Czy Polska pójdzie śladem Brazylii​

Program wspierania rodzin, długi okres szybkiego wzrostu produktu krajowego brutto, zdywersyfikowana gospodarka i rekordowo niskie bezrobocie. To nie Polska dziś, lecz Brazylia sprzed kilku lat.

Dla Brazylijczyków nadszedł powrót do szarej rzeczywistości po karnawałowych szaleństwach. Wieloletnia ekonomiczna fiesta zakończyła się w 2014 r. dotkliwą recesją pozbawiającą zatrudnienia 12 milionów osób i gwałtownym osłabieniem lokalnej waluty.
Coś poszło nie tak w największym kraju Ameryki Łacińskiej. Teraz, po największej w historii recesji, nastąpił czas wyrzeczeń, podwyższenia wieku emerytalnego i masowej prywatyzacji.

Bolesne przebudzenie

Zaskoczenie było tym większe, że kraj w okresie prosperity był dość często chwalony za granicą. Brazylia ma względnie zdywersyfikowaną gospodarkę, której eksport opiera się zarówno na żywności czy metalach przemysłowych, jak i sprzedaży produktów sektora motoryzacyjnego. Jest również trzecim na świecie dostawcą samolotów komercyjnych (embraery). Kto jest odpowiedzialny za załamanie koniunktury, masowe bezrobocie i niepewną przyszłość kraju?
W 1985 r. Brazylia wyrwała się z objęć wojskowej dyktatury, a w 1990 r. przeprowadzono bezpośrednie wybory parlamentarne. Początek lat 90. nie był stabilny dla gospodarki, którą nękała przede wszystkim bardzo wysoka inflacja.
Galopujące ceny udało się stosunkowo szybko zastopować i kraj wszedł na ścieżkę umiarkowanego wzrostu. Natomiast olbrzymim problemem Brazylii, podobnie zresztą jak innych państw tego regionu, były nierówności społeczne. Wtedy na arenę wkroczyła szeroko propagowana przez lewicowego kandydata na prezydenta idea niewielkich pieniężnych zasiłków dla rodzin.

Miłe złego początki

Luiz Inacio Lula da Silva (znany jako Lula) wykorzystał w kampanii wyborczej (2002 r.) pomysły dr Cristovama Buarque dotyczące warunkowych transferów pieniężnych dla rodzin. Program, nazwany Bolsa Familia okazał się olbrzymim sukcesem. Rodziny otrzymywały niewielkie kwoty pieniężne (równowartości ok. 50-100 zł) za to, że dzieci chodziły do szkoły czy regularnie badały zdrowie, a rodzice poprawiali kwalifikacje zawodowe i aktywnie szukali pracy.
Program sprawił, że Lula nie tylko został prezydentem, ale stał się bohaterem narodowym i ikoną prospołecznej polityki gospodarczej.
Pierwsze lata rządów Luli przebiegały względnie spokojnie. Wzrost gospodarczy kształtował się w okolicach 4 proc., inflacja nie była szczególnie wysoka, a kraj notował nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Do tego bardzo dobrze działał program Bolsa Familia, redukując nierówności społeczne.
Pewne wahnięcie popularności prezydenta nastąpiło przed wyborami w 2006 r. Wynikało ono z niewielkiej, jak się wtedy wydawało, afery korupcyjnej. Członkowie partii Luli mieli przekupywać parlamentarzystów w zamian za poparcie dla sprzyjających rządowi ustaw. Otrzymywali oni „mensalão”, czyli po portugalsku miesięczne wypłaty.
Afera finalnie nie zmieniła obrazu brazylijskiej sceny politycznej. Lula łatwo wygrał wybory i kontynuował swoje rządy. Jednak wydaje się, że to właśnie skandal mensalão był jednym z głównych katalizatorów katastrofy gospodarczej Brazylii niespełna dekadę później.

Czas na populizm

Chociaż mensalão nie przeszkodziło w karierze politycznej Luli, to jednak wpłynęło na jego politykę gospodarczą. – Po aferze w 2006 r. Lula przesunął się w stronę populizmu. Potrzebował poparcia, by nie być odsuniętym ze stanowiska – oceniała dr Monica de Bolle, czołowa brazylijska ekonomistka.
Populizm ów polegał m.in. na utrzymywaniu niezwykle hojnego systemu emerytalnego, którego świadczenia nierzadko przekraczały wynagrodzenia. Dodatkowo pracownicy sektora publicznego mogli przechodzić na emerytury w wieku dużo poniżej 60 lat (kobiety po 30 latach płacenia składek, a mężczyźni po 35, co oznaczało emeryturę nawet w wieku 50 lat). Rząd ochoczo (często o kilkanaście procent rocznie) podnosił minimalne wynagrodzenia, niezależnie od koniunktury.
Władze utrzymywały także bardzo silne więzy ze spółkami skarbu państwa. Przedsiębiorstwa publiczne miały dostęp do taniego finansowania z państwowych banków. Z kolei sektor prywatny miał znacznie mniejsze możliwości dostępu do kredytu, a jego inwestycje były wypychane przez krajowe molochy.

Suchą stopą przez kryzys

Brazylijski budżet praktycznie zawsze był konstruowany z uwzględnieniem deficytu sięgającego 3-procent PKB. Nie przeszkadzało to jednak, by dzięki wyjątkowo dobrej koniunkturze w 2008 r. finanse publiczne były niemal zbilansowane.
Wysoki deficyt nie przekładał się też na znaczący wzrost wskaźników zadłużenia. Gospodarka rosła stosunkowo szybko (4-5 proc. rocznie), więc mimo kwotowego wzrostu zadłużenia, relacje zobowiązań państwa w stosunku do PKB nawet malały. W rezultacie, na początku kadencji Luli wskaźnik długu do PKB wynosił 58,5 proc., a pod koniec tylko 54,2 proc.
Sceptyczne głosy wobec prowadzenia spraw gospodarczych przez Lulę musiały zamilknąć, gdy okazało się, że światowy kryzys z lat 2007-2009 nie naruszył wyraźnie brazylijskiej gospodarki. W tych trzech latach urosła ona o ponad 12 proc.
Również okres tuż po globalnej recesji okazał się korzystny, chociaż część ekonomistów zwracała uwagę, że dobra koniunktura to wynik czynników jednorazowych (np. wysokich cen cukru, soi, miedzi oraz silnego popytu w Chinach na te surowce). Niezaprzeczalny jednak był fakt, że brazylijska gospodarka rosła, a grono sceptyków malało.
Pod koniec 2010 r. Lula oddaje władzę swojej partyjnej koleżance Dilmie Rousseff. Odchodząc ze stanowiska po dwóch kadencjach, miał nawet 80 proc. poparcia
W swoim orędziu mówił: „Jak wszyscy wiemy, Brazylia żyje dziś w magicznym okresie, ekonomicznego wzrostu, włączenia społecznego, wysokiego zatrudnienia, dystrybucji dochodu i zmniejszenia się regionalnych nierówności. Jestem przekonany, że w kolejnych latach Brazylia pozostanie krajem szans i prosperity, przekształcając się w kraj rozwinięty”.
Dilma Rousseff miała jednak znacznie mniej szczęścia niż Lula. Popyt z Chin na surowce zaczął słabnąć i ceny się obniżyły. Stare i sprawdzone metody stymulacji fiskalnej z poprzedniej dekady przestały działać, a strukturalne problemy zaczęły ciążyć nad rozwojem i podwyższać ceny.

Koniec gospodarczej fiesty

Ekipa Dilmy mimo piętrzących się problemów nie dawała za wygraną. Postanowiono zamrozić rosnące ceny elektryczności. Wyższe rachunki za prąd zaczęło rekompensować państwo. W 2013 r. na dotacje do energii elektrycznej wydano 10,6 mld dolarów.
Dobre porównanie skali dopłat do rachunków za prąd zrobiła licząca się brazylijska gazeta „Folha de S.Paulo”. Redakcja zwracała uwagę, że w 2013 r. wydano więcej na dopłaty do elektryczności niż na budowę stadionów przed Mistrzostwami Świata w piłce nożnej zaplanowanymi na 2014 r.
Regulowanie cen przez państwo miało też inny efekt. Nie tylko zmniejszało koszty ponoszone przez gospodarstwa domowe, ale i obniżało wskaźnik inflacji. Z kolei dzięki niższemu wskaźnikowi inflacji wyższy był realny wzrost gospodarczy, co w dodatku ładnie wyglądało w oficjalnych statystykach.
W 2014 r., akurat po Mistrzostwach Świata (na których Brazylia przegrała 1:7 z Niemcami), wyczerpało się paliwo do dalszego, sztucznie stymulowanego wzrostu PKB. Deficyt sektora finansów publicznych eksplodował, osiągając w 2015 r. ponad 10 proc. produktu krajowego brutto, według danych Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W kolejnych trzech latach przekraczał średnio 8 proc. W rezultacie dług wystrzelił do 88,4 proc. PKB.
PKB skurczył się podczas dwuletniej recesji o 7,5 proc., co było najgorszym okresem w historii brazylijskiej gospodarki.
Chaos w finansach publicznych spowodował spadek ratingu kraju do poziomu śmieciowego, a brazylijski real w półtora roku stracił połowę wartości. Bezrobocie, które pod koniec 2014 r. wynosiło 4,6 proc., wzrosło w szczytowym momencie do 13,3 proc.

Drastyczne reformy

Załamanie gospodarcze zbiegło się z ujawnieniem afery korupcyjnej, obrazującej patologiczne powiązania parlamentarzystów ze spółkami skarbu państwa, a także i z zaprzyjaźnionymi firmami prywatnymi (np. z sektora budowlanego).
Afera przeorała życie polityczne w kraju, a jej bezpośrednim skutkiem było wybranie w 2018 r. przez Brazylijczyków na prezydenta skrajnie prawicowego Jaira Bolsonaro. Mimo, że zwykle uwagę przykuwają jego silnie zabarwione ideologią wypowiedzi, to dużo ważniejsze są plany gospodarcze.
Nominowany przez niego minister finansów Paulo Guedes jest ortodoksyjnym liberałem. W brazylijskim kongresie procedowana jest obecnie ustawa o podniesieniu wieku emerytalnego (do 62 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn) i likwidacji przywilejów. Oszczędności związane z reformami mają wynieść ponad 1 bilion reali, czyli prawie 300 mld dolarów w ciągu najbliższej dekady.
Zakładana jest także szeroka prywatyzacja, która ma przeciąć patologię nieefektywnie zarządzanych spółek skarbu państwa. Brazylia ma też obniżyć chroniące ją do tej pory relatywnie wysokie cła oraz zredukować biurokrację, by wspierać konkurencję i rozwój.

To nie cud, lecz zła polityka

Utrzymująca się gdzieś zaskakująco długo, wbrew sytuacji gospodarczej w innych krajach, dobra koniunktura jest często nazywana cudem gospodarczym. Nie inaczej było w Brazylii.
Ten cud w przypadku latynoamerykańskiego państwa był jednak tylko i wyłącznie ułudą, związaną ze zbyt silną i pogłębiającą narastanie nierównowagi gospodarczej stymulacją fiskalną oraz sprzyjającymi eksportowi wysokimi cenami surowców – ocenia Cinkciarz.pl.
Wysoki wzrost produktu krajowego i konsumpcji ukrywały z kolei słabości gospodarki, czyli niski poziom inwestycji prywatnych, brak reform strukturalnych, zaburzoną konkurencję, ingerowanie państwa w ceny energii elektrycznej oraz paliw.
Z brazylijskiej lekcji warto wysnuć wnioski. Jeżeli szybki wzrost PKB nie wynika ze strukturalnych reform oraz inwestycji, lecz jest rezultatem zbyt silnej i mało produktywnej ingerencji państwa w gospodarkę, to cud wcześniej czy później zamienia się w koszmar.

Czy obietnice PiS powiększą nasz dług?

Najnowsze prognozy Międzynarodowego Funduszu Walutowego wskazują, że polskie zadłużenie w relacji do naszego produktu krajowego brutto spadnie poniżej 45 proc. w przyszłym roku.

Będzie to o niemal 9 punktów procentowych mniej, niż szacowano jeszcze półtora roku temu i znacznie lepiej, niż prognozowała Rada Ministrów w pierwszej połowie 2018 r.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy w swoich najnowszych prognozach dla Polski przewiduje obniżenie tempa wzrostu gospodarczego z 5,1 proc. w 2018 r. do 3,6 proc. w tym roku oraz 3,0 proc. w kolejnym.

Nasze dobre lata

Te oczekiwania MFW nie są zaskoczeniem. Polska rozwijała się w ostatnich dwóch latach wyraźnie powyżej swego potencjalnego tempa wzrostu (wynoszącego ok. 2,8 proc. według danych MFW). Wynikało to z bardzo dobrej sytuacji zewnętrznej (przynajmniej do trzeciego kwartału 2018 r.) oraz dużego napływu imigrantów z Ukrainy, którzy zasilili krajowy rynek pracy, zmniejszając z jednej strony trudności ze znalezieniem pracowników przez przedsiębiorstwa, a z drugiej zwiększając konsumpcję i wpływy do ZUS-u.
Tempo wzrostu było silne także ze względu na rosnącą wartość inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych, a także stymulację polityki fiskalnej w postaci programu Rodzina 500 plus.
Poza tym szczególnie dobra koniunktura pozwalała podwyższyć wynagrodzenia, zmniejszyć bezrobocie i zwiększyć stopę zatrudnienia. Wszystkie te pozytywne dla wzrostu czynniki będą wygasać, stąd tempo wzrostu także się obniży właśnie do okolic 2,8 proc.

Dług w odwrocie

Znacznie ciekawszym elementem publikacji MFW jest analiza przyszłego zadłużenia Polski – Debt Sustainability Analysis (DSA). Nastąpiła tu zasadnicza poprawa w porównaniu do analogicznego opracowania sprzed półtora roku.
Według DSA, polskie zadłużenie sektora finansów publicznych ma spaść do 44,7 proc. w przyszłym roku. Będzie to olbrzymi postęp w zestawieniu z danymi za 2017 r. (50,6 proc.), a także w odniesieniu do zeszłorocznego „Wieloletniego Planu Finansowego Państwa” uchwalonego przez Radę Ministrów.
W „Wieloletnim Planie…” zadłużenie wobec PKB miało obniżyć się do 48,7 proc. Rok temu te szacunki wydawały się bardzo optymistyczne, gdyż prognozy „WPFP” się nie sprawdzały ze względu na finalnie mniejszy od oczekiwań wzrost PKB oraz niższe oszczędności.
Co ciekawe, olbrzymie „przestrzelenie” w prognozach było widoczne także w raporcie MFW z połowy 2017 r. Wtedy Fundusz szacował, że w 2020 r. relacja długu do PKB sięgnie 53 proc., a teraz jest to 44,7 proc.
To o prawie 9 pkt proc mniej w zaledwie półtora roku. Czym spowodowana jest tak silna poprawa polskich finansów?

Polska osiągnie nadwyżkę

Przede wszystkim, jak ocenia Cinkciarz.pl w prognozach MFW z połowy 2017 r. niedoszacowano tempa wzrostu PKB. W ujęciu nominalnym (czyli realny wzrost gospodarczy plus inflacja) odnotowano wzrost w ostatnich dwóch latach aż o 14 proc.
Z kolei w przypadku wielkości deficytu, jego wartości zostały zrewidowane w dół.
Półtora roku temu MFW szacował, że bez kosztów odsetek, deficyt w 2019 r. wyniesie 0,7 proc. PKB. Teraz oczekiwana jest nadwyżka na poziomie 0,9 proc. W rezultacie wzrost zadłużenia (dodając koszty finansowania) jest wolniejszy, niż oczekiwano, a wzrost PKB znacznie szybszy.
Ten podwójny i korzystny efekt to rezultat wcześniej wymienionych czynników związanych zarówno z nadzwyczaj szybkim wzrostem gospodarczym (dobra sytuacja zewnętrzna, imigranci, wzrost zatrudnienia), jak i mniejszymi niż się spodziewano wydatkami.
Zmniejsza to skalę dotacji z budżetu do wypłacanych emerytur oraz redukuje koszty utrzymania bezrobotnych. Pozytywnym elementem, o którym także warto pamiętać, było uszczelnienie systemu podatkowego.

Ostrożnie z obietnicami

Cześć z tych sprzyjających trendów powinna nadal być widoczna w 2019 r. Kolejne lata (po 2020) będą już jednak znacznie trudniejsze, zwłaszcza że unijnych środków będzie mniej.
Mała jest też szansa na pozytywny wpływ imigracji, a procesy demograficzne będą coraz bardziej doskwierać polskiej gospodarce, redukując zasoby siły roboczej i zwiększając koszty utrzymania osób biernych zawodowo.
Kluczowe jest więc teraz utrzymanie sektora finansów w ryzach, branie pod uwagę nieuchronnych procesów demograficznych – i przyjęcie założenia, że sytuacja zewnętrzna będzie znacznie mniej korzystna niż w ostatnich dwóch latach, które tak znacznie przyczyniły się do pozytywnej weryfikacji prognoz MFW.

Pieniądze albo przyjaźń?

Pożyczać od kogoś można i czasem warto. Pożyczać komuś? – tylko w ostateczności i z wszelkimi zabezpieczeniami. Brzmi to cynicznie ale taka jest prawda.

 

Dobry zwyczaj – nie pożyczaj. Tę przestrogę słyszał chyba każdy w życiu. Powszechnie uważa się, że pieniądze mogą być nie tylko źródłem problemów w związku, ale również mogą przyczynić się do końca przyjaźni. Ma to miejsce głównie wtedy, gdy bliska osoba, której pomogliśmy finansowo, zaczyna nas unikać i nie spieszy się ze zwrotem długu.
Czy to oznacza, że powinniśmy odmówić przyjacielowi pożyczki, kiedy jest w potrzebie? Niekoniecznie. Dlatego warto wiedzieć, jak pożyczać pieniądze znajomym i rodzinie, żeby nie żałować (mowa tu o znajomych i rodzinie, bo osobom słabo znanym w ogóle nie należy pożyczać ani grosza).

 

Trzeba móc udowodnić

Najważniejszą kwestią, o której należy pamiętać udzielając przyjacielowi pożyczki, jest zadbanie o potwierdzenie, że taka pomoc finansowa z naszej strony w ogóle miała miejsce.
W razie konieczności dochodzenia swoich praw i wymuszenia na znajomym zwrotu pożyczki, zadbanie o tę formalność znacznie ułatwi sprawę. Tak więc, jeżeli chcemy pomóc bliskiej osobie w potrzebie, nie decydujemy się na przekazanie gotówki „do ręki”, a na przelew bankowy. W ten sposób uzyskujemy potwierdzenie, że pożyczka została udzielona.
Jeszcze bezpieczniejszym rozwiązaniem jest spisanie umowy, pod którą podpisze się pożyczkobiorca i tym samym potwierdzi otrzymanie pieniędzy. Zawrzyjmy w niej takie niezbędne informacje, jak: kwota pożyczki, data udzielenia wsparcia oraz ta, do której znajomy zobowiązuje się zwrócić dług. Zgodnie z kodeksem cywilnym (art. 720), umowa może być także udokumentowana w innej formie. Może być potwierdzona np.: mailem, sms’em albo nagraniem rozmowy zawierającej uzgodnienia stron – radzi Agnieszka Chechelska-Wrześniak, radca prawny z kancelarii Intrum Król & Wspólnicy.

 

Nie warto „na gębę”

Należy również pamiętać, że zgodnie z polskim prawem, dopuszczalne jest zawierane umów także w formie ustnej, które są tak samo wiążące, jak te zawierane drogą pisemną.
W przypadku pożyczania pieniędzy, zawieranie umowy „na słowo” nie jest jednak dobrym rozwiązaniem, ponieważ na tej podstawie, będzie nam zdecydowanie trudniej dochodzić swoich roszczeń. Ale i w takim przypadku odzyskanie pieniędzy jest możliwe.
– Wszystko zależy od tego, jaką sumę pożyczyliśmy. Jeżeli było to mniej niż 1000 zł, dowodem udzielenia wsparcia będzie przelew bankowy (jeżeli przekazanie pieniędzy odbyło się na konto), ale również zeznania świadków. Warto jednak wiedzieć, że zgodnie z kodeksem cywilnym (art. 720 § 2), gdy wysokość pożyczki przekracza wspomnianą kwotę, powinniśmy sporządzić stosowną umowę cywilnoprawną. Tego zapisu nie powinniśmy traktować jako obowiązku, ale jako zalecenie. Jednak pamiętajmy, że gdy nie dopełnimy tej formalności i nie postaramy się o sporządzenie umowy, mamy mniejsze możliwości na odzyskanie pieniędzy od nieuczciwego znajomego – podpowiada Agnieszka Chechelska-Wrześniak.

 

Trzeba się zabezpieczać

W przypadku, gdy chcemy komuś pożyczyć dużą sumę pieniędzy, warto dodatkowo wybrać jeden ze sposobów zabezpieczenia spłaty pożyczki. Decydując się na takie rozwiązanie, zwiększamy prawdopodobieństwo, że przyjaciel nie będzie unikał spłaty zobowiązania, bo w przeciwnym razie, będzie musiał liczyć się z poważniejszymi konsekwencjami, niż w przypadku podpisania „zwykłego” oświadczenia, w którym deklaruje zwrot pożyczonej kwoty. Jak to działa w praktyce?
Jedną z popularniejszych form zabezpieczenia, jest poręczenie pożyczki. Jeżeli pożyczkobiorca będzie uchylał się od zwrotu należności, ten obowiązek spadnie na żyranta, czyli osobę, która poręcza spłatę długu. Niełatwo jednak kogoś takiego znaleźć, bo przecież żyrant doskonale wie, że w każdej chwili może zostać obciążony poręczonym długiem. Poza ty,m, wybierając to rozwiązanie, warto upewnić się, że sytuacja finansowa poręczyciela pozwoli mu na ewentualny zwrot pieniędzy.
Znajomy lub bliska osoba, której pożyczamy pieniądze, może również zgodzić się na dobrowolne poddanie się egzekucji długu, czyli na odgórne dochodzenie spłaty pożyczki przez komornika. A co ważne – bez konieczności wszczynania postępowania sądowego.
– Pożyczając pieniądze z takim zabezpieczeniem, pożyczkobiorca zgadza się ponieść konsekwencje niespłacenia długu w terminie, co oznacza przeprowadzenie egzekucji z jego majątku. Zastosowanie tego sposobu zabezpieczenia spłaty pożyczki wymaga sporządzenia odpowiedniego aktu notarialnego, który będzie informował o obowiązku zapłaty określonej sumy pieniędzy lub wydania rzeczy o wartości równej pożyczonej kwocie – wyjaśnia Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Osoba, której pożyczamy pieniądze, może również podpisać weksel, który zobowiąże ją do spłaty kwoty o wysokości w nim wymienionym. Znaczenie weksla jako formy zabezpieczenia dodatkowo wzrasta, gdy zostaje poręczony przez osobę trzecią.

 

Koniec z przyjaźnią

Jeżeli pożyczkobiorca nie wywiąże się ze spłaty, weksel, jak i pozostałe wymienione sposoby zabezpieczenia spłaty pożyczki, mogą pełnić rolę dowodu w postępowaniu sądowym.
A to się zdarza, bo zadbanie o pisemne potwierdzenie udzielenia pożyczki i wdrożenie formalnych środków zabezpieczenia jej spłaty, niestety mogą nie uchronić nas przed nieuczciwym znajomym, który zwleka z oddaniem pieniędzy i co więcej – unika wszelakich kontaktów i polubownych próśb o zwrot należności.
Co wtedy nam pozostaje? Jeżeli skorzystaliśmy ze wszystkich ugodowych sposobów wpłynięcia na pożyczkobiorcę i to nie przyniosło efektów, jesteśmy zmuszeni oddać sprawę do sądu.
– W kancelarii prawnej otrzymamy pomoc w przygotowaniu wezwania do zapłaty, kierowanego do osoby, której udzieliliśmy pożyczki, domagającego się natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Taka korespondencja powinna być przesyłana listem poleconym z potwierdzeniem odbioru. Jest ono dowodem dla sądu, że wierzyciel najpierw starał się polubownie rozwiązać spór. Treść takiego wezwania jest dowolna, jednak na pewno należy zawrzeć w nim informacje o terminie zwrotu, wysokości udzielonej pożyczki, a przede wszystkim pouczenie, że po upływie wskazanej daty, sprawa zostanie skierowana do sądu, co spowoduje naliczenie dodatkowych kosztów, które ponieść będzie musiał pożyczkobiorca. Jeżeli wezwanie nie odniesie zamierzonego rezultatu, pożyczkobiorca otrzyma następne pismo o podobnej treści już z sądu – dodaje Agnieszka Chechelska-Wrześniak.
Oddanie sprawy do sądu zdecydowanie zwiększa nasze szanse na odzyskanie pieniędzy. Jeżeli wszystko pójdzie po naszej myśli i przedstawimy dowody na to, że pożyczka miała miejsce, sąd zapewne nakaże pożyczkobiorcy zwrot należności wraz z odsetkami. Wydany przez sąd tytuł wykonawczy może być także podstawą do wszczęcia egzekucji z majątku dłużnika. Takie rozstrzygnięcie będzie oznaczać koniec przyjaźni lub znajomości, ale może być jedynym sposobem na to, by odzyskać pożyczone pieniądze.

Zanim problemy z kasą zniszczą związek

Małżonkowie powinni być uczciwi wobec siebie przede wszystkim w sprawach finansowych – bo najtrudniej poradzić sobie z kłopotami w tej właśnie sferze.

 

Niedogadanie się w kwestii finansów, planowanych wydatków czy oszczędności, może prowadzić do poważnych kłótni w małżeństwie.
Jeszcze trudniejszym tematem dla par mogą być zaciągnięte zobowiązania finansowe, łączące, jak wiadomo, węzłem trwalszym niż ślub. Gdy kredyty spłacane są regularnie, nie ma powodów do niepokoju. Jeżeli jednak powinie się nam noga i pojawią się trudności w terminowym regulowaniu należności, zaczną się schody.

 

Jedno drugiego brzemiona niesie

Zawierając związek małżeński, para decyduje się być ze sobą na dobre i na złe, ale w przypadku problemów finansowych, uczucie zostaje wystawione na poważną próbę.
Jeśli zalegamy ze spłatą kolejnych rat kredytu, możemy obarczyć partnera długami, który z naszej winy, z dużym prawdopodobieństwem może zostać wpisany na listę dłużników i w przyszłości (po rozwodzie) zapewne może napotkać trudności w zaciągnięciu kredytu na własną rękę. Możemy też jednak próbować tego uniknąć – i ocalić zarazem małżeństwo.
Najważniejsze jest to, że w sytuacji, gdy taki kredyt zaciąga małżeństwo, dla banku umowa będzie nadal wiążąca, nawet jeśli małżonkowie postanowią się rozstać albo jeden z partnerów będzie uchylał się od spłaty.
Warto więc wiedzieć, kiedy partnerzy wspólnie odpowiadają za zobowiązania finansowe, a w których przypadkach dług staje się „prywatnym” zmartwieniem jednego ze współmałżonków.

 

Wspólnie i w całości

W Polsce przyjęło się, że większość par wstępując w związek małżeński, decyduje się na wspólnotę majątkową.
Oznacza to, że z chwilą ślubu, powstaje między małżonkami wspólność obejmująca ich późniejszy dorobek. Zaliczają się do niego środki finansowe, jak i przedmioty materialne, które zostały nabyte w trakcie małżeństwa przez oboje partnerów, bądź przez jednego z nich.
Do wspólnego majątku wchodzi przede wszystkim: wynagrodzenie za pracę oraz za inne usługi świadczone osobiście przez któregokolwiek z małżonków, dochody z majątku wspólnego, oraz zgromadzone przez nich środki na rachunkach bankowych, niezależnie od tego, który z współmałżonków w większym stopniu się przyczynił do zgromadzenia tych oszczędności.
W przypadku wspólnoty majątkowej, jeżeli partnerzy również wspólnie podejmą decyzję o zaciągnięciu kredytu, wspólnie i w całości będą także odpowiadać przed wierzycielem.
Kiedy należność przestanie być spłacana terminowo, dług zostanie pokryty najpierw z majątku wspólnego, a potem także z majątków osobistych partnerów.
– Należy bowiem pamiętać o tym, że oprócz środków wspólnych, małżonkowie dysponują również „prywatnym” majątkiem. Najczęściej do tej kategorii zalicza się przedmioty zgromadzone przed rozpoczęciem małżeństwa i ustanowienia wspólnoty majątkowej, zwłaszcza te nabyte w drodze dziedziczenia, zapisu lub darowizny – mówi Agnieszka Jarmołowicz, ekspertka Intrum.
A co będzie, jeśli partnerów obowiązuje wspólnota majątkowa, ale tylko jeden z nich jest kredytobiorcą?
W tym przypadku ustalenie odpowiedzialności za niespłacane długi zależy od tego, czy partner uzyskał zgodę od współmałżonka na zaciągnięcie kredytu. Jeżeli taka sytuacja miała miejsce – a tak się z reguły zdarza – wtedy wierzyciel może żądać zaspokojenia długu z majątku osobistego osoby zadłużonej, ale również z majątku wspólnego.
Natomiast jeżeli małżonek zaciąga pożyczkę bez wiedzy i zgody partnera, wtedy odpowiada za spłatę zobowiązania swoim majątkiem osobistym.
– Od każdej reguły można znaleźć jednak wyjątki, także i w tym przypadku. Nawet jeśli partner zaciągnął kredyt bez zgody współmałżonka, ale przyznane środki miały być wykorzystane na pokrycie bieżących wydatków rodziny (np. zakupy spożywcze czy rachunki za media), to wierzyciel może sięgnąć zarówno po środki z majątku wspólnego, ale co ważne, również po majątek osobisty drugiego współmałżonka, który nie podpisał umowy kredytowej – dodaje Agnieszka Jarmołowicz.

 

Niewiele nam może pomóc

Rozwiązaniem, które może uchronić współmałżonka (i jego majątek) przed odpowiedzialnością za niespłacane zobowiązania drugiego partnera, jest rozdzielność majątkowa, ustanawiana poprzez podpisanie małżeńskiej umowy majątkowej, zwanej wcześniej intercyzą.
Można ją zawrzeć, biorąc ślub, a także już w trakcie trwania małżeństwa.
– Skorzystanie z takiej opcji jest szczególnie zalecane parom, w których przynajmniej jedna z osób prowadzi działalność gospodarczą obarczoną dużym ryzykiem finansowym, a także, gdy partnerzy zgromadzili przed ślubem duży majątek, który ma również wartość sentymentalną. Intercyza sprawia, że od początku trwania małżeństwa obie osoby dysponują niezależnie własnymi finansami i co do zasady nie odpowiadają za długi partnera – tłumaczy Agnieszka Jarmołowicz.
Nic to jednak nie pomoże, jeżeli dług powstał przed zawarciem intercyzy – nawet jeśli stosowne organy wykryły jego istnienie później.
Wspomniana umowa nie uchroni także małżonków od kłopotów, gdy wspólnie zaciągnęli kredyt, a zadłużenie przestało być spłacane w terminie. Wtedy małżonkowie tak samo odpowiadają za dług majątkiem wspólnym, ale i osobistym, mimo rozdzielności majątkowej.
Zasada ta obowiązuje również wtedy, gdy wspólnie z rodzicem czy członkiem rodziny decydujemy się wspólnie zaciągnąć kredyt hipoteczny, co jest często wybieranym rozwiązaniem. Wtedy, wraz z drugą osobą podpisujemy umowę kredytową, oboje stajemy się współkredytobiorcami i zobowiązujemy się do spłaty zobowiązania.
Jak widać, wszystko to pokazuje, że nie ma wielu szans by uciec wierzycielom spod łopaty.

Czy warto z kartą?

To pułapka zastawiona na klientów przez banki. Z prawie każdej pułapki da się jednak ostrożnie wyjąć przynętę, unikając wpadnięcia w finansowe sidła.

Najlepiej oczywiście w ogóle nie korzystać z kredytów bankowych, ale czasem trzeba. Nasze wygodnictwo podpowiada nam czasami, że warto nawet wyposażyć się i w kartę kredytową.
Owszem, karta kredytowa może stanowić wygodne i elastyczne wsparcie dla domowego budżetu, w postaci dodatkowych funduszy. Nie każdy jednak wie, jak z niej odpowiednio korzystać.
Wystarczą bowiem impulsywne zakupy czy przeoczenie terminu spłaty, by słono odczuć skutki w portfelu – a nawet zrobić pierwszy krok na drodze do spirali zadłużenia. Można się jednak się przed tym uchronić, wykorzystując jednocześnie dodatkowe środki z karty.

Jeśli mamy zdolność

Choć karta kredytowa z pozoru przypomina i oferuje podobny zakres usług co zwykła karta do transakcji bezgotówkowych, to różnice między nimi są znaczne.
Z karty kredytowej mogą korzystać wyłącznie ci klienci banków, którzy posiadają odpowiednią zdolność kredytową i otrzymają zgodę na wydanie tego rodzaju karty.
Umożliwia ona bowiem skorzystanie z kredytu, czyli dysponowanie pożyczonymi pieniędzmi od banku. Jej posiadacze mogą dokonywać płatności bezgotówkowych, nawet wtedy, jeśli nie mają środków na swoim podstawowym rachunku. W ten sposób wykorzystują przyznany przez bank limit kredytowy, czyli po prostu zaciągnięty kredyt. Każdą wydaną złotówkę muszą więc zwrócić.
Jeśli nie wyrobią się z tym w odpowiednim terminie, poniosą koszt naliczonych karnych odsetek (dużo wyższych, niż zwykłe).

Kredyt bez odsetek

Kredyt na karcie kredytowej różni się jednak od zwykłych pożyczek gotówkowych tym, że jeśli zostanie spłacony w terminie, jest bezodsetkowy – czyli darmowy (oddajemy tyle samo, ile wydaliśmy).
Kiedy wydajemy pieniądze przy pomocy karty kredytowej, obracamy środkami pożyczonymi od banku. Jeśli oddamy je w wyznaczonym czasie, nie zapłacimy odsetek.
– Zwykle mamy na to około 50 – 60 dni. By jednak nie naciąć się na wysokie odsetki, które mogą sięgać nawet 10 proc., warto sprawdzić, jak liczony jest okres rozliczeniowy w przypadku naszej karty. Informację na ten temat znajdziemy na przykład na wyciągu, który otrzymujemy co miesiąc z banku. Zawarte są na nim szczegóły dotyczące wysokości wykorzystanego limitu z karty i daty jego spłaty –  mówi Leszek Zięba, ekspert Związku Firm Pośrednictwa Finansowego.
Jeśli mamy więc pewność, że wyrobimy się w terminie i bez problemu uregulujemy całą należność, warto niekiedy skorzystać z karty kredytowej.
– Jest to korzystne szczególnie wtedy, gdy na przykład chcemy kupić coś w okazyjnej cenie i wiemy, że szybko spłacimy zobowiązanie w całości – dodaje Leszek Zięba.

Uwaga na rolowanie długu

Jeśli się spóźnimy i przepadnie nam okres bezodsetkowy, powinniśmy jak najszybciej uregulować całość zadłużenia.
W przeciwnym razie może bowiem dojść do sytuacji, że gdy zapomnimy o terminie i cały czas będziemy korzystać z limitu karty kredytowej, na przykład robiąc impulsywne zakupy, spłacimy w tym czasie jedynie minimalne, comiesięczne raty. Bank będzie oczywiście z radością obserwować, jak rośnie kwota naszego zadłużenia.
Jeszcze większym zagrożeniem jest zjawisko rolowania długu.
– Polega ono na tym, że choć spłacamy już kartę kredytową, to i tak na koniec miesiąca znów płacimy nią, bo nie wystarcza nam środków do tzw. pierwszego. Taka sytuacja jest niebezpieczna, bo może doprowadzić do spirali zadłużenia i jednocześnie obciąża nas odsetkami, które są naliczane od całości niespłaconego zadłużenia – podkreśla Michał Krajkowski, ekspert ZFPF
Gdy zatem decydujemy się na kartę kredytową, dostosujmy jej limit, czyli maksymalną kwotę, na którą możemy się zadłużyć, do naszych możliwości – tak, aby nawet w sytuacji, gdy wykorzystamy wszystkie dostępne środki na karcie, nie mieć problemu z ich spłatą.

Nie do bankomatu

Warto także pamiętać o tym, że karta kredytowa nie powinna nam służyć do wypłat gotówki z bankomatu.
Co prawda bank dopuszcza taką możliwość, ale jest to pułapka, zastawiona przez cwanych bankierów na klientów. Podejmując z bankomatu pieniądze za pomocą karty kredytowej trzeba liczyć się bowiem z bardzo wysokimi opłatami za taką transakcję, ściąganymi w postaci prowizji za pobranie pieniędzy. Ponadto, wtedy nie obowiązuje także żaden okres bezodsetkowy.
Aby korzystanie z karty kredytowej nie wiązało się wysokimi kosztami, należy nie tylko przestrzegać spłaty zadłużenia w terminie, ale także sprawdzać zasady opłaty rocznej lub miesięcznej za korzystanie z tego środka płatniczego.
Banki korzystają z każdej okazji, by złupić nam skórę. Zdarza się jednak i tak, że dla zachęty, razem z kartą oferują dodatki i rozmaite bonusy na przykład dodatkowe ubezpieczenie, zwrot za transakcje bezgotówkowe czy rabaty u partnerów.
Zanim wszakże zdecydujemy się na kartę kredytową, dokładnie sprawdźmy warunki umowy i zapoznajmy się z tabelą opłat. W rzeczywistości prawie nikt tego nie robi, ale warto.
Mimo tego, że karty mogą stać się dla banków maszynką do zarabiania pieniędzy bez żadnego wysiłku, to w Polsce w ostatnich latach stopniowo spadała liczba kart kredytowych będących w obiegu.
Obecnie jest ich około 6 milionów i bankierzy nie są specjalnie zainteresowani zwiększaniem tej liczby.
Mogą bowiem być one również kłopotliwe dla banków komercyjnych.
Zdarza się bowiem, że nieuczciwi klienci potrafią znacznie skuteczniej, niż w przypadku zwykłych kredytów, unikać spłacania zadłużenia na karcie kredytowej.