Dwie strony polskiego medalu Wywiad

Z KONRADEM SZOŁAJSKIM, twórcą filmu dokumentalnego „Dobra zmiana” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

W którym momencie uświadomił Pan sobie, że „dobra zmiana” jest aż tak dobra, że warto czy trzeba zrobić o niej film?

Niemal od razu, już w pierwszych dniach rządów PiS, gdy przekonałem się, że dojdzie w kraju do wielkich zmian wpływających na życie ludzi. O filmie pomyślałem w grudniu 2015 roku, gdy w odpowiedzi na działania władz powstała fala oporu i ujawnił się – zapoczątkowany dużo wcześniej – obecny podział społeczeństwa. Wydało mi się to ważnym tematem, zwłaszcza dla filmu dokumentalnego, bo na fabułę na ten temat jest jeszcze za wcześnie, ona wymaga czasu i pewnego dystansu. W dokumencie można, a nawet trzeba działać niemal z miejsca, choćby tylko po to, żeby zarejestrować materiał do opowieści o dziejącej się na naszych oczach historii, a może nawet Historii pisanej przez wielkie „H”.

 

Rzeczywistość, którą Pan pokazał, jest bardzo spolaryzowana, podobnie jak spolaryzowane są postawy obu bohaterek. Z jednej strony bardzo aktywna działaczka Komitetu Obrony Demokracji z Warszawy, z drugiej starsza o pokolenie aktywistka „Klubów Gazety Polskiej” i Obrony Terytorialnej Kraju mieszkająca na prowincji. Czy tak ostre ukazanie przeciwności wynikało wyłącznie z zamysłu artystycznego czy też z niemożliwości ukazania w niedługim w końcu filmie dokumentalnym całej palety postaw społecznych, tego co „pomiędzy”?

I z jednego, i z drugiego, ale przede wszystkim z tego pierwszego. Żeby wyraziście i dosadnie pokazać widzom, co się u nas dzieje, trzeba było wskazać dwa główne, przeciwstawne sobie nurty. W przypadku zwolenniczki PiS chciałem – bez oceniania – zaprezentować jak to, co robi władza w centrum, przekształca się w działania jej zwolenników na dole. A w przypadku działaczki opozycji chodziło mi o przedstawienie wielkiej szybkości i dynamiki, z jaką narodził się opór przeciw tym rządom. Opór, który przynajmniej na początku wydawał się niezwykle potężną falą, a dziś mocno się rozmył. Jakby protestujący ludzie się zmęczyli, dostrzegli małą skuteczność swoich działań. Wielu chyba czeka na nowy pomysł, lidera zbawcę na białym koniu…

 

No właśnie, po tej pierwszej fali KOD osłabł, a obecnie dynamika bezpośrednich protestów ulicznych jest znacznie słabsza niż w latach 2015-2016, co sprawia, że w pewnym aspekcie ten dokument jest już cokolwiek historyczny. Czy skłania to Pana do kontynuacji pracy dokumentacyjnej, do rejestrowania tego, co się dzieje, a potem pokazania w nowym filmie tej zmieniającej się sytuacji?

Nie do końca zgodziłbym się z tezą, że film „Dobra zmiana” jest już historyczny. Pewnie jako dokumentalny zapis tego, co działo się przez ostatnie lata zostanie dla przyszłych pokoleń, w tym sensie wchodzi do historii, bo innych utworów dokumentalnych na ten temat za bardzo nie ma… Ale uważam, że jest jednak nadal bardzo aktualny, bo pokazuje proces, który się nie zakończył –i być może przyczyni się do tego, by jego uczestnicy zastanowili się, jak dalej mamy w Polsce żyć. Bohaterki, szczególnie Tita, przechodzą przecież ewolucję i ich droga jest w filmie pokazana: masowe protesty rzeczywiście zanikły, ale pojawiły się inne formy działania opozycji i to stan na dzisiaj. A Marta też nie składa broni i z całych sił pomaga „dobrej zmianie”.
A co do mnie, to nie wiem, co będzie mi dane. Mogę realizować swoje zamysły, ale w granicach realiów finansowych, a do produkcji profesjonalnego filmu potrzeba sporo pieniędzy. Może ja to będę w miarę możliwości robił, może także inni pójdą w moje ślady… Nie o to chodzi, żeby agitować, lecz aby zapisywać. Okazuje się, że temat i idea słynnej książki Adama Zagajewskiego i Juliana Kornhausera „Świat nieprzedstawiony” jest ciągle w Polsce aktualna, bo ciągle, gdy spoglądamy w przeszłość, widzimy w jej dokumentacji „czarne dziury”. Z tego punktu widzenia w PRL bywało znacznie lepiej. Gdy wybuchły strajki na Wybrzeżu i w kraju latem 1980 roku, nadzorowana przez KC PZPR, Wydział Prasy i cenzurę Wytwórnia Filmów Dokumentalnych wysłała ekipę na miejsce zdarzeń, gdy jeszcze nie było wiadomo, czy Stocznię Gdańską rozjadą czołgi czy też na rokowania ze strajkującymi przyjedzie wicepremier Jagielski. Dzięki temu mamy kapitalny dokument „Robotnicy ‘80”. I ja z taką myślą – zapisania obrazu świata – podjąłem się pracy nad moim dokumentem o „dobrej zmianie”.

 

Co było Pana podstawową ideą, myślą przewodnią przy realizacji tego filmu?

Chęć pokazania, że ten spór na dole został w ogromnym stopniu sprowokowany z góry, przez polityków. Ludzie „kupili” ich narrację i teraz sami budują i wzmacniają polityczną barykadę, zamiast myśleć samodzielnie, zamiast spróbować porozumieć się z sąsiadem, podać mu rękę, n.p. gdy trzeba wspólnie wybudować drogę, niezależnie od podziałów kreowanych przez polityków w Warszawie.

 

Nie ukrywam, że jestem po stronie przeciwniczki tej władzy, więc nie byłem w pełni obiektywnym widzem filmu. Dlatego tym, co wywarło na mnie najsilniejsze wrażenie w trakcie oglądania „Dobrej zmiany” było to, że ludzie tacy jak pani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” i OTK wybrała wraz ze swoim otoczeniem życie, z własnej i nieprzymuszonej woli, w ciasnej, immunizowanej nacjonalistycznej bańce świadomościowej, w ramach wyznaczanych przez wąsko pojmowany patriotyzm, praktyki religijne, kult smoleński i uprawianie ćwiczeń paramilitarnych. Sprawia to wrażenie, jakby ich nie interesowała cała rzeczywistość świata z jej bogactwem. Czy kontakty z tym kręgiem ludzi dały Panu odpowiedź na pytanie o przyczyny tego fenomenu?

Należę i to nie od dziś, do grupy społecznej kierującej się nieco innymi wartościami, może bardziej europejskimi, choć oczywiście szanuję polski patriotyzm i związane z tym poczucie narodowej tożsamości. Jestem jednak inny, bo trochę wychowywałem się zagranicą, poruszam się w bardziej kosmopolitycznym świecie artystycznym, także na Zachodzie – mam tam mnóstwo kontaktów zawodowych. Nie jest więc tak, że po 2015 roku nagle obraziłem się na tę nową Polskę, zmienianą przez rządy PiS, bo już od lat czułem się obywatelem Europy, świata. Sam więc zadawałem więc to pytanie, które Pan teraz sformułował… Otóż w życiu Marty, stronniczki PiS, jest chyba pewna konsekwencja. Jeśli się powiedziało „a”, to wtedy jest już trochę z górki i wypowiada się kolejne litery alfabetu. A pamiętajmy też, że wychował ją ojciec cichociemny, wielki patriota, weteran II wojny – i chciał z niej zrobić żołnierza…. Przywołam tu może także film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”. Jego bohater, porządny człowiek, prowadzi jakby trzy życia, idzie trzema drogami, a ich wybór jest trochę przypadkowy. On zaś stara się w każdej sytuacji zachować przyzwoicie, co nie zawsze mu się udaje. Dlatego uznałem, że muszę Martę z „KGP” potraktować przyjaźnie i obiektywnie, bo ona na swój sposób jest bardzo uczciwa i realizuje swój program w imię wyższych celów. Mamy w polityce mnóstwo karierowiczów, a znaczna część polityków to śliskie postacie, tworzące jakiś kuriozalny świat jakby rodem z Gogola. PiS to rozwinął, ale te zjawiska, te afery, miały miejsce pod rządami wszystkich formacji, także SLD, PO, PSL. Jest w Polsce coś takiego niedobrego, że wielu ludzi idzie do polityki z zamiarem, żeby się dorobić. Natomiast ja starałem się dobrać do tego filmu dwie osoby, które kierują się inną motywacją. Ani Marta „Tita” z KOD z Warszawy, ani Marta z „Klubu Gazety Polskiej” z Gliwic, nie czerpią chyba żadnych korzyści ze swojej działalności, poza satysfakcją moralną; jeżdżą wysłużonymi samochodami i jeszcze dokładają do wszystkiego z własnej kieszeni; Marta troszczy się o swoich strzelców jak matka. Obie panie są więc uczciwe. Dla nich Polska nie jest „postawem sukna” do rozerwania. Wracając do Pana wcześniejszego pytania o myśl przewodnią tego filmu, to powiem, że starałem się takiej nie mieć, ale ona się wyłoniła niejako samoczynnie. Stanowi ją wotum nieufności wobec polityków i polityki. Gdyby obie Marty były sąsiadkami, być może by się lubiły i zrobiły coś wspólnie, ale politycy tak je podzielili, że odbierają świat manicheistycznie, jako walkę dobra ze złem, czarnego z białym. W Powstaniu Styczniowym też wszyscy chcieli dobrze: i margrabia Wielopolski, i Biali, i Czerwoni, a mimo to wszyscy pospołu zaplątali się w krwawy węzeł klęski. Moje bohaterki żyją w jakimś diabelskim kotle, w ramach narzuconych im z zewnątrz ról. Już Gombrowicz pisał o Polsce zaplątanej w jakieś absurdalne, tragikomiczne gry, o ludziach żyjących z „gębami” przylepionymi im przez innych. W „Eroice” Andrzeja Munka grany przez Edwarda Dziewońskiego „Dzidziuś” uważa, że Powstanie Warszawskie jest głupie i niepotrzebne, jednak wraca do niego w ostatniej scenie, powodowany romantycznym impulsem. Dlatego myślę, że w sytuacji zagrożenia zewnętrznego obie Marty stanęłyby razem do walki w obronie kraju, mimo że jedna z nich brzydzi się karabinem, a druga uczy wnuki strzelać. Jest gdzieś wspólny mianownik, choć gdy otworzy się publiczną telewizję, szczególnie programy informacyjne i publicystyczne, to leje się z niej nienawiść – chyba po to, żeby takie dwie kobiety nigdy nie mogły się porozumieć.

 

Politycy są w tym filmie nieobecni, bo Pan ich nie chciał, czy oni nie chcieli?

Oni nie chcieli. A proponowałem wielu znanym osobom, że pokażę ich z bliska, jak żyją – zarejestruję nie tylko to, co chcą mówić na tzw. setce, ale jak się zachowują w domu, z przyjaciółmi itd. Żeby przekazać prawdę, jaka by nie była. Jakoś ich przez to uczłowieczyć… Powstał kiedyś taki film o Havlu, na który się powoływałem. I wielu polityków z tzw. górnej półki ze mną z ciekawości rozmawiało, ale „off the record” i właściwie żaden nie był skłonny, by się otworzyć i pokazać, jaki naprawdę jest. Wyszło na to, że nasi politycy, zresztą nie tylko ci z PiS, są gotowi do występowania na konferencjach prasowych i na trybunie parlamentarnej, ale w sytuacji prywatnej już raczej nie chcą być filmowani. Wygląda chyba na to, że mają wiele do ukrycia… I to co powiem dalej, zabrzmi może trochę tabloidalnie, ale to są powszechnie znane fakty. Barwna historia romansu posła P. czy małżeńskich i pozamałżeńskich przygód wielu jego kolegów daje do myślenia. A rozmaite podejrzane biznesy i dile? Pompowanie publicznych środków do dziwnych fundacji i firm krzaków? Rozliczanie paliwa do samochodów, których posłowie nie mają? Premie otrzymywanie za… nic? Dobrze płatne posady w spółkach skarbu państwa? Trudno też nie zauważyć, że szczególnie ci co bardziej nabożni stróże moralności, ciągną ile się da, by utrzymać – często zmieniane – żony i kochanki, które w sytuacji tak zwanej „wpadki” szybko wysyłają na skrobankę do Niemiec. Więc chyba śladem „Kleru” powinien powstać teraz fabularny obraz pt. „Politycy”, z wątkiem aborcyjnym i korupcyjnym. Krytyczna wizja polskiego Kościoła katolickiego autorstwa Wojtka Smarzowskiego wyda się wobec takiej fabuły laurką… Zamawiam ten temat, że bynie mnie tu nikt nie wyprzedził! Tylko kto mi da na to pieniądze?… A już serio mówiąc, to wobec braku entuzjazmu ze strony partyjnych notabli, postanowiłem machnąć na nich ręką i zejść „na dół”.

 

Domyślam się, że Polski Instytut Sztuki Filmowej nie wsparł Pana filmu finansowo…

Oczywiście że nie, choć staraliśmy się o to. Jego realizację postawiliśmy więc sobie za punkt honoru. Bojaźń urzędników nie może przeszkodzić w realizacji ważnego społecznie przedsięwzięcia. I film wbrew decyzjom władz od kultury został zrealizowany – przy udziale koproducenta francuskiego i dzięki dotacji unijnej – programu Creative Europe MEDIA. Pomógł nam także Śląski Fundusz Filmowy… No i zwykli ludzie, którzy dorzucili się na końcu w ramach zbiórki crowdfundingowej. Bo ten film o polskim, dramatycznym podziale, naprawdę musiał powstać, wiedzieli o tym i Francuzi, i przedstawiciele śląskiego samorządu. A teraz chciałbym bardzo, żeby polscy widzowie ten obraz oglądali, by wzbudzał w nich refleksję na temat naszej wspólnej przyszłości – zarówno u zwolenników jak i u przeciwników „dobrej zmiany”. Bo bez kompromisu między tymi dwoma „plemionami” możemy wszyscy wpaść w kolejną czarną dziurę, a nikt rozsądny chyba nie chce jakiegoś „polskiego majdanu” czy powtórki stanu wojennego i beznadziejnego klinczu lat 80.?… Musimy się porozumieć, nauczyć wzajemnie słuchać. I budować dalej naszą młodą demokrację. Dlatego proponuję, żeby każdy, kto ma znajomego czy sąsiada o innych politycznych poglądach, zaryzykował – kupił bilety na film „Dobra zmiana” – i zaprosił „wroga” do kina. Może tak zacznie się między nimi poważny dialog?

 

Dziękuję za rozmowę.

Notoryczni łamacze

O łamaniu Konstytucji przez władzę PiS mówi się niemal wyłącznie w kontekście wymiaru sprawiedliwości. W cieniu tej kwestii jest jednak inny aspekt tego procederu. Można go nazwać oficjalną, antykonstytucyjną klerykalizacją sfery obrzędowej państwa.

 

Na stronie Instytutu Pamięci Narodowej znalazła się informacja, że dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” skierowała do Instytutu następujące pytanie: „W związku z przygotowywanym artykułem chcę zapytać o udział Dyrektora Biura Edukacji Narodowej w II Kongresie Ojca Pio. Co IPN ma wspólnego z Ojcem Pio i czy oficjalny udział urzędnika państwowego w wydarzeniu religijnym jest zgodny z konstytucyjną zasadą rozdziału państwa i Kościoła?”
IPN odpowiedział, że „Rzeczpospolita Polska jest wolnym krajem, w którym wszyscy obywatele w czasie niezwiązanym z pracą zawodową mogą robić to, co uważają za słuszne lub potrzebne, oczywiście z wyłączeniem działań niegodnych lub stawiających w złym świetle instytucję, w której dana osoba jest zatrudniona. W związku z powyższym stwierdzamy, że ojciec Pio, zwany świętym z Pietrelciny, nie jest w naszym przekonaniu osobą niegodną lub zagrażającą dobremu imieniu Instytutu Pamięci Narodowej. Mamy nadzieję, że Redakcja „Tygodnika Powszechnego”, odwołująca się do nauki społecznej Kościoła Katolickiego, podziela takie stanowisko” – odpowiedział IPN „Tygodnikowi Powszechnemu”.
Nagłe przebudzenie się redakcji „Tygodnika Powszechnego” w kwestii permanentnego łamania przez obecną władzę i to na jej najwyższych szczeblach, artykułu 25 Konstytucji, wypada przyjąć z uznaniem i stwierdzeniem, że lepiej późno niż wcale. Szkoda jednak, że środowisko „Tygodnika Powszechnego”, bliskiemu ideowo formacji, której rządem kierował w latach 1989-1990 Tadeusz Mazowiecki, od samego początku nie zadbała o staranne rozdzielenie sfery religijnej od sfery państwowej, jakie stanowiła naówczas obowiązująca Konstytucja. Wytworzony wtedy wzór zachowań w tej sferze mógłby mieć znaczenie w przyszłości, być może wyznaczyłby pewien standard, a przynajmniej byłoby się do czego odwoływać, ale tak się nie stało i dżin religianctwa oraz dewocji został wypuszczony z butelki. Wypada tylko przypomnieć, że art. 25, ust. 2 obecnej Konstytucji brzmi: „Władze publiczne w Rzeczypospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym”.
Nie trzeba być konstytucjonalistą, by zrozumieć, że słowo „zapewniając” odnosi się do zwykłych obywateli, którym owe „władze publiczne” mają obowiązek ową „swobodę” zapewnić, a nie do „władzy publicznej”, do której odnosi się zwrot „zachowują bezstronność”. W tej materii to przedstawiciele władzy publicznej są bardziej w swoich prawach ograniczeni niż obywatele, bo przynajmniej de iure mają obowiązek reprezentować całe społeczeństwo, wierzących i niewierzących.
Problem w tym, że kierowanie dziś uwagi akurat na zachowanie skromnego żuczka, jakim jest Dyrektor Biura Edukacji Narodowej IPN i na jego obecność na jakimś marginalnym „kongresie Ojca Pio” w sytuacji, gdy prezydenta, premiera, marszałków Sejmu i Senatu, ministrów rządu oraz wielu innych oficjeli można co rusz zobaczyć na mszach, nabożeństwach i innych obrzędach religijnych, jak ostentacyjnie się uprawiają modły i przyjmują tzw. komunię, to dotykanie problemu od tzw. „dupy strony”. Ostatnio choćby na wyjątkowo sklerykalizowanym i dewocyjnym w swoim charakterze nowym pisowskim święcie wsi w podlubelskiej Wąwolnicy. Wolno najwyższym oficjelom notorycznie łamać Konstytucję w zakresie neutralności państwa w sprawach religijnych, to dlaczego nie miałoby być wolno skromnemu dyrektorowi z IPN? Przykład idzie z góry, zatem warto, by najpierw od góry zajął się „Tygodnik Powszechny” tym problemem.

Mój kraj wpadł w ręce politycznych złoczyńców WYWIAD

Z profesorem nauk społecznych RADOSŁAWEM MARKOWSKIM, politologiem, socjologiem, specjalistą w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych rozmawia Krzysztof Lubczyński.

 

Od trzech lat mam coraz większe problemy z sondażami. Coraz mniej mówią mi o rzeczywistym poziomie poparcia dla sił politycznych, a coraz bardziej są narzędziem walki politycznej, pałką zamiast barometrem. No i zapewne źródłem dochodów pracowni badawczych. Są więc może przydatne politykom, zwłaszcza obozu rządzącego, ale nie wyborcom… Skąd ta ich niestabilność? Jednego dnia PiS ma według badań CBOS, w jednym sondażu 43 procent, trzecią siłą jest Kukiz ’15, a SLD jest pod progiem, a następnego dnia, w innym sondażu, czytam, że PiS ma 38 procent a Kukiz ’15 i SLD zamieniają się miejscami. I co biedny obserwator patrzący na takie wyniki ma myśleć?

W demokracji każdy obywatel ma prawo wiedzieć po pierwsze co sądzą na różne tematy ich współobywatele, a także co zamierzają czynić politycy. Niestety część dziennikarzy i tzw. intelektualistów publicznych głosi pogląd odnośnie do wyborów, nawiązujący do metafory rynku, że politycy to swoiste towary a my, konsumenci je kupujemy, przy czym kampanie to rodzaj promocji towarów. Nic bardziej błędnego niż ta metafora rynku. Oferty politycznej nie kupuje się jak czekolady, spodni czy auta. Trafna jest raczej metafora giełdy. Idąc na wybory inwestujemy swój czas, energię oraz wiedzę o politykach. I nasz ewentualny zysk czy strata zależą od tego, jak postąpią inni akcjonariusze. My nie możemy sami „kupić” sobie jakiegoś ugrupowania by rządziło, to wspólny wynik naszych decyzji powoduje, ze ktoś dochodzi do władzy. A teraz co do sondaży. Ponad dwadzieścia lat temu byłem wicedyrektorem CBOS. Wtedy badania były realizowane tak, ze trafialiśmy do ponad 80 procent wylosowanej próby; dzisiaj realizacja wynosi około 40proc., a i to jak się ma szczęście… I nie byłoby wielkiego problemu gdyby te 40 proc. było takie samo jak 60 proc. do którego docieramy mniej losowo. Ale nie jest. Co więcej, owa realizacja na poziomie 40 proc. nie jest równo rozłożona w kraju – mieszkańcy wielkich miast są w nich niedoreprezentowani, a mieszkańcy prowincji, wsi i np. ściany wschodniej nadreprezentowani. Problemem tych ośrodków jest to, że zatrzymały się na metodologii z lat siedemdziesiątych. By temu problemowi zaradzić na świecie stosowana jest metoda tzw. wielokrotnych imputacji, czyli sztucznego niejako dorzucania do badania cech osób, o których wiemy, że powinni się znaleźć w naszej próbie byśmy odpowiedzialni mogli mówić że próba jest reprezentatywna, a – z wyżej opisanych powodów technicznych – ich tam nie ma. Polskie ośrodki tego nie robią. Problem polega także na tym, że są one zdominowane przez socjologów, i socjologiczne przekonania o tym, jak wygląda społeczeństwo, podczas gdy na świecie są w nich także politolodzy i psycholodzy społeczni. I otóż ci socjolodzy ważą daną próbę według wieku, wykształcenia, płci, miejsca zamieszkania, a to nie ma wiele wspólnego ze społecznością polityczną – tą połową Polaków, która chodzi głosować. Zatem jeśli chcemy wiedzieć jak wygląda rzeczywiste poparcie dla partii politycznych powinniśmy „ważyć” – by użyć statystycznego żargonu – (niedoskonale zrealizowaną) próbę politycznie, a nie socjologicznie. Ci którzy głosują i ci którzy nie głosują, to są dwa różne zbiory – należy docierać do wspólnoty wyborczej, do tej połowy i na nich opierać prognozy wyników. W 2015 roku PiS dostało nieco ponad 37 procent ze wspomnianych 50 procent głosujących, obywateli. Inaczej: spośród 31 milionów osób uprawnionych do głosowania, otrzymało 5 mln 700 tysięcy głosów, czyli 18,6 procent Polaków uprawnionych do głosowania. A to oznacza, że 81 procent Polaków uprawnionych do głosowania nie poparło PiS albo aktywnie, popierając innych, albo biernie, nie popierając nikogo, nie idąc do wyborów. Mój aktualny szacunek jest taki, że z tych 5 mln 700 tysięcy zostało najwyżej około 5 mln 200 tysięcy. Nie należy wierzyć wynikom wspomnianych badań, dopóki nie przekonamy się, że badana jest owa wspólnota polityczna – czy konkretniej – wyborcza, a nie całe społeczeństwo i że dokonuje się owych imputacji, zastępowania poważnych luk w realizacji próby, a nie jedynie waży socjologicznie. Bez spełnienia tych warunków nie ma sobie co zaprzątać głowy takimi `wynikami`.

 

Poza metodologią badań, o której Pan mówi, w przestrzeni publicznej pojawiają się jednak także podejrzenia o manipulacje dokonywane w ośrodkach. To uzasadnione podejrzenie?

Choć nie wiem co jest gorsze, niechlujstwo czy manipulacja, to nie sądzę, aby dokonywano manipulacji poprzez proste dodawanie punktów do niektórych wyników. Co do znanych ośrodków obaw nie mam tym bardziej, że napisano wagony książek na temat tego jak można wpływać na wyniki badań innymi zabiegami, jak kolejność zadawania pytań, bądź stosowanie odpowiedniego słownictwa.

 

Po 2015 roku w przestrzeni publicznej pojawiła się jeszcze jedna hipoteza co do czynników zniekształcających wyniki badań: lęk przed takim deklarowaniem wyborczych preferencji, które mogłyby nie podobać się władzy. Czy to uzasadniona hipoteza?

Ośrodki wysyłają listy zapowiednie do wylosowanych, zapraszające ich do udziału w badaniu. Gdy odbiorca takiego zaproszenia zorientuje się, że firma, która się do niego zwraca, jest np. rządowa, a ten rząd zajmuje się także zastraszaniem różnych grup społecznych, to – rzecz jasna nie wszyscy – ale powiedzmy jakieś 10-20 procent bardziej lękliwych, albo takich, którzy mieszkają w rejonie w którym władza wyjątkowo parszywie się zachowuje, może obawiać się udzielania uczciwych odpowiedzi na temat swych politycznych preferencji. I nawet niekoniecznie muszą zadeklarować głosowanie na PiS, wystarczy, że ukryją to, że głosują na inną partię. W tej atmosferze, którą wytworzyła telewizja – nazywana dowcipnie – „publiczną” i cała machina propagandowa PiS, która demontuje demokrację w naszym kraju, która rozkłada trójpodział władz, ma za nic sądownictwo, która zastrasza, takie obawy są zasadne. Ja to zjawisko nazywam autorytarnym klientelizmem – tu pokazują marchewkę, tu cukierka, a tu kij. Klientelizm polega nie tylko na tym, że się daje, ale także na mechanizmie, zgodnie z którym ten, który daje, oczekuje później rewanżu w postaci poparcia w wyborach. Najlepszym przykładem nowinki techniczne w nowej ordynacji: przezroczysta urna, kamerka rejestrującą zachowanie ludzi (a kto wie co jeszcze – wszak można powiększenie zrobić!), bodygarda, który strzeże urny, jest działaniem psychologicznym mającym przekonać wyborów, że „władza patrzy”, jest formą pośredniego zastraszania.

 

Co by się nie powiedziało o sondażach, to jedno jest w nich stałe: PiS zawsze jest na pierwszym miejscu. Z Pana wypowiedzi dla mediów odnotowałem, że kilkakrotnie powtórzył Pan pogląd, iż PiS-owi nie wzrosło, mimo, że pisowskie media nieustannie pieją, że poparcie dla tej partii ciągle rośnie.

Gdyby „ciągle rosło” to by przekroczyli już 100 procent…ale nie zajmujmy się wyziewami – jak ich nazywam – „dziennikarzopodobnych wyrobów”, świadczących swe usługi w propagandowych tubach….Procenty to cudowna rzecz. Ta sama liczba 5 mln 700 tysięcy przy różnej podstawie procentowania,ma inny procentowy wyraz i co innego politycznie oznacza. Dziś PiS w liczbach bezwzględnych ma mniej więcej około 5 mln głosów, ale wynik wyborczy zależy od tego, ile mają pozostałe partie. Im mają więcej, tym te 5 milionów da PiS mniej mandatów. Warto przyglądać się Węgrom, gdzie opozycja jest słaba i rozbita. Orbán nawet podtrzymuje rozbicie opozycji, w tym socjalistów, Gyurcsaniego, bo to jest w jego żywotnym interesie. I w Polsce PiS nie będzie musiał nic robić żeby wygrać, jeśli po lewej stronie będzie tak jak jest. Lewica jest Polsce żywotnie potrzebna, lewica mądra, skoncentrowana na edukacji, prawach kobiet, sensownej redystrybucji czy transporcie publicznym. Proszę nie wierzyć opowieściom, że w Polsce dokonał się jakiś wyraźny zwrot konserwatywny. Nie dokonał się, jeśli pominąć werbalną autoidentyfikację na osi prawica-lewica. Jeśli jednak zapytać o szczegółowe poglądy, to 35 do 40 procent Polaków, tych ze wspólnoty politycznej, ma poglądy lewicowe i to zarówno w sferze ekonomicznej jak i kulturowej. Problem polega na tym, że lewica nie jest ich w stanie przekonać co do swego programu, jak i zdolności sprawczej – by ludzie uwierzyli, że dani politycy są godni zaufania, że spełnią swoje deklaracje, gdy do władzy dojdą. Plus całkowity brak przekonującego lidera. Tymczasem w Polsce mamy kuriozalną sytuację, w której 18,8 procenta poparcia uprawnionych do głosowania Polaków – w ordynacji proporcjonalnej – przekształciło się w 51 procent mandatów w Sejmie zagarniętych przez jedną partię. Takiej dysproporcjonalności Europa nie zna.
Ten wynik był proceduralnym wypadkiem przy pracy. Stało się tak, gdyż 17 procent głosów zostało wyrzucone do kosza, w tym blisko 8 procent zjednoczonej lewicy, prawie 4 procent dla Razem i jeszcze kilku pomniejszych. Podstawa procentowania się zmniejszyła i to sztucznie nabiło wynik PiS. A teraz, dlaczego opłaca się łączyć w bloki i koalicje wyborcze, w takiej ordynacji jaka dziś obowiązuje. W ostatnich wyborach „Nowoczesna” dostała 7,6. Z jednego procenta takiego wyniku uzyskuje się około trzy i pół mandatu. Platforma z wyniku 24,1 procenta uzyskała niemal 6 mandatów z jednego procenta. Gdyby wystąpiły razem, uzyskały by odpowiednio większą liczbę mandatów, bo PiS z wynikiem 37,6 dostał z jednego procenta 6,3 mandatu. Wracając do lewicy – Polsce bardzo potrzebna jest lewica socjaldemokratyczna a nawet socjalliberalna, ale nie można sobie pozwolić na kluby dyskusyjne ludzi bawiących się w politykę za publiczne pieniądze, którzy samodzielnie uzyskują po kilka procent i nic z tego nie wychodzi, a ludzki wysiłek się marnuje. Barbara Nowacka wykonała kilka ruchów w stronę Razem, SLD i innych, nic z tego nie wyszło, więc poszła do Koalicji Obywatelskiej decydując się na koalicje drugiego wyboru. Ludzie polskiej lewicy oczekują od pana Biedronia, Czarzastego, Zandberga, że pójdą pod jednym sztandarem. Kiedy na zachodnich kongresach mówię o tym, co się stało z lewicą w wyborach 2015 roku, nie mogą uwierzyć, że lewicowe ugrupowania nie poszły razem. Pytają: dlaczego? Przecież pójście razem było racjonalne; można było ustalić kto startuje i później podzielić mandaty wg `składowych` takiej koalicji, no ale do tego trzeba mentalnie wyjść z politycznej piaskownicy. Jest jednak jeszcze ważniejsze uzasadnienie dla tego, by małe partie, nieco odmienne programowo, poszły razem. Chodzi o to, że jak się dojdzie do władzy, tonie można realizować swojego widzimisię, ale trzeba uwzględniać różne interesy. Trzeba uczyć się tego, co jest możliwe, a co niemożliwe, jak układać budżet, jak układać priorytety. Mądrość demokracji polega na tym, że rządy demokratyczne zawsze odbywają się za przyzwoleniem przegranych. W całej powojennej historii Europy zaledwie 20-30 procent rządów naprawdę miało większość. Reszta rządów, to są rządy mniejszościowe i zależą od tego czy przegrani uwierzą, że przestrzegane będą pewne reguły i że rządzący o wszystko zadbają. Mówimy o 50 procentowej frekwencji, ale rotacyjnie to nawet 80 procent Polaków bierze udział w wyborach. Polacy wchodzą, wychodzą i wracają na rynek wyborczy. Na przykład ogromna część tych, którzy dali SLD 41-procentowy wynik w 2001 roku, potem głównie zniechęcili się i zostali w domu, co dało efekt w postaci 11-procent dla SLD w 2005 roku. Tylko niewielka ich część rozproszyła się po innych partiach. Pośród tych, którzy odeszli od PiS są m.in. profesorowie Jadwiga Staniszkis i Ryszard Bugaj, którzy do 2015 roku przez wiele lat ochoczo wspierali PiS i Kaczyńskiego, a potem zmienili zdanie. Chwała im, że dziś zachowują się jak reszta przyzwoitych obywateli i że mieli odwagę zmienić publicznie zdanie. Ale pytanie, czego oboje nie przeczytali, żeby nie przewidzieć tego, co stanie się po objęciu władzy przez PiS, nadal mnie nurtuje. To ważne bo status nauk społecznych jest poddawany w wątpliwość, gdy nie jesteśmy w stanie przewidywać i to był przykład tej niemocy….Wracam do lewicy. Zwyczajne doświadczenie życiowe podpowiada nam, że racjonalne oczekiwanie, żeby poszli do wyborów razem, jest nierealne. Wielką lekcję pokory dostały swego czasu, w roku 1993, środowiska wywodzące się z kościelnego zabobonu, te wszystkie ZChN-y, chadecje i tym podobne, które myślały, że pomoże im dziewica Maryja i że pięcioprocentowy próg im nie przeszkodzi. I wtedy 29 procent takich głosów poszło do kosza. Po czterech latach poszli po rozum do głowy, stworzyli AWS i dostali 33 procent jako wielka koalicja. Jeśli pan Czarzasty, pan Zandberg czy pan Biedroń tego nie rozumieją, to czarno to widzę. Ten, kto dobrze życzy lewicy, powinien tym panom postawić ultimatum. Przecież od 2005 roku lewica jest nieobecna w polskiej polityce jako licząca się siła polityczna. Zastępuje ją po części PiS, ale prawdziwa lewica mogłaby to robić lepiej, bez politycznego klientelizmu i bez oparcia się na kościelnym zabobonie.

 

Jednak zwykłe doświadczenie nie pozwala wierzyć w powstanie jednolitego bloku lewicy. Żadnych marzeń. Co wtedy?

Wtedy wyborcy o lewicowych poglądach powinni pokazać im czerwona kartkę, odesłać na zieloną trawkę i czekać na nowe rozdanie. Skoro te partyjki wbrew zdrowemu rozsądkowi nie chcą się połączyć, to zaciśnijcie raz zęby i nie głosujcie na nich, przecież i tak nie wejdą do parlamentu. Gdy odejdą oczyści się przedpole dla nowej, mądrej lewicy.

 

Nawet kosztem oddania pełni władzy PiS i wystawienia kraju na jego pastwę?

Ależ PiS i tak w takim stanie rzeczy ją zdobędzie, więc nie mamy nic do stracenia. Moja ojczyzna wpadła w ręce politycznych łobuzów, którzy patrząc na swoje wąsko pojęte interesy mają za nic międzynarodowe zobowiązania, przyjaznych europejskich sąsiadów i podatników tych krajów, którzy od wielu lat transferują gigantyczne pieniądze i pomagają nam wyjść z cywilizacyjnej zapaści. Mają za nic coś, co jest świętością demokracji, czyli konstytucję, więc nadrzędnym celem jest odsunięcie ich od władzy. A przecież PiS jeszcze w latach 2001-2005 był w miarę normalną partią konserwatywną o ciągotkach patriotyczno-nacjonalistycznych, ale takich jakie zdarzają się wszędzie. Dla dobra kraju, jego demokratycznej przyszłości i nowych pokoleń najważniejsze jest pozbawienie władzy i rozliczenie PiS, dlatego już dawno wzywałem wszystkie demokratyczne siły, żeby zebrały się pod jednym parasolem i ogłosiły, że choć różnią się we wszystkich sprawach, od obronności do polityki rodzinnej, by poszły razem do wyborów, aby odsunąć od władzy politycznych szkodników, a jednocześnie z góry zapowiedziały, że po roku ogłoszą przedterminowe pluralistyczne wybory i wtedy powróci normalne polityczne współzawodnictwo we wszystkich szczegółowych kwestiach. A jeśli jest to niemożliwe, to należy wykreować przynajmniej dwa obozy – jeden centrowo-liberalno-ludowo-demokratyczny (i to się poniekąd dzieje), a drugi lewicowo-zielony. W Szwecji cztery partie prawicowe o różnych programach, w normalnych warunkach rywalizujące, utworzyły blok, by stawić czoła tzw. Szwedzkim Demokratom, w rzeczywistości nacjonalistom. Bo tam prawdziwi demokraci sięgnęli po to, czym wyróżniać się powinien gatunek homo sapiens, czyli po zdolność używania rozumu.

 

Pojawiła się ostatnio teza, że jeśli lewica się nie zjednoczy, a Robert Biedroń i PSL wystąpią do wyborów samodzielnie, to PiS ponownie nie tylko wygra, ale uzyska samodzielną większość.

Biedroń pewnie (bo na razie o programie nic nie wiemy) wniesie do polityki coś, co nazywa się socjalliberalizmem. To takie rzadkie zwierzę, które jest połączeniem tego, co daje rynek, innowacyjność etc. z wrażliwością społeczną, ale nie tą w wersji uproszczonej – redystrybucyjną, klientelistyczną, natomiast inwestującą w słabszych, dającą im raczej wędkę niż rybę. Tymczasem, po pierwsze, co mnie w jego decyzji zaskoczyło to timing. Gdyby choć ogłosił swoją inicjatywę 5 listopada, po drugiej turze wyborów samorządowych, dziś zachowuje się tak jakby kandydował w wyborach samorządowych, czego przecież nie robi. Po drugie, w jego ostatnich wystąpieniach jest bardzo niewiele krytycyzmu PiS, za to uderzenia w opozycje, z PO na czele. A przecież w kraju, w którym połowa uprawnionych nie głosuje, nie trzeba wydzierać elektoratu istniejącym partiom. Wystarczy sięgnąć po zdemobilizowanych. Jest mnóstwo takich, którzy głosowali na lewicę, na liberałów czy na cywilizowanych konserwatystów, a potem się zniechęcili. Nie mogę się wypowiadać o motywach, ale obiektywnie jego timing jest sabotażowy w stosunku do opozycji, która jakoś próbuje sobie poradzić z problemem rozbicia i przywrócić jakiś ład. Dlaczego przeszkadza innym, skoro nie startuje? I nie wiem, czy on chce, jak niegdyś Palikot, czy później Kukiz, uzyskać 7-8 procent czy chce być polskim Macronem. Ale warunków dla macronizmu w Polsce nie ma, bo konfiguracja polityczna we Francji była kompletnie inna. Poza tym nie wiem, czy Robert Biedroń zdaje sobie sprawę, że brak mu maszynki wyborczej. Ma swoje zalety – wiedzę, pewien polityczny urok, ale potrzeba mu ludzi, sprzętu, dobrego sztabu i armii wolontariuszy, a to stworzyć jest bardzo trudno. Natomiast dobrze kalkuluje by najpierw wystartować w wyborach do Parlamentu UE. Co do PSL, to jest w przywołanej przez pana tezie coś na rzeczy. Może być tak, że to, czy PiS wygra wybory i w jakim rozmiarze, zależy od PSL. Co prawda, kierując się generaliami, wolałbym żeby PSL weszło do Koalicji Obywatelskiej, ale jeśli peeselowska „remiza” miałaby możliwość najwięcej wyrwać PiS-owi, to może lepiej, żeby startowali osobno. PSL, niezależnie od tego, czy wejdzie czy nie wejdzie do parlamentu, kilka procent PiS-owi odbierze. Pytanie czy będzie to9-10 czy 3-4 procent. Można się obawiać czy sam Kosiniak-Kamysz nie jest za bardzo wielkomiejski, a PSL za mało uwagi poświęca sprawom bliskim ziemi. Paradoksalnie to od przedstawicieli wsi może zależeć los tych wyborów.

 

Wnioskuję z tego, że przywołanego przeze mnie „logarytmu” krążącego po mediach nie warto traktować poważnie…

W ogóle nie należy poważnie traktować tego rodzaju „logarytmów”, zwłaszcza że do wyborów parlamentarnych jest jeszcze ponad rok. A czy ktoś trzy lata temu myślał, że ktokolwiek wygra z Bronisławem Komorowskim, który miał ponad 70 procent poparcia? W związku z tym wszystkie partie wystawiły kandydatów fikcyjnych, z góry przewidzianych do odstrzału, w tym PiS Dudę. A wygrał jeden tych do odstrzału. Inna sprawa, że w tym stanie „pewniactwa” Komorowskiego ani on nie miał powodu, by bardzo w tej kampanii pracować, ani też Platforma nie miała powodu by go bardzo wspierać. Jak wiadomo prezydenci drugiej kadencji – jako nie ubiegający się o reelekcję – są bardziej nieprzewidywalni, mniej sterowalni, więc Platforma uznała, że nie będzie nawet tego swojego prezydenta nadmiernie popierać, że może lepiej nich wygra ale niekoniecznie w pierwszej turze. Jednak to wszystko wymknęło im się z rąk.

 

Wyjdźmy jeszcze bardziej w przyszłość, w czas wyborów prezydenckich 2020 roku. Na razie mamy potwierdzenie ze strony Kaczyńskiego, że kandydatem Zjednoczonej Prawicy będzie ponownie Andrzej Duda. Jednak na horyzoncie pojawiają się też nazwiska Donalda Tuska i Roberta Biedronia. Jak widzi Pan tę perspektywę?

Do tego czasu zostały jeszcze prawie dwa lata, więc trudno cokolwiek przewidywać. Kluczowe jest to, czy na kandydowanie zdecyduje się Donald Tusk. Natomiast nie mam przekonania, że PiS będzie optować za Andrzejem Dudą. Biorę pod uwagę, że Kaczyński może go zamienić na Mateusza Morawieckiego. Ten, gdy objął urząd premiera, to poza kiksami w rodzaju deklaracji o potrzebie rechrystianizacji Europy, jako umysłowo kształtowanego przez Opus Dei, wydawał się, jako „bankier” człowiekiem jednak dość pragmatycznym. Okazał się jednak człowiekiem bardzo zideologizowanym, dla wielu to wielki zawód. Jednak wygląda na takiego, który ma apetyt na większą karierę, być może prezydencką. Nie wykluczałbym więc jego startu. Tym bardziej, że obecny prezydent proceduralny był potrzebny tylko do wspierania bezprawia politycznego i naiwnego brania za to osobistej odpowiedzialności. To jego zdjęcie u Trumpa rzeczywiście urąga godności mojego kraju. Razić może jego napuszony język, szumne słownictwo. Poza tym Duda nie ma zaplecza. W sprawie przyszłych wyborów prezydenckich kluczowa decyzja jest jednak w ręku Donalda Tuska.

 

W przestrzeni komentarzy politycznych dotyczących sytuacji politycznej w Polsce często pojawia się pogląd, że tylko kłopoty ekonomiczne mogą nadwerężyć poparcie dla PiS. Czy Pan widzi inne, pozaekonomiczne źródła ewentualnego spadku tego poparcia?

Wszystko wskazuje na to, że w przyszłorocznych wyborach PiS wygra, to znaczy uzyska lepszy wynik niż inni. Pytanie jest takie: czy te 18 procent ze 100 procent głosujących, które głosuje na PiS, a co się przekształca – w zależności od frekwencji i losów innych partii – w 30-40 procentowy wynik wyborczy, przełożą się na taką liczbę mandatów, która ponownie da im samodzielne rządy. Jeśli tego nie uzyskają, a będą chcieli rządzić, to będą musieli wejść z kimś w koalicję …a tu może być problem. A co do pana pytania, to odpowiem tak: komunizm padł, to i kaczyzm padnie, pytanie tylko: kiedy. Jednak dla socjalizacji i demokratyzacji polskiego społeczeństwa byłoby lepiej, gdyby PiS przegrał dopiero po drugiej kadencji. Brzmi to cynicznie, wiem, ale wyjaśnię o co mi chodzi. Jeśliby utracili władzę pod wpływem trudności gospodarczych, pojawiłaby się narracja, że nieźle rządzili, coś tam zrobili, ale pokonał ich kryzys. To byłoby bazą do ich powrotu w przyszłości. Poza tym przegrani o tylko kilka procent będą bardzo dokuczliwą opozycją. Demokratyczny obywatel naszego kraju powinien życzyć sobie innego scenariusza – żeby PiS utracił władzę za łamanie konstytucji i by przegrał wyraźnie. Wielu myśli tak: może niech ten PiS nie pada jeszcze w 2019 roku, bo wolimy by, jeżeli już padnie, by nic po nim nie zostało. Żeby wyczyszczone zostały po nich te wszystkie nonsensy i fanaberie – pomniki, „żołnierze wyklęci”, iluzja smoleńska, kilka tysięcy niewyszkolonych facetów biegających po lasach jako „obrona terytorialne” w czasie, gdy sensowne inwestowanie w obronność to kwestia masowej rekrutacji zdolnych informatyków…etc. etc. . Oprócz tego, gdy PiS padnie, czeka nas gigantyczna praca posprzątania po nich, by przywrócić ład konstytucyjny i porządek demokratyczny, usunięcie ze stanowisk niekompetentnych karierowiczów o zerowym dorobku zawodowym zasiadających na ważnych stanowiskach, itd…

 

Mam swoją subiektywną tezę, że jeśli PiS ponownie wygra wybory z samodzielną większością, to będzie rządzić tak, że okres obecnej kadencji będziemy rzewnie wspominać jako okres poszanowania demokracji, prawa, niezawisłości sądów, konstytucji, wolności obywatelskich etc. Czy Pan podzieliłby te obawy?

Węgierski politolog Magyar Balint napisał głośną książkę o rządach Orbána, pt. „Węgry. Anatomia państwa mafijnego” (tytuł polskiego wydania). To rzecz nie o tym, że w państwie zbyt dużo do powiedzenia ma mafia, ani o tym, że państwo współdziała z mafią, lecz że samo funkcjonuje jak mafia. Balint twierdzi, że Polska jest w lepszej sytuacji, bo tu władza zagarnia państwo i rozdaje synekuralne milionowe pensje „swoim”, ale jeszcze nie zabiera własności prywatnej, co dzieje się na Węgrzech. Niestety, wielkim rozczarowaniem dla wielu jest tu postawa Unii Europejskiej, bo według – mnie także – każdy kraj członkowski, który tak się zachowuje, a konkretnie: nie spełnia kryteriów na podstawie których został do tej demokratycznej wspólnoty przyjęty, powinien zostać z niej usunięty. Dosadniej – „na zbity pysk” wyrzucony i pozbawiony wsparcia finansowego. Mimo tego, w dłuższym okresie czasu, zwłaszcza po odsunięciu Trumpa, co jest coraz bardziej prawdopodobne, sytuacja się zmieni. Wracając do pana pytania – ta przyszła kadencja może pójść w stronę metod Erdogana czy Orbána, ale przy pewnej konfiguracji może być odwrotnie, jeśli Polacy będą nadal tak silnie obstawać przy Unii Europejskiej, a ta będzie bardziej stanowcza niż obecnie. Pojawiają się zarzuty (które jeszcze parę lat temu bym wyśmiał jako niedorzeczne) że PiS jest ekspozyturą Moskwy. I choć nadal wypada mieć wątpliwości czy PiS działa na zamówienie Moskwy, to nie można nie dostrzegać, że niemal wszystko co robi np. w polityce zagranicznej jest po myśli Putina. Najważniejsze: jest koniem trojańskim osłabiającym Unię. Co rusz jakieś posunięcie władzy PiS sprawia, że na Kremlu strzelają korki od szampana. Polska – za przeproszeniem – „dyplomacja” popsuła nawet nasze relacje z Ukrainą ku uciesze Putina i ochoczo kupuje węgiel z okupowanych przez Rosję terytoriów Ukrainy, bezpośrednio wspierając istniejące tam marionetkowe, kontrolowane przez Kreml władze. A co do Macierewicza – po ukazaniu się książki Tomasza Piątka, w każdym cywilizowanym kraju minister obrony narodowej, zmuszony do tego przez własną partię, natychmiast wytoczyłby mu proces. A tu cisza, jeśli nie liczyć zakulisowego zastraszania Autora. Jako analityk polityki nie mam najmniejszej wątpliwości, że polityka PiS jest na rękę Rosji, a czy to wynik celowych działań czy efekt uboczny to już ma mniejsze znaczenie, bo w polityce liczy się funkcjonalizm działań a nie motywacja. Celowe działanie czy głupota polityczna? Ciągle mam nadzieję, że to drugie, ale skutek może być równie opłakany.

 

Nie mogę nie zapytać o taki czynnik polityczny jak Kościół katolicki…

To wielkie wyzwanie socjalizacyjne na następne dziesięciolecia, musimy Polaków przekonać, by traktowała tą instytucję tak jak na to zasługuje – jako prywatną instytucję o zasięgu międzynarodowym, na rzecz której zrzekliśmy się części suwerenności, a w odróżnieniu od EU, nic nie dostajemy w zamian. Co więcej, instytucja ta działa jak organizacja półświatka przestępczego – podatków nie płaci, zabrała nam mnóstwo dobra publicznego w postaci ziemi czy budynków, jako obywatele nic nie wiemy o jej finansach, zasobach, poza tym, ze ostatnie trzydziestolecie to wielki sukces nieskrępowanej zachłanności kościoła. Ta instytucja silnie wpływa na sytuację polityczną kraju, pośrednio kształtując mentalność poddanego – wierzącego w cuda i determinizm losu ludzkiego – a nie obywatela, szerząca pogardę dla nauki, medycyny i ludzkiego rozumu. O morale jej emisariuszy nie wspomnę, o wizji roli kobiety w 21 wieku propagowana przez ta instytucję też wstyd pisać. Jej hierarchia nie podjęła żadnej próby wyczyszczenia swoich brudów i nawiązania dialogu z nowoczesnością. To grajdoł ciemnogrodu, broniący nie dającego się obronić prestiżu tej instytucji. Ten fatalny stan zawdzięczamy także `mądrości’ lewicy, konkretnie SLD, który dla wyzbycia się „grzechu pierworodnego” dał Kościołowi katolickiemu rozległe koncesje. Na szczęście światełkiem w tunelu są twarde dane wskazujące na postępującą laicyzację społeczeństwa i to laicyzację na różnych poziomach.

 

Opublikowane kilka miesięcy temu wyniki międzynarodowych badań pokazują, że w sferze laicyzacji młodego pokolenia Polska jest światowym liderem…

W Polsce występuje powolny, ale stały trend sekularyzacyjny. Rządy PiS są prawdopodobnie jedną z ostatnich w Europie rewolt przeciwko nowoczesności i modernizmowi, które zwyciężają, stąd bezpośrednie zaangażowanie kościoła w popieranie tej partii. Z moich badań jasno wynika, że Polacy bardziej cenią wolność niż równość, bardziej postęp i nowoczesność niż tradycję, bardziej rywalizację na rynku niż solidaryzm. Moim zdaniem to, że Kościół katolicki tak jednoznacznie opowiedział się za PiS, nieuchronnie obróci się przeciwko niemu.

 

Zakładamy, że PiS kiedyś utraci władzę. Co ta nowa władza miałaby zrobić z pisowską spuścizną, z pisowskimi sędziami-dublerami, z pisowską KRS, z pisowskim Trybunałem Konstytucyjnym, z niektórymi ustawami? Pojawiają się groźby postawienia polityków PiS z prezydentem na czele przed Trybunałem Stanu, pojawia się okrzyk: „Będziecie siedzieć” pojawiają się pomysły uchwalenia aktu odnowy demokracji, ustawy-czapki niwelującej pisowskie zmiany. Co Pana zdaniem przyszła niepisowska władza powinna zrobić? Co po PiS?

W 1989 roku niektórzy mówili, żeby PRL wymazać gumką, ale nie sposób wymazać gumką tego, co trwało prawie pół wieku. Na pytanie, czy da się wymazać gumką cztery czy osiem lat musieliby odpowiedzieć prawnicy. Ja Trybunał Konstytucyjnym nazywam tzw. Trybunałem lub budynkiem TK. Prezydenta nazywam prezydentem proceduralnym, ale nie merytorycznym. Bo prezydentem jest ktoś, kto broni konstytucji, a on nigdy nie podjął się tego zadania, choć ciągle chciałbym mu dać szanse i zacząć nazywać go prezydentem, ale to on musi chcieć, jako obywatel jestem gotów mu odpuścić… Tak samo mówię nie o KRS, a o tzw. KRS. Prawnicy będą musieli określić, co uda się odkręcić niejako „od ręki”. Gorzej będzie z naprawieniem takich strat, jak choćby zniszczenie dorobku stadniny koni w Janowie Podlaskim, a przykładów takich jest tysiące…Po odsunięciu PiS od władzy, należy krok po kroku odkręcać to co można. szybko usunąć dublerów z TK i wiele podobnych rzeczy. W dalszej kolejności trzeba się zastanowić nad rozwiązaniem obrony władzy sadowniczej. Nie namawiam do naśladowania modelu tureckiego czyli do czasów kiedy wojsko broniło demokracji, ale po tym co się stało, może trzeba będzie pomyśleć o powołaniu jakiejś formacji obrony władz konstytucyjnych przed uzurpatorami, czegoś w rodzaju Gwardii Szwajcarskiej albo jednostek specjalnych. Gdy uzurpatorzy zechcą wejść do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, to będą musieli się zastanowić czy chcą ryzykować stracie z uzbrojonymi formacjami, które zgodnie z konstytucja maja za zadanie bronienie np. konstytucyjnego zapisu o kadencyjności jakiegoś urzędu. Bo dziś takie instytucje jak TK czy SN są z fizycznego punktu widzenia bezbronne. Wystarczy, że uzurpator wyśle policję z jakimś świstkiem papieru i już siła jest po jego stronie. Odsunąć od władzy to jedno, a zabezpieczyć kraj na przyszłość przed uzurpatorami, przed recydywą, to drugie. A co do hasła: „Będą siedzieć” – niektórzy zapewne trafią tam, gdzie ich miejsce. Nawiasem mówiąc, PiS wypłynęło na pomawianiu innych o złodziejstwo, a jakoś po niemal pełnej kadencji u władzy nie udało się nikogo posadzić, mimo, że mają po temu wszystkie instrumenty. Z całego domniemanego „złodziejstwa” i korupcji PO został do znudzenia wypominany zegarek Nowaka i ośmiorniczki. Ale mogą wpaść we własne sidła i prawo które tworzą, zostanie wykorzystane przeciw nim. Państwo demokratyczne musi mieć wolę i siłę osądzić tych, którzy je demontowali, ale cywilizowany sposób rozliczenia okresu po 2015 roku musi spełniać wszystkie wymogi uczciwego procesu i procedur państwa prawa. Wielu obawia się jednak, że gdy opozycja wróci do władzy, to znów okaże pobłażliwość; paradoksalnie pobłażliwość sprzeczną z prawem… To dla wielu byłby niewybaczalny błąd, a z moich obserwacji wynika, że jest tez powodem niechęci głosowania na opozycję, która część Polaków podejrzewa o niezdolność do podjęcia się rzetelnej naprawy Rzeczypospolitej. Ale ważniejsze niż same kary dla tych którzy sprzeniewierzyli się Konstytucji jest sam proces wyjaśnienia obywatelom co i w jaki sposób zostało naruszone i nie było respektowane. To musi być wielka inwestycja socjalizacji politycznej na przyszłość.

 

Jeszcze trzy lata temu nie zadałbym tego pytania, ale w międzyczasie moja wyobraźnia się poszerzyła. Czy PiS, jeśli przegra, odda władzę pokojowo?

To dobre pytanie. Już próbują manipulować ordynacją, a opanowanie Sądu Najwyższego może im ułatwić unieważnienie niekorzystnego dla nich wyniku wyborów.

 

A myśli Pan że zdobyliby się na zbrojną obronę przed oddaniem władzy?

Znając ich mentalność nie można tego wykluczyć. Już stosują zresztą przemoc fizyczną, pozwalając faszystowskim bojówkom bezkarnie bić kobiety. Ale – choć znów cynicznie to zabrzmi – taka decyzja choć być może kosztowna oznaczałaby ich całkowity koniec, więc chyba nic takiego nie nastąpi…

 

Dziękuję za rozmowę.

Niebo się chmurzy

Rozpracowujemy strategię Prawa i Sprawiedliwości.

 

Polska jest krajem o ustroju liberalno-demokratycznym. To wynik decyzji społeczeństwa, która dokonała się 1989 roku. Potwierdza to nasza Konstytucja. Taki model państwa jest rozpowszechniony w Europie i wielu krajach na świecie. Oczywiście występują pewne różnice gdyż demokracja nie posiada precyzyjnej definicji. Pewien brytyjski politolog, profesor Oksfordu, zauważył, że funkcjonują 52 przymiotniki, które ją opisują. Sądzę, że Polacy mogliby kilka dodać.
Wybitny brytyjski polityk, Winston Churchill, mawiał, że to najgorszy system władzy, jeżeli pominiemy wszystkie inne. Chyba jest w tym trochę racji, historia uczy, że demokratyczne wybory mają niekiedy tragiczny skutek a demokracja zmienia się wtedy w dyktaturę lub anarchię.
Polska demokracja jest bardzo młoda. Przed zaborami mieliśmy wolność szlachecką obejmującą niewielką część społeczeństwa. Po odbudowie Rzeczypospolitej w 1918 roku wystarczyło 6 lat by przewrót majowy zmienił demokrację w dyktaturę sanacji.
Po odzyskaniu niepodległości, w 1945, dostaliśmy „demokrację ludową”, którą społeczeństwo odrzuciło przemianami ustrojowymi.
Przymiotniki, którymi określamy naszą młodą demokrację to burżuazyjna lub liberalna. Wzorujemy się na podobnych systemach europejskich a czasem nawet na demokracji amerykańskiej.
Wraz z demokracją liberalną wprowadziliśmy system gospodarki wolnorynkowej, neoliberalnej. Było to okupione wieloma wyrzeczeniami i wzrostem rozwarstwienia ekonomicznego społeczeństwa. Szczęśliwie tak krytykowana obecnie Polska Ludowa mimo swoich licznych wad zdążyła odbudować kraj, wykształcić społeczeństwo i zbudować przemysł. Dzięki czemu nowonarodzony polski kapitalizm mógł prywatyzować, reprywatyzować, wprowadzać obcy kapitał a do tego miał nieźle wykształcone tzw. siły wytwórcze.
W 2004 zostaliśmy członkiem UE, co, między innymi umożliwiło rozwój naszej niezbyt zasobnej gospodarki.
Gwarantem naszego bezpieczeństwa jest NATO. Mamy tu nowe zjawisko. Stopień bezpieczeństwa jest negocjowany z hegemonem NATO Stanami Zjednoczonymi. Pod tym względem Układ Warszawski nieco się różnił.
Na wzór demokracji europejskich u sterów państwa stawały różne partie, lewicowe liberalne konserwatywne. Każda starała się działać w obrębie prawa i Konstytucji. Mimo konkurencji między nimi zachowana była pewna wstrzemięźliwość w stosowaniu środków walki politycznej, bo każda partia, każdy polityk liczył się z kołem politycznej fortuny Raz na dole raz na górze.
Mogliśmy tak funkcjonować, bogacić się i po woli ulepszać państwo. Równowaga między siłami politycznymi dawała możliwość wprowadzania różnych rozwiązań a jedynym kryterium była demokratyczna ocena społeczeństwa.
Oczywistym jest, że niema róży bez kolców. Mieliśmy i mamy do czynienia z korupcją, nepotyzmem, wyzyskiem, zjawiskami wykluczenia społecznego, ale okrzepła demokracja potrafi sobie z tym radzić. Tylko czasem to długo trwa.
A tu bęc! PIS w demokratyczny sposób doszedł do władzy.
Sam ten fakt nie jest czymś wyjątkowym. Tak działa demokracja. Partia ta tak jak inne mogła sprawować swoje rządy, wprowadzać rozwiązania, jakie uważa za słuszne (a nie wszystkie są złe z definicji), w miarę pokojowo współistnieć z opozycją korygując swoje decyzje pod wpływem ocen społeczeństwa
A jednak coś się zmieniło.
Moje zaniepokojenie budzi sposób działania i cel, do którego ta partia dąży. Myślę, że do jakiejś formy władzy autokratycznej.
Myślę tak, bo zaczynają się spełniać różne „przepowiednie” socjologów, politologów i filozofów, którzy badali temat w aspekcie historycznym i merytorycznym.
Partia, która chce zdobyć autorytarną władzę w demokratycznym państwie musi przede wszystkim posiąść grono wyznawców żeby wygrywać wybory. PIS osiągnął to kreując „wrogów ludu”, którzy uniemożliwiają „dobrą zmianę”.
Są to siły upadłego moralnie zachodu, muzułmanie, wolnomyśliciele tzw. inni, słowem UE. Mamy także wroga wewnętrznego postkomunistów i lewaków. PIS zrealizował to przy pomocy zawłaszczonych mediów publiczny i wsparciu pewnej części kleru katolickiego. To PIS wraz ze swoimi zwolennikami stoi na barykadzie i broni Polski i Polaków Obudził przy tym demony nacjonalizmu pseudo-patriotyzmu żywiącego się nienawiścią i fanatyzmu religijnego.
Nieprzekonanym zaproponował populistyczne rozdawnictwo dóbr.
Wiele dyktatur buduje pozory demokracji. W takich państwach działa sądownictwo instytucje publiczne, funkcjonują ocenzurowane media, odbywają się wybory a mimo to władza należy do „jedynie słusznej” formacji. Podobnie funkcjonowała Polska Ludowa uważana za formę autorytaryzmu. Właśnie po to jest „dobra zmiana” w sądownictwie. Do wzięcia jest jeszcze kilka sfer życia publicznego, lecz padają po kolei jak muchy.
Dzięki swoim mediom PIS powtarza kłamstwa lub półprawdy tak często aż staną się, jak powiedział klasyk, całkiem wiarygodne. Skutecznie zakłamuje historię, ignoruje zasłużonych obywateli naszego państwa pomija fakty a wszystko to sączy do uszu uczącej się młodzieży. Jeżeli jego przedstawiciele mówią coś nieprawdziwego, robią to głośno, z przekonaniem i w oczy. Tworzy to protezę uczciwości.
Do czego się PIS jeszcze nie posunął? Do przemocy.
Ale flirt z ONR ma czemuś służyć. Odziały WOT nie stanowią poważnej siły militarnej, natomiast do tłumienia rozruchów są po prostu stworzone.
Po co to robi? Dlaczego zamiast współpracy z UE proponuje utopijne teorie trój-morza? Dla czego nie chce przestrzegać Konstytucji, na którą przysięgali funkcjonariusze państwa.
Odpowiedź jest stara jak cywilizacja. Dla władz i szmalu.
Co my obywatele naszego kraju mamy robić, jak bronić wolności i naszych praw?
Niebo się chmurzy….

Deklaracja programowa PPS na wybory samorządowe 2018

PPS bierze udział w wyborach samorządowych w koalicji wyborczej SLD – Lewica Razem. Uważamy, że jedność lewicy w tych wyborach jest warunkiem przełamania neoliberalnego duopolu POPiS i jednocześnie walki o demokratyczną i przyjazną obywatelom Polskę. Członkowie i sympatycy PPS startując na listach koalicji zachowują swoją tożsamość ideową i będą walczyć w samorządach o realizację tych idei.

 

Nasza Polska

Chcemy Polski w której:
• zaspakajanie potrzeb społeczeństwa jest nadrzędne nad doraźnym zyskiem,
• dba się o godność obywatela i obowiązuje równość praw w każdej sferze zarówno politycznej, społecznej i gospodarczej – niezależnie od posiadanego majątku, pochodzenia, przynależności partyjnej, wyznawanej religii czy preferencji osobistych,
• nie ma ludzi wykluczonych z pełnego udziału w życiu społeczeństwa z uwagi na bezrobocie, bezdomność , niesprawność czy bezradność,
• religia jest sprawą prywatną obywateli i obowiązuje całkowite oddzielenie Państwa i Kościoła we wszystkich sferach w tym edukacji młodzieży i gospodarce.

Chcemy państwa które:
• zadba jednakowo o zdrowie każdego obywatela
• zapewni dobre i jednakowe warunki do nauki i wypoczynku dla każdego dziecka,
• zagwarantuje każdemu młodemu jednakowe warunki startu życiowego, a każdemu seniorowi możliwość godnego życia,
• zapewni rodzicom pomoc w wychowaniu dzieci z jednoczesną możliwością kontynuacji kariery zawodowej
• w którym przestrzegana będzie zasada: każdemu według zasług i od każdego według jego możliwości,
• w którym polityka historyczna służyć będzie prawdzie, a nie podziałom.

Chcemy Polski obywatelskiej i samorządnej, w której samorządy, wybrane demokratycznie, reprezentują w pierwszej mierze interesy swoich wyborców, a nie władzy centralnej czy partii, które ich desygnowały.
Jakie działania obiecują nasi kandydaci startujący w wyborach samorządowych.
Realizując nasze idee społeczeństwa obywatelskiego:
• stworzymy mechanizmy partycypacyjne umożliwiające prawdziwy udział mieszkańców w zarzadzaniu poprzez m.in. poprzez
• konsultacje społeczne i wysłuchania publiczne dotyczące podstawowych decyzji, w tym planów zagospodarowania, planów inwestycyjnych i priorytetów budżetu miasta, dzielnicy, gminy, powiatu,
• dążyć będziemy do podniesienia podmiotowości samorządów w zakresie dysponowania budżetem i decyzji dotyczących bezpośrednio obywateli,
• zadbamy o zrównoważony rozwój miast, gmin i powiatów, tak aby wszyscy mieszkańcy korzystali z ich rozwoju,
• rozszerzymy możliwości integracji sąsiedzkiej tworząc Kluby Osiedlowe w zasobach komunalnych i współpracując w tym zakresie z Samorządami Spółdzielni Mieszkaniowych, organizować będziemy imprezy integracyjne dla mieszkańców,
• postawimy na fachowość i nowoczesność w obsłudze mieszkańców przez Urząd i podległe placówki zwiększając zakres spraw załatwianych przez internet oraz zwracając uwagę na bezstronność, uczciwość i podnoszenie kwalifikacji urzędników,
• nie zgodzimy się na przekształcanie przedsiębiorstw komunalnych w spółki prawa handlowego – ich zadaniem jest obsługa mieszkańców, a nie generowanie zysku.

Dbając o godny poziom życia mieszkańców będziemy wspierać:

rodziców i osoby samotnie wychowujące dzieci poprzez:
• dodatki samorządowe dla pierwszego dziecka
• bezpłatne żłobki i przedszkola
• opiekę nad dziećmi poprzez tworzenie nowych żłobków i przedszkoli, a do czasu Ich powstania wspierać opiekę nad najmłodszymi w formie klubów dziecięcych i dziennych opiekunów, – uczniów zapewniając:
• darmowe przejazdy do szkoły dla wszystkich uczniów
• bon w wysokości 500 zł dla dzieci rozpoczynających naukę w I klasie szkoły podstawowej,
• drugie śniadanie dla malucha w klasach 1-3
• wsparcie dla szkolnictwa zawodowego tworząc atrakcyjne kierunki kształcenia,
• dofinansowując nowoczesne wyposażenie szkół zawodowych oraz tworząc nowoczesne doradztwo zawodowe; wykorzystując w tym celu regionalne programy operacyjne i współpracując w tym zakresie z przedsiębiorcami,
• darmowe korepetycje i zajęcia pozalekcyjne, szczególnie dla uczniów pochodzących z rodzin niezamożnych,
• lekcje etyki w każdej szkole,
• dofinansowanie dla bibliotek szkolnych i młodzieżowych oraz dostępu do Internetu,

emerytów poprzez m.in.:
• dopłaty do energii (elektryczność. ogrzewanie , gaz),
• dodatkowe formy aktywności np. tworząc nowoczesne Domy i Kluby Seniora oraz wspierając woluntariat pomocowy,
• przeciwdziałanie wykluczeniu informatycznym ułatwiając dostęp do komputerów i prowadząc szkolenia;

Osób ubogich poprzez:
• rozszerzenie programów pomocy społecznej i programów integracji sąsiedzkiej na rzecz rozwoju społeczności i pomocy słabszym oraz programy wychodzenia z bezdomności,
• budowę mieszkań komunalnych i socjalnych o odpowiednim standardzie,
• budowę komunalnych schronisk dla bezdomnych i bezpłatne korzystanie przez nich z łaźni miejskich.

W celu polepszenia opieki medycznej w ramach możliwości prawnych i kompetencji jednostek terytorialnych podejmiemy następujące przedsięwzięcia:
• bezpłatne badania i szczepienia, a w szczególności:
– badania wad postawy u dzieci
– badania w celu wczesnego wykrycia chorób kobiecych i męskich,
– szczepienia przeciwko grypie,
• zapewnimy opiekę dentystyczną w każdej szkole,
• finansowanie zabiegów „in vitro”
• edukację seksualną w ramach gminnych programów zdrowotnych,
• darmowe poradnictwo dotyczące sposobów zapobiegania ciąży, chorób przenoszonych droga płciową, włączając w to recepty na środki antykoncepcyjne
• wsparcie dla podmiotów leczniczych, w których zgodnie z obowiązującym prawem przeprowadza się w uzasadnionych przypadkach zabieg przerywania ciąży.
Przeciwstawiamy się przekształcaniu publicznych placówek ochrony zdrowia w spółki Prawa handlowego.

Dbając o powszechny dostęp do dóbr kultury, nie obarczony preferencjami ideologicznymi i religijnymi będziemy organizować:
• bezpłatne pokazy filmów w plenerze latem a w pozostałych okresach w Domach Kultury,
• pokazy filmów z czasów PRL i starych filmów dokumentalnych, połączone z dyskusją w intencji odkłamywania historii,
• konkursy filmowe, fotograficzne, rysunkowe dla dzieci dotyczące spraw i wydarzeń lokalnych (np. historia dzielnicy, szkoły, ulicy itp.),
• spotkania z ciekawymi ludźmi – mieszkańcami jednostki samorządowej
Obiecujemy wrażliwość na bieżące potrzeby i postulaty obywateli.

Mirosław Nizielski

Przewodniczący Centralnego
Komitetu Wykonawczego PPS
Kandydat do Rady Warszawy z Ursynowa 3 miejsce na liście SLD – Lewica razem

Bóg zapłać

Nie ma większej kary dla przedstawicieli stanu duchownego jak kary materialne, bo nie znam ludzi bardziej czułych na zapach mamony. Sąd w Poznaniu zasądził od tzw. Towarzystwa Chrystusowego milion złotych na rzecz kobiety, która jako 13-latka była więziona i gwałcona przez księdza z tegoż środowiska.

 

Jak na warunki amerykańskie czy irlandzkie ta kwota by nie powalała (tam z powodu wysokości odszkodowań bankrutują parafie), ale jak na Polskę odszkodowanie za taką formę obcowania z Chrystusem ten milion stanowi kwotę bajońską. A skoro niejaki ksiądz Żak, oddelegowany przez Episkopat do zajęcia się pedofilią w zacnych szeregach kapłańskich stwierdził, że nie ma powodu by uważać, że skala pedofilii w kościele katolickim w Polsce jest mniejsza niż w amerykańskim czy irlandzkim, to może się zacząć wielu klechom gotować koło dupy. Trudno dziś przewidzieć, czy po poświęcone miliony staną niebawem w kolejce kolejne ofiary molestowania, ale wykluczyć takiego przebiegu zdarzeń nie można. Korwin-Mikke stwierdził nawet z właściwą sobie szczerością coś, czego sens jest taki, że teraz łóżka księży zaczną się cieszyć szczególnie wielką frekwencją, i tą aktualną i tą retro. Życzę tego Kościołowi kat. w Polsce z całego serca, bo jak wiadomo „res sacra miser”. Będzie to też oznaczało, że będzie worek wart rozporka. W końcu, zgodnie ze znaną formułą kościelną, zapłaci Bóg czyli wierni, bo z czyich datków został w końcu uzbierany ten milion, którego wypłata została zasądzona, na razie nieprawomocnie, jak nie z datków wiernych?

 

Uświęcanie w pendolino

Jestem często pasażerem kolei, w tym składów pendolino. I właśnie pendolino upatrzyli sobie katoliccy kaznodzieje na miejsce indoktrynacji pasażerów. Ostatnio doświadczyłem tego naocznie właśnie jako pasażer. Próbowano mnie tam molestować emitowanymi ze specjalnych ekraników treściami dewocyjnymi, w tym „dziękczynieniami z Maryją i ojcem Pio za spuściznę wiary” z okazji jakiegoś zlotu modlitewnego oraz „dziękczynieniami za spuściznę wiary Czechów, Węgrów i Polaków”. W tym drugim dziękczynieniu zawiera się bezdenna ignorancja jego autorów, ponieważ Czesi są najbardziej zlaicyzowanym narodem w Europie i in gremio nienawidzą katolicyzmu i religianctwa w ogóle jak wściekłej bestii. Przypomina się tu pewien urzędujący obecnie wiceminister sprawiedliwości, który znalazłszy się swego czasu w Czechach w święto Bożego Ciała szukał biedaczek ulicznej procesji aby się do niej dołączyć. Daremnie, jak można się domyślić. Odwracałem oczy od ekranu jak mogłem, ale nigdy nie da się uniknąć choćby chwilowego kontaktu z ekranem. Do celu dojechałem z ponad półgodzinnym opóźnieniem, co jest w PKP niezmienną normą nie od dziś, tyle że miała być „dobra zmiana”. Te dziękczynienia w pociągu nic zatem nie dały, przynajmniej pasażerom.

 

Prawda czasu, prawda ekranu

A skoro o ekranach mowa, to abepe Głódź ofiarował niedawno „pierścień Inki” prezesowi TVPiS Jackowi Kurskiemu w nagrodę „za prawdę”. Na pierścieniu jest napis: „Tak trzeba” „Zaprawdę powiadam wam, że ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział” – chciałoby się dodać formułę znaną z nieśmiertelnego „Misia”, filmu uchodzącego za satyrę na PRL, ale nabierającemu dziś nowej, bardzo świeżej aktualności. Prawda czasu nawiązała łączność z prawdą ekranu także w „Polsacie”. PiS wziął Polsat, bo Solorz ma konieczność dealu z państwem. To, co można było do tej pory jedynie dedukować z treści emitowanych w politycznym serwisie Polsat News i z polsatowskich głównych „Wydarzeń”, przestało być już tajemnicą poliszynela, a stało się faktem publicznie ujawnionym. Pisówka Dorota Gawryluk rządzi już niepodzielnie przekazem treści politycznych. Gdy zobaczyłem kilka dni temu „Wydarzenia” rozpoczynające się od triumfalnego sondażu przedwyborczego zapowiadającego wielkie zwycięstwo PiS, następną wiadomość dotyczącą ogromnej odszkodowawczej dotacji rządu dla rolników, a trzecią o wspaniałym rozwoju polskiej armii, zaś wieczorem „skandalistą” u Agnieszki Gozdyry okazał poczciwy kabareciarz śląski Krzysztof Hanke czyli Bercik z serialu „Święta wojna” zrozumiałem, że „dobra zmiana” wzięła już „Polsat” w swe objęcia. Tylko co na to widzowie? Czy zechcą oglądać TVPiS 2.

 

Pod znakiem Kalego

Większych niż PiS mistrzów politycznej obłudy w Polsce nie ma. Pisowska władza nasyła policję na głoszących hasło „konstytucja” (ostatnio atakują też Ratusz warszawski za przyzwolenie na przyodzianie w koszulkę z takim napisem króla Zygmunta z jego słynnej kolumny), a jednocześnie TVPiS roztkliwia się nad losem plastyka, którego podobno władze miejskie w Warszawie szykanują za wystawienie w miejskiej przestrzeni antyniemieckich billboardów. PiS wciela w życie zjawiska, które George Orwell ukazał w „Folwarku zwierzęcym”. Redaktor Eryk Mistewicz, specjalista od marketingu politycznego uparcie powtarza swoją formułę o dobrze ułożonej narracji, spójnej, atrakcyjnej opowieści jako o najważniejszym narzędziu skutecznej polityki i przynajmniej w odniesieniu do PiS ma pełną rację. PiS wykorzystał wiedzę o ludzkim infantylizmie, w tym w szczególności o infantylizmie Polaków i zbudował narrację, w którą pragnie wierzyć pokaźna ich część. Odwołuje się ona do archetypicznych marzeń i wyobrażeń dziecięcych czerpanych z baśni i bajek o złych czarodziejach i dobrych wróżkach, o złym wilku i czerwonym kapturku, o złych siostrach i szlachetnym, uciśnionym Kopciuszku. Zazwyczaj nawet nie zdajemy sobie sprawę, jak dziecinne, jak infantylne jest społeczeństwo dorosłych, zwłaszcza w Polsce. Pewien Duńczyk po powrocie z podróży do Polski, zapytany o wrażenia powiedział, że po powrocie do ojczyzny odniósł takie, że z placu zabaw opanowanego przez dzieci z ADHD powrócił do spokojnego biura.

 

O dupę potłuc

Do sondaży nie mam już ani cierpliwości i krzty zaufania. Jednego dnia rządowy CBOS podał, że PiS poszybował do 43 procent, pozwalających mu a poza nim do parlamentu wejdą PO i Kukiz ’15, a następnego Kantar Millward Brown podał, że poza PiS z 38 procentami i PO z 18 procentami, znajdą się w nim jednak także SLD, PSL, a nawet partia Wolność, a Kukiz ’15 akurat nie. I bądź tu mądry i pisz wiersze. Trudno uwolnić się od wrażenia, że o ile jeszcze 20 czy nawet 10 lat temu wyniki badań opinii publicznej dotyczące preferencji politycznych i wyborczych pełniły niemal wyłącznie rolę termometru, testu informującego o stanie rzeczy, o tyle od kilku lat wykorzystuje się je jako pejcz do bicia przeciwnika politycznego. O dupę można je więc potłuc.

 

Polexit – krok pierwszy.

Pisowska KRS została zawieszona w członkostwie europejskiej struktury do których przynależała. Powiada się, że PiS chce wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej, czemu PiS gwałtownie zaprzecza. Otóż PiS ma poniekąd rację. Nie chce wyprowadzić. Nigdy się o to do UE nie zwróci. Po prostu wykonuje wszystkie niezbędne czynności, żeby w końcu to UE wyrzuciła nas ze swoich szeregów. Chce wyjąć te kasztany z ognia cudzymi rękami i powiedzieć: „To oni”.

Nasz cel

…to zwycięstwo nad PiS dewastującym Polskę i jej demokratyczny system prawny.

 

Aby zwyciężyć, potrzebna jest silna motywacja i mobilizacja wszystkich możliwych do użycia sił i środków w decydującym starciu z przeciwnikiem. Partia rządząca nastawia przeciwko sobie nie tylko całe grupy społeczne, lecz i rodziny, a nawet poszczególne osoby. Wspiera ideologię faszyzmu i mobilizuje Kościół w misji zakłamywania świata i odwracania znaczenia słów. To nie są puste wyrazy, to wielkie niebezpieczeństwo dla naszego życia prywatnego i naszej rzeczywistości społecznej i międzynarodowej. PiS zdobył władzę na skutek manipulacji i bezprawnie zawłaszczył dla siebie wszystko, co mógł. Kieruje nas w stronę izolacji międzynarodowej i wojny. Problem jest jednak w tym, że tak niewielu z nas to rozumie i potrafi w fałszywym przekazie propagandowym, oferowanym Polakom na niewiarygodną skalę, wyłowić prawdziwy sens i drogę, którą idziemy ku zagładzie, ciemnocie i wstecznictwu. Nauczeni tragiczną historią, protestujemy pokojowo. Nie chcemy polskiej krwi na ulicach, mordobicia i ZOMOwskich pał. Walczymy przekazem do ludzi myślących, napisem „konstytucja”, okrzykami: „kłamiesz i będziesz siedział”. Naprzeciwko nas stają uzbrojone zwarte oddziały resortów siłowych, faszyści, urzędnicy władzy i masowa propaganda, uchodząca za katolicką i publiczną. Używają przeciwko nam wszystkich możliwych środków propagandowych. Najwyższe władze państwowe z lubością ubliżają nam, wspierając ruchy faszystowskie, zastraszając spisywaniem bez powodu przez policję. PiS-owska władza wywiera presję na sędziów i grozi im odpowiedzialnością za ferowanie wyroków zgodnych z Konstytucją RP; wyroków niewygodnych władzy, która ustawę zasadniczą gwałci każdego dnia. Zasadą stało się to, że nie ściga się członków PiS i osób wspierających, którzy nie tylko ubliżają, ale stosują przemoc fizyczną w stosunku do opozycji. To nie są żarty, to śmiertelna gra o zmianę systemu wartości, na jakich opiera się nasz kraj. To izolacja międzynarodowa Polski i rodzący się terror wewnętrzny ze strony tych, których Jarosław Kaczyński nazywa „rasą panów”, cokolwiek by to miało znaczyć. W tej sytuacji podjęcie walki przez społeczeństwo demokratycznego państwa prawa z rodzącą się dyktaturą PiSiewiczów wydaje się być konieczne i raczej nieuniknione.
Jeśli nie chcemy być niewolnikami tej dziwnej rasy kłamców, musimy podjąć walkę wszyscy, tym bardziej, że chodzi o walkę pokojową. Władza dysponuje tysiącami wysoko opłacanych członków służb, zapleczem technicznym i propagandowym, aby opozycję podsłuchiwać, kontrolować i skutecznie skłócać. Nie możemy ulegać wpływom tych, którzy nas dzielą, rozsiewają plotki i oskarżają. Mamy prawo do obywatelskiego sprzeciwu wobec niszczenia demokratycznego państwa prawa. Nie mamy doświadczenia, nie jesteśmy odporni na to działanie i większość z nas nie zdaje sobie nawet sprawy ze skali tego zniszczenia, jakie płynie ze strony obozu władzy, produkującego na masową skalę fałszywe lub wyolbrzymione problemy, dzielące i skłócające istotne grupy opozycyjne. (Inną sprawą, jest ego poszczególnych liderów, ale o tym innym razem). W tej sytuacji zbliża się bitwa o głosy wyborców. Bitwa, w której partia rządząca zmienia reguły i przygotowuje się do wygrania wyborów nawet za cenę fałszerstw. Naszym zadaniem jest niedopuszczenie do tego i wygranie wszystkich wyborów – zarówno tych do samorządów, parlamentu europejskiego, sejmu i senatu, jak również prezydenckich. Wygrać – to znaczy pozbawić PiS wpływu na nasze życie i osądzić tę partię za przestępstwa. Jeśli tego nie zrobimy, to za następne 4 lata (ba, nawet szybciej) będziemy mieli inną konstytucję, sankcjonującą dyktaturę wyznaniową i wschodni system wartości, tak różny od naszego – zachodniego. To nie są żarty, to nie gra, to cena naszej wolności. To śmiertelna rywalizacja, która dla rządzących znaczy tyle, co prawo do okradania obywateli na niebotyczną skalę, korzystania z wpływów i bezkarności, a w razie przegrania wyborów – osądzenia i groźby skazania nas za zdradę narodową. W tym kontekście każde dzielenie opozycji jest zbrodnią przeciwko demokracji. Szukajcie tego, co nas łączy, schowajmy animozje i fochy. PiS dostatecznie nas podzielił. Zwyciężyć możemy zespalając siły w decydujących starciach o przestrzeganie prawa i o sprawiedliwość w naszym wspólnym kraju.

Memento dla wszystkich

Przed zbliżającymi się, pozbawionymi niezbędnej głębszej refleksji, obchodami 100-lecia niepodległości należy wiedzieć, że jesteśmy na najlepszej drodze ku kolejnej jej stracie.

 

W początkowych latach III Rzeczpospolitej, w jednym z pierwszych numerów „Nie” Jerzy Urban pisał – oceniając ówczesną politykę – że nowi włodarze naszego kraju doprowadzą do sytuacji, w której powtórzy się tragiczna historia, a podzielona Polska znajdzie się pod protektoratem obcych. Wtedy, pomimo krytycznego oglądu postsolidarnościowej władzy, i mnie, i zapewne innym czytelnikom, powyższa prognoza wydawała się co najmniej przesadzona, i traktowałem ją tylko jako bardzo mocny, protestacyjny głos publicysty. Samospełniającym się proroctwem, w myśl niektórych socjologów, ta wizja niewątpliwie nie była, ale jednak…

 

W swoim czasie

szczekaliśmy na siebie, jak to lapidarnie określił, podczas naszego spotkania, prof. Andrzej Romanowski. Dziś każdą jego prasową wypowiedź, podobnie jak Bronisława Łagowskiego i Ludwika Stommy, czytam z wielkim zainteresowaniem, bowiem przynoszą nie tylko myśli poparte głęboką wiedzą i żelazną logiką, ale także wyrażają, tak rzadko okazywaną wśród polskich intelektualnych elit, odwagę w nazywaniu po imieniu rzeczy oczywistych.
Na przykład – warto przypomnieć – Andrzej Romanowski uważa, że „wszelka sensowna dyskusja… musi zacząć się od przyjęcia tezy o historycznej zasłudze polskich komunistów. Bo tylko oni – namiestnicy Stalina – mogli zbudować powojenne państwo polskie”.
Opublikowany w ostatnim sobotnio-niedzielnym magazynie „Gazety Wyborczej” esej Profesora pt. „Jak zepsuliśmy polski zegarek” powinien być powszechnie czytany, przede wszystkim na zapełnionych sejmowych i senackich salach oraz w siedzibach wszystkich polskich partii i ugrupowań politycznych. Niestety nie można liczyć na Kościół katolicki, którego cele – pisze Romanowski – niekoniecznie są zbieżne z polską racją stanu. No i także na beneficjentów różnych 500+,300+ oraz wszystkich innych+, i tych pozostałych, którym takie rozważania przeszkadzają w konsumpcji piwka.

 

Pierwsza konstatacja

prezentowanego tekstu dotyczy współczesności: „Bo czegoś takiego jak III Rzeczpospolita nigdy nie zaznaliśmy. Państwo przedrozbiorowe miało granice wschodnie dość płynne, a było niemal wyłącznie domeną szlachty. Państwo międzywojenne po rozstroju sejmowładztwa prowadziło dyktaturę. Obie te Rzeczpospolite padły łupem sąsiadów. Państwo powojenne, noszące od 1952 r. nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa, nie stało się przedmiotem obcej agresji, wykazało ponad dwa razy dłuższą trwałość niż Polska międzywojenna, a kształt terytorialny przekroczył czas jego istnienia. Ale było to państwo niesuwerenne, z egzotycznym ustrojem, strzeżone przez potężnego hegemona, państwo partii. Wcześniejsze zaś polskie państwa kadłubowe – Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie – byty zależne od woli mocarstw i upadały wraz z wojnami czy powstaniami. Na takim tle III RP doprawdy nie miała konkurencji. A i sukces, jaki osiągnęła, był na miarę tysiąclecia”.
Współczesna Rzeczpospolita była niewątpliwie historyczną szansą Polaków, acz niestety przez nich samych, konkretnie przez postsolidarnościowe rządy i prawicę, częściowo tylko wykorzystaną, za przyczyną kolejnych ideologicznych dogmatów i politycznych fobii. Narodziła się, jak poprzednio w 1918 roku, w wyjątkowo sprzyjających międzynarodowych okolicznościach, ale i dzięki nadzwyczajnemu gremium postaci – co prawda z odmiennych czy nawet wrogich obozów politycznych – dostrzegających jednak ten moment, w którym można i należy zacząć zaprowadzać inny porządek na naszej ziemi. Świadomość wyczerpania się wcześniejszych atutów Polski Ludowej i obowiązującej ideologii była powszechna nie tylko w licznych kręgach władzy, a socjaldemokratyczny kierunek przemian został zaakceptowany przez zdecydowaną większość aktywnych członków rozwiązywanej PZPR.
Nadzieję na lepszą Polskę mieli wiec nie tylko byli opozycjoniści, czego nie dostrzega się i o czym tak niewiele dziś się mówi. Niestety, poza niewątpliwymi osiągnięciami III RP, za dużo było w niej niespełnionych obietnic, nieprawości, łamania prawa, rozlicznej ekonomicznej prywaty i najzwyklejszej społecznej znieczulicy. Nie wystarczyło dla jej sukcesu zaklinanie rzeczywistości ciągle powtarzanym hasłem o odzyskanej wolności.

 

Przyczyn aktualnej

sytuacji w Polsce poszukuje autor w szerokiej panoramie historycznej, sięgającej czasów średniowiecza, w okresach późniejszych i w szczególnych losach tej części Europy, nie będącej ani jej zachodem, ani też wschodem. Przywołuje także liczne, minione głosy ostrzeżenia o „polskiej młodości i kruchości”, zagrażającym jej dalszemu istnieniu. Opisując bardzo niepochlebnie fenomen i stan PiS-owskiego sukcesu odczytuje go również, co zresztą stanowi kontynuację rozważań sprzed wielu lat, w szczególnych cechach Polaków, potwierdzonych licznymi, także zagranicznymi, krytycznymi opiniami. Kończy te rozważania słowami: „Ale jest też PiS partią gorszą, bo ustrój wodzowski jest tu posunięty dalej niż w PZPR, a opresja płynie z wewnątrz, z samych narodowych trzewi. Wobec komunistycznej indoktrynacji można było zatkać uszy jako przed czymś obcym i narzuconym, można się było przed nią schronić w kościele. Przed indoktrynacją PiS-owską nie ma schronienia. No i komuniści – cokolwiek powiedzieć – rządzili się racją stanu państwa, które zostało im dane. PiS, deklamując o państwie i narodzie, okazuje się antypaństwowy i antynarodowy równocześnie”.

 

Druga konstatacja

dotyczy więc naszych perspektyw: „A przecież przed 30 prawie laty ofiarowano nam więcej niż złoty róg w „Weselu”. Uzyskaliśmy niemal za darmo, bez kropli krwi, niepodległość i demokrację, przyjazne granice, NATO i Unię Europejską. Dziś własne, polskie ręce rozmontowały najlepszą Rzeczpospolitą w polskich dziejach. Nie mając pod ręką państwa zaborczego, podniesiono rękę na państwo własne. Gdy więc horyzont polityczny ostatecznie się zachmurzy, gdy Tramp porozumie się wreszcie z Putinem, to przynajmniej nie krzyczmy, że Europa nas zdradziła. Europę zdradziliśmy my sami. Europa, tak zresztą jak Polska, okazała się dla Polaków zbyt trudnym wyzwaniem”.

 

Toczący się z wielkim sukcesem

sondażowy walec Prawa i Sprawiedliwości wywołuje, co zrozumiałe, takie właśnie ponure prognozy i, bardzo możliwe, jeszcze gorsze perspektywy. Stanowiąc protest przeciw obecnej polskiej rzeczywistości mają zachęcić innych – przede wszystkim inteligencję, klasy średnie, ludzi młodych (bo nie robotnicy i chłopi czytają ten tytuł) – do antypisowskiego czynu, gdyż w przeciwnym razie Polska może przestać istnieć nie tylko jako państwo demokratyczne ale i suwerenne.
Natomiast Witold Gadomski w swoim czasie napisał, że uwzględniając zasadnicze podziały w opozycji, nie wierzy w żaden wspólny, zorganizowany ruch antypisowski, a szansę na zwycięstwo widzi w destrukcji i rozpadzie Zjednoczonej Prawicy. Biorąc pod uwagę deklarację Jarosława Kaczyńskiego, iż nie wybiera się na polityczną emeryturę, przyjdzie nam jeszcze długo czekać na ten rozkład PiS, jeśli w ogóle my go doczekamy.

 

Mimo tych niepocieszających przewidywań

rodzi się w Polsce bardziej optymistyczna realność, oparta na poszukiwaniu przyczyn obecnego stanu rzeczy. Robert Biedroń mówi: „Chcę, żeby ludzie poczuli, że nie jesteśmy już na zawsze skazani na tę alternatywę, którą znamy. Czyli że albo będzie tak, jak dotąd mówiła opozycja: będziecie mieli wolność, ale jesteście zdani tylko na siebie. Albo jak to, co proponuje obecna władza: damy wam wsparcie materialne, ale odbierzemy wam wolność i wszystko w państwie będzie tak, jak my chcemy. W 2018 roku Polki i Polacy zasługują na jedno i drugie – godne warunki materialne i osobistą wolność. I że nie musimy ciągle patrzeć na tę polityczną jatkę, lecz możemy się zająć wprowadzaniem nowych pomysłów i rozwiązań, które poprawią nasze życie.” I dodaje: „Polacy jednak umieją ważyć, co jest dla nich ważniejsze: czy autorytaryzm w imię ochrony tradycyjnych wartości i tożsamości, czy europejska stabilizacja i bezpieczeństwo. Wiedzą, że skoro stoję w obronie geja lub feministki, to stanę też w obronie wyrzuconych z pracy”.

 

Silny samorząd, demokratyczna Polska

to hasło wyborcze SLD-Lewica Razem, ale równie celnym jest stwierdzenie Włodzimierza Czarzastego: „Uważamy, że nie może być tak, że jedynym spoiwem budowania jakiejkolwiek koalicji jest nienawiść do PiS. Uważamy, że przyszłość Polski, sposób w jaki będzie wyglądała programowo, jest ważniejsze niż nienawiść… w Polsce toczy się dyskusja czy mają być dwa bloki – PiS i anty-PiS, czy oparty na programach model trzech bloków – PiS-owski, chadecko-liberalny pod przywództwem Platformy Obywatelskiej i socjaldemokratyczno-progresywny. Każdy ma prawo do swojej drogi. My, SLD Lewica-Razem opowiadamy się za tym drugim rozwiązaniem, opartym na systemie wartości, na wizji państwa, na przyszłości Polski” – zadeklarował Czarzasty. Ponadto skierował także ofertę pomocy Robertowi Biedroniowi, o ile ten stworzy program lewicowy i będzie chciał stanąć na czele ruchu lewicowego.

 

A może jednak nie jest

z tymi Polakami najgorzej, bowiem nie raz dowiedli, i niekoniecznie w walce, że potrafią zbudować Gdynię i Centralny Okręg Przemysłowy, ale także odbudować kraj po straszliwych pożogach, dwukrotnie scalić Polskę w nowych granicach, dokonać wielkich dzieł oświatowych i industrialnych, ale także zachować umiar, odpowiedzialność i narodowe porozumienie. Miejmy więc nadzieję, że gorsze pisowskie zło nie wyprze na dłużej lepszego, polskiego dobra.

 

Ps. Tekst prof. Romanowskiego opatrzony jest informacją, że poleca go redaktor Adam Michnik, zapewne nadal nie świadom, że do aktualnego, naszego bagna pośrednio się także przyłożył ze swoją gazetą.

Gmyzy i klerykalne szlampy

Księża pedofile poza rejestrem pedofilskim i odebranie sprawy prokuratorowi prowadzącemu śledztwo w sprawie Cezarego Gmyza, który znieważył Pierwszą Prezes Sądu Najwyższego – oto państwo PiS, a to tylko okruchy z wielkiej piramidy.

 

Dlatego wszyscy, którzy przyczynią się do tego, że opozycja pójdzie do wyborów rozbita są po prostu głupcami i samobójcami.

 

Tablica z „solidarnościowej” wazeliny

Niektórzy dyktatorzy bywają skromni. Stalin na przykład nosił kurtkę bez orderów i dystynkcji, podczas gdy jego generałowie i marszałkowie uginali się pod kiściami medali. Jarosław Kaczyński, któremu rzecz jasna daleko do Generalissimusa, zabronił eksponowania jego wybitnej roli w strajku w Stoczni Gdańskiej w 1988 roku. A może nie o skromność chodziło?
Na tablicy, którą chciała zainstalować stoczniowa „Solidarność” stać miało, że bracia Kaczyńscy „przebywali w czasie strajku w stoczni”. Przebywali? To brzmi nader dwuznacznie, bo co to znaczy „przebywali”? I co robili? Po co, dlaczego, w jakim celu, kto za tym stał? W każdym razie do śmieszności było o pół kroku, ale ktoś przytomnie doniósł Prezesowi i mimo, że słowo „przebywali” zamieniono na „brali udział w strajku”, ten zaoponował i tablicy nie będzie. Stoczniowa „Solidarność” to w tym przypadku niejaki Karol Guzikiewicz, wyjątkowo wręcz obrzydliwy i katastrofalnie ograniczony umysłowo osobnik.

 

To jest dopiero nadzwyczajna kasta

W rejestrze szczególnie niebezpiecznych pedofili Ministerstwo Sprawiedliwości, czyli w tym przypadku konkretnie Ziobro i Jaki, nie pomieściło klechów. Który to już przykład (PiS nie jest tu niestety wyjątkiem) robienia „świętych krów” z przedstawicieli tej „nadzwyczajnej kasty”, funkcjonariuszy pasożytniczej organizacji, którą w końcu, po znoszeniu przez stulecia ohydnej, wielopostaciowej opresji, pogonili precz Irlandczycy. To, że w Polsce podobne pogonienie dotąd się nie dokonało oznacza hańbę domową.

 

Gmyz pod ochroną

Jednak skromność w formie nie oznacza braku dyktatorskich praktyk. Korespondent TVPiS w Berlinie Cezary Gmyz nazwał profesor Małgorzatę Gersdorf niemiecką obelgą „szlampa” (polskie odpowiedniki to „zdzira”, „szmata”) . Jedynie prezes Kurski dla picu „ukarał” go upomnieniem czy naganą, ale jako jego przełożony po prawdzie nie bardzo mógł się od tego wywinąć. Jednak po stronie PiS nie znalazł się nikt inny, kto by złożył przeprosiny, a poza tym nie wymusił na Gmyzie przeprosin Pierwszej Prezes.
Nie zdobył się na to także Kaczyński, znany galant damski i całuśnik rączek, a przy tym poniekąd kolega z podwórka Małgorzaty Gersdorf. Za to prokuratorowi Piotrowi Skibie z Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście-Północ, który z urzędu wszczął śledztwo w sprawie znieważenia I Prezes Sądu Najwyższego (jako konstytucyjnego organu władzy państwowej), zabrano sprawę, a jego samego przeniesiono do Prokuratury Rejonowej w Grodzisku Mazowieckim. Mamy tu wzorcowy przykład, w jaki sposób działa prokuratura znajdująca się niepodzielnie w rękach dysponenta politycznego.

 

Młody Morawiecki

A tymczasem Młody Morawiecki (MM) znów wykazuje się właściwą mu wyobraźnią i gdy kolejne grupy zawodowe zaczynają upominać się o podwyżki, znów wymachuje plikami banknotów, które rekordowo wpływają do budżetu. Wróciły one też do „Wiadomości” TVPiS i znów na ekranie furczą harmonijki banknotów lub migają foliowane paczki banknotów. Sam tego chciałeś Mateuszu Dyndało. A swoją drogą: znamienne, że PiS chętnie rozdaje socjal w taki sposób, by mu się to politycznie opłacało, ale już do podwyższania dochodów z pracy już tak się nie kwapi. Rozsądny socjal zawsze jest potrzebny, ale to praca jest źródłem dobrobytu. Jednak wiadomo dlaczego PiS serwując właśnie kolejne powszechne świadczenie w postaci wyprawkowego 300 plus tak postępuje. Właśnie po to, by mieć na takie wydatki.
Bo wydatki socjalne to w ogromnym stopniu kupowanie sobie wyborczego poparcia, a podwyższanie płac, to w ogromnym stopniu karmienie wrogów. Dlatego Młody Morawiecki nie chciał spotkać się z delegacją Związku Zawodowego Policjantów i miga się od spotkania z delegacją OPZZ. Nawiasem mówiąc to pierwszy premier, który odmawia spotkania z tą centralą związkową, bo nawet Szydło tak nie stawiała sprawy. „Pragmatyczny” rzekomo Morawiecki okazuje się najbardziej dogmatycznym politycznie i „antykomunistycznym” z dotychczasowych premierów prawolskich, bo przecież OPZZ to jak wiadomo „komuna”.

 

Krycha kontra gejowskie gniazdko

Na posiedzeniu tzw. Krajowej Rady Sądownictwa Krystyna Pawłowicz zdemaskowała gejowskie gniazdko w kręgu pisowskich kandydatów do Sądu Najwyższego. Pawłowicz, cokolwiek złego o niej powiedzieć, to typ tzw. szczerej baby, która mówi to, co myśli, co w sercu to na języku, więc źle pomyślała i źle powiedziała o doktorze Kamilu Zaradkiewiczu, kandydacie na sędziego SN, człowiekowi noszącemu w sobie jakiś silny „gen Judasza”. Najpierw latami służył prezesowi Andrzejowi Rzeplińskiemu w Trybunale Konstytucyjnym, a potem go zdradził dla PiS. Swego czasu dowodził, że z polskiej Konstytucji nie można wywieść zakazu maleństw jednopłciowych i partnerskich, a kilka dni temu, pod naciskiem Ziobry wyparł się tego jak przed chińskim sądem ludowym.
„Na potrzeby tego głosowania pan Zaradkiewicz wszystko powie i wszystko podpisze” – odparowała Ziobrze harda Horpyna polskiej polityki i choć nie sposób podzielić jej homofobicznych poglądów, to za tę odrobinę szczerości należy się jej całus (Jurek Owsiak: „Pani Krystyno, nich pani popróbuje seksu”).

 

Dzielenie skóry

A tymczasem rozkręca się dzielenie skóry na żywym grizzli. „Gazeta Polskiej Codziennie” sugeruje, że w przyszłym Sejmiku województwa zachodniopomorskiego może dojść do koalicji miedzy PiS a SLD, po temu pierwszemu zabraknie mandatów do samodzielnych rządów. Nie ma co mówić hop, zanim się nie przeskoczy, sondaże to tylko sondaże, ale pozostaje mieć nadzieję, że pomorskiemu SLD nawet do głowy nie przyjdzie wejście w taki układ.
SLD już omal nie umarł na amen z powodu zbyt silnego romansu z neoliberalizmem w latach 2001-2005. Drugiej śmierci SLD, tym razem z powodu romansu z prawicowym autorytaryzmem o klerofaszystowskim kolorycie już bym nie chciał obserwować.

 

Postulat na początek roku szkolnego

I na koniec, w związku z tym, że rozpoczął się rok szkolny – uwaga na temat ciężkiego losu polskich dzieci. Otóż w jednym z tytułów prasowych napisano, że Polska należy do tych krajów, w których początek roku szkolnego ma formę uroczystą, z fanfarami i werblami, dętymi, obłudnymi przemówieniami oraz galowymi strojami.
W Europie Zachodniej podobnego rytualizmu się nie uprawia, a Polska znajduje się z tego punktu widzenia w grupie krajów wschodnich, z Węgrami oraz krajami poradzieckimi, z Turkmenistanem włącznie. Jest nawet zauważalna prawidłowość – im bardziej na wschód, tym większa skłonność do wybujałego rytualizmu.
Pamiętam, że jednym z powodów dla których w dzieciństwie i młodości szkolnej nie lubiłem socjalizmu była głównie owa drażniąca obrzędowość w szkole i na uczelni, do której gorącą nienawiść od zawsze mam we krwi. Jeśli więc lewica wróci kiedyś do władzy, powinna zlikwidować te szumne początki i końce roku szkolnego. „Dość wiecowania. Czas wrócić do codziennej pracy” – jak wzywał kiedyś towarzysz „Wiesław”, a poza tym wszelka uroczysta obłuda, której młodzież w skrytości ducha nienawidzi, zawsze kieruje ją, prędzej czy później, przeciw Systemowi.

Z liścia

Ja w każdym razie fakt, że śląska pisowska szlampa „potraktowała z liścia” działaczkę Obywateli RP,  traktuję jako moralne przyzwolenie na to, by podobnie traktować wybranych, napotkanych na ulicy pisiorów i pisowskich pachołków.

 

Tym chętniej, że na rozmaitych forach pisowska hołota bije szlampie brawo i prosi o jeszcze, a Pawłowiczówna wezwała wojewodę dolnośląskiego by nie przyjmował dymisji szlampy, która biła „uniesieniu i rozpaczy”. No to co, oni mogą, a ja nie mogę? Przecież żyjemy w wolnym kraju. Jerzy Urban pisał w 1981 roku, że bije po mordzie żonę za noszenie znaczka „Solidarności” i z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać, że czynił słusznie, bo nie ma formacji współczesnej bardziej z ducha tamtej organizacji niż PiS.
I jak dziś widać jak na dłoni, nie Frasyniuk był klasycznym „solidaruchem”, ale takie paniusie jak ta bitna Arendt-Wittchen. PiS nie poczęło się – jak mawiają niektórzy – kilkanaście lat temu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Lecha Kaczyńskiego, lecz w łonie NSZZ „Solidarność”. Ja takich szlamp jak ta Arendt-Wittchen widziałem wtedy na pęczki.

 

Konie Kaliguli i inne aberracje

Zgodnie ze znanym powiedzeniem, że każda władza demoralizuje, a władza absolutna demoralizuje absolutnie, można już dostrzec w praktykach władzy pisowskiej krańcowe przejawy tak sformułowanej zasady. Obecnie jeszcze nie wszędzie, ale w resorcie Ziobra już tak. Esemesowe polecenie, z wieczoru na poranek, skierowane do prokuratur rejonowych w Gdańsku, by pilnie sporządzić listę sędziów „ostrych” i „łagodnych” w stosowaniu tymczasowego aresztowania, to jest przejaw aberracji i poczucia braku jakichkolwiek hamulców. To zachowanie w swojej ostentacyjności przypisać można do kategorii zbliżonej do mianowania konia senatorem przez cesarza Kaligulę. Wywnioskować z tego, w jakiej fazie siły jest pisowska władza, nie jest łatwo, bo tego typu zachowania zatrącające o ekstrawagancję bywają w fazach różnych. Bywa, że władza w upojeniu nowością robi takie rzeczy na początku, bywa, że kretynieje u schyłku i przypadek konia-senatora Incitatusa dotyczy Rzymu w takim właśnie okresie. A co do euforii i skretynienia, to warta odnotowania jest kolejna lewitacja Młodego Morawieckiego (MM). Znów unosił się on, tym razem na forum gospodarczym w Krynicy, nad kolosalnymi sukcesami polskiej gospodarki, wrzeszczał, że jesteśmy wzorem do naśladowania dla innych krajów Unii Europejskiej. W tym samym jednak czasie przedstawiciele pisowskiego aparatu muszą tłumaczyć się w Genewie z karygodnego sposobu traktowania niepełnosprawnych, a w wielu polskich szkołach uczniowie rozpoczynają zajęcia w warunkach, które – zdawało by się – przynależą już dość dawno do przeszłości. Są też jednak twórcze pisowskie rozwinięcia, jak choćby lekcje w hotelu czy rozpoczynające się po godzinie szesnastej i trwające do późnego wieczora. W tym też samym czasie minister edukacji Zalewska „Zębatka” serwuje publiczności, w odpowiedzi na najbardziej nawet niewygodne pytania dziennikarzy, iście budyniowy uśmiech, w którym prezentuje okazałość swojego uzębienia. W tej sytuacji taki boom gospodarczy można „o dupę potłuc”. Niezależnie od tego, trzeba odnotować, że przedwyborcze obietnice MM (Młodego Morawieckiego): Ciepły Dom, Domy Starców, Chodniki na Wsi, Szerokopasmowy Internet oraz Dworce Kolejowe i Lokalne Połączenia Autobusowe mogą świadczyć o tym, że obawia się on, że nawet jego Dumny i Wielki Budżet mógłby nie wytrzymać kolejnych Datków Dutków w postaci kolejnych Kwot Plus. Nic tak jednak nie przemawia do wszelakich beneficjentów jak konkretne „piniędze” do kieszeni, zwłaszcza że drożyzna zaczyna galopować, poseł Marek Jakubiak nabył kostkę masła za 10 złotych, a „pińcet plus” to już tylko najwyżej jakieś 450 plus. Wszystko inne, to wróbel na dachu, może być a może nie być, może być tu, a może być tam, kto to wie. Jakieś tam nowe dworce do niczyjej wyobraźni nie przemówią, a Domy Starców starców pozytywnie nie podniecą. Albo więc MM (Młodemu Morawieckiemu) kończy się kasa, albo chomikuje ją na czas najbardziej newralgiczny czyli na wybory parlamentarne jesienią 2019.

 

Przemyśl zaczął

Jak było do przewidzenia rozkręca się fala protestów grup zawodowych. Z samym początkiem września protest rozpoczęły pielęgniarki w Przemyślu i należy się spodziewać raczej rozszerzenia protestu na inne ośrodki niż jego ograniczenia. Przy okazji wyszło szydło z worka czyli kolejne pisowskiego kłamstwo. Oto odezwali się lekarze rezydencji, których głośny protest, zakończony porozumieniem Ministrem Zdrowia a raczej Ministrem Zawierzenia Łukaszem Szumowskim wydawał się być już wspomnieniem zamierzchłej przeszłości. Okazuje się, że obiecane im od lipca podwyżki wynagrodzeń nadal pozostają sennym marzeniem. Pisowskie kłamczuchy dość często stosują metodę obiecywania, by spacyfikować protesty, a potem tego nie realizują, zyskując przy tym kilka miesięcy czasu. Nie nowa to metoda władzy jako takiej, ale przecież żaden z rządów po 1989 roku nie chwalił się tak hałaśliwie sukcesami, cudem gospodarczym i wspaniałym stanem budżetu. Nawiasem mówiąc, dziwny jest ten brak prób połączenia protestów różnych grup zawodów medycznych. Fakt, że mają one inne postulaty, w tym formułują oczekiwania płacowe o różnej skali, nie jest przeciwwskazaniem dla wspólnego działania. Można działać razem w generalnie wspólnym celu, zachowując odrębność postulatów szczegółowych. Protest policjantów przejawia się na razie jedynie wysoką gorączką w postaci „strajku włoskiego” oraz poprzez policyjną pobłażliwość. Na razie dotyczy ona jedynie łagodnego traktowania kierowców przez „drogówkę” (patrz: film Wojciecha Smarzowskiego), ale to za mało. Związki zawodowe policjantów powinny też zrobić coś, aby tę łagodność okazali policjanci spod Sejmu, którzy już niebawem znów pojawią się w tym miejscu w liczbie prawdziwie imponującej, niczym jakaś ławica. Można się też niebawem spodziewać protestów nauczycieli zrzeszonych w ZNP. Biorąc zaś pod uwagę, że nastroje protestacyjne zawiązują się w kręgach profesji ważnych, w ten czy inny sposób, dla milionów obywateli (służba zdrowia, edukacja, policja), ich potencjał także polityczny jest bardzo duży. Władza PiS będzie to próbowała spacyfikować „groszowymi” podwyżkami w przyszłym, wyborczym roku, więc ich zaakceptowanie ze strony tych grup zawodowych byłoby z ich strony poważnym błędem.

 

Co nowego u ekstowarzyszy

Odezwała się ekstowarzyszka Jakubowska Aleksandra, okazjonalna co prawda, ale jednak komentatorka najbardziej czarnosecinnych mediów prawolskich. Tym razem w obronie Jakiego Patryka. Ekstowarzysz Kik Kaźmierz dawno już przestał być „zewnętrznym” komentatorem politycznym w pisowskich mediach, kimś w rodzaju pisowskiego „naszego czerwonego” (jak mawiają Jankesi: „To skurwysyn, ale to nasz skurwysyn”). Jest już gorliwym pisowskim propagandystą pełną gębą i bez osłonek. Ja bym powiedział tak: większość ludzi pezetpeerowskiej lewicy wydobyła się z totalizujących miazmatów tradycji realnego socjalizmu i wybrała w końcu wolność i demokrację, jak myślę, na ogół zupełnie szczerze. Są jednak i tacy, którzy jak Kik czy Jakubowska trwają przy tęsknotach do tych gorszych, niedemokratycznych, antywolnościowych tradycji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej (bo są i demokratyczno-wolnościowe) i stąd ich niepohamowana mięta do PiS.

 

Test intencji dopiero się odbędzie

Na koniec postulat pod adresem naszych Wiernych i Uważnych Czytelników z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Skoro tak skrupulatnie wymogli na „Dzienniku Trybunie” sprostowanie dotyczące kwestii konkursu na stanowisko dyrektora Instytutu Teatralnego imienia Zbigniewa Raszewskiego, to wypada mieć nadzieję, że ceniona przez środowisko teatralne obecna dyrektorka Dorota Buchwald pozostanie na swoim stanowisku w nowej kadencji. Fakt nieorganizowania konkursu na kilka miesięcy przed końcem kadencji obecnej to jeszcze nie wszystko.