Firmy padają, gospodarka idzie dalej

Przedsiębiorstwa produkcyjne nie odczuwają korzyści ze wzrostu inwestycji (bardzo zresztą znikomego), a handlowe nie korzystają na wzroście konsumpcji (całkiem przyzwoitym).

 

W sierpniu 2018 r. w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informacje o 90 przypadkach niewypłacalności polskich przedsiębiorstw wobec 80 w sierpniu 2017 r. (wzrost rok do roku o 13 proc.
Taka sama skala wzrostu liczby niewypłacalności (plus 13 proc.) występuje w całym okresie 8 miesięcy tego roku – było ich 670 w porównaniu z 591 w tym samym okresie 2017. Jest to więc już stały trend, bo upadłości systematycznie przybywa.

 

Upadają, bo nie potrafią

Większość spośród niewypłacalnych w ostatnich miesiącach firm (ponad 80 proc. ) od dawna miała problemy z rentownością i gromadzeniem kapitału. Były to w większości przedsiębiorstwa małe i średnie, o obrotach do 20 mln złotych, a więc o lokalnej skali działalności. Bieżące zmiany prawne i podatkowe, polegające na wzrastającej kontroli administracji nad działalnością gospodarczą raczej nie ułatwiają działań naprawczych – ale to nie one są główną przyczyną kłopotów prowadzących do upadłości. w omawianych niewypłacalnościach.
Jak wynika z danych finansowych, źródłem problemów jest raczej model działalności, mało elastyczny i innowacyjny wobec zachodzących zmian rynkowych, takich jak konsolidacja czy coraz bardziej międzynarodowy charakter całych łańcuchów dostaw. Czyli, chodzi po prostu o niezbyt umiejętne prowadzenie biznesu.

 

Budowlanka niezmiennie dołuje

Nadal kłopoty ma budownictwo, borykające się z niskimi cenami, niszczącymi rentowność. Chwilowo notuje ono mniej upadłości, ale jedynie dzięki inwestycjom mieszkaniowym i komercyjnym.
Budownictwo przemysłowe i infrastrukturalne, finansowane ze środków publicznych, jest zdecydowanie mniej dochodowe. Wykonawcy z tego sektora stanowią ponad 70 proc. przypadków niewypłacalności w całej branży. Utrzymuje się znaczna liczba upadłości firm wykonujących prace związane z budową dróg i autostrad, rurociągów, instalacji wodno-kanalizacyjnych, obiektów inżynierii lądowej.
W handlu hurtowym zaczyna przybywać upadłości firm zaopatrujących rynek konsumencki – nie tylko w żywność, ale także odzież i obuwie czy artykuły wyposażenia mieszkań.
Nie wszyscy w Polsce korzystają w równym stopniu na wzroście konsumpcji, a tak naprawdę udaje się to przede wszystkim największym graczom. Na wzroście spożycia w największym stopniu zyskują duże przedsiębiorstwa handlowe, zaś mali tracą. Z drugiej strony, to właśnie w tej branży zanotowano dwa największe pod względem obrotów przypadki niewypłacalności.

 

Wszyscy mają kłopoty

W przemyśle problemy omijają eksporterów, natomiast coraz częściej dotykają zaczynają trapić firmy zaopatrujące rynek krajowy. Zwiększyła się liczba niewypłacalności producentów artykułów konsumpcyjnych (obok żywności – także odzieży i obuwia) oraz maszyn i urządzeń (zwłaszcza wykorzystywanych w budownictwie infrastrukturalnym i w przemyśle).
W porównaniu do ubiegłych miesięcy, zauważyć można spadek upadłości firm zaopatrujących rynek budowlano-mieszkaniowy (np. wyroby stolarskie, chemia budowlana, beton, płytki ceramiczne).
Usługi – to wzrost niewypłacalności w każdym właściwie segmencie, pomimo dużego przyrostu popytu na usługi turystyczne, medyczne, transportowe, gastronomiczne czy finansowe.

 

Zbierało im się od dawna

Generalnie, analizując przypadki niewypłacalności w oparciu o wskaźniki finansowe upadających firm za ostatnie lata widać wyraźnie, że w zdecydowanej większości przypadków, zanosiło się na nie od dawna.
– Niekoniecznie świadczą o tym obroty, które nie zawsze spadały, a w wielu przypadkach także rosły w tym czasie, ale wskaźniki rentowności sprzedaży czy ogólnego zadłużenia przedsiębiorstw. Pogarszały się one sukcesywnie rok po roku, niezależnie czy w przypadku danej firmy w tym czasie jej sprzedaż rosła czy spadała, czyli czy podejmowano działania restrukturyzacyjne starając skupić się na najbardziej rentownej działalności czy wręcz odwrotnie zwiększając skalę sprzedaży, aby efektem skali poprawić rentowność i „zasypać dziurę” w finansach – ocenia Tomasz Starus z firmy Euler Hermes specjalizującej się w ubezpieczeniach gospodarczych i ocenie ryzyka. Brzmi to mocno fatalistycznie i oznacza to, że cokolwiek by się robiło, nic to nie pomoże, jeśli w biznesie ma przydarzyć się klapa.
W rzeczywistości jednak, wszystko zależy właśnie od tego, co i jak się robi. Rzecz w tym, jak mówi zresztą Tomasz Starus, że wiele firm organizacyjnie i finansowo wykazuje się niezbyt dużą efektywnością działania, a co za tym idzie zwrotem z kapitału. Trwają na rynku, ale nie reagują na zmiany na nim, zaś najczęściej – spóźniają się z nimi. Ich model działalności jest mało elastyczny i innowacyjny, zbyt anachroniczny – nie mający często innej opcji niż na przykład bazowanie na niskich kosztach pracy.
Na czym, niestety bazuje zresztą niemal cała polska gospodarka.

Budowlany sygnał rozwoju

Rozkręca się koniunktura w budownictwie przemysłowym, co jest oznaką niezłej kondycji naszej gospodarki.

 

Czy budownictwo stanie się motorem rozwoju polskiej gospodarki?
Może na to wskazywać badanie, które pokazuje, że co piąty pracodawca z branży budowlanej planuje zwiększyć liczbę zatrudnionych w ciągu najbliższych trzech miesięcy. A jeśli planuje zwiększenie zatrudnienia, to zamierza i zwiększać produkcję.
Jest to dobra informacja dla całej naszej gospodarki, bo oznaką jej tempa wzrostu jest właśnie przyśpieszenie w budownictwie przemysłowym.
Jest to także dobra wiadomość dla osób poszukujących pracy w tym obszarze – ale zarazem sygnał dla pracodawców, że o pracownika może być jeszcze trudniej.

 

Tylko co setny chce zwalniać

Co piąty przedsiębiorca budowlany planujący wzrost zatrudnienia to może niewiele – ale to już wyraźny postęp w porównaniu z zapaścią i pesymizmem, panującym jeszcze nie tak dawno. Wprawdzie tylko 20 proc. pracodawców z tego sektora planuje powiększać swoje zespoły, ale jednocześnie 79 proc nie przewiduje zmian personalnych, a tylko 1 proc. planuje redukcję etatów.
Prognoza zatrudnienia na ostatni kwartał 2018 roku, zadeklarowana przez polskich pracodawców z branży budowlanej, wynosi plus 21 proc i jest najwyższa od blisko dwóch lat. W stosunku do poprzedniego kwartału poprawiła się o 1 punkt procentowy, a w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym, aż o 7 punktów procentowych.
Polski sektor budownictwa jest również w czołówce wśród 26 najważniejszych rynków, w których najwięcej firm chce pozyskiwać nowych pracowników.
Biorąc pod uwagę dane tylko dla sektora budownictwo odnotowane w krajach regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), to prognoza dla Polski jest czwartą najwyższą w regionie – ocenia ManpowerGroup.
Ranking krajów, gdzie w branży budowlanej będzie najłatwiej o pracę otwierają Rumunia (+ 36 proc.), Węgry (+ 26 proc.) i Słowenia (+ 25 proc.). Kolejne trzy pozycje w rankingu, za Polską, zajmują Grecja (+17 proc.), Izrael (+ 16 proc.) i Niemcy (+14 proc.).

 

Będą nowe inwestycje?

Tak wysoka prognoza zatrudnienia zgłaszana przez firmy z branży budowlanej to jasny sygnał dla tej części gospodarki, że dalej będzie się ona rozwijać i potrzebować zasobów ludzkich do realizacji swoich zamówień, a także nowych inwestycji.
– Wysoki wskaźnik jest dla kandydatów szukających pracy w tym sektorze zapowiedzią komfortowej sytuacji, ponieważ oznacza, że mogą oni wybrać wśród ofert tę najlepszą i najlepiej płatną. Dla przedsiębiorców natomiast to zdecydowanie niepokojący znak, który zwiastuje jeszcze większe trudności w pozyskiwaniu pracowników dla realizacji swoich założeń biznesowych. Od jakiegoś czasu obserwujemy wycofywanie się firm z realizacji inwestycji z powodu niedoboru rąk do pracy, więc długofalowo taka sytuacja na rynku pracy może oznaczać nawet brak możliwości realizacji wygranych przetargów. Wzrost wynagrodzeń pracowników a także wzrost kosztów materiałów budowlanych powoduje, że już teraz największe spółki odnotowują ogromne straty – mówi Dominik Malec, ekspert rynku pracy.

 

Pracownikom trzeba lepiej płacić

W Polsce brakuje zarówno kandydatów na stanowiska niższego szczebla, jak i chętnych do pracy na stanowiskach kierowniczych.
Możnaby temu zaradzić podnosząc płace, lecz nasi pracodawcy, choć czasami zmuszeni do tego przez okoliczności, boją się zwiększania zarobków pracownikom jak diabeł świeconej wody.
Tę lukę w zatrudnieniu pracodawcy częściowo pokrywają siłą roboczą ze wschodu, ale na szczęście, proces zatrudniania i legalizacji pracowników z zagranicy jest wciąż dość skomplikowany i nie gwarantuje w stu procentach zapełnienia potrzeb kadrowych. Nie ma więc wyjścia, przedsiębiorcy będą musieli lepiej płacić.

Można budować szybciej

Cały czas prawie milion polskich rodzin nie dysponuje samodzielnym mieszkaniem.

 

Sejm przyjął tak zwaną specustawę mieszkaniową. Skrócenie czasu przygotowania inwestycji mieszkaniowych z 5 lat do zaledwie roku oraz określenie standardów, jakich trzeba będzie przestrzegać przy ich realizacji – to najważniejsze cele nowych rozwiązań.
Te standardy to na przykład odległości budowanych domów od szkół czy przystanków komunikacji miejskiej, zapewnienie dostępu do drogi, sieci wodociągowej i kanalizacyjnej oraz elektroenergetycznej.

 

Więcej informacji

Ustawa ma skracać procedury urzędnicze ale wymaga też zapewnienia infrastruktury społecznej dla nowych osiedli mieszkaniowych. Pozwala też całkowicie odchodzić od standardów w niej zapisanych – na przykład, gdy gmina podpisze z inwestorem umowę na dowóz dzieci do szkoły, to odległość od przystanku nie będzie mieć znaczenia.
Rada gminy będzie mogła określać w swoich uchwałach inne standardy wymagane od inwestorów – większe lub mniejsze niż zapisane w ustawie, ale nie różniące się bardziej niż o 50 proc. w stosunku do przyjętych ustawowo wskaźników. Taka elastyczność jest wskazana, gdyż standardy urbanistyczne są zróżnicowane ze względu na liczbę mieszkańców gmin oraz zagęszczenie budowlane.
Zapisane w specustawie standardy oznaczają swego rodzaju kontrakt z inwestorami. Będą oni zobowiązani zaprezentować swą koncepcję urbanistyczno-architektoniczną, stanowiącą komplet informacji dla rady gminy, przydatny przy podjęciu przez nią decyzji o powstaniu inwestycji. Nowe przepisy nie pozwalają na inwestowanie na terenach podlegających ochronie.

 

W lepszym porządku

Ustawa o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących (bo tak brzmi nazwa specustawy) powinna ułatwić wykorzystywanie obszarów, które dotychczas nie mogły być brane pod uwagę przy budownictwie mieszkaniowym. Na przykład, gruntów rolnych w granicach miast, a także dawnych terenów kolejowych, wojskowych i przemysłowych.
Przepisy określające standardy i procedury lokalizacyjne są w naszym kraju potrzebne, ponieważ plany zagospodarowania przestrzennego pokrywają jedynie 16 proc. powierzchni polskich miast, a ich roczny przyrost wynosi zaledwie 1 proc. Nikomu się nie chce sporządzać planów zagospodarowania przestrzennego, a poza tym stanowią one barierę dla samowoli urbanistycznej, więc są niechętnie widziane zarówno przez władze lokalne, jak i potencjalnych inwestorów.
Obowiązujące dziś przepisy umożliwiają prowadzenie prac budowlanych na podstawie decyzji o warunkach zabudowy, których gminy wydają rocznie około 80 tys. Ale te decyzje są przez ekspertów krytycznie oceniane, bo stanowią główną przyczynę bezładnej zabudowy i niekontrolowanego rozlewania się miast. W przyszłości to się powinno zmienić. Specustawa miałaby obowiązywać przez 10 lat.

Ułatwienia, nowe standardy i restrykcje

Nowe przepisy sprawią, że skończy się dotychczasowa swoboda budowlana. Powstaną nowe standardy, a władze będą skuteczniej nadzorować procesy inwestycyjne.

 

Ożywieniu, kulejącego programu rządowego Mieszkanie Plus, ma służyć projekt ustawy o ułatwieniach w przygotowaniu i realizacji inwestycji mieszkaniowych oraz inwestycji towarzyszących.
Rząd PiS zapowiadał już tę ustawę od dawna, ale poprzednie podejście było kiepskiej jakości, więc projektowane przepisy należało poprawić.

 

Ma być przejrzyściej

– W nowym tekście projektu ustawy uwzględniliśmy opinie zebrane w toku konsultacji i uzgodnień. Umożliwiamy uruchomienie gruntów, które do tej pory nie były brane pod uwagę przy budownictwie mieszkaniowym, a także terenów w administracyjnych granicach miast. Dla nabywców i najemców ustawa obniży ceny mieszkań i zwiększy ich dostępność – obiecywał, prezentując projekt wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń.
To nie koniec. Proces inwestycyjny będzie szybki, dostęp do gruntów – dużo łatwiejszy, a to z kolei wpłynie na większą podaż inwestycji mieszkaniowych i tym samym większą konkurencyjność rynku – zapowiada resort inwestycji i rozwoju.
Wszystkie te cudowne skutki mają nastąpić w wyniku zwiększenia udziału samorządów w procesie wydawania zgody na lokalizację inwestycji mieszkaniowej.
W zmienionym projekcie zrezygnowano z angażowania wojewody w proces decyzyjny. Zgoda na lokalizację inwestycji wydawana będzie przez radę gminy w formie uchwały – czyli, nie będzie to już decyzja czynnika administracyjnego lecz czynnika społecznego.
Ta zmiana ma swoje uzasadnienie, bo to samorząd najlepiej zna lokalne uwarunkowania, więc on powinien mieć decydujący głos w sprawie realizacji inwestycji na terenie, na którym działa. Taki mechanizm zwiększy przy tym udział lokalnej społeczności w podejmowanych przez radę gminy rozstrzygnięciach – bo radzie gminy można łatwiej patrzyć na ręce niż wojewodzie.
Wprowadzono również nowe uregulowania dotyczące rozszerzenia konsultacji publicznych. Mają one zagwarantować transparentność – i powszechny udział w podejmowanych przez gminę decyzjach mieszkaniowych.

 

Pod zwiększonym nadzorem

W proponowanych przepisach są jednak i większe niż dotychczas restrykcje
Uchwała rady gminy o ustaleniu lokalizacji będzie musiała być zgodna ze studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego gminy – podczas gdy dziś przy wydawaniu warunków zabudowy, taki wymóg nie musi być spełniony.
Nowe przepisy mówią krótko: brak spełnienia standardów urbanistycznych zapisanych w ustawie uniemożliwi wydanie pozwolenia na użytkowanie budynku.
Oznacza to, że w efekcie nastąpi ograniczenie powstawania zabudowy kiepskiej jakości, poniżej standardów, pozbawionej dostępu do niezbędnej infrastruktury.
Jednocześnie, ustawa w praktyce nie pozwali na inwestowanie na terenach podlegających ochronie.
Ministerstwo podkreśla, że będą to rozwiązania służące redukcji negatywnego wpływu urbanizacji na środowisko.
„Pozwoli to również zapobiegać wyłączeniu przestrzennemu i powstawaniu „sypialnianych” dzielnic oraz obszarów, zamieszkanie w których stygmatyzuje, skutkując m.in. wykluczeniem społecznym” – stwierdza oficjalnie resort inwestycji i rozwoju.
– Oczekujemy od inwestorów spełnienia standardów urbanistycznych – zapowiada wiceminister Artur Soboń. Kto nie będzie ich spełniać – może zapomnieć o pozwoleniu.

 

Koniec swobody na budowie

W rezultacie, można się obawiać, że ubocznym, ale znaczącym skutkiem nowych regulacji będzie po prostu zmniejszenie rozmiarów budownictwa indywidualnego, które stanie w obliczu konieczności spełniania coraz bardziej restrykcyjnych norm. Będzie to drastycznie sprzeczne z zapowiadanym celem programu Mieszkanie Plus.
Takim efektem ministerstwo się jednak nie przejmuje – i zapowiada dalsze obostrzenia – oraz uzależnienie procesu budowlanego od władz administracyjnych. Tyle, że nie od centralnych czy wojewódzkich, lecz lokalnych.
Proponowane przepisy wprowadzają obowiązek dołączenia koncepcji realizacji całej inwestycji już na etapie składania wniosku przez inwestora.
Obowiązkowy będzie udział przedstawiciela władzy wykonawczej i stanowiącej gminy w zespole konkursowym oceniającym proponowane koncepcje urbanistyczno-architektoniczne.
Nastąpi zróżnicowanie standardów związanych z lokalizacją, w zależności od wielkości miejscowości. Ustawa będzie określać podstawowe standardy, ale w dodatku rada gminy będzie mogła określić własne, lokalne standardy. Projektowane przepisy dotyczące koncepcji urbanistyczno-architektonicznej będą jeszcze bardziej precyzyjne.
Słowem, w budownictwie, nastąpi znaczące ograniczenie swobody tego, kto będzie chciał budować. Zaczną obowiązywać nowe, bardziej szczegółowe normy, zwiększy się nadzór ze strony lokalnych władz.

 

Minister chce mieć wpływ

Te lokalne władze nie będą jednak mieć pełnej swobody w kształtowaniu inwestycji budowlanych na swych terenach. Ograniczą ją nie tylko nowe uregulowania, ale i zalecenia specjalnego ciała, mającego nadzorować budownictwo w Polsce.
Jest to, powołana już Główna Komisja Urbanistyczno-Architektoniczna, złożona z 17 osób, przeważnie specjalistów od budownictwa i architektury, kierowana przez dr arch. Tomasza Sławińskiego, autora kilkudziesięciu planów zagospodarowania przestrzennego oraz planów obszaru metropolitalnego i strategii rozwoju Warszawy. (To, jak się dziś rozwija pod względem budowlanym stolica, jest więc w dużym stopniu dziełem właśnie dr. Tomasza Sławińskiego).
Główna Komisja Urbanistyczno-Architektoniczna ma doradzać Ministrowi Inwestycji i Rozwoju w sprawach planowania i zagospodarowania przestrzennego. Jej członkowie są powoływani i odwoływani przez ministra.
Z projektowanych przepisów może wprawdzie wynikać, że władza centralna zamierza ograniczyć swój wpływ na kształtowanie budownictwa w Polsce, ale w rzeczywistości, za sprawą zależnej od siebie Głównej Komisji, zdoła go zachować.

Inni zbudowali, my się chwalimy

Rząd PiS, niezgodnie z prawdą, podczepia się pod budowlany sukces gminy Jarocin. Trzeba to jednak zrozumieć, bo sam nie bardzo potrafi cokolwiek zbudować.

Już od prawie dwóch miesięcy rząd PiS chwali się osiedlem złożonym z 96 mieszkań, zbudowanym pod Jarocinem, przedstawiając je jako sukces rządowego programu Mieszkanie Plus.
To oczywiście zwykła lipa, bo wspomniane osiedle to inicjatywa samorządowa, nie mająca absolutnie nic wspólnego z Mieszkaniem Plus. Najważniejsze zaś, że to osiedle zaczęto budować w listopadzie 2015 r., kiedy PiS w ogóle jeszcze nie zaczęło rządzić.

Pomogli poprzednicy

Jeżeli zaś jakieś działania rządowe przyczyniły się do sukcesu Jarocina, to na pewno były to poczynania Platformy Obywatelskiej, nie PiS. To bowiem za jej rządów w państwowym Banku Gospodarstwa Krajowego wymyślono Fundusz Municypalny, który udzielił wsparcia na budowę osiedla pod Jarocinem.
O tym wszystkim oczywiście dokładnie milczą PiS-owskie media publiczne, prezentując w kółko zupełnie inną wersję – wedle starej zasady, że ludzie w końcu uwierzą w kłamstwo, powtarzane odpowiednio często.
„To historyczny dzień. Program Mieszkanie Plus to wielowymiarowe przedsięwzięcia pozwalające zlikwidować deficyt mieszkaniowy w Polsce” – mówił w Jarocinie minister infrastruktury i budownictwa Andrzej Adamczyk. Na majową uroczystość oddania tych pierwszych 96 mieszkań zjechała cała masa dygnitarzy PiS-owskich, którzy nie mieli oczywiście najmniejszego udziału w powstaniu tego osiedla – ale chętnie prężyli piersi przed kamerami rządowych publicznych mediów.
Oprócz ministra, do Jarocina przybyli więc także wicepremier Jarosław Gowin i wojewoda wielkopolski, zaś prezes Jarosław Kaczyński nie mógł przyjechać, lecz wystosował specjalny list, odczytany podczas uroczystości. I w ten oto sposób inicjatywa gminy Jarocin została przywłaszczona przez rząd PiS, który nawet palcem nie kiwnął, by to osiedle powstało.

PiS nawet palcem nie kiwnął

Może zdumiewać taki spęd partyjnych dygnitarzy na przecięciu wstęgi w niewielkim wiejskim osiedlu (postawionym we wsi Siedlemin, kilka kilometrów od Jarocina). Rząd PiS nie ma jednak żadnych sukcesów w wspieraniu budownictwa mieszkaniowego – więc postanowił zawłaszczyć i wykorzystać propagandowo cudzy sukces.
A było to ewidentny sukces samorządowców z Jarocina, bo udało im się tanio zbudować mieszkania – i tanio je wynajmować. Czynsz nie przekracza 11 zł za metr kwadratowy, więc na te 96 mieszkań chętnych było ponad 600 rodzin. Powtórzmy, że ekipa z PiS nawet palcem nie kiwnęła w celu budowy osiedla w Siedleminie.
Fakty są zaś takie, że gmina Jarocin już w 2015 r postanowiła zbudować prawie 400 mieszkań. W listopadzie 2015 r zaczęła budowę pierwszego osiedla w Siedleminie. PiS nawet wtedy nie rządziło!
W kwietniu 2016 gmina podpisała zaś porozumienie o wsparciu dla budowy z Funduszem Municypalnym należącym do banku BGK. Mimo to, dziś PiS-owskie media publiczne trąbią, że mieszkania te powstają „ w ramach programu Mieszkanie Plus”. Akurat!
W pierwszej połowie 2016 r., gdy gmina Jarocin zawarła porozumienie z BGK, jeszcze nikomu w rządzie nie śniło się o programie Mieszkanie Plus (dopiero pod koniec września 2016 r została przyjęta uchwała Rady Ministrów, mówiąca, że taki program powstanie w przyszłości).

Program, którego nie ma

Program Mieszkanie Plus teoretycznie ruszył w ubiegłym roku, a praktycznie nie ruszył w ogóle.
Pierwsze akty prawne mogące mieć realne znaczenie dla uruchomienia programu Mieszkanie Plus weszły w życie dopiero w bieżącym roku. Na razie program Mieszkanie Plus nie działa i nikt nie wie, kiedy zacznie przynosić jakieś efekty.
Ponadto, rząd PiS zlikwidował program Mieszkanie dla Młodych, wymyślony przez PO.
W rezultacie, ubiegły rok był pierwszym od dziesięcioleci, gdy w Polsce nie funkcjonował żaden program wsparcia dla osób pragnących uzyskać swoje pierwsze mieszkanie. I nie funkcjonuje również w tym roku. Jednocześnie, w życie weszły przepisy, zobowiązujące banki do żądania większego wkładu własnego przy udzielaniu kredytów mieszkaniowych.
Efekty już widać, bo za sprawą działań i zaniechań PiS, w Polsce rośnie głód mieszkaniowy. Wprawdzie firmy deweloperskie oddają coraz więcej mieszkań, ale kupują je przede wszystkim ludzie zamożniejsi, często jako swoje drugie, albo i trzecie mieszkanie, niejednokrotnie przeznaczane na wynajem.
Ci biedniejsi, nie mający zdolności kredytowej, nadal nie mają także mieszkań.

Obiecanki cacanki

Szczególnie zaś brakuje mieszkań na wynajem. Szacunki mówią o tym, że dla pełnego zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych potrzeba od 1 do nawet 3 mln mieszkań. Jeszcze trzy – cztery lata temu, ten niedobór szacowano na 0,5 – 1 mln.
Teoretycznie, program Mieszkanie Plus ma wspierać osoby, które chcą wynająć mieszkanie a z rożnych powodów nie mogą lub nie chcą zaciągać na ten cel kredytu hipotecznego. Na razie jednak nie wspiera. Podobno wciąż brak odpowiednich przepisów (no i pieniędzy).
Wiceminister inwestycji i rozwoju Artur Soboń obiecał, że wkrótce zostanie przyjęta specjalna ustawa, mające wesprzeć budownictwo mieszkaniowe dla mniej zamożnych. Przygotowywane przez ministerstwo projekty specjalnej ustawy mieszkaniowej i ustawy o dopłatach do czynszu, powinny być gotowe do przyjęcia przez rząd na przełomie maja i czerwca br.
Czy i kiedy wejdą w życie, reanimując program Mieszkanie Plus? Nikt tego nie wie – tak jak i nie wiadomo, czy kiedykolwiek zniknie niedobór mieszkań w naszym kraju.