Pokażę Wam Dwie Warszawy

Pierwsza z nich to nieremontowane latami, kiedyś piękne, zabytkowe, przedwojenne kamienice będące w zasobie miasta. Niektóre dalej opalane piecami kaflowymi, bez podłączenia do CO. Kamienice, których ścian nikt nie malował od co najmniej 30 lat. Z których odpadł już tynk. W których jest na klatkach ciemno, pachnie moczem i stęchlizną. Na podwórkach których na placach zabaw bawią się w chowanego tylko puste butelki oraz zupełnie się w nic nie bawią góry śmieci.
Pierwsza Warszawa nigdzie się nie spieszy. Tak, jak się umiera na raka w hospicjum: zachowując godność, ale jednak śmierdząc, nie kontrolując wydalania i nie mając siły zrobić wokół siebie samodzielnie już kompletnie nic. Zapach tych kamienic jest jak oddech stulatka – wątła nitka łącząca nas z daleką przeszłością.
Warszawa Druga niecierpliwi się. Jest młoda i głodna. Czeka, aż Pierwsza wreszcie zdechnie. Aż będzie można wyrzucić po niej zasikany tapczan i wstawić świeżutką sofę z IKEI, aż z kamienic grożących zawaleniem wreszcie ujdzie ostatnie tchnienie – aż ich lokatorzy wyjadą do Anglii lub miasto ich wykwateruje. Dlatego Druga od wielu lat nie dawała kasy na Pierwszą. Wiedziała, że tamta, prędzej czy później, umrze.
Pierwsza i Druga mieszkają 20 metrów od siebie – po przeciwnych stronach tej samej ulicy.
Po tej Drugiej powstają piękne, nowoczesne, w ch drogie apartamentowce. Wszystko jak z intro Blue Velvet Lyncha: kliniczne, pachnące cifem floral klatki, odchwaszczone ogródki i obleciane rafią balkony z technorattanowymi fotelami i suszarką na pranie. Wygracowane ścieżki, fontanna, bezpieczny plac zabaw, parking podziemny. Lux torpeda level deweloperka. No oczywiście, wsio OGRODZONE I MONITOROWANE.
A teraz, Moi Drodzy i Drogie, powiedzcie mi, jakie dzieciństwo będą miały dzieci mieszkające w Warszawie numer 1, a jakie w Warszawie nr 2?
Jak dzieci z tej Pierwszej będą się czuły, widząc rówieśników z drugiej strony ulicy bawiących się na zamkniętym dla „obcych” placu zabaw?
Czy myślicie, że spotkają się z nimi kiedykolwiek prywatnie i zamienią choć kilka zdań? Czy też będą chodzić do zupełnie różnych szkół, robić zupełnie gdzie indziej zakupy, spędzać gdzie indziej ferie i wakacje?
Kiedy już wyrosną z zabaw na placu i z rejonowej podstawówki, która tak czy owak musi przyjąć wszystkich, Pierwsi (przynajmniej część z nich) i Drudzy będą się starali o te same miejsca w liceach. Kto się dostanie? Kto będzie musiał, mimo ambicji, pójść do zawodówki, bo za słabo zda egzaminy? A kiedy ukończą te czy inne szkoły, to czy dom Pierwszych będzie jeszcze w ogóle stał?
Na wszystko spogląda z góry Rafał Trzaskowski (bilbord wisi po tej Drugiej stronie ulicy).

 

Autorka jest rzeczniczką prasową SLD. W wyborach samorządowych kandyduje na radną Rady Miasta Warszawy z listy nr 5 SLD Lewica Razem, z okręgu nr 7 obejmującego Targówek, Wawer i Wesołą.

Dług

Polscy seniorzy są zadłużeni ogółem na 7,3 miliarda złotych.

 

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biuro Informacji Kredytowej wskazują, że długi polskich seniorów po 65. roku życia to w głównej mierze niespłacone kredyty i pożyczki zaciągnięte na zakup niezbędnych leków, ale również zaległości w bieżących rachunkach.
Jak informuje prezes BIG InfoMonitor Sławomir Grzelczak, co osiemnasty senior nie reguluje płatności na czas, a średnie zadłużenie osoby po 64. roku życia to 21,23 tys. zł.
Portal money.pl podaje też, że w ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku, średnia kwota zadłużenia osób starszych urosła o 9 proc. Czyli wychodzi na to, że ilość pożyczek zaciąganych przez seniorów wciąż wzrasta.
W końcu leków nie kupi się raz: trzeba je przyjmować regularnie. BIG InfoMonitor przeprowadził badanie opinii publicznej, z którego wyszło, że zadłużeni inwestowali po prostu w zdrowie. 66 proc. ankietowanych seniorów miało przyznać, że pożyczone pieniądze wydało na leki, a 34 proc. – na prywatne leczenie i rehabilitację.
Rekordziści?
Pierwsze miejsce zajmuje 74-letnia mieszkanka Podkarpacie. Jest zadłużona na prawie 8 milionów złotych. Na podium znalazł się również 69-latek z Wielkopolski. On zalega tylko na 6. Trzecie miejsce zajmuje dłużnik na ponad 5 milionów złotych.
BIG Monitor zbadał również, w jaki sposób seniorzy w Polsce spędzają czas wolny, gdyż wydawałoby się, że za milionowe pożyczki grane będą egzotyczne podróże. A jednak wychodzi, że seniorzy w ankiecie mówili prawdę o tych lekach: w ramach rozrywki większość ogląda telewizję (41 proc.) i czyta książki, a także zajmuje się wnukami.

Świat od spodu (1) LIST Z WYSP

„Angielski sen” się skończył. Dziś zaczymamy „Świat od spodu”. To będzie opowieść o tym, jak na Wyspach przeżyć. Ale przede wszystkim o tym – jak wygląda świat, o którym zadowoleni z siebie przedstawiciele klasy średniej nie mają pojęcia. Dziś publikujemy pierwszy odcinek tego cyklu.

 

 

Zwolniony za to, że ujawniał łamanie praw pracowniczych? Takie rzeczy jak widać zdarzają się nie tylko w kraju nad Wisłą…

 

Do Radlett dojechałem autobusem. Miałem jeszcze do przejścia jakieś pięć, sześć kilometrów. Ostatni pociąg uciekł mi sprzed nosa. Dosłownie. Podjechał gdy jeszcze zmagałem się z biletomatem i mozolnie wbijałem litery: Elstree and Borehamwood. Wbiegłem na peron w momencie gdy już zamykały się drzwi. Szlag – pomyślałem i zrobiło mi się żal wrzuconych do automatu trzech funtów. Niby niedużo, ale przed godziną straciłem robotę, a po oddaniu długów zostało mi trochę ponad trzydzieści funtów. Trzy dychy na cały tydzień…
Musiałem pojechać okrężną drogą, bo po 22.00 nie miałem już żadnego, bezpośredniego połączenia do Borehamwood. Autobus do Radlett kosztował dwa funty osiemdziesiąt pensów, biletomat zażarł trzy czterdzieści. Wydałem ponad sześć funtów, a i tak muszę zapieprzać z buta. Najgorsze, że prawie nie znam tej drogi, raz tylko szedłem tędy ze znajomymi, ale byliśmy zajęci rozmową. Niewiele więc szczegółów zapamiętałem. Muszę przejść przez całą główną ulicę tego miasteczka, skręcić w lewo. Tylko gdzie? Miałem nadzieję, że jakiś detal przypomni mi w którym to było miejscu.
Wciąż miałem w głowie tę dziwną rozmowę z Petem i jego kuriozalną argumentację, że oni są zadowoleni z mojej pracy, ale to agencja postanowiła zerwać mój kontrakt. Minęła doba od mojej rozmowy z Davem i Alistairem. Mogli powiedzieć, żebym już nie przyjeżdżał, oszczędzili by mi przynajmniej kilka funtów i nocny bieg na orientację. Na szczęście nie było zimno, przynajmniej nie tak zimno jak poprzedniego dnia.
Spacer okazał się nawet całkiem przyjemny, a po drodze miałem czas by poukładać sobie wszystko w głowie. Opracowaliśmy z Grześkiem Walińskim nowy plan. I obaj zapaliliśmy się do jego realizacji. Projekt zakładał zmianę formuły „angielskiego snu” na prasowe reality shaw. Praca była ważnym elementem tego zadania. Jej utrata zmieniła jednak moje położenie. Muszę więc zdecydować czy mimo to podejmę ryzyko, czy też wracam do Polski? To ostatnie byłoby najprostszym ale i najrozsądniejszym wyjściem. Zamykamy cykl angielskiego snu, a ja wracam do kraju i rozglądam się za jakimś płatnym zajęciem.
Wariant pierwszy może wiązać się kilkudniowymi głodówkami, a przynajmniej niedojadaniem, ciągłym brakiem papierosów, życiem w ogromnym stresie, napięciu i wieczną niepewnością. Za pokój płacę 130 funtów tygodniowo, mam zaległość za jeden tydzień. Być może jeszcze jeden uda mi się wynegocjować i przełożyć zapłatę. Ale jeśli szybko nie znajdę zajęcia, to wkrótce wyląduję na ławce.
Nie wiem też jakie szanse mam na znalezienie jakiejkolwiek roboty. Jeśli w wypowiedzeniu wpiszą dyscyplinarkę, to skutecznie zamknie dla mnie brytyjski rynek pracy. Przynajmniej ten agencyjny. Zostaną zmywaki i robota na czarno. Podejmując decyzję, muszę założyć najgorszy dla mnie scenariusz. Nie znam do końca tutejszych realiów i nie sądziłem, że to co robię jest tak wielką „zbrodnią” w niepisanym kodeksie pracy. Tym bardziej, że nie interesują mnie ani same firmy, ani ich nazwy. Nie szukam sensacji. Nawet jeśli moje teksty dotrą do odpowiednich służb, nawet jeśli kontrole potwierdzą łamanie praw pracowniczych, mobbing czy nawet rasizm – to zamknięcie tego czy innego magazynu niczego nie zmieni. Nie poprawi losu nieszczęsnych imigrantów. Wręcz przeciwnie, dla kilkudziesięciu lub kilkuset będzie to tragedia, bo stracą pracę. A nie tego chcę.
Pięć lub sześć kilometrów na podjęcie bardzo trudnej decyzji. Było kilka minut po północy, gdy już zbliżałem się już do domu. Ostatecznej decyzji wciąż nie podjąłem. Przyjemny zapach pieczonego kurczaka przypomniał mi jak bardzo jestem głodny – przez ostatnią dobę zjadłem jedynie kanapkę. Rano nie miałem kasy, a potem zamierzałem coś wsunąć w zakładowej kantynie. Ale nawet się do niej nie zbliżyłem. Przystanąłem na chwilę, przeleciało mi przez głowę żeby wejść i coś zjeść. Wciąż miałem w kieszeni te trzy dychy, w domu też nie było nic do jedzenia. Taki zapach dla kogoś głodnego i bez kasy to tortura. Wiedziałem już co mnie czeka jeśli zdecyduję się kontynuować plan.
Weekend przeleciał błyskawicznie. Kilka osób z pracy zadzwoniło ze słowami wsparcia, byli zaskoczeni moim zwolnieniem. To bardzo budujące, dziękuję. Nie wymienię Waszych imion żebyście nie mieli kłopotów.
Nadrabiałem zaległości senne i gromadziłem kontakty. Obdzwoniłem znajomych, przygotowałem plan działania na najbliższy tydzień i zacząłem sprawdzać w praktyce swoją wymowę zdania – I’m looking for a job – szukam pracy. Robiłem wszystko żeby zająć głowę i nie pozwolić by pytanie – co dalej? – sparaliżowało moje działania. Jeśli poddam się takim myślom, to bardzo ciężko będzie potem podnieś się z łóżka i ruszyć do działania. Znam siebie.
Odwiedzałem okoliczne knajpy, fast foody i małe sklepy. Zacząłem od tych, gdzie bywałem jako klient i gdzie już mnie rozpoznawali. Właścicielami większości są Turcy, a z jednym wiele razy rozmawiałem. Poznaliśmy się, gdy kupowałem owoce. Miłośnik prozy Pamuka i zażarty przeciwnik Erdogana. Podobnie jak ja, mieliśmy więc o czym gadać. Chodziłem tak od drzwi do drzwi, od sklepu do knajpy i odwrotnie. Na pytanie czemu już nie pracuję, odpowiadałem że agencja nierzetelnie płaci i sam odszedłem.
W kilku miejscach zostawiłem swój numer telefonu. Poza tym bez większego rezultatu, ale zadowolony, że przełamałem pierwszą barierę czekałem poniedziałku.
Na terenie Zjednoczonego Królestwa funkcjonuje sieć banków żywności – food bank. Nie miałem jednak pojęcia na jakich zasadach one działają, ani jak i komu wydają tam jedzenie. Myślałem, że trzeba mieć jakieś specjalne kwitki czy skierowanie, trzeba być Anglikiem, albo mieć jakieś oficjalne pozwolenie na pobyt itp. Same wątpliwości. Postanowiłem jednak zaryzykować. W internecie znalazłem adres najbliższej placówki. Okazało się, że jest tuż obok miejsca, w którym mieszkam. W poniedziałki otwarte od 13.00 do 15.30.
Kilka minut po pierwszej zameldowałem się pod tym adresem. Zaplecze jakiegoś kościoła. Stałem kilka minut przed budynkiem zmagając się z zażenowaniem, wstydem i tremą. Nie bardzo wiedziałem nawet jak się dogadać. Składałem w głowie pojedyncze słowa, żeby ułożyć sensowne zdanie. Zerknąłem do słownika w telefonie. Robiłem wszystko żeby przedłużyć stanie i oddalić moment wejścia. Musiałem jednak iść i przynajmniej spróbować. Musiałem się przełamać – chociaż to naprawdę nie było łatwe. Z trzydziestu funtów została już tylko dycha, a jutro food bank nieczynny. Została dycha i coraz większa obawa czy dostanę jeszcze wypłatę z agencji. Są mi winni za niecałe dwa tygodnie pracy, ale jeśli poczuli się tak dotknięci tym, że podniosłem głos na managera i wpiszą mi dyscyplinarkę? Cholera wie, mam dychę i najmniejszej pewności czy ujrzę kiedykolwiek swoje pieniądze.
Ledwo i wbrew swojej chęci natychmiastowego odwrotu, przełamałem wszelkie opory i pewnym krokiem wszedłem. Pewny krok zmniejsza tremę. Kobieta w średnim wieku zapytała w czym może pomóc. Powiedziałem, że jestem głodny, nie mam już pracy i mieszkam w Anglii od pół roku. Spytała czy mam bilety albo voucher. Nie miałem i przekonany, że nic już nie uzyskam zamierzałem wyjść, ale przytrzymała mnie za łokieć i pokazał przez okno budynek naprzeciwko – jakiś urząd, chyba Council. Powiedziała żebym tam poszedł, w okienku dadzą mi voucher, a bilety oni już tutaj wyrobią. Super, pomyślałem chociaż nie bardzo wiedziałem o co chodzi, postanowiłem wykonać jej polecenie. Pod drzwi urzędu podprowadził mnie nawet jeden mężczyzna, który wyszedł obarczony siatkami.
Pani w okienku wypytała o moje dane, od ręki wystawiła czerwony voucher i z tym kwitkiem wróciłem do food banku. Trwało to nie dłużej niż pięć minut. A same formalności może dwie minuty.
Na miejscu kilka wolontariuszek zajmowało się obsługą. Sala wypełniona była ludźmi, najwyraźniej wszyscy już się znali. Siadłem nieśmiało – chciałem w rogu, ale stół był okrągły – i czekałem. Jedna zapytała czy chcę kawę czy herbatę, poprosiłem herbatę. Kolejna przysiadła się obok i zaczęła wypełniać mój kwestionariusz. Ponownie podałem swoje dane, co ważne nikt nie chciał żadnego dokumentu. Wciąż jednak nie wiedziałem czy coś dostanę, czy odejdę jedynie z kwitkiem.
Po wypełnieniu papierów kobieta powiedziała, że mogę sobie spokojnie wypić herbatę, siedzieć jak długo chcę i ponownie przyjść we środę. Nic już nie rozumiałem, dali herbatę, pozwolili posiedzieć i zaprosili na środę? Fajnie, chociaż liczyłem na żarcie. Przypomniał mi się film „Ja, Daniel Blake” i zmagania bohatera z tego typu placówkami i pracownikami pomocowymi.
Zdezorientowany szykowałem się już do wyjścia, kiedy podsunęły w moim kierunku wózek wypełniony siatkami z jedzeniem. Ta, która spisała mój kwestionariusz powiedziała, że to racja na trzy dni i że kolejną dostanę we środę. Pięć toreb pełnych jedzenia i siatka chemii. Ilość tak duża, że nawet pracując nie mógłbym sobie na to wszystko pozwolić. Nawet kawa, sok jabłkowy, kilka paczek ciastek i cukierki. Mimo, że niedaleko od mojego mieszkania, to i tak trzy razy stawałem żeby odpocząć. Nie mogłem uwierzyć. Coś jednak tu działa. I to naprawdę dobrze. Jeden problem odpadł – głodować nie będę.

c.d.n.

Idole opozycji

Kolejnych idoli obozu antypisowskiego wyznacza prezes Kaczyński.

 

Po sukcesie Dudy, nieoczekiwanej porażce Komorowskiego, ogórkowej kompromitacji SLD było jasne, że Polacy są gotowi uwierzyć Beacie Szydło, zwiastującej „dobrą zmianę”. Zwłaszcza że zmiana miała nastąpić także w PiS, które schowało budzących największą nieufność Kaczyńskiego i Macierewicza, i gwarantowało, że nie znajdą się w przyszłym rządzie.

 

Państwo teoretyczne

W Polsce nie było już Tuska, ale wciąż trwała atmosfera wywołana aferą taśmową. Wyborcy pamiętali diagnozę ministra Sienkiewicza, według której flagowy okręt PO, Polskie Inwestycje Rozwojowe, to „chuj, dupa i kamieni kupa”, a „państwo polskie istnieje jedynie teoretycznie”. Chcieli, żeby zaistniało naprawdę i wreszcie zatroszczyło się nie o beneficjentów transformacji, ale o najbiedniejszych. Skala nędzy, o której wszystkie rządy nie chciały wiedzieć, była ogromna.
W ocenie Banku Światowego, za rządów PO-PSL ok. 3 mln obywateli, w tym prawie 800 tys. dzieci, egzystowało w sferze skrajnego ubóstwa, czyli poniżej granicy biologicznego przetrwania. W 2015 r. wynosiła ona 545 zł dla gospodarstwa jednoosobowego i 1472 zł dla czteroosobowej rodziny. Natomiast poniżej minimum socjalnego (w 2015 r. odpowiednio 1080 zł i 2915 zł) żyło 43 proc. Polaków (16 mln). Dotyczyło to aż 42 proc. pracujących. Nawet jeśli niektórzy z nich dostawali od pracodawcy jakieś dodatkowe, nieopodatkowane i nieozusowane pieniądze, i tak są to dane porażające.

 

Polska w ruinie

Trudno się dziwić, że ludzi szlag trafił, kiedy dowiedzieli się od ministerki Bieńkowskiej, że za 6 tysięcy zł pracuje tylko idiota. I tym bardziej zachwycił ich program 500+. Nie licząc złodziejskiego Programu Powszechnej Prywatyzacji, po raz pierwszy ktoś chciał im dać konkretne, wcale niemałe pieniądze. I to na każde dziecko. Jeśli dodać do tego agresywną, oszczerczą kampanię („Polska w ruinie”), a przede wszystkim zdecydowane poparcie Kościoła i Radia Maryja, wynik wyborów był przesądzony. Oczywiście nie byłby tak fatalny w skutkach, gdyby SLD-Lewica Razem przekroczył 8-procentowy próg wyborczy. Zabrakło kilkudziesięciu tysięcy głosów i PiS zgarnął 30 lewicowych mandatów. Nie wystarczyło do większości konstytucyjnej, ale zapewniło bezwzględną i samodzielne rządy. Pierwsze od 1989 r.
Po złamaniu obietnicy, że Macierewicz nie będzie ministrem obrony, reszta poszła łatwo, bo zwycięzcy pozbyli się wszelkich hamulców. Uznali, że pod osłoną programu 500+ mogą sobie pozwolić na wszystko. Jak bezczelnie powiedział Mateusz Morawiecki, jeszcze jako minister finansów, „oczywiście, że prawo nie jest najważniejsze”. W demokratycznym państwie byłby skończony, w kaczystowskim awansował na premiera.

 

Rzepliński

Wobec ogromu bezczelności, do której z czasem doszło zwyczajne chamstwo, opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna, okazała się bezradna. Działania, które podejmowała, były jedynie odpowiedzią na to, co robili kaczyści. Nawet kolejni idole opozycji byli wyznaczani przez prezesa Kaczyńskiego. Wyjątek stanowi Mateusz Kijowski, który wraz z zainteresowaniem służb kaczystowskiego państwa stracił społeczne poparcie. Jest to zarazem swoisty fenomen, który sam się wykreował i własnoręcznie zniszczył.
Pierwszym wykreowanym przez PiS idolem opozycji był prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego. Dopóki partia rządząca nie zagięła na profesora parolu, mało kto w Polsce w ogóle wiedział o jego istnieniu, a ceniony był głównie przez Watykan. W 2015 r. za zaangażowanie w pracę na rzecz Kościoła papież Franciszek, na wniosek kard. Nycza, przyznał mu medal Pro Ecclesia et Pontifice. Tym samym profesor znalazł się w gronie stu kilkudziesięciu nagrodzonych Polaków, wśród których są Paweł Adamowicz, Tomasz Arabski, Alicja Grześkowiak, Michał Seweryński, Wojciech Szczurek. Odznaczenie jest w pełni zasłużone, bo prof. Rzepliński zawsze miał na względzie interesy Kościoła. Jak powiedział, odbierając medal: „Jestem Polakiem, chrześcijaninem i katolikiem”. Dopiero bezpardonowy atak PiS uczynił go obywatelem i obrońcą konstytucji.

 

Gersdorf

Kolejnym idolem opozycji została prof. Małgorzata Gersdorf. Proces przebiegał z oporami, bo na początku I prezes Sądu Najwyższego nie bardzo potrafiła się odnaleźć w roli bojowniczki o niezawisłość polskiego sądownictwa. 18 września 2017 r. uczestniczyła w Pałacu Prezydenckim w zaprzysiężeniu sędziego dublera TK Justyna Piskorskiego, wybranego przez PiS. W związku z głosami oburzenia, że to legitymizuje niekonstytucyjne działania PiS, rzecznik SN wydał następujące oświadczenie: „W imieniu pani profesor Małgorzaty Gersdorf proszę o przyjęcie zapewnienia, że w trudnym okresie stresów i przepracowania, każdemu z nas zdarzają się kroki podjęte bezrefleksyjnie, z przeoczeniem specyficznych uwarunkowań, które powinny być brane pod uwagę w działalności publicznej I prezesa Sądu Najwyższego”.
Do bezrefleksyjnych należy też zaliczyć część wypowiedzi I prezes SN w Federalnym Trybunale Sprawiedliwości w Karlsruhe i na zorganizowanej tam konferencji prasowej. W wykładzie „Państwo prawa w Polsce – stracone szanse?” zawarła taką ocenę polskiej historii: „Mogłabym mówić długo o polskich doświadczeniach historycznych ostatnich dwustu lat, które kładą się długim cieniem na współczesnych sporach narodowych, choć chyba nie ma to sensu, bo takie mroczne zakamarki kryją się w duszy każdego narodu. Nie mam natomiast wątpliwości, że najbardziej rujnujące doświadczenie, okres czterdziestu pięciu lat rządów realnego socjalizmu, nadal ciąży nam jak kamień u szyi”.
To typowa nowomowa III RP. Obraźliwa dla milionów Polaków, którzy odbudowali po wojnie swój kraj, żyli w nim i pracowali. Jest namiętnie stosowana także przez prezesa Kaczyńskiego i ministra Ziobro do uzasadniania m.in. niszczenia wymiaru sprawiedliwości, w tym Sądu Najwyższego.
Prof. Gersdorf została okrzyknięta i przyjęła na siebie rolę drogowskazu, ale sama nie podąża w kierunku, który wskazuje. Obrońcy demokracji oczekiwali, że będzie niezłomnie trwała na stanowisku. Toteż, kiedy dość bezradnie zapytała: „Mam się przykuć do biurka?”, zawsze niezawodny sędzia Igor Tuleya odpowiedział: „Tego się po pani prezes spodziewaliśmy”. Z pewnością zaś nie oświadczenia z Karlsruhe: „Sędziowie nie mają wojska. Sędzia zawsze przegra z władzą. Będzie tak, jak będzie. (…) Mogę tylko trwać, trwać w tym swoim mniemaniu, że jestem I prezesem, natomiast nie ma takiej możliwości, żeby sędzia, i to jednak kobieta, według władzy stara, mogła się przeciwstawić wszystkiemu. (…) Będę I prezesem na uchodźstwie”. To dowcipne, ale nie załatwia sprawy, bo SN potrzebuje prezesa na miejscu.

 

Konstytucja

Niekwestionowanym idolem nieosobowym została Konstytucja. Podobnie jak obydwojga profesorów prawa, w momencie podjęcia obrony prawie nikt nie znał jej treści, a zdecydowana większość nie zna nadal. Oczywiście, pomimo to warta jest obrony, ale nie dlatego, że taka dobra, a dlatego, że pisowska będzie stokroć gorsza. Znowu walczymy o mniejsze zło. Kiedy wreszcie opowiemy się za dobrem? Choćby też tylko mniejszym.
Niewykluczone, że dopiero wtedy, kiedy opozycja samodzielnie wykreuje swojego idola. Niestety, nic nie wskazuje, żeby nastąpiło to przed przyszłorocznymi wyborami.

Zasiłek – prawem człowieka

Wielu ludzi, którzy przychodzą do nas ze swoimi kłopotami, nigdy nie udało się do pomocy społecznej.

 

Twierdzą, że „jeszcze tak nisko nie upadli” Utożsamiają korzystanie z zasiłków z żebraniem. Wielu z nich wpadło w łapy lichwiarzy, żeby tylko nie przeżyć upokorzenia, na jakie naraziłoby ich skorzystanie z pomocy finansowej państwa czy gminy.
Istnieje pogląd, że tylko lenie i pijacy sobie nie radzą. Dlatego klienci Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej często już od drzwi oznajmiają, że nie są patologią, że całe życie ciężko pracowali, a to, że dzisiaj grozi im eksmisja, licytacja mieszkania, odebranie dzieci z powodu złych warunków mieszkaniowych, to wynik nieszczęśliwego splotu okoliczności. Często ci ludzie dają wyraz swej pogardzie dla tych, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji niejako na własne życzenie.
Fikcja, że w panującym systemie każdy pracowity człowiek „musi sobie poradzić”, a jeśli tak się nie dzieje to jest to wyjątek od reguły sprawia, że ludzie ze wstydu nie kierują się tam gdzie powinni czyli do ośrodków pomocy społecznej.
Jest jednak i drugi powód. W bardzo wielu, jeżeli nie w większości placówek pomocy społecznej pracownicy poniżają ludzi zwracających się o pomoc. Przykład: samotna matka piątki dzieci zajmuje pustostan, żeby wyjść z bezdomności. Przychodzi pracownica socjalna i pyta: gdzie są tatusiowie? Nie wie, że ojciec tej piątki dzieci miesiąc wcześniej zmarł na wylew w Markocie i leżał kilka godzin na podłodze w czarnym worku, zanim odpowiednie służby przyjechały go stamtąd zabrać. I że wdowa dlatego zajęła pustostan, że ta tragedia przepełniła kielich goryczy. Pracownica socjalna zakłada, że wielodzietność jest wynikiem alkoholizmu, złego prowadzenia się i częstej zmiany partnerów. Bo przecież „prawdziwa, bogobojna rodzina nie mogła się znaleźć w takiej sytuacji.” A jednak się znalazła. Bardzo często samotne matki, czy w ogóle biedne rodziny unikają kontaktów z „opieką” w obawie przed wszczęciem postępowania odebrania praw rodzicielskich z powodu biedy.
Twierdzenie, że ludzie ubodzy są sami sobie winni to kłamstwo, w które niestety w wierzy większość niezamożnych Polaków. A to przecież pretekst, żeby im jak najmniej pomagać.