Lepiej iść pod prąd

Przeczytałem dzisiaj z rana dwa wywiady, które lewicowi publicyści zrobili z kandydatami PO i PiS na prezydenta Warszawy. W „Krytyce Politycznej” Jakub Majmurek rozmawiał z Patrykiem Jakim, a w „Tygodniku Powszechnym” Rafał Woś z Rafałem Trzaskowskim.

 

W mojej opinii, w tych rozmowach na zaminowanym gruncie znacznie lepiej wypadł Jaki. Udało mu się rozbroić naszykowane na niego przez lewicę materiały wybuchowe, podczas gdy Trzaskowski beztrosko przeszedł po polu minowym małymi kroczkami, popełniając harakiri i potwierdzając wszystkie lewicowe stereotypy na swój temat.
Jak na to zareagował lewicowy Internet? Majmurek jest stawiany do pionu, że nie dość mocno przyłożył Jakiemu, że takich wywiadów nie publikuje się bez obnażenia kłamstw i manipulacji rozmówcy. Te same osoby, które są pierwsze do wytykania PiS-owi zamordyzmu, skłonne są domagać się zakładania kagańca na sferę publiczną, byle tylko wygrała ich strona. Media liberalne, w nie mniejszym stopniu niż prawicowe, są odpowiedzialne za kształtowanie się illiberalnego społeczeństwa. Jedne i drugie uzasadniają swoją stronniczość troską o prawdę i wiarygodność. Jedni zrobili skok na media publiczne przy Woronicza, inni tęsknią za Ministerstwem Wiarygodności i Informacji Publicznej przy Czerskiej – oczywiście sprywatyzowanym (żeby ludzie „Wyborczej” mogli się uwłaszczyć i ustawić na lata). A ja wolę, żeby każdy sobie oceniał sam, co jest wiarygodne i wiarygodnych ekspertów i autorytety też wybierał sobie wedle uznania. Przysłuży się temu sfera publiczna, która będzie niezdominowana przez partyjne szczekaczki, ustawki, interwencje na polityczne zamówienie, wolna od cenzury i autocenzury. Dziękuję wszystkim publicystom, którzy idą w tej sprawie pod prąd – tym z lewa, z centrum i z prawa.

Flaczki tygodnia

Zwykle „Flaczki” nie piszą o filmach, spektaklach, książkach, których nie oglądały. Tym razem będzie o filmie, który też niewielu w naszym kraju widziało. Ale mają już o nim swoją, gorącą opinię.

***

To „Piąta kolumna szatana, grzesząc i współpracując z wrogimi nam siłami, robi bardzo złą robotę”. Tak ocenił samo powstanie filmu pan ksiądz Henryk Zieliński, stały komentator narodowo – katolickiej TVP Info.

***

Skoro tak pan ksiądz ocenił, to nie dziwmy się, że narodowo-katolicki kanał TVP Kultura w tym roku transmitowała galę wręczenia nagród Festiwalu Filmowego w Gdyni z około trzydziestominutowym opóźnieniem. Wykorzystał je na wycięcie krytycznych wypowiedzi twórcy „Kleru”.

***

Wojciech Smarzowski dwa razy mówił podczas gali wręczenia nagród. Za pierwszym razem zanim doszedł do głosu, publiczność długo go oklaskiwała. Pokazując w ten sposób, że nie akceptuje decyzji prezesa państwowego, czyli obecnie narodowo-katolickiego, Radia Gdańsk o odwołaniu przyznawania nagrody „Złoty Klakier” dla najdłużej oklaskiwanego filmu festiwalu.
Wojciech Smarzowski tak to skomentował; „Proszę państwa, nie ma co tyle klaskać, bo jeszcze ktoś policzy”. Ta wypowiedź została w transmisji. Druga, bardziej krytyczna wobec narodowo-katolickiej cenzury PiS – już nie.

***

Nagroda „Złoty Klakier” jest od lat przyznawana przez kiedyś publiczne, teraz państwowe i narodowo-katolickie „Radio Gdańsk”. Kryterium jest jasne. Po premierowych pokazach radiowcy nagrywają oklaski publiczności i mierzą je. Najdłuższe, najbardziej gromkie przyznają nagrodę „Złotego Klakiera”.
W tym roku „Kler” odnotował ponad minutowe owacje na stojąco. Nie miał sobie równych. Było oczywistym, że dostanie „Złotego Klakiera”.

***

Ale Dariusz Wasielewski, prezes zarządu Radia Gdańsk, podjął niespodziewaną decyzję. W piątek, w godzinach popołudniowych pojawił się krótki komunikat:

„W związku z zaistniałą sytuacją, uniemożliwiającą obiektywną ocenę prawidłowości przeprowadzonych pomiarów długości oklasków publiczności po poszczególnych pokazach filmów, prezentowanych podczas trwającego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, po konsultacji z Kolegium redakcyjnym Radia Gdańsk, podjąłem decyzję o nieprzyznawaniu w tym roku nagrody Złotego Klakiera” – napisał prezes Wasilewski.

***

Zapamiętajcie to nazwisko. Pan prezes dołączył do haniebnego grona cenzorów polskiej kultury. Działając na rzecz interesów zagranicznej korporacji wyznaniowej.

***

„Dziennikowi Bałtyckiemu” udało się nieoficjalnie porozmawiać z pracownikami rozgłośni. Powiedzieli, że kierownictwo stacji naciskało, aby nie wspominać na antenie zbyt często o sukcesie filmu. Pojawił się też pomysł, by ponownie przeanalizować pomiary. Ostatecznie pan prezes-cenzor zadecydował o nieprzyznawaniu nagrody.

***

W Ostrołęce, mieście, którego patronem jest były pan papież i aktualny święty kościoła katolickiego Jan Paweł II, film „Kler” nie będzie pokazywany. Tak informuje portal „Moja Ostrołęka”. Bo jedyne w Ostrołęce kino prowadzone jest przez miejski ośrodek kultury, którego repertuar ma dyktować aktualny prezydent z PiS, były katecheta.

***

Już w 2017 roku doszło tam do ocenzurowania repertuaru kina. Nie pokazano skandalizującego filmu „50 twarzy Greya”. Wówczas kierownik kina Jantar tłumaczył, że wyświetlania filmu zaniechał z powodu wymagań dystrybutora filmu. Kłamstwo wyszło na jaw, kiedy dziennikarze skontaktowali się dystrybutorem.
Ostatecznie kierownik kina osobiście przeprosił widzów i dystrybutora za podawanie nieprawdziwych informacji.
Zniewolonym kościelną cenzura mieszkańcom Ostrołęki pozostają wycieczki do wolnej Łomży.

***

Podobnego zniewolenia przez narodowo-katolicka cenzurę mogą doświadczyć mieszkańcy innych miast rządzonych przez samorządową władzę PiS. Wezwała do tego pani posłanka Anna Sobecka, pierwsza dama Radia „Maryja”. Uważana za usta Ojca Dyrektora Rydzyka. Zapewne ryzyka zadzierania z Rydzykiem PiS-owscy samorządowcy i kandydaci w wyborach samorządowych nie podejmą.

***

Na 28 września zapowiedziano premierę „Kleru”. W Internecie ogłoszono już społeczną akcję „Masowe oglądanie filmu „Kler” w celu jego popularyzacji”. Zapewne pytanie o zakazywanie przez podległe samorządom instytucje kultury projekcji filmu „Kler” pojawi się w czasie kampanii wyborczej.
Warto wiedzieć jak odnoszą się do bezprawnej cenzury narodowo-katolickiej poszczególni kandydaci na prezydentów miast, radnych sejmików wojewódzkich i rad miejskich.

***

Warto zapytać kandydata na prezydenta Warszawy, aktualnego ministra sprawiedliwości pana Patryka Jakiego, dlaczego ministerstwo sprawiedliwości pozwala na stosowanie bezprawnej cenzury w naszym kraju? Warto zapytać pana kandydata Jakiego czy pozwoliłby swojemu ewentualnemu wiceprezydentowi ds. kultury Piotrowi Guziałowi obejrzeć film „Kler”.

***

„Flaczki Tygodnia”, jak przystało na praworządnych obywateli, regularnie płacą abonament radiowo-telewizyjny. I mają teraz problem, bo nie chcą płacić na prezesów Polskie Radio SA i TVP SA, którzy łamią obowiązujące w Polsce prawo, wprowadzając cenzurę dzieł artystycznych.

***

„Flaczki” informują też, że kandydujący do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa redaktor Piotr Gadzinowski zawsze był, jest i będzie przeciwko takim cenzorskim praktykom. Film „Kler” po premierze zobaczy. Już zachęca do jego oglądania.

Antypolskie głosowanie PiS

O tym, że politycy PiS i związani z nim propagandziści kłamią, wszyscy już w Polsce powinni wiedzieć. Ale nie wszyscy jeszcze wiedzą, że potrafią kłamać tak bezczelnie i aż tak głupio.
W zeszłą środę w Parlamencie Europejskim przyjęto dyrektywę o prawie autorskim. Za było 438 posłów, przeciw 226, wstrzymało się 39. Jak zgodnie twierdzili eksperci, nowe przepisy są wymierzone głównie w gigantów i monopolistów zarabiających w sieci internetowej, taki jak Google, czy Facebook. Ukrócą możliwości okradania twórców przez gigantyczne, komercyjne koncerny.
Istniała jednak obawa, że nowe przepisy mogą zostać wykorzystane także przeciwko mniejszym firmom lub nawet indywidualnym użytkownikom Internetu. Upowszechniającym dzieła polskich twórców nierzadko niekomercyjnie.
Dlatego po protestach przed parlamentarna debatą, projekt dyrektywy uzupełniono i wzbogacono o 250 poprawek. Wśród nich najważniejszą, bo zakładającą, że krytykowane rygory dyrektywy nie będą dotyczyć małych i średnich przedsiębiorstw.
Jeszcze dwa dni przed głosowaniami euro parlamentarzyści PiS sugerowali w mediach, że zagłosują za dyrektywą. Bo jest w interesie polskiej kultury i polskich twórców. To wydawało się zrozumiałe, bo przecież stale deklarują swój patriotyzm, dbałość o polskie interesy, o ochronę polskiej kultury.
Zagłosowali jednak przeciw. Jakby byli płatnymi sługusami niepolskich gigantów internetowych, albo „pożytecznymi idiotami” wyżej wymienionych sieci, okradających polską kulturę.
Jakby oczekiwali od tych zagranicznych koncernów korzyści finansowych w czasie nadchodzących kampanii wyborczych.
Aby było jeszcze śmieszniej przez całą zeszłą środę widzowie TVP info mogli się dowiedzieć, że to antypolskie głosowanie euro deputowanych PiS było heroiczną walką ludzi pana prezesa Kaczyńskiego w „obronie wolności Internetu”.
Bez zmrużenia oka przekonywali o tym nie tylko prominentni ero deputowani PiS, ale też czołowi pracownicy PiSowskiego frontu propagandowego. Tacy jak Tomasz Sakiewicz, bracia Karnowscy.
Jeśli ci, deklarujący się codziennie jako „polscy patrioci”, uważają, że „wolność w Internecie” polega na okradaniu polskich twórców i polskiej kultury przez wielkie, zagraniczne korporacje medialne,
to
niech bóg broni
Polskę i Polaków przed takimi „patriotami”.
Skoro wyborcy PiS nie dostrzegają patriotycznego zakłamania elit PiS.

 

PS. Potwierdzam pojawiające się w mediach informacje, że kandyduje do Rady Miasta Stołecznego Warszawy z Ursynowa i Wilanowa. Z listy SLD – Lewica Razem, rzecz jasna.

Więzienie za piosenkę

Pod pretekstem potrzeby walki z dezinformacją i fake newsami Egipt wprowadził przepisy przewidujące kary więzienia za „rozprzestrzenianie fałszywych pogłosek” na portalach społecznościowych. Rząd Abd al-Fattaha as-Sisiego nie ma również litości dla twórców.

 

Przyjęta w lipcu 2018 r. w Egipcie ustawa jest kolejnym krokiem prezydenta Abd al-Fattaha as-Sisiego, by zamknąć krytykom i niewygodnym dla rządu dziennikarzom usta. W kraju już wcześniej obowiązywała odpowiedzialność karna za publikowanie „fałszywych informacji” w mediach oraz na blogach, w połowie lipca wprowadzono możliwość karania za wpisy na portalach społecznościowych, przez autorów, którzy mają tam ponad 5 tys. obserwujących. W praktyce sprawy z odpowiednich paragrafów wszczynane są w przypadku krytyki poczynań autorytarnie rządzącego prezydenta, gdyż o zakwalifikowaniu danego materiału jako fałszywego lub wzywającego do przemocy decyduje Najwyższa Rada Regulacji Mediów, której przewodniczącego nominuje głowa państwa.

31 lipca 2018 r. sąd wojskowy skazał na trzy lata więzienia oraz grzywnę w wysokości 560 dolarów poetę Dżalala al-Bihajriego. To kara łączna za publikowanie „fałszywych wiadomości”, obrażanie wojskowych, a przy okazji także uczuć religijnych. Według sentencji wyroku al-Bihajri dopuścił się tych przestępstw, pisząc tomik wierszy oraz satyryczną piosenkę pt. „Balaha”. Z jej powodu zresztą został 3 marca aresztowany i oczekiwał na proces za kratami (a przy tym został przynajmniej raz pobity). Władze nie mogły mu wybaczyć utworu, w którym prezydent as-Sisi – nie wprost, ale dla Egipcjan kontekst był jasny – został porównany do postaci notorycznego kłamcy z popularnego w Egicie filmu. Życzy mu się również, żeby po czterech latach niespełnionych obietnic trafił w końcu do więzienia.

Al-Bihajriego ukarano również za niewydany jeszcze tomik wierszy pt. „Najwspanialsze kobiety na ziemi”, który miał ukazać się jesienią. Wojskowi sędziowie uznali, że tytuł zbioru… obraża egipskie wojsko. Dlaczego? Uznali mianowicie, że nie ma wątpliwości, że jest aluzją do jednego z hadisów (opowieści o Mahomecie), w którym prorok islamu mówi o „najwspanialszych żołnierzach na ziemi” i ma na myśli właśnie Egipcjan. Poeta, który z powodu „Balahy” stał już na straconej pozycji, na darmo objaśniał, że jego poezja nie mówi o wojsku, tylko, zgodnie z dosłownym brzmieniem tytułu, o kobietach i ich uczuciach.

Adwokat twórcy zapowiada apelację. Niezależnie od jej wyniku al-Bihajriego czeka jeszcze jeden proces za dokładnie te same czyny, tyle tylko, że przed zwykłym sądem karnym. W obronie poety jeszcze przed ogłoszenie wyroku wystąpiły międzynarodowe organizacje twórców, a po jego podaniu do wiadomości – eksperci komisji praw człowieka ONZ. Powstały internetowe petycje z żądaniem jego uwolnienia.

Trudno się jednak spodziewać, by władze Egiptu w ogóle się tym przejęły. Mogą raczej świętować nowy pakiet pomocy wojskowej wartej 195 mln dolarów, jaki pod koniec lipca trafił do nich z USA. Donald Trump nieustannie chwali prezydenta as-Sisiego i zapewnia go o swojej przyjaźni. I w tej akurat sprawie nie spiera się z doradcami.

ACTA do kwadratu

W tym tygodniu posłanki i posłowie Parlamentu Europejskiego dyskutowali o dyrektywie EPICA, o ochronie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

 

Tę dyrektywę ochrzczono nazwą ACTA 2. By przypomnieć bój o wolny internet sprzed sześciu lat. Wtedy też była mowa o poszanowaniu praw autorskich przez użytkowników internetu. Ale tak naprawdę chodziło o przejęcie kontroli nad internetem przez możnych tego świata: koncerny prasowe, muzyczne, filmowe. To oni mieli decydować o tym, co będzie mogło pojawiać się w internecie.

Wówczas społeczność internetowa odniosła spektakularny sukces. Wygrała – nie dysponując zastępami polityków, ani doskonale opłacanymi prawnikami. Przez całą Europę przetoczyła się fala wielotysięcznych manifestacji pod hasłem „Stop ACTA!”. Uczestnicy demonstracji mieli na twarzach charakterystyczne maski Anonimowych (ang. Anonymous).

Również w wielu polskich miastach byliśmy świadkami jednych z najliczniejszych demonstracji ostatnich lat. A ewenementem było to, że w przeważającej liczbie ich uczestnikami byli ludzie młodzi. Wielotysięczne rzesze manifestantów skrzyknęły się spontanicznie za pośrednictwem mediów społecznościowych. To wtedy rządzący po raz pierwszy uzmysłowili sobie, jak ogromna siła drzemie w wirtualnym świecie. Ówczesny premier Donald Tusk był zaskoczony siłą protestu. Dlatego odpuścił. Mimo wcześniejszych zapowiedzi o poparciu polskiego rządu dla dyrektywy ACTA, zmienił zdanie. Ostatecznie dyrektywa ACTA upadła.

 

Powrót ACTA

Na pozór wszystko jest w porządku. Ochrona praw autorskich jest konieczna. By piraci nie wykorzystywali czyjeś pracy i ponoszonych nakładów związanych z produkcją filmową, muzyczną i prasową do własnych celów. O takim zadaniu stojącym przed nową dyrektywą zapewniają politycy popierający nowe regulacje w internecie.

Społeczność internetowa jest nieufna. O skali nieufności świadczy akcja protestacyjna przeprowadzona przez polski oddział Wikipedii – znanej internetowej encyklopedii. W ciągu 24-godzinnego swoistego strajku w dniach 4 i 5 lipca wszystkie strony Wikipedii były zaciemnione i niedostępne czytelnikom.

Nieufność budzą przede wszystkim dwa artykuły nowej dyrektywy – art. 11 i art. 13. Pierwszy z nich okrzyknięty został „podatkiem od linków”. Wprowadza bowiem obowiązkową opłatę za dzielenie się materiałami w sieci. Drugi nakłada na właścicieli platform internetowych obowiązek filtrowania treści zamieszczanych przez użytkowników przed ich opublikowaniem. I prewencyjnego usuwania treści łamiących prawa autorskie. Lub takich, co do których nie ma pewności źródła ich pochodzenia. Ten z kolei artykuł internauci nazwali cenzurą internetu.

 

Diabeł w szczegółach

Diabeł tkwi w szczegółach zapisów nowej dyrektywy. A konkretnie w ich nieścisłości. Można się spodziewać, że takie portale jak wykop.pl przestaną istnieć. Wykop.pl zamieszcza linki do ciekawych miejsc w sieci, znajdywanych przez internautów. Zgodnie z zapisem art. 11 właściciele linkowanych stron mogą zacząć domagać się zapłaty za każdy zamieszczony link.

Podobny kres może czekać internetowe memy. Zdecydowana większość z nich jest przeróbką zdjęć i obrazków znalezionych w sieci. Powołując się na art. 11 dyrektywy każdy właściciel takiego przerobionego zdjęcia i obrazka będzie miał prawo domagać się zapłaty. Co do zasady słusznie, bo to jego materiał został w memie wykorzystany. Ale niejasność zapisów może spowodować, że autorzy memów będących hitem internetu mogą obawiać się bajońskich sum żądanych za wykorzystane materiały.

Pisząc w sieci niejednokrotnie powoływałem się na wypowiedzi, opinie i komentarze innych. Zamieszczając równocześnie linki do materiału źródłowego. Tak zwany hipertekst, czyli tekst przeplatany linkami to kwintesencja internetu. Po ewentualnym wejściu w życie dyrektywy dziesięć razy zastanowię się, czy ryzykować zamieszczenie linku. Ryzykując roszczenie zapłaty sumy niewiadomej wysokości. Lub spotkanie w sądzie z prawnikami wynajętymi przez internetowe „tłuste misie”. Jedno jest bowiem poza dyskusją: internetowi giganci dogadają się i nie stracą. Stracą miliony szeregowych użytkowników internetu.

 

Społeczność internetowa

Skąd biorą się na zapisy w rodzaju ACTA lub ACTA 2? Z samej istoty internetu. Który stanowi zagrożenie dla władzy. Szczególnie tej czwartej. Mówi się, że media to IV władza. To prawda. Prasa, radio, później telewizja miały do niedawna monopol na komunikowanie się ze społeczeństwem. To one decydowały o tym, jaki przekaz dociera do czytelnika, słuchacza lub telewidza. Kto ma wątpliwości, jak dalece może odbiegać przekaz medialny od rzeczywistości, niech sobie zaserwuje przez parę godzin tak zwaną telewizję publiczną Jacka Kurskiego.

Ten monopol czwartej władzy został złamany przez internet. Przez ostatnie kilkanaście lat społeczność internetowa stworzyła prawdziwe społeczeństwo obywatelskie. Wolne. Pluralistyczne. Niepoddające się kontroli i cenzurze. Mimo tego, że sam internet nie jest bez wad.

Dużo racji mają Ci, którzy twierdzą, że to szeroki dostęp do internetu był jednym z katalizatorów Arabskiej Wiosny Ludów na północy Afryki w latach 2010-11. Nie przypadkiem władze takich państw jak Chiny olbrzymią wagę przykładają do filtrowania treści serwowanych swoim obywatelom w internecie. Gdzie nie ma prawa pojawić się prawda o tym, co zdarzyło się w 4 czerwca 1989 roku na placu Tian’anmen.

 

Miłe złego początki

Zagalopowałem się, powiecie? W dyrektywie unijnej jest mowa jedynie o ochronie należnych każdemu praw autorskich. Odpowiadam: miłe złego początki. Ochrona praw autorskich twórców – tak. Cenzura – nie! Zresztą prawa autorskie twórców podlegają takiej samej ochronie w wirtualnym świecie, jak w realnym. Przekonałem się o tym boleśnie już sporo lat temu.

Jedna z niedoświadczonych koleżanek kilkakrotnie wykorzystała metodę „kopiuj i wklej”, by zamieścić na prowadzonym przeze mnie portalu politycznym obszerny fragment artykułu z internetowej strony „Gazety Wyborczej”. Jakież było zaskoczenie, gdy na koniec miesiąca otrzymaliśmy od Agory fakturę opiewającą bodajże na 5 tysięcy złotych. Z grzeczną prośbą o zapłatę za wykorzystanie ich materiałów. Grzecznie zapłaciliśmy. Bo w tym wypadku to Agora miała rację. I prawa autorskie do tekstu. A o ACTA nikt jeszcze wtedy nie słyszał.

 

Wolny internet

Internet musi pozostać wolny – takie jest moje zdanie. I zdanie wielu milionów takich jak ja. Spędzających sporą część życia w tym wirtualnym świecie. Zgoda na cenzurę i filtrowanie treści – nawet w słusznej sprawie, jaką jest ochrona praw autorskich – może uruchomić lawinę. Po koncernach medialnych o rządy w internecie upomną się politycy. Zresztą takie zakusy już były.

Pamiętacie państwo kontrowersyjną sprawę Roberta Frycza i jego strony internetowej Antykomor.pl. W pierwszej instancji autor został skazany na rok i trzy miesiące ograniczenia wolności za znieważenie prezydenta Bronisława Komorowskiego. Fakt, satyryczne materiały dotyczące byłego prezydenta były niesmaczne i wielce niestosowne. Ale dobrze się stało, że sąd drugiej instancji umorzył sprawę. Bo po takim precedensowym wyroku, dzisiaj co drugi autor mema z Kaczyńskim, Ziobrą lub Macierewiczem w roli głównej byłby ciągany po sądach. Z nadzieją rządzących na wyrok skazujący.

 

I lewica

Dyskusja o ACTA 2 dostarczyła amunicji nacjonalistom i przeciwnikom Unii Europejskiej. W minioną sobotę przyglądałem się demonstracji przeciwko ACTA 2 zorganizowanej we Wrocławiu. Podczas której kukizowcy, korwinowcy i zwolennicy „wielkiej Polski” licytowali się, który z nich lepiej potrafi „dowalić” idei Zjednoczonej Europy. To nie tak.

Jasne, że w roku wyborczym każdy temat jest polityczny. Ale akurat w sprawie wolności w internecie lewica nie jest wrogiem prawicy. A prawica – lewicy. Naszym wspólnym wrogiem są ci, którzy połacie internetu traktują nadal jako „ziemię niczyją”. I mając miliardy euro lub dolarów w kieszeni, chcą tę „ziemię niczyją” wykupić. Lub po prostu zawłaszczyć. Zaś prawa autorskie – to tylko pretekst. Tak było w czasach ACTA. I tak jest teraz – w czasach ACTA 2. Lub nawet ACTA do kwadratu.

I lewica – popierając ochronę słusznych praw autorskich twórców – powinna się tej próbie zawłaszczenia internetu przeciwstawić. Jestem o tym przekonany.

 

Nie cieszmy się przedwcześnie

W czwartek 5 lipca w Parlamencie Europejskim odbyło się głosowanie dotyczące dyrektywy o prawach autorskich, tzw. ACTA2. Europosłowie odrzucili projekt dyrektywy w kształcie zaproponowanym przez Komisję Prawną PE. Ale to niestety nie koniec widma cenzury internetu. Po wakacjach, najprawdopodobniej we wrześniu, europarlamentarzystów czeka kolejna debata. Nad zmianami i poprawkami w dyrektywie.

 

Czas wyborów

Do wyborów samorządowych pozostało niewiele ponad 100 dni. Dla Sojuszu Lewicy Demokratycznej to wybory arcyważne. Będą bowiem generalnym sprawdzianem przez zamierzonym powrotem posłanek i posłów SLD do Sejmu w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Dlatego, choć to wyświechtane zawołanie, powtórzę: wszystkie ręce na pokład!

W wyborach samorządowych będę zabiegał o głosy wyborców mieszkających w powiatach: ziemskim wrocławskim, oławskim, trzebnickim, milickim, strzelińskim, górowskim, wołowskim, oleśnickim i średzkim. Startując do sejmiku dolnośląskiego z listy „SLD – Lewica Razem” w okręgu podwrocławskim. Tak zwanym „obwarzanku”. To olbrzymie wyzwanie, bo ostatnimi czasy dolnośląska lewica nie miała w sejmiku radnego z tego okręgu. Wypada więc, zanim jako lewica wrócimy do Sejmu, wrócić większą ławą do sejmiku.

Czas wyborów, to czas spotkań z mieszkańcami miast i miasteczek. A tych miejscowości, które powinienem odwiedzić, jest w moim okręgu wyborczym szczególnie wiele. To oznacza również setki kilometrów do pokonania. Dlatego proszę moich Czytelników o wyrozumiałość. W najbliższych tygodniach i miesiącach spotykać się będziemy na trzeciej stronie weekendowego wydania „Trybuny” trochę rzadziej.

WINCENTY ELSNER

Jak wraca cenzura

Za czasów rywalizacji miedzy obozem socjalistycznym a kapitalistycznym, Zachód stawiał na swobody indywidualne, zaś Wschód promował równość i prawa społeczne. Jeśli nawet były odstępstwa od zasad założycielskich danego ustroju, to każdy z nich musiał choćby starać się o ich realizację. Jednocześnie każdy przyjmował pewne cechy przeciwnego obozu. A wiec, dzięki strachowi przed „bolszewikiem z nożem w zębach” wprowadzano od 1917 r. na Zachodzie więcej praw socjalnych, a dzięki „pozornej demokracji burżuazyjnej”, zakres swobód indywidualnych stale rósł na Wschodzie.

 

Na przełomie lat 60. i 70. osiągnięto po obu stronach żelaznej kurtyny pewną równowagę. Wtedy zdawało się, ze odprężenie ostatecznie zwyciężyło, a teoria konwergencji zaczyna się sprawdzać. Model szwedzki jawił się wtedy jako idealny wzór „socjal-kapitalizmu” z ludzką twarzą. To złudzenie prysło, kiedy amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy wymusił nowa spiralę zbrojeń i kiedy pętla zadłużenia zacisnęła się na bloku wschodnim, który zaczął pękać.

 

Prawdziwe oblicze kapitalizmu

Dziś, będąc już prawie bez konkurencji ustrojowej, kapitalizm wrócił do swej wilczej natury sprzed rewolucji XX wieku, z masowym bezrobociem, powszechnym prekariatem, demontażem zdobyczy socjalnych, ciągłymi wojnami imperialistycznymi itp. Co gorsza, zakres swobód obywatelskich zmniejszył się w ciągu ostatnich trzech dekad. Wszędzie mamy do czynienia z wzrastającą nietolerancją, próbami kontrolowania obywateli i odchodzeniem od helsińskich zasad „wolnego przepływu ludzi i idei”. Z różnorakimi formami represji mamy do czynienia w Polsce, na zachodzie widzimy coraz większą uległość mediów kiedyś odważnych, jak angielski „Guardian”, francuska „L’Humanité” czy amerykański „Counterpunch”. Gdy dodać do tego rozwój rasizmów oraz kreowanie obrazu wroga, okazuje się, że wszędzie teoretycznie liberalne, demokratyczne i konsumpcyjne społeczeństwa podważają swoje zasady założycielskie, na których się rozwijały i wygrywały z realnym socjalizmem.

W latach zimnej wojny Zachód kpił z mediów wschodnioeuropejskich, które tropiły obcą agenturę w każdym przejawie społecznego niezadowolenia, zamiast analizować obiektywne przyczyny tych nastrojów. Władcy realsocjalizmu woleli wtedy potępiać niedojrzałość własnych rodaków i uzasadniali wprowadzaną cenzurę koniecznością uświadamiania nie wyrobionych jeszcze politycznie mas. Dziś w „ojczyźnie wolności”, za jakim podaje się Francja, mamy do czynienia z podobną argumentacją. Nie dość, że demontuje się krok po kroku rozbudowane wcześniej państwo opiekuńcze, to na dodatek podważa się teraz nawet podstawy ustroju liberalno-demokratycznego: pluralizm światopoglądowy i swobodne ścieranie się opinii i poglądów.
W odpowiedzi na proces kapitalistycznej koncentracji powstały jak grzyby po deszczu liczne blogi lub czasopisma internetowe, do których ucieka ta część opinii publicznej, która zdążyła się zniechęcić do narracji mediów rządowych i prywatnych. To zjawisko spotyka się z oburzeniem ze strony elit, wyrażających wątpliwości wobec mediów krytycznych co do „mainstreamu”.

 

Cenzus wiarygodności?

Zanim Macron doszedł do władzy duże dzienniki niby „centrolewicowe” jak „Le Monde” czy „Libération” przy aprobacie władz wydały poradniki „Decodex” i „Check News”, równocześnie ogłaszając w nich spis mediów alternatywnych siejących jakoby nieprawdziwe informacje, wsadzając przy tym do jednego worka «czerwono-brunatnych» głosicieli antysemityzmu, promotorów tez o inwazji kosmitów i jednocześnie media przedstawiające racjonalną krytykę kapitalizmu, biurokracji brukselskiej i wojen natowskich. Wielu autorów zarówno z lewicy, jak i z prawicy ogłosiło też, ze antysyjonizm to nowa forma antysemityzmu, który się szerzy wśród mas, szczególnie muzułmańskich, czyli ludowych. Skoro pojawiła się potrzeba wroga a nie istnieje już ZSRR i kiedy najbardziej zacofane państwa niby muzułmańskie są wylęgarnią terrorystów i jednocześnie sojusznikami Zachodu, zaczęto poszukiwać na gwałt całkiem innego winowajcy wzrostu autorytetu mediów alternatywnych. Znaleziono go znowu w Rosji, która ma jakoby finansować biedne media alternatywne, mimo że ten kraj stał się tak samo (jeśli nie bardziej) kapitalistyczny jak państwa zachodnie.

Ataki na media alternatywne we Francji zaczęły się w czasie dwóch poprzednich prezydentów, kiedy to dobrze płatni dziennikarze i publicyści telewizyjni starali się podgrzać nastroje skierowane przeciwko alternatywnym źródłom informacji. Ale po dojściu do władzy Macrona zaczęto pracować już nad ustawą o kontrolowaniu mediów. Jeszcze w czasie swej kampanii wyborczej, sztab przyszłego prezydenta nie dopuścił do swych konferencji prasowych przedstawicieli niektórych mediów, m. in. francuskojęzycznej „Russia Today”. Na dodatek obecna ministra… kultury, Françoise Nyssen, postanowiła przygotować ustawę przeciwko „manipulacji informacją, która działa jak powolna trucizna i niszczy nasze życie demokratyczne (…) Wobec obecnych niebezpieczeństw, bierność jest równoznaczna ze zwalczaniem wolności”. Jej zdaniem, „przeciwko manipulacji informacją, zdolności obywateli do odróżnienia prawdy od fałszu już nie wystarcza”. Uznała więc, że potrzebna jest ustawa, czyli nazywając rzeczy po imieniu, cenzura mająca bronić… prawdy i pluralizmu.

 

Wzorzec mainstreamu

Jakby nie wystarczyło, że obok mediów państwowych, 95 proc. mediów prywatnych we Francji należy do dziesięciu miliarderów i że publiczne dotacje do mediów trafiają praktycznie wyłącznie do nadawców stroniących od konsekwentnego krytykowania dogmatów liberalnych, NATO czy UE. To okazało się za mało, by trzymać społeczeństwo w ryzach. Ministra zastrzegła z góry, ze ustawa nie dotyczy „mediów profesjonalnych”, a więc tych, co zapowiadali, ze „Baszszar bez wątpienia upadnie w ciągu następnych tygodni”, a wcześniej głosili tezę o „masowej zbrodni Ceausescu w Timisoarze”, o „zamordowaniu nowonarodzonych w Kuwejcie przez armie Saddama Husajna”, o fiolkach Collina Powella, a ostatnio o rosyjskim szlaku śmierci „zmartwychwstałego” później dziennikarza Arkadija Babczenki. Tych samych, którzy utaili francuską rolę w zamordowaniu Kadafiego lub militarną ingerencję Paryża w proces wyborczy na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jednym słowem tych, co kłamiąc i nie sprawdzając faktów, kłamali w interesie systemu. Kłamstwa, według ministry, należy szukać tylko wśród wątpiących, wśród tych działaczy społecznych, co tworzą media niedotowane i niezależne od prywatnych wielkich reklamodawców.
Bądźmy szczerzy, odkąd istnieje życie polityczne na ziemi, zawsze istniała jakaś forma cenzury, jawnej lub ukrytej, ale system liberalno-demokratyczny w czasie swego apogeum redukował ją do minimum, często zresztą dlatego, ze obok ustaw istniały mocne siły lewicowe, które wymuszały pewna równowagę. Wbrew temu, co oficjalnie się głosi, kapitalizm wcale nie musi oznaczać demokracji. Może świetnie prosperować pod rządami autorytarnymi lub totalitarnymi. Na etapie koncentracji kapitału, pluralizm traci w oczach właścicieli środków produkcji i wymiany swoje uzasadnienie. Nie ma go już, kiedy warunki socjalne ulegają degradacji, kiedy bogaci bogacą się, a biedni biednieją lub migrują z kraju do kraju, z regionu do regionu. Bierna niechęć do „prostych ludzi” się szerzy, co oznacza, że „tłum” odchodzi od oficjalnie głoszonych haseł akurat wtedy, kiedy notable przejęli kontrole nad większością formacji osłabionej i rozbitej lewicy. Korzystając z tej chwilowej sytuacji, rząd francuski forsuje masę ustaw antysocjalnych i powrót cenzury, co ma paraliżować tych, co wyrażają niechęć wobec elit politycznych i kiedy liczba strajków wzrasta i pojawia się coraz więcej oddolnych akcji społecznych.

 

Zmierzch czwartej władzy

Proponowana ustawa spotkała się z krytyka opozycji, a także wielu dziennikarzy mediów mainstreamowych, którzy obawiają się, że stracą dotychczasową rolę twórców opinii i staną się jedynie poddanymi.

Proponowane przez liberalne elity rozwiązania dowodzą, że system się kruszy, co przypomina nieco atmosferę Europy Wschodniej lat 80. Tyle, że póki co nie ma rozbudowanej alternatywy i dopiero zaczyna się myślenie o realnym modelu zastępczym.

 

Dr Bruno Drweski jest historykiem, wykładowcą Narodowego Instytutu Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) paryskiej Sorbony, członkiem Komitetu Publikacji INALCO.

Koniec wolności w sieci

Komisja Prawna Parlamentu Europejskiego dała zielone światło dyrektywie o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Głosy obrońców wolności w internecie zostały zignorowane, chociaż zarzuty formułowane przez nich pod adresem nowych przepisów są wyjątkowo poważne. Jeśli dyrektywa przejdzie w głosowaniu w PE, może być to koniec internetu w obecnym kształcie.

 

Komisja Prawna (JURI) zagłosowała za przyjęciem dyrektywy, która ma dostosować unijne regulacje dotyczące internetu do realiów współczesnego cyfrowego świata. Podzieliła stanowisko jej głównego autora, niemieckiego eurodeputowanego Axela Vossa, który przekonywał, że internetowi potrzebna jest przede wszystkim ściślejsza ochrona praw autorskich i zagwarantowanie, by wydawcy zarabiali na opublikowanych przez siebie treściach, które zostały następnie udostępnione na innych platformach (np. portalach społecznościowych). Jednak jak twierdzą zgodnie obrońcy wolności w sieci, skutkiem wprowadzenia dyrektywy będzie raczej dramatyczne utrudnienie życia mniejszym wydawcom i ustanowienie cenzury prewencyjnej.

Sprzeciw budzą artykuły 11 i 13 dyrektywy. W myśl pierwszego nie będzie można opublikować na zewnętrznej platformie żadnego linku z cytatem ze wskazywanego tekstu, jeśli wcześniej dana platforma nie wykupi od wydawcy linkowanego materiału licencji. Jak wielokrotnie ostrzegała europosłanka Partii Piratów Julia Reda, animatorka kampanii informacyjnych przeciwko dyrektywie, doprowadzi on do sytuacji, w której mali wydawcy, dla których upowszechnianie swoich treści za pomocą udostępniania linków w mediach społecznościowych jest znaczącą strategią docierania do odbiorców, będą na przegranej pozycji w stosunku do najpotężniejszych graczy na rynku medialnym. Artykuł 13 wymusi z kolei na stronach, które umożliwiają użytkownikom przesyłanie treści, wmontowanie mechanizmu automatycznej cenzury prewencyjnej pod kątem praw autorskich. Jej wykonawcami zostaną algorytmy. Efektem może być zablokowanie nie tylko np. pirackich kopii filmów, ale i materiałów, które mogłyby znaleźć się w sieci w myśl przepisów o dozwolonym użytku. – Automatyczne filtry popełniają mnóstwo błędów, a ciężar ich poprawiania spadnie na użytkowników. Ale, uprzedzając pytanie: użytkownicy nie będą mogli ich poprawiać.

Czy algorytm będzie w stanie wykryć przypadki dozwolonego użytku cudzych utworów, np. puszczenie fragmentu piosenki w celach edukacyjnych podczas wykładu, z którego nagranie trafiło do sieci? Czy automat przepuści parodię w postaci przerobionego zdjęcia polityka? – pyta z kolei fundacja Panoptykon. Odpowiedzi są, niestety, raczej oczywiste.

Przed skutkami nowych przepisów ostrzega również jeden z twórców Wikipedii – Jimmy Wales. Największa internetowa encyklopedia tworzona przez internautów w razie wdrożenia dyrektywy zostałaby niemalże sparaliżowana (chociaż najnowsze zmiany w dyrektywie zdają się wychodzić jej naprzeciw). A i na tym nie koniec zagrożeń.

– Propozycja zakłada wprowadzenie obowiązkowych opłat za korzystanie z materiałów na potrzeby edukacji. Dodatkowo, propozycja umożliwia państwom członkowskim „wyłączenie” wyjątku i zastąpienie go systemem licencjonowania. Czyli kolejnych opłat i dalszych ograniczeń – podkreślają autorzy z Centrum Cyfrowego.

Nikt wreszcie nie może zagwarantować, że raz skonstruowane filtry, teoretycznie służące do ochrony praw autorskich, w przyszłości nie zostaną „ulepszone”, by pełnić również funkcję cenzorów politycznych czy obyczajowych.

Tak skonstruowana dyrektywa zyskała poparcie 14 eurodeputowanych przeciwko 9, przy dwóch głosach wstrzymujących. Ostatnią szansą na jej powstrzymanie jest głosowanie plenarne w PE.
Przeciwnicy ustawy nie składają broni – zachęcają do kontaktowania się z eurodeputowanymi z poszczególnych państw. Przekonują, że były już w historii UE złe akty prawne, które udało się powstrzymać w ostatniej chwili.