Uczmy się pieniędzy

Edukacja finansowa dzieci to wspólna, rodzinna lekcja do odrobienia.

 

Ile wydajemy na dzieci? Początek września stanowi dobry okres na podsumowanie takich nakładów, bo nasze portfele pamiętają jeszcze wakacyjne podróże, a rozpoczęty właśnie rok szkolny wiąże się z niemałymi nakładami na podręczniki i akcesoria.
Koszty utrzymania dziecka nie są małe. Eksperci Centrum im. Adama Smitha oszacowali ostatnio, że koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia osiemnastego roku życia) mieści się w przedziale od 190 do 210 tys. zł, a dwójki dzieci od 350 do 385 tys. zł, trójki zaś od 460 do ponad 500 tys. zł (koszty wychowania trzeciego dziecka stanowią ok. 60 proc. kosztów wychowania pierwszego).
Te wyliczenia nie są zaskakujące, od lat oceniano, że są to podobne sumy – choć oczywiście jest to pewna średnia, gdyż w rodzinach niezamożnych na ten cel wydaje się znacznie mniejsze kwoty. Trochę jednak dziwi, że są tacy, którzy uznają je tylko za koszt. To błąd. Wydatki na dzieci uznajmy przede wszystkim za inwestycję – i jeśli mamy taką możliwość, zwiększajmy je jak to tylko możliwe, bo dla przyszłego dobrobytu, także osobistego, duże inwestycje są konieczne.
Wszystko to nie zmienia faktu, że tam gdzie można, należy racjonalizować wydatki i szukać oszczędności, także z udziałem dzieci.
Dzieci są doskonałymi obserwatorami i więcej niż słowa powiedzą im obserwacje zachowań dorosłych. Jeżeli więc ktoś nie będzie analizował swoich wydatków, z łatwością zgodzi się na ekstra kieszonkowe, będzie narzekał na wysokość swojego wynagrodzenia, nie będzie dbał o swoje oszczędności, zwiększy szanse na powielenie tych niewłaściwych działań przez swoją pociechę.
Kształtujmy zatem właściwe postawy finansowe, poprzez odpowiednie zarządzanie domowym budżetem i lokowanie swoich oszczędności. Może się okazać, że w perspektywie kilku czy kilkunastu najbliższych lat jesteśmy w stanie zgromadzić kapitał rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przyda się – na przykład na edukację dziecka (studia na wymarzonej, zagranicznej uczelni.) czy podróż naokoło świata.
Oszczędzać można samodzielnie. Warto zbudować planoszczędnościowy, który pozwoli zgromadzić środki na realizację życiowych planów. Systematycznie odkładane nawet niewielkie kwoty, z czasem pozwolą zgromadzić spore oszczędności. Przydadzą się w sytuacjach nagłych oraz takich, których się spodziewamy i które mogą trwać latami – choćby czas na emeryturze. Niestety, daje się zauważyć spadkowy trend w oszczędzaniu Polaków. zauważyli ekonomiści banku centralnego. W 2016 r. odkładaliśmy ok. 2 proc. rocznych dochodów – a już w I kw. 2017 roku zaledwie 0,1 proc., czyli praktycznie nic. Dobrze, że rośnie konsumpcja Polaków – źle, że oznacza to, iż przestali oszczędzać.
Warto, by dzieci od najmłodszych lat zapoznawały się z rolą pieniądza. Kiedy są jeszcze małe warto im opowiedzieć, jaką wartość mają monety i banknoty oraz dlaczego rodzice chodzą do pracy (oczywiście jeśli rodzice zarabiają skandalicznie mało, mogą też mówić, że pracują dla przyjemności, by nasza pociecha nie nabrała przekonania, iż w życiu liczy się wyłącznie kasa).
Kiedy dziecko będzie starsze, w wieku nastu lat, można je wprowadzić je w tajniki oszczędzania czy zagadnień związanych z obrotem bezgotówkowym i narzędziami do inwestowania pieniędzy. Należy dawać dobry przykład – to od rodziców dziecko może nauczyć się, jak planować budżet i rozsądnie wydawać pieniądze oraz odpowiedzialnie dysponować miesięcznym kieszonkowym.
Wspólne zakupy to doskonały moment na negocjacje i sprawdzenie podejścia naszego dziecka do finansów. Porównujmy ceny produktów, sprawdzajmy oferty dyskontów i hipermarketów. Pozwólmy dziecku uzasadniać swoje decyzje zakupowe – i mówmy im co ile kosztuje. Większa świadomość to większa umiejętność zarządzania swoim portfelem w przyszłości, a co za tym idzie – większe bezpieczeństwo naszych bliskich.
Może też nieco pomóc szkoła. W obecnym systemie szkolnictwa w Polsce przedmioty, które nieco poruszają tematykę finansów – to Wiedza o Społeczeństwie oraz Podstawy Przedsiębiorczości.
Niestety, brakuje przedmiotów, które wyczerpywałyby tematykę finansów osobistych, pokazywały działania rynku, mikro – i makroekonomii. Zagadnienia te poruszane są dopiero wtedy, gdy ktoś zdecyduje się na podjęcie dalszego kształcenia na uczelniach wyższych, bądź specjalistycznych kursach. Dlatego bardzo ważne jest uzupełnianie tej wiedzy od najmłodszych lat, nawet w warunkach domowych.

Wojenny budżet

716 miliardów. To suma, która od 1 października 2018 roku będzie wydawana na potrzeby armii USA. To nie jest największy budżet w historii Stanów Zjednoczonych, ale wsparty został bardzo wojowniczą retoryką.

 

Ta ogromna suma pójdzie na modernizację amerykańskich siła zbrojnych i zwiększenie ich liczebności. Ogranicza współpracę z Rosją w ramach Porozumienia o otwartych przestworzach (umożliwia kontrolę wzajemną państw sygnatariuszy) i, jakżeby inaczej, grozi kolejnymi sankcjami wobec tych, którzy prowadzą działalność „na korzyść rosyjskiego wywiadu” i sektora zbrojeniowego.

Dokument został podpisany w Forcie Drum, bazie amerykańskiej na północy stanu Nowy Jork. Amerykański prezydent podkreślił, że podpisany przez niego dokument jest największą inwestycją w amerykański sektor wojenno-przemysłowy w najnowszej historii kraju. (W 2011 roku Barack Obama podpisał budżet na 724,6 mld dolarów).

„Na następny rok mamy 716 miliardów dolarów, żeby dać wam najlepsze samoloty, czołgi i rakiety [do użycia] w dowolnym punkcie Ziemi” – mówił Donald Trump w swym przemówieniu skierowanym do wojskowych w bazie Fort Drum.

Na podstawie podpisane go dokumentu zarobki wojskowych wzrosną o 2,6 proc, 40 mld pójdzie na wzmocnienie sił powietrznych (m.in. na zakup 77 myśliwców F-35), za 24,1 mld zostanie zbudowanych 13 nowych okrętów i zmodernizowane zostaną stare.

Wiele uwagi amerykański lider poświęcił w swym przemówieniu konieczności zwiększenia mocy sił kosmicznych, ponieważ, jak się wyraził, „by zachować dominację Ameryki, musimy być przed wszystkimi. Zwykła przewaga nie wystarczy, Ameryka musi panować w kosmosie”. 65 mld wydanych zostanie na opracowanie nowych głowic jądrowych małej mocy, które będą na uzbrojeniu łodzi podwodnych. Zakupionych zostanie 135 czołgów „Abrams” i 360 innych pojazdów bojowych. Przewiduje się też finansowanie badań nad rozwojem dronów.

Liczba żołnierzy zwiększy się o 15,6 tysięcy ludzi.

Co istotne dla naszego regionu Europy, 250 milionów dolarów zostanie przeznaczonych na pomoc wojskową dla Ukrainy, łącznie z bronią ofensywnego charakteru, a także przewidziane są wspólne manewry amerykańskich i miejscowych wojsk na Ukrainie i w Gruzji.

Świat stał się mniej bezpieczny.

Czekając na dobrą zmianę

Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone.

 

Gdy cała Polska rwała włosy z głowy patrząc na grę naszych piłkarzy w meczu z Senegalem, na zamku w Mesebergu pani kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała „tak” prezydentowi Emmanuelowi Macron. I to dla Polaków powinien być znacznie poważniejszy powód do bólu głowy, niż indolencja strzelecka naszych piłkarzy. Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone. Zgrabnie opisał tę nową sytuację publicysta portalu Politico, który powiedział, że pytanie „czy” zmieniło się w Mesebergu w pytanie „jak”. Drobna z pozoru zmiana oznacza poważną cezurę w dziejach Unii Europejskiej.
To długo wydawało się niemożliwe, gdyż w swoim czasie Niemcy bardzo silnie oponowali przeciwko temu pomysłowi. Kilkanaście dni temu niemiecka kanclerz uległa jednak francuskiemu prezydentowi. Przynajmniej dwie prędkości (jeżeli nie więcej) europejskiego rozwoju zostały postanowione. Czeka nas konsolidacja Unii wokół strefy euro i Schengen z tym, że każdy, kto się w to włączy, może z tego skorzystać. Kto pozostanie poza, to po prostu pozostanie poza. Czas – start, można powiedzieć trzymając się sportowych porównań.
Jak wiadomo, pośród wielu „nie”, które rząd PiS wypowiada pod adresem Unii, jest także zdecydowane „nie” w stosunku do wszelkich koncepcji mogących podzielić europejską wspólnotę na dwie kategorie. Mówiąc „po polsku” – na „dwa sorty” – lepszy i gorszy, szybciej rozwijający się i wolniej. Kłopot w tym, że główne państwa Unii nie za bardzo się tym przejmują. Gdy jednymi drzwiami od pani Merkel wychodził premier Morawiecki i komunikował nam o „owocnych”, „konstruktywnych” rozmowach, drugimi drzwiami wchodził do niej prezydent Francji, by następnie razem z panią kanclerz ogłosić rozpoczęcie prac nad dalszą integracją strefy euro. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy pan Morawiecki był o wszystkim poinformowany? Czy Angela powiedziała mu, że zaraz przyjdzie Emmanuel i będziemy decydować o takiej to a takiej sprawie. Nie wiemy, czy tak było, a wiedzieć byłoby warto, bo wtedy mielibyśmy bliższe wyobrażenie, jak jesteśmy traktowani i czy my w ogóle jesteśmy komuś do czegoś potrzebni.
W pierwszych, oficjalnych polskich reakcjach na to wydarzenie obserwuję niestety próbę przemilczenia tego, co się stało na zamku w Mesebergu, albo, w najlepszym razie, próby zbanalizowania sprawy – ot, jedna z wielu koncepcji, która urodziła się na europejskich salonach. Szef gabinetu prezydenta postawił sprawę jasno – martwi nas głównie to, żeby budżet Unii na tym nie ucierpiał, a więc, żeby Unia wypłacała krajom członkowskim, to, co wypłacać powinna, a strefa euro ten swój nowy budżet niech lepi z innych pieniędzy – nie z tych, które są między innymi dla nas przeznaczone.
Jest to sprowadzanie tego wydarzenia wyłącznie do kwestii finansowych, a troska o Polskę polega na tym, żeby nas przypadkiem nie oszukano, żeby przez jakieś francusko-niemieckie fanaberia nie uszczuplono tego, co nam się słusznie należy. Tymczasem to wydarzenie nie zasługuje bynajmniej na sklepikarskie podejście. Przede wszystkim to nie jest sprawa finansowa, to jest sprawa systemowa. To jest sprawa nowego ustroju Unii Europejskiej. Pieniądze są tutaj rzeczą wtórną, rzekłbym. Natomiast kształt Unii Europejskiej, priorytety i zakres uczestniczenia państw członkowskich w Unii – to jest jądro nowych czasów, które nadchodzą. A co do budżetu – nie ma innych źródeł pieniędzy europejskich niż te, o których mówimy. Nie ma jakiejś dodatkowej szuflady z gotówką. Nie należy oczekiwać, że państwa członkowskie dodatkowo się opodatkują, albo będą wnosić jakiś inny, dodatkowy wkład. Należy spodziewać się raczej gospodarowania zasobami dostępnymi. Nie ma szans, że budżet strefy euro powstanie z jakichś innych pieniędzy, które skądś sobie wezmą państwa zainteresowane. Nic o takich pieniądzach nie wiemy. Wiemy za to, że skłonność wpłacania pieniędzy do budżetu Unii przez państwa wysoko rozwinięte jest niska i nie zdarza się, żeby wykraczała poza to, co obligatoryjne.
Poza tym nie zapominajmy o naszych realnych możliwościach, mierzmy siły na zamiary. Co z tego, że coraz to ktoś ze sfer rządowych mniej lub bardziej stanowczo, choć na ogół stanowczo, zapowiada nasze „nie” wobec wszelkich prób budowy oddzielnej strefy euro? Do niedawna sojusznikiem Polski i najsilniejszym reprezentantem państw pozostających poza strefą euro, była Wielka Brytania. Ale Wielka Brytania opuszcza Unię, a sami raczej rady nie damy. Wszystkie nasze polityczne siły i koalicyjne możliwości zużyły się w sporze z Unią w obronie reformy sądownictwa. Przekonaliśmy się o tym boleśnie podczas niedawnego głosowania nad statusem pracowników delegowanych dla kierowców polskich TiR-ów. Wbrew interesowi polskich firm przewozowych i mimo naszego – polskich europosłów – oporu, niekorzystne dla nas rozwiązanie zostało przyjęte głosami naszych największych konkurentów na tym rynku.
Obyśmy się więc i w kwestiach tak zasadniczych, jak oddzielny budżet eurolandu nie rozczarowali, licząc, że środki, które dotychczas są w projekcie budżetowym na lata 2021-2027 nie będą dotknięte.
Poza tym nie ma czegoś takiego jak: „nam się należy”. To, co „się należy”, czy „będzie należało”, ile, dlaczego i na jakich zasadach wypłacane, to się dopiero negocjuje. Powiedziałbym nawet, że po to właśnie w takim momencie Niemcy i Francja „odpalają” projekt konsolidacji strefy euro, żeby w budżecie na lata 2021-2027 wprowadzić niezbędne zapisy. Nie przypadkiem dyskusję nad budżetem strefy nakłada się na dyskusję o budżecie całej UE.
No, dobrze, powie ktoś – pan poseł się tu wymądrza, a co pan radziłby rządowi? Jak powinien postąpić w tej sytuacji?
Otóż nie zamierzam rządowi niczego doradzać, po pierwsze dlatego, że on mnie o nic nie prosi i nawet nie wiem, czy w ogóle byłby zainteresowany, tym, co myślę. Niemniej, jeśli miałbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie – na przykład przez jakiegoś mojego wyborcę – to powiedziałbym, że trzeba uważnie pochylić się nad projektem przyszłego budżetu. Tam jest przewidziane ponad 20 mld. euro na stabilizację unii walutowo-monetarnej. A to oznacza również na badania skutków wprowadzenia euro w krajach, które dotąd wspólną walutą się nie posługują i na ew. rekompensaty, jeśli takie będą niezbędne dla państw, które zadeklarują, że wejdą na ścieżkę do strefy euro. Chodzi o realne rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia euro. Ja bym tak zrobił, skorzystałbym z tego (rozpoczynając tym samym proces dochodzenia do euro), bo to może kompensować straty, które na pewno poniesiemy w polityce spójności. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie. Powinniśmy być w głównym nurcie wydarzeń. Nie powinniśmy zostać na poboczu.
Wkrótce zresztą nadarzy się dobra okazja, by taką „dobrą zmianę”, nową, otwartą postawę na procesy zachodzące w Unii zaprezentować. Może to zrobić pan premier Morawiecki osobiście, gdyż 3 lipca będzie gościł na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że pan Morawiecki przybędzie. To ma formę dialogu, posłowie będą mu zadawać pytania bezpośrednio, w tzw. formule catch the eye – można powiedzieć „oczy w oczy”. Zapowiada się więc bardzo ciekawie – bezpośrednia rozmowa zawsze ma swoją temperaturę. Wszyscy z siedmiu poprzedników premiera Morawieckiego, którzy uczestniczyli w takiej rozmowie, też bezpośrednio odnosiło się do pytań stawianych przez konkretnych posłów. Podkreślam przy okazji, że to w żaden sposób nie jest „egzaminowania” konkretnego państwa, czy szefa rządu. To jest dyskusja na tematy Unii Europejskie: jaka Unia, jej przyszłość. Oczywiście pytań trudniejszych, czy wręcz trudnych, kłopotliwych nie da się uniknąć, ale taka jest natura parlamentaryzmu, swobodnej dyskusji. Nad wszystkim czuwa przewodniczący obradom. On stara się utrzymywać równowagę, ale tylko w tym sensie, żeby taka dyskusja nie przerodziła się w jakąś wewnętrzną walkę polityczną w ramach jednej grupy narodowościowej, przeniesioną na forum Parlamentu Europejskiego.
Jak więc Państwo widzą, mimo lata w Strasburgu i Brukseli wcale nie jest letnio.

Nie tylko Szydło pokazała pazurki

Zachęceni inicjatywą Krzysztofa Brejzy, kolejni posłowie piszą interpelacje i uzyskują informacje o kolejnych nagrodach. Nie tylko Beata Szydło się ceniła.

 

Bo okazuje się, że 2 miliony przeznaczono w 2017 roku na nagrody w Kancelarii Prezydenta. Ale co ciekawe, ani grosza nie zobaczył z tego Andrzej Duda. Za to szefostwo jego biura – a i owszem.
270 tysięcy – tyle dostała wierchuszka. Praktycznie wszyscy dostali nagrody wyższe niż w 2016 (poza Maciejem Łopińskim i Małgorzatą Sadurską, który już w Kancelarii nie pracują). Cała reszta rozeszła się po urzędniczej drobnicy. Rekordzistą okazał się Krzysztof Szczerski – otrzymał w ubiegłym roku 41407,75 zł. 38 tys. zgarnął minister Paweł Mucha – prawa ręka Dudy jeśli chodzi o referendum konstytucyjne.
Halina Szymańska, Adam Kwiatkowski, Andrzej Dera i Wojciech Kolarski – to ta część szefostwa, której dostało się po 30 tys. Nawet Krzysztof Łapiński, który sekretarzem stanu został w 2017 roku, załapał się na 23 tysiące.
Kancelaria stanowczo podkreśliła, że nagrody od Szydło mogły być bulwersujące, ale nagrody od Dudy bynajmniej nie są.
„Nagrody nie były stałym dodatkiem do pensji, jak miało to miejsce w rządzie Beaty Szydło, tylko przyznano jest uznaniowo za wyniki w pracy”. Jakie to były wyniki, opinia publiczna się nie dowie. Dowiedziała się za to, że w żadnym wypadku ministrowie prezydenccy nie muszą nic oddawać na Caritas.
Tymczasem w Ministerstwie Finansów, kierowanym przez Mateusza Morawieckiego, też żyło się całkiem tłuściutko. Sam szef resortu zanim poszedł w premiery, zgarnął 75 tys. za 2017 rok. W sumie do listopada 2015 do kwietnia 2018 nagrodami „zmotywowano do lepszej pracy” ponad 3 tysiące urzędników wyższego i niższego szczebla. Przeznaczono na to 80 milionów przez 3 lata. Z tym, że oczywiście – te nagrody również były ok, nie to co złe pazurki Szydłowej.
„Nagrody pochodzą z utworzonego, w ramach środków na wynagrodzenia funduszu nagród. Nie stanowią zatem dodatkowego obciążenia dla budżetu państwa” – podało Ministerstwo, któremu najwyraźniej fundusz ten wyrósł na drzewku pod oknem.
To jeszcze tak dla formalności. W resorcie kierowanym obecnie przez Teresę Czerwińską nagrody otrzymali za ubiegły rok również: Marian Banaś (67,4 tys. zł), Piotr Nowak (66,4 tys. zł), Leszek Skiba (66,4 tys. zł), Wiesław Janczyk (62,4 tys. zł).
Marszałek Karczewski właśnie złożył u prezydenta prośbę o przyklepanie obniżek wynagrodzenia prezydium Sejmu. Ponoć na głosowaniu sejmowym dotyczącym obniżki uposażeń dyscypliny partyjnej nie było…

Fundusze europejskie – blaski i cienie

Ostatnie budżetowe propozycje Unii – przewidywane cięcia – to niewątpliwa satysfakcja dla opozycji, ponieważ rząd wreszcie ponosi konsekwencje za uporczywe „gryzienie karmiącej unijnej ręki”.

 

Pomoc finansowa Unii  dla Polski słabnie.

Jednak pierwsze poczucie złośliwej satysfakcji, że harda władza oberwała, z czasem powinno ustąpić i przerodzić się u obywateli w głębszą refleksję na temat tego, co z tą pomocą jest w porządku, a co niekoniecznie. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu nie każda pomoc czy subsydia mają zbawienne działanie, a to, co na krótką metę wydaje się zdrowe, na dłuższą może zaszkodzić.
Nie chcę przez to powiedzieć, że można usprawiedliwić błędy rządu w stosunkach z Unią. Nie twierdzę też, że część subsydiów można sobie odpuścić. Po prostu chciałbym skłonić nas wszystkich do zastanowienia się, jakie są długoterminowe skutki pobierania unijnej kasy.
Wkrótce fundusze zabrane z polskiej puli środków powędrują do krajów południa, które już dawno podlegały podobnym do naszych przemianom cywilizacyjnym przy wsparciu UE.
Pytanie, czy po mocnym zastrzyku europejskiej gotówki te kraje poradzą sobie same, czy też potrzebna jest dalsza pomoc? Niestety wygląda na to, że Portugalia, Hiszpania, Włochy czy Grecja wymagają dalszego wsparcia – bezrobocie, zwłaszcza młodych, jest tam zatrważające.
Coś z tym trzeba robić – a trudno cokolwiek skutecznie przedsięwziąć bez zewnętrznego darmowego finansowania.
Kolejne pytanie: czy Polska po dokonaniu wielkich europejskich innowacji może znaleźć się w podobnej sytuacji? W moim przekonaniu jak najbardziej. Idziemy, podobną drogą, co kraje południa i strukturalne problemy wystąpią jak u nich.
Analiza wcześniejszych unijnych działań na południu dowodzi, iż właśnie ta „pomoc” spowodowała katastrofalne problemy strukturalne, które Unia musi teraz sama naprawiać. Problem w tym, że Bruksela albo wstydzi się przyznać do błędu albo autentycznie nie odróżnia przyczyn od skutków. Zasadniczo Unia chce dobrych zmian, ale przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Istnieje prawdopodobieństwo, że Eurokraci z Brukseli rozumują po prostu na zasadzie „Unia dała za mało, dlatego na te kraje nadal trzeba łożyć”. A być może istnieje też głęboko skrywana motywacja podszyta rasizmem – przekonanie, że na południu żyją lenie i lekkoduchy. A to tam powstawały wielkie imperia
W moim mniemaniu istnieje jeden pierworodny błąd zrozumienia całości kryzysowej sytuacji na południu, a bez całościowego zrozumienia nie można określić działań zaradczych. Jak powiedział Hipokrates: dobre leczenie to dobra diagnoza. AD REM: Gdy nowe, biedniejsze kraje, czy to z południa, czy ze wschodu Europy były przyłączane do bogatej Unii – dążyły do tego, aby się do niej upodobnić. Pierwsza konstatacja po podpisaniu traktatu akcesyjnego? Brak nowoczesnych narzędzi pracy, nowoczesnej infrastruktury, przestarzałe szkolnictwo, prymitywne rolnictwo i przetwórstwo, braki prawnej infrastruktury, brak korpusu funkcjonariuszy państwa, itd. Do krajów tych przybywały tabuny europejskich doradców ds. transformacji (nierzadko będący tylko bogatymi ignorantami, którzy nigdy przecież nie budowali zrębów swoich państw. I kiedy mówili nam – zniszczcie PGR-y i komunistyczne fabryki, kupowaliśmy to w ciemno. Tymczasem Czechy i byłe NRD niczego pospiesznie nie burzyły, przekształciły dawne PGR w indywidualne spółdzielnie lub prywatne firmy i dobrze to funkcjonuje. Chiny przeprowadziły transformację na swoją własną modłę – wprowadziły pełną wolność gospodarczą przy zachowaniu sprawnego aparatu byłego komunistycznego państwa. Rezultat można tylko podziwiać. One niczego pośpiesznie nie burzyły. A u nas kwitła niekompetencja tych, którzy zawładnęli państwem po 1989 roku i być może niedługo nawet doczekamy się pomnika działacza związkowego Wrzodaka, który z pianą na ustach zniszczył URSUS. Długo nam zajęło zrozumienie, że wielka „Solidarność” niekoniecznie przyniosła nam samo dobro, do władzy doszły duże grupy populistycznych związkowców. (Choć akurat Lech Wałęsa zachował wiele chłopskiego zdrowego rozsądku, a jego skróty myślowe są genialne – vide „bieda prowadzi do rewolucji, rewolucja prowadzi do nędzy”). Co było nasze – w dużej mierze sami zniszczyliśmy, jeszcze zanim nadeszła UE.

 

Co właściwie jest nie tak  z unijną pomocą?

Cały paradoks opiera się na tym, że Unia chcę dobrze. Ale pamiętajmy, że przedsionki piekieł są wybrukowane dobrymi chęciami. Wciąż istnieje niebezpieczeństwo, że wielkie subsydia nie tylko usprawnią państwa Unii, ale też w pewnych aspektach trwale je zdeformują.
Dlaczego więc wszyscy chcą brać więcej i więcej? Przez wiele lat procesu modernizacji ujemne skutki po prostu nie zdążyły się pojawić. Objawiają się wtedy, gdy nikt ich się nie będzie spodziewał. Oto scenariusz:
Gdy po dziesiątkach lat pomocy wszystko już zostanie zbudowane, autostrady będą błyszczeć, nowoczesne fabryki pracować, instytutu naukowe będą już zbudowane, czas na samodzielne życie na własny rachunek, nawet wypadałoby im zostać płatnikiem dla Unii. Wtedy zgrzyt: firmy masowo upadają, miliony idą na bezrobocie i wychodzą na ulice Lizbony, Aten, Barcelony wybijać szyby oraz walczyć z policją. A do polityki wkraczają faszyzujący nacjonaliści z hasłami opuszczenia UE. Brzmi znajomo?
Wytłumaczenie tego zjawiska jest proste. Wielkie modernizacyjne inwestycje kasie są kosztowne w utrzymaniu, a wiele tych inwestycji jest przewymiarowana. Oczywiście wspaniałe autostrady to nie fikcja, piękne lotniska też. A jednak za cudze i półdarmowe pieniądze buduje się na wyrost i ze zbędnymi luksusami, nie patrząc na wysokie koszty utrzymania.
Lotnisko w Radomiu nie odprawiło żadnego dużego samolotu, Jezioro Jamno wysycha – bo zrobiono niepotrzebne wrota przeciw zalewowe za kilkaset milionów.
Gdy 2 lata temu jechałem autostradą Porto-Lizbona – widziałem pustki, wszyscy pojechali ichnią Gierkówką, która była bezpłatna. Lwia część projektów innowacyjnych, na oko jakieś 80 %. już w swoim założeniu to horrendalne bzdury. Wiele przedsięwzięć to innowacje pozorne, inwestycje w kapitał ludzki z początku sprawiają wrażenie cudu gospodarczego. Najpierw pieniądze płyną szeroką strugą, jednak państwa-beneficjenci muszą dołożyć swój wkład, więc się zadłużają. Przykładowo każdy zafakturowany kawałek drogi za unijne fundusze wzbogaca budżetowy VAT. Wszyscy w kraju się kłócą, bo jest, co dzielić. Oto przykład innowacji:
Dwa lata temu mój młodszy brat z podwarszawskiej Kobyłki (rencista z rakiem) został zaproszony przez Urząd Pracy na kurs komputerowy. Odmówił – nie ma komputera i jest wykluczony z rynku pracy. Zagrożono mu, że nie dostanie węgla na koniec roku, przysłano busik, zapewniono obiady i wycieczkę nad Bałtyk. Taka grupa wiejskich pijaczków z Kobyłki i podobnych miejscowości Mazowsza: Nadarzyna, Kobylaka, Ossowa, Turowa, Stefanówki – to nasza dolina krzemowa.
Czy taka forma inwestycji w kapitał ludzki ma ekonomiczny sens? Oczywiście – przecież zarobił organizator, restauracja, sprzedawca komputerów, właściciel wynajętej sali, firma transportowa, hotel nad Bałtykiem… Skorzystał też niewątpliwie brat, bo na koniec roku dostał nie pół tony, a tonę. Takich gmin i jednostek jest tysiące, cała Polska, aż błyszczy od krzemu. Podobnie było z lotniskiem w Radomiu – też zarobiło mnóstwo krewnych i znajomych królika.
Wiele inwestycji unijnych to tylko mnożenie długu, budowanie złudzeń, że ta pomoc działa, bo budżet w okresie tych inwestycji ma dochody, a ludzie – pracę. W okresie inwestycji szybko postępuje koncentracja produkcji, a firmy i usługi stają się coraz większe i nowocześniejsze. Rolnictwo przekształca się w system wielkich farm a handel – wielkich galerii. Wszyscy mają pieniądze, rząd dobrych panisków daje nawet kasę za darmo.
Jednak w tych nowoczesnych firmach pracuje coraz mniej ludzi. Momentami nawet, gdy są realizowane wielkie modernizacje bywa, że brakuje ludzi do pracy, bo proces przebudowy potrzebuje masy pracowników. Ale gdy kończy się modernizacja, objawia się wielkie strukturalne bezrobocie. Ludzie tracą pracę, bo przestają być potrzebni w, spada obrót i wpływy budżetowe.
Państwa południa udowodniły, że lata pomocy zbudowały tylko blichtr – a pozbawiły ludzi trwałego umocowania socjalnego. W bogatych domach w Grecji, Hiszpanii, Portugalii częstokroć żyją ludzie za emeryturę babci lub dziadka. Grecja już dawno zbankrutowała, bo od lat ktoś inny spłaca za nią długi.
Proces modernizacji państw południa przy wsparciu UE przebiegał sprawnie. Na skutek gigantycznej pomoc ekonomicznej szybko został unowocześniony i skoncentrowany przemysł, – ale też przetwórstwo, infrastruktura. Po zakończeniu modernizacji ludzie, którzy to wszystko budowali, tracą masowo pracę, a nie ma powrotu do małych gospodarstw, bo przestały istnieć.
Grek nie wróci na swój mały kuter, bo za 100000 euro go zezłomował, zaś otwarta za te pieniądze smażalnia przestaje przynosić zyski, bo reszta ludności też ubożeje.
Gdy cztery lata temu jechałem autobusem z Szanghaju do Pekinu, widziałem po drodze jak malutkie gospodarstwa rolne twardo pracowały, na wąskich polach jeździły małe kombajny i traktorki. A u nas? Nawet na małych zagonach widać olbrzymie unijne traktory, – choć w przyszłości ich obsługa to dla gospodarstwa finansowa katastrofa. Tam ktoś myśli o ludzkim bycie i pracy, a my nadal powielamy niebolszewickie marzenia o wielkiej mechanizacji i wielkich farmach. Czy nie czas na refleksję, jaką mamy mieć docelowo strukturę gospodarstw rolnych i jaką rolę ma grać w tym wszystkim drobna wytwórczość? Tu właśnie jest rola odpowiedzialnych partii ludowo lewicowych jednak bez populizmu.

 

Największą pomoc unijną przechwytują giganty gospodarki i sitwy.

Gospodarka Grecji, działając w warunkach sztucznej czasowej prosperity, przywykła już do stałego dopływu subsydiów inwestycyjnych, my już też. Gdy nadszedł krach – na scenie politycznej natychmiast pojawił się populizm, faszyzm, ultra nacjonalizm, z perspektywą rządów bezprawia i niesprawiedliwości.
By cały ten proces sztucznej modernizacji nie skończył się u nas nadejściem faszyzmu – czas, by odpowiedzialne prospołeczne ugrupowania weszły znowu do codzienności polityczno-gospodarczej, ponieważ tanie populizmy wspierające się pospolitym kłamstwem prowadzą nas na skróty do katastrofy. Olbrzymie pieniądze bez realnej kontroli, bo Unia daleko, to potężne narzędzie korupcji politycznej. Za te fundusze samorządowcy czy administracja kupuje sobie wpływy lub bogaci siebie i swoje kliki. Wokół funduszy powstały całe złodziejskie sitwy. Bez zawodowej służby cywilnej niemożliwe jest uczciwa modernizacja, kto do końca zniszczył ten korpus chyba wiemy. Nie wystarczy obsadzenie wszystkich stanowisk Misiewiczami, tu musi być struktura jak we Francji, Niemczech czy Anglii. Gdy skończą się fundusze ultra bogaci na pokolenia pojadą na zasłużone wakacje a długi zapłacą ci, co na nich nic nie skorzystali. Czas najwyższy byśmy przekierowali pomoc na projekty infrastrukturalne, służbę zdrowia inne działania prospołeczne. Przetaniony sprzęt unijny niech będzie dostępny dla ogółu przedsiębiorców a nie dobrze zorganizowanych klik. Czas na pełną transparentność procesu tej pomocy. Pomoc nie może służyć powstawaniu magnackich majątków na 3 pokolenia naprzód. W tej chwili można zbudować całkowicie prywatny hotel za fundusze pomocowe, zajazd nawet z czasem dom publiczny, wystarczy dobry biznes plan. Tworzenie nowych firm za fundusze wykańcza firmy bez dotacji, na wolnym rynku nie może być inaczej.
Mój tekst powinien skłonić też do refleksji, iż czas na powrót do realnego życia politycznego i społecznego dojrzałych ugrupowań politycznych – działających nieprzerwanie, a niefunkcjonujących tylko od jednych wyborów do drugich. Wielkie grupy średniego pokolenia zostały wykluczone, bo to, komuna,. Inni są poza nawiasem, bo nie chodzą w procesji. Wspinanie się do polityki po plecach kościoła to polityczne złodziejstwo i nieuczciwość. Tylko niewielu hierarchów to rozumie. Franko umarł i puste kościoły. Jest tak wiele spraw społeczno-gospodarczych, które wymagają ciągłego nadzoru niezależnych ugrupowań politycznych!
Proste recepty kłamliwego populizmu prowadzą nas do otchłani. Czas już włączyć zdrowy rozsądek. Cała sztuka to wykorzystać olbrzymią szansę modernizacji europejskiej i nie popaść w kłopoty.
To właśnie czynnik społeczno-polityczny musi zostać uruchomiony na nowo. Kościoły powinny skupić się na życiu w zaświatach, a doczesne sprawy powierzyć dojrzałym, dojrzałym działaczom społeczno politycznym.. Na marginesie – „komunizm” w Polsce to de facto okres stalinizmu – do 1953. Jego ofiarami padali też ideowi komuniści. Znielubiony Gomułka cudem uniknął śmierci.
Nie ma idealnych partii ani ustrojów, ale nadszedł czas na poważne debaty bez etykiet i uprzedzeń. My, światli Polacy – walczmy na argumenty, a nie na prymitywne obelgi. Oprócz połajanek i epitetów włączmy społeczno-polityczny nadzór kierunku rozwoju państwa, starajmy się, choć uczyć na błędach innych, a to zaprocentuje.

Mniej pieniędzy z Unii

Tego się obawiałem, uprzedzałem, że tak może się stać.

 

Teraz wiemy już oficjalnie – Komisja Europejska proponuje by z unijnego budżetu na politykę spójności w latach 2021-2027 Polska otrzymała 64,4 mld euro. Na mocy dotychczasowego budżetu trafia do nas 83,9 mld euro.

Mimo, że Polska pozostałaby największym w całej Unii beneficjentem funduszy spójności, to jednak byłoby to o 23 proc. mniej niż w budżecie, który powoli dobiega swego kresu. A przecież nie wiemy jeszcze, co z funduszami rolnymi, gdyż i w tym obszarze zapowiedziano cięcia. Mało tego – to wcale nie musi być koniec nieprzyjemnego zakręcania kurka z pieniędzmi dla Polski, bowiem przy wypłacie może być jeszcze zastosowane kryterium praworządności. W zasadzie ono jest już postanowione. Ma więc rację red. Anna Słojewska z „Rzeczpospolitej” (29.05.2018) pisząc, że „Taki wynik to porażka polskiego rządu już na starcie negocjacji budżetowych. Na razie to co prawda projekt, ale w toku rozmów w gronie państw członkowskich będzie raczej tendencja do zmniejszania wydatków niż ich zwiększania”.

Jestem podobnego zdania – pokazano nam, co to znaczy nie być solidarnym, nie być rzeczywistym członkiem wspólnoty, tylko udawać, że się nim jest.

Z niejakim zdumieniem obserwuję teraz nerwową – jak się zdaje – reakcję rządu i premiera na wiadomości z Brukseli. Władze polskie wydają się być zaskoczone propozycją mniejszego budżetu. Nie bardzo rozumiem dlaczego? Inicjatywa nowego budżetu wyszła przecież z Komisji Europejskiej, w której zasiada polska pani komisarz, przewodniczącym Rady Europejskiej jest Polak, mamy też całą rzeszę urzędników pracujących w Brukseli, w polskim przedstawicielstwie przy UE. Poza tym nowym budżetem Unii ze szczegółami zajmowała się krajowa publicystyka. Żeby daleko nie szukać, ja sam mówiłem o tym publicznie, często i tak głośno, jak tylko mogłem. Także ostrzegałem, że nasze europejskie osamotnienie pociągnie za sobą bardzo złe konsekwencje. Od półtora roku jesteśmy bowiem postrzegani w Unii jako kraj wątpliwie praworządny i partner wątpliwie lojalny. Tymczasem każdy polski rząd, który poważnie pragnie dobrobytu dla kraju, jego bezpieczeństwa i jasnej perspektywy stabilnego rozwoju, musi robić wszystko, by być w głównym nurcie wspólnoty. Każda odpowiedzialna ekipa rządząca, niezależnie spod jakiego politycznego znaku się wywodzi, musi przyjąć do wiadomości, że kraj takiej wielkości jak nasz, tak specyficznie położony i dysponujący ograniczonymi możliwościami własnymi, a pragnący być w cywilizacyjnej czołówce, nie ma rozsądnej alternatywy dla członkostwa w Unii Europejskiej. Mam nadzieję, że i ekipa Prawa i Sprawiedliwości w końcu też to zrozumie.

Na wtorkowym posiedzeniu Prezydium Parlamentu Europejskiego przewodniczący PE Antonio Tajani zapowiedział, że lipcu na forum parlamentu, w ramach cyklu „Debaty o Unii”, wystąpi Mateusz Morawiecki. To jest wielogodzinna debata, w której występują szefowie rządów państw członkowskich i dyskutują z parlamentem o problemach Unii. Jak się wydaje będzie to ostatnia szansa dla rządu polskiego – przed końcową debatą na temat budżetu – na odzyskanie zaufania wspólnoty i powrotu do grona pełnowartościowych krajów Unii Europejskiej. Od postawy premiera będzie zależeć bardzo dużo – także i to, czy poza reputacją będziemy również dalej tracić pieniądze… A może przeciwnie – może uda się coś odzyskać?

Pierwsza reakcja premiera nie skłania jednak do optymizmu: – Na pewno się na to nie zgodzimy, powiedział usłyszawszy propozycję cięć w funduszu spójności. I dodał, że znajdą się kraje, które nas w tym poprą…

Takiej pewności otóż nie ma. Nie jesteśmy jedynym członkiem UE, któremu planuje się zmniejszyć unijne dopłaty i ich pierwsze reakcje wcale alarmistyczne nie są.

– Nie mamy z tym żadnego problemu. Propozycja dotyczy wszystkich funduszy, dotyka więc w równy sposób wszystkich państw członkowskich i nie jest dyskryminująca – powiedział Peter Javorcik, ambasador Słowacji przy UE. Nawet węgierski minister ds. europejskich Szabolcs Takács gotów jest o tym dyskutować. – Nie musimy się tego obawiać – oświadczył”. („Rz.” 29.05.2018) Takich krajów jest więcej, wśród nich np. Niemcy, które w stosunku do bieżącego budżetu tracą 21 proc.

Jeśli na dodatek pamiętać, co pan premier mówił o Unii dosłownie w ostatnich dniach, to – powiedzmy sobie szczerze – wygląda to źle. Nie można na przykład wmawiać obywatelom, że my do Unii dopłacamy, bo to jest pogląd fałszywy. Jest dokładnie odwrotnie. Także w tej zbliżającej się perspektywie finansowej – na lata 2021-2027, nawet, jeśli będziemy wpłacali większą składkę, to per saldo i tak dostaniemy o wiele więcej pieniędzy niż wydamy. Zacietrzewienie więc nie jest dobrym doradcą – ćmi umysł i oddala go od faktów. Dotyczy to także moich kolegów, europosłów PO, którzy mają dziś skłonność przypominać, jak siedem lat temu oni walczyli o budżet dla Polski i ile wtedy wywalczyli. Uważam, że sprawa jest do poważnej rozmowy w Brukseli, do poważnej rozmowy w kraju i w żadnym razie nie powinna być pretekstem do populistycznych przepychanek. Siedem lat temu inna była Polska, inna Unia Europejska, sytuacja ekonomiczna też była inna, a na dodatek nikt wtedy nie myślał o Brexicie. Nawet takie słowo nie było znane.

Martwi mnie jeszcze coś. Unia się zmienia i odnoszę wrażenie, że dzieje się to jakby obok nas, że z każdym dniem odstajemy trochę bardziej. Skoro bowiem jesteśmy przy pieniądzach i przy tym, ile się spodziewamy dostać, to trzeba powiedzieć, że moglibyśmy dostać więcej. W Unii powstają bowiem coraz to nowe projekty finansowe, tylko, że my jakby z góry się na nie zamykamy.
W polityce spójności pojawia się np. nowy fundusz (25 mld. euro) na inwestycje i stabilizację, który ma być przeznaczony na reformy zapobiegające kryzysom i miał być otwarty dla wszystkich. Okazuje się, że będzie służył tylko państwom strefy euro lub systemu ERM2, czyli dla Polski będzie niedostępny.

Era dawania pieniędzy, jak to się mówi „do ręki”, wedle najprostszych kryteriów „bogactwo-ubóstwo”, kończy się! Zaczyna się zaś era inwestowania w konkretne programy, które mają budować dobrobyt i potęgę Unii jako wspólnego organizmu. Tendencja jest taka, by skoncentrować większość pieniędzy na obszarach priorytetowych, czyli na innowacjach, małych firmach, cyfryzacji, inteligentnej transformacji gospodarczej i na ekologicznej, „zielonej” Europie.

Inny obszar europejskich priorytetów, także wsparty nowym funduszem w wysokości 30 mld. euro, to wspólny przemysł obronny. Też nas tu nie ma. A właśnie w takich ogólnounijnych zadaniach tkwią nowe źródła finansowania europejskiego rozwoju. Na naszych oczach powstają nowe strategie rozwojowe, nowe możliwości, tylko trzeba się w to włączyć. Tymczasem my nie jesteśmy włączeni do żadnego z tych programów, liczymy wyłącznie na darmowe pieniądze. Filozofia „dajcie, i nie wtrącajcie się, co my z tym zrobimy”, prowadzi nas wyłącznie na margines, prosto ku statusowi, który symbolizuje wyciągnięta ręka. Nie chciałbym być złym prorokiem, ale wedle mojego rozeznania i znajomości „europejskiej kuchni”, w unijnym sercu zapanował pogląd, że jeśli Polska tak bardzo chce być suwerenna, to trudno… ale na swój własny rachunek.

Europejski Fundusz Spójności, to są nasze wielkie projekty, szeroko zakrojone plany postępu cywilizacyjnego, rozwój infrastruktury. Centralne lotnisko, Via Carpatia, szybka kolej, autostrady, wodociągi, drogi lokalne, hale sportowe? Możecie je sobie budować, ale za własne pieniądze. Skurczy się front robót? Trudno, skurczy się także front pracy – nie będzie przecież potrzeba tylu firm budujących te wodociągi, ulice, drogi, tramwaje, lotniska… No chyba, że macie tyle pieniędzy, że się nie skurczy… Mamy? Niestety – zapłacimy za tę politykę wszyscy.

Małe, zielone i z twarzą Waszyngtona

Zadziwiający jest budżet naszego kraju. Kwalifikuje się do nagrody Nobla z fizyki.

 

Niby sztywny, i niby z gumy”, a jednak tak rozciągliwą substancję trudno spotkać w przyrodzie. Ni to kauczuk, ni plastelina. Prawdziwy fenomen. I jeszcze te nadwyżki z wbudowaną funkcją znikania na zawołanie!
Kiedy po 40 dniach okupacji niepełnosprawni opuszczali Sejm, obowiązywała wersja, że nie da się z niego wycisnąć już ani kropelki pieniądza, nawet w wariancie kompromisowym od przyszłego roku – tylko osławione pieluchomajtki, które już nawet mnie śnią się po nocach, a co dopiero protestującym.
W ostatni sobotę Mateusz Morawiecki ściskał zaś dłonie i oddawał klucze pierwszym szczęśliwcom z Białej Podlaskiej, którzy załapali się na Mieszkanie Plus. A że niektóre rodziny jeszcze przed podpisaniem ostatecznych umów wycofały się z programu, bo za 1,3 tysiąca wynajmą mieszkanie na wolnym rynku bez żadnych obostrzeń, rząd jakoś nie wspomina. Jak na złość, znowu w magiczny sposób nasz budżet zwinął się w kulkę, kiedy doszło do rozliczeń z deweloperami.
Okazało się, że powtórzyła się sytuacja z Jarocina. Mieszkania przekazywane są w stanie surowym, a sam czynsz zamiast 900, wyniesie 1100 – bez licznikowych opłat. Na dodatek po trzech miesiącach niepłacenia na czas najemca może zostać wyrzucony na bruk bez prawa do lokalu socjalnego, będzie też musiał na swój koszt zdzierać położone przez siebie wcześniej podłogi, żeby oddać mieszkanie takim, jakim je wziął. Nie wiadomo, ile lat trzeba będzie dopłacać do czynszu, aby uzyskać własność. Dlaczego tak? „Taniej się nie dało” – tłumaczy PiS, który skutecznie oddał sukces Mieszkania Plus deweloperom.
– Spokojnie, będą dopłaty! – premier Morawiecki usiłował ratować honor inwestycji. Tylko że budżet swoim zwyczajem znowu zrobił woltę. Dopłaty, owszem, będą, ale nie starczy dla wszystkich – tylko dla tych spełniających kryterium dochodowe. I nie będą waloryzowane (strasznie złośliwy stwór z tego budżetu, nie sądzicie?).
Ale cóż to? Coś tam jednak majaczy na pustym rzekomo dnie rządowego worka z pieniędzmi. Coś zielonego i z twarzą Jerzego Waszyngtona. Hokus pokus i państwowe konto nagle rozkwitło wizją nowoczesnej infrastruktury w Polsce północnej. W dokumencie, który MON przekazało amerykańskiemu kongresowi znajdują się plany inwestycji 2 miliardów dolarów – jeżeli tylko miłościwi Amerykanie zechcą przyjąć ów skromny podarunek w zamian za pozostawienie u nas jednej dywizji pancernej w ramach stałej bazy NATO. Przy takiej kasie, jaką jesteśmy w stanie wyłożyć według „Propozycji amerykańskiej obecności w Polsce”, 94 miliony dotacji dla spółek ojca Rydzyka wydaje się skromniutką jałmużną z niedzielnej tacy.
Co można zrobić za 7,5 miliarda złotych? Na przykład spełnić wszystkie postulaty niepełnosprawnych (około 3,8 miliarda) i lekarzy rezydentów (2 mld) oraz opłacić pierwszą transzę podwyżek dla nauczycieli. Albo zmodernizować cały tabor PKP Intercity. Albo wyłożyć połowę rocznej wysokości dopłat do czynszów w Mieszkaniu Plus.
Ale te wszystkie wydatki leżą w Kancelarii Premiera w zamkniętej na głucho szufladce z napisem „Pierdoły”. Otwarta jest za to ta druga, z tabliczką „Wazelina do tyłka Wuja Sama – używać tylko zgodnie z przeznaczeniem”.