Czyste powietrze dobrem narodowym

Moje wystąpienie na konwencji programowej Krajowego Komitetu Wyborczego Rafała Dutkiewicza z Sojuszu dla Wrocławia.

 

Zimą, kiedy wyglądam przez okno z mojego bloku na Kozanowie, widzę bury obłok dymów z malutkiego osiedla obok. Rura ciepłownicza jest 100 metrów dalej.
Wychowałem się na Pogórzu Izerskim. W latach siedemdziesiątych Góry Izerskie były stale zasnute smogiem z elektrowni w worku turoszowskim. Dzisiaj powietrze tam jest czyste, gołym okiem widzę drzewa zasadzone po katastrofie ekologicznej. Postęp jest. We Wrocławiu także, ale ciągle jesteśmy w ariergardzie rankingu jego czystości w Europie.
W naszym programie napisano, że mamy we Wrocławiu jeszcze 23 tys. pieców węglowych. W latach dziewięćdziesiątych było ich 90 tys. Jak zejdziemy do 10 tys. pieców węglowych, powietrze w mieście zacznie być przyzwoite. Likwidacja pieców węglowych, a także przyłączanie domów do miejskiej sieci ciepłowniczej to pozornie dość proste cele, ale za każdym piecem stoi jego właściciel, którego trzeba przekonać, zachęcić i wspomóc finansowo w tej operacji. Na tę pomoc miasto do 2023 roku przeznaczy 16,5 miliona złotych. Zarazem rząd musi zakazać sprzedaży i spalania najgorszych paliw, gmina o tym nie decyduje, a brudne powietrze napływa także do nas z całej aglomeracji.
W tak dużym mieście jak Wrocław znaczna część zanieczyszczeń pochodzi ze spalin samochodowych. Na 1000 mieszkańców przypadają 632 samochody. Jeszcze kilkanaście lat temu do miasta dziennie wjeżdżało 40 tys. samochodów, obecnie 240 tys. Nasze samochody mają średnio po około 16-17 lat i niestety nie emitują tlenu.
Czyste powietrze to także dobra, tania i ekologiczna komunikacja zbiorowa i ograniczenie ruchu aut w mieście. Staliśmy się społeczeństwem, gdzie samochód często jest wyznacznikiem statusu materialnego. Nie nacieszyliśmy się jeszcze naszymi autami, a już trzeba z nich rezygnować, bo od nadmiaru spalin zaczynamy się dusić.
Walka o czyste powietrze to także edukacja ekologiczna. Jest taki smutny dowcip, że śmieci segreguje się na te, które można spalić w dzień i te palone nocą. To nie jest tylko dowcip. W lasku pilczyckim, który często odwiedzam, co i rusz widzę świeże kupy śmieci, za duże by spalić albo wrzucić do kubła.
Czyste powietrze powinno stać się dobrem narodowym. Moi przyjaciele i ja, we Wrocławiu, od 20 lat, sadzimy co roku ponad 1000 drzewek. Drzewka dostarcza Zarząd Zieleni Miejskiej, my sadzimy. Zasadziliśmy już około 20 hektarów lasu na obrzeżach miasta. W przyszłych latach też będziemy sadzić. Bo drzewa dają nam czyste powietrze.
Jak wynika z tego krótkiego wywodu czyste powietrze to złożony, ważny i dość kosztowny problem i kosztowny, ale damy radę.

Głos lewicy

Skandaliczny wyrok

Piotr Szumlewicz, przewodniczący Rady OPZZ województwa mazowieckiego, informuje:

Z oburzeniem przyjęliśmy dzisiejsze postanowienie sądu zakazujące akcji strajkowej w Polskich Liniach Lotniczych LOT. To brutalny cios w konstytucyjne prawo do strajku. Sąd okręgowy podjął decyzję w błyskawicznym postępowaniu, nie zapoznając się nawet z argumentami strony związkowej ani nie informując jej o procesie. Związki zawodowe poznały wyrok z maila przesłanego przez pracodawcę. Jednocześnie postanowienie sądu stoi w sprzeczności z niedawnym postanowieniem sądu wyższej instancji. Trudno pojąć, dlaczego sąd zdecydował się na ponowne zajęcie się tą samą sprawą, chociaż nie pojawiły się w niej żadne nowe okoliczności. Tryb procedowania sądu jest bulwersujący i może budzić poważne wątpliwości odnośnie jego bezstronności, tym bardziej, że PLL LOT jest spółką pod bezpośrednim nadzorem premiera, Mateusza Morawieckiego. W decyzji sądu pojawiły się fragmenty argumentacji zarządu PLL LOT, a na dodatek są w nim te same błędy, które były w orzeczeniu z kwietnia – przykładowo, w wielu miejscach zamiast związków zawodowych w „PLL LOT” mamy związki w „PPL LOT”. Ponadto decyzja sądu została podjęta 21 września, a tymczasem 24 września odbyło się posiedzenie Rady Dialogu Społecznego, podczas którego przedstawiciele zarządu PLL LOT oraz Prezesa Rady Ministrów mówili o warunkach porozumienia w firmie, nie wspominając o postanowieniu sądu. Czyżby więc nawet premier polskiego rządu nie był wtajemniczany w sprawę przez zarząd podległej sobie spółki?

Jednocześnie zarząd PLL LOT wciąż lekceważy wskazane przez Państwową Inspekcję Pracy przykłady łamania prawa pracy, wciąż mobbinguje i zastrasza związkowców, wciąż promuje sprzeczne z prawem pracy niestandardowe umowy, nie przejmuje się sygnałami o pogarszającej się jakości bezpieczeństwa lotów, nie robi nic z radykalnym wzrostem opóźnionych i odwołanych lotów.

Związki zawodowe zrzeszone w PLL LOT analizują wyrok sądu, natomiast warto przypomnieć, że na posiedzeniu Rady Dialogu Społecznego przedstawiciel rządu przyznał, że premier i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego są w posiadaniu materiałów dotyczących sytuacji w spółce i je analizują. Biorąc pod uwagę bulwersującą skalę nieprawidłowości w firmie, wciąż liczymy na interwencję premiera i uratowanie PLL LOT przed katastrofą, jak też przed akcją strajkową.

 

PiS się wycofa

– Decyzje dotyczące zachowania porządku konstytucyjnego w sądownictwie będzie musiała zostać podjęta – powiedział Jerzy Wenderlich w programie „Woronicza 17.

– Wiele rzeczy PiS odmienił chociaż wcześniej politycy tej partii mówili, iż ich nie zmienią swej decyzji: Puszcza Białowieska – siekiery odłożone; ustawa o IPN – po blamażu wycofanie się ze stanowiska – przypomniał polityk SLD.

– W kwestii sądownictwa PiS też się wycofa – zapowiedział Wenderlich.

 

Spotkanie we Wrocławiu

Ponad 50 osób przybyło na spotkanie, zorganizowane przez wrocławskie Stowarzyszenie Pokolenia z kandydatem na prezydenta Wrocławia Jackiem Sutrykiem. Jacek Sutryk jest kandydatem popieranym przez obecnego prezydenta Dutkiewicza, SLD i Koalicję Obywatelską. Byli kandydaci do Rady Miejskiej i Sejmiku Dolnośląskiego. Sam kandydat określił tę koalicję jako wyjątkową na skalę kraju. Oto środowiska, które niekoniecznie do tej pory politycznie się lubiły, teraz, dla dobra miasta, zjednoczyły się…. Jestem przeciwny dzieleniu obywateli miasta na lepszy i gorszy sort. Jestem przeciwny zabieraniu obywatelom emerytur i co najważniejsze, godności….. Było ciekawe wystąpienie o planach kandydata dotyczących rozwoju miasta. Były pytania, były odpowiedzi. Była przede wszystkim chemia pomiędzy kandydatem, a uczestnikami, choć nie brakowało pytań zaczepnych, ale nie czepialskich. Świetne spotkanie, głosy uczestników spotkania na kandydata murowane. Jestem o tym przekonany – relacjonuje na Fb Czesław Cyrul.

Głos lewicy

Prezydent nic nie znaczy

– Złodziejowi nie daje się pieniędzy na przechowanie i powierzenie Andrzejowi Dudzie, który łamie konstytucję, zmiany tej konstytucji jest czymś niewyobrażalnym – ocenił Włodzimierz Czarzasty w programie „Kwadrans Polityczny”.
– Prawo i Sprawiedliwość przyjęło takie stanowisko, że odrzuciło projekt referendum, pewnie wynika to z jakiejś gry politycznej – powiedział lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
– Niewątpliwie pokazali, że prezydent Andrzej Duda nic nie znaczy, co zresztą dla znacznej części społeczeństwa nie jest nowością – dodał Czarzasty.
– Dziwię się opozycji parlamentarnej, że nie operuje jasnym językiem: wszystkie winy zostaną rozliczone, a wszyscy winni, jeżeli będą na to zasługiwali trafią do więzienia – stwierdził przewodniczący Sojuszu.
– Chcę tylko powiedzieć prokuratorom i sędziom: wiecie dobrze, że prawo jest łamane, w związku z tym, jeśli się godzicie na współpracę z ludźmi, którzy łamią prawo, i dajecie swoje nazwiska do dyspozycji politycznej w Krajowej Radzie Sądownictwa albo w Sądzie Najwyższym, to wiedzcie o tym, że jeśli w sposób zbiorowy prawa nabyte się jakiejś grupie zabiera, to powinna być ustawa by w sposób indywidualny wam emerytury zabrano, czy ograniczono o połowę – ostrzegał.

 

Dawno temu

Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca porządkuje rzeczywistość polityczną:
Czytam wezwania z prawej i lewej do zakończeniu projektu III RP. Jest to ciekawe doświadczenie. Przypominam sobie dzięki temu, jak to się nam układa:
Dawno temu I RP, do rozbiorów,
potem Zabory,
potem II RP,
potem wojna,
potem PRL,
potem III RP.
Warto pamiętać, tak o poranku, kiedy kawa nie bulgocze jeszcze w ekspresie, że idea IV RP powstała na prawicy, w kręgach PiS (choć twórca tej koncepcji świadomie od niej się oddala). Sama obecność tego pojęcia w przestrzeni publicznej wpływała na nieustanną możliwość kontestacji III RP.
Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, można zapytać krojąc chleb na kanapki. Otóż ma: jeśli lewica bowiem (nawet ta, która nie jada świadomie chleba, więc nie robi sobie rano kanapek) ogłasza koniec III RP, to pośrednio przyznaje rację koncepcji IV RP, która od lat istnieje i jest mocno prawicowa. Tak działa ramowanie językowe, a nie wolny rynek.
Kiedy więc wyciągam z lodówki masło i dżem, to wydaje mi się, że skoro pragniemy końca III RP, to używajmy po prostu nazwy „Polska”, bez jakichkolwiek numerów z przodu lub też z tyłu. Mieszam więc łyżeczką kawę z miodem i myślę sobie, że taka Polska, to miejsce, gdzie mieszka każdy, kto chce być Polką lub Polakiem i nikt mu nie musi wydawać na to zgody, ani specjalnego glejtu.
A potem to już myślę sobie, że na obiad, to może nawet ziemniaki z kefirem, bo w końcu lato.

 

W obronie dziadka z chrzanem

Wszystkich zainteresowanych i wspierających zapraszamy w piątek 27 lipca o godz. 16:00 na Plac Bankowy gdzie odbędzie się protest w obronie Babci z czosnkiem i dziadka z chrzanem! Walkę o wolność handlu obnośnego czas zacząć!
Piotr Ikonowicz zaprasza na manifestację.

Kogo jeszcze nie poprze PO?

Na plaży w Ustce dopadła mnie hiobowa wieść: PO we Wrocławiu nie poprze swojego kandydata na prezydenta miasta Kazimierza Ujazdowskiego.

 

Wcześniej PO nie paprała swojej kandydatki na prezydenta tegoż miasta prof. Alicji Chybickiej. Być może wkrótce PO, po raz trzeci z rzędu, da komuś poparcie, a potem go znienacka wycofa. Na kogo tym razem padnie? Ale może do trzech razy sztuka i tym razem wreszcie prezesowi Schetynie uda się dobrze trafić.

W przeszłości było też rożnie. Np. PO poparła Rafała Dutkiewicza, a potem, w trakcie kadencji to poparcie cofała lub wchodziła w stan separacji. Dlatego kolejne plany tej partii we Wrocławiu traktuję z pewnym dystansem. Niestety ten brak zdecydowania w poszukiwaniu idealnego kandydata odbija się źle na notowaniach i wiarygodności Nowoczesnej, która wdała się we Wrocławiu w romans z komitetem Rafała Dutkiewicza i SLD. Było przyjemnie i miało być jeszcze lepiej, a tu trzeba tworzyć od nowa listy wyborcze z PO. Będą kwasy. Tylko nadzieja w Jacku Sutryku, kandydacie komitetu Dutkiewicza, SLD i Nowoczesnej, że jak już PO wszystkich swoich kandydatów nie poprze, to w końcu pójdzie po rozum do głowy i poprze Jacka Sutryka. Ale to nie będzie sukces Grzegorza Schetyny, ale oznaka słabości, która jednak może na dobre wyjść miastu.

Głos lewicy

Protesty to nie wszystko

Marcin Kulasek z SLD rozmawia z „Gazetą Olsztyńską”:
Brał Pan udział w protestach w obronie Sądu Najwyższego?
— Oczywiście. Sojusz Lewicy Demokratycznej w całej Polsce protestował wspólnie z całą opozycją przeciwko czystkom w Sądzie Najwyższym. Rozdawaliśmy podczas tych manifestacji egzemplarze Konstytucji RP po to, by przypomnieć wszystkim, że ta wciąż obowiązuje i powinna być przestrzegana. Protesty to jednak nie wszystko. Jako opozycja musimy pokazać, że mamy lepszą, zgodną z Konstytucją wizję naprawy wymiaru sprawiedliwości. Niestety, takimi działaniami nie jest zainteresowana ani Platforma Obywatelska, ani Nowoczesna. Utworzony z inicjatywy tych partii zespół, który miał przygotować taką reformę, przestał działać po kilku miesiącach bez większych efektów.
Jakie w takim razie propozycje na naprawę wymiaru sprawiedliwości ma SLD?
— Uważamy, że reformę wymiaru sprawiedliwości należy rozpocząć od dołu. Dlatego proponujemy powołać w każdej gminie sędziego pokoju, który będzie rozstrzygał nieskomplikowane sprawy cywilne i karne w uproszczonej, szybkiej procedurze. Odciążyłoby to sądy, które mogłyby zająć się trudniejszymi sprawami i w efekcie szybciej je załatwiać. Warto by również powierzyć niesporne sprawy rozwodowe kierownikom urzędów stanu cywilnego. Myślę, że to zmiany, które — w odróżnieniu od PiSowskich czystek kadrowych — byłyby odczuwalne dla przeciętnego Kowalskiego.

 

Jaki parlament…

Czesław Cyrul komentuje na Facebooku zgromadzenie PiS:
Uroczyste zgromadzenie z okazji którejś rocznicy parlamentaryzmu w Polsce. Tylko cześć parlamentarzystów i do tego w namiocie. Jaki parlament, taki budynek. Signum temporis. Ale nas mniejszościowy suweren urządził. Zresztą, cała prawica na to pracowała. Z parlamentaryzmu namiot nam się ostał, ale szybko go rozbiorą i co dalej? Wyspiański jako symbol upadku wybrał sznur, a tu namiot, ale za milion złotych. Idziemy z postępem.

 

Deszcz nam niestraszny

Pułkownik Adam Mazguła relacjonował protesty w obronie wolności sądów:
Leje deszcz, jakby niebo płakało nad nami. Jednak, jak codziennie, jesteśmy na stacji spacerowej pod Sądem Rejonowym w Nysie.
Dzisiaj komunistyczni bezprawnicy PiS-u, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz i im podobni członkowie politycznej Krajowej Rady Sądownictwa czyszczą z sędziów Sąd Najwyższy.
Najciekawsze jest to, że powołują się na naród, który podobno chce zmian w sądownictwie. Myślałem, że chodzi o szybkość i sprawność w orzekaniu, a tu zaskoczenie – odbywają się polityczne czystki.
Pewnie teraz czekają nas bardzo szybkie wyroki – będą zapadały na Nowogrodzkiej.
Niewielu nas protestuje, ale nie odpuszczamy. Ciekawe, gdzie są ci polityczni działacze regionalni, kandydaci na radnych i członkowie opozycyjnych partii? Pewnie nie otrzymali rozkazów.

 

Oddaj krew!

Klaudia Jachira wyjaśnia na Facebooku, co naprawdę jest ważne:
Oddałam krew. Nie ma lepszej waluty niż krew. Uwielbiam takie inicjatywy. Podobnie jak doceniam działanie Ochotniczej Straży Pożarnej, trenerów osiedlowych czy streetworkerów.Takie inicjatywy są istotą mojej wizji Państwa. Dzielenie się z innymi to przepis na sukces dla Kraju.

Głos lewicy

Śmieszne oświadczenie

„Prezes Kaczyński oświadczył, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy i pracujący w spółkach skarbu państwa i zarabiający krocie, nie będą mogli kandydować do samorządów. Owi, PiS-owscy krezusi, nie są przygłupami i nie zrezygnują z zarabiania np. 100 tys. miesięcznie, by zostać burmistrzem i zarabiać 8 tys. brutto. Oni nawet są gotowi dopłacić do kasy PiS te 8 tys. złotych miesięcznie, co wielu teraz czyni, by prezes dał im spokój. Oczywiście, że w PiS idzie się do polityki dla pieniędzy. Daruję sobie wymienianie ludzi z PiS, którzy politykę potraktowali jako środek do przejścia do biznesu i zarabiania dużych pieniędzy. Pozapolityczną drogą nigdy by im się to nie udało.
Komunikat prezesa rozumiem następująco: nie kandydują ci, którzy pracują we wspomnianych spółkach. A czy prawo do startu mają PiS-owscy radni, dorabiający sobie w owych spółkach w radach nadzorczych? Formalnie członkowie rad nadzorczych nie są pracownikami spółek, są ich ogranem nadzorczym, za co otrzymują uposażenie w formie zleceń.
Kandydaci na radnych nie będą powiązani ze spółkami, ale kiedy nimi zostaną mogą zacząć tam zarabiać. Najwyżej zrezygnują z mandatu radnego i w ich miejsce wejdzie kolejny z listy PiS.. I tak karuzela się będzie kręcić, by napełnić kieszenie swoim. W takim KGHM np. jest już piąty z kolei zarząd w ciągu trzech lat rządów PiS. Na same odprawy dla zwalnianych wydano grube miliony. I o to chodzi, by napełnić kieszenie swoim. Rok pracy i milionowa odprawa oznacza bogate życie przez lata. To złodziejstwo PiS klajstruje walką z przestępcami VAT-owskimi.
Z takiego politycznego nadzoru nad spółkami PiS nie zrezygnuje. Zaplecze kadrowe partii to właśnie ci radni. Oni, jak mniemam, są i będą w przyszłości nadal sprawować nadzór polityczny, bo raczej nie merytoryczny, nad spółkami. Będą zatem mogli startować w wyborach samorządowych i nadal zarabiać dziesiątki i setki tysięcy złotych rocznie. Będą także zapleczem kadrowym oczekującym na synekury w spółkach. Nie przypadkiem prezes wygłosił tak enigmatyczne oświadczenie i tyle go widziano. Wolał na wyżej wymienione wątpliwości nie odpowiadać i nie nawijać makaronu na uszy dziennikarzom” – napisał Czesław Cyrul na Facebooku.

 

Rzecz o Hartmanie

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.
Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.
Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.
Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali” – pisze publicysta Paweł Jaworski na łamach strajk.eu.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.

Kłamstwo wyborcze(j)

Paweł Wroński, w Gazecie Wyborczej, opisując dokonania ministrów obecnego rządu, a w tym dorobek byłego ministra Jurgiela, tego od rolnictwa, napisał: …stadniny koni w Janowie Podlaskim nie udało się zniszczyć ani hitlerowcom, ani komunistom… Udało się to dopiero ministrowi Jurgielowi. Można powiedzieć, Wyborcza bardzo często mijała się z prawdą pisząc o PRL, robiła to celowo i uznać to należy za normę. Sprawa jest jednak głębsza. Media liberalne atakują media rządowo-reżimowe, czyli też prawicowe, że te kłamią na zamówienie rządzących. Dlaczego kłamie redaktor Wroński? Bo jak pisze o PRL musi kłamać, ma to w genach.
Prawda jest taka, że owi komuniści ściągnęli resztki koni do Janowa, które hitlerowcy wywieźli do Niemiec i przez dziesiątki lat odbudowywali stado i obiekty stadniny. Wystarczyło zajrzeć do Internetu i tam wszystko jest napisane. Red. Wroński uznał, że stadnina ostała się tylko dlatego, że komunistom nie udało się jej zniszczyć. Walka dwóch skłóconych frakcji post styropianowych toczy się teraz na śmierć i życie, kiedy jednak przychodzi do opisu czasów PRL strony są zgodne w ocenie tamtych czasów. Red. Wroński potwierdził to dosadnie. I jak tu nie być symetrystą. Owi kłamcy mają pretensje, że SLD nie chce związywać antypisowskiej koalicji z PO czy kimś tam. Plują nam w twarz i mówią: chodźcie z nami. Dokąd?

Kasa kontra pieluchomajtki

Minister Rafalska wyjaśniła w jaki sposób będą rozdysponowane pieniądze, po 300 złotych, na wyprawki szkolne dla uczniów. Wyjaśniła, że rząd daje gotówkę do ręki, bo rodzice wiedzą najlepiej jak te pieniądze wydać. W przypadku programu 500+ argumentacja dawania pieniędzy do ręki też była taka sama. Jednak tej, chyba słusznej zasady, w przypadku niepełnosprawnych, minister Rafalska nie zastosowała. Zaproponowała ekwiwalent w pieluchomajtkach. Oznacza to, że rząd nie daje tej grupie pieniędzy do ręki, bo uważa ją także za niepełnosprawną umysłowo, niegodną dawania pieniędzy do ręki. Ta grupa może nie wiedzieć jak najlepiej wydać te pieniądze i dlatego należy się im ekwiwalent w pieluchomajtkach.
To esencja traktowania obywateli przez PiS. Dajemy tym, których jest dużo i którzy potem masowo pójdą do wyborów wdzięczni za gotówkę w kieszeni. Oto budowanie klientyzmu politycznego w najczystszej postaci. Zapowiadane są także jakieś dodatki dla emerytów. Pewnie nie będzie to ekwiwalent w zniżkach na komunikację, czy ulgach na paliwo, a tylko gotówka, bo wiadomo, obywatel sam wie jak najlepiej wydać przyznane mu pieniądze.
PiS toczy polityczną grę rozdając, albo obiecując, że rozda gotówkę milionom obywateli. Te miliony decydują potem przy urnach wyborczych. Takie rozdawnictwo przypomina trochę rozdawanie pieniędzy przed lokalami wyborczymi, przed aktem głosowania, co jest karalne. Jeszcze lepiej byłoby rozdawać po głosowaniu. Aż dziw bierze, że PiS, w nowej ordynacji wyborczej, nie zapisał takiego triku, który umożliwiałby sprawdzenie kto na kogo głosował. Wtedy istniałaby możliwość odebrania danych wcześniej pieniędzy. PiS traktuje obywateli jak mięso wyborcze. Zabiera jednym, by dać tym, którzy dają większe gwarancje na sukces wyborczy.
Niedawno wszyscy pracownicy nauki zostali pozbawieni opodatkowania dochodów należnego twórcom, ludziom nauki, dziennikarzom i artystom. Tym sposobem zabrano pracownikom nauki po kilkaset złotych miesięcznie. Oto tylko jeden z przykładów: by dać komuś, trzeba innym zabrać. Ale naukowcy to zgniła elita, na PiS raczej nie głosująca więc im zabrać należało się. Oto przykład skłócania społeczeństwa i szczucia jednych na drugich. Oczywiście potrzebującym pieniądze się należą. Tylko odnoszę wrażenie, że obywatel jest tu przedmiotem, a nie podmiotem. Obywatel nie jest celem. Obywatel jest narzędziem, które ma pójść do urn wyborczych i dać zwycięstwo PiS-owi. Dlatego PiS daje jednym pieniądze do ręki, innym proponuje pieluchomajtki, a trzecim pieniądze zabiera. Urna wyborcza, jest tu ponad wszystko, by partii żyło się coraz lepiej i dostatniej.

Polityczny Trójkąt Bermudzki

Wrocławianie i Dolnoślązacy muszą mieć dużą wyobraźnię i jeszcze większą cierpliwość, by orientować się w koalicjach i szpagatach politycznych jakie fundują im lokalni politycy. Na dzisiaj koalicja Komitetu Rafała Dutkiewicza, SLD i Nowoczesnej zdaje się być najstabilniejszym tworem w wyborach do Rady Miejskiej z Jackiem Sutrykiem jako kandydatem na prezydenta. Podpisano list intencyjny. Wrocławska Nowoczesna chce poprzeć Sutryka, ale centrala partii się waha, bo wcześniej poparła posła Jarosa na to stanowisko, który mandat uzyskał z list PO. Sprawa ostatecznej decyzji Nowoczesnej ślimaczy się i spoistości koalicji to nie pomaga. Nowoczesna ma na poziomie krajowym podpisane porozumienie z PO o wspólnym starcie do sejmików i PO zrobi wszytko aby brat mniejszy (siostra raczej) nie uprawiała wyborczej miłości z innymi partnerami.

Wrocławska Platforma Obywatelska, po podmiane prof. Chybickiej na posła Ujazdowskiego, byłego wicelidera PiS, szuka sobie miejsca i elektoratu, który ma być przekonany, że głosowanie na kandydata POPiS-u to dobry pomysł.

PiS podąża swoją drogą. Kandydatka została centralnie namaszczona, a elektorat ma słuchać prezesa i pewnie tak się stanie.

Ciekawie i coraz bardziej skomplikowanie jest w przymiarkach sejmikowych. Najpierw Dolnośląski Ruch Samorządowy, składający głównie z byłych uciekinierów z PO, wystawił na kandydata na prezydenta Wrocławia wicemarszałka Michalaka. Prezydent Dutkiewicz, też członek tego ruchu, Michalaka nie zaakceptował, bo w Jacku Sutryku upatruje swojego następcy. Terenowa część DRS usiłuje się dogadać z Bezpartyjnymi Samorządowcami i tworzyć wspólne listy. Ten ruch kiedyś Kukiza miał za swojego lidera, ale ten poszedł własną drogą. Teraz liderem Bezpartyjnych jest prezydent Raczyński z Lubina. Ruch promuje radną miejską Katarzynę Kowalską-Obarę na prezydenta Wrocławia.

Z kolei prezydent Dutkiewicz także myśli o tworzeniu własnej, sejmikowej listy wyborczej, która ma też składać się z samorządowców i zamierza nawet wystawić kandydata na prezydenta Lubina, gdzie króluje prezydent Raczyński. Czy coś z tego wyjdzie, nie wiadomo.

Jest jeszcze mnogość ruchów miejskich i stowarzyszeń kobiecych. Jest Partia Razem i są Zieloni. Zapowiadano w tych kręgach koalicje i wspólny marsz po władzę. Wszystko jakoś ucichło. To jest typowe dla tych kręgów. Kiedy nadchodzi czas decyzji okazuje się, że wodzów jest dużo, wojowników mało, a chętnych do wyborczej roboty jeszcze mniej i do tego interesy też są różne. I tak jest od lat. Ten wyborczy sezon pokazuje, że tradycja w tych kręgach trzyma się mocno. Jest jeszcze prawicowy plankton, są narodowcy, którzy będąc bardzo hałaśliwi i potrafiący sprawnie maszerować regularnie otrzymują 1-procentowe poparcie.

Liczącym się graczem w walce o sejmik będzie SLD-Lewica Razem o czym nawet wspominać nie trzeba, ale czynię to dla porządku.

I na koniec. Proszę nie wczytywać się szczegółowo w to co napisałem, bo jutro może być inaczej. Jak nie potraficie przeczytać tego ze zrozumieniem też się nie przejmujcie. Niektórzy autorzy tych pomysłów też mają z tym problem.