Co trzecie może spać spokojnie BEZPIECZEŃSTWO DZIECI

Inspekcja Handlowa sprawdziła pod koniec ubiegłego roku, czy łóżeczka, kołyski, kojce i nosidełka są bezpieczne. Inspektorzy skontrolowali sklepy, hurtownie, producentów, pierwszych dystrybutorów i importerów. Wykryli nieprawidłowości w prawie 35 proc. tych produktów.

 

Bez ostrych krawędzi

Najczęstsze zauważone nieprawidłowości to brak oparcia dla główki dziecka w nosidełkach, zbyt duże odstępy między listwami na dnie łóżka, brak instrukcji, ostrzeżeń lub danych producenta, a w przypadku nosidełek brak informacji o dopuszczalnej wadze lub wieku dziecka. Nie było to jednak generalnie duże nasilenie usterek. Tylko w sześciu przypadkach Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowania administracyjne. Do tej pory zakończyło się jedno z nich – zgodnie z decyzją UOKiK producent wadliwych łóżeczek musi je wycofać z rynku.
Urząd zaleca, by kupując łóżeczko, kołyskę, kojec lub nosidełko, sprawdzić, czy nie mają one żadnych ostrych krawędzi lub narożników, zadziorów, wystających gwoździ, nie mają otwartych końców rur, ani małych elementów, które dziecko mogłoby samodzielnie oderwać i połknąć.

 

Możemy sami kołysać

W przypadku wracających do łask kołysek, należy zwrócić uwagę, czy układ kołysania ma mechanizm blokujący i może być poruszany wyłącznie przez bezpośrednie popychanie – a nie jest napędzany silnikiem elektrycznym.
Pamiętajmy też, że przestawienie dna łóżeczka lub kojca z położenia wyższego na niższe powinno być możliwe tylko przy użyciu narzędzi.
Natomiast nosidełko, przeznaczone dla malutkich dzieci w wieku do 4 miesięcy, musi mieć podparcie dla główki.

 

Proste rozwiązanie

W sprzedaży są różne wymyślne systemy elektroniczne, sygnalizujące, jak zachowuje się dziecko w łóżeczku.
Żaden system nie zastąpi jednak prostego rozwiązania, stosowanego od setek lat, polegającego na wyjęciu jednego szczebelka z poręczy łóżeczka – po to, żeby dziecko, które już raczkuje i postanawia wybrać się na spacer po mieszkaniu, mogło bezpiecznie opuścić łóżeczko, bez obawy, że utknie głową między szczebelkami.

Na dobrych gumach

15 państw, w tym Polska, wzięło udział w europejskiej kontroli opon.

 

Wyniki są dobre: polska Inspekcja Handlowa zakwestionowała oznakowanie niecałych 3 proc. opon, ale wszystkie pomyślnie przeszły badania w francuskich laboratoriach. Kontrole były finansowane z unijnego programu badań i innowacji Horizon2020.
Dobre opony to konkretne oszczędności. Dzięki oponom klasy A można zaoszczędzić nawet 7,5 proc. paliwa w porównaniu do opon klasy G. Przykładowo – jak wyliczył Polski Związek Przemysłu Oponiarskiego – na tym samym paliwie na najlepszych oponach dojedziemy z Władysławowa nawet do Bielska-Białej, a na najgorszych – tylko do Katowic.
– Wyższa jakość opon to także bezpieczeństwo na drodze. W razie awaryjnego hamowania jadąc na oponach klasy A w hamowaniu na mokrej nawierzchni, zatrzymamy się o kilka długości samochodu wcześniej. To może zdecydować o naszym zdrowiu lub życiu. Warto więc świadomie wybierać nowe i dobre opony – dodaje Piotr Sarnecki, dyrektor generalny Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego. Ma on oczywiście w tym interes, bo im wyższa klasa opony, tym większa cena.
W sumie w 15 krajach skontrolowano prawie 12 tys. opon, z czego 73 proc. stanowiły letnie, a 27 proc. zimowe.
Zgodnie z przepisami, konsument musi mieć możliwość zapoznania się przed zakupem ze specjalną etykietą – najczęściej występuje ona w formie naklejki na bieżniku, która pozwoli na porównanie trzech ważnych parametrów. Jest to efektywność paliwowa (ważna dla oszczędnych), przyczepność na mokrej nawierzchni (ma wpływ na drogę hamowania) oraz zewnętrzny hałas toczenia. Dwa pierwsze parametry są pokazywane na etykiecie w skali od A (najlepsza) do G (najgorsza), a wartość hałasu jest przedstawiana graficznie w trójstopniowej skali i wyrażana w decybelach. Takie informacje muszą być też uwidocznione w e-sklepach, czy na rachunkach potwierdzających zakup.
Z kontroli wynika, że w sprzedaży przeważają opony o klasie efektywności paliwowej E i C (a więc o nie najwyższych parametrach). Lepiej jest z przyczepnością na mokrej nawierzchni – tu na rynku jest najwięcej opon klas C i B.

Zanim się zapali

Na podpalaczy nie ma rady, ale ryzyko wybuchu pożaru z innych przyczyn, jesteśmy w stanie zminimalizować.

 

Wysypiska śmieci to tylko drobny fragment naszej ognistej całości. W 2017 r. w Polsce wybuchło 125 871 pożarów z czego ponad 30 000 było spowodowanych nieostrożnym posługiwaniem się ogniem przez człowieka.
Nieprawidłowa obsługa urządzeń grzewczych spowodowała wybuch 13 368 pożarów, podczas gdy wady urządzeń i instalacji elektrycznych przyczyniły się do 5 261 takich zdarzeń, zaś nieprawidłowa eksploatacja takiego sprzętu – do 455 .
Nic to w porównaniu z podpaleniami, z którymi mieliśmy do czynienia w ubiegłym roku aż 40 132 razy.

 

Z naszej winy

Wszystkie te dane jasno pokazuję, że za większość pożarów odpowiada człowiek – nieświadomie lub świadomie. Jak więc postępować, by zminimalizować ryzyko strawienia przez żywioł naszego domu?
Z podpalaczami raczej trudno sobie poradzić. Niewykluczone, że skuteczną metodą byłoby, zgodnie z kodeksem Hammurabiego, wrzucanie ich do płonącego budynku, który podpalili. Mogłoby to w szczególności dotyczyć osobników, którzy w celu cieszenia się rozniecanym ogniem, wstąpili w szeregi Ochotniczej Straży Pożarnej. W tym celu trzeba by jednak złapać podpalaczy na gorącym uczynku, co bynajmniej nie jest takie proste.
Pożar jest jednym z najpoważniejszych zagrożeń dla naszego domu i życia. W częstych niestety przypadkach może doprowadzić do utraty całego majątku i dorobku.
Istnieje naturalnie kilka prostych zasad, którymi powinniśmy się kierować, aby zmniejszyć ryzyko zaprószenia ognia. Niby są one oczywiste, ale ciągle zapominamy o ich przestrzeganiu.

 

Wtyczka, głupcze

Przede wszystkim jeśli opuszczamy na dłużej (czyli praktycznie na okres powyżej jednego dnia) mieszkanie, a szczególnie jeśli udajemy się na wakacje, pamiętajmy o wyłączeniu z kontaktu nie tylko żelazek, lecz całego sprzętu AGD i RTV, w tym także i komputerów. Koniecznie także należy zakręcić zawór gazu.
Co zaś do żelazek i innych urządzeń nagrzewających się do wysokich temperatur – takich jak piecyki elektrycznego czy tostery – wyłączajmy je jak tylko skończymy z nich korzystać. Wydaje się to oczywiste, ale statystyki pożarnicze wciąż pokazują, że dochodzi do częstych pożarów w wyniku zostawienia włączonego żelazka czy grzałki.
Jeśli mamy problem z zapamiętaniem, czy na pewno to zrobiliśmy, warto po wyłączeniu odstawiać urządzenie w inne miejsce, oddalone od miejsca użytkowania, albo po prostu, wyłączając – powiedzieć do siebie głośno: „wyłączam żelazko”. Ułatwi to nam wydobycie tego momentu z ulotnej pamięci. Gorzej z papierosami – dlatego nie zostawiajmy nigdzie niedopałków, lecz po prostu wrzucajmy je do sedesu.

 

Kontrolujmy instalacje

Dużym ułatwieniem pozwalającym na poprawę bezpieczeństwa różnych urządzeń elektronicznych będzie połączenie ich do tzw. listwy przeciwprzepięciowej. Wtedy nie będziemy musieli wyciągać z kontaktów kolejnych wtyczek.
Listwa taka jest wyposażona we włącznik oraz bezpieczniki topikowe chroniące przed nadmiernym wzrostem natężenia prądu, a często także w stabilizator napięcia, który likwiduje mniejsze impulsy napięciowe.
Co może być ważne, taka listwa ochroni podłączony do niej sprzęt również przed zagrożeniami wynikającymi z wyładowań atmosferycznych.
Nie bez znaczenia dla naszego bezpieczeństwa jest również stan instalacji elektrycznych oraz gazowych. Pamiętajmy więc o regularnych kontrolach, które zgodnie z przepisami (Prawo Budowlane z dnia 7 lipca 1994 r.) powinny się odbywać co najmniej raz na pięć lat w przypadku instalacji elektrycznej oraz raz w roku w przypadku instalacji gazowej i przewodów kominowych. Wydaje się jednak, że nierzadko te terminy nie są zachowywane.

 

Kombinerki z izolacją

Ponadto, pod żadnym pozorem nie dokonujmy napraw na własną rękę, a zwłaszcza nie zastępujmy bezpieczników spinaczami, co wciąż niekiedy się zdarza.
W momencie wystąpienia jakiejś awarii zawsze korzystajmy z pomocy specjalisty, a jeśli jednak już koniecznie chcemy powalczyć z jakimś zwarciem, załóżmy rękawiczki i używajmy kombinerek posiadających dobrze izolowane uchwyty (zwykle jest na nich napis, że do 300 volt).
Każdy z domowników powinien również wiedzieć, w jaki sposób odciąć prąd lub gaz w sytuacji zagrożenia pożarem – co jednak może okazać się niewykonalne przy niesprawnie działających instalacjach.
Oczywiście nie wszystkie zagrożenia jesteśmy w stanie wyeliminować – jak na przykład te wynikające z uderzeń piorunów czy działania osób trzecich. W takich sytuacjach zawsze trzeba zawczasu przypominać sobie słowa premiera Włodzimierza Cimoszewicza sprzed ponad dwudziestu już lat, ale ciągle aktualne: „Trzeba było się ubezpieczyć”.

 

Polisa też się spali

Na szczęście coraz więcej Polaków ma świadomość czyhających ognistych niebezpieczeństw i decyduje się na stosowne ubezpieczenie mieszkania – z badania Kantar Public wynika, że aż 80 proc. z nas ma już taką polisę, obejmującą również skutki pożaru.
Co może być przydatne – szczególnie w związku z wspomnianą wcześniej potrzebą korzystania z usług specjalistów w momencie awarii instalacji – tego rodzaju polisy oferują obecnie również pakiety assistance. Dzięki nim możemy skorzystać z pomocy specjalistów naprawiających sprzęt AGD i RTV czy komputery, lub, co najważniejsze – instalacje elektryczne i gazowe.
Żadna polisa oczywiście nie ochroni nas przed ogniem, a najprawdopodobniej spali się razem z naszym mieszkaniem, ale przynajmniej dostaniemy wtedy jakieś odszkodowanie. Sami powinniśmy zadbać o bezpieczeństwo naszego domu. Takie rozwiązania jak zakup skutecznej gaśnicy czy zainstalowanie czujników dymu, mogą okazać się bardzo przydatne.
Przede wszystkim chodzi jednak o wpojenie właściwych zachowań, bo wtedy łatwiej uporamy się z ewentualnym zagrożeniem. Pamiętajmy, że skoro to my, ludzie, jesteśmy powodem większości pożarów, to także i my możemy zminimalizować ryzyko ich wybuchu.