Wyścig dezubekizacyjny

Wybory samorządowe już w najbliższą niedzielę. Sondaże wskazują, że zmiana warty w warszawskim ratuszu nie nastąpi – choć któż to wie. W każdym razie administracja prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz jeszcze przed dniem głosowania postanowiła usunąć Pomnik Wdzięczności Żołnierzom Armii Radzieckiej w warszawskim Parku Skaryszewskim. Jak widać, tak PiS, jak i PO są równie gorliwe w usuwaniu śladów historii w myśl wytycznych IPN.

 

Demontaż monumentu rozpoczął się we wtorek na zlecenie Zarządu Zieleni m.st. Warszawy. Oczywiście – demontaż pomnika jest rezultatem zmiany ustawy o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego z 1 kwietnia 2016 r., która w wersji znowelizowanej 14 grudnia ubiegłego roku objęła także pomniki i inne formy upamiętnienia minionej epoki. Zasadniczo można uznać, że władze Warszawy i tak się ociągały z rozbiórką, bo ustawa wyznaczała termin likwidacji podobnych obiektów na 31 marca 2018 r, niemniej jednak dokonanie jej w przeddzień wyborów ma znamienny charakter. Wyborcy dostają jasny sygnał – dekomunizacja to nie tylko PiS. Jej zwolennicy mogą śmiało głosować także i na PO.
Nie podjęto żadnych działań, aby monument obronić przed arbitralną dekomunizacją. Zrezygnowano też z planu przeniesienia go na cmentarz żołnierzy radzieckich na Ochocie, gdzie byłby tymczasem bezpieczny, bo cmentarzy wojennych póki co jeszcze się nie likwiduje. Za to – czy to aby akt likwidacji połączyć z dodatkową szykaną? – tablice z pomnika zostaną przekazane do IPN. Po to, aby dekomunizatorzy mogli z nich szydzić, dostawszy je w swoje ręce, czy może aby mieli satysfakcję własnoręcznego ich porozbijania?
– Demontaż pomników to nie po prostu zmiana wyglądu miast, miejscowości, to klasyczne przepisywanie historii na nowo, zmienianie jej post factum – skomentowała ten akt usankcjonowanego prawem wandalizmu rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa. – chodzi nie o pomniki jakichś wydarzeń czy działaczy politycznych, lecz o pomniki zwykłych ludzi (…), którzy oddawali swoje życie nie tyle za przekonania polityczne, ale za to, jak pojmowali swoją osobistą odpowiedzialność za los takich samych zwykłych ludzi jak oni – dodała.

O dwóch Iwanach

…co machają z oddali.

 

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy, choć macie sami doskonalsze wznieść” – transparent z tym cytatem z Adama Asnyka powieszono na ogrodzeniu Placu Słowiańskiego w Legnicy w dniu, w którym odjechać miał stamtąd Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej. Chwilę później Młodzież Wszechpolska powiesiła obok swój baner: „Wczoraj Mała Moskwa, dziś Wielka Legnica”. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej.
– To był pomnik przeszłości naszego miasta. Przypominał o tych pięćdziesięciu latach historii, które jednym kojarzą się dobrze, innym gorzej, ale których nie da się przecież wymazać. Promował totalitaryzm? Że niby ktoś tutaj, w Legnicy, pokochał Stalina, bo patrzył na ten pomnik? Bądźmy poważni…
Pierwszą rozmówczynię namierzyłyśmy już w podróży. Przyjechała z nami z Wrocławia do Legnicy tym samym pociągiem. Pani Urszula ma na oko około 50 lat. Pamięta, jak Rosjanie na początku lat 90. zbierali manatki. Wieloletnie stosunki sąsiedzkie ocenia jednak jako dobre. Po jednej i drugiej stronie żyli ludzie, których los wrzucił do kotła z przegródką. Radzili sobie jak umieli.
Kwitł handel wymienny. Po „moskiewskiej” stronie można było dostać dobra deficytowe, takie jak pomarańcze i słodycze. Rosjanom natomiast brakowało alkoholu. Potrzeba chwili nakręcała przyjaźnie, a nawet miłości. Nasza rozmówczyni jako nastolatka sama podkochiwała się w jednym z mieszkańców Kwadratu, zamkniętej dzielnicy wojskowej, gdzie wstęp dawała tylko przepustka, ale jej uczucie pozostało platoniczne i niespełnione. Zna natomiast historie heroin mniej sławnych niż Nowikowa, które przechytrzyły władzę w grze o zakazaną miłość. Jej obecna sąsiadka, która zakochała się w Polaku, dostała 48 godzin na to, aby się spakować i wrócić do Rosji. Ocalił ją konsul, który wymyślił fortel godny doradcy Napoleona: wziąć ślub w dużej Moskwie, a potem wrócić do Małej!

 

67 lat Jana i Iwana

11 lutego 1951 roku, kiedy odsłaniano pomnik polsko-radzieckiego braterstwa broni w Legnicy, witało go 10 tysięcy mieszkańców „Stworzyłem grupę stojącą na cokole: żołnierza polskiego i radzieckiego jako towarzyszy broni i trudów walki o wspólną sprawę. Żołnierz radziecki jest przedstawicielem niezwyciężonej armii, stojącej na straży pokoju i bezpieczeństwa narodów. Dziecko, które żołnierz polski trzyma na swym ramieniu i które wsparło swoją rączkę o pewne ramię żołnierza radzieckiego, jest symbolem młodego pokolenia, które zostało uratowane od zagłady” – opowiadał o swoim dziele rzeźbiarz Józef Gazy. Ten sam Gazy, który stworzył stołecznych „Czterech śpiących”. Ci mieli mniej szczęścia od legnickich kolegów. Dzięki listowi otwartemu, podpisanemu m.in. przez Kazika Staszewskiego, Edwarda Dwurnika, Pawła Kukiza czy Marcina Mellera („nie czcijmy najeźdźców i gwałcicieli”), zasnęli na zawsze i nie wrócili już na Dworzec Wileński. 24 marca 2018, kiedy legnicki pomnik był demontowany i wywożony do magazynu, na placu Słowiańskim przed Starostwem Powiatowym stało około 50 osób. Tylko nieliczne przyszły tam świętować „upadek totalitarnego symbolu”. Większość zebranych, jak czytamy w lokalnym magazynie, czuła raczej, że odchodzi powszechnie rozpoznawany symbol miasta, pamiątka po szczególnej historii. Starsi widzieli w nim pomnik swojej młodości, młodsi czasem się z niego podśmiewali, żartując, że to metapomnik tęczowej rodziny z dzieckiem. Służył za miejsce spotkań („o 12.00 pod Peerelką”), stanowił atrakcję dla przyjezdnych, nowożeńcy chętnie robili sobie pod nim zdjęcia. Jan i Iwan od początku nie mieli na Placu Słowiańskim łatwego życia. Pięć lat po odsłonięciu próbowano pomnik zniszczyć. Po 1989 zdarzało się, że ozdabiały go napisy „Ruscy won”. W 2009 r. rada miejska przegłosowała uchwałę o przeniesieniu Iwanów na cmentarz wojskowy. Tadeusz Krzakowski, prezydent z SLD, nie chciał o tym słyszeć. Ale nie mógł zatykać uszu w nieskończoność. W 2014 w samorządowych w Legnicy wygrał PO-PiS. Pozycja Sojuszu osłabła. Rok później prezydent podjął decyzję o rewitalizacji placu, po której z miejsca pamięci miałby się stać terenem rekreacyjnym, gdzie można postawić scenę, wspólnie się bawić. Chciał jednak, aby w konkursie na nową koncepcję znalazły się też propozycje, gdzie pomnik zostanie zachowany. Reżyser Waldemar Krzystek, twórca „Małej Moskwy”, sugerował referendum miejskie. Wtedy w badaniach sondażowych więcej było już zwolenników zachowania pomnika. Ale to wszystko działo się jeszcze, zanim przegłosowano ustawę dekomunizacyjną, a IPN z fanatycznym zapałem zabrał się do jej wdrażania. Ostatecznie pod koniec marca 2018 dźwig zdolny podnieść 40 ton rozprawił się z Iwanami w ciągu godziny. Po kilku kolejnych dniach zniknął cokół. Dziś w centralnym miejscu placu zionie puste miejsce, widać na nim jeszcze ślady czerwonej farby, którą lokalne prawicowe bojówki traktowały go w ostatnich tygodniach przed wywózką.
– Owszem, działają tutaj skrajnie prawicowe grupy, raczej z młodszego pokolenia – mówi Arkadiusz Rodak, rzecznik prasowy Urzędu Miasta. – Dają o sobie znać, ale… – rzecznik szuka odpowiedniego słowa. Wiemy, co ma na myśli. Że są „nieszkodliwi”.
Ich głos rzeczywiście przepadł, kiedy dwa tygodnie po rozbiórce pomnika legniczanie z własnej inicjatywy postawili nowy monument, słuszny politycznie. Na przełomie marca i kwietnia zawiązała się konspiracja. W ramach akcji „Aktywna Legnica” zbudowali cokół z kartonowych pudełek i przymocowali doń wielką, żółtą, dmuchaną kaczkę. Stanęła pod osłoną nocy, podobnie jak sejmowy krzyż. „Chcemy, żeby wszyscy byli czyści, żeby dbali o higienę. Wygląda to tak, że jest duży czarny postument i na samym szczycie stoi dmuchana, żółta kaczka, która symbolizuje czystość. Bo jak wiadomo małe dzieci kąpią się z takimi żółtymi kaczuszkami” – brzmiało oficjalne uzasadnienie. „Pomnik Czystości Narodu” został jednak brutalnie usunięty przez służby mundurowe. Dwóch funkcjonariuszy policji nad ranem oddaliło się majestatycznie z dmuchaną kaczką i tekturowym cokołem pod pachą, budząc powszechną wesołość u obecnych na miejscu zbrodni mieszkańców wyprowadzających psy na pierwszy spacer oraz reporterów Radia Wrocław. Tymczasem w Urzędzie Miasta, usytuowanym tuż obok Placu Słowiańskiego, już latem i jesienią poprzedniego roku starano się uzyskać zgodę wojewody dolnośląskiego, by pomnik stanął na cmentarzu wojennym w obrębie wielkiej nekropolii komunalnej przy ul. Wrocławskiej. Żołnierze, którzy odnieśli zwycięstwo nad faszyzmem, stanęliby na tej samej ziemi, w której spoczywa ich 2800 towarzyszy (i towarzyszek) broni, poległych dosłownie w przededniu zwycięstwa, w 1945 r. Zdawałoby się, rozwiązanie logiczne, jasne i niekontrowersyjne.

 

Liegnitz, Legnica, Mała Moskwa

Zdobycie Legnicy 11 lutego 1945 na rozkaz Stalina zostało uczczone w dużej Moskwie dwudziestoma salwami artyleryjskimi z 224 dział. Trzy dni wcześniej front dotarł do wschodnich dzielnic miasta. Lokalna komórka NSDAP zbyt późno zdecydowała się na ewakuację ludności. Tempo, w jakim nadchodziły jednostki 3. Armii Pancernej Gwardii dowodzone przez płk. Pawła Rybałkę, zaskoczyło wszystkich. Do obrony miasta wyznaczono oddziały 17. Dywizji Piechoty i jednostki odwodowe.
9 luty był przełomowy. Wtedy na dworzec i transporty zaopatrzenia spadły bomby. 10 lutego ostatecznie padł Zamek, ostatni bastion Wehrmachtu, gdzie broniło się około 100 żołnierzy. Co ciekawe, lokalne źródła udostępnione przez pasjonatów podają, że „w wyniku samych działań wojennych substancja miasta nie ucierpiała wiele. Ucierpiał dworzec, ponadto w wyniku ostrzału artyleryjskiego zniszczeniu uległo, jak się szacuje, ok. 120 budynków oraz Zamek. Natomiast 848 obiektów zostało poważnie uszkodzonych. Na skutek bezmyślnych zachowań żołnierzy radzieckich pod koniec 1945 r. liczba całkowicie zniszczonych budynków wzrosła do 360, a uszkodzonych była większa o 80”. Te ekscesy w pierwszych miesiącach po wojnie potem wygasły. Już w latach 60., czytamy w opracowaniach i wspomnieniach, polskie władze miasta decydowały się na rozbiórkę zabytkowej zabudowy centrum. W tym samym czasie radzieccy oficerowie z zainteresowaniem, a czasem zachwytem patrzyli na poniemiecką architekturę: nie znali podobnej z rodzinnych stron. Tam nie widywali ani gotyckich i barokowych kościołów, ani renesansowych i eklektycznych kamienic i willi. Zanim 22 maja 1992 r. Lech Wałęsa podpisał w Moskwie opcję zerową wycofania jednostek Armii Radzieckiej, stacjonował tu Sztab Główny Północnej Grupy Wojsk. Było to największe skupisko wojsk radzieckich w Polsce. „Mała Moskwa” zajęła jedną trzecią ówczesnego terenu miasta. Dlaczego Legnica? Przed wojną była drugim po Wrocławiu kluczowym miastem Dolnego Śląska. Miała dużą liczbę koszar, lotnisko, wielki szpital, była ważnym węzłem drogowym i kolejowym. No i, mimo wszystko, wyszła z wojny w zasadzie w świetnym stanie. W latach 1945–1947 żołnierze PGW wspólnie z saperami polskimi rozminowali 11 tys. km dróg, 2,5 tys. km linii kolejowych, 778 mostów, 102 zakłady przemysłowe i inne obiekty, brali udział w wyremontowaniu odcinków linii kolejowych, odbudowywali mosty w całej Polsce.

 

Szacunek

Cmentarz komunalny w Legnicy, największa czynna nekropolia w mieście, położony jest przy Wrocławskiej 124. Do 1945 roku była to Neue Breslauer Straße. Na części kwater żydowskich Niemcy zrobili w 1938 r. cmentarz garnizonowy, a do lokalnego krematorium zwozili zwłoki z obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Później karty historii odwróciły się. Po wysiedleniu ludności niemieckiej mieszkańcy w ramach zemsty dewastowali przedwojenne grobowce i płyty z napisami wyrytymi gotykiem. Cmentarna wojna do 1960 wymiotła praktycznie wszystkie niemieckie groby. Wiele płyt wykorzystano do budowy nowego ogrodzenia, tak, aby napisy skierowane były do wewnątrz i pozostawały praktycznie niewidoczne. Osobny cmentarz wojenny Armii Radzieckiej naprędce dobudowano w latach 50. – w przestrzeni pomiędzy „starą” i „nową” częścią cmentarza komunalnego. 6 listopada 1972 r. obok rzędów nagrobków dostawiono betonowy pomnik sławiący wschodnich towarzyszy broni, bohaterów walki z faszyzmem. Groby ustawione są w równych rzędach okalających alejkę wiodącą od monumentu. Na niektórych palą się znicze, leżą sztuczne czerwone goździki i maki. Miejscowi twierdzą, że wciąż bywają tu rodziny zmarłych. Za każdym razem, gdy przyjeżdżają z Rosji czy Białorusi, widzą odśnieżone, wymiecione alejki, czerwone światełka pod pomnikiem. Pokój zapanował również na żydowskiej części cmentarza, chociaż nie ma już w mieście czynnej synagogi, miejscowa gmina, reaktywowana po wojnie, przestała działać w 2016 r. Na akcję sprzątania nekropolii zapraszali miłośnicy lokalnej historii z portalu Liegnitz.pl razem z Urzędem Miasta. Pracowali uczniowie miejscowych szkół, wierni zielonoświątkowej wspólnoty Anastasis, ludzie dobrej woli, łącznie trzystu ochotników i ochotniczek. Nikt nie miał wątpliwości, że trzeba, bo historię się szanuje i przekazuje następnym pokoleniom. Ku refleksji i przestrodze. Z tą samą myślą swojego czasu postanowiono nazwać ulicę przylegającą do cmentarza Aleją Ofiar Ludobójstwa OUN-UPA.

 

Niewolnica miłości

Kilka kroków od radzieckich kwater wojennych spoczywa Lidia Siergiejewna Nowikowa, legnicka Julia, „niewolnica miłości”, której historię nagłośnił Waldemar Krzystek w filmie „Mała Moskwa”. Mieszkańcy nie przestają się nią wzruszać, nawet jeśli prawda nie była aż tak poetycka, jak pokazano to na ekranie. Uświadomił nam to około 60-letni mężczyzna, paląc lampki na grobie Nowikowej, jedynym grobie z białego marmuru na legnickim cmentarzu. Ta biel kojarzy się z niewinnością, przypomina grób dziecka. Ukochanego dziecka – na płycie zawsze płoną znicze, stoją kwiaty. Nawet na planie cmentarza ten jeden nagrobek szczególnie wyróżniono.
Ludzie kochają tę opowieść, chociaż postać prawdziwego polskiego kochanka, sierżanta Edwarda Jońcy, nie była tak nieskazitelna jak sugerowałaby rola napisana dla Lesława Żurka. Miejscowi określali Jońcę raczej jako fircyka, etatowego Romea. Mówi się, że od początku nie był wobec swojej żony lojalny. Ponoć już goście weselni zauważyli, że źle się do niej odnosił. Historia o dziecku Polaka, które nosiła pod sercem zakochana Rosjanka, również okazała się tylko efektem inwencji reżysera. Dziecko, owszem, przyszło na świat – ale w małżeństwie Jońców. Polak nawiązał romans zaraz po narodzinach swojego syna. Dramat wyszedł na jaw dopiero po samobójczej śmierci pięknej i zdesperowanej Lidii Siergiejewny. Szczegółów nie znał nikt. Czy targnęła się na życie z bezsilności, czy była szantażowana przez zazdrosnego męża, może służby? Czy może kochanek, z którym ponoć widywała się w nocy nawet w piwnicach, powiedział, że nie widzi dla nich przyszłości? To wiedziała tylko ona. Powiesiła się na pasku z apaszki w Lasku Złotoryjskim. Jońca przyszedł na jej pogrzeb z bukietem białych róż. Później przeniesiono go do Wrocławia, w 1970 miał odejść ze służby. Nie wiadomo, co się z nim dalej działo, na jego temat krążą legendy. Jedni twierdzą, że zginął w wypadku, inni, że założył kolejną rodzinę i wyjechał z Dolnego Śląska. Bo pierwsza żona rozwiodła się z nim zaraz po pogrzebie Nowikowej. Została w Legnicy, gdzie pracowała jako nauczycielka w technikum elektronicznym. Parę lat temu za dorosłym już synem wyemigrowała do Kanady.
Nasz rozmówca nie spieszył się, opowiadał nam miłosną historię miejskiej heroiny, chociaż w międzyczasie zaczął padać deszcz. Chętnie odniósł się też do sprawy Iwanów.
– To taka sama wizytówka miasta, jak ona – wskazał na grób zakochanej, którą z wybrankiem rozdzieliła dopiero śmierć. Był pewien, że pomnik po demontażu natychmiast trafi na cmentarz wojenny, przecież w latach 90. tak właśnie postąpiono z radzieckimi pomnikami w kilkunastu miastach. Dziwił się, kiedy opowiedziałyśmy, czego dowiedziałyśmy się w Urzędzie Miasta od energicznej i konkretnej pani wiceprezydent Jadwigi Zienkiewicz.
Urząd Miasta w Legnicy otrzymał od wojewody dolnośląskiego pismo z odmową zgody na przeniesienie pomnika i pouczeniem, że „cmentarz nie służy do składowania obiektów propagandowych”. Tak orzekł – nietrudno zgadnąć – IPN. Wykonawcy polityki historycznej pouczają również, że cmentarz jest przestrzenią upamiętniania osób, które na nim spoczywają, tylko i wyłącznie ich – a więc uniwersalny pomnik żołnierzy nie może stanąć obok grobów czerwonoarmistów, którzy mają imiona i nazwiska (niektórych zresztą nie ustalono). W kolejnym liście, jaki oglądamy w Urzędzie, Instytut poucza jeszcze, że cmentarze nie powinny być narzędziem politycznych rozgrywek. Razem z mieszkańcem Legnicy, któremu trudno kulturalnie skomentować „wyczyny” IPN, poszliśmy w kierunku przyklejonych do radzieckiej nekropolii terenów zielonych. To tu ma powstać lapidarium, oficjalnie podległe Muzeum Miedzi w Legnicy. Obok eksponowanych pomników, bo znajdzie się miejsce i dla Iwanów, i dla popiersia marszałka Rokossowskiego, zdekomunizowanego już na początku lat 90., staną tablice informacyjne. Wszystko będzie zgodnie z ustawą, podkreśla wiceprezydent Zienkiewicz, bo zezwala ona na wystawianie pomników w celach informacyjnych, artystycznych, naukowych. Sam wojewoda dolnośląski wspomina w kolejnym liście o takiej ewentualności. Jakby się domyślał, że Legnica to jedno z tych miejsc, gdzie wola obrony lokalnej pamięci będzie zbyt silna, by pokornie pogodzić się z narzucaniem „dobrych zmian”. I gdzie sukcesy odnosi zmysł organizacji i zagospodarowywania, nie zacietrzewienie.

 

Przeobrażenie

Rosjanie wyjeżdżali stąd w 1991 r. w pośpiechu.
– Dotarło do mnie, że nie będzie już drugiej Legnicy. Ta oczekiwana wtedy sytuacja nagle uświadomiła mi, że jest to wielka zmiana nie tylko w sytuacji kraju, ale także każdej miejscowości, która „gościła” wojska radzieckie. Wtedy uświadomiłem sobie, że nagle oblicze miasta zmieni się zasadniczo. Znikną z ulic radzieckie patrole i ciężarówki, ucichnie lotnisko. Pojawił się żal, gdzie później opowiemy nasze najsłynniejsze dowcipy tamtych czasów: że Legnica z lotu ptaka wygląda jak miska pierogów, połowa ruskich, połowa leniwych, a drugi – opowiadany przy każdej przebudowie drogi czy wodociągu – badają, jak głęboko Rosjanie się zakorzenili. Pomyślałem wówczas, że trzeba tę drugą, nieznaną nam Legnicę zachować dla historii – wspomina decyzję „o wyjściu” fotograf Franciszek Grzywacz w rozmowie z WP. Jako jedyny Polak otrzymał zezwolenie na fotografowanie radzieckich żołnierzy, którzy stacjonowali w Legnicy.
– Do tego czasu można było tylko fotografować pojazdy i przemarsze oddziałów radzieckich na terenie miasta. Zwróciłem się do Dowództwa PGW z prośbą o umożliwienie mi wykonania fotografii. Niestety, mimo wielu prób, nie uzyskałem zgody. Dopiero pół roku później, gdy zmarł nagle w Moskwie przedostatni dowódca PGW gen. Wiktor Dubynin, otrzymałem telefon z biura prasowego PGW, że w legnickiej cerkwi prawosławnej odbędzie się uroczyste nabożeństwo żałobne za pamięć generała, w którym będę mógł uczestniczyć i zrobić zdjęcia. Na pytanie, czy pozwolą mi tam wejść, oficer odpowiedział przyjaźnie, że „z domu Bożego nikt nikogo nie wygoni”. Zdjęcia z tego nabożeństwa zostały oprawione w album i poprzez biuro prasowe dotarły do ostatniego dowódcy PGW gen. Leonida Kowaliowa, dzięki czemu otworzyły się przede mną wszystkie radzieckie drzwi koszar, klubów i mieszkań. Nigdy nie spytałem, dlaczego tylko ja dostałem zgodę na fotografie – wspomina. – W czasie, gdy fotografowałem, oni wszyscy mieli już świadomość nieuchronnego terminu wyjazdu wojsk radzieckich z Polski i pogodzili się z tym i chętnie pozowali do pamiątkowych zdjęć. Zobaczyłem codzienne, normalne życie po drugiej stronie radzieckiego muru dzielącego Legnicę na dwie części. Niewiele różniło się od moich wyobrażeń, a wszyscy Rosjanie byli bardzo przyjaźnie nastawieni do mojej fotograficznej misji. Miasto z dnia na dzień musiało podjąć wyzwanie zagospodarowania dziesiątków zabytkowych nieruchomości, budynków, ogrodów. Zrozumiałybyśmy, gdyby na miejscu okazało się, że nie dali rady. Ale pustymi oknami i tablicami, że obiekt grozi zawaleniem, grozi tylko jedna z willi, które mijamy w dzielnicy Tarninów, dawnym zamkniętym Kwadracie. Pozostałe domy żyją, mieszczą dziś urzędy, szkoły, galerie, inne są zamieszkane. W willi, którą niegdyś zajmował marszałek Rokossowski, mieści się luksusowy hotel o nazwie Rezydencja, grającej na fascynacji nieodległą przeszłością. Stamtąd już niedaleko do gmachu dowództwa Północnej Grupy Wojsk, obecnie ZUS. Korytarzami, po których wojskowi spieszyli na odprawy i narady, w tym na tę, podczas której zdecydowano o interwencji w Czechosłowacji w 1968 r., dziś chodzą interesanci: godziny przyjęć od wtorku do piątku od ósmej do piętnastej, w poniedziałki do osiemnastej. Orzecznictwo lekarskie – na lewo, sprawy emerytur, rent, kapitałów początkowych w skrzydle C. Tak samo w dawnych koszarach w innych częściach miasta: to dziś osiedla mieszkaniowe. W 1998 r. nowopowstała Wyższa Szkoła Zawodowa w Legnicy otrzymała od Skarbu Państwa działki wraz z budynkami wojskowymi. Najbardziej majestatyczny, największy budynek, dawny dom oficera z salą balową i kinem, dostał się diecezji legnickiej. Gen. Wiktor Dubynin, zanim opuścił Legnicę, z rozmachem przekazał go Kościołowi katolickiemu, w obecności delegacji władz miejscowych, na oczach mediów. I na wyrost, bo dysponentem majątku pozostawionego przez Północną Grupę Wojsk miało być państwo. Ale triumfującemu podczas transformacji ustrojowej Kościołowi żaden urzędnik nie śmiałby się sprzeciwić, a metropolita wrocławski Henryk Gulbinowicz nie pogardził prezentem.
W budynku, gdzie niegdyś uroczyście obchodzono rocznice rewolucji październikowej, dziś uczą się kandydaci do kapłaństwa, pracuje poradnia małżeńska. A przed budynkiem, na placu o dawno zdekomunizowanej nazwie, stanął pomnik zwieńczony wystrzeliwującym w niebo krzyżem. Na nim napis wspominający o walce z agresją ze wschodu.
Niby wszystko się zgadza, bo obelisk poświęcony jest księciu Henrykowi Pobożnemu, który w 1241 r. poległ pod Legnicą w przegranej bitwie z Mongołami. Jest na pomniku jego podobizna i to do jego walki odnosi się cytat z wypowiedzi Jana Pawła II. Ale jego wybór wydaje nam się stanowczo nieprzypadkowy. Za dobrze wiemy, jak ważne jest dla Kościoła zagospodarowywanie przestrzeni symbolicznej.

 

Polityka historyczna nie śpi

Tym bardziej, że rozsądek nie przestaje w Legnicy odnosić zwycięstw nad polityką historyczną. Oglądamy w ratuszu ulotki zapowiadające uroczyste obchody stulecia odzyskania niepodległości. Polegają na comiesięcznej weekendowej fecie: a to impreza w Zamku, to zwiedzanie katedry. Wszystko zanurzone w historii Dolnego Śląska, pełne odniesień do lokalności. Nie ma ani słowa o „faktycznym odzyskaniu niepodległości w 1989”.
Ale jest jeden lokalny Wyklęty, który atakuje już na dworcu kolejowym z plakatów sygnowanych znaczkami państwowych spółek. To wiceprezydent miasta Władysław Dybowski, adiutant Hallera, major NSZ. Lokalny Konrad Wallenrod (imię to nadał zresztą swojemu synowi). Po wojnie zapisał się do PPR. Swoje stanowisko w ratuszu miał wykorzystywać do działalności szpiegowskiej. W Legnicy pozyskał do współpracy dwóch radzieckich oficerów ze sztabu Północnej Grupy Wojsk. Zdobyte informacje przekazywał do krakowskiej komórki WiN, a ta wysyłała je do Londynu. Konrad Dybowski również działał w podziemnych strukturach w Krakowie. W 1946 wraz z ojcem został aresztowany, w 1947 obu skazano na śmierć. Spoczywają jednak nie w Legnicy, a na warszawskich Powązkach. A właściwie, jeśli trzymać się faktów, do tej pory nie wiadomo, gdzie spoczęli. Ciała majora nigdy nie odnaleziono, warszawska mogiła jest tylko symboliczna. Dekomunizacja Legnicy przyniosła mu jednak własną ulicę oraz patronat nad legnickim Klubem Gazety Polskiej, powiązanym z PiS.
Na ławeczkach koło Urzędu Miasta namierzamy dwóch typowych lobbystów wyklętości, starszego i młodszego. Noszą dumne koszulki Red is Bad i jeszcze dumniejsze srebrne łańcuchy – jeden na szyi, drugi na przegubie. Wyglądają, jakby ktoś zamówił ich z katalogu młodego prawicowca i postawił wprost na naszej drodze.
– Ruscy to okupanci – stwierdzają kategorycznie. – Tu jest polskie miasto.
Że bohaterowie to Wyklęci, wiadomo, wiedzą. Ale o tym, że mają swojego, tutejszego, już nie. Jednemu „coś się kojarzy”, ale „musiałby sprawdzić”. Widać nie czytają „Gazety Polskiej” wystarczająco uważnie.

Kneblowanie pamięci

Czy wolno upamiętniać poległych? Okazuje się, że nie. Pomnik, który kombatanci postawili swoim poległym na polu bitwy kolegom według IPN, kościoła oraz lokalnych działaczy prawicy jest propagowaniem totalitarnego ustroju. Tylko dlatego, że zawiera słowo „radziecki”.

 

„Żołnierzom polskim i radzieckim oraz mieszkańcom gminy Sobienie-Jeziory poległym w walce z faszyzmem o wyzwolenie narodowe i społeczne naszego kraju w XXX rocznicę powstania Ludowego Wojska Polskiego”. Taką dokładnie treść zawiera tablica, ufundowana przez ZBOWiD w 1973 roku.

Sobienie-Jeziory to gmina w powiecie otwockim, która widziała wszystkie możliwe okropieństwa wojny. Było tu nawet getto. Później okolica ta była świadkiem śmierci wielu żołnierzy I Armii Wojska Polskiego i żołnierzy radzieckich, którzy wyzwalali Sobienie w 1944 r.. Wtedy była to jeszcze wieś. Dopiero po wojnie Sobienie nabrały charakteru małego miasteczka.

W 1973 roku miejscowy ZBOWiD postawił poległym pomnik – tablicę na cokole. Jej treść nie pozostawia wątpliwości: to upamiętnienie ludzkich istnień, które masowo pochłonęła wojna. Nie ma tam ani słowa na temat ustroju komunistycznego, PRL czy Związku Radzieckiego. Poza jednym słówkiem w kontekście pochodzenia poległych. Bo miejscowi zdecydowali się nie dzielić zmarłych według narodowości. W naiwności swojej uznali, że upamiętnienie za bohaterską śmierć należy się wszystkim. Ale że tablice postawiono w 30. rocznicę powstania LWP, to dobra prawicowa zmiana znalazła powód, aby pomnika się pozbyć, choć mieszkańcy pukają się w czoła: przecież nikt tu nie sławi radzieckiej Rosji, czcimy po prostu pamięć towarzyszy broni!

Państwo dopięło swego. Dziś pomnika już nie ma. Tablica zniknęła w marcu, cokół w kwietniu. Bo w sprawie wypowiedział się lokalny IPN. Wypowiedział się jednoznacznie: pomnik wypełnia znamiona ustawy, usunąć! Wójt musiał zareagować.

Tylko że całej sprawy mogłoby nie być, gdyby z inicjatywą usunięcia pomnika nie wyrwał się pierwszy w połowie 2017 radny Mirosław Kabala, który narobił wrzasku, że „gwałtu rety, tu czci się zbrodniarzy”! Na jednym ze wspólnych posiedzeń rady gminy przedstawił wniosek o usunięcie monumentu, uzasadniony tym, że „nie ma żadnego powodu, abyśmy dalej czcili członków armii, która na bagnetach przyniosła Polsce zniewolenie i komunistyczny totalitaryzm”.

Prawie nikt z radnych go nie poparł, ale machina dekomunizacyjna ruszyła.

„Mimo sprzeciwu większości rady wniosek został przesłany do rozpatrzenia przez Instytut Pamięci Narodowej w Warszawie. Pod koniec października do urzędu gminy wpłynęła decyzja nakazująca usunięcie pomnika do końca marca 2018 r. „W opinii Instytutu Pamięci Narodowej pomnik poświęcony m.in. »bohaterskim Żołnierzom Radzieckim«, usytuowany na Dużym Rynku w Sobieniach-Jeziorach spełnia kryteria pomnika propagującego komunizm i powinien być usunięty z przestrzeni publicznej. Liczę na Państwa zrozumienie w tej sprawie i podjęcie stosownych działań.

Utrzymanie tego rodzaju obiektu w przestrzeni publicznej jest bowiem nie do pogodzenia z szacunkiem dla dorobku walki Polaków o wolność i niepodległość Państwa i Narodu Polskiego oraz dla pamięci ofiar totalitaryzmu komunistycznego” – czytamy w uzasadnieniu opinii IPN.

Mieszkańcy mają żal do radnego: nikt nie sławił bohaterskich czerwonowarmistów ani nie stawiał pomnika ustrojowi jako takiemu, to cyniczna manipulacja. Kiedy pomnik ostatecznie zniknął z głównego placu w mieście, nie mogli go odżałować: „I komu to przeszkadzało?”. Nawet ci, którzy, delikatnie mówiąc, za poprzednim ustrojem nie przepadają, dostrzegają absurd całej sytuacji:

– Nawet nie wiedziałem, że pomnik poświęcony jest żołnierzom radzieckim. Sam nie wiem, czy powinien pozostać, czy nie. Z jednej strony to armia radziecka, czyli nasz drugi okupant. Ale z drugiej ci żołnierze to byli tacy sami ludzie jak my. Niejednokrotnie byli siłą wcielani do armii. Tu walczyli i ginęli na naszej ziemi, więc chyba należy się im jakieś upamiętnienie – mówił jeden z mieszkańców lokalnej prasie.

– Odkąd pamiętam, pomnik tu stał i chyba zdążyłam się do niego przyzwyczaić. Nie przeszkadzał mi – dodawała od siebie kwiaciarka, prowadząca swój interes w pobliżu miejsca, gdzie jeszcze na wiosnę stał cokół z tablica.

Miejscowy proboszcz Andrzej Jaczewski z ambony otwarcie sugerował, że „z pomnikiem trzeba coś zrobić”. Mieszkańcy mówią, że zależy mu na tym, aby w miejscy pomnika upamiętniającego poległych stanął inny – poświęcony „wyklętym” lub fundatorowi kościoła.

W obronę pomnika od początku zaangażowana była Anna Retman, z domu Trzaskowska, córka kombatanta, który wyzwalał Sobienie. Miała 13 lat, kiedy stawiano pomnik.
To między innymi jej ojciec układał treść tablicy. Sugestie, że napis podyktowała mu partia, uważa za niesmaczny żart. Jest zdeterminowana, aby pomnik przywrócić. Pisała już do wszystkich świętych – dosłownie! – łącznie z Episkopatem i premierem (ten zaś odesłał sprawę z powrotem do IPN). Jej upór budzi wśród mieszkańców niekłamany szacunek. – Sama słyszałam, kiedy mówiono na kazaniu, że pomnikowi należy „się przyjrzeć” – mówi w rozmowie z „Trybuną”. – Żołnierze radzieccy u nas stacjonowali. Wychodzili na zwiady, część nie wracała. Zostali na naszej ziemi. Czy nie należy im si upamiętnienie? W moim piśmie do Episkopatu przywołuję przykład Armii Radzieckiej, która weszła do Oświęcimia, aby wyzwolić więźniów. Cała sprawa jest skandalem.
Anna Retman napisała w sumie w 13 miejsc. Twierdzi, że inne prywatne osoby wysłały jeszcze więcej pism. Nie traci nadziei.

– Przewodniczący Rady Gminy poproszony o pomoc w przywróceniu pomnika w pierwotnym stanie powiedział, że „musi się liczyć z parafią i księdzem, i , że jest zbyt mało znaczącą komórką aby coś z tym zrobić” – powiedziała „Trybunie” Lucyna Rutkowska, szefująca Klubowi Przyjaciół „DT” w Otwocku.

Cenzura pamięci ma się świetnie.

Smutne myśli na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego

Wysiadłem z tramwaju przy szpitalu MSWiA i w potwornym upale nieśpiesznie udałem się do antykwariatu na Dąbrowskiego, gdzie była jakaś interesująca książka.
Idę sobie – a tu nagle Jan Józef Lipski. Przez myśl mi przeleciało, że to może omamy wzrokowe pod wpływem upału, a może ta ohydna zaćma robi mi numery.
Nie. Stałem na ulicy Jarosława Dąbrowskiego, a na kamienicy była tablica prostopadłej ulicy (uliczki?) Jana Józefa Lipskiego. Pamiętam sprawę, ale nigdy tu jeszcze nie byłem.

 

Jak to się stało?

Jan Józef Lipski zmarł 10 września 1991 roku, zresztą po długiej chorobie, która jak pamiętam wyeliminowała go z życia społecznego i politycznego prawie na rok.
W 1997 roku grupa przyjaciół Jana Józefa – Zbigniew Bujak, Zofia Kuratowska, Jacek Kuroń, Tadeusz Mazowiecki i Zbigniew Romaszewski – zgłosiła wniosek o nadanie jednej z ulic Warszawy imienia Jana Józefa Lipskiego.

 

Oczywiście straszny wstyd,

że nie zrobiły tego władze PPS i nie dopilnowały wykonania takiej decyzji. Oczywiście, biję się w pierś, bo to również moja wina, jako członka ówczesnych władz PPS. Tym bardziej było mi smutno na rogu Lipskiego i Dąbrowskiego.
Ostatecznie 12 kwietnia 1999 roku imieniem JJL nazwano uliczkę na Mokotowie. Może i jest w tym jakiś sens, bo JJL walczył w pułku „Baszta” na Mokotowie, choć nie wiem czy akurat w tym rejonie.
Ulica Jana Józefa Lipskiego jeśli ma 200 metrów to max, stoją cztery bloki z lat tak chyba 60. XX wieku i tyle.
Na apel czołowych działaczy KOR, KSS KOR, parlamentarzystów, czołowych polskich polityków władze Warszawy odpowiedziały i naznaczyły te 200 metrów uliczki na Mokotowie imieniem jednego z najbardziej zasłużonych opozycji z okresu PRL. Niby wszystko jest OK. I nic nie jest.
Taka uliczka i Taki Człowiek.
Smutne.

Wrocław – bitwa o orła

Nie, to nie jest opowieść o przedwojennym Wrocławiu i bohaterskich Polakach spod znaku Rodła.

 

Latem 2018 r. Instytut Pamięci Narodowej domaga się rozebrania pomnika polskiego orła sprzed polskiej szkoły we Wrocławiu – mówiąc ściślej sprzed SP nr 43 przy ulicy Grochowej, położonej w sercu Wrocławskich Krzyków, dzielnicy zamienionej w czasie wojny w dymiącą kupę gruzów i zbudowanej od nowa w latach 60. XX wieku.
Szkoła, typowa „tysiąclatka”, nosiła w czasach minionych imię II Armii LWP. Z tej okazji wzniesiono przed nią niewielki pomnik z orłem na postumencie, bez żadnych napisów i tablic.
„Należy uznać za zasadne usunięcie symbolu orła bez korony, który był oficjalnym godłem Polski Ludowej oraz ‘ludowego’ Wojska Polskiego.
Uwzględniając przypadającą w tym roku 100. rocznicę odzyskania niepodległości przez nasz kraj, uważamy, iż pozostały postument może posłużyć jako podstawa do upamiętnienia tej wspaniałej rocznicy.
Powstałe miejsce pamięci będzie miało niewątpliwie ważny walor edukacyjny dla uczniów i rodziców. IPN służy pomocą merytoryczną w zakresie uzgodnienia wyglądu upamiętnienia” – głosi pismo IPN skierowane do dyrekcji Szkoły Podstawowej nr 43 przy ul. Grochowej we Wrocławiu
To, że II Armia LWP jako jedyna polska jednostka uczestniczyła w walkach w okolicy Wrocławia, a jej żołnierze w znacznej liczbie osiedlili się w stolicy Dolnego Śląska nie ma dla IPN żadnego znaczenia.
Podobnie jak to, że formacja ta walcząca głównie na terenie Czech i niemieckich Łużyc nie odpowiada za żadne działania przeciwko ukochanym przez władze „żołnierzom wyklętym”.
W obronę pomnika zaangażował się jedyny radny SLD we wrocławskim ratuszu Dominik Kłosowski, sprawa nabrała rozgłosu. Nic nie wskazuje jednak na zmianę stanowiska IPN.
Szkoła nr 43 nosi obecnie imię legendarnego wrocławskiego satyryka Jana Kaczmarka, twórcy „Studia 202”. Zmarły w 2007 r. artysta przewidział czasy IV RP. Piosenka „Ballada o chorej wyobraźni” ma wszelkie cechy proroctwa:
„Wyobraźnia w takich razach zwykle leczy i pomaga, Lecz i ona – pełna klęska, odmówiła posłuszeństwa”.

Kilka uwag prosto z Berlina

Gorzki haust ożywczego powietrza.

 

„O, wie gut ist die berliner Luft, Luft,Luft” jak dobre jest berlińskie powietrze, brzmiały słowa piosenki kabaretowej z lat trzydziestych. Powietrze berlińskie, rozumiane dosłownie, nie jest już zapewne tak dobre jak wtedy, ale od warszawskiego na pewno lepsze, i chemicznie i w przenośni. Zyskiem jest już samo to, że oddychając nim można odpocząć od PiS, ONR, biskupów, miesiączek smoleńskich i całego tego koszmarnego pierdolnika polskiego, być kilka chwil z dala od durnego, kołtuńskiego kraju, jak go trafnie określił Antoni Szpak.
Oczywiście, w epoce internetu można niby mieć to wszystko w każdej chwili, na wyciągnięcie ręki, ale mnie chroni od tej łatwości mój technologiczny analfabetyzm, który każdą tego rodzaju czynność czyni trudną i dolegliwą, więc szybko odstępuje od denerwujących prób obserwowania polskiej neurozy codziennej za pomocą Sieci. Znacznie lepiej czuję się w moim starym dobrym żywiole, czyli w wielogodzinnych pieszych wędrówkach, tym razem po Berlinie. A te dostarczają oczywiście, jak wszystkie podróże i wędrówki, wielu nauk i wrażeń.

 

Kraj bez politycznych egzorcyzmów

Ograniczę się tylko, i to w telegraficznym skrócie do dwóch z nich. Pierwsza jakoś przewrotnie, na odwyrtkę, kontrastowo, rymuje się z polskimi perypetiami z dekomunizacją. Prawicowi hunwejbini polscy chcieliby zniszczyć i zatrzeć wszystko, co wiąże się z poprzednim ustrojem, realnym socjalizmem. Miał on bez wątpienia swoje ciemne strony, to nie ulega wątpliwości, ale człowiek, który pamięta tamte czasy, a zanurzony w ciężkich kłopotach i niepokojach współczesności może coraz częściej myśleć o tamtych czasach znacznie cieplej niż myślał wtedy, przed sławetną zmianą i falą głupoty, wniesioną w polskie życie przez Solidarność i kler katolicki. Ale prawicowi hunwejbini polscy podbechtywani przez arcyszkodliwą organizację IPN, którzy dzialają w oszalałym amoku, na wszelkie próby przemówienia im do resztek rozumu odpowiadają, że „komunizm w Polsce był tak straszny”, że trzeba wyniszczyć wszystkie pamiątki po nim. Wikłają się tym jednak w sprzeczność. Skoro komunizm będzie wygumkowany, to gdzie miejsce na legendę walki z nim?
Tymczasem Niemcy, w tym berlińczycy, doświadczyli go przecież w znacznie bardziej hardkorowej postaci, której symbolem jest choćby STASI, a mimo to nie przeszkadza im ani mauzoleum chwały gwałcącej niemieckie kobiety Armii Czerwonej, mauzoleum z czołgami, czerwonymi gwiazdami i lśniącymi od złota godłami przy alei 17 Czerwca, ani aleje, ulice i place Karola Marksa, Fryderyka Engelsa, Włodzimierza Lenina, Róży Luxemburg czy Karola Liebknechta, a w największym parku berlińskim, w Tiergarten, stoi pomnik autora „Kapitału”. Nieopodal ulicy przy której mieszkam, mieści się gimnazjum imienia Fryderyka Engelsa i jakoś nikomu to nie przeszkadza. A przecież nikt tu nie uprawia bałwochwalczego kultu tych wybitnych skądinąd postaci, nikt nie urządza na ich cześć stalinowskich wieców, tyle że tu traktuje się historię jako pewnego rodzaju opowieść, która, aby była jasna i zrozumiała, musi mieć kształt nawarstwiąjącego się tortu, drzewa w przekroju, ze słojami, które mówią o jego metryce i nadają mu specyficzną urodę, o której sensie musi stanowić ciągłość. I nie może być co rusz, jak w Polsce, rozszarpywana na strzępy przez ideologicznych opętańców.

 

Kraj Hegla czyli kapusta kapuście nierówna

Jak w jednej ze swoich pieśni chełpił się Przemysław Gintrowski, nieżyjący już bard polskiego, sentymentalnego patriotyzmu czy, jak kto woli, nacjonalizmu, jednego z najgorszych wytworów, a raczej nowotworów chorej polskiej tzw duchowości, „nie czytaliśmy Hegla jaśnie panie, dla nas psałterz, groch i kapusta, i od czasu do czasu powstanie”. Nie mam nic do kapusty, w tym kiszonej, bo to i w Niemczech dodatek do licznych potraw, w tym klasycznego wursta czyli pieczonej kiełbasy, ale jak się okazuje, kapusta kapuście nierówna.

 

Wilhelm Friedrich Hegel, intelektualny guru i filozoficzny przodek Marksa

uczył, że historia, ujmując rzecz najprościej, formuje się według zasady dialektyki czyli nieustannego ścierania się i walki przeciwieństw, że z konfrontacji tezy i antytezy wyłania się synteza czyli nowa jakość, która staje się podstawą nowej rzeczywistości i nowych szlaków ludzkiej egzystencji. Co prawda późniejsza historia podważyła heglowski optymizm i wiarę w to, że z tego ścierania się przeciwności wyłania się, a przynajmniej prosto się wyłania, lepszy świat i że zmierzamy do mądrego porządku, który ucieleśni się w wyczekiwanym doskonałym duchu (Geist), ale reguła ucierania się przeciwieństw jako drogi, którą podąża świat, pozostaje kanonem logicznej i światłej myśli ludzkiej niemal na równi z tabliczką mnożenia i innymi regułami matematyki. I to pomimo tego, że opętani, fanatyczni komiwojażerowie nowej reakcji religijnej, tym razem nie pozostającej w tyle technologicznie, chcą dziedzictwo Oświecenia zastąpić jakimś nowym średniowieczem i nie ustają w żarliwych wysiłkach na rzecz zbudowania nowego piekła w imię Boże. Ta kleronacjonalistyczna reakcja ma dziś w Polsce jeden z najsilniejszych przyczółków w skali europejskiej a może i światowej. Wstydzę się z tego powodu i dlatego bardzo kameralny, nie związany z licznymi kontaktami charakter mojego berlińskiego pobytu, nie zmuszający mnie do tłumaczenia się za swój kraj, poczytuję sobie za komfort.

 

Berliński spokój i warszawskie parademarsze

Po drugie, propaganda PiS i jego medialnych doboszów usilnie dąży do stworzenia wrażenia, jakoby pod obecnymi rządami Polska była nie tylko krajem cudu gospodarczego i powszechnego dostatku, lecz także spokoju i poczucia bezpieczeństwa jako m.in. rezultatu niewpuszczania tu uchodźców. A jednak, mimo dużej oczywiście w Berlinie liczby uchodźców z Azji, Afryki oraz tureckich imigrantów osadzonych tu od wielu lat i mimo tego, że jest on miastem większym od Warszawy, atmosfera ulicy jest tu znacznie spokojniejsza, cichsza od tej, której doświadczamy w nerwowej, agresywnej, histerycznej, jakby owładniętej ADHD rzeczywistości Warszawy. I bez akompaniamentu wrzasków pisowskich aparatczyków, wydzierających się jak stare przescieradło albo jak Szydło, pachnące raczej szalejem niz rosołem. Ciszej tu i dosłownie i w przenośni. Jak widać, nawet imigranci na spółkę z Marksem, Engelsem i Leninem oraz czerwonoarmiejcami nie przeszkadzają tu żyć w miarę spokojnie, jak na skalę miasta nad Sprewą, i w miarę godziwie. Tu na ludzkich twarzach widać i w powietrzu ulicy czuć te błogosławione cechy starej dobrej, powojennej Europy zachodniej, która wyciągnęła wnioski z krwawej przeszłości i rozrzedziła ciśnienie twardych, w tym nacjonalistycznych i religianckich tożsamości, będące źródłem tylu nieszczęść, a do których wraca teraz pisowska Polska. Ta, tkwiąca w rozwibrowaniu i gorączce rozpętanej nad Wisłą przez kleronacjonalistów, jawi się z berlińskiej perspektywy jeszcze bardziej, prawem kontrastu, nieprzyjemnie niż gdy się tkwi na co dzień w trąbie polskiego cyklonu i wariactwa. Stąd dotkliwiej widać w jakim gównie brodzimy tam, w kraju, oddalonym zaledwie o miedzę. Mimo więc początkowej deklaracji o chwili wytchnienia od polskiego piekła, spędziłem te berlińskie dni z towarzyszącym mi w tyle głowy uczuciem wstydu i zazdrości. A zaskakujący paradoks tej sytuacji polega także na tym, że schronieniem dobrych, także owych miękkich wartości starej, dobrej, powojennej Europy, choćby i nieco idealizowanej, jest wlaśnie Berlin, historyczna kolebka pruskiego, szowinistycznego nacjonalizmu, który przez tyle stuleci, od Wielkiego Fryca do Hitlera, huczał podczas parademarszów od łoskotu podkutych, wojskowych butów. Dziś, o ironio historii, hałaśliwe i butne parademarsze odbywają sie w Warszawie.

Wielka lustracja

Tytuł poniższego artykułu nie wziął się z powietrza. Do jego napisania przyczynił się szereg czynników.

 

Pierwszym były krążące informacje i opinie, że Instytut Pamięci Narodowej dąży do objęcia zakresem swego działania (czytaj lustrowania) kolejne grupy społeczeństwa, nie wymienione w ustawie z dnia 18 października 2016 r. o ujawnianiu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa. Organy te wymienione są w art. 2 ust. 1 ustawy. Z kolei w art. 4 wymienione są osoby pełniące funkcje publiczne zobowiązane do złożenia oświadczenia lustracyjnego w chwili wyrażenia zgody na kandydowanie, objęcie lub wykonywanie funkcji, a w przypadku żołnierza zawodowego przed doręczeniem mu decyzji o wyznaczeniu na stanowisko służbowe.
Jednak dla IPN to za mało. Okazja nadarzyła się po skierowaniu do konsultacji projektu ustawy o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym funkcjonariuszy Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Służby Wywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej, Biura Ochrony Rządu, Państwowej Straży Pożarnej i Służby Więziennej oraz ich rodzin (zwanej dalej ustawą policyjną). W ramach opiniowania tego projektu w IPN opracowano katalog instytucji cywilnych i wojskowych, których funkcjonariusze pełnili „służbę na rzecz totalitarnego państwa”. Potrzebą zdefiniowania określenia „służba na rzecz totalitarnego państwa” nikt się nie przejmował i nie przejmuje. Katalog opracował dr Adrian Jusupović, a konsultantami byli: dr Wojciech Frazik, dr hab. Wojciech Musiał oraz dr Paweł Skubisz.
Nie będę w tym miejscu opisywał ustaleń między IPN oraz Zakładem Emerytalno-Rentowym (ZER) MSWiA na ten temat. Jestem w posiadaniu obszernej opinii IPN z dnia 19 sierpnia 2016 r., która była opublikowana na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji. Po jakimś czasie zniknęła. Mogę ją przesłać zainteresowanym. Ważne jest, że zdecydowano, iż należy zrezygnować z odwołań do art. 2 ustawy lustracyjnej i stworzyć odrębny katalog instytucji, których funkcjonariusze pełnili służbę na rzecz „totalitarnego państwa”. Katalog ten wymienia również przypadki, które należy zrównać ze służbą na rzecz „totalitarnego państwa”. Rozwiązanie to znalazło się w ustawie policyjnej, a jak się okazało później również w projekcie ustawy o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych oraz ich rodzin (zwanej dalej ustawą wojskową). Projekt ten trafił do Sejmu w dniu 2 grudnia 2016 r. i został zewidencjonowany, jako druk sejmowy 1105. W projekcie tym, znalazły się postanowienia przekopiowane z ustawy policyjnej. Bez wdawania się w szczegóły projekt ustawy przewiduje drastyczne obniżenie emerytur i rent wojskowych oraz rent rodzinnych po żołnierzach.
Kogo zatem mogą objąć postanowienia ustawy wojskowej. Według mojej, absolutnie subiektywnej oceny, jej postanowienia mogą objąć:

1) żołnierzy zawodowych służących w jednostkach KBW,
2) żołnierzy Informacji Wojskowej i jednostek podległych,
3) żołnierzy Wojskowej Służby Wewnętrznej i podległych jednostek wojskowych,
4) żołnierzy Zarządu II SG WP i podległych jednostek, wojskowych,
5) żołnierzy Zwiadu WOP, w tym żołnierzy zawodowych pełniących służbę w strażnicach kadrowych,
6) żołnierzy WOP pełniących służbę na Granicznych Punktach Kontroli,
7) żołnierzy WSW w jednostkach Wojskowych MSW,
8) żołnierzy – słuchaczy uczelni podległych MSW np. Akademii Spraw Wewnętrznych,
9) żołnierzy innych służb Sił Zbrojnych RP prowadzących działania operacyjno-rozpoznawcze lub dochodzeniowo-śledcze, w tym w rodzajach broni oraz w okręgach wojskowych.
10) członków rodzin pobierających renty rodzinne po ww. żołnierzach.

W celu ustalenia wysokości emerytury Wojskowe Biuro Emerytalne (WBE) wystąpi do IPN z wnioskiem o sporządzenie informacji o przebiegu służby wskazanych żołnierzy na rzecz „totalitarnego państwa”.
Na wniosek WBE, w terminie 6 miesięcy od dnia otrzymania wniosku, IPN sporządza na podstawie posiadanych akt osobowych i przekazuje wojskowemu organowi emerytalnemu informację o przebiegu służby wskazanych żołnierzy na rzecz „totalitarnego państwa”. Na podstawie tej informacji dyrektor WBE prześle emerytowi (renciście) wojskowemu decyzję o nowej wysokości emerytury.
Wydawać by się mogło, że wszystko jest jasne i proste. Skąd zatem wielka lustracja, o której mowa w tytule. Należy zdać sobie sprawę z tego, że w WBE nie pracują osoby posiadające rozeznania w zawiłościach zawodowej służby wojskowej. Żadna z nich nie będzie dociekać jakie działania prowadziła jednostka lub instytucja wojskowa mająca w swej nazwie wyraz rozpoznanie lub rozpoznawczy, a także czy przysłowiowy magazynier uzbrojenia, szef kompanii lub kierownik stołówki żołnierskiej wykonywał zadania operacyjno-rozpoznawcze, czy też nie. Wystarczy sam fakt pełnienia służby w takiej jednostce by stać się ofiarą ustawy. Nie są to obawy bezpodstawne.
Podobnie ma się rzecz z pracownikami IPN. Wystarczy, że pracownik IPN na podstawie akt osobowych żołnierza stwierdzi, iż przysłowiowy Jan Kowalski pełnił służbę np. w 2. Pułku Radioelektronicznym, który podlegał pod Zarząd II SG WP, by uznać, że kwalifikuje się obniżenia mu emerytury. Potwierdza to dotychczasowa praktyka i wyroki sądowe dotycząca spraw lustracyjnych. Na stronie internetowej Sądu Najwyższego znajduje się postanowienie z dnia 5 maja 2016 r., sygn. II KK 4/16, w którym SN oddala kasację wniesioną przez prokuratora generalnego w sprawie jednego z żołnierzy z jednostki rozpoznania radioelektronicznego oskarżonego o kłamstwo lustracyjne. Pomimo korzystnych dla żołnierza dwu wyroków sądów I i II instancji, Sąd Najwyższy musiał wyjaśnić prokuratorowi generalnemu czym różniła się praca operacyjno-rozpoznawcza od pracy operacyjno-bojowej. Ile takich przypadków będzie w przyszłości?
Od dobrze znanego mi byłego żołnierza WOP, a później funkcjonariusza Straży Granicznej dowiedziałem się, że w zaświadczeniach IPN o przebiegu służby znajdowały się istotne błędy skutkujące obniżeniem emerytury. Jeżeli weźmiemy uwagę zawieszenie rozpatrywania odwołań wskutek pytania prawnego skierowanego przez sędziów Sądu Okręgowego w Warszawie do Trybunału Konstytucyjnego to nietrudno sobie wyobrazić, że przy rozpatrywaniu spraw przez TK w kolejności ich wniesienia, oczekiwanie na rozstrzygnięcie może trwać lata. Ilu poszkodowanych błędnymi opiniami IPN nie doczeka sprawiedliwości?
Jeszcze do niedawna wielu emerytów wojskowych trwało w błogiej nieświadomości, że postanowienia ustawy ich nie dotyczą, że nie ma się czym przejmować. Ich spokój chyba zburzyła, albo powinna zburzyć informacja Gazety Prawnej z dnia 20 lutego 2017 r. Okazało się, że ZER MSWiA uznał, że nie jest uprawniony do weryfikowania okresów służby na rzecz „totalitarnego państwa”. W związku z tym przesłał do IPN wnioski o informację o przebiegu służby ponad 191 tys. rencistów i emerytów – czyli wszystkich, którym wypłaca świadczenia, nie tylko żyjących, lecz także zmarłych. To blisko sześć razy więcej, niż wynikało z wcześniejszych zapowiedzi resortu spraw wewnętrznych. Ustawa „dezubekizacyjna” miała bowiem dotyczyć 32,1 tys. byłych funkcjonariuszy SB.
Nie należy oczekiwać, że WBE postąpią inaczej. Nikt nie będzie bawił się w szczegóły. Do IPN trafią wnioski dotyczące wszystkich emerytów i rencistów wojskowych oraz osób pobierających renty rodzinne. Każdy zostanie dokładnie zlustrowany. Według niepotwierdzonych informacji, do Centralnego Archiwum Wojskowego (CAW) miały zostać ściągnięte zostały akta personalne wszystkich byłych żołnierzy. Jak mówią złośliwcy każda teczka została prawdopodobnie przejrzana, opatrzona pieczęcią „swój” lub „obcy” i odłożona na odpowiednią półkę. Później, w razie potrzeby, wystarczy tylko sięgnąć ręką po odpowiednią teczkę. Jaka to oszczędność czasu, zwłaszcza, że IPN ma 6 miesięcy na udzielenie informacji o przebiegu służby emeryta wojskowego. Bez współpracy z CAW nie da się tego zrobić. Część akt z pewnością zostanie przekazana do IPN. Wie o tym doskonale Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego i członek Kolegium IPN, któremu podporządkowane zostały wszystkie archiwa wojskowe.
W tym miejscu nie można nie zauważyć dodatkowego zagrożenia. Wraz z aktami personalnymi żołnierza IPN uzyska dostęp do danych osobowych członków rodziny żołnierza. W razie potrzeby będzie to kolejna grupa osób do lustrowania. Jeżeli ktoś twierdzi, że są to obawy bezpodstawne niech zajrzy do projektu ustawy degradacyjnej z dnia 26 września 2019 r. przesłanego przez MON do Przewodniczącego Rady Legislacyjnej przy Prezesie Rady Ministrów w dniu 2 października 2017 r. przy piśmie 6496/DP (art. 245b ust. 5).
Zauważyć należy, że w dniu 24 marca 2017 r. w Dzienniku Ustaw z dnia 10 kwietnia 2017 r. pod pozycją 739 opublikowane zostało rozporządzenie Ministra Obrony Narodowej z dnia 24 marca 2017 r. zmieniające rozporządzenie z dnia 31 października 2014 r. w sprawie ewidencji wojskowej żołnierzy zawodowych (Dz. U. poz. 1638 oraz z 2017 r. poz. 241). Najistotniejsza jest zmiana przepisów § 27, która bez wdawania się w szczegóły stanowi, że wszystkie teczki akt personalnych zwolnionych ze służby żołnierzy zawodowych mają zostać przekazane do archiwum wojskowego (do tej pory poza nielicznymi przypadkami przesyłane były do macierzystych WKU). Czy zmiany te mają służyć zracjonalizowaniu obiegu dokumentów, czy też intencją tych zmian ma być zrealizowanie tzw. ustawy deubekizacyjnej w stosunku do emerytów wojskowych.
Przez prawie półtora roku projekt ustawy spoczywał w parlamencie. Na przełomie kwietnia i maja w mediach pojawiły się informacje o tym, że prace nad nią zostały podjęte. Dowodem ma być opinia Biura Analiz Sejmowych z dnia 5 kwietnia br. „Ocena skutków regulacji zawartych w rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy o zaopatrzeniu emerytalnym żołnierzy zawodowych i ich rodzin”. Nawiasem mówiąc jest ona miażdżąca w stosunku do projektu.
Na tle powyższych rozważań pojawia się pytanie, czy emeryci wojskowi, nie objęci na razie postanowieniami ustawy, mogą spać spokojnie. Odpowiedź na to pytanie nie jest ani prosta, ani łatwa. Należy jednak mieć na uwadze wypowiedzi niektórych polityków domagających się rozszerzenia zakresu ustawy. Warto zajrzeć na internetowe Niezależne Forum o Wojsku. Wśród zabierających głos na tym forum znaleźć można wypowiedzi, pojedynczych co prawda dyskutantów, przedstawiających się jako żołnierze z dumą noszący mundur, popierających ustawę, a nawet proponujących komu zmniejszyć emeryturę w następnej kolejności. Nie zamierzam tu nikogo stresować, ale emeryci wojskowi nie mogą chyba spać spokojnie.

Wracają lewicowe nazwy

Prawda historyczna – wojewoda mazowiecki 12:0 – pisali aktywiści inicjatywy Historia Czerwona i Czarno-Czerwona po pierwszym orzeczeniu unieważniającym dekomunizacyjne zarządzenia Zdzisława Sipiery. Kolejne rozstrzygnięcia warszawskiego sądu sprawiły, że wynik ten brzmi już 37:0.

 

Na trzeci z kolei werdykt, oczekiwano ze szczególną niecierpliwością, bo dotyczył on ulic, w obronie których mobilizacja była szczególna: praskiej ul. Dąbrowszczaków, żoliborskiej ul. Tołwińskiego oraz muranowskiej ul. Lewartowskiego. A także ośmiu innych miejsc, w większości nazwanych imionami uczestników walki z hitlerowską okupacją Polski – uczestników niewartych zapamiętania, bo związanych z lewicą.

Ponownie, tak jak na poprzedniczh sesjach, sąd orzekł: decyzje wojewody w sprawie nazw ulic zostają unieważnione. Dlatego, że to obowiązkiem wojewody było szczegółowe zbadanie i uzasadnienie, w jaki sposób konkretny patron propagował komunizm. Notatki na stronie IPN, pod którymi nie podpisuje się żaden autor, to stanowczo za mało. Dlatego wyrzucone nazwy mają powrócić. Wojewoda Sipiera zamierza odwołać się od tej decyzji do Najwyższego Sądu Administracyjnego.

Chociaż więc nie jest to sukces ostateczny, obrońcy nazw ulic nie kryli dziś w sądzie radości.

– To triumf prawdy historycznej nad IPN-owskimi manipulacjami i próbami zadekretowania “jedynej słusznej” narracji. To zwycięstwo gwarantowanych konstytucyjnie praw samorządów do samostanowienia nad modelem odgórnego narzucania decyzji przez wojewodę. To sukces oddolnej mobilizacji i stanowczych działań na rzecz zachowania nazwy ulicy Dąbrowszczaków w Warszawie – piszą z kolei na Facebooku aktywiści inicjatywy „Łapy precz od ul. Dąbrowszczaków”.

– Sąd potwierdził, że wojewoda pisał uzasadnienia swoich decyzji na kolanie, i jeszcze kolanem te zmiany przepychał – skomentował dla „Gazety Wyborczej” Jan Mencwel, prezes Miasto Jest Nasze. Dodał, że to do mieszkańców powinna należeć decyzja o tym, kto nadaje się na patrona ulicy, a kto nie. Mieszkańcy Żoliborza, członkowie Stowarzyszenia Żoliborzan, obecni na sali sądowej, cieszyli się zatem, że ulica w ich dzielnicy będzie nadal nosiła imię Stanisława Tołwińskiego, Sprawiedliwego Wśród Narodów Świata, który wojewodzie nie pasował, gdyż w 1946 r. zapisał się do PPR.

Obrońcy nazw ulic czekają jeszcze tylko na ostatnie rozstrzygnięcie, m.in. w sprawie ul. Kruczkowskiego oraz ul. Batalionu Platerówek. Ma ono zapaść w czerwcu.
Tymczasem Instytut Pamięci Narodowej nie ustaje w wojnie z Dąbrowszczakami. Na trzydniową konferencję o nich zaprasza pod koniec czerwca jego oddział w Gdańsku. Ten sam, który „zasłynął” już m.in. regularnym publikowaniem „nieprecyzyjnych” statusów na Facebooku, reklamowaniem artykułów autora zachwycającego się kolaborantami Hitlera, a także obrażaniem mieszkańców miejscowości Czarne podczas dyskusji o „żołnierzach wyklętych”. Może być „ciekawie”…

„Dziękujemy wszystkim wspierającym naszą inicjatywę – bez Was ten sukces nie byłby możliwy.

„To nie koniec walki o przywrócenie patronatu Dąbrowszczaków nad praską ulicą. Wyrok nie jest prawomocny i prawdopodobnie wojewoda złoży od niego odwołanie. Mamy nadzieję, że dzisiejsze orzeczenie zostanie utrzymane i tabliczki z właściwą nazwą ulicy już niebawem wrócą na swoje miejsce. Oczywiście będziemy dalej monitorować sprawę i informować o dalszych rozstrzygnięciach.

„Tymczasem zachęcamy do śledzenia naszych innych działań, które jako Stowarzyszenie Ochotnicy Wolności podejmujemy na rzecz odkrywania i upowszechniania wiedzy o polskich bohaterkach i bohaterach walki z faszyzmem podczas hiszpańskiej wojny domowej” – czytamy na profilu fejsbukowym inicjatywa „Łapy precz od Dąbrowszczaków”.