Lewy znów czaruje

Robert Lewandowski zaimponował formą w wygranym przez Bayern Monachium 3:0 ligowym meczu z VfB Stuttgart. Kapitan naszej reprezentacji otrząsnął się już z mundialowego kryzysu. Na szczęście nie on jeden w kadrze Polski.

 

Mistrzowie Niemiec chcieli zrehabilitować się ekipie VfB Stuttgart za klęskę poniesioną w ostatniej kolejce minionego sezonu, gdy przegrali z nią u siebie aż 1:4. Trener Niko Kovac wystawił do gry chyba najsilniejszy obecnie skład: Neuer – Kimmich, Boateng, Hummels, Alaba – Goretzka – Ribery, Thiago Alcantara, Thomas Mueller, Robben – Lewandowski. Piłkarze VfB długo bronili się przed strata gola i korzystając z tego, że arbiter pozwalał im na bardzo agresywną grę, kopali rywali niemiłosiernie. W końcu jednak popełnili błąd. W 37. minucie Mueller dostał prostopadłe podanie w pole karne, zagrał „na klepkę” z Lewandowskim i podał do Goretzki, a ten precyzyjnym strzałem przy słupku pokonał bramkarza gospodarzy. Drugiego gola dla Bayernu strzelił już „Lewy”, także popisując się kapitalnym uderzeniem zza linii 16 metrów.

Ale kibiców bardziej zachwycił fenomenalnym zagraniem piętą do Muellera, po którym reprezentant Niemiec znalazł się w stuprocentowej strzeleckiej sytuacji i jej nie zmarnował. Tak więc po dwóch ligowych kolejkach Bayern jest liderem z kompletem punktów, a Lewandowski ma na koncie dwa trafienia i jedną asystę. Sądząc po zachowaniu innych graczy wobec Lewandowskiego wygląda na to, że nasz piłkarz naprawił relacje z kolegami. Miejmy nadzieję, że tak samo sprawnie poukłada sobie na nowo swoje relacje w kadrze powołanej przez Jerzego Brzęczka.

Na zgrupowanie przed pierwszym meczem w Lidze Narodów z Włochami tylko kilku graczy przyjedzie na kredyt zaufania – w pierwszej kolejności Jakub Błaszczykowski, ale też Jan Bednarek, Marcin Kamiński i Arkadiusz Reca. Pozostali rozpoczęli nowy sezon w roli zawodników albo podstawowego składu, albo jako zmiennicy pierwszego wyboru. Dla nowego selekcjonera to całkiem niezła sytuacja.

Brzęczek będzie miał kłopot z obsadą bramki, bo ma do dyspozycji trzech regularnie występujących w swoich klubach bramkarzy (Fabiański, Skorupski i Szczęsny), na dodatek zbierających za swoje występy co najmniej przyzwoite recenzje. W obronie poza Bednarkiem, Kamińskim i Recą pozostali regularnie grają (Glik, Bereszyński, Kędziora, Rybus, Dźwigała, Pietrzak). W pomocy pewne miejsce w swoich klubowych zespołach mają Krychowiak, Linetty, Zieliński, Klich, Frankowski, Kurzawa, Kądzior, Makuszewski, Góralski, Romanczuk i Szymański, a w ataku oprócz „Lewego” regularnie grają i zdobywają bramki Arkadiusz Milik i Krzysztof Piątek.

Mamy zatem prawo oczekiwać od naszej reprezentacji dobrego wyniku w meczu z Włochami.

 

Podzieleni na grupy w Lidze Mistrzów i Lidze Europy

W ubiegłym tygodniu UEFA dokonała losowania grup w Lidze Mistrzów i Lidze Europy. Pierwsze mecze na tym etapie rozgrywek zostaną rozegrane 18 września, a faza grupowa zakończy się w grudniu. W Lidze Mistrzów zagra ośmiu polskich piłkarzy.

 

W fazie grupowej tegorocznej edycji Ligi Mistrzów zobaczymy ośmiu polskich piłkarzy: Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium, Łukasza Piszczka z Borussii Dortmund, Kamila Glika z AS Monaco, Wojciecha Szczęsnego z Juventusu Turyn, Arkadiusza Milika i Piotra Zielińskiego z Napoli oraz Grzegorza Krychowiaka i Macieja Rybusa z Lokomotiwu Moskwa. FC Liverpool co prawda zgłosił do rozgrywek 19-letniego Kamila Grabarę, ale nasz młody bramkarz ekipie „The Reds” jest dopiero numerem trzecim w hierarchii, po Brazylijczyku Alissonie i Belgu Simonie Mignoletcie, więc jego szanse na występ w Champions League są praktycznie zerowe.

W Lidze Europy też nie mamy zespołu, ale w kadrach 48 drużyn które znalazły się w fazie grupowej znalazło się ośmiu polskich piłkarzy. W Dynamie Kijów zagra Tomasz Kędziora, w Łudogorcu Razgrad Jacek Góralski i Jakub Świerczok, w azerskim Karabachu Agdam Jakub Rzeźniczak, w Girondins Bordeaux Igor Lewczuk, w KRC Genk Jakub Piotrowski, w Dinamie Zagrzeb Damian Kądzior, a w słowackim Spartaku Trnava wypożyczony w ostatniej chwili z Wisły Kraków Patryk Małecki.

 

Liga Mistrzów

Grupa A: Atletico Madryt, Borussia Dortmund, AS Monaco, Club Brugge
Grupa B: FC Barcelona, Tottenham, PSV Eindhoven, Inter Mediolan
Grupa C: PSG, SSC Napoli, Liverpool FC, Crvena Zevzda Belgrad
Grupa D: Lokomotiw Moskwa, FC Porto, Schalke 04, Galatasaray AS
Grupa E: Bayern Monachium, Benfica Lizbona, Ajax Amsterdam, AEK Ateny
Grupa F: Manchester City, Szachtar Donieck, Olympique Lyon, TSG Hoffenheim
Grupa G: Real Madryt, AS Roma, CSKA Moskwa, Viktoria Pilzno
Grupa H: Juventus, Manchester United, CF Valencia, Young Boys Berno

 

Liga Europy

Grupa A: Bayer Leverkusen, Łudogorec Razgrad, FC Zurich, AEK Larnaka.
Grupa B: FC Salzburg, Celtic Glasgow, RB Lipsk, Rosenborg Trondhem.
Grupa C: Zenit Petersburg, FC Kopenhaga, Girondins Bordeaux, Slavia Praga.
Grupa D: RSC Anderlecht, Fenerbahce Stambuł, Dinamo Zagrzeb, Spartak Trnawa.
Grupa E: Arsenal Londyn, Sporting Lizbona, Karabach Agdam, Worskła Połtawa.
Grupa F: Olympiakos Pireus, AC Milan, Real Betis, F91 Dudelange.
Grupa G: Villarreal CF, Rapid Wiedeń, Spartak Moskwa, Glasgow Rangers.
Grupa H: Lazio Rzym, Olympique Marsylia, Eintracht Frankfurt, Apollon Limassol.
Grupa I: Besiktas Stambuł, KRC Genk, Malmoe FF, Sarpsborg FF.
Grupa J: Sevilla FC, FK Krasnodar, Standard Liege, Akhisar Belediyespor.
Grupa K: Dynamo Kijów, FK Astana, Stade Rennes, FK Jablonec.
Grupa L: Chelsea Londyn, PAOK Saloniki, BATE Borysów, MOL Vidi

 

Liga Mistrzów UEFA: Elita coraz bardziej elitarna

W środę 29 sierpnia zakończyły się kwalifikacje do Ligi Mistrzów. W obecnej edycji tych rozgrywek po cztery drużyny mają Anglicy, Niemcy, Hiszpanie i Włosi, trzy Francuzi, po dwie Rosjanie, Holendrzy i Portugalczycy, a po jednej Grecy, Serbowie, Turcy, Belgowie, Czesi, Szwajcarzy i Ukraińcy. My musimy zadowolić się jedynie obecnością w ich zespołach ośmiu polskich piłkarzy.

 

Przed sezonem doszło do niewielkiej reorganizacji rozgrywek, a zmiany dotknęły przede wszystkim drużyny kwalifikujące się do Ligi Mistrzów. Zaledwie sześć spośród wszystkich drużyn biorących udział w eliminacjach awansowało do fazy grupowej, podczas gdy aż 25 ekip miało zapewniony udział na podstawie wyników osiągniętych w rozgrywkach krajowych, a jedno miejsce otrzymał triumfator poprzedniej edycji Ligi Europy (Atletico Madryt).

 

Liga dla najbogatszych

Udział w fazie grupowej, bez konieczności przechodzenia przez eliminacje, miały po cztery najlepsze drużyny z lig hiszpańskiej, niemieckiej, angielskiej i włoskiej. Francuzi i Rosjanie mieli zagwarantowane po dwa miejsca w fazie grupowej i jedno w III rundzie eliminacji, z kolei kolejni w rankingu UEFA Portugalczycy, Belgowie i Ukraińcy dostali jedno miejsce w fazie grupowej i jedno w III rundzie kwalifikacji. Pewne miejsce w fazie grupowej miała też czeska Viktoria Pilzno.

We wtorek występ w fazie grupowej zapewniły sobie: AEK Ateny (Grecja), Young Boys Berno (Szwajcaria) oraz Ajax Amsterdam (Holandia), w środę tej sztuki dokonały PSV Eindhoven (Holandia), Benfica Lizbona (Portugalia) oraz Crvena Zvezda Belgrad (Serbia). O prawo występu w LM walczył także mistrz Polski Legia Warszawa, ale już w drugiej rundzie kwalifikacji znalazł się za burtą. Wojskowi najpierw pokonali irlandzkie Cork City FC (1:0 i 3:0), ale w kolejnym dwumeczu zostali wyeliminowani przez Słowaków ze Spartaka Trnawa (0:2 i 1:0). Ci z kolei odpadli w kolejnej rundzie ze Crveną Zvezdą Belgrad (1:1 i 1:2), która w ostatnie batalii zapewniła sobie awans kosztem Red Bull Salzburg (0:0 i 2:2).

Obrońcą tytułu jest Real Madryt, który w maju na Stadionie Olimpijskim w Kijowie pokonał FC Liverpool. Był to trzeci z rzędu triumf „Królewskich” w tych elitarnych rozgrywkach. W obecnej edycji piłkarzom Realu będzie trudno podtrzymać serię zwycięstw, bo z klubu latem odeszli trener Zinedine Zidane i najlepszy zawodnik Cristiano Ronaldo. Portugalczyk przeniósł się do Juventusu Turyn, z którym Real wygrał w finale Ligi Mistrzów dwa lata temu 4:1.

Zmianie ulegną godziny rozgrywania meczów. Dotychczas wszystkie spotkania LM rozpoczynały się o godzinie 20.45, teraz będą odbywać się w dwóch porach – o godzinie 19:00 oraz 21:00. Pierwsza kolejka fazy grupowej odbędzie się w dniach 18-19 września, a ostatnia 11-12 grudnia. Finał zaplanowano na 1 czerwca 2019 roku na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie, gdzie na co dzień rozgrywa swoje mecze Atletico.

 

El Dorado nie dla polskich drużyn

W nowej odsłonie zmagań w Lidze Mistrzów polski futbol będzie reprezentować ośmiu piłkarzy: Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn), Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus (obaj Lokomotiw Moskwa), Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), Arkadiusz Milik, Piotr Zieliński (obaj SSC Napoli) oraz Kamil Glik (AS Monaco). Awans we wtorek mogli wywalczyć jeszcze Damian Kądzior (Dinamo Zagrzeb) i Tomasz Kędziora (Dynamo Kijów), ale ich zespoły nie sprostały swoim przeciwnikom w ostatniej rundzie eliminacji.

Klęska polskich zespołów w tegorocznych kwalifikacjach europejskich pucharów jeszcze bardziej pogłębi finansową przepaść dzielącą polskie kluby od europejskiej elity. Ten blamaż nie ułatwi spółce Ekstraklasa SA negocjacji nowej umowy dotyczącej sprzedaży praw telewizyjnych, zwłaszcza że na europejskim rynku zaczęła się właśnie recesja w tym segmencie rynku. Kluby piłkarskie, także polskie, żyły dotąd w błogim przeświadczeniu, że ceny transmisji będą rosnąć o co najmniej 40-50 procent w każdym kolejnym cyklu. Tymczasem w Europie daje się zauważyć spadek progresji dochodów z tego tytułu. Pierwsze symptomy tego zjawiska już widać. W tym sezonie kluby z Anglii w letnim oknie transferowym wydały o 200 mln funtów mniej niż rok wcześniej. Ograniczenia wydatków na transfery i pensje dla zawodników po cichu zaczynają wprowadzać też kluby w Niemczech i Hiszpanii.
Zdaniem ekspertów spadek dochodów z tytułu sprzedaży praw telewizyjnych oraz sponsoringu doprowadzi w ciągu kilku najbliższych lat do powstania już naprawdę elitarnej superligi piłkarskiej, do której zaproszenie dostaną wyłącznie najbogatsze i najbardziej nośne medialnie kluby. W tej lidze nie będzie kwalifikacji i nie będzie spadków, a zarobki zawodników będą regulowane systemowo. Polskiej drużyny w tym towarszystwie na pewno nie będzie.

 

Uczestnicy LM 2018-2019:

Manchester City, Tottenham Hotspur, Manchester United, FC Liverpool (Anglia), Real Madryt, Atletico Madryt, Valencia CF, FC Barcelona (Hiszpania), Bayern Monachium, Borussia Dortmund, Schalke 04 Gelsenkirchen, TSG Hoffenheim (Niemcy), Juventus Turyn, SSC Napoli, AS Roma, Inter Mediolan (Włochy), Paris Saint-Germain, AS Monaco, Olympique Lyon (Francja), Benfica Lizbona, FC Porto (Portugalia), PSV Eindhoven, Ajax Amsterdam (Holandia), Lokomotiw Moskwa, CSKA Moskwa (Rosja), Viktoria Pilzno (Czechy), Club Brugge (Belgia), Szachtar Donieck (Ukraina), Galatasaray Stambuł (Turcja), Young Boys Berno (Szwajcaria), AEK Ateny (Grecja), Crvena Zvezda Belgrad (Serbia).

 

Wyniki IV rundy eliminacji:

AEK Ateny – Vidi FC 2:1 i 1:1; Dinamo Zagrzeb – Young Boys Berno 1:1 i 1:2; Dynamo Kijów – Ajax Amsterdam 1:3 i 0:0; AEK Ateny – Benfica Lizbona 1:1 i 1:4; PSV Einhoven – BATE Borisow 3:2 i 3:0, RB Salzburg – Crvena Zvezda Belgrad 0:0 i 2:2.

 

Koniec szarpaniny Lewandowskiego?

Sensacją minionego tygodnia w mediach po obu stronach Odry było przyznanie się przez Roberta Lewandowskiego w wywiadzie zamieszczonym w tygodniku „Sport Bild”, że faktycznie chciał latem odejść z Bayernu Monachium.

 

Kapitan reprezentacji Polski przyznał, że w końcówce poprzedniego sezonu nie czuł się dobrze w monachijskim klubie. „Jestem już w Niemczech tak długo, w Bayernie cztery lata, a wyglądało to tak, jakbym nic w tym klubie jeszcze nie zrobił i nie miał tu żadnego kredytu zaufania. Gdy idzie dobrze, wszyscy uznają to za oczywistość. Gdy idzie źle, to zawsze tylko Lewandowski jest winny. Zgadzam się, że można mi czasem zarzucić brak skuteczności, ale nie tego, że brakuje mi zaangażowania w grę” – stwierdził w wywiadzie Lewandowski.

I przypomniał, że gdy Bayern go potrzebował, to grał nawet z kontuzjami. „W kwietniu i w maju niemal wszyscy mnie atakowali, a ja nie czułem żadnej ochrony ze strony klubu. Nie czułem się wtedy dobrze w Monachium. Wszystko się we mnie skumulowało i dlatego zacząłem na serio myśleć o odejściu” – przyznał szczerze „Lewy”.
Najskuteczniejszy napastnik Bayernu nie dostał jednak zgody szefów bawarskiego potentata na zmianę klubowych barw i wbrew pozorom ta stanowczość Ulego Hoenessa i Karla Heinza-Rummenigge mocno podbudowała samopoczucie „Lewego”.

Ale wedle jego relacji prawdziwym przełomem w jego sporze z monachijskim klubem była rozmowa w cztery oczy z nowym trenerem Bayernu Niko Kovaczem. W wywiadzie dla „Sport Bildu” Polak tak ją ocenił: „Kovacz wyjaśnił mi, jak chce żeby drużyna grała, jaki ma pomysł na nią. Ta wizja bardzo mi się spodobała. Po tej rozmowie podjąłem decyzję, że chcę tutaj zostać. Zmieniłem tego dnia sposób myślenia. Zdaję sobie sprawę również z tego, że sam popełniłem również błędy, w końcu nie jestem przecież maszyną” – przyznał Lewandowski.

Kapitan reprezentacji Polski wyjawił też, że na zmianę jego stanowiska wpłynęły relacje z fanami Bayernu. „Zauważyłem, że wbrew temu co podawały na ulicach w Monachium nie spotkałem się z jakimiś objawami niechęci. Wręcz przeciwnie, ludzie podchodzą do mnie i mówią mi dobre rzeczy. Również życzliwość widowni na pierwszym meczu po przerwie letniej rozegranym na Allianz Arena z Manchesterem United mile mnie zaskoczyła. Wsparcie kibiców dla mnie bardzo dużo znaczy, a ja je poczułem i wtedy zobaczyłem wszystko z zupełnie innej perspektywy” – stwierdził „Lewy”.

Ta jego wypowiedź powinna na jakiś czas zakończyć nieustające medialne spekulacje o jego chęci odejścia z Bayernu. W tym klubie jest najlepiej opłacaną gwiazdą, w Bundeslidze najdroższym graczem (jego wartość wyceniana jest na 85 mln euro), a kontrakt ma ważny do czerwca 2021 roku.

 

Lewy musi się bić

Robert Lewandowski w wygranym przez Bayern Monachium 5:0 meczu o Superpuchar Niemiec z Eintrachtem Frankfurt strzelił trzy gole. Rywale mocno go jednak pokiereszowali i w 72. minucie musiał zejść z boiska z powodu kontuzji. „Lewego” czeka trudny sezon.

 

Niemieckie media przed meczem w swoich spekulacjach sugerowały, że Lewandowski zacznie spotkanie na ławce rezerwowych. Trener Bayernu Niko Kovac najwyraźniej był innego zdania, bo wystawił kapitana reprezentacji Polski od pierwszej minuty. Obrońcy Eintrachtu Frankfurt postawili sobie za punkt honoru powstrzymanie „Lewego”, robili bowiem wszystko, żeby nie zdobył bramki. Ich starania spełzły na niczym, bo polski napastnik do przerwy dwukrotnie głową skierował piłkę do siatki, a po zmianie stron dołożył jeszcze trzecie trafienie ogrywając w dziecinny sposób argentyńskiego stopera Eintrachtu Davida Abrahama. W ten sposób „Lewy” zemścił się na tym piłkarzu za jego chamskie faule, zwłaszcza ten popełniony w 53. minucie, gdy Argentyńczyk brutalnie zaatakował nie uczestniczącego akurat w akcji Bayernu Lewandowskiego.

Tolerujący dotąd faule Abrahama sędzia wreszcie się zmitygował i w końcu ukarał go żółtą kartką, ale niewiele to pomogło. W końcu cierpliwość „Lewego” się wyczerpała i sam zaczął wymierzać swoim prześladowcom sprawiedliwość. Najpierw skarcił Marco Fabiana za cios w głowę, a potem wdał się w szarpaninę z Abrahamem, gdy ten w 70. minucie przywalił mu celowo łokciem w twarz. Trener Kovac, który przecież w poprzednim sezonie prowadził zespół Eintrachtu i zna doskonale zawodników tej drużyny, widząc co się dzieje na boisku dwie minuty później zdjął Lewandowskiego z boiska. Niewykluczone, że ustrzegł swojego najlepszego strzelca przed ciężką kontuzją, ale całkowicie bez strat to sie jednak nie obeszło.

„Lewy” we wtorek nie trenował z zespołem, bo jak się okazało w trakcie starć z oszalałymi z nienawiści obrońcami Eintrachtu doznał lekkiego urazu mięśni uda, nie licząc rozciętej skóry na policzku i ogólnych potłuczeń. W niemieckich mediach rozgorzała nawet przez moment dyskusja, czy sędziowie w Bundeslidze nie powinni stanowczo reagować na brutalne faule popełniane na najlepszych graczach ligi. Ostatecznie uznano, że Lewandowski nie jest zawodnikiem jakoś bardziej wybitnym od innych i temat upadł. Tego poglądu nie podzielił jednak Thomas Mueller, który po meczu stwierdził, że „Lewy” znalazł się na takim poziomie piłkarskich umiejętności, że nie musi już nikomu niczego udowadniać, a trzy gole strzelone Eintrachtowi wyjaśniają, dlaczego szefowie Bayernu nie chcą go puścić do innego klubu. Swoje trzy grosze do tej dyskusji dorzucił też zmienik „Lewego” Sandro Wagner, nie trafiając do pustej bramki z trzech metrów. Mimo to naszego piłkarza czeka trudny sezon. Nawet bardzo…

 

W Bayernie znów lubią Lewego

To chyba koniec medialnego zamieszania wokół niedoszłego transferu Roberta Lewandowskiego. Ostatecznie „Lewy” wrócił do Monachium i wznowił treningi, czyli nie poszedł drogą bojkotu wybraną przez wielu innych piłkarskich gwiazdorów.

 

Lewandowski od wielu miesięcy znajdował się pod bezpardonowym ostrzałem niemieckich mediów, które wrogo reagowały na każdą spekulację dotyczącą jego rzekomych planów odejścia z Bayernu Monachium. Nagonka odniosła ten skutek, że nawet kibice monachijskiego klubu zaczęli w internetowych ankietach domagać się transferu polskiego napastnika. „Lewy” z jakiegoś powodu nie uciszał tego medialnego zgiełku, choć zapewne wystarczyłby do tego jakaś nawet drobna manifestacja lojalności wobec Bayernu, kolegów z drużyny czy choćby stwierdzenie, że nie zamierza nigdzie się z ruszać. Nie zrobił tego jednak, chociaż nawet pobieżna analiza transferowego rynku pokazuje, że od strony czysto sportowej tego lata zupełnie nie opłacało się ruszać z Bayernu. Mógłby na ewentualnym transferze skorzystać jedynie finansowo, ale szefowie bawarskiego potentata, Uli Hoeness i Karl-Heinz Rummenigge, znaleźli i na to sposób. Obaj odbyli spotkanie z polskim piłkarzem i można jedynie przypuszczać, że w jego trakcie podsunęli mu do podpisania aneks do obowiązującego jeszcze trzy lata kontraktu, w którym w znacznej części zrekompensowali „Lewemu” utracone korzyści z niedoszłego transferu.

Potem rozmowę z cztery oczy z Lewandowskim odbył nowy trener Bayernu Niko Kovac. „Robert jest jednym z trzech najlepszych środkowych napastników na świecie, ma z Bayernem ważny kontrakt i w moich planach ogrywa kluczową rolę. Powiedziałem mu, że to dlatego władze klubie nie chciały podejmować żadnych rozmów transferowych. Robert moje stanowisko zaakceptował, co bardzo mnie ucieszyło. Teraz możemy skupić się na czysto piłkarskich sprawach i jak najlepiej przygotować się do nowego sezonu” – powiedział Kovac w wypowiedziach dla niemieckich mediów. W najbliższą niedzielę Bayern zainauguruje nowy sezon meczem o Superpuchar Niemiec z Eintrachtem Frankfurt. Ale wcześniej Uli Hoeness zaprosił cała kadrę na wystawną kolację do swojej restauracji nad jeziorem Tegernseez. Stoły uginały się od wykwintnych potraw, a biesiadującym przygrywała hiszpańska orkiestra. Hoeness miło witał wszystkich zawodników, lecz ostentacyjnie najwięcej uwagi poświęcał Lewandowskiemu, co odnotował tabloid „Bild”.

Te splendory z pewnością nie wszystkim graczom Bayernu się podobały, a na pewno nie tym, którzy są emocjonalnie związani z bawarskim klubem, jak Thomas Mueller, Manuel Neuer, Mats Hummels, Franck Ribery czy Arjen Robben. A „stara gwardia” pamięta, że w maju „Lewy” chciał zmiany klubu. Czy mu wybaczyli „zdradę”, przekonamy się już w najbliższą niedzielę w meczu o Superpuchar. Bez dokładnych podań od kolegów „Lewy” traci połowę swojej piłkarskiej wartości.

 

W Anglii szkolą nam bramkarzy

W miniony weekend w meczach towarzyskiego cyklu International Champions Cup polski futbol reprezentowało trzech nastolatków.

 

W angielskiej Premier League mamy dwóch bramkarzy – Łukasza Fabiańskiego w West Ham United i Artura Boruca w Bournemouth. Niewykluczone, że wkrótce dołączą do nich Marcin Bułka w Chelsea Londyn i Kamil Grabara w FC Liverpool. Obaj znaleźli się w kadrach swoich klubów na letnie zgrupowania przed sezonem i dostali od trenerów szanse występu w rozgrywanych za oceanem towarzyskich meczach cyklu International Champions Cup. 18-letni Marcin Bułka zagrał jedną połowę spotkania z Interem Mediolan i zebrał za swój występ życzliwe recenzje.

O rok starszy Kamil Grabara rozpoczął mecz z Manchesterem United w wyjściowym składzie i w 14. minucie popisał się efektowną „kiwką” w polu karnym, na którą dał się nabrać napastnik rywali Alexis Sanchez. Młody polski bramkarz puścił gola, ale genialnego strzału z rzutu wolnego Pereiry nie obroniłby nawet Alisson Becker, który będzie w tym sezonie pierwszym golkiperem Liverpoolu.

Warto też odnotować udane występy w Bayernie Monachium 18-letniego pomocnika reprezentacji Polski juniorów Marcela Zylly.

 

Kłopotliwy agent gwiazd

Wypożyczony z Realu Madryt do Bayernu Monachium James Rodriguez dołączył do grona piłkarzy Primera Division, którym hiszpański fiskus udowodnił przypadki unikania płacenia podatków.

 

Na Kolumbijczyka nałożono grzywnę w wysokości niemal 12 milionów euro. To dopiero początek procedury, której skuteczności i bezwzględności doświadczyli najlepsi gracze ostatnich lat – Argentyńczyk Leo Messi i Portugalczyk Cristiano Ronaldo. To najbardziej znani z plejady znanych piłkarzy i trenerów hiszpańskiej Primera Division Messi i Cristiano Ronaldo zostali już za to osądzeni i skazani na kary więzienia w zawieszeniu oraz gigantyczne kary finansowe (portugalski gwiazdor tego lata musiał zapłacić blisko 19 mln euro). Teraz hiszpańska skarbówka wzięła pod lupę Jamesa Rodrigueza.

Kolumbijczyk co prawda od ponad roku występuje na zasadzie wypożyczenia w Bayernie Monachium i nie spieszy się do powrotu na Santiago Bernabeu, ale dochodzenie przeciwko niemu dotyczy lat 2014-2017 , gdy był zawodnikiem „Królewskich”. Tuż po przybyciu do Hiszpanii powinien zgłosić się do urzędu skarbowego i w nim opodatkować swoje dochody, ale w ciągu trzech lat pobytu na półwyspie Iberyjskim tylko częściowo wywiązał się z tego obowiązku. W wyniku wszczętego w tej sprawie śledztwa na 27-letniego piłkarza fiskus nałożono karę grzywny w wysokości 11,65 miliona euro. Zdaniem urzędników piłkarz nie popełnił wykroczenia z premedytacją, tylko w wyniku nieznajomości przepisów.

Hiszpańskie media dopatrzyły się interesującej zależności w podatkowych tarapatach gwiazd. Spora grupa to klienci słynnego piłkarskiego agenta Jorge’a Mendesa. Swoimi poradami napytał biedy m.in. Luce Modriciowi, Radamelowi Falcao oraz trenerowi Jose Mourinho.

 

Atak z pozycji przewróconego

Czołgany niemiłosiernie przez niemieckie media Robert Lewandowski w końcu zaczął walczyć o swój szargany od miesięcy po obu stronach Odry wizerunek. Nasz najlepszy piłkarz po mundialowym niepowodzeniu nie ma teraz najmocniejszej pozycji, ale mimo to postanowił postawić się szefom Bayernu Monachium.

 

W środowym wydaniu „Bilda”, tego samego, który niespełna tydzień temu obwieścił, że Robert Lewandowski nie chce już opuszczać Bayernu Monachium i zamierza w nim występować do końca kontraktu, na nowo wznowiono krucjatę przeciwko polskiemu piłkarzowi. Tym razem dziennikarze niemieckiego tabloidu, zapewne poruszeni lekturą wywiadu z Lewandowskim, zamieszczonym dzień wcześniej w wydawanym w Polsce, ale należącym do tego samego koncernu wydawniczego „Przeglądzie Sportowym”, zbulwersowali swoich czytelników rewelacją, że polski napastnik Bayernu jest zniesmaczony postawą władz bawarskiego klubu. „Lewy” zdaniem „Bilda” ma pretensje do szefów Bayernu, że nie bronili go przed atakami mediów i nie zamierza podjąć treningów zanim nie odbędzie z nimi rozmowy w tej sprawie.

Przypomnijmy tylko pokrótce o co chodziło. Po słabych występach Lewandowskiego w półfinałowych potyczkach Ligi Mistrzów z Realem Madryt w niemieckich mediach rozpoczęła się na niego regularna nagonka. Media krytykowały go za wszystko i nie cofały sie przed stawianiem najdurniejszych zarzutów – że rozwala atmosfer w szatni, bo myśli tylko o transferze do Realu Madryt.

Faktem jest, że wszystko na co przez ostatnie dwa miesiące zdobyli się w tej sprawie szefowie Bayernu, to były jedynie zapewnienia, że Lewandowski ma ważny kontrakt i nigdzie nie odejdzie. Ale na zdementowanie zarzutów sie nie zdecydowali, choć akurat w przypadku stwierdzeń użytych w mediach, że rozbija atmosferę w zespole i nie przykłada się do gry oraz treningów, to powinni choćby z poczucia przyzwoitości. Lewandowskiemu z pewności nie można tego zarzucić, bo jest on rzadkim w światowym futbolu przykładem profesjonalisty, za co chwalili go wszyscy trenerzy, z którymi pracował.
I choćby dlatego rewelacje, że zawsze akuratny i zdyscyplinowany Lewandowski nagle zaczął stawiać jakieś warunki swoim przełożonym, trzeba odłożyć między bajki.

Ale to wcale nie znaczy, że problemu nie ma. Tym problemem jest odpowiedź na pytanie – czy Bayern jeszcze go chce i czy on ma jeszcze chęć gry w Bayernie. Przed mistrzostwami świata w Rosji „Lewy” miał swoją piłkarską karierę pod kontrolą, ale teraz po raz pierwszy odkąd został profesjonalnym zawodnikiem jego kariera wyhamowała. Inaczej mówiąc, na rosyjskich boiskach nasz piłkarz wyłożył się jak długi, a w pozycji przewróconego nie wygląda się atrakcyjnie.

Jeśli więc postanowił zostać w Bayernie i w tym klubie odbudować swoja markę, to z pewnością nie wchodziłby w zwarcie z szefami klubu. Chyba że jest coś na rzeczy w doniesieniach brytyjskiego dziennika „The Independent” sugerujących, że Manchester United podjął właśnie negocjacje z Bayernem w sprawie łączonego transferu Hiszpana Thiago Alcantary i… Lewandowskiego.

 

Niemcy znów walą w Lewego

Niemieckie media nie odpuszczają Robertowi Lewandowskiemu. Po golu Mario Mandzukicia w półfinale mundialu z Anglią nagle zaczęły żałować, że Bayern cztery lata temu zamienił Chorwata na polskiego napastnika.

 

Mandzukić spędził w Bundeslidze cztery sezony – dwa w VfL Wolfsburg i dwa w Bayernie, z którego odszedł w 2014 roku po konflikcie z ówczesnym trenerem Bawarczyków Pepem Guardiolą. Na jego miejsce do Bayernu przyszedł właśnie Lewandowski. „Który z nich jest lepszym napastnikiem? Chorwat, bo trafiał do siatki w najważniejszych meczach” – piszą niemieccy dziennikarze. I przypominają gol Mandzukicia w finale Ligi Mistrzów 2013 wypominając przy okazji „Lewemu”, że on takich ważnych goli nie strzela. Tylko że jedna przypadkowo zdobyta bramka nie może zmienić faktu, że Chorwat po odejściu z Bayernu przez cztery lata zdobył w sumie 34 bramki (12 dla Atletico i 22 dla Juventusu), a „Lewy” w tym samym czasie dla Bayernu 106.