Przegrana nie do końca

Przeciwko uchwale w sprawie umowy wynegocjowanej przez rząd Theresy May z UE określającej warunki Brexitu zagłosowało 432 posłów Izby Gmin przy zaledwie 202 głosach poparcia (większość wynosiła 230 głosów). Mówi się, że to najwyższa porażka urzędującego premiera w historii brytyjskiego parlamentaryzmu. Mimo to konserwatywna premier okazała się „niezatapialna” i jej rząd przetrwał głosowanie nad wotum nieufności.

Wniosek o wotum nieufności zapowiedział Jeremy Corbyn tuż po wtorkowym głosowaniu. Torysi jednak zwarli szeregi. Niespodziewane było także poparcie ze strony północnoirlandzkiej partii DUP.

Choć wydawać by się mogło, że po tak sromotnej klęsce i kompromitacji rządu los Theresy May był przesądzony, ale okazało się, że poparcie dla wotum nieufności wyraziło 306 posłów; przeciwko było 325 deputowanych Gdyby dziesięciu deputowanych DUP zagłosowało wraz z opozycją, to szefowa rządu przegrałaby jednym głosem. Jest to o tyle zrozumiałe, że upadek rządu May oznaczałby przedterminowe wybory, a te według wszelkiego prawdopodobieństwa by mogły skończyć się dla torysów niewesoło, nawet jeśli wielu z nich nie godzi się na umowę z UE. Poparcie DUP będzie jednak miało swoje konsekwencje, gdyż akurat DUP ma bardzo zasadnicze stanowisko wobec Brexitu i nie godzi się na żadne koncesje względem UE w sprawie granicy między Irlandią Północną a Republiką Irlandii.

Po głosowaniu premier may zapowiedziała, że podejmie rozmowy ze wszystkimi partiami w sprawie znalezienia kompromisu w sprawie warunków Brexitu. Nie zamierza też z wychodzenia z Unii rezygnować – podkreśliła, że referendum obliguje Izbę i rząd do jego przeprowadzenia, zatem to, o czym można rozmawiać to warunki, nie zaś pytanie, czy wychodzić, czy zostać. Drugie referendum zatem się nie zapowiada.

Czas jednak ucieka i prawdopodobnie Wielka Brytania musiałaby zwrócić się do Brukseli o przedłużenie art. 50 – który jasno określa, ile czasu kraj opuszczający Wspólnotę i Bruksela mają na ustalenie zasad rozwodu. Zgodnie z nim Brexit ma się stać faktem 29 marca tego roku. Wniosek o przedłużenie art. 50 dałby obu stronom czas na porozumienie – czy to w przypadku negocjowania kolejnej umowy. Problem w tym, że Unia uważa, że warunki zostały ustalone i nie będzie się otwierać ponownie negocjacji w ich sprawie. A to oznacza Brexit bezumowny, czyli rozwiązanie dla Londynu bardzo niebezpieczne, którego konsekwencje trudno przewidzieć. Drugą ewentualnością byłaby decyzja o pozostanie Zjednoczonego Królestwa w UE, czyli ponowienie referendum – co oczywiście byłoby niemożliwe do przeprowadzenia w ciągu niewiele więcej niż dwa miesiące.

Do porzucenia samej idei Brexitu namawia Londyn przewodniczący rady europejskiej Donald Tusk, który zasugerował, że w tych okolicznościach Zjednoczone Królestwo powinno całkowicie go odpuścić. Można to odczytać jako sygnał zachęty do pozostania w Unii i że w takiej sytuacji, uznając iż zmieniają się warunki wstępne, Bruksela byłaby skłonna przychylniej spojrzeć na propozycje Londynu.

Przypomnijmy, że w przeszłości Bruksela wręcz naciskała na swoje państwa członkowskie w sprawach powtarzania referendów, jeśli ich wynik był nie po jej myśli.

 

Którędy, Europo?

Z europosłanką Marią João Rodrigues, wiceprzewodniczącą frakcji Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów (S&D), rozmawiają Piotr Gadzinowski i Grzegorz Waliński.

 

Czy lubi pani Fado?

Jestem Portugalką, ale w kategoriach emocjonalnych nie jestem jego największą wielbicielką Fado. To specyficzna tradycja Portugalii, wywodząca się ze splotu różnych wpływów kulturowych, ale jest smutne. A ja nie bardzo przepadam za takim stanami emocjonalnymi. Bliższe są mi emocje ludzi, którzy wyglądają ku lepszej przyszłości. To także część portugalskiej tradycji.

 

Moje pytanie nie było jednak przypadkowe. Pani jest z jednej strony Europy, ja – z drugiej strony Unii Europejskiej. Chcą się do niej dostać setki tysięcy ludzi, często ryzykując swoje życie. Z drugiej strony ci, którzy są w UE, coraz bardziej jej nienawidzą. Dlaczego?

Bardzo długo Unia Europejska była bardzo atrakcyjna. Wiele nowych państw chciało do niej dołączyć. To się jeszcze nie skończyło. Kraje bałkańskie, które jeszcze do Unii nie należą, nadal mają takie ambicje. Zatem nadal jest ona projektem atrakcyjnym. Muszę jednak przyznać, że Unie nie nie spełnia wszystkich oczekiwań, jakie w niej pokładamy. Potrzebujemy więc innej Unii. Myślę, że teraz nadszedł czas, aby postępowe siły zjednoczyły się w Europie, aby zmienić kierunek jej rozwoju. To jest konieczne. Musimy zmienić Europę.

 

Dziś uczestniczyliśmy w konferencji zatytułowanej „Za zjednoczoną Europą Socjalną”. Mówiono tam, że jesteśmy razem, że wracamy do starych wartości Unii, ale wielu uczestników tej dyskusji miało do tego wyraźnie sceptyczny stosunek. Że to tylko takie frazesy. Pojawia się więc pytanie, czy my, socjaliści, powinniśmy podtrzymywać ten stan Unii Europejskiej, czy mamy go zmieniać. Bo przez wielu naszych krytyków jesteśmy – jako Postępowi Socjaliści i Demokraci – postrzegani jako beneficjenci, rentierzy „dobrej” Unii. Jak mamy ją więc zmieniać.

To była konferencja na naprawdę wysokim szczeblu. Uczestniczyłam w wielu konferencjach na podobne tematy w całej Europie, mam zatem skalę porównawczą, aby powiedzieć, że to w czym brałam udział dziś to nie było prawienie okrągłych frazesów. Na dzisiejszej konferencji udało nam się określić nowe cele przed nami i potrafiliśmy przedstawić przygotowywane przez nas rozwiązania, dzięki którym zmienimy kierunek, w którym zmierza Europa. A potrzebne są konkrety. Jesteśmy pomiędzy globalnymi potęgami. Niektóre z nich zatapiają się w nacjonalistycznych iluzjach. Mówię tu o takich sprawach jak „America First”, ale też o tym jak swoją rolę w świecie widzą Chiny czy Rosja. Musimy zapewnić warunki, w których nasz europejski sposób życia będzie respektowany i będzie mógł trwać. To ważny powód sprawiający, że Unia Europejska musi być silna. Tylko w ten sposób będziemy w stanie rozmawiać z innymi globalnymi siłami, powiedzieć im, że my chcemy tu żyć tak jak żyjemy i oczekujemy, że to zostanie uszanowane. To musi być wyraźnie stawiane podczas negocjowania wielkich umów handlowych. Jest to oczywiste, że jeśli chcemy aby te umowy wpisywały się w nasze standardy, również nasze standardy stosunku ochrony środowiska, musimy używać pełnej siły Unii. Żadne z państw europejskich, nawet najsilniejsze,nie będzie miało tej siły negocjacyjnej.

Drugi powód, to skuteczność naszych działań wobec zmiany klimatu. Dziś dla każdego jest oczywiste, że ona następuje. Przyjęta została Deklaracja Paryska wyznaczająca nowe standardy, i Europa wzięła na siebie rolę lidera ich wcielania w życie. Ma to kluczowe znaczenie dla uratowania naszej planety. Chcemy też wspierać ludzi dotkniętych tą polityką. Jeśli pracownicy tracą miejsca pracy na skutek wdrażania nowej polityki energetycznej, jest oczywiste, że muszą oni otrzymać wsparcie umożliwiające im znalezienia nowego zatrudnienia. Tak rozumiem postępowe, europejskie podejście do zmiany polityki energetycznej.

Trzeci obszar, nie mniej istotny, ważny przede wszystkim dla młodych ludzi, to transformacja cyfrowa. W tym zakresie nasze podejście jest bardzo różne od tego, jak widzą tę sprawę Amerykanie czy Chińczycy. Wiemy, że chińska polityka w tym zakresie nie respektuje wolności osobistych, w Stanach Zjednoczonych prywatne dane osobowe są wykorzystywane w celu generowania zysków dla wielkich operatorów cyfrowych. Tymczasem podstawą podejścia europejskiego jest ochrona prywatności, zapewnienie, że nikt nie będzie manipulował naszą demokracją. W naszym rozumieniu rewolucja cyfrowa dokonująca się na naszych oczach ma służyć poprawie jakości życia, poprawić dostęp do służby zdrowia, do edukacji, do usług publicznych, do poprawy naszej samorządności. Wierzę głęboko, że tym okresie PES powinna stać się liderem zmian wynikających z transformacji naszego cyfrowego otoczenia w Europie.

 

Wszystko wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości globalna sytuacja będzie wyglądać tak, że jej aktorami będą Unia Europejska, Stany Zjednoczone i Chiny. W jakimś stopniu może też Rosja i Indie. A tymczasem UE nie ma nadal wspólnej polityki wobec Chin. Chiny preferują stosunki bilateralne, czyli rozgrywają poszczególne państwa. Wręcz przekupują je, oferując duże kontakty. Na przykład na zakup samolotów od Airbusa, innych technologii od Niemiec. Jednocześnie, jeżeli się pojawi jakaś okazja, ja ta dzięki której Chiny mogą kupić port w Pireuse, traktują to jako soldy. W rezultacie UE jako całość jest wobec Chin dość bezbronna.

Należy wyjaśnić, na czym polega europejska strategia rozwijania stosunków z Chinami. Nie ulega wątpliwości, że są one jednym z najważniejszych graczy na świecie, a będą jeszcze ważniejszym. Pierwsza rzecz, to potrzeba bardziej skoordynowanego stanowiska. Musimy też monitorować chińskie inwestycje bezpośrednie w Europie. Generalnie, musimy zwracać uwagę na to, czy zewnętrzni inwestorzy w Europie nie naruszają naszych strategicznych interesów. Musimy panować nad naszą przestrzenią, która nie jest tylko rynkiem czy strefą walutową. Unia Europejska musi więc zachowywać się jako wspólna, geopolityczna jednostka. I powinno się to opierać tylko na grze ekonomicznych interesów, ale podlegać demokratycznej kontroli i brać pod uwagę również wymiar społeczny i kulturowy. Najwyższy czas, aby Unia stała się wreszcie takim organizmem strategicznym. Z tego powodu musimy określić spójną strategię wobec innych globalnych graczy. Jeśli idzie o Chiny, chcę przypomnieć, że mamy z nimi strategiczne partnerstwo. Brałam udział w przygotowaniach do europejsko-chińskich szczytów. Musimy powiedzieć stronie chińskiej, że oczekujemy wzajemności, że nie mogą oczekiwać od nas pełnego otwarcia naszego rynku podczas gdy swój trzymają zamknięty. Z drugiej strony muszę podkreślić, że należy przede wszystkim skupić się na pozytywnych aspektach współpracy między Europą a Chinami i je przede wszystkim rozwijać. Skupić się na tym, co jest naszym wspólnym interesem. Chiny zobowiązały się wdrażać porozumienie paryskie i agendę na rzecz trwałego rozwoju. Chiny pojęły wysiłek, aby stworzyć spójny system ochrony społecznej. W naszym najlepiej pojętym interesie jest, aby Chinom udało się te cele zrealizować. Podniesienie standardów społecznych w Chinach zmniejszy ich skłonność do dumpingu i wpłynie na zrównoważenie ich konkurencyjności w stosunku europejskiego modelu społecznego. Dlatego to są obszary, w których musimy z Chinami współpracować. Musimy także zachęcać na Chiny aby wspierały system światowy oparty na wielostronności, na który czynią zakusy takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Rosja. Ostatnia sprawa związana jest z chińskim projektem Jedwabnego Pasa i Szlaku. To nie jest tylko frazeologia. To projekt, dzięki któremu Chiny chcą zdefiniować swoje miejsce w świecie. Na ten projekt Unia powinna odpowiedzieć równie ambitnym projektem. Musimy wspierać naszych sąsiadów, starać się ustanawiać pokój i inspirować rozwój wśród nich. Odnosi się to do Bałkanów, także do Ukrainy, ale też do Afryki.

 

Prezydent Trump publicznie cieszył się z Brexitu. Kiedy do niego dojdzie, UE straci państwo, które nie tylko jest wielką gospodarką, ale dysponuje i bronią jądrową i wielką armią. Czy zatem Unia powinna budować własne siły zbrojne, skoro dotychczasowy sojusznik – USA – jest wobec UE sceptyczny, a jeden z jej filarów wypada poza nią. Czy my, socjaliści, powinniśmy popierać budowanie wspólnej europejskiej armii?

Proszę mi pozwolić zacząć od powiedzenia kilku słów o Brexicie. Musimy respektować podjętą w demokratyczny sposób decyzję Brytyjczyków. Należę jednak do tych, któzy są zdania, że była ona podjęta w oparciu o mylące informacje, albo wręcz brak informacji. Co się rzeczywiście stanie – nie wiemy, bo nadal czekamy na decyzję brytyjskiego parlamentu. Dopiero po niej nastąpi decyzja Parlamentu Europejskiego. Dostrzegamy, że administracja prezydenta Trumpa w sposób jednoznaczny wspiera zerwanie Wielkiej Brytanii z UE, co wskazuje, że że założeniem jej polityki jest dzielenie Unii, jej osłabianie. Tu sygnał głębokiej zmiany amerykańskiej polityki, która dotąd zawsze wspierała UE i sprzyjała europejskiej integracji. Dlatego PES zupełnie otwarty krytykuje stanowisko prezydenta Trumpa. Jeśli prezydent Tramp powiada, że Brexit może być przykładem dla innych członków Unii, uważam że to zupełnie błędne podejście. Wierzę, że za tym przykładem nikt inny nie podąży. Wszystkie sondaże opinii to potwierdzają. Obywatele Europy mogą być krytyczni wobec Unii, ale wiedzą też, że jest im potrzebna. A to wielka różnica.
Druga sprawa polega na tym, że Brexit zaowocował pewnym paradoksem. Właśnie wobec Brexitu i polityki prezydenta Trumpa staje się powodem, dla którego Europa tym bardziej powinna tworzyć własny potencjał obronny. Nie w takim rozumieniu, że miałby on zastąpić NATO, ale je uzupełnić, równocześnie dając nam autonomię w podejmowaniu decyzji. Z tego powodu widać jasno, że coraz więcej europejskich przywódców deklaruje wsparcie dla tworzenia wspólnego europejskiego potencjału obronnego. Na koniec chciałabym podkreślić, że dzięki temu projektowi będziemy mogli wyznaczyć wspólne standardy i wzmocnimy naszą pozycję na arenie międzynarodowej. Będzie lepsza koordynacja, nie mówiąc o tym, że będzie to kolejny krok eliminujący możliwość wewnątrzeuropejskich wojen, takich jak te w ubiegłym wieku.

 

Wróćmy do sprawy wspólnej Europy. Jestem częstym gościem w Azji, w Chinach, w Wietnamie, w Korei. Tam nasza Europa postrzegana jest na dwa sposoby. Z jednej strony region czysty ekologicznie, uregulowany, utrzymujący wysokie standardy, w którym nie ma podróbek, ale również jako taki „dom spokojnej starości”. Z drugiej strony – jako region nadal innowacyjny, produkujący patenty. Bardzo się ucieszyłem, że socjaliści optują za zwiększaniem programu Erasmus, ale Chińczycy wysyłają studentów na najlepsze amerykańskie, europejskie czy australijskie uczelnie, a jednocześnie mają program ściągania ich z powrotem. Czy my, socjaliści moglibyśmy stworzyć taki program, żeby nie tylko integrować naszych studentów, ale zapobiegać drenażowi mózgów? Dlaczego pozwalamy na to, że „produkując” dobrych studentów, także dzięki Erasmusowi, a równocześnie pozwalamy „podbierać” nam absolwentów.

Wskazuje pan na bardzo istotny problem. Przekuwanie edukacji i wiedzy w instrument, który będzie służył poprawie naszych standardów życia powinno być centralnym celem postępowej orientacji w Europie. To była sprawa, w którą byłam bardzo zaangażowana już w czasach, gdy była tworzona Strategia Lizbońska. W tedy strategiczne podejście do tych problemów było wypracowywane przez UE po raz pierwszy. Wtedy przyjęliśmy, że chcemy być kontynentem, którego siłą opiera się na edukacji i wynikającej z niej innowacyjności. Wówczas jeździłam po całej Europie prezentując tę strategię. Byłam również w Polsce, na spotkaniu z ciałem, które nazywało się Polska Rada Lizbońska. Wówczas udało się zmobilizować bardzo silne wsparcie dla tego podejścia. Potem jednak, na skutek kryzysu finansowego, Europa wytraciła moment. Musimy teraz wrócić do tego, aby wykorzystać edukację i innowację w celu generowania wzrostu, tworzenia nowych miejsc pracy, zielonej transformacji. Mamy wielki potencjał badawczy, mamy pokolenie najlepiej wykształcone w całej historii, ale nie umiemy dyrygować tą orkiestrą. Nie umiemy wspierać współpracy pomiędzy badaczami, przemysłem i innymi środowiskami. A to powinna być jeden z naszych centralnych celów na nadchodzący czas, aby taką współpracę tworzyć. Musimy ukierunkować na rzecz tego procesu dokonującą się właśnie rewolucję cyfrową. Europa jest zacofana w stosunku do Stanów Zjednoczonych i Chin w drugiej fazie tej rewolucji. Polega ona na usieciowianiu i udostępnianiu w sieci nowych obszarów. Mówimy o wprowadzaniu do sieci naprawdę gigantycznych ilości informacji, która powinna trafić w chmury obliczeniowe, tworzyć sztuczną inteligencję. Powinniśmy naprawdę skupić się na inicjowaniu rozwoju w tym kierunku, ale i na takim nim kierowaniu, aby wpisywał się w potrzeby naszego, europejskiego sposobu życia.

 

Dziękuję za rozmowę. I chciałbym wyrazić równocześnie nadzieję, że nasza europejska, wspólna ale i różnorodna inteligencja będzie lepsza niż sztuczna inteligencja stworzona przez Amerykanów czy Chińczyków. Bo w tej różnorodności kryje się jej wartość dodana.

 

 

Wywiad został przeprowadzony podczas konferencji „Za zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która odbyła się w Krakowie, 30 listopada 2018 r.

Brexit można abortować?

Trybunał Sprawiedliwości UE orzekał na wniosek Szkocji, gdzie prawie trzy lata temu w referendum dwie trzecie obywateli zaznaczyło opcję „stay”. We wtorek 11 grudnia brytyjski parlament będzie głosował wynegocjowane przez May porozumienie z Brukselą w sprawie warunków, na jakich ma się odbyć wyjście. Izba Gmin raczej odrzuci traktat rozwodowy, krytykowany od wielu miesięcy.

 

Wyrok TSUE może zostać potraktowany jako koło ratunkowe rzucone Londynowi (pomimo sprzeciwów z Brukseli) – ponieważ odrzucenie umowy (a wszystko wskazuje, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz) spowoduje, że Zjednoczone Królestwo 29 marca formalnie wyjdzie z UE, ale nie będzie miało podpisanych żadnych nowych umów gospodarczych. To będzie oznaczać blokadę importu leków i żywności, wstrzymanie pracy lotnisk i portów.

A że deputowani odrzucą porozumienie z UE27, jest raczej przesądzone: licząca prawie 600 stron umowa May przewiduje, że Irlandia Północna pozostanie formalnie pod jurysdykcją Unii, na wyspie nie będzie zatem granicy. Jest to de facto oddanie wspólnocie kontroli nad całą Irlandią i nadmierne uzależnienie od Brukseli. May może odłożyć w czasie jutrzejsze głosowanie i wzorem Margaret Thatcher negocjować do skutku lepsze warunki porozumienia. Ale nie zmieni to faktu, że w obecnej postaci – teraz czy za kilka tygodni, dokument nie przejdzie.

Głosowanie przeciwko zapowiada ponad 100 posłów rządzącej Partii Konserwatywnej, a także deputowani północnoirlandzkiej Demokratycznej Partii Unionistycznej. Na pewno May nie poprze Szkocka Partia Narodowa, Liberalni Demokraci i opozycyjna część Partii Pracy.

Co zmienia wyrok z Luksemburga? Daje Wielkiej Brytanii opcję wycofania się „z twarzą”: może bez zgody pozostających w Unii 27 krajów, jednostronnie zrezygnować z deklaracji o opuszczeniu UE. A to już pierwszy krok ku rozpisaniu nowego referendum. Szkocja przywitała wyrok z radością. Ale minister środowiska Michael Gove zapowiedział, że orzeczenie TSUE nie wpłynie na intencje rządu, który i tak chce opuścić Unie docelowo.

Bruksela również nie ucieszyła się z wyroku: obawia się precedensu, na który będą powoływać się inne kraje pragnąc wyjść z Unii – będą mogły zażądać wyjątkowego potraktowania, wzorem wychodzącej Wielkiej Brytanii.

Tymczasem premier Theresa May w obliczu nadchodzącej porażki odwołała wczorajsze głosowanie w Izbie Gmin w sprawie Brexitu, być może nawet do 21 stycznia – nie wskazano jednak żadnego konkretnego terminu. Tym razem przekonywała, że umowa jest najlepszym dostępnym porozumieniem i że najbardziej kontrowersyjna jej część – czyli tzw. irlandzki mechanizm awaryjny – wcale nie musi wejść w życie. „Widzę jasno, na podstawie rozmów, jakie tu odbyłam, że wszystkie te elementy nie dają pewności wystarczającej liczbie moich kolegów. W ciągu weekendu rozmawiałam z szeregiem liderów Unii. Przed szczytem Rady Europejskiej spotkam się z moimi odpowiednikami w innych krajach i szefami Rady oraz Komisji. Przedyskutuję z nimi obawy wyrażone przez tę Izbę” – powiedziała Problem w tym, że nie do końca pokrywa się to z prawdą, a raczej powiększa listę kłamstw, niedomówień i wykrętów szefowej brytyjskiego rządu, dzięki którym nikt chyba spośród przywódców państw UE ani w Brukseli nie uważa jej już za wiarygodnego partnera do rozmów.

Przeciwko ponownemu otwieraniu rozmów z Londynem, który po raz kolejny godzi się na konkretne ustalenia tylko po to, aby za kilka dni próbować ponownie je negocjować ostro wypowiedział się premier Irlandii Leo Varadkar. Odbył następnie rozmowę telefoniczną z przewodniczącym Rady Europejskiej Donaldem Tuskiem, po której wydany komunikat jasno stwierdza, że żadnych renegocjacji nie będzie. Co najwyżej trzeba się przygotować na sytuację, w której Wielka Brytania opuści UE bez umowy. To dla pani May powinien być wystarczający sygnał mówiący, że sposób prowadzenia przez nią rozmów w sprawie Brexitu zakończył się całkowitym fiaskiem, a ona sama skompromitowała się ostatecznie i powinna jak najszybciej ustąpić, aby nie czynić więcej szkód i wstydu.

Zamiast tego rozsądnego posunięcia Theresa May postanowiła jednak iść w zaparte i udać się do Hagi i Berlina, aby rozmawiać z premierem Markiem Rutte i kanclerz Angelą Merkel. Informując o planowanej wizycie rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert podkreślił, że odbywa się ona na wyraźną prośbę strony brytyjskiej, co wskazuje na to, że Berlin wcale nie pali się do spotkania, a kanclerz Merkel przyjmuje premier May tylko przez grzeczność. Po spotkaniu nie przewidziano konferencji prasowej. Wygląda więc na to, że ta rzekoma akcja, aby w ostatniej chwili wywalczyć lepsze warunki, wypada nie tyle jako nieustępliwość twardej negocjatorki, a jako dość żałosna próba stworzenia wrażenia, że premier May coś usiłuje zdziałać. Abortowanie Brexitu może okazać więc naprawdę jedynym ratunkiem.

May znów do Brukseli?

Według dziennika „Sunday Times” premier Theresa May chce renegocjować dopiero co zawartą umowę z UE w sprawie Brexitu. To efekt buntu w parlamencie.

 

Proces negocjowania wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej przechodzi kolejny zwrot i staje się jeszcze bardziej żenujący. Premier Theresa May obawia się poważnie, że umowa może przepaść w głosowaniu zaplanowanym na 11 grudnia. Ruch na rzecz renegocjowania umowy mógłby więc spowodować przesunięcie jego terminu. Oficjalnie tego jednak nie potwierdzono.

Porozumienie zawarte na ostatnim szczycie w Brukseli jest powszechnie krytykowane, obawy premier May wydają się zatem uzasadnione, jednak pomysł z ponownym otwieraniem dyskusji pomiędzy Londynem a Brukselą i pozostałymi państwami europejskiego bloku nie wydaje się dobry – szefowa brytyjskiego rządu utwierdzi w ten sposób opinię – również uzasadnioną – że jako negocjatorka jest po prostu niewiarygodnym partnerem. Mówienie, że próba renegocjowania krytykowanej umowy poprawi wizerunek pani May jako osoby zdeterminowanej i stanowczej jest zupełnie chybioną interpretacją, bo Unia jest coraz bardziej znużona jej działaniami, jest zatem całkiem możliwe, że na tym etapie nikt nie będzie chciał rozmów z nią podejmować.

Sposób prowadzenia dialogu z Brukselą, zmiany stanowiska, rozmyślne dezinformowanie partnerów, wycofywanie się z podjętych uzgodnień sprawiły, że w zasadzie najlepszym rozwiązaniem by było, gdyby premier May po przegranym głosowaniu ustąpiła ze stanowiska i pozwoliła działać komu innemu, bo w ten sposób doprowadza do pogłębiania się chaosu i niepewności, a Brexit i tak nastąpi, i to w najbardziej niebezpiecznej dla Londynu wersji, czyli bez żadnych uzgodnień.

Tymczasem jednak minister do spraw Brexitu Stephen Barclay zapewnia, że premier May może pozostać szefową rządu nawet w przypadku odrzucenia umowy przez parlament, choć wydaje się to równie złym scenariuszem.

Finis Germaniae

Niemiecka kanclerz Angela Merkel ogłosiła, że nie ma zamiaru startować w zbliżających się wyborach na lidera CDU, co pokrywa się z tym, że nie będzie również kandydować w najbliższych wyborach do Bundestagu. Decyzja ta oznacza polityczne trzęsienie ziemi i koniec pewnej ery w niemieckiej polityce. Merkel pełniła urząd kanclerza od 2005 roku, a liderką CDU była od 2001. Decyzję tę przyspieszyła druga fatalna porażka CDU w ciągu ostatnich dwóch tygodni w wyborach, które miały miejsce w Bawarii i Hesji.

 

CDU i jej siostrzana bawarska partia CSU poniosły w nich dotkliwe straty, ledwo utrzymując się w tych krajach związkowych u władzy.

 

Partie establishmentu w odwrocie

W wyborach w Hesji CDU wygrała, osiągając 27 procent głosów, co oznacza spadek o 11 punktów procentowych w porównaniu z rokiem 2013. Jest to zarazem najgorszy wynik CDU w Hesji od 1966 roku. Sojusznik Merkel, Volker Bouffier, ledwo zdobył mandat, który pozwolił mu stworzyć regionalny rząd. Partnerka koalicyjna CDU, SPD osiągnąła jeszcze gorszy wynik, tracąc również 11 punktów procentowych i zdobywając 19,8 proc. To z kolei najgorszy wynik tej partii w Hesji od roku 1946, w regionie, który był uznawany za “czerwoną fortecę”.
Liberalna partia Zielonych, która była regionalnym koalicjantem CDU w Hesji przez ostatnie pięć lat, okazała się największym zwycięzcą wyborów, zdobywając ponad 8 punktów procentowych więcej i zdobywając 19,8 proc. głosów. To zabezpieczyło kontynuację regionalnego rządu pod wodzą Bouffiera, który utrzymuje większość, ale tylko za pomocą jednego głosu. Prawicowa i nacjonalistyczna partia AfD, Alternatywa dla Niemiec zdobyła czwarte miejsce z 13,1 proc. głosów, co pozwoliło jej na wprowadzenie po raz pierwszy posłów do heskiego landtagu. Die Linke i ultraliberalna Wolna Partia Demokratyczna Niemiec również osiągnęły wzrost, zdobywając odpowiednio 6,3 i 7,5 procenta głosów.
Wnioski, które nasuwają się na podstawie wyników heskich wyborów potwierdza sytuacja w Bawarii, w której CSU cieszyło się absolutną większością praktycznie od 1962 roku, jedynie z pięcioletnią przerwą. Teraz CSU osiągnęło tylko 37-procentowy wynik, najniższy od 1957 r. SPD poniosła ośmieszającą wręcz porażkę, z wynikiem 9,7 proc. Spowodowało to kryzys rządu federalnego.
Widoczny jest wzrastająca niechęć do tradycyjnych partii, które są postrzegane jako “establishment’, oderwany od rzeczywistości zwykłych ludzi.

 

Sprzeczności klasowe

Na papierze Niemcom idzie świetnie. Pod względem gospodarczym są najsilniejsi w Europie, wzrost gospodarczy jest stabilny, na poziomie 2 proc. rocznie. Bezrobocie, oficjalnie, kształtuje się na historycznie niskim poziomie 4,9 proc. To akurat nie jest prawdą, ponieważ realnie bezrobocie, jak i niepełne zatrudnienie mają procentowo większy udział, niż się wydaje. Większość obywateli i obywatelek również nie odczuwa efektów wzrostu, który po prostu nie przekłada się na powszechne korzyści. Tak naprawdę część sukcesu gospodarczego Niemiec wciąż płynie z ataku na rozwiązania socjalne z lat 1998-2005, kiedy to Niemcy były pod rządami Gerharda Schroedera z koalicji SPD-Zieloni. Dziś miliony niemieckich pracowników jest zmuszonych do pracy dorywczej, w bardzo sprekaryzowanych warunkach.
SPD jest nadal bardzo dumna z wprowadzenia pensji minimalnej w 2016 roku – dziś jest na poziomie 8,84 euro za godzinę. To około 1500 euro miesięcznie, nie wliczając podatków i ubezpieczeń społecznych, jeśli ma się szczęście i pracę na cały etat. Jednak ta suma ledwo starcza na pokrycie podstawowych kosztów utrzymania. Zgodnie z raportem Instytutu Ekonomiczno-Społecznego (WSI) wspieranej przez związki zawodowe Fundacji im. Hansa Böcklera, jedna trzecia niemieckich domostw jest w stanie utrzymać się tylko kilka tygodni, najwyżej dwa-trzy miesiące, jeśli tylko straci swoje źródła dochodu.
Znaczna część klasy pracującej praktycznie żyje od wypłaty do wypłaty, podczas gdy najbogatsi stają się coraz bogatsi z dnia na dzień. Nierówności w Niemczech są na najwyższym poziomie od 1913 roku, a najbiedniejsze 40 proc. społeczeństwa zarabia mniej niż 20 lat temu. W tym samym czasie rząd nadal trzyma się polityki cięć budżetowych, nie zwiększając wydatków społecznych, chociaż budżet od jakiegoś czasu znajduje się na plusie. Na takim gruncie masowy sprzeciw wobec rządu akumulował się od dłuższego czasu.

 

Kryzys CDU/CSU

Niestety resentyment, o które mowa nie może znaleźć upustu w działaniach SPD czy liderów związkowych, którzy na różne sposoby są związani z polityką rządową i „umoczeni” w panujące układy sił. W tym kontekście niemiecka partycypacja w tzw. pakietach ratunkowych dla strefy Euro i Grecji, jak i decyzja Angeli Merkel dotycząca przyjęcia miliona uchodźców w 2015 roku, otworzyły drogę dla prawicowych i nacjonalistycznych sił, takich jak AfD. Ułatwiła również prawicowym frakcjom w CDU atak na samą Angelę Merkel. Demagogicznie obarczając rząd o “wspieranie ludzi spoza Niemiec” siły te karmią złość zebraną wśród ludzi zdesperowanych, czyli niezadowolonych warstw ludzi z klasy średniej i klasy pracującej, którzy nie widzą alternatywy w innych partiach. Przy tym Merkel nie jest oczywiście przykładem antyrasistowskiej demokratki. Jej poglądy odzwierciedlają poglądy większości najbogatszych Niemców, którzy faworyzują swoje interesy klasowe.
Rosnąca presja wzmacniającej się AfD otworzyła dawno zanikłe linie podziału i konfliktu w łonie CDU i CSU. Latem minister spraw wewnętrznych Horst Seehofer, który jest też liderem CSU, zagroził zerwaniem koalicji, co spowodowałoby przedterminowe wybory, jeśli Angela Merkel nie zgodzi się na wprowadzenie kontroli na granicach. Osiągnięto jednak kompromis. Czując, jak gaśnie gwiazda wielkiej koalicji, Seehofer starał się zdystansować swoją partię od Merkel, w świetle przyszłych wyborów regionalnych. Jednak wyniki bawarskich wyborów pokazały, że gambit Seehofera spalił na panewce, a oportunistyczne myślenie jeszcze bardziej zdyskredytowało rząd. Stało się to też zagraniem wspierającym AfD, która konsekwentnie stara się świecić blaskiem siły broniącej prostych ludzi przed rządzącą maszyną polityczną.
Pazerni na władzę, cyniczni politycy – oto co myśli przeciętny Niemiec o establishmencie politycznym. Około 75 procent wyborców, którzy opuścili CDU, i ponad 50 procent tych, którzy opuścili SPD, nie głosując na te partie, wysłało im jasną wiadomość. Upadek głównych partii jest bardzo znaczący; SPD i CDU od momentu zjednoczenia Niemiec do niedawna łącznie zdobywały zazwyczaj 60-80 procent głosów. Wcześniej bywało jeszcze lepiej – w latach 70. obie potrafiły podzielić między siebie 90 proc. wszystkich wskazań wyborców. W 2017 roku zagospodarowały już tylko połowę wyborców. Dziś obie w sumie osiągają w sondażach 40 proc.
Ostatnie wyniki przekładają się na destabilizację obu partii. Wyniki w Bawarii i Hesji, finansowym sercu Niemiec, dolewają tylko oliwy do ognia. Nawet wspominany już heski premier Volker Bouffier (niedawny bliski sojusznik Merkel) stwierdził, że wyniki są prostym komunikatem “wiadomość dla Berlina jest prosta: rządźcie prawidłowo”. Znakiem tego, co czeka nas w przyszłości, są ostatnie wybory na lidera frakcji CDU w Bundestagu. Dawny sojusznik Merkel, Volker Kauder został niespodziewanie pokonany – bunt grupy posłów z CDU i CSU był buntem wprost przeciwko Merkel.
To obraz sił odśrodkowych, które rozwijają się w partii i które zostaną wsparte przez kongres CDU na początku grudnia. Natychmiast po ogłoszeniu przez Angelę Merkel decyzji o odejściu, rozpoczął się festiwal zgłoszeń swoich kandydatur przez różnych liderów partyjnych do walki o władzę w partii. Jednym z nich jest ambitny Friedrich Merz, który został odsunięty z kierownictwa partii przez Merkel w roku 2002, od tego czasu czekał na swoją zemstę. Odpuścił sobie na jakiś czas karierę parlamentarną w 2009 roku i teraz jest potężnym lobbystą kapitału finansowego i wielkiego biznesu, zasiadającym w radzie Blackrock oraz wielu innych wpływowych grup kapitałowych. Merz jest faworyzowany przez kapitalistów i ultraliberalnych prawicowców z CDU, jednak jego zwycięstwo nie jest pewne. Ostateczne wyniki wyborów wewnętrznych, które wsparłyby zaciekłego wroga Merkel mogą prowadzić do kryzysu politycznego i w konsekwencji krótkotrwałego rządu.

 

SPD w ślepym zaułku

Partner koalicyjny CDU, SPD nie jest wcale w lepszym stanie. SPD utrzymuje, że jest partią socjaldemokratyczną, reprezentacją klasy pracującej, tymczasem coraz częściej jest postrzegana jako CDU-light. Mając wpływ na wszystkie rządy od 1998 roku, prócz lat 2009-2013. kiedy to Merkel oparła się na liberalnej FDP, jest coraz bardziej krytykowana przez przedstawicieli klasy pracującej jako winna polityce cięć budżetowych i obniżce standardów życia, w tym okresie niebywałej.
W 2017 roku w wyborach do Bundestagu partia otrzymała tylko 20,5 proc. głosów, co było najgorszym wynikiem od 1932(!). Kiedy ogłoszono wyniki, lider partii Schulz ogłosił, że SPD przejdzie do opozycji, co wzmocniło nadzieje na zmianę pośród lewicowego skrzydła partii. Nadzieje te nie ziściły się, w kierownictwie partii dokonał się nagły zwrot. Opozycja wewnętrzna względem wchodzenia do wielkiej koalicji została pokonana. Kierownictwo popchnęło partię w kierunku trzeciej wielkiej koalicji od 2005 roku pod kierownictwem Angeli Merkel, co popchnęło partię w kierunku większego kryzysu. Stało się jasne dla wszystkich, że liderom partii zależy tylko na ministerialnych teczkach, a nie na tym, by postawić się presji wielkiego biznesu, który wspiera Merkel, co pogrąża kraj w politycznym kryzysie. Okazało się, że na to partia ta nie ma siły.
Od momentu sformowania nowej koalicji rządowej w kwietniu, poparcie dla SPD spadło jeszcze bardziej. Obecnie według sondaży sytuuje się na poziomie 14 proc. na poziomie federalnym. Sytuacja ta została przypieczętowana pogrążającymi partię klęskami w wyborach regionalnych, które niewątpliwie staną się powodem wzrostu napięć w łonie samej partii. Teoretycznie mogłyby nawet spowodować odejście z wielkiej koalicji i kryzys polityczny. Ale kierownictwo SPD tak długo nie wyrażało woli odejścia od CSU/CDU, że nawet jeśli w końcu by się na to zdobyło, to i tak partia jest skazana na powolną śmierć. Jedyne, co mogłoby ją uratować, to zdecydowany skręt w lewo. Równowaga polityczna Niemiec w każdym razie jest zagrożona, co spędza sen z powiek wielkiego biznesu i Angeli Merkel, jak i też chciwym politykom SPD, z których wielu straciłoby swoje miejsce w Bundestagu, gdyby dziś odbyły się wybory. Po wyborach w Hesji jedna z liderek SPD wystąpiła z krytyką polityki rządu, ale nie wydaje się, by za słowami miały pójść realne działania. Widok śliskich i pozbawionych kręgosłupa karierowiczów z SPD, którzy ze względu na własne korzyści nie chcą opuścić rządu jest kolejnym czynnikiem, który spycha partie w dół. Nic dziwnego, że większość obywateli i obywatelek nie widzi możliwości zmiany, która miałaby nadejść ze strony tradycyjnych partii.
W ramach protestu ludzie zagłosowali na Zielonych; wygląda na to, że partia ta przeżywa swoje drugie narodziny. Rok temu walczyła o to, by móc w ogóle myśleć o parlamencie, wahając się na wysokości 5 procent, a w wyborach osiągając szczęśliwie 8,9 proc. Dziś sondaże dają im ok. 20 proc., co powoduje, że stają się drugą partią w Bundestagu. To nie tylko efekt rozczarowania wyborców dwiema najpotężniejszymi partiami. Na potencjalny rezultat Zielonych składa się również złość chrześcijańskich i liberalnych wyborców spowodowana antyimigranckimi zagraniami CSU/CDU. Podczas gdy większość mediów skupia się odpływie wyborców CDU/CSU w stronę AfD, prawdą jest, że na napięciach wewnętrznych i kompromitacji dotychczasowych dominatorów korzystają również Zieloni. Przejmują poparcie ludzi z klasy średniej, którzy nie popierają eurosceptycyzmu i zamykania granic.

 

Brak pracowniczej alternatywy

Pod presją zaostrzających się sprzeczności klasowych, tradycyjny ład polityczny ulega dekonstrukcji. Wzrost poparcia dla AfD i Zielonych tylko częściowo pokazuje jej ostrość.
To nie imigracja jest prawdziwym problemem klasy pracującej. Odkąd Merkel wpuściła milion uchodźców w 2015 roku, bezrobocie spadło oficjalnie o 2 proc., a statystyki przestępczości są najniższe od 1982 r. Prawdziwi kryminaliści, pasożytujący na niemieckim społeczeństwie kryją się wśród kapitalistów, którzy żerują na problemach ludzi pracy. Ale AfD nie jest ich przeciwniczką, nie krytykuje ich, ponieważ sama jest ich wytworem, jednym z ich skrzydeł. Wskazując palcem na uchodźców, stara się ona rozbić klasę pracującą i osłabić ją w jej sporze z kapitalistami.
Również dalsza integracja europejska, o którą walczą Zieloni, niczego nie zmieni. Unia Europejska jako instrument kapitalistów, szczególnie niemieckich, nie sprzyja pracującym. Dla niemieckich kapitalistów bardzo ważne są otwarte granice, ponieważ pozwalają one na eksport tanich produktów oraz import taniej siły roboczej. Unia Europejska wiernie służy ich interesom.
Prawdziwym przeciwnikiem niemieckiej klasy pracującej są kapitaliści. Poprzez wykorzystanie polityki cięć budżetowych i ograniczanie swobody związków zawodowych, zabezpieczyli oni swoje interesy oraz źródło swojej siły roboczej, wykształconych i wykwalifikowanych, tanich pracowników. Na tej podstawie ich zyski rosną z każdym rokiem coraz bardziej, podczas gdy standardy życia większości Niemców systematycznie się obniżają.

 

Radykalne nastroje

Gdyby istniała w Niemczech lewicowa partia, z czytelnym programem gospodarczym, wymierzonym przeciw kapitalistom, dążąca do redystrybucji ich bogactwa i zabezpieczenia interesów większości społeczeństwa, od razu zyskałaby ona poparcie. Ale taka partia nie istnieje. Die Linke, najbardziej lewicowa partią w Bundestagu, jest formalnie partią socjalistyczną, ale w rzeczywistości – lewicą socjaldemokratyczną. Domaga się ona reformistycznych zmian, takich jak podwyższenie podatków dla najbogatszych, ale unika równocześnie kwestii nacjonalizacji i restrukturyzacji sektora bankowego, monopoli, prywatnych spółek zajmujących się nieruchomościami i innych. Nawet jej opozycyjny status jest wątpliwy. Na wschodzie, gdzie była zawsze silna i posiadała ministrów w trzech rządach regionalnych, działa pod dyktando polityki wielkiej koalicji, nie reprezentując interesów pracowników.
Na wschodzie więc Die Linke coraz częściej jest postrzegane jako część establishmentu, a jej wyborcy odpływają w kierunku AfD. I jeśli w debacie partyjnej i atmosferze w partii da się wyczuć radykalizm, to brakuje go już w realnych działaniach. Chociaż nacjonalizacja banków jest w programie partii od czasu kryzysu ekonomicznego, to nie był ten postulat artykułowany a w trakcie kampanii czy akcji politycznych. Na co zdobywa się Die Linke, to działania będące adaptacją corbynowskiego “For the many, not the few” na grunt niemiecki.
Partia trwa w bezruchu, nie proponując nic ludziom, poszukującym programu potrzebnego do zażegnania kryzysu, jakiego doświadczają. Podczas gdy SPD traciło poparcie młodych i pracujących, którzy zmęczeni byli prawicowym kierunkiem partii, Die Linke nie przechwyciło ich, w bawarskich wyborach osiągając wynik 3,2 procenta. W Hesji, gdzie partia ma bardzo aktywistyczny lewicowy wizerunek, zdobyła ona tylko 6,3 procenta.
W ostatnich miesiącach rozgoryczenie popchnęło jedną z frakcji Die Linke, kierowaną przez Sahrę Wagenknecht i Oskara Lafontaina do założenia szerokiego, antyestablishmentowego ruchu Aufstehen (Powstańcie). Wezwali oni do odwrócenia procesu prywatyzacji, zakończenia imperialnej polityki Niemiec oraz doprowadzenia do fundamentalnej poprawy standardów życia. Lista wspierających Aufstehen jest długa, znajdują się na niej związkowcy, jak i członkowie SPD będący w opozycji do wielkiej koalicji. Pod koniec lata ruch osiągnął liczbę 150 tys. popierających go w sieci, był widoczny na licznych strajkach i protestach. To pokazuje potencjał radykalnej polityki i postulatów.
Problem w tym, że od tego momentu Aufstehen pozostało nieaktywne. Jego liderzy i liderki nie podjęli żadnych szerokich działań, możliwe, że ze względu na strach przed utratą kontroli nad ruchem. Niemniej niebawem ma dojść do akcji protestacyjnych z udziałem Aufstehen, zaczynają też powoli powstawać organizacje lokalne. W tym czasie Wagenknecht, która cieszy się rosnącą popularnością i stanowi twarz ruchu, zaczęła swój flirt z nacjonalizmem, postulatami zamkniętych granic, jak i nie wsparła wezwania na demonstrację antyrasistowską, która 13 października w Berlinie zgromadziła 250 tys. ludzi. Polityczka nawołuje do realizmu, dyskutowania i zajmowania się prawdziwymi problemami klasy pracującej. Wszystko to ma demoralizujący wpływ na doświadczone warstwy klasy pracującej, które wiedzą, jak ważna jest klasowa solidarność i jedność. Wagenknecht sądzi, że jest w stanie przejąć poparcie ludzi, dla których bliskie jest AfD. Jednak jak widzieliśmy na przykładzie działań rządu i jego antyimigranckich zarządzeń, takie dryfowanie w kierunku prawicowym tylko wzmacnia samą AfD, a nie osłabia.
Możliwe, że Aufstehen zainteresuje tych, którzy odwrócili się od SPD oraz osoby nieposiadające jeszcze tożsamości politycznej, a ich poparcie przemieni w silną politykę realnych działań antyestablishmentowych. To, co pokazał początek tego ruchu, to głęboka niezgoda na działania rządu i chęć walki o lepsze jutro. Pod wpływem klasowych sprzeczności jesteśmy świadkami początku końca dotychczasowej stabilności niemieckiej polityki, która została ufundowana na podstawach stworzonych po II wojnie światowej, a później zjednoczenia Niemiec. To, co do tej pory było trwałe i stabilne, okazuje się roztapiającą się powoli bryłą, a Niemcy wkraczają w okres kryzysu i walki klasowej.

 

Przed nami tylko kryzys

Dominujące grupy klasy rządzącej zmusiły SPD i CSU/CDU do sformowania rządu, mając na celu uniknięcie kryzysu i idącego za nim chaosu. Chciały stabilności i utrzymania roli Niemiec w Unii Europejskiej, rynku zbytu dla ich towarów, za wszelką cenę. Ale nic się nie zmieniło. Bycie w rządzie rozrywa oba ugrupowania od środka. Jest możliwość, że Merkel zrezygnuje z bycia kanclerzem jeszcze przed wyborami w 2021 roki oraz że rząd jeszcze raz zostanie sformowany przed nimi. Nie jest wykluczone, że CDU wybierze na lidera przeciwnika Merkel, albo SPD zrezygnuje pod presją dołów partyjnych z bycia członkinią wielkiej koalicji. Przed nami okres gospodarczych, społecznych i politycznych turbulencji, który może skutkować nieprzewidywalnymi zmianami.
Ale burżuazja nadal naciska na partie, by te zrobiły wszystko, by uniknąć kryzysu.
Chciwi posłowie i posłanki mogą stanowić siłę, która uniemożliwi przeprowadzenie przedterminowych wyborów, ponieważ wielu z nich nie zostanie w nich wybranymi na kolejną kadencję. Jeśli rząd przetrwa do kolejnych wyborów w 2021 roku, oznacza to upadek obu wielkich partii koalicyjnych, pozostawiając wielką burżuazję samą sobie z Zielonymi. Pewne jest, że brak stabilności i niepewność będzie głównymi cechami najbliższego okresu politycznego. Będzie mu towarzyszyło wiele innych czynników, takich jak Brexit i jego konsekwencje, kryzys bankowy we Włoszech, wojny handlowe i możliwy kryzys globalnej gospodarki. Wszystkie te czynniki tylko zaostrzą sprzeczności klasowe i pogłębią walkę polityczną w Niemczech oraz walkę klasową wymierzoną w wielki biznes. To, co dziś widzimy jest jedynie preludium do wybuchu wielkich walk klasowych, które wstrząsną Niemcami i światem w najbliższym czasie.

 

Tekst ukazał się pierwotnie na portalu marxist.com. Tłumaczył Wojciech Łobodziński.

Odliczanie do Brexitu

Jest wstępne porozumienie w sprawie Brexitu. Oświadczenie w tej sprawie wydała najpierw premier Theresa May, a następnie Komisja Europejska. Wyjście Wielkiej Brytanii z UE będzie tematem nadzwyczajnego szczytu liderów państw członkowskich.

 

Theresa May przekonywała wczoraj dziennikarzy na konferencji prasowej, że tekst wstępnego porozumienia jest „najlepszym, co było do wynegocjowania”. Zaznaczała, że jego sformułowanie poprzedziły dziesiątki spotkań i konsultacji. Ostatnią omawianą kwestią był problem granicy lądowej z Irlandią – dyskusja nad tym, jak będzie ona funkcjonować, gdy UK znajdzie się poza UE, trwała pięć godzin.

Wymuszony optymizm May został zmącony już dzień później – dziś Dominik Raab, minister sprawiedliwości oraz rządowy sekretarz ds. Brexitu złożył na jej ręce dymisję. W opublikowanym w mediach społecznościowych oświadczeniu nie pozostawił wątpliwości, że nie popiera warunków Brexitu, jakie zostały ostatecznie uzgodnione.

Liczące 585 stron wstępne porozumienie rozstrzyga kwestię granicy brytyjsko-irlandzkiej, rozliczeń finansowych, gwarancji dla obywateli państw UE przebywających na stałe w Wielkiej Brytanii. Jeśli zostanie zaakceptowane przez przywódców wszystkich państw członkowskich wspólnoty, a następnie przez parlament w Londynie i Europarlament, Brexit dokona się 29 marca 2019 r. Jeśli projekt porozumienia nie zyska poparcia brytyjskich partii, Zjednoczone Królestwo i tak odejdzie z UE, ale bez żadnej umowy regulującej m.in. dalsze relacje handlowe. W sytuacji odejścia Dominica Raaba, pokazującego, że wśród polityków bynajmniej nie ma jednomyślnego poparcia dla koncepcji May, nie jest to wcale scenariusz całkowicie wykluczony.

Chociaż poparcie dla Brexitu już po referendum w tej sprawie systematycznie spadało, rząd w Londynie wykluczył przeprowadzenie powtórnego powszechnego głosowania.

Głos lewicy

Po szczycie, o szczycie

 

Kryzys migracyjny

Odrzucenie idei przymusowej relokacji imigrantów jest faktem. Ta idea upadła w czerwcu.
Niemniej Unia poszukuje rozwiązania problemu, które byłoby do zaakceptowanie przez wszystkie państwa członkowskie. Zmierza ku temu na przykład propozycja przewodniczącego PE, Antonio Tajaniego, która – co on sam podkreśla – jest zgodna z sugestiami państw Grupy Wyszehradzkiej. Chodzi o to – i jest to także postulat polskiego rządu – by potrzebującym pomagać na miejscu, na terenie państw i regionów skąd dziś próbują dostać się do Unii. Tam inwestujmy, tam twórzmy miejsca pracy i humanitarne warunki do normalnego funkcjonowania, żeby ludzie stamtąd nie uciekali. Czyli można powiedzieć, że UE szuka rozwiązania, które pozwoli skutecznie zapobiec nowej fali uchodźców.
Następne przedsięwzięcie, to tworzenie europejskiej armii chroniącej nasze pogranicze, szczególnie rejon południowy, śródziemnomorski. Mówimy o 8 tysiącach żołnierzy w ciągu czterech lat.
Pewnie za miesiąc, dwa, będziemy musieli wrócić do problemu.

 

Brexit

Jak na razie rozmowy nie zmierzają do szczęśliwego końca.
Jak się wydaje rząd brytyjski nie jest przygotowany do rzetelnych, merytorycznych i decydujących negocjacji, które doprowadziłyby do zakończenia negocjacji z Unią Europejską. Po prostu obecny rząd Wlk. Brytanii jest na to za słaby.
Grozi więc nam sytuacja, że 29 marca 2019 o północy, kiedy kończy się członkostwo Wlk. Brytanii w Unii Europejskiej, wejdziemy w stan bezumowny, bez uregulowań. A to niestety może oznaczać, że 800 tys. Polaków mieszkających tam, będzie zależeć w dużej mierze od tego, co wewnątrz będzie się w tej sprawie decydować. Unia może być mniej efektywna w obronie ich praw i interesów, niż gdyby sytuacja była uregulowana.
Pamiętajmy jednak, że w gruncie rzeczy mówimy o 4 milionach obywateli. To są Europejczycy mieszkający w Wlk. Brytanii i poddani korony brytyjskiej, mieszkający i pracujący na terenie Unii. Co piąty przypadek, to jest Polak.
Kluczową sprawą dla tych sporów jest kwestia Irlandii i Płn. Irlandii – granicy, która jest między dwoma państwami na jednej wyspie, długiej i dosyć krętej. Nie bardzo sobie wyobrażamy, że kontrola graniczna może tam byś skuteczna. Dziś, gdy Wlk. Brytania jest w Unii, Irlandia Płn. objęta jest wspólnym obszarem celnym. No, ale jak Wlk. Brytania z Unii wyjdzie? Nie wiemy, jak rząd brytyjski do tej sprawy podejdzie.

 

TU – 154

Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało, że Rosja powinna zwrócić Polsce wraku samolotu TU 154, który uległ katastrofie pod Smoleńskiem. Rosyjskie MSZ odpowiedziało, że Rosję to stanowisko do niczego nie zobowiązuje.
Samo podejście Rosji dla mnie zaskoczeniem nie jest, Rosja od dawna zdaje się mówić, że robimy to, co chcemy, kiedy chcemy i w okolicznościach, które my wybieramy. Wyrażam ubolewanie, ale nie jestem zaskoczony.

Prof. Bogusław Liberadzki,
Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego

Cerkexit

Wrze za naszą wschodnią granicą. W prawosławnych cerkwiach podległych moskiewskiemu patriarchatowi zakazano modlenia się za patriarchę Konstantynopola Bartłomieja. To trochę tak jakby w polskich kościołach księża wymówili posłuszeństwo papieżowi Franciszkowi.

 

Trochę, bo kościół prawosławny nie jest tak zhierarchizowany jak rzymsko-katolicki. Patriarcha Bartłomiej nie jest formalnie bezpośrednim zwierzchnikiem kościoła prawosławnego na całym świecie. Formalnie jest tylko pierwszym pośród równych, autokefalicznych, czyli niezależnych patriarchów. Ale ze względu na historyczne zasługi patriarchatu Konstantynopola dla utrzymania kościoła prawosławnego, dla zachowania jego tożsamości i jedności, autorytet tego patriarchatu jest w innych prawosławnych kościołach niepodważalny. A ściślej – był.
Bo oto największy na świecie kościół prawosławny kierowany przez patriarchę moskiewskiego zamroził relacje z patriarchatem konstantynopolitańskim. Kościołem liczebnie mniejszym, którego zwierzchnik, patriarcha Bartłomiej od wieków rezyduje w stambulskiej dzielnicy Fanar. Dodatkowo Synod cerkwi moskiewskiej zakazał swym wiernym modlitw w świątyniach podległych patriarchatowi konstantynopolitańskiemu. Czyli na terenie dzisiejszej Grecji i Turcji. Nawet na popularnej wśród wiernych górze Athos. To trochę tak jakby episkopat polskiego kościoła katolickiego zabronił wiernym modlić się w niemieckich lub francuskich kościołach. Traktować je wyłącznie jako obiekty turystyczne.
Wszystkie te decyzje to religijne retorsje za tomos, czyli dekret pozwalający ukraińskiemu kościołowi prawosławnemu na wyjście ze struktur moskiewskiego kościoła prawosławnego. Na taki ukraiński „cerkexit”.
Do tego roku na Ukrainie istniały trzy kościoły prawosławne. Największy, podległy patriarsze moskiewskiemu. I dwa mniejsze, konkurujące często ze sobą, ale niezależne od Moskwy. Ze „szklanym sufitem”, czyli bez błogosławieństwa patriarchy Bartłomieja.
Teraz ukraińskie kościoły łączą się ze sobą. Dzięki poparciu patriarchy Bartłomieja stworzą autokefaliczną nową cerkiew. Czyli ukraiński, w pełni niezależny od Moskwy, kościół prawosławny. Stworzą go nie tylko z wiernych i majątku tych dwóch odrębnych, wrogich nawet Moskwie, kościołów. Nowa ukraińska cerkiew chce przejąć też wszystkich ukraińskich wiernych i cały ukraiński majątek cerkwi moskiewskiej. I tu może zacząć się wojna. Religijna na razie.

 

Gra wyborcza

Tomosu patriarchy Bartłomieja nie byłoby, gdyby nie energiczne i skuteczne zabiegi dyplomacji prezydenta Ukrainy Petro Poroszenki. To ona doprowadziła do unieważnienia pochodzącej z XVII wieku decyzji patriarchy konstantynopolitańskiego o podporządkowaniu kijowskiej cerkwi patriarsze moskiewskiemu.
Po co był prezydentowi Poroszence ten „Cerkexit”? Tak jak niedawno brytyjski premier Dawid Cameron zaproponował swym obywatelom „Brexit” aby poprawić swoje wyborcze notowania, tak teraz ukraiński prezydent Poroszenko uczynił podobnie.
W przyszłym roku na Ukrainie będą wybory prezydenckie. Notowania obecnego prezydenta słabną. Wszystkie sondaże nie dają mu szans na reelekcję. Dlatego zechciał on poprawić sobie popularność korzystając ze wzrostu ukraińskich patriotycznych, nacjonalistycznych wręcz, nastojów. Z silnej niechęci do Moskwy części ukraińskiego społeczeństwa. Uznał zapewne, że dzięki stworzeniu ukraińskiego kościoła prawosławnego, kolejnej instytucji niezależnej od wrogiej Moskwy, uzyska dodatkowe poparcie w nadchodzących wyborach. Skoro nie dało się dać Ukraińcom przysłowiowego chleba, to dostaną strawę duchową.
Czy ten ukraiński „Cerkexit” da też prezydentowi Poroszence ponowną prezydenturę – zobaczymy w przyszłym roku. Jednak geopolityczne konsekwencje tego „Cerkexitu”, tej gry wyborczej, mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne i wpłynąć na przyszłość naszych wschodnich sąsiadów.

 

Nie nasz cyrk?

Powstanie nowej, ukraińskiej cerkwi spotkało się z różnymi reakcjami hierarchów innych, autokefalicznych kościołów prawosławnych. Od postaw wyczekujących po pierwsze krytyki. Obawy, że oto w kościele prawosławnym może dojść do kolejnej schizmy, czyli rozłamu. Do nowego roku 1054, kiedy chrześcijaństwo podzieliło się na dwa konkurencyjne, a potem nawet wojujące ze sobą, kościoły. Obecny prawosławny i katolicki. Czy teraz dojdzie do kolejnego rozłamu ?
Przecież samo już opuszczenie moskiewskiej cerkwi przez ukraińskich wiernych sprawi, że cerkiew moskiewska przestanie być największą na świecie. To teraz nowa ukraińska cerkiew ma perspektywy posiadania największej grupy wiernych. To Kijów może być w przyszłości ważniejszym ośrodkiem prawosławia niż teraz Moskwa.
Może takim zostać, jeśli ten „Cerkexit” odbędzie się pokojowo. Jeśli nie będzie oporu władz Rosji. Jeśli dotychczasowi, uznający moskiewską zwierzchność, ukraińscy wierni bezkonfliktowo przejdą pod zwierzchnictwo nowego, kijowskiego patriarchy. Jeśli jednak część wiernych zechce pozostać przy patriarsze moskiewskim i dodatkowo zyska polityczne poparcie władz rosyjskich, to za naszą granicą zaiskrzy.
W Polsce, zwłaszcza obecnej, kiedy elity polityczne preferują zasadę „nasza chata z kraja”, problem ewentualnego rozłamu w sąsiednim kościele uważany jest za egzotyczny. I dla Polski nieistotny. Bo przecież to „nie nasz cyrk i małpy też nie nasze”.
Polskie społeczeństwo uważane jest za monolityczne religijnie społeczeństwo katolickie. Polskie elity polityczne i polskie media nie zauważają, albo nie chcą zauważać, obecności kościoła prawosławnego w Polsce. Autokefalicznego od moskiewskiego i przyszłego ukraińskiego, ale przecież nie hermetycznego od braci na wschodzie. W Polsce pracuje, studiuje, mieszka około miliona obywateli przybyłych z Ukrainy. I będzie ich jeszcze więcej, bo bez ukraińskich emigrantów polska gospodarka nie może się szybko rozwijać.
Ilu z nich to prawosławni? Ilu z nich należy do moskiewskiej cerkwi? Ilu zechce uznać nową autokefalię?
Polskie elity i media nie zajmują się problemem potencjalnych konfliktów religijnych za naszą wschodnią granicą. A tym bardziej w Polsce. Może dlatego, że katolicka wiara w naszym kraju jest bardzo płytka, bo polski katolicyzm ogranicza się do kultywowania tradycyjnych świąt, religijnych opraw ślubów i pogrzebów. O wojnie religijnej wśród Polaków mowy być nie może, bo nikt tu tak mocno nie wierzy, aby chciał za swą wiarę wojować.
W Wielkiej Brytanii wielu głosujących za „Brexitem” nie miało pojęcia o dalekosiężnych skutkach tej decyzji. W Polsce też początkowo uważano efekt brytyjskiego referendum za wewnętrzny problem Wielkiej Brytanii. Za coś egzotycznego.
Teraz za naszą wschodnią granicą zaczyna się nowy rozdział historii prawosławia. Może też nowy konflikt religijno-państwowy?
Cz znów zostanie przez polskie elity skwitowany refleksją: „Nie nasz cyrk, nie nasze małpy”, bo przecież „nasza chata z kraja”?

Głos lewicy

PiS dostanie łupnia

W oczekiwaniu na ostateczne wyniki wyborów Czesław Cyrul marzy:
Wiele wskazuje na to, że PiS w wielkich miastach dostanie w wyborach łupnia. To początek końca. Szczucie, kłamanie, ubliżanie, obrażanie, sterowanie centralnie zaczyna wywoływać opór i niesmak. Jeszcze trochę, a ta świadomość dotrze także do mniejszych miejscowości. Jeszcze trochę, a parafianie zabronią klerowi wskazywać na PiS jako bezgrzesznych. Wkrótce, ale jeszcze nie w tych wyborach, bunt przeciwko partii narodowo-socjalistyczno – konserwatywno-kościelnej ogranie cały kraj. Na kłamstwie i nienawiści, podpieranej autorytetem Rydzyka nie da się zbudować trwałych wartości. Zauroczenie mija.

 

Pamiętamy

Minął rok od samobójczej śmierci Piotra Szczęsnego, „Szarego Człowieka”. Skomentował ją na Facebooku Adam Mazguła:
Miałem przyjemność uczestniczyć w bardzo wzruszającym wydarzeniu pod Pręgierzem we Wrocławiu (19.10.). Hołd dla Zwykłego Szarego Człowieka złożyli Wrocławianie.
Wysłuchaliśmy przekazy radiowe i telewizyjne z dnia samopodpalenia się Piotra. Odczytano jego listy do rodziny, prasy oraz punkty jego protestu. Potem znowu organizatorzy, wśród których widziałem niezawodnych Anię, Ewę i Krzysztofa, odtworzyli komentarze z kolejnych dni jego męczeńskiej śmierci. Minuta ciszy i odtworzenie kultowej piosenki o wolności zakończyło wieczornicę pamięci.
Dziękuję organizatorom za wzruszające przeżycie i gratuluję wyczucia atmosfery towarzyszącej jego tragicznej śmierci.

 

Zlikwidować stolicę!

Tymczasem Łukasz Moll komentuje demonstracje przeciwników Brexitu:
Obiegły mnie wczoraj wieści, że w Londynie niezliczona ilość zwolenników pozostania Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej przemaszerowała żądając drugiego referendum w tej sprawie. Organizatorzy doliczyli się ponad 700 tysięcy uczestników, a na czele pochodu stanęli politycy wszystkich głównych partii – w tym posłanka rządzących Konserwatystów – co oznacza, że nacisk skierowany był nie tylko na premier Theresę May, a i na lidera opozycji Jej Królewskiej Mości, Jeremy’ego Corbyna, który skłonny jest przeprowadzić Brexit, ale wynegocjować z Brukselą jego bardziej miękki model. Łatwo było by mi z pozycji otwartego, młodego człowieka z dużej metropolii i z wyższym, humanistyczno-społecznym wykształceniem powiedzieć, że się z Corbynem nie zgadzam. Ale chciałbym powiedzieć, że zgadzam się z nim w sprawie, którą uważam za znacznie bardziej fundamentalną i która ma znaczenie uniwersalne, istotne zwłaszcza w Polsce. Corbyn rozumie, że robienie postępowej polityki w Londynie to łatwizna, a problemem jest to, kiedy koszty tej polityki wystawiane są peryferiom. Dlatego lider lewicy poważnie traktuje głos zapomnianych społeczności – tych, które nigdy nie zorganizują marszu na setki tysięcy osób. I lewica, jeśli chce mieć większość i ma to być większość dla lewicowej polityki, musi mieć po swojej stronie przede wszystkim tych, którzy chcą by rząd chronił ich przed zgubnym wpływem niczym nieskrępowanego przepływu kapitału.
A tak w ogóle doświadczenia ostatnich tygodni w Polsce, kiedy każdy z nas w ułamku sekundy dowiadywał się, co na śniadanie zjadł warszawski kandydat A i o której wstał z łóżka kandydat B, a z trudem dało się dowiedzieć cokolwiek więcej o kandydatach z naszych miejscowości, dodały mi tylko przekonania, że jak już będziemy pisać tę Konstytucję V RP, II PRL albo Rzeczy Pospolitej, to zaczniemy od wyrzucenia z niej stolicy. Największe miasto ma być po prostu największym miastem, a nie pseudoemanacją polskiej woli. Wyszłoby to na zdrowie i Warszawiakom, których codzienne problemy nie mogą wejść na pierwszy plan, ponieważ przytłacza je ciężar polityki ogólnopolskiej. I reszcie kraju, których lokalne sprawy częściej wchodziłyby na plan krajowy. Bo kiedy obcinasz głowę królowi, nie możesz zapominać o konieczności wyrzucenia pustego miejsca centralnej władzy, która po nim zostaje. Angole mają do zrobienia obie rzeczy.

Lewica będzie rządzić

„Niech każdy obwód wyborczy, niech każda społeczność wie, że Partia Pracy (LP) jest gotowa!” – zapewnił 69-letni szef wyspiarskiej lewicy Jeremy Corbyn na partyjnym zjeździe w mieście Beatlesów. „Kiedy zbierzemy się za rok o tej porze, możemy być już rządem labourzystów!” – optymizm afiszowany w Liverpoolu nie jest bezpodstawny. Klęska negocjacji konserwatywnego rządu w sprawie Brexitu może przyśpieszyć wybory. Na przeszkodzie stoi jeszcze kwestia „antysemityzmu” LP i Corbyna, która nie przestała krążyć nad zjazdem, choć na porządku dziennym jej nie było.

 

Corbyn stał się „podejrzany” właściwie od początku swych rządów w Labour, to jest od trzech lat, ale im bliżej do spodziewanego sukcesu, tym częściej padają ze strony części społeczności żydowskiej oskarżenia o antysemityzm. W tym roku w marcu, w maju i sierpniu nastąpiły ataki medialno-polityczne na Corbyna i jego partię, i ciągle pojawiają się nowe. Zwykle polega to na wyciąganiu starych nagrań lub zdjęć, gdzie Corbyn odnosi się krytycznie do zbrojnej okupacji Palestyny przez Izraelczyków. Przed samym zjazdem pojawiło się wideo sprzed pięciu lat, na którym mówi, że „syjoniści nie mają poczucia ironii”, co miało być dowodem na jego antysemityzm.

Do tego Daily Mail opublikował zdjęcia z 2014 r., kiedy Corbyn podczas wizyty w Tunezji złożył wieniec na cmentarzu palestyńskim. Są tam m.in. groby bojowników Czarnego Września, grupy, która w 1972 r. dokonała zamachu na sportowców izraelskich podczas Igrzysk w Monachium. Zginęło wtedy 11 osób. W Anglii prasa żydowska zaczęła więc mówić o „śmiertelnym zagrożeniu”. Wcześniej domagała się, by LP przyjęła definicję antysemityzmu proponowaną przez Międzynarodowy Sojusz Pamięci o Holokauście (IHRA), jednak w lipcu komitet wykonawczy partii odrzucił część tej definicji, gdyż IHRA zaliczyła do antysemityzmu również krytykę polityki izraelskiego reżimu apartheidu, zgodnie z nową modą, która zrównuje antysyjonizm (sprzeciw wobec izraelskiego nacjonalizmu i rasizmu) z antysemityzmem.

 

Palestyńskie flagi

Corbyn może zapewniać ile chce, że „wyeliminuje antysemityzm z partii i przywróci zaufanie”, że „nigdy nie był i nie będzie” antysemitą, że „antyrasizm zawsze był priorytetem partii”. Jonathan Lansman, lider popierającego Corbyna ruchu Momentum, brytyjski żyd, może tłumaczyć, że „nie ma absolutnie żadnej sprzeczności między walką z antysemityzmem a obroną praw Palestyńczyków”, ale to ciągle za mało. Brytyjskie środowiska syjonistyczne nie mogą przeboleć palestyńskiego zaangażowania Corbyna i jego ugrupowania. Nota bene w samej partii, szczególnie wśród członków Jewish Labour Movement, który wchodzi w jej skład, ta kwestia potrafi przybrać gwałtowny obrót – deputowana Margaret Hodge, członkini Labour od dawna, nazwała Corbyna „rasistą” i „antysemitą”…

Proizraelski Jewish Telegraph na pierwszej stronie określił zjazd labourzystów jako „konferencję nienawiści”, gdyż Corbyn w swym finalnym przemówieniu zapowiedział, że jak tylko powstanie rząd Labour, Palestyna zostanie natychmiast uznana, co ma wyrażać poparcie partii dla rozwiązania dwupaństwowego. Deklaracja Corbyna została przyjęta owacją i palestyńskimi flagami. Przy okazji jeszcze raz ogłosił, że „całkowicie potępia antysemityzm i nie będzie go tolerował”. W ciągu trzech lat Labour musiało opuścić sporo osób, oskarżanych o antysemityzm, ale kwestia palestyńska, jak dla każdej lewicy, pozostaje ważna. Na zjazd przyjechał przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon, który również z powodu opowiadania się po stronie okupowanych Palestyńczyków był oskarżany o antysemityzm, ale skwitował to krótko: „Zauważyłem, że Jeremy Corbyn jest obiektem podobnych obelg, co ja. To znak dobrego zdrowia”.

 

Labour jako wzór

Na zjazd LP w Liverpoolu oprócz Nieuległej Francji, przyjechali m.in. reprezentanci niemieckiej Die Linke, hiszpańskiego Podemosu i greckiej Syrizy, żeby rozmawiać o przyszłości europejskiej lewicy. Przede wszystkim byli zaintrygowani sukcesem Labour, jej „dobrym zdrowiem”: ponad 550 tys. członków, perspektywa rządzenia, a to wszystko przy ustawieniu się na lewo od tradycyjnej socjaldemokracji. W Europie socjaldemokraci, uznawani często w najlepszym wypadku za centrystów, ponoszą klęskę za klęską, jeśli nie liczyć Portugalii. Stąd pomysły stworzenia „sojuszu radykalnego”. Mélenchon zaproponował Corbynowi przystąpienie Labour do „lewicowej ligi kontynentalnej” (ruch A Teraz Lud), w skład której wchodzą Podemos, Bloco de Esquedra (Blok Lewicy) z Portugalii, duński Sojusz Czerwono-Zielony, szwedzka Partia Lewicy, Nieuległa Francja i fiński Sojusz Lewicowy.

Metamorfoza Labour, która przecież za czasów Blaira była w zasadzie partią prawicową, dokonała się dzięki fali „degażyzmu” – wyrzucenia starych działaczy w toku wewnętrznych wyborów i dyskusji, oraz chęci rozwinięcia swobodniejszych, bardziej demokratycznych sposobów funkcjonowania. Do Liverpoolu nie przyjechały delegacje europejskich partii socjaldemokratycznych, bo to już nie ich przedział polityczny. Skręt Labour w lewo przyciągnął młodych i tych, którzy dotąd nie chcieli brać udziału w wyborach. Dziś partia w sondażach idzie łeb w łeb z torysami (rządzącymi konserwatystami). Delegacje z kontynentu miały czego zazdrościć.

 

Nacjonalizujmy!

Corbyn nazwał politykę premier May „wandalizmem socjalnym”. To właśnie było tematem gospodarczej części zjazdu, najważniejszej dla przyszłości partii. „Nadchodzi prawdziwa demokracja przemysłowa” – ogłosił John McDonnell, który odpowiada w Labour za finanse. Ma opinię stojącego bardziej nawet na lewo niż Corbyn. To on stoi u źródła programu gospodarczego partii. Jeśli labourzyści dojdą do władzy, chcą, by prywatne przedsiębiorstwa scedowały co najmniej 10 proc. swego kapitału na pracowników, którzy mogliby w ten sposób dostawać dywidendy. Byłoby tego średnio ok. 500 funtów rocznie. Ponadto jedna trzecia miejsc w radach nadzorczych też miałaby przypaść pracownikom: „Akcjonariat pozwoli pracownikom mieć te same prawa, co inni akcjonariusze, będą też mieli wpływ na strategię swego przedsiębiorstwa” – argumentował McDonnell.

Przede wszystkim McDonnell przewiduje falę nacjonalizacji przedsiębiorstw niegdyś publicznych, jak koleje, dla których prywatyzacja stała się prawdziwą klęską. Poza tym mają być znacjonalizowane takie dziedziny jak dystrybucja wody, energii, czy poczta. „Niektóre gazety mówią, że wyborcy są przestraszeni (tymi planami). Ale mylą się (…). Z sondażu na sondaż widać, że własność publiczna dowodzi swej popularności. Ludzie mają dość nabierania się na prywatyzacje” – mówił. Oczywiście organizacje przedsiębiorców już protestują, w charakterystycznym stylu, jak CBI: „Dyktat akcjonariatu pracowniczego doprowadzi tylko do wyjazdu inwestorów, a jeśli inwestycje zmaleją, płace też spadną”. Labour zdaje się tego nie bać. Mówi o stworzeniu 400 tys. „zielonych” (ekologicznych) miejsc pracy. Ciekawe, że nawet niektórzy torysi popierają projekty gospodarcze LP, jak ekonomista Jim O’Neill z byłego rządu Camerona. Corbyn nie omieszkał tym się chwalić.

 

Optymizm z Brexitu

Ale skąd bierze się ten optymizm, który było widać w Liverpoolu? Skąd wiara, że w przyszłym roku może dojść do przedterminowych wyborów? Ano, najdłużej chyba wałkowano sprawę Brexitu, negocjowanego nieszczęśliwie przez rząd May. „Jeśli parlament odrzuci umowę z Unią, bądź rząd nie podpisze żadnej umowy, wywrzemy nacisk na przedterminowe wybory” – ogłosił Corbyn. Premier Theresa May, która przebywała wtedy w Nowym Jorku na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ, odpowiedziała od razu, że wcześniejsze głosowanie powszechne „nie byłoby w interesie Zjednoczonego Królestwa”, ale ma „krótką” większość w parlamencie i może być doń zmuszona nie tylko przez Labour. Partia dała już do zrozumienia, że będzie głosować przeciw umowie, jeśli np. nie zachowa korzyści ze wspólnego rynku i unii celnej.

Od razu należy wyjaśnić, że Corbyn jest raczej eurosceptykiem, choć partia robiła kampanię na rzecz pozostania w Unii. Pogodził w partii środowiska zwolenników i przeciwników Unii, ale do głosu coraz bardziej dochodzą młodzi, dla których rozstanie z Unią pozbawia ich części perspektyw. Starsi są często anty-unijni, więc znaleziono rodzaj kompromisu. Jeśli do wcześniejszych wyborów nie dojdzie, Labour będzie popierać ideę nowego referendum na temat wyjścia z UE. To nowość, pewien zwrot, bo dotąd partia trzymała się wyników poprzedniej konsultacji. Rzecz jest hipotetyczna, ale Corbyn zgodził się zostawić „wszystkie opcje na stole”, trochę w duchu ekumenizmu. Inni, jak McDonnell, wykluczają nowe referendum.

„Celem Labour jest gruntowna zmiana kraju” – mówił Corbyn w zamykającym zjazd przemówieniu, wyraźnie dumny z dynamizmu i wyników partii. Przez zgromadzonych przebiegł dreszcz, gdy z głośników rozległa się piosenka „króla” soulu Sama Cooke’a – „długo na to czekaliśmy, lecz wiem, że zmiana jest w drodze”… Widząc chaos brytyjskich negocjacji w Brukseli, można się spodziewać, że po ośmiu latach przerwy Labour przejmie ster kraju. To może być kwestia kilku miesięcy, więc wzruszenie było uzasadnione.