Chronią pamięć mordercy

Nie milkną echa kuriozalnych usprawiedliwień białostockiej prokuratury w sprawie umorzenia śledztwa w sprawie propagowania faszyzmu.

 

Chodziło o uczestników III Marszu Żołnierzy Wyklętych w Hajnówce w lutym 2018 roku (strajk.eu pisał o tym tutaj), zorganizowanego przez skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne organizacje takie jak ONR, Patriotyczna Jagiellonia, Narodowa Hajnówka, Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości”. Jego uczestnicy nieśli symbole jednoznacznie w przestrzeni publicznej kojarzone z ideami faszyzmu: krzyże celtyckie, symbole Falangi, trupie główki takie same, jak ten noszone formacje SS. Marsz za głównego swojego bohatera wziął Romualda Rajsa „Burego”, odpowiedzialnego za mordy na ludności cywilnej.
Podczas samego marszu organy państwa nie reagowały na używaną przez jego uczestników symbolikę, więc Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar złożył w marcu zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstw podczas przejścia prawicowców, a mianowicie publicznego propagowania faszystowskiego ustroju państwa i znieważenia osób wyznania prawosławnego z Hajnówki. Policja umorzyła postępowanie, prowadzone pod nadzorem prokuratury we wrześniu tego roku. Prokuratura tę decyzję policji zaakceptowała trzy dni później. Teraz przyszedł czas na wyjaśnienia tej kuriozalnej decyzji, zaskarżonej zresztą przez RPO.
Prokurator rejonowy Karol Radziwonowicz uznał, że „Bury” był „postacią niejednoznaczną”, powołał się na jego rehabilitację przez sąd w 1995 roku. A skoro był niejednoznaczną postacią, to nie można go przedstawiać w sposób jednoznacznie negatywny. Zaś co do symboli, to cóż, trupia główka była elementem odznaki podziemia polskiego, a nie wiadomo jaki miała mieć kształt, więc nie można tez uznać, że to chodziło o symbol SS, krzyż celtycki zaś nie musi być symbolem rasistowskim, powołała się prokuratura białostocka na wyrok sądu z Warszawy, wprawdzie już dawno zakwestionowanego, ale to przecież nie szkodzi.
Wydaje się, że po uzasadnieniu, że swastyka jest hinduistycznym symbolem szczęścia, białostocka prokuratura chce przejść do historii jako ślepa na oczywiste fakty struktura wymiaru sprawiedliwości.

Dziadek Na listach koalicji SLD – Lewica Razem znalazło się wielu nietuzinkowych kandydatów i kandydatek. Warto ich poznać. „Dziennik Trybuna” rozpoczyna ich prezentowanie od tekstu nadesłanego przez kandydata na urząd prezydenta Białegostoku – Wojciecha Koronkiewicza.

Będę ubiegał się o wybór na prezydenta Białegostoku z listy SLD-Lewica Razem. Powinienem zatem napisać o mojej wizji miasta, ale jeszcze nie czas ku temu. Jeszcze Państwowa Komisja Wyborcza nie ogłosiła terminu wyborów. Jeszcze płoty są wolne od portretów kandydatów, a łamy gazet nie ociekają słodkimi słowami pełnymi obietnic. Uszanujmy to. Jeszcze się tego wszystkiego naczytamy i naoglądamy. Tymczasem więc opowiem o moim dziadku – maszyniście, akowcu, komuniście i… przemytniku. A przy okazji opowiem i o sobie.

 

Mój dziadek Piotr Fiedoruk urodził się 25 sierpnia 1912 roku w Starosielcach. Starosielce to dzielnica robotników i kolejarzy. Mój dziadek był kolejarzem.
W roku 1935 ktoś z rodziny wygrał na loterii. Nie wiem dokładnie ile, ale chyba dość sporo, bo postanowiono kupić kawałek ziemi w gminie Narewka. Tam też dziadek poznał babcię Leokadię. Babcia była z bardzo bogatego domu. Jej dziadek był carskim strażnikiem w Puszczy Białowieskiej. Dom był największy we wsi i chyba nawet mieli patefon! Nic zatem dziwnego, że młodzież z całej okolicy przychodziła do ich domu na tańce. Tak trafił tam też i dziadek. Było to 26 grudnia. Tydzień potem – na początku stycznia dawano już na zapowiedzi.
Skąd ten pośpiech? Czy Babcia była już w ciąży? Ależ skąd! W żadnym razie! Po prostu zakochali się w sobie bez pamięci. Choć Babcia miała już wówczas narzeczonego, choć dziadek był niższy od babci i znacznie, znacznie biedniejszy. Choć dziadek był prawosławny. Babcia machnęła ręką na wszystko, wyszła za dziadka i wyjechała! Przeżyli razem 60 lat!

 

 

Bo babcia widziała kiedyś miasto. Pewnego razu postanowiono kupić Jej nowe buty. Bladym świtem wsiadła na furmankę prowadzoną przez Żyda i jechała z nim przez wiele godzin, aby w mieście w sklepie kupić odpowiednie buty. Kiedy wracali z powrotem, zapadał już zmierzch. W domach zapalano lampy. I babcia patrzyła w te okna i widziała eleganckich ludzi siadających do stołów w eleganckich domach.
Ale nie uprzedzajmy faktów. 1 września 1939 roku wybuchła wojna. Dziadek był w wojsku i dostał się do sowieckiej niewoli. W obozie jenieckim woził ciężarówką-beczkowozem wodę z rzeki. Ale nie pozwolił sobie siedzieć w niewoli długo. Z kilkoma innymi jeńcami postanowił uciec. Uciekali przebrani za drużynę kolejową – szli z młotkami po torach omijając większe miejscowości. W czasie wojny dziadek należał do AK i pomagał partyzantom. Była już wtedy na świecie moja mama, która urodziła się w 1937 roku. To ona opowiadała zawsze o ludziach trzymanych w szafie kiedy sąsiadka przychodziła pożyczyć mąki. Zachował się też dokument wydany przez Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w 1947 r., że dziadek uczynił zadość warunkom amnestii.
Tymczasem babcia zapadła na gruźlicę. W tamtym czasie oznaczało to pewną śmierć. Trafiła do sanatorium. Niedługo Dziadek zostawił więc swoje dzieci – trzy córki – pod opieką sąsiadki i pojechał za babcią. W teczce wiózł odrobinę psiego smalcu. Słyszał, że to pomaga. Innych leków na gruźlicę nie było. W pociągu dziadek ustąpił miejsca starszemu człowiekowi. Ten, widząc jego zmartwienie, zapytał o powód smutku. „Moja żona umiera na gruźlice, a mam w domu trzy córki” – odpowiedział dziadek. Starszy człowiek okazał się być lekarzem. Wypisał dziadkowi receptę na antybiotyk. „Tylko niech Pan będzie przy dawaniu zastrzyków!” – pouczył go. Dziadek wysiadł. Poszedł do apteki, gdzie okazało się, że przepisany lek jest, ale kosztuje znacznie więcej niż dziadek posiadał.
Był w obcym mieście, nikogo tu nie znał. Poszedł więc do komitetu partii. Opowiada swoją historię, kładzie na stole receptę i dowód „Pożyczcie. Jak wrócę do domu to oddam”. I pożyczyli. Dziadek lekarstwo kupił, dopilnował zastrzyku, babcia wyzdrowiała.

Dziadek wstąpił więc do partii. Teraz pewnie wzruszycie ramionami. Bo pożyczka to nie była żadna zasługa partii, tylko człowieka którego dziadek spotkał wówczas w komitecie. Może tak, może nie. Dziadek był wdzięczny do końca życia. Kiedy przeszedł na emeryturę, na krótko został kontrolerem biletów w autobusach. Ale nie podobała mu się ta robota. Nie lubił ścigać ludzi. Dorabiał więc do emerytury jako przemytnik. Woził do Związku Radzieckiego ortalionowe parasolki, a stamtąd przywoził złoto. Nie było tego dużo. Ot kilka pierścionków za każdym razem. Pierścionki te do dziś zalegają w szufladach jego córek, czyli mojej mamy i moich cioć. Mama próbuje rozdawać je swoim dzieciom i wnuczkom, ale każdy tylko wzrusza ramionami. Nie ta moda. Nie ten szyk.
Część złota babcia sprzedawała na bazarze przy Bema. Lubiłem z nią siedzieć na tak zwanych „szmatach”. To była część rynku, gdzie sprzedawcy rozkładali swój towar na gazecie, a sami siedzieli na małym stołeczku. Siedziało się i rozmawiało. Patrzyło na ludzi. Kiedyś zobaczyłem swoją koleżankę z liceum. Trochę było mi głupio, że siedzę z babcią. Ona też się zawstydziła, że robi zakupy na szmatach. Ale szybko się do siebie uśmiechnęliśmy. Wtedy zrozumiałem, że biedy nie trzeba się wstydzić. Rozmaicie w życiu bywa.
Przekonałem się o tym po latach. Gdy straciłem pracę w telewizji i pojechałem do Nowego Jorku. Mieszkałem na Greenponcie w wynajętym pokoiku. Łazienka i kuchnia była wspólna. Mieszkałem z białostoczanami, którzy mówili „Panie Wojtku, gdyby nadal działał bazar, to my nigdy nie wyjechalibyśmy z Polski. Białystok to było Eldorado!’. To prawda. Kiedy był wolny handel i przyjeżdżali Rosjanie, na straganie przy Kawaleryjskiej ludzie robili majątki. Mój kolega miał stragan i garaż z dwoma maszynami produkującymi rajstopy. W sześć miesięcy kupił dom i mercedesa.
Jako student należałem do Pomarańczowej Alternatywy i wspólnie z kolegami z NZS-u uczestniczyłem we wszystkich strajkach studenckich. Raz weszliśmy do Komitetu Wojewódzkiego i zamknęliśmy go od środka. Domagaliśmy się, aby budynek zamienić na uniwersytet. Dziadek mieszkał na ul. Mistrzów Plonów, obecnie Kardynała Wyszyńskiego. Z Komitetu to dosłownie kilka kroków. Pobiegłem więc do dziadka na obiad. Zawsze kupował w hali na Bema kawałek mięsa i gotował kapuśniak. Dziadek podał mi swój odwieczny kapuśniak i choć doskonale wiedział, że przybiegłem z komitetu, to nie prawił mi żadnych kazań. Bardzo jestem mu za to wdzięczny. Myślę, że dziś byłby ze mnie dumny.
Zapytacie mnie – dlaczego Wam o tym wszystkim piszę? Bo bardzo bym chciał, aby Białystok był taki jakim zobaczyła go kiedyś moja babcia. Gdy postanowiła rzucić wszystko i wyjechać z niższym i biedniejszym od siebie narzeczonym. Bardzo bym chciał, aby Białystok był taki jak słyszałem w opowieściach w Nowym Jorku. Miastem pięknym, szczęśliwym i bogatym. Miastem katolików i prawosławnych, akowców i lewicowców, kolejarzy i przemytników. Tych co kupują na szmatach i tych co jeżdżą mercedesami. Aby każdego stać było na kapuśniak. I aby każdy czuł się tutaj jak w domu. Tak jak mój dziadek.

Prezydent zwykłych spraw

Znamy już oficjalnego kandydata SLD na prezydenta Białegostoku – to Wojciech Koronkiewicz, radny miejski.

 

Władze regionalne SLD niemal jednogłośnie poparły jego kandydaturę w walce o prezydenturę Białegostoku. Prócz tego Koronkiewicz cieszy się poparciem ruchów miejskich i innych organizacji społecznych (w tym białostockich przedstawicieli KOD i Obywateli RP).

 

 

– Białystok, kolejne miasto wojewódzkie, w którym SLD prezentuje naprawdę fajnego kandydata – powiedział Włodzimierz Czarzasty. – To ważne dla nas miasto, ale to też trudny dla nas region, jeśli chodzi o Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ale my jako jedna z czterech partii w Polsce, poza Platformą, poza PiS-em i PSL-em, wystawiamy listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej – Lewica Razem, we wszystkich 85 okręgach do Sejmików oraz w 350 powiatach. Łącznie 16 tysięcy ludzi.
Do tej pory start w wyborach samorządowych na stanowisko prezydenta miasta ogłosili: Marcin Sawicki z inicjatywy lokalnej Kocham Białystok, Tadeusz Arłukowicz z poparciem Kukiz’15, Katarzyna Sztop-Rutkowska z Inicjatywy dla Białegostoku oraz Tadeusz Truskolaski, obecnie urzędujący prezydent Białegostoku.
– Zrozumiałem, że bycie radnym to nie są zaszczyty, że bycie prezydentem to nie są fotele i awanse. To jest po prostu codzienna praca, ciężka praca, aby pomagać ludziom – powiedział mediom kandydat SLD.