Józef Rotblat nie był naiwny

Dobrze się stało, że w roku bieżącym ukazała się biografia Józefa Rotblata – „Noblista z Nowolipek”.

 

Autor książki Marek Górlikowski przedstawił trudne życie wielkiego fizyka w Polsce, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Był Rotblat uczestnikiem i współtwórcą ważnych wydarzeń. Jako pracownik naukowy wchodził – w czasie drugiej wojny światowej – w skład elitarnego zespołu realizującego projekt Manhattan, który umożliwił wyposażenie armii Stanów Zjednoczonych w broń atomową. Po wielu latach stał się bliskim współpracownikiem Bertranda Russella i współorganizatorem ruchu Pugwash, którego celem było stopniowe eliminowanie broni jądrowej Przez wiele lat był przywódcą tego ruchu.

Mam nadzieję, że ta pożyteczna książka przyciągnie zainteresowanie szerokich rzesz czytelników. Jest rzeczą zrozumiałą, że zainteresowanie okazali jej recenzent i publicysta „Gazety Wyborczej”. Jednakże w ich tekstach są uchybienia i nieścisłości.

W recenzji Wojciecha Orlińskiego (Pokuta za atom, „Gazeta Wyborcza”, 7 sierpnia 2018 r.) nie ma nazwisk Alberta Einsteina i Bertranda Russella. A Józef Rotblat nie był sam.

Paweł Smoleński w artykule pod bałamutnym tytułem Pacyfista cudownie naiwny („Gazeta Wyborcza”, 3 września 2018 r.) kilkakrotnie określa Rotblata jako założyciela ruchu Pugwash. Jest to nieścisłe. Był nim Bertrand Russell, który zaprosił do współpracy Józefa Rotblata. Smoleński pisze: „Lecz mimo wszystkich zastrzeżeń stało się tak, jak wiele lat wcześniej przewidział jeden z ojców chrzestnych (obok Alberta Einsteina) Pugwash sir Bertrand Russell. Ten najwybitniejszy logik minionego stulecia,filizof, matematyk i laureat literackiego Nobla prorokował, że Rotblat Nagrodę Nobla dostanie.. Potrzebna korekta – powinno być lord Bertrand Russell. Warto dodać, że Russell tytuł lorda odziedziczył po swoim dziadku Johnie, który w czasach królowej Wiktorii dwukrotnie był premierem Wielkiej Brytanii. Tytuł sir otrzymał natomiast Józef Rotblat w roku 1998.

 

Geneza ruchu Pugwash

Albert Einstein i Bertrand Russell byli przekonani, że broń atomową należy wyeliminować, a pierwszym i najpilniejszym krokiem w tym kierunku powinno być wstrzymanie próbnych eksplozji zatruwających świat śmiercionośnymi izotopami.

W latach 1950-tych ciągłe eksplozje nuklearne dokonywane przez ZSRR i USA miały dwojaki sens. Przywódcy polityczni i generałowie używali ich dla straszenia drugiej strony, do demonstrowania jak bardzo są przeciw „czerwonemu niebezpieczeństwu” i „imperialistycznemu zagrożeniu”.Te niebezpieczne, infantylne popisy ciągle zwiększały ilość szkodliwych izotopów w atmosferze. Celem próbnych eksplozji było też „doskonalenie” arsenałów jądrowych i „oswajanie” społeczeństw z nową bronią. Generałowie twierdzili, że bomby nuklearne to po prostu nowy rodzaj broni z którego nie należy rezygnować. Gdy ktoś mówił o wyjątkowo okrutnych skutkach tych broni, generałowie i ich zwolennicy w mediach odpowiadali, że dynamit i karabiny maszynowe też kiedyś uznawano za okrutne i niedopuszczalne.

Gdy dochodziło do rozważań o zakazie lub ograniczaniu prób nuklearnych, to z Waszyngtonu dobiegały głosy o potrzebie kontroli na miejscu, a z Moskwy, że taka kontrola to zalegalizowane szpiegostwo. Tylko uczeni o wielkim autorytecie mogli udowodnić, że po pierwsze wojna światowa z użyciem broni atomowej oznaczałaby koniec życia na Ziemi, po drugie, że bez kontroli na miejscu możliwe jest sprawdzenie, czy układ o ograniczaniu prób jest przestrzegany.

23 grudnia 1954 roku Bertrand Russell wygłosił przemówienie radiowe o możliwości zniszczenia życia na Ziemi przez eksperymenty nuklearne. Po tym przemówieniu otrzymał ogromną ilość listów z wielu krajów. Jeden z tych listów pochodził od wielkiego fizyka – francuskiego noblisty Fryderyka Joliot-Curie (zięcia Marii Skłodowskiej-Curie), członka Francuskiej Partii Komunistycznej, a w latach wojny – bojownika ruchu oporu. W 1945 roku szef rządu Charles de Gaulle mianował go Wysokim Komisarzem Komisji Energii Atomowej. W roku 1950 został z tego stanowiska zdjęty za swą postawę komunisty.

Fryderyk Joliot-Curie był człowiekiem zaufanym i wielkim autorytetem dla ówczesnych przywódców Związku Radzieckiego. W oczach Russella był on ważnym partnerem do rozmów o powołaniu międzynarodowego ruchu uczonych na rzecz rozbrojenia nuklearnego. Tekst radiowego wystąpienia Russella stał się podstawą dokumentu znanego jako Manifest Russella-Einsteina.

Oczekiwania Russella wobec najwybitniejszego fizyka ówczesnej Francji sprawdziły się. Po kilkugodzinnej rozmowie w Paryżu uzyskał podpis Joliot-Curie pod Manifestem.

18 kwietnia 1955 roku, w czasie lotu z Rzymu do Paryża, Russell usłyszał – wygłoszoną przez kapitana samolotu – wiadomość o śmierci Alberta Einsteina. Był zdruzgotany . Wkrótce przekonał się jednak, że nie wszystko stracone. Kiedy przybył do paryskiego hotelu otrzymał kopertę zawierającą tekst Manifestu z podpisem Einsteina. Był to zapewne ostatni podpis, jaki złożył twórca teorii względności.

9 lipca 1955 roku Russell organizuje zebranie w Caxton Hall w centrum Londynu (Westminster). Russell – matematyk, logik i filozof – był także znakomitym popularyzatorem fizyki, jednakże przygotowując zebranie na temat Manifestu postanowił powierzyć przewodnictwo wybitnemu fizykowi, który mógłby – w miarę potrzeby – wyjaśnić techniczne szczegóły broni jądrowej. Wybrał do tej funkcji profesora Józefa Rotblata, którego rok wcześniej poznał jako partnera-współuczestnika telewizyjnej dyskusji w BBC. Po zebraniu w Caxton Hall Russell podejmuje prace przygotowawcze do postulowanej międzynarodowej konferencji uczonych reprezentujących Zachód i Wschód. Do tych prac zaprosił Rotblata i brytyjskiego noblistę Cecila Powella.

Na adres Russella napłynęło kilka propozycji dotyczących miejsca konferencji i pokrycia jej kosztów. Ostatecznie wybrał ofertę swego przyjaciela, milionera Cyrusa Eatona, który wziął na siebie pokrycie kosztów podróży i utrzymania uczestników oraz kosztów organizacyjnych. Eaton postawił tylko jeden warunek. Konferencja powinna odbyć się w Pugwash – miejscu jego urodzenia. Była to mała miejscowość rybacka w Nowej Szkocji w Kanadzie. Warunek ten został przyjęty.

Konferencja z udziałem 22 fizyków odbyła się w dniach 7-11 lipca 1957 roku. Schorowany Russell liczący wówczas 85 lat nie mógł przybyć do Pugwash. Jego przemówienie zostało odtworzone z taśmy. O przebiegu obrad codziennie przez telefon informował go Rotblat. W późniejszym okresie Russell uczestniczył jedynie w konferencjach, które odbywały się w Wiedniu i Londynie.
Russell był przewodniczącym ruchu Pugwash, a Rotblat – sekretarzem generalnym.

 

Pominięty wywiad

Profesora Rotblata poznałem w okresie pracy nad książką Bertrand Russell. Biografia polityczna. Ukazała się ona w 1999 roku (wyd. Atla 2, Wrocław).Była recenzowana m.in. w „Trybunie”

W roku 1996 w czasie pobytu prof. Rotblata w Warszawie przeprowadziłem z nim wywiad na temat Lojalność wobec rodu ludzkiego, który zamieściła „Rzeczpospolita” (29-30 czerwca 1996 r.). Wywiad ten w książce Marka Górlikowskiego nie został wzięty pod uwagę. A szkoda, bo wyjaśniał on motywację Rotblata w jego działalności na forum Pugwash.

W trakcie rozmowy poprzedzającej wywiad zapytałem o rolę Russella w kierowaniu ruchem. W niektórych publikacjach był bowiem Russell przedstawiany jako postać-symbol, albo wręcz figurant a nie jako rzeczywisty przywódca. Mój rozmówca kategorycznie zaprzeczył. Stwierdził, że systematycznie informował sędziwego filozofa o działalności ruchu i otrzymywał od niego pożyteczne wskazówki i sugestie. Tak więc Russell do końca życia wywierał wpływ na kierunek działań ruchu Pugwash, który stał się uznaną instytucją międzynarodową.

 

Przywódcy nie byli naiwni

Po śmierci Russella (2 lutego 1970 r.) Józef Rotblat stał się dominującym przywódcą ruchu w jego staraniach na rzecz całkowitego zakazu prób z bronią jądrową, przeciwstawianiu się rozpowszechnianiu tej broni oraz – w dalszej perspektywie – jej całkowitego wyeliminowania.

Dyskusje na konferencjach Pugwash doprowadziły do istotnych wniosków praktycznych:
– Techniki i metody sejsmiczne sprawiają, że kontrola na miejscu nie jest konieczna,
– Odczuwalne ograniczenie opadów radioaktywnych jest możliwe przy dopuszczeniu eksplozji podziemnych.

Układ o zaprzestaniu prób z bronią jądrową na ziemi, w powietrzu i pod wodą, podpisany przez trzy mocarstwa nuklearne – USA, ZSRR i Wielką Brytanię – w dniu 5 sierpnia 1963 roku wynegocjowany został przy uwzględnieniu dyskusji na forum ruchu Pugwash. W układzie tym było ustępstwo na rzecz generałów w postaci dopuszczalności prób podziemnych. Te ostatnie w latach późniejszych (1974 i 1976) były stopniowo ograniczane poprzez kolejne porozumienia międzynarodowe. Całkowity zakaz wszelkich prób z bronią jądrową – stanowiący cel wieloletnich starań Józefa Rotblata – podpisany został 24 września 1996 roku. Za te działania parlament Norwegii przyznał Pokojową Nagrodę Nobla za rok 1995 prof. Rotblatowi oraz ruchowi Pugwash.

Dochodzenie do wyżej wymienionych porozumień międzynarodowych było możliwe dzięki temu, że argumenty przedstawiali kompetentni uczeni będący autorytetami dla rządów wielkich mocarstw. Zgodnie z zasadami ustalonymi przez Russella i Rotblata konferencje Pugwash miały charakter poufny i były skoncentrowane ściśle na problematyce zbrojeń nuklearnych.

Podejmowanie jakichkolwiek innych tematów mogłoby doprowadzić do przerwania konferencji przez jedną ze stron. Russell i Rotblat wykazywali wielką mądrość polityczną w unikaniu na forum Pugwash krytyki poszczególnych rządów bez względu na motywy tego rodzaju krytyki. Wykazywali również umiejętność pozyskiwania do poufnych rozmów uczonych posiadających nie tylko sławne nazwiska, ale również zaufanie wpływowych polityków. Nie było to łatwe. Po obydwu stronach „żelaznej kurtyny” generałowie twierdzili, że przeciwnik nigdy nie zrezygnuje z doskonalenia broni jądrowej i że całkowity zakaz prób byłby „utopijny”, „szkodliwy”, „kapitulancki” itp. Wbrew tym twierdzeniom ruch Pugwash stworzył możliwość przerwania serii eksplozji na ziemi, pod wodą i w powietrzu. Bez tego wielu z nas nie byłoby na świecie, a wielu innych cierpiałoby na straszliwą chorobę popromienną.

W zakończeniu powyżej przywołanego artykułu Paweł Smoleński pisał, że Rotblat „nagrodę otrzymał w niepewnym czasie, po co najmniej zagmatwanych dziejach ruchu Pugwash i w duchu tej cudownie szczerej naiwności wielu wspaniałych ludzi Zachodu głoszących, że „better red than dead”. Najpewniej lepiej być czerwonym niż martwym, lecz z pewnością nie na każdych warunkach”.

Rozważania, że „lepiej być czerwonym niż martwym” miały miejsce w okresach wielkich napięć i groźby światowej wojny nuklearnej. Kiedy napięcie opadało i dochodziło do – zaskakujących wówczas – układów oddalających niebezpieczeństwo kataklizmu wówczas rozważania „czerwony czy martwy” stały się bezprzedmiotowe. Poszukiwanie związku pomiędzy Laureatem Pokojowej Nagrody Nobla z 1995 roku, a „duchem cudownie szczerej naiwności” jest – łagodnie mówiąc – zupełnie nieuzasadnione.

 

Marek Górlikowski – „Noblista z Nowolipek. Józefa Rotblata wojna o pokój”, wyd. Społeczny Instytut Znak, Krakow 2018, str. 340, ISBN 978-83-240-5540-1.

Jeszcze jedna wojna?

„Zbrojną koalicję, należy budować zbrojną koalicję przeciw Iranowi” – powtarzał podczas swojej europejskiej podróży swym rozmówcom izraelski premier Benjamin Netanjahu w Berlinie, Paryżu i Londynie. A nie minął nawet miesiąc od zerwania przez Trumpa porozumienia atomowego z Iranem. Jeszcze Europejczycy myślą o jego ratowaniu, jak też swoich irańskich kontraktów, a Izrael już ciśnie. Netanjahu wyrwał się przed amerykańską orkiestrę, jakby był dyrygentem. Iran znalazł się na celowniku, a Europa już oberwała. Ten kryzys szybko się nie zakończy.

 

„Śmierć Izraelowi!, „Śmierć Ameryce!” – krzyczeli w odpowiedzi rytualne slogany Irańczycy w Teheranie i innych miastach: to był Dzień Al-Kuds (Jerozolimy), świętowany tłumnie każdego roku od początku rewolucji. W stolicy spłonął szmaciany Trump owinięty w izraelską flagę. „Stany Zjednoczone, Arabia Saudyjska i Izrael chcą pogrążyć Iran nie wiedząc, że narażają własne bezpieczeństwo” – ostrzegał Ali Laridżani, szef irańskiego parlamentu. „Chcemy żyć w pokoju. Nie chcemy wojny, nie jesteśmy zwierzętami. (…) Ale dzisiaj Izrael chce zniszczyć wszystkie kraje wokół, będziemy się bronić” – mówił do ludzi przez megafon.

Jak niemal wszystkie ostatnie kryzysy, nagonka na Iran wiąże się z wojną w Syrii. Na początku czerwca izraelski minister obrony Awigdor Libermean spotkał się ze swym rosyjskim odpowiednikiem w Moskwie i obaj podpisali zaskakujące porozumienie: Izrael będzie mógł atakować jednostki irańskie w Syrii, ale nie będzie ruszał wojsk syryjskich. Min. Siergiej Szojgu przypomniał słowa prezydenta Putina, że Rosja chciałaby wycofania się Iranu z Syrii, tak samo jak Amerykanów i Turków, którzy (w przeciwieństwie do Irańczyków) przebywają tam nielegalnie. W imperium amerykańskim patrzą na ten układ tak samo nieufnie, jak w Teheranie: obie strony zastanawiają się w co gra Rosja, bo jeśli chodzi o Izrael, wiadomo.

 

Bez konkurencji

Antyirańska obsesja Izraela dała o sobie ponownie znać pod koniec kwietnia, gdy na parę dni przed ogłoszeniem decyzji Trumpa o zerwaniu układu atomowego z Iranem, premier Netanjahu odegrał medialny teatrzyk, że Iran chce zbudować bombę atomową z „dowodami”, które miały znajdować się w archiwum z dokumentami sprzed 2003 r., zdobytym przez Mosad. W Europie rewelacje izraelskiego premiera raczej zlekceważono, ale potraktowano je jako niezawodną zapowiedź fatalnej decyzji Trumpa. A ten zerwał układ podpisany trzy lata temu przez wszystkich stałych członków Rady Bezpieczeństwa, gwarantujący, że Iran nie będzie używał atomu do celów wojskowych. Otwartym wrogiem tego układu był od początku Izrael, przeciwny zniesieniu sankcji nałożonych na Teheran.

Państwo żydowskie jest nieoficjalnym mocarstwem atomowym, ma (wg różnych źródeł) 0d 80 do 400 głowić jądrowych. W przeciwieństwie do Iranu, nie podpisał Układu o Nierozprzestrzenianiu Broni Jądrowej i nie zgadza się na żadnych międzynarodowych inspektorów. Według specjalistów od obronności, ma też mini-bomby jądrowe i neutronowe najnowszej generacji. Produkuje pluton i tryt w ilości wystarczającej do produkcji stu dalszych bomb atomowych. Dostał od Niemiec okręty podwodne zdolne do ich przenoszenia, ma rakiety balistyczne Jerycho 3, samoloty… Ma za sobą imperium amerykańskie i przychylność wielu rządów w Europie. W zeszłym roku Polska wzięła udział w największych manewrach lotniczych w historii Izraela Blue Flag 2017, obok Amerykanów, Niemców i Francuzów…

„Teheran dobrze wie, że Izrael wycelował weń 200 głowic, i że my mamy ich tysiące” – pisał w roku zawarcia układu atomowego Colin Powell, dawny amerykański sekretarz obrony, zapamiętany głównie z odgrywania teatru w ONZ, przed napaścią na Irak. Izrael chce uderzenia w Iran, bo widzi w nim przyszłe zagrożenie i konkurencję na Bliskim Wschodzie. W zasadzie to samo, co widział kiedyś w Iraku.

 

W imię Boga

Izraelskie siły nuklearne są zintegrowane z systemem elektronicznym NATO, w ramach „Indywidualnego Programu Współpracy” z Izraelem, który do sojuszu nie należy, ale ma stałe przedstawicielstwo przy jego Kwaterze Głównej w Brukseli. Według planu testowanego w czasie amerykańsko-izraelskich ćwiczeń Juniper Cobra 2018, siły amerykańskie i natowskie w Europie, szczególnie te stacjonujące we Włoszech, poparłyby Izrael w wojnie z Iranem. Wojna mogłaby się zacząć od ataku izraelskiego na irańskie ośrodki atomowe, jak w 1981 r. na Osirak w Iraku. W przypadku irańskich represji Izrael mógłby użyć broni jądrowych.

Od czasu, gdy Trump zerwał układ z Iranem i przeniósł ambasadę do Jerozolimy, sondażowe oceny jego polityki zagranicznej są mniej krytyczne (45 proc. popiera go, 47,5 proc. odwrotnie). Ma poparcie dla swojej polityki gospodarczej, więc proizraelska linia polityczna może zapewnić mu powodzenie w przyszłych wyborach. Bezwarunkowe poparcie dla Izraela wyrażają konserwatywni wyborcy z południa, pobożni, ewangeliccy syjoniści chrześcijańscy, którzy są bardziej proizraelscy od proizraelskiego lobby w Stanach i są ich dziesiątki milionów. Czekają na oczyszczającą wojnę światową, Armageddon, który, jak wierzą, rozegra się właśnie w Izraelu. To jest elektorat Trumpa.

 

Iran ma się poddać

Mike Pompeo, do niedawna szef CIA, namaszczony przez Trumpa na nowego sekretarza stanu, wyjaśnił, o co chodzi Ameryce dając wykład „Po umowie: nowa strategia irańska” w prawicowej waszyngtońskiej Heritage Foundation, pod koniec maja. Było to wojenne ultimatum domagające się totalnej kapitulacji rządu irańskiego wobec „najsilniejszych sankcji w historii” i presji wojskowej na wszystkich frontach Bliskiego Wschodu. Pompeo wyjaśniał, że to nie amerykańskie wojny narobiły zamieszania w regionie, lecz knowania Iranu, który na nikogo nie napadł.

Wśród 12 żądań, które wyliczył pod adresem Iranu, było wycofanie oddziałów, które na prośbę rządu w Damaszku pomagają Syrii walczyć z Państwem Islamskim i Al-Kaidą, koniec programu atomowego, koniec budowy rakiet balistycznych, zaprzestanie pomocy Hezbollahowi w Libanie i rezygnacja z wpływów w Iraku. Byłoby najlepiej, gdyby Iran się nie rozwijał, nie bronił i uznał zwierzchność imperium – sugerował Pompeo. „Dzisiejszy świat nie akceptuje Stanów Zjednoczonych decydujących za innych. Są kraje niezależne” – odpowiedział mu prezydent Hasan Rouhani. Rzecznik irańskiego MSZ dodał, że Irańczycy pozostaną w Syrii dopóki będą tam terroryści i zechce tego rząd syryjski, a „ci, którzy są w Syrii bez zgody rządu syryjskiego, powinni natychmiast opuścić ten kraj ” – mówił, mając na myśli 2 tys. Amerykanów okupujących wschód kraju i jego pola naftowe.

 

Rosyjska zdrada

Pompeo oskarżył Iran nawet o popieranie ostro antyirańskiej Al-Kaidy, podczas gdy w Syrii czynnym pomaganiem Al-Kaidzie zajmował się Izrael, a Iran ją zwalczał. Wściekły dyskurs Waszyngtonu wyładował się też na Europie, która stała się ofiarą antyirańskich „sankcji wtórnych” na bezprecedensową skalę. Po zelżeniu sankcji na skutek układu atomowego z 2015 r. Stany Zjednoczone handlowały z Iranem na niecałe 200 milionów dolarów, a Europa na 25 miliardów. A teraz musi zrywać obiecujące kontrakty, jeśli nie chce być ukarana. Cokolwiek kolonialna eksterytorialność prawa USA wszystko załatwi. Unia buntuje się prosząc pokornie Stany Zjednoczone o zezwolenia na handel z Iranem, zniesienie tych „sankcji wtórnych”, ale USA nie mają powodu, by jej słuchać. Wszyscy mają wiedzieć, że Iran jest ważną sprawą.

I w czasie całego tego zamieszania okazało się, że Iran i Rosja mają rozbieżne interesy w Syrii. Irańska prasa raczej z rozczarowaniem przyjmowała ostatnie wiadomości na temat pewnego zbliżenia izraelsko-rosyjskiego. I teraz ten układ, „jak nóż w plecy”. W Iranie dualny podział polityczny na konserwatystów i reformistów odpowiada mniej więcej republikanom i demokratom w Stanach.

Prasa konserwatywna na ogół przemilczała układ Liberman-Szojgu, a reformistyczna wzywa do ostrożności wobec Rosji lub ją usprawiedliwia. Rosjanie są pewni, że Iran nie będzie mocno protestował, bo jest niejako zdany na Rosję, nie ma wielu sojuszników. Rosjanie zrozumieli, że by zrobić jakiś porządek w Syrii, muszą liczyć się z Izraelem. „Rosja jest strategicznym partnerem Iranu, ale jeśli Rosjanie obrócą się w kierunku Ameryki i Izraela, Iran przemyśli swoje stosunki z Rosją” – mówił Hosejn Kanani Moghaddam, analityk od konserwatystów.

 

Wielki zawód

Dla milionów Irańczyków pokojowy układ atomowy był szansą na poprawę poziomu życia. Zdejmowane sankcje ruszyły irańską gospodarkę, ale zbyt wolno. W ostatnich miesiącach to tu, to tam, zbierają się kierowcy ciężarówek, rolnicy, emeryci i nauczyciele, nierzadko nieopłaceni, by protestować przeciw warunkom życia i pracy. Doszły do tego manifestacje z powodów ekologicznych, bo susza, burze piaskowe, zanieczyszczenie powietrza, brak wody. Na początku roku przez Iran przetoczyła się fala protestów socjalnych, gdzieniegdzie gwałtownych, przeciw sytuacji gospodarczej kraju, zginęło 25 osób. I oto Trump zrywa układ i nakłada wyjątkowe sankcje, co nie polepsza perspektyw. Przestraszone europejskie koncerny po kolei wycofują inwestycje z Iranu. Staje się on ekonomicznie i medialnie „trędowaty”.

Iran zareagował odmową zmiany swego planu balistycznego i przygotował się do wznowienia wzbogacania uranu. To wszystko nie łamie ciągle przestrzeganej umowy z 2015 r., ale pokazuje, że Teheran będzie się stawiał. Liczy na zrozumienie państw europejskich, choć premier Netanjahu odwiedzając w tym tygodniu Niemcy, Francję i Wielką Brytanię nawoływał do czegoś odwrotnego, całkowitego zerwania układu atomowego i groźby interwencji. Straszył Merkel, że Niemcy zaleje fala syryjskich uchodźców, jeśli będzie nowa wojna, której można uniknąć zrywając kontakty z Iranem. „Koalicja zbrojna” jest na razie tylko jego marzeniem, ale Iran musi teraz uważać.