Referendum akcesyjne My, socjaliści

W ostatnich dniach b. premier – Leszek Miller przypomniał, że przed 15 laty, 7 i 8 czerwca 2013 roku odbyło się ogólnokrajowe referendum akcesyjne, które zadecydowało o przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej. Podobnie, jak w przypadku Konstytucji 1997 roku, naród suwerennie podjął decyzję, której dziś nikt nie jest w stanie zmienić, obalić… Polacy odpowiadali wówczas „tak” lub „nie” na pytanie: „Czy wyraża Pani / Pan zgodę na przystąpienie Rzeczypospolitej Polskiej do Unii Europejskiej?
Proces integracyjny Polski z Unią Europejską, którego jednym z etapów było przypomniane referendum, rozpoczął się wiele lat wcześniej, szczególnie w polskiej myśli socjalistycznej na emigracji. Trzeba jednak przypomnieć, że socjaliści w swoich dokumentach już w latach 30. przywoływali związki Polski i Polaków z Europą, jej kulturą i tradycją. W 1949 r. powstała Unia Socjalistyczna krajów Europy środkowo­wschodniej, sfederalizowana później z Międzynarodówką Socjalistyczną, której przewodniczącym został Zygmunt Zaremba. Ten znany polityk PPS z okresu przed II wojną światową, związany z emigracyjnym ośrodkiem londyńskim i później paryskim, po rozejściu się w poglądach z Adamem Ciołkoszem, był zwolennikiem federalizacji Europy. W jego nurcie poszukiwań publicystycznych mieściła się idea Stanów Zjednoczonych Europy, jako socjaldemokratycznej siły przełamującej dwubiegunowy podział świata na bloki komunistyczny i kapitalistyczny. Federalizm Zaremby miał charakter internacjonalistyczny nie zaś kosmopolityczny, podmiotem pozostawały narody, a nie abstrakcyjna społeczność międzynarodowa. Można przypuszczać, że poglądy te miały wpływ na późniejszy kształt integracji i są oryginalnym wkładem Polaków w dzisiejszy kształt Unii Europejskiej.
Wracając do referendum w 2008 roku trzeba przypomnieć, że do lokali referendalnych poszło wówczas 17,5 mln Polek i Polaków z czego 77 proc. (13,5 mln.) poparło przystąpienie do UE. Frekwencja była prawie o 9 proc. wyższa ponad niezbędne minimum, co czyniło z referendum akt stanowiący.
Okres poprzedzający głosowanie był niezwykle burzliwy, toczyła się ostra walka polityczna. Wygrała pozytywnie odnosząca się do idei zintegrowanej Europy większość, która po okresie kilkunastoletnich doświadczeń wcale nie maleje. Polacy – jak wspomina Leszek Miller – nie ulegli kampanii strachów i lęków. Wzięli udział w prawdziwie pospolitym ruszeniu na rzecz Polski postępowej, zamożnej, otwartej i tolerancyjnej. Z dwóch czerwcowych dni uczynili ważną datę w swojej historii. Otworzyli wielką inwestycję we własną przyszłość.
Wynik referendum akcesyjnego ma ogromne znaczenie w polskiej tradycji demokratycznej i historii. Wiąże się to z powodu zakresu i formy z jego znaczeniem i powagą. O wejściu Polski do Unii zadecydował cały naród. Dziś nikt w praktyce politycznej i sztywnych zasad polskiego parlamentaryzmu uwarunkowanego zapisami Konstytucji nie jest w stanie kwestionować tej decyzji. Pojawiające się głosy i działania po stronie rządzącej, konserwatywnej prawicy, krytyczne wobec udziału Polski w Unii, są z punktu widzenia praktyki demokratycznego stanowienia prawa w Polsce, bez wartości. Większość Polaków, bez względu na swoją orientację i sympatie polityczne, jest za obecnością w Unii Europejskiej. Decyzje referendum akcesyjnego z 2008 roku może zmienić tylko inne ważne referendum stanowiące. Nie widzę jednak odważnych polityków po prawej stronie, którzy chcieliby je organizować i podjąć ryzyko destabilizacji państwa.
Polska polityka europejska i międzynarodowa wydaje się być dziś efektem przypadków, a nie przemyślanej strategii uwarunkowanej interesem narodowym.
Sam uważam, że wiele w Unii trzeba zmienić, nie do zniesienia wydają się na przykład obyczaje i praktyka biurokracji brukselskiej. Trzeba to jednak robić wspólnie z innymi, suwerennie planując strategię działania.
Mimo wielu powodów do niezadowolenia, podstawowy interes Polski tkwi w dobrych relacjach z demokratyczną Unią.

Trzeba nam Paktu dla demokracji

Wystąpienie na XIII Zjeździe Towarzystwa Kultury Świeckiej z 2 czerwca 2018 r.

 

Kończąca się kadencja władz naszego Towarzystwa przypadła na bardzo trudny, zły okres w najnowszej historii Polski. Wygrane przez „Prawo i Sprawiedliwość” wybory prezydenckie i parlamentarne 2015 roku otworzyły drogę do stopniowego dewastowania demokracji i rządów prawa, do wprowadzania w Polsce tego, co nazwałem „nowym autorytaryzmem” („Strategia lewicy i nowy autorytaryzm”, Myśl Socjaldemokratyczna, nr.2, 2017).
To, co nazywam „nowym autorytaryzmem” bywa w literaturze politologicznej nazywane rozmaicie, między innymi „elektoralnym autorytaryzmem”, „nieliberalną demokracją”, „delegacyjną demokracją”. Od tradycyjnego autorytaryzmu – bardzo powszechnego w latach międzywojennych, ale występującego także po drugiej wojnie światowej (zwłaszcza w wielu państwach Ameryki Łacińskiej i w większości pokolonialnych państw Azji i Afryki) nowy autorytaryzm różni się przede wszystkim trzema cechami. Po pierwsze: nie jest on wynikiem dokonanego przemocą przewrotu, lecz dochodzi do skutku w drodze pokojowej, wskutek wygranych przez ugrupowanie autorytarne wyborów. Po drugie: rządzący potwierdzają swój mandat polityczny wygrywając kolejne wybory, w których uczestniczy opozycja. Po trzecie: sprawując władzę autorytarni przywódcy unikają stosowania na masową skalę represji i dopuszczają funkcjonowanie opozycyjnych partii oraz niezależnych (niepublicznych) środków przekazu. Pod tym trzecim względem wyjątkiem jest Turcja, gdzie po nieudanym wojskowym zamachu stanu (w lipcu 2016 r.) rozpętano istną orgię represji politycznych.
Czy Polska stała się już państwem autorytarnym? Nie ulega wątpliwości, ze w ostatnich latach dokonał się w Polsce bardzo znaczący proces odchodzenia od demokracji. Notoryczne naruszanie Konstytucji doprowadziło do upartyjnienia Trybunału Konstytucyjnego i do bardzo znacznego, choć jeszcze nie w pełni zrealizowanego podporządkowania prokuratury i sądów czynnikowi politycznemu w osobie ministra sprawiedliwości i zarazem prokuratora generalnego. W Sejmie ograniczona do minimum jest rola opozycji. W kraju szerzy się tolerowany a nawet wspierany przez rządzących agresywny nacjonalizm. Hierarchia Kościoła Katolickiego wywiera nacisk na coraz dalej idące przekształcanie państwa w kierunku fundamentalizmu katolickiego, czego najbardziej widocznym przejawem jest dążenie do zaostrzenia i tak bardzo restrykcyjnego prawa antyaborcyjnego. Dzieje się to w czasie, gdy nawet Irlandia ( w ostatnim referendum) odchodzi od politycznie i prawnie sankcjonowanego fundamentalizmu w sprawie prawa kobiet do decydowania o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży. Wszystko to w pełni uzasadnia nasz sprzeciw wobec kierunku, w jakim idą sprawy w naszym kraju. Czy jednak uzasadnione jest przekonanie, że wszystko już jest stracone, że czeka nas długa noc prawicowych rządów autorytarnych?
Wbrew opiniom wielu publicystów, a nawet niektórych prawników, jestem zdania, że nasz kraj znajduje się dopiero w procesie przechodzenia do systemu autorytarnego i że proces ten nie musi doprowadzić do ustabilizowania się takiego systemu. Wszystko zależy od tego, czy kolejne wybory mające się odbyć w latach 2018-2020 – samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie – pozwolą Prawu i Sprawiedliwości utrzymać i skonsolidować zdobytą trzy lata temu władzę. Dlatego uważam, że będą to najważniejsze od 1989 roku wybory a od ich wyniku zależeć będzie przyszłość Polski na bardzo wiele lat – być może na pokolenia.
W porównaniu z takimi neoautorytarnymi państwami, jak Rosja, Turcja, Węgry czy Białoruś, polski autorytaryzm odznacza się czterema cechami, które łącznie powodują, iż jego przyszłość nie jest pewna.
Po pierwsze: w opinii publicznej partia rządząca nie ma druzgoczącej przewagi nad opozycją. Wszystkie sondaże wskazują na to, że łączne poparcie dla ugrupowań opozycyjnych jest równie lub nieco wyższe niż poparcie dla PiS i jego akolitów. Partia rządząca w Polsce może jedynie marzyć o takiej przewadze, jaką nad rywalami mają „Jedyna Rosja”. Fidesz czy turecka AKP.
Po drugie: przywódca partii rządzącej jest jednym z najbardziej niepopularnych polityków polskich i – inaczej niż Putin, Erdoğan, Orbán czy Łukaszenka – nie stanowi wartości dodanej dla swej partii, lecz jest jej obciążeniem. Niezależnie od obecnej choroby Jarosława Kaczyńskiego oczywiste jest, że jego przywództwo raczej osłabia niż wzmacnia szanse PiS na dalsze rządzenie Polską.
Po trzecie: wyczerpały się możliwości realizowania przez PiS obietnic socjalnych, które pomogły mu wygrać wybory. Ostatni protest rodzin osób niepełnosprawnych i sposób reagowania rządu na ten protest pokazały dobitnie, że nieprawdziwe były przechwałki polityków PiS, iż pod ich rządami nie będzie rzeczy niemożliwych do zrealizowania. Należy oczekiwać dalszych protestów grup, które czują się pominięte w polityce socjalnej prowadzonej przez PiS. Poczucie rozczarowania pogłębia to, że wbrew swym własnym zapowiedzią PiS uprawia na wielką skalę praktykę bardzo hojnego nagradzania swoich i nepotycznego obsadzania stanowisk państwowych ludźmi, których jedyną zasługą jest polityczna lojalność.
Po czwarte: Polska znajduje się w otoczeniu międzynarodowym, które nie sprzyja konsolidacji systemu autorytarnego. Unia Europejska jest rodziną państw demokratycznych, a ogromna większość Polaków wysoko sobie ceni nasze miejsce w tej strukturze. Im bardziej konsekwentna będzie UE w obronie rządów prawa w Polsce, tym trudniej będzie spychać Polskę w koleiny nowego autorytaryzmu.
Wszystko to nie znaczy jednak, by zahamowanie groźnej tendencji autorytarnej było łatwe i proste. Opozycja jest podzielona, gdyż w jej skład wchodzi konserwatywna w swej większości Platforma Obywatelska, liberalna i wyraźnie osłabiona „Nowoczesna”, wciąż liczące się – zwłaszcza na wsi – Polskie Stronnictwo Ludowe i podzielona na kilka ugrupowań lewica, której główną siłą jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Ludzie lewicy mają, co podzielam, liczne i w pełni uzasadnione żale do Platformy Obywatelskiej. Padają nawet stwierdzenia, że wybór między PiS i PO to wybór „między dżumą i cholerą”. Rozumiem to stanowisko, ale z nim już kilkakrotnie publicznie polemizowałem. Uważam bowiem, że w obliczu niebezpieczeństwa, jakim dla Polski jest umocnienie się autorytarnego kursu politycznego, sprawą najważniejsza jest odsunięcie PiS od władzy. Może tego dokonać jedynie taka opozycja, która zdecyduje się odłożyć na później dzielące ją różnice i przeciwstawić obozowi rządzącemu PAKT DLA DEMOKRACJI.
Konieczność takiego paktu wynika z obowiązujących ordynacji wyborczych, które dają wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. Strategia wyborcza opozycji w nadchodzących wyborach musi być dostosowana do trzech sposobów ustalania wyników wyborów: proporcjonalnego, zwykłą większością i większością bezwzględną.
W wyborach proporcjonalnych do Sejmu i do sejmików wojewódzkich podział mandatów dokonuje się metodą d’Hondta, która daje wysoką premię najsilniejszemu ugrupowaniu. To dlatego w 2015 roku PiS zdobywając 37 proc. głosów uzyskał bezwzględną większość mandatów w Sejmie. By zapobiec powtórzeniu się takiej sytuacji, opozycja powinna wystawiać wspólne listy kandydatów do sejmików a następnie do Sejmu. Trzeba pamiętać, że polska ordynacja nakłada na wyborcę obowiązek wskazania osoby, której oddaje swój głos, co pozwala na przykład ludziom lewicy tak głosować, by ich głosy zapewniły lewicy odpowiednią do jej wpływów reprezentację.
W wyborach dokonywanych zwykłą większością (tak głosujemy w wyborach senatorów) opozycja musi porozumieć się i wystawić po jednym wspólnym kandydacie w każdym okręgu, gdyż w przeciwnym razie może powtórzyć się wielki sukces, jaki PiS odniósł w wyborach do Senatu w 2015 roku.
Inna natomiast jest logika wyborów bezwzględną większością (wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast oraz prezydent RP), gdzie najczęściej o wyniku decyduje druga tura. W tych wyborach ma sens wystawianie osobnych kandydatów poszczególnych ugrupowań opozycyjnych, przy założeniu jednak, że wszystkie te ugrupowania zobowiążą się do poparcia w drugiej turze tego kandydata opozycji, który do niej wejdzie.
Słowo o sytuacji lewicy. Sytuacja ta jest nadal źródłem naszego wielkiego rozczarowania. Jakże daleko odeszliśmy od czasów wielkich sukcesów wyborczych lewicy w latach 1993-2001! Wprawdzie Sojusz Lewicy Demokratycznej ostatnio skutecznie odrabia straty spowodowane między innymi błędną polityką kilku poprzednich lat (z bezsensowną decyzją o wystawieniu niepoważnej kandydatury w wyborach prezydenckich 2015 roku na czele), ale jest to wciąż bardzo dalekie od dawnej pozycji tego ugrupowania. Część ludzi lewicy (w tym zwłaszcza partia Razem) zachowuje się tak, jakby ich największym przeciwnikiem był SLD. Powinniśmy domagać się od wszystkich ugrupowań lewicowych stworzenia wspólnego frontu w walce o demokratyczne, tolerancyjne i świeckie państwo.
Ruch laicki nie jest partią polityczną. Jego znaczenie polega nie na tym, że pociąga za sobą setki tysięcy wyborców, lecz na tym, że jest piastunem i wyrazicielem ważnej tradycji postępowej myśli politycznej i społecznej. Tę rolę spełniamy dobrze i będziemy szli tą drogą w trudnych latach, które są przed nami.

Poprawianie wyniku

Głosy oddane w wyborach parlamentarnych 12 maja zostaną przeliczone powtórnie – polecił iracki parlament. Oficjalnie to odpowiedź na zgłoszenia o nieprawidłowościach, jakie napłynęły z przynajmniej czterech regionów. Prawdziwa przyczyna podjętych kroków może być jednak zupełnie inna.

 

Irackie wybory parlamentarne zakończyły się sensacyjnym zwycięstwem koalicji Naprzód (Sairun) zwolenników Muktady as-Sadra, szyickiego duchownego i dawnego dowódcy antyamerykańskiego ruchu oporu, oraz Irackiej Partii Komunistycznej. Ten na pierwszy rzut oka egzotyczny sojusz spajały hasła całkowitej wymiany skompromitowanego irackiego establishmentu i zajęcia się problemami społecznymi na czele z bezrobociem czy dostępnością szkół, zamiast nakręcania kolejnych sporów na tle religijnym i etnicznym. Na drugim miejscu znalazł się równie antysystemowy Podbój (Fatah) na czele z Hadim al-Amirim, dowódcą proirańskich szyickich milicji w wojnie Iraku z Państwem Islamskim. Rządzący blok premiera Hajdara al-Abadiego pod dumną nazwą Zwycięstwo zajął, mimo korzystnych sondaży, zaledwie trzecie miejsce.

Przewaga Sairun nad rywalami była na tyle nieznaczna, że od początku stało się jasnym, że nowy rząd Iraku wyłoni się po długich i trudnych negocjacjach. Do tego jego skład był od samego początku przedmiotem zainteresowania regionalnych mocarstw – najsilniej Iranu, którego zaangażowanie w wojnę z IS na terytorium sąsiada walnie przyczyniło się do jej końcowego wyniku (to irańscy dowódcy powstrzymali marsz dżihadystów na Bagdad w pierwszym, triumfalnym okresie istnienia terrorystycznego pseudopaństwa). Irański minister spraw zagranicznych stwierdził wprost, że Muktada as-Sadr Irakiem rządził nie będzie. Teheran rozumie doskonale, że deklaracje o dążeniu do usunięcia z Iraku wszelkich zagranicznych wpływów mogą w wykonaniu nieprzewidywalnego as-Sadra zakończyć się akcesem do bloku antyirańskiego (spotkanie z następcą tronu Arabii Saudyjskiej as-Sadr już odbył). Rządowi ajatollahów nie podoba się również radykalnie lewicowy koalicjant as-Sadra, który mógłby inspirować kolejne laickie ruchy emancypacyjne w regionie.

Za to dalsze sprawowanie rządów przez al-Abadiego, najlepiej w sojuszu z blokiem al-Amiriego, Iranowi odpowiadałoby w zupełności, a i sam premier nie pali się do oddania władzy, za czym poszłyby najprawdopodobniej radykalne rozliczenia jego samego i jego środowiska z korupcji. W tym kontekście trudno uwierzyć w czyste intencje al-Abadiego; nie wierzy w nie nawet partia al-Amiriego, chociaż ona sama na osłabieniu sadrystów raczej korzysta.

Oficjalnie jednak podliczanie głosów zostało wznowione, bo irackie służby „upewniły się”, że maszyny do automatycznego liczenia, użyte w Iraku po raz pierwszy, podawały niewiarygodne rezultaty. Powtórnym liczeniem pokieruje nowa komisja, iracki parlament dla lepszego efektu zwolnił wszystkich dziewięciu członków dotychczasowej. W czyste intencje al-Abadiego uwierzyć trudno tym bardziej, że wyborcze nieprawidłowości, które faktycznie zgłoszono bezpośrednio po głosowaniu, byłyby raczej fałszerstwami… na korzyść premiera. Najwięcej wyrazów niezadowolenia napłynęło z sunnickich prowincji Anbar, Dijala i Salah ad-Din, gdzie al-Abadi nie cieszy się popularnością, za to swój program, na rzecz społeczeństwa i ponad religijnymi podziałami, z powodzeniem propagowali komuniści z sadrystami. Wyniki głosowania oprotestowano również w autonomicznym irackim Kurdystanie.

Tymczasem 7 czerwca bagdadzką dzielnicą Miasto Sadra (nazwa upamiętnia ojca Muktady as-Sadra) wstrząsnęły dwa potężne wybuchy w meczecie, w którym chętnie gromadzą się zwolennicy sadrystów. Zginęło 16 osób, a 54 odniosły rany, kilkadziesiąt pobliskich domów zostało zniszczonych. Przedstawiciele irackiej policji twierdzą, że wybuch były efektem nieostrożności uzbrojonych zwolenników polityka, którzy składowali w meczecie broń i amunicję. Sadryści przekonują, iż doszło do prowokacji, która ma skompromitować antysystemowy ruch w oczach obywateli.

Łupienie wolności

Czym jest wolność? To krótkie słowo oddaje tysiące znaczeń i bez wątpienia o tej jednej z podstawowych cnót pisać można mnóstwo.

Wiele już też napisano o walce o nią. Jeden aspekt jest jednak wciąż nieuchwytny – to jak ją tracimy. Zawsze dzieje się to powoli. Niespiesznie władza odbiera nam nasze prawa. Jedno po drugim. Na początku nie reagujemy, zadowalamy się tym, że to dla naszego bezpieczeństwa, dla wyższego dobra, w imię ojczyzny, wiary, honoru, aż w końcu budzimy się całkowicie ograbieni z wolności, nawet tej osobistej.
W Polsce wciąż wielu obywateli myśli, że im to nie grozi ale prawda jest taka, że do jej grabieży dochodzi na każdym kroku. To podkradanie ma nie tylko twarz głośnych i oprotestowanych ustaw odbierających prawo o decydowaniu o samym sobie czy czyhających na niezawisłość sądów. Łupienie praw nabytych przejawia się też w działaniach, które mało kto zauważa np. takich jak policyjna interwencja na konferencji naukowej o Karolu Marksie.
Pobierowo. Mała miejscowość w województwie zachodniopomorskim. Szerzej znana jako nadmorski ośrodek wypoczynkowy w ostatnim czasie znalazła się pod lupą władzy. Wszystko przez konferencję naukową, co do której rządzący mieli wątpliwości czy jest propolska. Teraz bowiem za działalność antynarodową rozumie się mówienie o myślach, idach i poglądach innych niż te wyznaczone przez Jarosława Kaczyńskiego.
Tych w Pobierowie była cała masa, prelegenci mówi o myśli pedagogicznej Paula Freirego, Antonio Gramsciego i Marthy Nussbaum, a także politycznej twórczości Zygmunta Baumana. Takie krzewienie „niepoprawnych” myśli skłoniło do wysłania patrolu policyjnego kontrolującego polskich naukowców.
Chora władza PiSu staje się coraz bardziej arogancka i niebezpieczna. Historia z Pobierowa pokazuje jak zatrute staje się obywatelskie powietrze wolności i jak szybko trzeba przewietrzyć sejmowe korytarze aby wolność nie stała się jedynie wspomnieniem!

Demokracja liberalna i jej pułapki

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia.

Przy bojkocie niemal całej opozycji i frekwencji poniżej 50 proc., urzędujący prezydent Nicolás Maduro zdobył niemal 68 proc. wszystkich głosów. O wiele trudniej natomiast przewidzieć rozwój sytuacji w tym targanym kryzysem gospodarczym państwie.

Nieudany następca Cháveza

Stany Zjednoczone nazwały wybory prezydenckie fikcją. Podobną opinię wyraziły Kanada oraz większość państw Ameryki Południowej, które już zapowiedziały, że odwołają swoich ambasadorów w Caracas na konsultacje. „Ostatnie wybory w Wenezueli nie spełniły nawet minimalnych standardów prawdziwej demokracji. Wyniki są nieprawowite i nie odzwierciedlają prawdziwej i niezależnej woli narodu wenezuelskiego” – napisał w specjalnym oświadczeniu prezydent Chile Sebastián Piñera.
Wenezuela, której złoża ropy naftowej szacowane są na jedne z największych na świecie, znajduje się w nieustannym kryzysie od śmierci Hugo Cháveza w marcu 2013 r. Uwielbiany przez biedotę i znienawidzony przez kapitalistów, kontrowersyjny prezydent znacjonalizował przemysł, a pozyskane fundusze przeznaczył na walkę z ubóstwem. Nałożone wówczas na Wenezuelę międzynarodowe sankcje zahamowały rozwój gospodarczy, jednak znaczny odsetek społeczeństwa po raz pierwszy otrzymał darmową służbę zdrowia i dostęp do edukacji.
Chociaż Maduro wciąż odwołuje się do dziedzictwa Cháveza, brakuje mu jego zdolności i charyzmy. To jego nietrafione decyzje doprowadziły do skurczenia się gospodarki o kilkadziesiąt procent przy inflacji szybko zbliżającej się do 10 tys. procent. Ceny podstawowych produktów sięgnęły niebotycznych kwot. Jak donosi CNN, na czarnym rynku tuzin kurzych jaj wycenia się na kilkaset dolarów amerykańskich. Większość zakupów dokonuje się bez pieniędzy, poprzez wymianę towarów lub usług. Nic więc dziwnego, że z Wenezueli już uciekło ponad 800 tys. osób, a kolejne setki tysięcy zapewne pójdzie w ich ślady. Obserwatorzy ostrzegają przed wybuchem kryzysu migracyjnego o skali znacznie przewyższającej niedawną falę uchodźców w Europie.
Zapewne wyniki wyborów w Wenezueli nie wzbudziłyby takich kontrowersji na świecie, gdyby nie jej złoża ropy. Nacjonalizacja przemysłu i wyrzucenie zachodnich korporacji przez Cháveza doprowadziły do międzynarodowych sankcji. Tłumaczono je niedemokratycznym systemem rządów lewicowego prezydenta, lecz w rzeczywistości miały one na celu przede wszystkim wymuszenie zgody na powrót zagranicznego biznesu na wenezuelski rynek. Wszak istnieje wiele państw, nie tylko w regionie, z bardziej autorytarną władzą, które mimo to posiadają doskonałe stosunki z USA i UE.

Burundi idzie w ślady Rosji

Wynik wyborów prezydenckich w Wenezueli był łatwy do przewidzenia nie tylko ze względu na ich bojkot przez opozycję i ręczne sterowanie. Od wielu miesięcy na świecie demokratyczne hasła znajdują się w odwrocie, a władzę umacniają lokalni satrapowie. W tym samym czasie, kiedy Maduro zapewniał sobie drugą kadencję, w afrykańskim Burundi przeprowadzono referendum, dzięki któremu urzędujący prezydent Pierre Nkurunziza może sprawować urząd do 2034 r. Oczywiście pod warunkiem, że wygra kolejne wybory, co – jak udowodniono w Wenezueli – jest całkiem proste.
Międzynarodowi obserwatorzy donoszą o licznych nadużyciach ze strony zwolenników prezydenta Nkurunzizy. Według relacji Human Rights Watch, wiele z kart do głosowania zostało wypełnionych znacznie wcześniej, a komisarze wyborczy pilnowali, aby ostateczny wynik referendum pozostał zgodny z oczekiwaniami władzy. Opozycja nie była tolerowana również w okresie poprzedzającym głosowanie. Tuż przed referendum odnotowano 15 zabójstw i sześć gwałtów – za które, zdaniem mediów, odpowiadają siły rządowe.

Nieliberalna demokracja we Włoszech

Nieliberalna demokracja ma się dobrze również w Europie. Do Rosji, Węgier i Polski mają szansę dołączyć właśnie Włochy, gdzie w miniony poniedziałek ogłoszono powstanie egzotycznej koalicji skrajnie prawicowej Ligii Północnej i populistycznego Ruchu Pięciu Gwiazd. Nowy rząd ma skończyć z polityką oszczędności, wprowadzając w zamian system m.in. dochód gwarantowany dla najbiedniejszych obywateli. Jednocześnie zapowiedziano zaostrzenie polityki imigracyjnej, co zapewne oznacza koniec włoskiej pomocy na Morzu Śródziemnym dla tonących uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu.
Chociaż Wenezuelę, Burundi, Włochy, czy też Polskę i Węgry, więcej dzieli niż łączy, we wszystkich tych państwach demokracja przeżywa poważny kryzys lub zupełnie odeszła już do lamusa. Rządy silnej ręki przybierają różne barwy – od socjalizmu po narodowy konserwatyzm. W większości są to jedynie puste hasła, mające zapewnić utrzymanie władzy. Świat przyzwyczaił się do nieliberalnej demokracji.