeba liczyć się bowiem z bardzo wysokimi opłatami za taką transakcję, ściąganymi w postaci prowizji za pobranie pieniędzy. Ponadto, wtedy nie obowiązuje także żaden okres bezodsetkowy.
Aby korzystanie z karty kredytowej nie wiązało się wysokimi kosztami, należy nie tylko przestrzegać spłaty zadłużenia w terminie, ale także sprawdzać zasady opłaty rocznej lub miesięcznej za korzystanie z tego środka płatniczego.
Banki korzystają z każdej okazji, by złupić nam skórę. Zdarza się jednak i tak, że dla zachęty, razem z kartą oferują dodatki i rozmaite bonusy na przykład dodatkowe ubezpieczenie, zwrot za transakcje bezgotówkowe czy rabaty u partnerów.
Zanim wszakże zdecydujemy się na kartę kredytową, dokładnie sprawdźmy warunki umowy i zapoznajmy się z tabelą opłat. W rzeczywistości prawie nikt tego nie robi, ale warto.
Mimo tego, że karty mogą stać się dla banków maszynką do zarabiania pieniędzy bez żadnego wysiłku, to w Polsce w ostatnich latach stopniowo spadała liczba kart kredytowych będących w obiegu.
Obecnie jest ich około 6 milionów i bankierzy nie są specjalnie zainteresowani zwiększaniem tej liczby.
Mogą bowiem być one również kłopotliwe dla banków komercyjnych.
Zdarza się bowiem, że nieuczciwi klienci potrafią znacznie skuteczniej, niż w przypadku zwykłych kredytów, unikać spłacania zadłużenia na karcie kredytowej.