Lotto Ekstraklasa: Dobrze, że chociaż strzelają

Poziom sportowy naszej ekstraklasy wciąż jest żenująco niski, ale w 12. kolejce kibice mogli przynajmniej obejrzeć grad goli. W ośmiu spotkaniach zdobyto 29 bramek, co daje średnią ponad trzy trafienia na mecz.

 

Średnią bramkową w minionej kolejce ekstraklasy podbiły głównie dwie kanonady – w Lubinie w meczu Zagłębia z Wisłą Płock i i w Warszawie w starciu Legii z Wisłą Kraków. Padło w tych spotkaniach w sumie 12 bramek, po sześć w każdym. Większy ciężar gatunkowy miał rzecz jasna mecz na Łazienkowskiej, bo „Wojskowi” w przypadku zwycięstwa nad ekipą „Białej Gwiazdy” wskoczyliby na pozycję lidera.

Poziom sportowy tej potyczki był co prawda mizerny, bo w liczbie błędów, niecelnych podań i bezmyślnych zagrań piłkarze obu drużyn pewnie byli lepsi od wszystkich graczy uczestniczących w jednej kolejce Ligi Mistrzów, ale sześć goli i dramaturgia boiskowych wydarzeń trochę te mankamenty liczącej 22 tysiące osób widowni zrekompensowały. Nawet bohater wieczoru, Carlos Lopez „Carlitos”, były wiślak grający teraz w barwach Legii, kilka razy skompromitował się nieudolnymi zagraniami i strzałami na bramkę byłych kolegów. Ostatecznie można mu te kiksy wybaczyć, bo Hiszpan jednak dwukrotnie trafił do siatki rywali, a drugim golem, strzelonym w ostatnich niemal sekundach spotkania na 3:3, którym uratował legionistom punkt, być może w końcu zaskarbił sobie sympatię stołecznej publiki.

Przebieg tej potyczki będzie pewnie jeszcze długo rozpamiętywany w szatniach obu drużyn i w rozmowach między fanami. Legia do przerwy prowadziła 2:0 po golach Węgra Dominika Nogy’a oraz wspomnianego Carlitosa, a po wznowieniu gry aż do 57 minuty nic nie zapowiadało zmiany tego wyniku, chyba że na korzyść gospodarzy. Wtedy zaczęło się jednak trwające pięć minut „zaćmienie Legii”, w trakcie którego wiślacy strzelili trzy gole. Gdyby dowieźli taki wynik do ostatniego gwizdka sędziego, byłoby to wielce dla legionistów niesprawiedliwe rozstrzygnięcie, dlatego dobrze, że Carlitos doprowadził do remisu.
Legia liderem w tej kolejce nie została, ale już w piątek 26 października stanie przed kolejną szansą powrotu na tron, bo tego dnia zagra na wyjeździe z Jagiellonią. Dla legionistów będzie to kolejna próba charakteru, bo w Białymstoku pokonanie Legii jest celem niemal równie ważnym jak zdobycie mistrzostwa.

Tymczasem na dnie ligowej tabeli osiadł nieoczekiwanie Górnik Zabrze. Masowa letnia wyprzedaż wychodzi tej drużynie bokiem i całkiem niewykluczone, że zapłaci za nią dymisją trener Marcin Brosz, który wciąż konsekwentnie stawia na młodych polskich piłkarzy. W meczu z Cracovią w wyjściowej jedenastce zagrało ich ośmiu, zaś w zespole rywali dla odmiany tylko trzech. Dlatego szkoda, że Górnik przegrał.

 

Ekstra jest kasa, nie klasa

Ciekawe, czy po wtorkowej kompromitacji Legii Warszawa w meczu II rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów ze Spartakiem Trnava szefowie PKO BP nadal uważają, że zrobili dobry interes podpisując umowę sponsorską z Ekstraklasą SA.

 

Zapowiada się kolejna klęska polskich zespołów klubowych w europejskich pucharach i tym razem nie zdoła jej przykryć propagandowym całunem nawet PZPN, bo po mundialowej klęsce drużyny Adama Nawałki sam musi teraz fastrygować swój zszargany wizerunek. Wybór Jerzego Brzęczka na nowego selekcjonera biało-czerwonych wbrew oczekiwaniom nie okazał się czynnikiem osłabiającym niezadowolenie kibiców. Tylko wygrana lub ostatecznie remis z Włochami w pierwszym meczu Ligi Narodów może poprawić nastroje.

Całkiem niewykluczone, że to w sumie niezbyt istotne spotkanie może nabrać znaczenia, jeśli po trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy w europejskich pucharach nie będzie już ani jednej polskiej drużyny. Z naszego kwartetu w tej fazie kwalifikacji na pewno wystąpi Legia Warszawa, ale dla mistrzów Polski to żaden powód do chwały, tylko konsekwencja odpadnięcia w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów. A po pierwszym meczu ze Spartakiem Trnava, przegranym przez legionistów na własnym stadionie 0:2, chyba nikt już nie zakłada, że w rewanżu stołeczny zespół zdoła odrobić te straty i awansować do kolejnej rundy.

 

Infekcja albo trenerskie błędy

Ostatnie półtora roku w polskim futbolu trudno uznać za pasmo sukcesów. W czerwcu 2017 roku w rozgrywanych w naszym kraju młodzieżowych mistrzostwach Europy skompromitowała się reprezentacja do lat 21. Po niej w lipcu i sierpniu to samo zrobiły nasze zespoły klubowe w kwalifikacjach europejskich pucharów. To wszystko poszło jednak na bok, bo kibice cieszyli się awansem reprezentacji na mundial w Rosji. W tym roku sytuacja się jednak powtórzyła, tylko że zamiast klęski kadry U-21 w czerwcu przeżyliśmy klęskę pierwszej reprezentacji. Zabolała na tyle mocno, że teraz każda dotknięcie niezagojonej jeszcze rany doprowadza nas do szału.

Po wtorkowym meczu nie ma żadnych podstaw do optymizmu. Słowacki zespół był po prostu wyraźnie lepszy i mógł zdobyć więcej bramek, na szczęście bramkarzowi Legii Arkadiuszowi Malarzowi rzekoma infekcja wirusowa, która zdaniem trenera Deana Klafuricia dopadła jego piłkarzy w przeddzień meczu, nie osłabiła refleksu. Co miał wpuścić, to wpuścił, bo przy obu straconych golach nie miał żadnych szans na udaną interwencję, lecz w kilku sytuacja podbramkowych spisał się bez zarzutu. Niestety, nie da się tego powiedzieć o jego kolegach z pola.

Im być może owa „infekcja” faktycznie spętała nogi, bo na tle graczy słowackiej drużyny, z których znaczna część nie poradziła sobie wcześniej w naszych klubowych zespołach (w tym obaj strzelcy goli dla Spartaka), legioniści wyglądali jak nowicjusze, którzy nie wiedzą jak mają grać. A to już jest działka trenera i wygląda na to, że Klafurić wyleci z Legii już po rewanżowym meczu w Trnavie. No, chyba że go wygra 3:0, ale to nie jest możliwe do wykonania.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, co takiego powoduje, że już drugi sezon z rzędu Legia rozpoczyna w tak fatalnym stylu. Najbogatszy i przez to najsilniejszy polski zespół klubowy w letnim oknie transferowym ściągnął z Wisły Kraków Carlitosa, króla strzelców ekstraklasy w poprzednim sezonie. Na razie Hiszpan na Łazienkowskiej nie zachwyca, co oznacza, że podczas wakacji mocno się zaniedbał. Wróci zapewne do dawnej formy gdzieś na przełomie sierpnia i września, tylko że jego nie ściągnięto na Łazienkowską żeby strzelał gole tylko w Lotto Ekstraklasie. Miał pomóc Legii w europejskich pucharach, nikt jednak nie zapytał hiszpańskiego piłkarza, jakie są jego sportowe cele.

A co jeśli szczytem aspiracji Carlitosa jest tylko gra w naszej ekstraklasie? Miał oferty z drugoligowych klubów hiszpańskich, ale je odrzucił. Nie oferowały mu większych zarobków niż ma w Legii, a skoro tak, to lepiej grać w niezbyt wymagającej polskiej ekstraklasie i być w niej gwiazdą, niż pałętać się na oczach rodaków na zapleczu Primera Division.

 

Pieniądze to nie wszystko

Co jest przyczyną kiepskich wyników naszych klubowych zespołów, trafnie zdiagnozował serbski piłkarz Legii Miroslav Radović. „Naszym największym problemem jest brak zgrania. W zeszłym roku też mieliśmy problem, ponieważ późno zostały zrobione transfery i może to było przyczyną porażek. W tym sezonie było z tym lepiej, bo transfery dokonane zostały we właściwym czasie. Rzecz w tym, że w Legii co sezon dochodzi do wymiany siedmiu-ośmiu graczy z podstawowego składu. Mam na to inny przykład – Victorii Pilzno. Ten klub ma budżet 2-3 razy mniejszy od Legii, ale praktycznie ci sami piłkarze grają tam od pięciu lat. A u nas już niewielu zawodników z obecnego składu pamięta występ w Lidze Mistrzów. Za porażkę ze Spartakiem zasłużyliśmy na surową krytykę. Mimo wszystko nawet w myślach nie rozważam, że w rewanżu ich nie wyeliminujemy. Latem solidnie trenowaliśmy i jesteśmy dobrze przygotowani do sezonu. Może z taktyka jest coś nie tak, ale to są rzeczy stosunkowo łatwe do poprawienia” – przekonywał Radović.

Problemy klubów nie są na szczęście problemami kibiców. Fani przy braku wyników po prostu przestają chodzić na mecze.

 

Duet snajperów w Legii Warszawa

Latem do kadry Legii dołączyło dwóch czołowych napastników w poprzednim sezonie – Carlitos z Wisły Kraków i Jose Kante w Wisły Płock. W stołecznym klubie mają stworzyć zabójczy duet łowców goli.

 

Carlitos w poprzednim sezonie strzelił 24 gole i został królem strzelców ekstraklasy. Jose Kante zdobył tylko dziewięć bramek, ale i tak był najskuteczniejszym strzelcem Wisły Płock. W Legii liczą, że ci dwaj piłkarze stworzą zabójczy duet napastników. Obaj dobrze się znają, są dobrymi kolegami, a między sobą porozumiewają się po hiszpańsku, go Kante choć pochodzi z Gwinei, ma hiszpańskie korzenie. „Carlitos jest moim dobrym kumplem i mogę zapewnić, że na boisku nie będziemy sobie przeszkadzać pod bramką przeciwników, tylko współpracować. Koledzy nie rywalizują ze sobą, tylko sobie pomagają” – deklaruje Kante. Wszystko wskazuje na to, że obaj znajdą się w wyjściowym składzie Legii, która od nowego sezonu ma grać w systemie 3-5-2.

 

Król strzelców w Legii

Napastnik Wisły Kraków Carlitos, czyli Carlos Daniel Lopez Huesca, król strzelców naszej piłkarskiej ekstraklasy w minionym sezonie, przeszedł do Legii Warszawa. Mistrzowie Polski zapłacili za niego około czterech milionów złotych.

 

Legia interesowała się Carlitosem już od dłuższego czasu, ale króla strzelców i najlepszego gracza Lotto Ekstraklasy chce też pozyskać Lech Poznań. Hiszpan liczył na transfer do któregoś z klubów w ojczystym kraju, ale nie doczekał się żadnej oferty. W drugiej lidze grać nie chciał, nie skusiły go też mało konkretne oferty z chorwackiego Dinama Zagrzeb i greckiego AEK Ateny. 28-letni Carlitos decydując się na dalszą grę w polskiej lidze wybrał ostatecznie ofertę występów w najlepszym klubie Lotto Ekstraklasy w poprzednim sezonie, w którym Hiszpan zdobył w barwach Wisły tytuł króla strzelców. W 36 meczach Carlitos zdobył 24 bramki i zaliczył 7 asyst. Krakowski klub zagwarantował sobie też jedną trzecią kwoty z jego kolejnego transferu.

Legia obroniła tytuł

Zdobycie przez Legię drugiego z rzędu mistrzostwa Polski nie podlega dyskusji, chociaż formalnie legioniści wygrali mecz z Lechem przy zielonym stoliku. Po raz drugi z rzędu na drugim miejscu rozgrywki skończyła Jagiellonia.

Decyzją Komisji Ligi mecz 37. kolejki ekstraklasy Lech Poznań – Legia Warszawa, przerwany przy stanie 0:2 przez kibiców gospodarzy, został zweryfikowany jako walkower 0:3 na korzyść stołecznej drużyny. Komisja Ligi podjęła w tej sprawie decyzję jeszcze w niedzielę. „W związku z deklaracją Lecha Poznań, że nie będzie składać odwołania od tej decyzji, rozstrzygnięcie meczu i decyzja o przyznaniu trzech punktów Legii Warszawa staje się wykonalna. Na skutek tej decyzji Legia ma 70 punktów i zapewniony tytuł mistrza Polski, a Lech 60 punktów i trzecie miejsce” – napisano w oficjalnym komunikacie Komisji Ligi.

Niezrozumiały wygłup kiboli Lecha

Mecz z Poznaniu został przerwany w 76. minucie z powodu rac rzucanych na murawę boiska z sektora zajmowanego przez zorganizowane grupy kibiców poznańskiego klubu. Część z nich próbowała wedrzeć się na boisko i wyłamała płot, ale na szczęście awanturnicy zostali powstrzymani przez zwarte oddziały policji. Spotkania już jednak nie wznowiono i sędzia Daniel Stefański z Bydgoszczy o 20:01 odgwizdał jego zakończenie, o czym czekających na rozwój wydarzeń widzów poinformował spiker zawodów.

Pierwsze sankcje spadły na Lech już następnego dnia. Jako pierwszy do karania rzucił się wojewoda wielkopolski Zbigniew Hoffmann, zamykając stadion Lecha na pięć spotkań ligowych oraz trzy w europejskich pucharach. Lekko licząc dla poznańskiego klubu oznacza to tratę co najmniej 5-6 mln złotych. Nic dziwnego, że włodarze „Kolejorza” zamierzają się od tej drakońskiej kary odwołać.

To jednak nie koniec konsekwencji, które mogą spotkać Lecha. W czwartek ma się odbyć postępowanie dyscyplinarne Komisji Ligi i jeśli wierzyć plotkom na poznański klub zostanie na pewno nałożona potężna kara finansowa, a niewykluczone że także minusowe punkty w następnym sezonie. Koszty idiotycznego wybryku grupy kiboli będą więc dla Lecha ogromne i słabym pocieszeniem dla władz klubu jest fakt, że policja już niektórych ze sprawców namierzyła.

Fani Legii też rozrabiali

Gdy stadion już opustoszał świętujący wcześniej w szatni obronę mistrzowskiego tytułu piłkarze Legii wrócili na boisko i urządzili sobie krótką fetę wraz z trzymanymi wciąż na stadionie pod ochroną policji przybyłymi z Warszawy na mecz fanami, którzy wręczyli im zrobione przez siebie imitacje pucharu i medali za mistrzostwo. Wprawdzie to na kibiców Lecha spadło całe odium społecznej niechęci za chuligańskie wybryki na stadionie, ale kibice Legii też się nie popisali. „Wbijcie sobie to do głowy, Lech po prostu jest ch.. y” – takimi przyśpiewkami fani warszawskiego zespołu prowokowali do agresywnych zachowań kiboli „Kolejorza”, ale sami trzymali się w ryzach i swoja postawą na stadionie nie dali żadnych podstaw do nałożenia na Legię kar. Za to w drodze powrotnej pokazali swoje prawdziwe oblicze.

Wracający z meczu w Poznaniu pociągiem specjalnym kibice Legii na stacji w Kutnie zaatakowali policjantów, którzy w starciu użyli broni gładkolufowej. Zatrzymano dwie osoby. Rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi mł. insp. Joanna Kącka podała, że „już w trakcie jazdy z wagonów były rzucane petardy i race. Pociąg, w wyniku zaciągnięcia hamulca, zatrzymał się około 200 metrów od budynku dworca. Z wagonów wysiedli zamaskowani pseudokibice, którzy mieli pozakładane na twarze maski i kominiarki. Byli uzbrojeni w kije i pałki. W związku z zagrożeniem życia i zdrowia funkcjonariuszy, policjanci oddali salwę ostrzegawczą z broni gładkolufowej, co nie powstrzymało agresorów, którzy zaczęli obrzucać funkcjonariuszy kamieniami. Starcie trwało kilkadziesiąt minut. Żaden z policjantów nie odniósł obrażeń”.

W Legii tylko Malarz doceniony

W poniedziałek podczas zwyczajowej już gali na zakończenie sezonu ogłoszono wyróżnienia dla najlepszych graczy ekstraklasy. Najwięcej zaszczytów spadło na napastnika Wisły Kraków Hiszpana Carlosa Daniela Lopeza Huescę, bardziej znanego pod boiskowym przydomkiem Carlitos, który zgarnął nagrodę dla piłkarza sezonu, najlepszego napastnika oraz króla strzelców (wygrał klasyfikację snajperów z 24 trafieniami na koncie, drugi był jego rodak z Górnika Zabrze Igor Angulo, który strzelił 23 gole). Za odkrycie sezonu uznano 20-letniego pomocnika Górnika Szymona Żurkowskiego, za najlepszego obrońcę Michała Helika z Cracovii, a za najlepszego pomocnika Rafała Kurzawę z Górnika. Zabrzański klub zgarnął też nagrodę dla najlepszego trenera, którą przyznano Marcinowi Broszowi. Z ekipy mistrzów Polski indywidualne wyróżnienie otrzymał tylko Arkadiusz Malarz, uhonorowany tytułem najlepszego bramkarza rozgrywek.

Tak więc w przyszłym sezonie nasz klubowy futbol na europejskich arenach w kwalifikacjach Ligi Mistrzów reprezentować będzie Legia, a w kwalifikacjach Ligi Europy Jagiellonia, Lech i Górnik, dla którego będzie to powrót do europejskich pucharów po 23 latach przerwy. Oby udany.