Obama i Trump – różnica i powtórzenie

Czas nauczyć się tej frazy: współczesne amerykańskie obozy koncentracyjne. Nie tylko Guantanamo, nie tylko niegdysiejsze Abu Ghraib. Dziś także te prowadzone przez federalną agencję graniczną ICE (U.S. Immigration and Customs Enforcement) lub na jej zlecenie przez prywatnych kontrahentów. Restrykcyjna i bezlitosna polityka imigracyjna administracji prezydenta Donalda Trumpa jest prawdziwym humanitarnym skandalem.

 

Najazdy na miejsca, w których pracuje wielu przybyszów z Ameryki Środkowej; odbieranie dzieci rodzicom i wywożenie ich przez agentów na lotniska pod osłoną nocy; kilkuletnie dzieci za kratkami, a także stawiane przed sądem, by samotnie broniły swych praw; ludzie przetrzymywani bez wyroku, zarzutów, prawidłowego procesu, prawa do wysłuchania. Domniemanie winy wobec uchodźców, którzy powinni mieć prawo do azylu.

Kiedy w mediach społecznościowych, a potem w serwisach informacyjnych amerykańskich mediów gruchnęło w końcu o rozmiarach i okrucieństwie tego wszystkiego, wśród najbardziej bulwersujących zdjęć, przedstawiających kilkuletnie dzieci płaczące z przerażenia w klatkach, w których je pozamykano, karierę zrobiły i takie, które szybko zidentyfikowano jako pochodzące jeszcze z… 2014 roku. Tak, zrobiono je na długo przed Trumpem w Białym Domu, w okresie panowania oświeconego Baracka Obamy, laureata Pokojowej Nagrody Nobla. Przedstawiały ten sam proceder, w tych samych obozach koncentracyjnych prowadzonych przez tych samych prywatnych kontrahentów.

 

Deporter-in-Chief

Nie, Donald Trump niczego sam nie stworzył, nie jest autorem tej polityki; przejął tylko i okrasił swoim wulgarnym, otwarcie rasistowskim wolapikiem politykę systemowego, niewypowiadanego na głos rasizmu w białych rękawiczkach odziedziczoną po swoim poprzedniku, najpiękniejszym z amerykańskich prezydentów. Nie można nawet z czystym sumieniem powiedzieć, że Trump imigracyjną politykę Obamy eskalował, zwielokrotnił, zaostrzył, bo to by przypisywało Obamie większy umiar. W istocie amerykańscy aktywiści zaangażowani w obronę praw imigrantów wymyślili dla Obamy środowiskową ksywkę: Deporter-in-Chief „Pierwszy” albo „Główny Deportujący”.

Administracja Obamy deportowała znacznie więcej osób niż administracja Busha młodszego, która założyła (z połączenia i poprzesuwania kompetencji innych, starszych agencji) ICE. Administracja Obamy zwiększyła do bizantyjskich rozmiarów jej finansowanie: w 2015 sięgnęło ono 18 miliardów dolarów, więcej niż wszystkich innych amerykańskich agencji law enforcement (FBI, DEA, ATF, itd.) razem wziętych. Wszystko po to, by na przestrzeni dwóch kadencji prezydenckich deportować co najmniej 2,5 miliona ludzi, prawdopodobnie więcej niż administracje wszystkich XX-wiecznych prezydentów razem wziętych.

Oficjalny dyskurs uzasadniał tę politykę tak samo, jak dziś, za Trumpa: „bezpieczeństwem”. Pozbywano się jakoby wyłącznie imigrantów, którzy w USA popełniali przestępstwa. Żeby to było w minimalnym stopniu logiczne, w USA musiałby mieć miejsce nagły, wielokrotny wzrost przestępczości imigrantów. W istocie deportowano nawet osoby, które do USA przyjechały z rodzicami w dzieciństwie i w ogóle nie pamiętały swoich krajów pochodzenia, do krajów tak niebezpiecznych jak Honduras (od czasu zamachu stanu w 2009 oficjalnie najniebezpieczniejsze miejsce na zachodniej półkuli) za drobne wykroczenia drogowe. Lewicowa dziennikarka Abby Martin, związana z południowoamerykańską telewizją Telesur, była świadkiem poprzedzających deportacje masowych procesów za czasów poprzedniego prezydenta, w toku których sędziowie rozprawiali się na raz z kilkudziesięcioma „nielegalnymi”. Zdaniem Martin tempo deportacji przeprowadzanych przez administrację Trumpa wciąż jest poniżej „wydajności” administracji Obamy; podobnie pół roku temu oceniał neoliberalny brytyjski „The Economist”.

Początki prezydentury Obamy Tariq Ali podsumował esejem President of Cant w „New Left Review” (po roku) a potem książką The Obama Syndrome (po połowie pierwszej kadencji). Główne tezy analizy pakistańsko-brytyjskiego marksisty nie straciły niestety na aktualności na przestrzeni dwóch kadencji Obamy; dobrze podsumowywała je już okładka książki z portretem Obamy przez który „wyłazi” twarz George’a W. Busha.

 

Kontynuacja, nie zmiana

Bilans Obamy to kilka umiarkowanych, centrowych reform w polityce wewnętrznej, które jako wprowadzone prezydenckimi dekretami, a nie przez Kongres, okazały się, jak słynna reforma służby zdrowia, odwracalne. W polityce zagranicznej, której skutki odciskają się na życiu miliardów ludzi poza Stanami Zjednoczonymi, było sporo dobrych chęci, na których często musiało się kończyć (nieudane próby zamknięcia obozu koncentracyjnego w bazie Guantanamo, uniemożliwiane w Kongresie) i umowa z Iranem. Ale tam, gdzie stawką były wielkie geopolityczne, militarne i finansowe interesy amerykańskiego imperium, miała miejsce kontynuacja, a nawet eskalacja zasadniczych trendów polityki Busha młodszego, ich systematyzacja, biurokratyzacja, udoskonalenie narzędzi, przesunięcie niektórych akcentów (wojna przy użyciu dronów w miejsce zamykanych katowni CIA).

Różnica w stosunku do poprzedników rysowała się głównie na poziomie stylu i wizerunku. Bill Clinton wykorzystywał swoje stażystki, Obama przeprowadził Biały Dom przez dwie kadencje bez skandali seksualnych. Bush młodszy był niedouczonym półgłówkiem, z którego lapsusów można się było nabijać, a do tego rasistą. Ciemnoskóry Obama prezentował się jako elokwentny erudyta, którego fotogeniczny uśmiech rozbrajał dziennikarzy i komentatorów liberalnych mediów. Marzenie piarowca, jeżeli tym, co chcesz sprzedać, jest „zmiana”.

A Trump? Zdumiewająco wiele z jego polityki jest prostą kontynuacją lub chaotycznym rozwinięciem tego, co przejął po poprzedniej administracji. Na polityce imigracyjnej się nie kończy. Nawet obsceniczne prezenty podatkowe dla jego przyjaciół miliarderów miały swój odpowiednik na początku prezydentury Obamy. Była nim amnestia od jakiejkolwiek odpowiedzialności, prawnej i finansowej, jakiej udzielił bankierom i spekulantom finansowym odpowiedzialnym za wywołanie kryzysu finansowego 2008 roku.

Trump awansował na szefową CIA Ginę Haspel, osobiście odpowiedzialną za przypadki tortur w amerykańskich katowniach w ramach „wojny z terroryzmem”, a potem za usuwanie dowodów tych tortur w postaci ich nagrań. Poprzedzające nominację przesłuchania przed amerykańskim Senatem pokazały, że Haspel – pytana konkretnie o to przez senator Kamalę Harris – do dzisiaj nie widzi w tych torturach nic niemoralnego. Ale odpowiedzialność za fakt, że taka socjopatka jak Haspel, podobnie jak inni kaci, mogła spokojnie do dzisiaj robić karierę w CIA, również spoczywa na Obamie. To była druga – obok tej dla finansjery – z wielkich amnestii, od jakich Obama postanowił rozpocząć swoją pierwszą kadencję.

Trump był szeroko krytykowany za korupcyjny charakter swoich umizgów do saudyjskiej rodziny królewskiej – ale i tutaj widzimy ciągłość z poprzednikiem, bo żadna waszyngtońska administracja nie zrobiła dotąd Saudom lepiej niż administracja Obamy. Przez tych osiem lat Biały Dom dostarczył Ar-Rijadowi broń i szkolenia o łącznej wartości 115 miliardów dolarów, robiąc to nawet wtedy, kiedy z ich użyciem Saudowie obracali już Jemen w piekło na ziemi.

Stany Zjednoczone Donalda Trumpa zaangażowane są w regularne wojny w siedmiu krajach, nie licząc szemranych „ekspedycji” grup wojskowych w kilkudziesięciu krajach (najwięcej w Afryce), zwykle bez większej wiedzy Kongresu, a co dopiero opinii publicznej. Wszystkie te wojny Trump odziedziczył po Obamie, nie ponosi odpowiedzialności za wybuch czy amerykańskie zaangażowanie w żadną z nich. Administracja Obamy do dnia ostatniego kontynuowała wojny, które przejęła w spadku po Bushu młodszym (w Afganistanie, Iraku i Somalii) i rozpoczęła cztery nowe: w Libii, Syrii, Jemenie i na północy oficjalnego sojusznika, Pakistanu.

Na wojnie siły Trumpa na masową skalę bombardują cele przy użyciu dronów. Bush stosował je w drodze wyjątku, Obama uczynił z nich codzienność funkcjonowania Imperium Amerykańskiego w obszarach jego zwiększonego zainteresowania militarnego. W samym tylko pierwszym roku swojego urzędowania Obama przeprowadził więcej ataków przy użyciu dronów niż George W. Bush przez całą swoją prezydenturę, i to według oficjalnych statystyk administracji Obamy, które kto wie, o ile są zaniżone. A potem było jeszcze gorzej.

 

Instrumenty autorytaryzmu

Pierwszy problem z dronami polega na tym, że ich użycie rozmazuje kluczowe w prawie międzynarodowym rozróżnienia między terytorium w stanie pokoju a terytorium w stanie wojny. Zniesienie tego rozróżnienia pozwala na prowadzenie wojen nigdy nikomu nie wypowiedzianych, coraz dalej od jakkolwiek rozumianej demokratycznej kontroli. Takie były wojny Obamy w północnym Pakistanie i Jemenie (przed wybuchem w 2015 obecnej wojny domowej). Drugi problem polega na tym, że ich chirurgiczna precyzja jest mitem, a miażdżąca większość ofiar to przypadkowe osoby, które znalazły się w towarzystwie, sąsiedztwie albo zamiast „uzasadnionego” celu. I to uzasadnionego tylko wtedy, jeśli zgodzimy się, że jest coś uzasadnionego w zabijaniu obywateli obcych państw, których winą jest np. przynależność do organizacji deklarujących wrogość do Stanów Zjednoczonych, a także orzekanie o tym bez procesu i prawa do obrony, w drodze objętej ścisłą tajemnicą administracyjnej decyzji prezydenta USA, na podstawie rekomendacji służb, w których dobre intencje nie mamy powodu wierzyć.

Demontaż demokratycznych standardów prawnych w związku z przyznaniem atakom z dronów tak ogromnej roli we współczesnej praktyce wojennej Stanów Zjednoczonych jest częścią szerszego procesu, którym zarządzała administracja Obamy. Procesu gromadzenia w Białym Domu coraz liczniejszych autorytarnych instrumentów władzy, niepodlegających żadnej publicznej kontroli, z dala od oczu Kongresu, prasy, sądów. Administracja Obamy przyznała sobie prawo do zabijania w ten sam sposób (z dronów, bez wyroku, podpisem prezydenta) także obywateli amerykańskich. W 2011 zalegalizowała możliwość bezterminowego przetrzymywania podejrzanych bez przedstawienia im formalnych zarzutów i realizacji ich prawa do procesu. To również za Obamy nastąpiła prawdziwa eksplozja globalnych programów masowego szpiegowania wszystkich i wszystkiego. Ci, którzy biją na alarm, że Trump zaprowadzi w USA faszyzm, powinni przynajmniej przyznać, że wszystkie pomocne ku temu narzędzia otrzymał na dzień dobry w prezencie od Obamy – wystarczy, że postawi kropkę nad i.

 

Hologram i marchewkowy Kaligula

Należę do tych, którzy wierzą w dobre intencje Obamy – nie tak miało być, na pewno nie aż tak źle. Obama nigdy nie był radykałem; zmiana, którą chciał przynieść, nie wykraczała poza horyzont „zdroworozsądkowej” postępowości liberalnej, jednak w kilka tych liberalnie postępowych wartości pewnie wierzył naprawdę. O lepszym dziedzictwie, jakie chciał po sobie zostawić, świadczy chociażby umowa z Iranem, dla której zaryzykował cały swój polityczny kapitał. Biorąc pod uwagę jego nieukrywany antagonizm z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, to, że po sporze o Iran i tak podniósł jeszcze sumy, na jakie Waszyngton subwencjonuje izraelskie zbrodnie wojenne, świadczy dla mnie o jego słabości raczej niż cynizmie. Zbyt często brakowało odwagi – jak pokazały małżeństwa homoseksualne, z którymi czekał tak długo, ze strachu, że mogą mu przekreślić reelekcję.

Jako pierwszy Afroamerykanin na najwyższym amerykańskim urzędzie stanął w obliczu sił trwalszych niż prezydenckie administracje, które na pewno dały mu do zrozumienia, że jest tolerowany, pod warunkiem, że się za bardzo nie wychyli. Sił, które na uwadze mają zawsze długofalowe imperialne interesy Stanów Zjednoczonych i własną pozycję jako ich gwaranta lub beneficjenta. Dysponenci wielkiego kapitału, Pentagon, CIA, itd.

Jako inteligentny i utalentowany polityk, Obama umiał manewrować tak, żeby przetrwać dwie kadencje, ale za cenę stanowczo zbyt daleko idących kompromisów. Trump, nieokrzesany i wulgarny, polityczny amator i demagog, nie ma talentów i doświadczenia Obamy, dlatego te same siły, które Obamę utrzymywały w ryzach, wobec Trumpa od razu przystąpiły do prób zniszczenia go. Boją się, że jego nieprzewidywalność zachwieje podstawami Imperium Amerykańskiego, a jego sympatia dla Władimira Putina, jakiekolwiek są jej powody, odsunie perspektywę wojny z Rosją, dla której z taką nadzieją tyle zainwestowali w kandydaturę Hillary Clinton. Tym właśnie jest Russiagate, wojną domową wewnątrz amerykańskiej prawicy (obejmującej Republikanów i większość Demokratów zasiadających w Kongresie), rebelią frakcji wojny z Rosją i frakcji długofalowych interesów Imperium przeciwko frakcji natychmiastowej grabieży, skupionej wokół Trumpa.

Trump nie tyle z czymś radykalnie zerwał, co zepsuł ogromny hologram z olśniewającym uśmiechem poprzednika – hologram, który przesłaniał Amerykanom i sporej części świata widok na to, czym naprawdę są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej: ufundowanym na rasistowskiej przemocy nienasyconym imperium, któremu się wydaje, że cały świat jest jego własnością, żerowiskiem i śmietnikiem. Polityczna i moralna brzydota Trumpa, to jak bezwstydnie posługuje się on rasistowską i seksistowską retoryką, jak histerycznie się zachowuje, kiedy urażone jest jego ego, przebudziła już miliony Amerykanów z letargu, w jakim utrzymywała ich prezydentura Obamy („skoro czarny mężczyzna został już prezydentem, to jest dobrze i będzie tylko coraz lepiej!”).

Ich pierwszą reakcją jest opór przeciwko polityce Trumpa i jemu samemu, a ten powinien szybko prowadzić do odkrycia, że prawie wszystko, co im się w Trumpie nie podoba, działo się już, w ten czy inny sposób, wcześniej, ma długą historię, leży w naturze, czasem nawet u fundamentów ich państwa. Od dziesięcioleci nie było w Stanach takiej politycznej mobilizacji. ICE straciła na deportacyjnej „wydajności” z czasów Obamy, bo Amerykanie po raz pierwszy zaczęli tej polityce stawiać masowy opór (dziesiątki miast ogłosiły się sanctuary cities, miastami bezpiecznymi dla imigrantów, odmawiającymi współpracy z ICE). Gdy piszę te słowa setki kobiet blokują korytarz w Departamencie Sprawiedliwości, domagając się rozwiązania ICE. Wielu Amerykanów dopiero gdy Trump wykonał pierwsze mordy z dronów (niektóre z nich nawet autoryzowane jeszcze przez Obamę) zorientowało się, że Waszyngton robi to od dawna rutynowo. I tak dalej.

W tej sytuacji do zadań lewicy – w Stanach i wszędzie indziej, bo nikt nie jest wolny od skutków amerykańskiej polityki – musi należeć to, by nie dać się wkręcić w narrację, że to tylko Trump jest problemem, że bez niego wszystko będzie dobrze. A także nie dać się wkręcić w najgłupszą wersję tej historii: że Trump jest zły, bo doszedł do władzy dzięki rosyjskim hakerom, a nie patologiom amerykańskiej tzw. demokracji. Jedyny interesujący aspekt tej historii jest taki, że wojna domowa wewnątrz imperialnej prawicy, której ta historia jest przejawem, tworzy szczeliny, przez które radykalna krytyka polityki Białego Domu może się dostać nawet do najbardziej zachowawczych mainstreamowych mediów i być przez nie należycie nagłośniona.
Problemem jest nie sam marchewkowy Kaligula tylko Imperium, na czele którego stoi.

Tajemnicze spotkanie

Początek tygodnia przyniósł kolejne rewelacje dotyczące kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa z 2016 r. Jak donoszą amerykańskie media, współpracownicy ówczesnego kandydata Partii Republikańskiej mieli potajemnie spotykać się nie tylko z Rosjanami, ale także z wysłannikami Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Informacja ta rzuca nowe światło na obecną politykę USA na Bliskim Wschodzie.

 

Jak ustalili dziennikarze „The New York Timesa”, Saudowie mieli rozmawiać z przedstawicielami republikańskiego kandydata na początku sierpnia 2016 r. Wówczas to w Nowym Jorku, najstarszego syna obecnego prezydenta i jego bliskiego doradcę, Donalda Trumpa Juniora, odwiedził George Nader, lobbysta reprezentujący interesy Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W spotkaniu uczestniczyli ponadto Joel Zamel, izraelski specjalista od manipulacji w mediach społecznościowych, oraz Erik Prince – amerykański biznesmen, były szef prywatnej armii Blackwater i jeden z najhojniejszych sponsorów Partii Republikańskiej.

Podczas spotkania Nader miał przekazać od swoich mocodawców intratną ofertę finansowego wsparcia kampanii prezydenckiej Trumpa. Z kolei Zamel obiecał wykorzystać wszystkie zasoby swojej firmy na rzecz kampanii propagandowej w mediach społecznościowych. Zdaniem wielu ekspertów to właśnie w internecie zadecydowały się losy ostatniego wyścigu prezydenckiego. Według dziennikarzy „The New York Timesa”, Donald Junior pozytywnie ustosunkował się do złożonych mu propozycji. Pozostaje jednak tajemnicą czy kierownictwo kampanii ostatecznie zdecydowało się skorzystać z oferty. Wiadomo natomiast, że po zwycięstwie Trumpa, Nader przekazał firmie Zamela 2 mln dolarów.

Skąd taka sympatia Saudów do Trumpa? Jej źródła trzeba szukać w amerykańskiej polityce zagranicznej na Bliskim Wschodzie z okresu prezydentury Baracka Obamy. Wkrótce po zaprzysiężeniu w 2009 r., zmodyfikował on bowiem praktykę swojego republikańskiego poprzednika, George’a W. Busha, polegającą na bezrefleksyjnym poparciu USA dla Izraela, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W zamian, Obama dążył do stworzenia w regionie równowagi sił, czemu miało dopomóc podpisanie porozumienia z Iranem w 2013 r. „Nasi sojusznicy muszą przywyknąć do wspólnego życia na tym obszarze i utrzymać zimny pokój z Iranem” – oświadczył Obama tuż przed zakończeniem swojej drugiej kadencji.

Obiecując całkowite zerwanie z polityką Baracka Obamy, Donald Trump stał się więc naturalnym sojusznikiem Arabii Saudyjskiej i nie tylko. Tuż po nominacji Partii Republikańskiej, Trump otrzymał silne wsparcie ze strony izraelskiego prawicowego premiera Benjamina Netanjahu, dla którego odwilż w stosunkach Waszyngtonu z Teheranem od początku było solą w oku. Obecnie, po porozumieniu pozostały strzępy, a administracja Trumpa zapowiedziała „najostrzejsze sankcje w historii” wobec Iranu. Ponadto, USA przeniosły swoją ambasadę do Jerozolimy oraz intensywnie wspierają saudyjskie wpływy w Syrii i Jemenie.

Czy obecna polityka zagraniczna USA na Bliskim Wschodzie narodziła się podczas spotkania w sierpniu 2003 r.? Brakuje dowodów na postawienie tak daleko idącej tezy. Nie ulega jednak wątpliwości, że Stany Zjednoczone pod przywództwem Donalda Trumpa jednoznacznie porzuciły rolę negocjatora na Bliskim Wschodzie, lokując swoją sympatię oraz militarną i polityczną potęgę po konkretnej stronie.