Czerwona gorączka opanowała całą Amerykę

Wirus antyrosyjskości po raz kolejny dotarł do Stanów Zjednoczonych. Choroba, na którą chronicznie cierpi Polska, zaczęła obecnie zbierać żniwo w USA. Trudno wyrokować czy i jak długo będzie na nią odporny Donald Trump, tym bardziej, że pierwsze jej symptomy można zaobserwować już nie tylko w jego macierzystej Partii Republikańskiej, ale także w łonie samej prezydenckiej administracji.

 

„Byliście państwo świadkami prawdopodobnie jednego z najbardziej haniebnych wystąpień amerykańskiego prezydenta podczas spotkania z rosyjskim przywódcą, z pewnością najbardziej haniebnego z tych, które obserwowałem” – to słowa Andersona Coopera, gwiazdy publicystyki CNN, który w ten sposób skomentował niedawną konferencję Trumpa z Władimirem Putinem w Helsinkach. Jego zdaniem, podobnie jak zdaniem większości liberalnych i konserwatywnych komentatorów w USA, już samo spotkanie z rosyjskim prezydentem nosiło znamiona zdrady narodowej. Czarę goryczy przelało zaś odżegnanie się Trumpa od kategorycznego oskarżenia Moskwy o ingerowanie w amerykańskie wybory prezydenckie w 2016 r.

To właśnie niespodziewana wygrana Trumpa sprzed dwóch lat skierowała uwagę amerykańskich publicystów i polityków w stronę Rosji. Wytłumaczenia sensacyjnej skądinąd porażki Hilary Clinton zaczęto doszukiwać się nie w zmęczeniu części społeczeństwa liberalną gospodarką, lecz w ingerencji rosyjskich hakerów. Wytłumaczenie proste, ale nader skuteczne. Tworzone przez Moskwę strony internetowe i fałszywe profile w mediach społecznościowych, krytykujące Clinton i sprzyjające Trumpowi, miały zatem przechylić szalę zwycięstwa na korzyść tego drugiego. Z pomocy Rosjan Trump miał korzystać także bezpośrednio, wysyłając swoich ludzi na spotkania m.in. z rosyjskim ambasadorem. Wysocy członkowie kampanii Trumpa spotykali się również z przedstawicielami Izraela i Arabii Saudyjskiej, ale o tych kontaktach media amerykańskie informują jakby mniej.

Nie ulega wątpliwości, że wiele z kont w mediach społecznościowych zostało założonych w Europie Wschodniej, przede wszystkim w Macedonii. To stąd wynajęci internauci podrzucali fałszywe, ale i prawdziwe oskarżenia wobec kandydatki Partii Demokratycznej. Jak się okazało, znaczna część z nich była powiązana z rosyjskimi służbami. Trudno jednak zmierzyć ich rzeczywisty wpływ na przebieg prezydenckich wyborów w Stanach Zjednoczonych. Co prawda, źródła internetowe odgrywają coraz większą rolę w kształtowaniu sympatii politycznych, jednak konserwatywni biali wyborcy w średnim wieku – a tacy stanowili większość elektoratu Trumpa – nadal czerpią wiedzę przede wszystkim z „tradycyjnej” telewizji, zwłaszcza z Fox News. Trudno także jednoznacznie wykluczyć podobną działalność służb innych państw. Jednak mówi się i pisze wyłącznie o Rosji.

Od momentu wyboru Trumpa na prezydenta, amerykańskie media nie ustają w sugerowaniu, że zawdzięcza on swój urząd przede wszystkim Rosjanom. Co jakiś czas pojawia się także plotka o kompromitujących nagraniach wideo, którymi Kreml szantażuje amerykańskiego prezydenta. Ma to tłumaczyć jakoby nad wyraz pojednawczy stosunek Trumpa do Putina. Przy czym jeszcze kilka lat temu te same media przyklaskiwały tzw. resetowi w relacjach USA z Rosją, zapoczątkowanemu przez poprzedniego prezydenta Baracka Obamę. Prawda, że od tego czasu Krym znalazł się pod okupacją rosyjską, jednak i pozostali główni partnerzy USA, w tym Chiny, wcale nie prowadziły wyjątkowo pokojowej polityki. Tymczasem Xi Jinping, który niedawno załatwił sobie dożywotnie przywództwo i zakończył liberalny zwrot w kraju, przedstawiany jest przez amerykańskie media niczym mąż opatrznościowy światowego pokoju i wolnego handlu.

„Czerwona gorączka”, jak zwykło nazywać się antyrosyjskie nastroje, nie jest niczym nowym w USA. Już pod koniec XIX w. prasa amerykańska rozpisywała się na temat rosyjskich anarchistów, którzy mieli masowo przybywać do Stanów Zjednoczonych po to tylko, aby je zniszczyć od wewnątrz. Po zakończeniu I wojny światowej kraj opanował strach przed bolszewikami, skrywającymi się pod płaszczykiem imigrantów z Europy Wschodniej. To wówczas rozpoczęto deportacje z USA na niespotykaną dotąd skalę. Kilkaset mężczyzn i kobiet zostało wydalonych do Rosji tylko dlatego, że wzięli udział w strajku lub czytali socjalistyczną prasę. Dodatkowo wielu z nich niezgodnie z prawem pozbawiono amerykańskiego obywatelstwa. Kolejny ras antyrosyjski wirus zaatakował USA w latach 50., kiedy senator Joseph McCarthy „czyścił” państwowe urzędy z radzieckich szpiegów. Wystarczyło, aby ktoś wziął udział w spotkaniu Partii Komunistycznej USA, aby stracić pracę czy nawet trafić do więzienia. Mechanizm zawsze był ten sam: uwagę zmęczonego i poróżnionego społeczeństwa kierowano w stronę kozła ofiarnego, zaś każdą próbę krytyki istniejącego systemu uważano za „antyamerykańskie” zachowanie.

Nic tak nie spaja społeczeństwa jak wróg zewnętrzny, o czym wielokrotnie przekonywaliśmy się i nadal przekonujemy w Polsce. Prawda ta jest jeszcze dłużej znana w USA. Dlatego demokraci przy każdej okazji wypominają Trumpowi „prorosyjską” postawę. Ich zdaniem ma być ona spłatą długu za pomoc w wygraniu wyborów prezydenckich. Naprawdę zaś chcą w ten sposób odwrócić uwagę od własnych błędów, które doprowadziły ich do utraty Białego Domu i większości w Kongresie. Antyrosyjski wirus zainfekował nawet znaczną część Partii Republikańskiej. Konserwatywne elity przestraszyły się posądzenia o wspieranie „antyamerykańskiej” polityki obecnej administracji. Dotychczas bowiem to właśnie republikanie lubowali się w oskarżaniu o „antyamerykańskość” swoich przeciwników. Co więcej, część administracji prezydenckiej, w tym sekretarz stanu Mark Pompeo, przestraszyła się medialnej nagonki i zdystansowała się od pojednawczych słów Trumpa.

Polityka wewnętrzna i zagraniczna Donalda Trumpa obfituje w błędy i nagłe zwroty. Również sam prezydent pozostawia wiele do życzenia. To za jego przyczyną światem targają obecnie konflikty i emocje, których można by z łatwością uniknąć. Ta negatywna ocena nie zmienia jednak faktu, że sprowadzanie go do roli rosyjskiej marionetki – a taki wydaje się być przekaz głównych amerykańskich (ale i polskich) mediów – to droga prowadząca do pogłębienia już istniejących problemów i tworzenia nowych. Tymczasem poprawa stosunków na linii USA – Rosja leży nie tylko w interesie obu państw, ale także Polski i całej Unii Europejskiej. Uświadomienie sobie tej prostej prawdy to najlepsza szczepionka przeciwko antyrosyjskiemu wirusowi.

Początek pięknej przyjaźni

Co wynika ze spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w Helsinkach?

 

Zdaniem niektórych polskich komentatorów nie wynika nic, a przynajmniej bardzo niewiele skoro rozmowy obu przywódców odbywały się za zamkniętymi drzwiami, a po tychże rozmowach nie wydano oficjalnego komunikatu. Nie dostrzegli oni żadnych konkretów zarówno w wypowiedziach Putina jak i Trumpa, ubolewając jedynie nad tym, że helsiński szczyt był sukcesem rosyjskiego prezydenta. Tymczasem wystarczyłoby nieco bardziej wnikliwie przyjrzeć się wypowiedziom obydwu prezydentów – zarówno podczas wspólnej konferencji prasowej, jak również w wywiadach udzielonych tuż po szczycie amerykańskiej stacji telewizyjnej Fox News – by dojść do wniosku, iż obydwaj oni, jeśli nawet nie odnieśli jakiegoś szczególnie widocznego sukcesu, to osiągnęli przynajmniej znaczną część celów, które sobie zakładali. Natomiast ich wspólnym sukcesem było to, że nie tylko się spotkali, ale doprowadzili wzajemne amerykańsko-rosyjskie relacje do w miarę przyzwoitego, pozbawionego nadmiernej wrogości poziomu. Może się to nie podobać amerykańskim jastrzębiom, polskim, ukraińskim czy innym rusofobom, jednak dla świata jest to krok w kierunku odprężenia.

 

Cele Trumpa

Można domniemywać, że jednym z głównych celów polityki amerykańskiego prezydenta jest powtórzenie sukcesu Baracka Obamy i uzyskanie Pokojowej Nagrody Nobla. W tym kontekście zrozumiałe jest jego nawiązanie do słów swojego poprzednika o tym, że największym problemem współczesnego świata jest nie, jak twierdził Obama, globalne ocieplenie, lecz „ocieplenie jądrowe”. Warto w tym miejscu zauważyć, że Trump nie przepuszcza okazji aby dowalić Obamie, który jest dla niego kimś takim jak Donald Tusk dla Jarosława Kaczyńskiego i który również rządził przez osiem lat. Znamienne są też nie tylko jego słowa o końcu zimnej wojny, lecz także stwierdzenie, iż „USA i Rosja powinny znaleźć możliwości współpracy, jeśli chcą polepszenia sytuacji na świecie”.
Oczywiście, należy brać pod uwagę i to, że nie wszystkie wypowiedzi amerykańskiego prezydenta należy traktować dosłownie. Zdążył już przyzwyczaić świat do tego, że często zmienia zdanie, w związku z czym nie powinno nikogo zdziwić, gdyby nagle zmienił on swój stosunek do Rosji. Zwłaszcza gdyby podsunięto mu furę rosyjskich agentów działających na terenie USA, co już zaczyna mieć miejsce, lub też jakąś sfabrykowaną prowokację. W polityce liczą się jednak fakty. A te zostały przedstawione podczas helsińskiego szczytu. Jednym z nich, o czym poinformował Putin, była operacyjna współpraca z grupą amerykańskich ekspertów w zakresie bezpieczeństwa przy okazji niedawno zakończonych piłkarskich mistrzostw świata – mimo tego, że w finałach nie grała drużyna USA a zatem nie było tam napływu amerykańskich kibiców.

Rosja i Stany Zjednoczone współpracują w tych obszarach, gdzie dostrzegają wspólny interes. Takim strategicznym obszarem jest Bliski Wschód, a przede wszystkim Syria. Obaj prezydenci publicznie ujawnili fakty współpracy wojskowej na terenie tego kraju. Putin mówił o tym, że dzięki współdziałaniu rosyjskich i amerykańskich wojskowych udało się nie dopuścić do poważnych starć zbrojnych. Jego słowa potwierdził też Trump, wskazując na pomoc ze strony Rosji „w określonych aspektach”. Dodał też, że wojskowi obu krajów dogadują się między sobą oceniając, że „być może oni dogadują się lepiej niż nasi polityczni przywódcy”.

Pokojowa retoryka Trumpa ma również wymiar merkantylny. W istocie jest on bowiem w większym stopniu biznesmenem niż politykiem, a w biznesie liczą się przede wszystkim koszty i zyski. Dlatego też ważna jest koncentracja środków na wybranych strategicznie obszarach a nie rozpraszanie ich po całym świecie. Takim strategicznym obszarem dla Stanów Zjednoczonych był i jest nadal Bliski Wschód. To do Izraela, Arabii Saudyjskiej, Egiptu i innych arabskich sojuszników płynie amerykańska forsa. Stąd zapewne bierze się dążenie do ograniczenia obszarów ewentualnych konfrontacji i konfliktów a co za tym idzie do uregulowania sytuacji na Półwyspie Koreańskim, podjęcie pierwszych kroków w kierunku normalizacji relacji z Rosją a także niechętny stosunek do europejskich partnerów w NATO.

Biznesmen Trump zżyma się na to, że europejskie państwa członkowskie paktu wydają zbyt mało środków na zbrojenia zamiast wydawać więcej i kupować więcej amerykańskiej broni dodając, że USA ponoszą 91 proc. natowskich wydatków na cele wojskowe. Wszystko to pokryte jest chętnie w jego kraju przyjmowaną patriotyczną frazeologią, że oto my na nich łożymy, a oni sobie bimbają zamiast łożyć tyle co my. Można odnieść wrażenie, że Europa staje się dla Trumpa czymś w rodzaju kuli u nogi. Prawdopodobne zdaje on sobie sprawę z tego, że Rosja nie stanowi dla NATO realnego zagrożenia przez co ładowanie pieniędzy w NATO może być przez niego rozumiane jako nieproduktywny wydatek. Stąd ostatnio wykiełkował w Waszyngtonie pomysł, aby utworzyć tzw. arabskie NATO obejmujące sunnickie państwa: kraje Zatoki Perskiej, Egipt i Jordanię, którego zadaniem byłaby ścisła współpraca w zakresie uzbrojenia, ćwiczeń wojskowych oraz walki z terroryzmem.

Trump zdaje się również odpuszczać sobie Bałkany, choć NATO zadomawia się tam w coraz większym stopniu. Już po zakończeniu helsińskiego szczytu ostro zaatakował świeżo przyjętą do paktu Czarnogórę. Dostrzegł w niej zarzewie potencjalnego konfliktu, ponieważ Czarnogórcy – jak się wyraził – „są bardzo agresywni”. Przy czym dał jednoznacznie do zrozumienia, że nie wyśle „swoich chłopców”, aby umierali za Czarnogórę. Poparł to oczywiście ekonomicznym argumentem mówiąc, iż Czarnogóra wydaje na cele wojskowe jedynie równowartość 76 milionów dolarów, co stanowi zaledwie 1.66 proc. jej PKB. Skoro nie wyśle do Czarnogóry, to może też nie wyśle i gdzie indziej, co stawia pod znakiem zapytania sens natowskich zapisów o kolektywnej obronie..
W sposób syntetyczny efekt spotkania skomentował w wywiadzie dla amerykańskiej telewizji EWTN sekretarz stanu Mike Pompeo mówiąc, iż „prezydent miał na celu stworzenie kanału dla wspólnego dialogu i ten cel osiągnęliśmy”. Jego zdaniem, Trump dąży do naprawy stosunków z tymi krajami z którymi do tej pory nie najlepiej się one układały dodając jednocześnie, że Stany Zjednoczone nie mają iluzji co do wyzwań ze strony Rosji, jednakże są takie kwestie jak walka z terroryzmem czy też uniknięcie ryzyka użycia broni jądrowej… Zdania tego nie dokończył dając jednak do zrozumienia, że chodzi tu o te obszary, gdzie możliwe jest współdziałanie z Rosją.

Z helsińskiego spotkania można by wysnuć kilka wniosków. Jeden z nich jest taki, że Donald Trump choć nieprzewidywalny i nie zawsze konsekwentny ma jednak swoją bardziej biznesową niż polityczną wizję świata i roli USA w układzie globalnym. Najważniejszy dla niego jest interes samych Stanów Zjednoczonych a nie indolentnej w jego mniemaniu Europy Zachodniej, zastraszonej perspektywą domniemanej rosyjskiej agresji Polski czy też pogrążającej się w coraz większym chaosie Ukrainy, którą sam Trump nazwał jednym z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. A i pokojowy Nobel też by się przydał.

 

Stan histerii w Stanach Zjednoczonych

Spotkanie Trumpa z Putinem wywołało w USA prawdziwą histerię. W zjednoczonym froncie zgodnym chórem pieli zarówno demokraci jak i republikanie, niepomni tego, że to przecież oni sami wylansowali go na prezydenta. Ważne poruszane podczas tego szczytu kwestie nie zostały zauważone, natomiast publiczną pyskówkę zdominowały słowa Trumpa o dotychczasowej wieloletniej – jak zaznaczył – głupocie amerykańskiej polityki wobec Rosji, a także jego odcięcie się od oskarżeń o ingerencję Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie. Co prawda, później złagodził to oświadczenie, jednak w jego przypadku zmienność opinii jest czymś naturalnym. Wściekłość wywołała także atmosfera spotkania z Putinem, a nawet sam fakt utrzymywania z nim pozbawionych wrogości kontaktów.

Krytykowano go nie przebierając w słowach. Mówiono o zdradzie, popełnieniu tzw. przestępstwa urzędniczego, imbecylnych komentarzach Trumpa, rzucaniu USA pod autobus, wzmacnianiu adwersarzy przy jednoczesnym osłabianiu obronności Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników; o tym, że zwierzchnik sił zbrojnych znalazł się w rękach wroga; o stawaniu po stronie Rosji i straconej okazji do pociągnięcia Rosję do odpowiedzialności za ingerencję w amerykańskie wybory; jednym z najbardziej hańbiących spektakli; o oczekiwaniu na to, kiedy Trump poprosi Putina o autograf i zrobi sobie z nim selfie czy też o sprawdzeniu czy w piłce, którą Trumpowi podarował Putin nie ma podsłuchu co można traktować zarówno jak marnej klasy dowcip, jak też wizytówkę poziomu intelektualnego amerykańskich elit politycznych. Do amerykańskiego chóru dołączył szachowy arcymistrz Garri Kasparow mówiąc o najczarniejszej godzinie w historii amerykańskich prezydentów. Krytycy Donalda Trumpa zignorowali natomiast ten fragment jego wypowiedzi, gdzie mówił o tym, że wygrał wybory dzięki „wspaniałej kampanii” jego sztabu wyborczego. Tym samym Trump chciał dać do zrozumienia, że być może były jakieś ingerencje z zewnątrz, lecz nie miały one wpływu na wynik wyborów.

Do niezbyt pochlebnych, delikatne mówiąc, wypowiedzi pod swoim adresem Trump odniósł się, jak to na ogół czyni, za pośrednictwem twittera. Jego zdaniem, krytyka była spowodowana tym, że udało mu się nawiązać dobre kontakty z prezydentem Rosji. – Myśmy doszli do porozumienia, co też wywołało niepokój ludzi nienawistnych, którzy chcieli zobaczyć walkę bokserską – napisał Trump. Słowa amerykańskiego prezydenta korespondują z opinią Putina, który twierdzi, że cała ta polityczna i medialna wrzawa jest wyrazem wewnętrznej walki politycznej samych Stanach dodając, że w walce tej nie należy stosunków między Rosją i USA traktować jak zakładników.

W relacjach między Waszyngtonem i Moskwą nawet w okresie zimnej wojny bywały momenty odprężenia, co nie musiało się podobać amerykańskiemu lobby zbrojeniowemu i sympatyzującym z nim politykom. Nigdy jednak nie wywoływało to aż tak wściekłych reakcji. Wydaje się, że wielu amerykańskich polityków tkwi mentalnie w okresie z początku lat 90., kiedy to Stany Zjednoczone były jedynym, dominującym na świecie mocarstwem. Jak trafnie komentuje na łamach ostatniego wydania „Przeglądu” Bronisław Łagowski, „wrogowie Trumpa nie myślą, że mogą istnieć rzeczowe argumenty za złagodzeniem stosunków z Rosją”.

Jednak z biegiem lat sytuacja globalna ulega ewolucyjnym zmianom, co zaczyna dostrzegać również Donald Trump. Wśród amerykańskich elit panuje jednak doktryna traktowania Rosji jak wroga, a nie potencjalnego partnera w rozwiązywaniu przynajmniej niektórych problemów współczesnego świata. Wyrazicielem tej doktryny jest m. in. Hillary Clinton, konkurentka Trumpa w ostatnich wyborach prezydenckich. Na niecały miesiąc przed spotkaniem w Helsinkach wygłosiła ona w Irlandii wykład, w którym wyraziła swoją niezwykle krytyczną opinię na temat Władimira Putina. Określiła go jako autorytarnego przywódcę ruchów ksenofobicznych dążących do rozłamu w Unii Europejskiej oraz osłabienia amerykańskich tradycyjnych sojuszy. Jej zdaniem, ruch jakoby sterowany przez Putina rozlewa się na całą Europę ucieleśniając prawicowy nacjonalizm, rasizm, separatyzm i „nawet neofaszyzm”. Przy takim postrzeganiu Rosji trudno się dziwić histerycznej reakcji na inicjatywę Trumpa. Antyrosyjskie lobby już kieruje się do ofensywy. Aby utrudnić rozmowy w Helsinkach poinformowano o wykryciu siatki rosyjskich agentów, którą uzupełniono już po szczycie. Ponadto spiker Izby Reprezentantów Paul Ryan, nota bene należący do tej samej partii co Donald Trump, zapowiedział możliwość senackiej debaty nad wprowadzeniem nowych antyrosyjskich sankcji w związku z ingerencją Rosji w amerykańskie wybory.

Wszystko to stanowi to poważne wyzwanie dla samego amerykańskiego prezydenta, który będzie musiał balansować pomiędzy polityką otwarcia na Rosję, a poparciem ze strony własnej bazy politycznej zwłaszcza w obliczu listopadowych wyborów parlamentarnych. Tym też można tłumaczyć ostatnią decyzję Trumpa o przesunięciu terminu zaproszenia Putina do Waszyngtonu na początek przyszłego roku, kiedy to – jak brzmi uzasadnienie Waszyngtonu – skończy się „polowanie na czarownice”. Następnie jednak Trump przyjął z zadowoleniem zaproszenie Putina do złożenia wizyty w Moskwie. Jak widać, kontynuowanie dialogu z Rosją jest dla niego ważniejsze niż ujadanie jego rodzimych adwersarzy.

 

Cele Putina

Najważniejszy cel jaki osiągnął rosyjski prezydent dzięki spotkaniu z Trumpem to przełamanie międzynarodowej izolacji i to ze strony najpotężniejszego – jak by nie było – światowego mocarstwa. Stwierdził to otwarcie sam Putin mówiąc, że nie powiodły się wysiłki mające na celu izolację Rosji. Zatem za największe osiągnięcie Putina można uznać to, że prezydent USA przestał traktować Rosję jak wroga, lecz jak partnera. Wydaje się, że rosyjski prezydent wyczuł handlowy sposób myślenia Donalda Trumpa. Ów handlowy sposób myślenia polega bowiem na tym, że z rywalem się konkuruje, choć nie zawsze przy użyciu do końca czystych metod, a nie dąży do konfrontacji. Alternatywą jest logika mafijna nakazująca z przeciwnikiem walczyć aż do jego całkowitego wykończenia. W tym kontekście zrozumiała jest skierowana do Trumpa propozycja Putina aby wzajemne stosunki oprzeć na zasadzie długofalowej strategii.

Kolejnym osiągnięciem jest, jak twierdzi Putin a czemu Trump nie zaprzeczył, stworzenie wspólnej grupy składającej się z – cytując rosyjskiego prezydenta – „kapitanów rosyjskiego i amerykańskiego biznesu”. Jest to o tyle znamienne, że wciąż obowiązują i są nieustannie przedłużane sankcje ekonomiczne wobec Rosji w związku z przyłączeniem Krymu. Czy jest to zapowiedź jeśli nie zniesienia to przynajmniej złagodzenia sankcji? Jest to dylemat nie Rosji, lecz Stanów Zjednoczonych i całego zachodniego świata. Wprowadzając sankcje ów świat nie wziął pod uwagę tego, że Rosja Krymu nie odda, a sankcje nie mogą trwać w nieskończoność. Jak wybrnąć z tej sytuacji to już jest problem dla Zachodu.

Putinowi udało się również osiągnąć włączenie Rosji do procesu denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego mimo tego, że USA zawarły z Koreą Północną umowę dwustronną bez udziału stron trzecich. W tym przypadku dała się zauważyć zbieżność rosyjskich i amerykańskich interesów. Waszyngton nie jest zainteresowany ewentualną nuklearną konfrontacją, Moskwie zaś zależy na uspokojeniu sytuacji w pobliżu jej wschodniej granicy. Trump publicznie podziękował Putinowi za jego ofertę współpracy przy rozwiązaniu problemu denuklearyzacji Korei, za to Putin podkreślił osobiste zaangażowanie amerykańskiego prezydenta w rozmowach z Koreą. Prezydent Rosji oświadczył również, że dla osiągnięcia pełnej denuklearyzacji półwyspu potrzebne są międzynarodowe gwarancje i Rosja „gotowa jest wnieść swój wkład, jeśli okaże się to konieczne”.

Pewnym krokiem naprzód jest także podjęcie wspólnych rozmów na temat redukcji zbrojeń. W 2021 r. mija okres obowiązywania 10-letniego rosyjsko-amerykańskiego układu o ograniczaniu strategicznej broni ofensywnej zakładającego m. in. utrzymanie a nie zwiększanie dotychczasowego poziomu posiadanej przez obie strony najbardziej niebezpiecznej broni, jaką są międzykontynentalne rakiety balistyczne. Prezydent Rosji oświadczył, że Moskwa gotowa jest na przedłużenie tego układu, lecz wymaga to uzgodnień. Nie zostały publicznie ujawnione szczegóły rozmów na ten temat tym nie mniej, jak informuje niemiecka rozgłośnia Deutsche Welle, osiągnięto porozumienie w sprawie współpracy w dziedzinie walki z terroryzmem, bezpieczeństwa cybernetycznego a także nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Warto też w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć słowa Trumpa o „ociepleniu jądrowym”, a także zwrócić uwagę na jego stwierdzenie, iż do Rosji i USA należy 90 procent światowego potencjału nuklearnego. O zgodności intencji obydwu stron może też świadczyć wypowiedź rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa, który na trzeci dzień po zakończeniu spotkania w Helsinkach stwierdził, iż „jako najpotężniejsze mocarstwa atomowe ponosimy szczególną odpowiedzialność za zabezpieczenie globalnej stabilizacji i bezpieczeństwa”.

 

Dobry początek i „protokół rozbieżności”

Ze spotkania obydwu prezydentów nie należy bynajmniej wyciągać wniosku, iż nie ma między nimi różnicy zdań a wzajemne stosunki z etapu wrogości przeszły w stan sielanki. Moskwa i Waszyngton – pomimo tych obszarów, gdzie możliwa była współpraca – zawsze miały też odrębne interesy i tak pozostało do dziś.
Jednym z przejawów różnicy zdań jest kwestia Krymu. USA nadal uważają przyłączenie tego półwyspu do Rosji za aneksję. Moskwa z kolei uważa sprawę Krymu za zamkniętą czemu dał wyraz Putin podczas konferencji prasowej dodając, że jest świadomy stanowiska amerykańskiego zgodnie z którym Krym nadal pozostaje częścią Ukrainy. Warto jednak zwrócić uwagę na słowa Trumpa, które wywołały zaniepokojenie w Kijowie. Zapytany o możliwość zmiany amerykańskiego stanowiska w kwestii Krymu odpowiedział: „zobaczymy”. To jedno krótkie stwierdzenie jednak niewiele znaczy nie tylko dlatego, że Trump w kwestii Krymu parokrotnie zmieniał zdanie. Także dlatego, że administracja amerykańska w ostatnich dniach przyjęła dokument określający nieuznanie połączenia Krymu z Rosją za oficjalną linię polityki USA. Tak więc sprawa Krymu pozostanie nadal kością niezgody pomiędzy Moskwą a Waszyngtonem, podobnie jak sytuacja na wschodzie Ukrainy.

Inny przykład rozbieżności interesów, a co za tym idzie odrębności stanowisk, dotyczy Turcji. Sytuacja wydaje się tu być nieco paradoksalna. Turcja będąca członkiem NATO utrzymuje znacznie lepsze relacje z Rosją niż z USA. Wynika to z dwóch powodów. Po pierwsze, Turcja domaga się od Stanów Zjednoczonych ekstradycji muzułmańskiego kaznodziei Fethullaha Gülena, którego uważa za głównego inspiratora zamachu przeciwko prezydentowi Erdoğanowi przed trzema laty, na co Stany nie chcą się zgodzić. Po drugie, Turcji nie podoba się wspieranie przez USA kurdyjskich oddziałów walczących w Syrii. Jak do tej pory brak jest informacji czy sprawy te były omawiane przez obydwu prezydentów, a jeżeli tak, to z jakim skutkiem.

Natomiast rozmowy na temat Bliskiego Wschodu nieuchronnie musiały dotyczyć stosunku do Iranu i Izraela. W kwestii Iranu dają się zauważyć istotne różnice. W maju tego roku Stany Zjednoczone jednostronnie wypowiedziały układ z Iranem przewidujący zniesienie sankcji w zamian za rezygnację przez Iran z rozwoju potencjału nuklearnego. Rosja, która jest jednym z sześciu sygnatariuszy tego porozumienia, ma w tej sprawie odmienny od amerykańskiego pogląd. Putin oświadczył, że przekazał Trumpowi wyrazy zaniepokojenia w związku z tą decyzją Waszyngtonu. Stany jednakże nie zamierzają zmieniać swojego stanowiska, choć w ostatnich dniach co najwyżej zaproponowały Iranowi negocjacje w sprawie zawarcia nowej umowy. Podstawowym powodem zerwania układu wydaje się być nacisk ze strony Izraela, który obawia się obecności w Syrii swojego największego wroga – Iranu oraz związanych z nim oddziałów libańskiego Hezbollahu.
Trump mówił w Helsinkach o potrzebie wywarcia wpływu na Iran po to, aby – jak się wyraził – „powstrzymać jego kampanię przemocy i nuklearne dążenia na Bliskim Wschodzie”. Zawarta jest tu bezpośrednia sugestia pod adresem Rosji, która z Iranem ma dobre, a przynajmniej poprawne stosunki. Niektórzy analitycy uważają, że taki deal jest możliwy w kontekście bezpieczeństwa Izraela, gdzie stanowiska USA i Rosji są zbieżne. Rosja utrzymuje bliskie kontakty z Izraelem na zasadzie pewnego układu. Polega on na tym, że Izrael nie będzie się wtrącał w sprawy wewnętrzne Syrii – co zresztą niejednokrotnie deklarował – za to Rosja weźmie na siebie część odpowiedzialności za bezpieczeństwo na granicy izraelsko-syryjskiej. Siergiej Iljin, komentator Radia Sputnik uważa, że Moskwa i Waszyngton już się dogadały w sprawie zagwarantowania bezpieczeństwa na graniczącym z Izraelem terytorium Syrii co z kolei pociągnęłoby za sobą wycofanie stamtąd irańskich wojskowych i sił z nimi sprzymierzonych. Zdaniem rosyjskiego komentatora, na takim wariancie nie ucierpi ani pozycja Rosji w Syrii, ani syryjskie władze. Gdyby faktycznie do tego doszło, to stanowiłoby to dla USA wygodny pretekst do powrotu do negocjacji z Iranem i ewentualnego złagodzenia dotychczasowego, bardziej proizraelskiego niż amerykańskiego, stanowiska. Ostatnie gesty Trumpa pod adresem Iranu mogą stanowić potwierdzenie tej hipotezy.

Zaangażowanie Rosji na Bliskim Wschodzie i jej rosnące wpływy są na tyle istotne, że Stany Zjednoczone muszą się z nimi poważnie liczyć. Jest to zapewne jeden z najważniejszych powodów dla których Trump zdecydował się rozmawiać z Putinem,

Rozbieżność interesów przejawiła się natomiast w kwestii dostaw gazu do Europy. Stany Zjednoczone będące eksporterem gazu skroplonego są konkurentem dla rosyjskiego Gazpromu. Mimo to, Trump w wyniku rozmów z Putinem złagodził swoje stanowisko wobec europejskich, a zwłaszcza niemieckich, importerów rosyjskiego gazu. Ostrą krytykę zastąpił „zrozumieniem” niemieckiej polityki energetycznej. Odnosząc się bezpośrednio do kanclerz Angeli Merkel stwierdził, że „oczywiście jest to jej wybór, lecz jest z tym mały problem” – w domyśle: dla Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie zaznaczył, że Stany zamierzają być największym producentem gazu skroplonego, który będą sprzedawać Europie konkurując z rosyjskimi dostawami. Ze swej strony Putin zadeklarował, że Rosja będzie kontynuować tranzyt gazu przez teren Ukrainy zastrzegając jednak, że w przypadku, gdy zostaną uregulowane kwestie finansowe. Pozornie mogłoby się wydawać, że obu tych oświadczeń niewiele łączy. W rzeczywistości jednak należałoby je odczytać jako bardziej symboliczne niż realne gesty z obu stron. Trump chciał dać do zrozumienia, że nie mierzi go już tak niedawno krytykowane pompowanie przez Europę Zachodnią do Kremla pieniędzy pochodzących z opłaty za gaz. Natomiast Putin zasugerował, że Ukraina nie jest dla Rosji śmiertelnym wrogiem, którego pragnie udusić pozbawiając go wpływów z tranzytu gazu. Jak wiadomo, Ukraina jest przedmiotem amerykańskiego zainteresowania jako potencjalne narzędzie nacisku na Rosję, a zwłaszcza jako odbiorca amerykańskiego uzbrojenia.

Z Ukrainą łączy się też kwestia amerykańskiej obecności militarnej w Europie. Wśród tematów omawianych z prezydentem USA Putin wymienił m. in. zagrożenia wynikające z rozmieszczenia w Europie elementów amerykańskiej globalnej obrony antyrakietowej. Efekty tych rozmów nie zostały ujawnione, co daje powód do przypuszczeń, że obie strony pozostały przy swoich stanowiskach. Znamienny jest jednak sam fakt, że w ogóle o tym rozmawiano. Udzielając wywiadu dla telewizji Fox News, Władimir Putin po raz kolejny wypowiedział się jednoznaczne przeciwko rozszerzeniu NATO na Ukrainę i Gruzję. Jego zdaniem, sojusz może sobie z tymi krajami współpracować na zasadzie dwustronnej, jednak bez przyjmowania ich w swoje szeregi.
Mimo tego całego „protokołu rozbieżności” podjęcie bezpośredniego dialogu pomiędzy obu czołowymi graczami na arenie międzynarodowej można oceniać jako pierwszy krok w kierunku odprężenia i normalizacji wzajemnych stosunków. Jakie będą dalsze kroki pokaże czas. Okaże się też, czy prawdziwe były słowa Donalda Trumpa wypowiedziane w Helsinkach, iż „dyplomacja i zaangażowanie są lepsze niż wrogość”.

Wolta Trumpa

Jeszcze w ubiegłym tygodniu przywódcy Iranu i USA wymieniali groźby. Tymczasem podczas poniedziałkowej konferencji prasowej w Białym Domu prezydent Trump wyraził chęć podjęcia rozmów z Irańczykami. Wcześniej Teheran ujawnił, że administracja Trumpa wystosowała aż osiem zaproszeń do negocjacji, które zostały odrzucone. Tym razem doradca prezydenta Iranu odpowiedział przyjaźnie.

Nagłe zwroty w polityce Donalda Trumpa zaczynają być regułą. Niewiele może już zadziwić opinię publiczną po tym jak bezpośrednio po spotkaniu z Władimirem Putinem prezydent USA oświadczył, że Rosja nie mieszała się do amerykańskich wyborów w 2016 r., a dzień później pod wpływem masowej krytyki uznał, że jednak zawiniła. Teraz, dwa miesiące po zerwaniu paktu nuklearnego z Iranem i po groźbach kierowanych do prezydenta Rouhaniego, Trump chce rozmawiać z Teheranem.

– Na pewno spotkam się z Iranem, jeżeli tylko oni sami będą chcieli się spotkać – powiedział prezydent USA w poniedziałek, zwracając się do dziennikarzy w Białym Domu podczas wizyty złożonej mu przez prawicowego premiera Włoch Giuseppe Contego. – Bez żadnych warunków wstępnych – dodał.

Donald Trump podkreślił, że wierzy w obustronne korzyści z dyplomacji i że “może spotkać się z kimkolwiek”. Nawiązał też do szczytu, jaki odbył z Putinem i uznał, że zakończył się on sukcesem, mimo że w kraju padł ofiarą zaciekłej krytyki zarówno ze strony Demokratów jak i Republikanów: “Jak rozmawiasz z innymi ludźmi, zwłaszcza gdy to dotyczy zagrożenia wojną wojną, śmiercią, głodem i innymi rzeczami – to się spotykasz. Nie ma nic złego w tym, żeby się spotkać” – stwierdził.

Do tych słów odniósł się już Hamid Aboutalebi doradca prezydenta Hassana Rouhaniego, wykazując otwartość na propozycję Trumpa. Podkreślił jednocześnie, że jego kraj będzie się starał o powrót do zerwanej wcześniej przez USA umowy: – Poszanowanie dla praw narodu irańskiego, ograniczenie wrogości i powrót do układu nuklearnego to kroki, których podjęcie może przygotować grunt pod rozmowy między Iranem a USA.

Oświadczenie to przychodzi tydzień po tym jak Trump w mediach społecznościowych groził Irańczykom, że jeżeli będą stwarzać zagrożenie dla USA, to “spotkają się z konsekwencjami, jakie to tej pory niewielu w dziejach poniosło”. Rouhani z kolei ostrzegał, że wojna między Iranem a USA będzie “matką wszystkich wojen”. Dyplomacja Teheranu ujawniła tymczasem, że od czasu zerwania umowy nuklearnej USA aż ośmiokrotnie kierowały do Iranu zaproszenia do rozmów. Dotychczas wszystkie zostały odrzucone.

Komentatorzy podkreślają, że zachodzi tu podobieństwo do sytuacji sprzed porozumienia USA z Koreą Północną, podpisanego w czerwcu. Szczyt singapurski był poprzedzony ostrą wymianą retorycznych ciosów między Donaldem Trumpem a Kim Dzong Unem i prawdopodobnie był wstępem do rozmów, które na tym tle administracja Trumpa mogła okrzyknąć wielkim sukcesem.
Porozumienie USA z Iranem, podpisane w 2015 r. za prezydentury Baracka Obamy, określało ustępstwa wobec Teheranu, na jakie godził się Waszyngton, pod warunkiem ograniczenia i stopniowego wygaszania irańskiego programu rozwoju broni nuklearnej. Trump jednostronnie zerwał porozumienie w maju 2018 r., uznał bowiem, że Iran prowadzi prace na rakietami balistycznymi dalekiego zasięgu, co jego zdaniem było naruszeniem warunków umowy. Większość uznanych ekspertów w tej dziedzinie, organizacji międzynarodowych monitorujących realizację paktu, a także przywódcy Unii Europejskiej kategorycznie skrytykowali posunięcie przywódcy USA, twierdząc, że zagraża ono procesowi pokojowemu, a Iran w pełni wywiązuje się ze zobowiązań.

Zgubieni

1820 nieletnich, które przymusowo oddzielono od rodziców po nielegalnym przekroczeniu meksykańskiej granicy, wróciło do opiekunów. Pozostało kilkaset dzieci, których opiekunów już deportowano. Państwo amerykańskie woli chwalić się sukcesami, niż naprawdę rozwiązać problemy wywołane przez jego bezduszną politykę.

 

Donald Trump, pod naciskiem opinii publicznej wzburzonej wstrząsającymi zdjęciami dzieci w klatkach, zawiesił politykę rozdzielania rodzin nielegalnie przekraczających meksykańsko-amerykańską granicę i obiecał, że wszyscy nieletni – część z nich to naprawdę małe dzieci – wróci do rodziców. Nie anulowano jednak przepisów, na mocy których całe rodziny nadal będą mogły być bezterminowo przetrzymywane w aresztach i centrach detencji, czekając na proces karny.

Dopóki polityka „zero tolerancji” obowiązywała w całej rozciągłości, od rodziców oddzielono ponad 2500 dzieci. Większość z nich jest już na powrót razem z rodzicami. Według opublikowanego wczoraj rządowego sprawozdania 1442 dzieci w wieku powyżej pięciu lat dołączyło do opiekunów przebywających w centrach detencyjnych prowadzonych przez urząd imigracyjny i celny (ICE). 378 dzieci młodszych wróciło do rodzin „w inny adekwatny sposób”, ogólnikowo podaje administracja Trumpa. Aby zatrzeć fatalne wrażenie wywołane przez odbieranie dzieci rodzicom, ICE postanowił wypuścić większość rodzin z dziećmi z miejsc zatrzymania, ograniczając się do objęcia rodziców nadzorem elektronicznym.

Transport dzieci do ośrodków w Teksasie, Nowym Meksyku i Arizonie, gdzie odbywało się łączenie rodzin, zapewniały w większości organizacje pozarządowe i charytatywne. Nic nie wskazuje na to, by państwo poczuło się np. do zapewnienia opieki psychologicznej dzieciom, dla których odłączenie od opiekunów było prawdziwą traumą.

Co gorsza, rząd USA był zmuszony przyznać, że ponad 700 dzieci pozostało w osobnych centrach detencyjnych dla nieletnich, bo „nie ma możliwości” połączenia ich z rodzinami. W 431 przypadkach opiekunowie nieletnich już zostali deportowani poza granice USA. Prawnicy i fundacje wspierające rodziców są pełni złych przeczuć. Nie wykluczają, że odzyskanie dzieci będzie wymagało prawdziwej detektywistycznej pracy. Zgłaszane są również przypadki, w których nieletnich przekazano opiekunom innym niż rodzice, a ci obecnie oprotestowują taką decyzję.

Tymczasem Donald Trump ma już inne tematy do omawiania na Twitterze…

Przełom pod ostrzałem

Czarne chmury zbierają się nad porozumieniem Trump-Kim. Podkopują je sami Amerykanie – zgodnie z własną wieloletnią tradycją. Politycy i największe media bez skrupułów wciskają nam kit na temat na temat programu jądrowego Korei Północnej.

 

Czerwcowy szczyt, na którym Donald Trump i Kim Dzong Un uścisnęli sobie dłonie był wydarzeniem po pierwsze epokowym, po drugie – od początku do końca skrojonym pod media. Dziwnym może się zatem wydawać, że dzisiaj, miesiąc po tych wydarzeniach, temat prawie całkowicie spadł z agendy zarówno publicystycznej, jak i politycznej – przynajmniej po stronie amerykańskiej. Powody są zasadniczo dwa. Trump to przede wszystkim polityczny enfant terrible. Jego prezydentura ma to do siebie, że postać ta – generalnie nieprzygotowana do pełnienia tej roli – sama, zupełnie spontanicznie, tworzy co chwila sytuacje o randze epokowych wydarzeń, pakując przy tym siebie, swój kraj i resztę świata w epickie kłopoty. Złaknione emocji media podążają więc za Trumpem jak za Godzillą dewastującą na swej drodze coraz to nowe przyczółki ludzkości, nawet jeśli niechcący zostawił on po sobie coś tchnącego nadzieją.

Powód drugi jest taki, że przyjacielski gest otwarcie się USA na Koreę Północną był dyplomatyczną improwizacją, działaniem pozbawionym szerszego planu, nastawionym głównie na wypromowanie prezydenta w wątpliwej roli „zbawcy świata”. Po pierwsze, otoczenie prezydenta w ogóle nie utożsamia się z tą misją – realne dogadanie się z KRLD nigdy nie interesowało ich środowiska politycznego. Wywodzą się oni na ogół z republikańskich „jastrzębi”, dla których państwo Kimów zawsze pozostanie śmiertelnym wrogiem i celem zniszczenia. Dotyczy to zwłaszcza Johna Boltona, który znany jest ze swojego entuzjazmu wobec idei zbrojnego najazdu na Koreę Północną. Za pierwszej kadencji George’a W. Busha był osobiście odpowiedzialny za rozbicie wstępnego układu denuklearyzacyjnego, którą ówczesna administracja odziedziczyła po Clintonie. Szczyt singapurski był więc kaprysem Donalda Trumpa, ewentualnie zagrywką PR, nie zaś efektem trwałych dążeń politycznych stronnictwa, jakie prezydent reprezentuje – stronnictwo takie prawdopodobnie w ogóle nie istnieje.

Po drugie, kroki dyplomatyczne podjęte przez dyplomację USA wobec KRLD po Singapurze natychmiast napotkały strukturalną barierę i grożą zatrzymaniem procesu, co – tak jak w przeszłości – oznacza jego odwrócenie. Kroki te oficjalnie miały na celu doprecyzowanie postanowień obustronnej deklaracji z 12 czerwca i podjęcie konkretnych działań zmierzających do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. Wbrew temu, co można było usłyszeć w amerykańskich mediach, misja ta, podjęta przez Mike’a Pompeo, zakończyła się chwilowym fiaskiem, ponieważ polegała na kontynuacji podejścia stosowanego za Busha. I tak jak wówczas, nie była obliczona na realny efekt, a bardziej na spektakl polityczny, po którym rządzący spodziewają się zebrać oklaski.

Wreszcie po trzecie, cała dotychczasowa prezydentura Trumpa jest przedstawieniem, nie posiada głębszego politycznego dna. Owszem, z grubsza odpowiada poglądom prawicy „jaskiniowej”, ale nie stoi za nią żadna wpływowa grupa interesu. Wall Street wolałoby zapewne tradycyjnego republikanina, a lobby wojskowo-zbrojeniowe – Hillary Clinton.

 

Dwa kroki w przód, jeden do tyłu

Sekretarz stanu Mike Pompeo spotkał się na początku lipca z Kim Jung Czolem, jednym z najważniejszych oficjeli w KRLD i szefem tamtejszego wywiadu. Mieli rozmawiać o perspektywach wyłączenia części północnokoreańskiej infrastruktury nuklearnej, oficjalnego zakończenia wojny 1950-1953 r. między dwiema Koreami (pokoju nigdy nie podpisano) i przekazania USA szczątków amerykańskich żołnierzy z czasów tego konfliktu 1950-1953 r. Odlatując z Pjongjangu do Tokio Pompeo chwalił się dziennikarzom, że wszystko jest na dobrej drodze do pełnego sukcesu: rozmowy odbyły się „w dobrej wierze”, były „produktywne”, na ważnych obszarach dokonano „poważnego postępu”, niemniej jednak „nadal jest nad czym pracować”. W takim też duchu relację z tej wizyty zdały media.

Niestety diametralnie inaczej oceniła ją strona koreańska. Ministerstwo spraw zagranicznych uznało rozmowy z Pompeo za „godne ubolewania”, a ich wynik za „bardzo niepokojący”. Dyplomacja KRLD oświadczyła: może on doprowadzić do „niebezpiecznej sytuacji, w której osłabnie nasza wola do denuklearyzacji, która wcześniej była zdecydowana”.

Oficjalne oświadczenie mówi: „Oczekiwaliśmy od strony amerykańskiej konstruktywnych kroków służących budowie zaufania utrzymanego w duchu, w jakim upłynął szczyt naszych przywódców (..) Myśleliśmy również o zastosowaniu zasady wzajemności”. Najwidoczniej stało się inaczej. Przedstawiciel ministerstwa pisze dalej: „Postawa USA na pierwszym spotkaniu najwyższego szczebla (między naszymi krajami) okazała się jednak godna ubolewania”. Dodaje nawet: „Nasze nadzieje i oczekiwania były tak naiwne, że można je nawet zwyczajnie głupimi”.

Z relacji ministerstwa wywnioskować można, że podczas rozmów rozegrał się stary scenariusz, który już przynajmniej dwukrotnie wcześniej doprowadził do zerwania porozumienia USA z KRLD. Pompeo zaczął mianowicie stawiać Koreańczykom jednostronne wymagania, które naruszały zasadę partnerstwa. Strona północnokoreańska wyszła z propozycją zamknięcia jednej z baz do testowania rakiet dalekiego zasięgu i rozpoczęcie działań zmierzających do zwrócenia szczątków amerykańskich żołnierzy. Za najważniejsze jednak uznano prace nad przypieczętowaniem pokoju z Koreą Południową, co zakładało aktywny udział strony amerykańskiej. W tej właśnie kwestii Pompeo zaczął się wykręcać, znajdując ku temu – jak określono to w oświadczeniu – szereg „warunków i wymówek”, by oddalić sprawę porozumienia pokojowego. Asymetria ta wyjątkowo uraziła Koreańczyków, bo wykonali poważny krok naprzód, zamykając już część swoich tuneli wykorzystywanych do prac nad technologią balistyczną. Uznali to za tak istotny wkład ze swojej strony, że nie zrównoważyła tego zapowiedź odwołania wspólnych sierpniowych manewrów US Army i armii południowokoreańskiej. W geście zaufania Korea odwołała coroczne obchody rocznicy wojny koreańskiej, która zawsze przepojona była antyamerykańską symboliką i retoryką.

Bezprecedensowo złagodzono sposób mówienia o USA w północnokoreańskiej telewizji.

Jeżeli faktycznie tak przebiegły rozmowy, należy przyjąć, że Stany Zjednoczone niecały miesiąc po podpisaniu deklaracji singapurskiej zaczęły lekceważyć jej warunki. Owszem, jej postanowienia były ogólnikowe, lecz jednocześnie jasne, zrozumiałe dla każdego myślącego człowieka, poważnie traktującego możliwość porozumienia. Punkt trzeci deklaracji mówi o „pełnej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego”, poprzedzony jest jednak oświadczeniem, że obie strony będą budować „nowe relacje oparte na dążeniu do pokoju i dobrobytu” oraz „warunki trwałego pokoju na Półwyspie”. Tymczasem po raz kolejny strona amerykańska uznała, że oni są od brania, a druga strona od dawania.

Nabrali najwyraźniej przeświadczenia, że powodzenie szczytu w Singapurze dało już Korei Płn. tak dużo, że zechce ona ten sukces zachować za wszelką ceną, godząc się nawet na nierówne traktowanie przez USA. Była to płocha nadzieja, bo z przeszłych rokowań wiadomo, że by tak nie było. KRLD od zawsze brała pod uwagę tylko porozumienie rozbrojeniowe dokonujące się na warunkach partnerskich – dlatego właśnie wszystkie przeszłe jego projekty upadły. Dzisiaj to Korea Płn., powszechnie uznana przez „wolny świat” za nieludzki reżim zagrażający światowemu bezpieczeństwu, trzyma się zasady wzajemności i dąży do budowy obopólnego zaufania, podkreślając we wspomnianym oświadczeniu, że mimo nieprzejednanej postawy amerykańskiego sekretarza stanu, nadal pokłada „pełną wiarę w prezydencie Trumpie”. Wyraża też nadzieję, że Waszyngton nie ulegnie „wiatrom wiejącym przeciwnie do woli przywódców”.

 

Negocjacje dla naiwnych

Wersję KRLD należy uznać za wiarygodną z jednego kluczowego powodu: wpisuje się ona w schemat działania powtarzany przez Amerykanów od 25 lat: stawiania dodatkowych warunków nieprzewidzianych wcześniejszymi umowami i tendencyjnej, politycznie motywowanej interpretacji faktów, przy jednoczesnym podporządkowaniu sobie społeczności międzynarodowej. Tym sposobem USA już trzykrotnie niweczyły wysiłki Korei Płn. zmierzające do wywiązania się ze wstępnych porozumień denuklearyzacyjnych. Za każdym razem wiązało się to z obsesją przyłapania KRLD na „niecnych praktykach”, które można by ukazać jako niebezpieczne lub wbrew zasadom układów międzynarodowych.

Jeden z takich przypadków „wrobienia” Korei Płn. miał autora w osobie samego Johna Boltona, obecnie doradcy Donalda Trumpa. W 2002 r. Bolton, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji George’a W. Busha, dotarł do odtajnionej i niekonkluzywnej notatki CIA sugerującej, że KRLD pozyskuje wzbogacony uran metodą odwirowania i dzięki temu mniej więcej do 2005 r. może uzyskać zdolność wytwarzania dwóch głowic nuklearnych rocznie. Środowisko wywiadu było bardzo podzielone w kwestii ostatecznych wniosków płynących z tego krótkiego, ogólnikowego dokumentu. Niemniej jednak Bolton uznał, że nareszcie otrzymał – jak sam się potem wyraził – „młot, którym mógł roztrzaskać wstępne porozumienie” denuklearyzacyjne z Kim Dzong Ilem, do jakiego wcześniej udało się doprowadzić Billowi Clintonowi. Stricte polityczną motywację Boltona potwierdziła w swoich pamiętnikach była sekretarz stanu Condoleeza Rice. I tak, aby wypromować bushowską doktrynę „walki z terroryzmem” i z „osią zła”, Bolton, nadużywszy informacji uzyskanej od wywiadu, doprowadził do celowego zerwania układu z KRLD. Nastąpiło to jesienią 2002 r. podczas wizyty asystenta sekretarza stanu Jamesa Kelly’ego w Pjongjangu, podczas której Koreańczycy mieli przedstawić plan dalszego samorozbrojenia. Kelly otrzymał wyraźne instrukcje, by porozumienie odrzucić.

Historia torpedowania przez Stany Zjednoczone porozumień denuklearyzacyjnych z Koreą Płn. sięga początków lat 90. XX wieku. Istniejący wtedy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej wymagał od KRLD raportowania działań podejmowanych w ramach programu nuklearnego do Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej – IAEA. Sprawozdanie dostarczone przez Koreę Płn. w 1992 r. stało się przedmiotem trwającej kilka lat kontrowersji. W oparciu o rozbieżnie interpretowane dane amerykański wywiad, w warunkach mocno podzielonych głosów w swoim gronie, uznał ostatecznie, że Korea wcześniej podała fałszywie niską ilość plutonu uzyskanego przez swych naukowców przed 1991 r. IAIE zażądała dodatkowych inspekcji, których KRLD odmówiła, zatem Agencja postraszyła Koreę Radą Bezpieczeństwa ONZ. W 1993 r. Pjongjang oświadczył, że padł ofiarą politycznego ataku i wycofał się z układu o nierozprzestrzenianiu. Doprowadziło to do utrwalenia mitu złowrogich intencji KRLD na arenie międzynarodowej. Przetrwał on, mimo, że dalsza analiza amerykańskich laboratoriów wykazała, że Korea Płn. faktycznie nie posiadała ilości plutonu umożliwiającej produkcję choćby jednej bomby. Pjongjang nie złamał zasad.

Klęską zakończyło się również Porozumienie Sześciostronne, które zawiązało się w 2005 r. Był to układ zawarty między Koreą Płn a Koreą Płd., Japonią, USA, Chinami i Rosją zmierzający do nuklearnego rozbrojenia KRLD i normalizacji stosunków z państwem Kim Dzong Ila. W 2007 r., na drugim etapie wdrażania porozumienia, wszystko zdawało się być na dobrej drodze. KRLD doprowadziła nawet do uzgodnionego zamknięcia ośrodka pozyskiwania plutonu w Jongbjon. Jednak w 2008 r. USA rządzone jeszcze przez Busha, wspierane przez prawicowe rządy Korei Płd. i Japonii, zaczęły wyrażać obawy, że Pjongjang znów niewiarygodnie raportuje swoją aktywność nuklearną. Zażądano kontroli. Problem w tym, że zgodnie z podpisaną umową procedury weryfikacyjne przewidziano na trzecim, a nie drugim etapie wdrażania układu. Stany próbowały więc jednostronnie zmienić warunki porozumienia i wymóc uległość na Korei Płn. Pjongjang, uczulony na nierówne traktowanie, zdecydowanie odmówił, odczytując tę sytuację jako atak polityczny i próbę podporządkowania. Porozumienie zaczęło się rozpadać. USA chciały skusić KRLD ofertą wykreślenia jej z listy „państw wspierających terroryzm”. Kim Dzong Il zgodził się w końcu na kontrolę, lecz w ostatnim momencie Stany podniosły poprzeczkę, starając się narzucić własne, rozszerzone warunki, wykraczające poza proponowane przez Koreę Płn. To był gwóźdź do trumny całego układu. Upadł on w grudniu 2008 r., już po wyborze Obamy na następcę Busha. USA doprowadziły tym samym do odwrócenia postępów na drodze do denuklearyzacji KRLD. Pjongjang ponownie uruchomił zakład w Jongbjon, a prace nad bombą przyspieszyły. Waszyngton udowodnił swą wrogą postawę, a Korea nie miała powodu rezygnować ze swojego głównego środka odstraszania.

 

Z igły widły (i fake newsy)

Niezbywalnie wrogi stosunek establishmentu republikańskiego do Korei Płn. to jedno. Czasy Billa Clintona dawno już jednak minęły i Demokraci, orbitujący dziś głównie wokół jego żony, próbują wyprzedzić swych politycznych rywali w podżeganiu do wojny z KRLD. W sytuacji niedawnego napięcia między Trumpem a Kim Dzong Unem, ocierającego się o groźby konfliktu nuklearnego, senatorowie Demokratów próbowali nie dopuścić do porozumienia w Singapurze. Wyrażali się zdecydowanie krytycznie o jego wyniku, oskarżając Trumpa o działanie na szkodę bezpieczeństwa narodowego. Działania te są oczywiście motywowane walką polityczną z prezydentem. W kwestii koreańskiej Demokraci wyraźnie zaczynają zachodzić go z prawej strony. Wtórują im w tym przychylne im media, które w połowie lipca zaczęły rozsiewać pogłoski, jakoby strona północnokoreańska łamała warunki układu z Trumpem. Warto wyjaśnić tę sprawę również dlatego, że wspomniane fake news powtarzane były bezkrytycznie przez czołowe polskie ośrodki prasowe.

CNN, NBC News i Wall Street Journal w sensacyjnym tonie donosiły, że Pjonjang zdradza Amerykę. W przedstawionej przez nie wersji sprawa była prosta: najnowsze zdjęcia satelitarne dowodzą, że Korea Płn. zamiast likwidować swój program nuklearny, rozbudowuje go. Ergo: Kim zdradził, Trump dał się nabić w butelkę. Powołując się na zdjęcia opublikowane 26 czerwca NBC pytało retorycznie: „Jeżeli Korea Północna rzeczywiście się denuklearyzuje, to czemu rozbudowuje centrum badań nuklearnych?” WSJ orzekł: „Korea Północna rozbudowuje główny ośrodek produkcji rakiet. Nowe zdjęcia satelitarne pokazują, że Pjonjang kontynuuje program budowy broni jądrowej, jednocześnie prowadząc rozmowy z Waszyngtonem”.

Manipulacje te są o tyle bezczelne, że powołują się na zdjęcia opublikowane w serwisie 38north.org, poświęconym sprawom Korei Północnej, gdzie towarzyszy im opis autorstwa trzech analityków. Wyraźnie piszą oni, że uwidocznionych na fotografiach nowych budynków w kompleksie Jongbjon „nie powinno się interpretować w jakimkolwiek związku z deklaracjami o denuklearyzacji ze strony Korei Północnej”. Są to bowiem części infrastruktury, które dobudowano wiosną 2018 r., zgodnie z projektem zatwierdzonym w roku poprzednim. Przeciwko naciąganym wnioskom mediów protestował też sam Joel Wit, założyciel 38north.org, współautor projektu porozumienia z KRLD za Clintona. Mówił: „Stanowczo nie zgadzam się z narracją mediów”. Trudno mu się dziwić. Jego serwis publikuje wyłącznie sprawdzone, rzetelne materiały autorstwa poważanych ekspertów, stawiając problematykę Korei Północnej w racjonalnym świetle. Tymczasem ekspertyzy te stają się przedmiotem politycznej manipulacji – niegodnej, lecz skutecznej, opartej bowiem na skądinąd słusznym założeniu, że odbiorca sensacyjnej informacji nie sprawdzi jej u źródła. Tak kłamią naczelne tuby „wolnego świata”.

 

Denuklearyzacja na serio

Deklaracja podpisana przez Donalda Trumpa i Kim Dzong Una jest wielkim krokiem naprzód ku normalizacji stosunków Pjongjangu z resztą świata. Przede wszystkim dlatego, że po raz pierwszy strona amerykańska potraktowała Koreę Płn. serio i na partnerskich zasadach. W ciągu całych dekad nieudanych pertraktacji na tym Pjonjangowi zależało najbardziej. Było w tym sukcesie sporo przypadkowości i charakterystycznej dla Trumpa przekory. Nie zmienia to jednak faktu, że przekroczono granicę, za którą cały świat zobaczył, że otwierają się nowe możliwości w stosunkach międzynarodowych. Dlatego też społeczność międzynarodowa oraz publiczność obserwująca ten spektakl w Korei Południowej i USA z pełną satysfakcją przyjęła czerwcowy przełom.

Należy jednocześnie pamiętać, to o czym wspomina Joel Wit: w Singapurze KRLD nie zobowiązała się do bezwarunkowego demontażu programu jądrowego, z którego to założenia zdają sie wychodzić największe media. „Pełna denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego” zajdzie tylko, jeżeli USA dołożą starań do stworzenia „nowych obopólnych relacji opartych na dążeniu do pokoju”, co oznacza szereg ustępstw ze strony Amerykanów. Jeżeli rzeczywiście zależy im na światowym bezpieczeństwie, zrobią to.

Program broni nuklearnej był oczkiem w głowie Kim Ir Sena i jego następców. Nie bez powodu. Ich kraj, zrujnowany upadkiem ZSRR, opuszczony przez Chiny, otoczony przez wrogie środowisko polityczne w regionie, nieustannie mierzący się z groźbami USA, widzący kolejne wojenne eskapady Wuja Sama obracające w perzynę całe kraje na Bliskim Wschodzie, wiedział, że może mieć tylko jeden atut, jeżeli w pertraktacjach międzynarodowych ma rozmawiać ze światem zewnętrznym jak równy z równym. Ta nieprzejednana postawa doprowadziła ich do upragnionego historycznego sukcesu w Singapurze. Trzeba jednocześnie przyznać, że Koreańczycy zagrają va banque i podejmą wielkie ryzyko, jeżeli odważą się zupełnie pozbyć arsenału nuklearnego – zdają sobie bowiem sprawę, jak USA potraktowały Libię pułkownika Kaddafiego.

Do pełnej normalizacji stosunków droga nadal daleka i nic nie jest przesądzone. Porażka ostatniej misji Pompeo nie nastraja optymistycznie. Wrogi stosunek do pomysłu godzenia się z KRLD ma cała klasa rządząca w USA, łącznie z ludźmi Trumpa. Podobnie do tematu podchodzą – jak widzieliśmy – czołowe liberalne media, które obecnie chętnie traktują porozumienie singapurskie jako „dogadywanie się Trumpa z krwawym dyktatorem”. Ten niekorzystny układ równoważony jest przez przychylność światowej opinii publicznej, z którą ośrodki te się liczą. Niestety obecny prezydent USA jest nieprzewidywalny. Czy odważy się zakwestionować własne osiągnięcie o epokowej randze?

Nastał moment, w którym wielkie znaczenie będzie miała współpraca międzynarodowych społeczności działających na rzecz rozbrojenia i bezpieczeństwa nuklearnego, również występujących pod egidą ONZ. Korea Płn. od dawna próbuje nawiązać wspólne działania z IAIE w zakresie przeciwdziałania katastrofom jądrowym. To najlepsza chwila na podjęcie działań posuwających naprzód sprawę normalizacji stosunków przez światowe środowiska pozapolityczne, eksperckie, również z innych dziedzin, np. gospodarki, dialogu międzykulturowego. Ludziom myślącym zazwyczaj zależy na powodzeniu globalnego procesu pokojowego.

Mami, tumani, przestrasza

– tak, parafrazując mickiewiczowski opis diabła z „Pani Twardowskiej” scharakteryzować można politykę Prezydenta Trumpa wobec Unii Europejskiej (i nie tylko).

 

„USA bronią Niemcy, Francję i całą Europę”. „Chcę aby państwa NATO wydatkowały 4 proc. budżetu na zbrojenia”. Te dwa zdania Prezydenta Trumpa wygłoszone na brukselskim szczycie NATO mówią prawie wszystko o aktualnej sytuacji geopolitycznej. Prawie, gdyż należy do nich dodać parę szczegółów. Pierwszy to ten, że USA bronią Europy przed wrogiem, którego same wykreowały. Nie po raz pierwszy potwierdza się prawda, że w polityce posiadanie dobrego wroga jest ważniejsze niż najlepszego sojusznika. Nie ważne, czy Rosja jest czerwona , biała czy kolorowa – ma być wrogiem i zagrożeniem dla świata, któremu tylko USA mogą stawić czoła. I interes się kręci: wojskowi rozkładają mapy, przedsiębiorcy rozkręcają produkcję zabawek dla wojskowych, politycy wygrywają wybory.

Drugi to ten, że Trump codziennie niemal potwierdza swoją nieobliczalność: dzisiaj mówi jedno, jutro mówi coś przeciwnego a pojutrze robi coś zupełnie innego.

Trzeci ważny element, to szereg drobnych z pozoru faktów, które należy zebrać razem. Tak więc na koktajl Trumpa muszą złożyć się na przykład zaangażowanie jego ludzi (Robert Mrecer) w brytyjskie referendum w sprawie wystąpienia z Unii Europejskiej (wpis „Truchtająca lewica”, maj, 2017). Dodać należy do tego ujawnioną w trakcie dwustronnego spotkania w Waszyngtonie propozycję wystąpienia Francji z Unii, jaką Trump złożył Prezydentowi Macronowi w zamian za umowę handlową korzystniejszą dla Francji niż ta z Unią. Ostatnio w niewybredny sposób upominał Niemcy, że są na pasku Kremla i znów groził sankcjami za Nord Stream 2. Mami, tumani, przestrasza.

Trump dąży do załamania przedsięwzięcia pod nazwą Unia Europejska. Dla USA jest jasne, że Zjednoczona Europa będzie poważnym konkurentem dla wchodzących w kryzys Stanów, nie tylko w aspekcie gospodarczym. Dlatego w celu jej demontażu obrał taktykę wybierania z europejskiego koszyka pojedynczych państw. Najpierw szantaż: wprowadzenie ceł na określone towary z możliwością odstąpienia od nich w stosunku do poszczególnych państw w drodze dwustronnych negocjacji. To, że Teresa May pospieszyła do Trumpa z błaganiem, by skreślił Wielką Brytanię z listy mnie nie dziwi, ale że podobnie uczyniła Unia Europejska – już tak. Na szczęście wygląda na to, że w Brukseli przejrzeli na oczy i zdali sobie sprawę z humorystycznego charakteru takiego wniosku. Zdali sobie sprawę, że celem działań Trumpa jest właśnie UE.

Niektórych państw Trump nie musi z unijnego koszyka wyjmować : same z niego wyskakują w jego objęcia. Należy do nich przede wszystkim Polska, która wasalizm względem USA me niejako w genach. Jego nowożytne początki biorą się od próśb „Solidarności” o wprowadzenie sankcji gospodarczych przeciwko Polsce w latach 80-tych, wsparcia finansowego, materialnego i wywiadowczego „Solidarności” przez CIA, przez aferę Kuklińskiego, niesławne obozy dla arabskich jeńców, aż po najnowszy akt – już z polskiej inicjatywy: porozumienie „Trójmorza”, które Polska na tacy podała Trumpowi rok temu (wpis „Szczyt zaszczycony”, czerwiec 2017). Polska jest więc ochotnikiem-pomagierem, wspólnikiem Trumpa w rozmontowywaniu Unii. I cała Europa to widzi.
Kolejnym elementem, który musi być wzięty pod uwagę, jest informacja, która mignęła przez media, nieoficjalna oczywiście, że niewykluczone jest, że Trump, w trakcie zbliżającej się rozmowy z Putinem, byłby gotów uznać aneksję Krymu przez Rosję. W tle tego wszystkiego jest oczywiście amerykańska gospodarka, zmuszenie Europy do zakupów amerykańskiego gazu i amerykańskiego uzbrojenia.

Do tej pory Unia Europejska dzielnie i solidarnie stawała po stronie USA w jej agresywnej względem Rosji polityce. Pojawiające się przesłanki i spekulacje, że Trump może się z Putinem „dogadać” postawi Europę w niezręcznej pozycji z ręką w urynale.

Trump wcale nie musi z Putinem podpisywać jakiegoś formalnego porozumienia. Wystarczy świadomość wspólnych geopolitycznych interesów. Ważne jest przy tym pytanie, czy Rosja w zamian za wolną rękę w sprawie Ukrainy będzie gotowa oddać Nord Stream 2? Z drugiej strony, podpisując kuriozalną deklarację z Kim Dzong Unem Trump pokazał, że stać go na każdą tego typu woltę – również w stosunku do Rosji.

„America first!” – a cała reszta? Zupełnie nieważna.

Takiej wolty nie będzie natomiast w stanie wykonać rozgrzana do czerwoności w swej rusofobii Unia Europejska. I zapewne o to Trumpowi chodzi: zdezorientowana, wewnętrznie poróżniona Unia stanie się łatwym łupem gospodarczym.

Będzie impeachment?

Donald Trump może zostać usunięty z urzędu. To efekt wzburzenia, jakie powstało wśród amerykańskich senatorów i kongresmenów po kontrowersyjnym zachowaniu głowy państwa podczas szczytu w Helsinkach.

 

Czytający z kartki, zestresowany i wyraźnie zaniepokojony – tak wyglądał prezydent USA, gdy tłumaczył co tak naprawdę miał na myśli mówiąc w fińskiej stolicy, że bardziej ufa Władimirowi Putinowi niż amerykańskiemu wywiadowi i swoim własnym urzędnikom. Trump krytykował śledztwo prowadzone przez prokuratora specjalnego Roberta Muellera, podczas którego doszło do oskarżenia 12 rosyjskich oficerów wywiadu o popełnienie przestępstw związanych z wyborami prezydenckimi w USA w 2016 roku. Trump uważa teraz, że nie powiedział „nie widzę czemu Rosja miałaby mieszać się w wybory”. Twierdzi, że mówił „nie widzę, czemu Rosja nie miałaby mieszać się w wybory”. Takie tłumaczenia nie przekonały jednak amerykańskiego establishmentu politycznego i wpływowych osób, z którymi Trump zdążył już wejść na wojenną ścieżkę podczzas swojej prezydentury. W ostrych słowach wypowiedział się były szef CIA John O. Brennan, który napisał na Twitterze „Jego zachowanie na konferencji prasowej w Helsinkach ocenił jako spełniające wymogi konieczne do wszczęcia procedury impeachmentu. „To było bliskie zdrady.

Komentarze Trumpa były nie tylko kretyńskie, on w całości siedzi w kieszeni Putina” – oceniał Brennan. „Republikańscy patrioci: Gdzie jesteście?” – pytał.

Na reakcje nie trzeba było długo czekać. Zdaniem Michaela Steele’a, byłeego przewodniczący Partii Republikańskiej, Trump na konferencji z Władimirem Putinem przypominał „agenta stojącego koło oficera prowadzącego”. Przeciw Trumpowi zwrócili się najbardziej wpływowi politycy republikańscy. Wśród nich znalazła się osoba numer trzy w amerykańskiej hierarchii państwowej, czyli przewodniczący Izby Reprezentantów. Republikanin Paul Ryan oświadczył we wtorek, że będzie „więcej niż szczęśliwy”, jeśli nadarzy się okazja wprowadzenia dodatkowych sankcji wobec Rosji. A także osoba numer cztery, a więc przewodniczący większości republikańskiej w Senacie, Bill Frist. To bardzo ważne informacje, gdyż do skutecznie przeprowadzenia procedury impeachmentu potrzebne będzie poparcie 2/3 składów obu izb. Swoje dorzucili również: były kandydat do Białego Domu, republikański senator John McCain określił jego zachowanie jako „jedno z najbardziej haniebnych w historii zachowań amerykańskiego prezydenta” oraz przewodniczący senackiej komisji spraw zagranicznych Bob Corker, kóry powiedział, że prezydent „sprawił, że wyglądamy jak popychadło”.

Komentatorzy są zgodni – wszczęcie procedury impeachmentu może nastąpić w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin. Dla wielu potwierdzeniem takiego wariantu jest zachowanie wiceprezydenta. Mike Pence od początku wybuchu afery nie zabrał publicznie głosu.

Złapał Kozak…

Podczas, gdy większość światowych mediów zastanawia się o czym tak naprawdę rozmawiali obydwaj przywódcy w Helsinkach, część prasy amerykańskiej i prasa izraelska wiedziała i wie dość sporo.

 

Bezpośrednio przed szczytem izraelska gazeta „The Jerusalem Post” pisała, że kilka dni wcześniej premier Benjamin Netanyahu spotkał się na Kremlu z Putinem. Oczywiście Netanyachu rozmawiał także kilkakrotnie na temat bezpieczeństwa Izraela z Trumpem. Dlatego gazeta przewidywała, że bardzo ważnym tematem szczytu będzie przyszłość Syrii i rola Iranu w regionie. Spekulowała przy tym, że Putin zaoferuje pozbycie się irańskich sił z Syrii, jeżeli Trump wywrze nacisk na Zachód, by złagodzić ekonomiczne i dyplomatyczne sankcje nałożone na Rosję po jej inwazji i aneksji Krymu. (Herb Keinon, „Netanyahu talks to Trump before Trump-Putin Summit”, The Jerusalem Post, July 15, 2018).

Bezpośrednio po szczycie, w tym samym dniu, amerykański „New York Post” napisał, że zwycięzca szczytu może być tylko jeden – Izrael. Obydwaj przywódcy zapewnili, że będą wspólnie pracować na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa Izraela. Putin wezwał do pełnego poszanowania Porozumienia z 1974 roku dotyczącego rozdzielenia wojsk na Wzgórzach Golan; zapewni to pokój na Wzgórzach i bardziej przyjazne relacje między Syrią i Izraelem oraz bezpieczeństwo Izraelowi. Putin wezwał do koordynacji działań militarnych Rosji i Stanów w kryzysie syryjskim. Jak wiadomo, dotychczas w tej 8. letniej wojnie obydwa państwa popierały zwalczające się strony. Izrael spodziewa się korzyści po spotkaniu dwóch przywódców. (Marisa Schultz, „Why Israel stands to benefit from Trump – Putin summit”. New York Post, July 16, 2018).

Większość obserwatorów twierdzi, że zwycięzcą szczytu okazał się Putin, a nie Trump. Wykluczyć się jednak nie da, że wyniki szczytu będą korzystne także dla Izraela. Styl jednak w jakim ten ewentualny sukces został osiągnięty budzi poważne wątpliwości. Izraelska gazeta Haaretz dzień po szczycie niezwykle krytycznie oceniła postawę Trumpa w Helsinkach: „Z wyjątkiem twardych zwolenników, Ameryka z trudem wybaczy prezydentowi, który stojąc przy autorytarnym przywódcy, jakim jest Władymir Putin, zdecydował się raczej go bronić niż skarcić, zamiast tego walił (bashed) w swój własny kraj”. Jeżeli nawet Trump niczego Putinowi nie zawdzięcza, (podkreślenie moje, M.P.) to wyglądał i mówił tak, jak gdyby był jego lokajem lub marionetką, co już wcześniej przewidziała Hilary Clinton. (Chemi Shalev, „In Helsinki, Trump Hazed America as if He Were Putin’s Puppet” , Haaretz, Jul 17, 2018). Co i komu Trump zawdzięcza czytamy w wywiadzie dla tygodnika „Przegląd”, jakiego udzielił wybitny znawca Bliskiego Wschodu, ambasador Krzysztof Płomiński: „Nie odmawiam zasług Rosjanom. Ale mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, zresztą są już na to dokumenty, że jeśli chodzi o Bliski Wschód, to z jednej strony Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie, a z drugiej Izrael wiele zrobiły, by Donald Trump został prezydentem”. (Rozmawiał Robert Walenciak, „Ropa, Religia, Narody, Interesy”, Przegląd Nr 28, 8-15.07.2018). Wygląda więc na to, że Donald Trump spłaca teraz swe długi.

Dowiemy się kiedyś zapewne czy w Helsinkach dyskutowano o Unii Europejskiej, Europie Środkowo-Wschodniej, czy o Polsce i co postanowiono. Świat obserwował będzie z niepokojem treść dialogu, jaki prowadzić będą Rosja i USA. Za ustępstwa rosyjskie wobec USA i Izraela na Bliskim Wschodzie, Europa, a szczególnie nasz region zapłacić może jakąś cenę. Pytanie – jaką? Na naszym polskim podwórku słychać niezdarne próby usprawiedliwiania postawy Trumpa w Helsinkach ( a to, że jest pod stałą presją krytyków i nie wytrzymał tej presji, albo, że właściwie „Polacy nic się nie stało”). Jest jednak oczywiste, że Stany Zjednoczone nie chcą już być przywódcą świata zachodniego, dobrowolnie z tego przywództwa zrezygnowały, choć pozostało jeszcze ich przywództwo w NATO. Natura nie lubi próżni i to miejsce zapełni zapewne po jakimś czasie Unia Europejska (a w niej Niemcy i Francja). Do Europy Środkowej weszły już gospodarczo Chiny (formuła 16+1 niewiele się różni od 12tki państw Trójmorza). Potwierdzeniem chińskich intencji było sofijskie forum gospodarcze 16+1, na którym (7 lipca) premier Chin Li Keqiang zachęcał do dyskusji o problemach dotychczasowej integracji Środkowej Europy i promowaniu osiągnięć regionu. Chiny oraz 16 państw Środkowo-Wschodniej Europy chciałyby widzieć zjednoczoną, dobrze funkcjonującą Unię Europejską. Integracja środkowoeuropejska nie jest konkurencją czy alternatywą dla Unii Europejskiej. Chiny postrzegają Europę jako globalny „biegun pokoju” i proponują zaproszenie państw trzecich do współpracy z „16+1”, w domyśle chodzi o Niemcy, Francję, Włochy. „Wojna celna USA z Chinami, zaproszenie państw bałkańskich do Unii Europejskiej, obietnice kredytów dla państw Trójmorza składane przez prezydenta Donalda Trumpa wzmocniły pozycję Forum 6+1, Czy uda im się wykorzystać to zainteresowanie – czas pokaże”.(Anna Sobczyńska, „Chiny zapraszają”, Trybuna, 16-17 lipiec 2018 – przy pisaniu tekstu pani A. Sobczyńska wykorzystała publikacje z „People’s Daily”).

Unia Europejska, w przeciwieństwie do USA i Rosji w sposób otwarty, bez tajemnic, nawiązuje ściślejsze niż dotąd stosunki z Chinami. W dniu szczytu w Helsinkach w Chinach wizytę złożyli Jean-Claude Juncker, Przewodniczący Komisji Europejskiej i Donald Tusk, Przewodniczący Rady. Podpisano wiele umów. Chiny szukają w UE sojusznika w wojnie handlowej z USA i chcą zrównoważyć straty w relacjach gospodarczych z USA. Dyskutowano m.in. o sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym także o Ukrainie. A więc nie tylko Stany Zjednoczone i Rosja interesują się naszym regionem i całą Europą!

W świetle rozpętanej przez Donalda Trumpa wojny handlowej i obłożenia towarów z UE dodatkowymi cłami, szczególne znaczenie miała będzie umowa podpisana 17 lipca 2018 roku między UE a Japonią przez Junckera i Tuska oraz japońskiego premiera Shinzo Abe. Powstaje strefa wolnego handlu obejmująca ponad 600 milionów ludzi. Japonia, bliski sojusznik USA, nie zapytała się w tym przypadku o zgodę swego wielkiego brata.

Po szczycie Trump-Putin w Helsinkach obudziliśmy się, bez własnej woli, w innym zupełnie świecie.

Obawy ambasadorów

Stanowisko Konferencji Ambasadorów RP: „O bezpieczeństwie RP. Zagrożenia i wyzwania”.

 

Po Szczycie NATO i spotkaniu prezydentów USA i Rosji w Helsinkach wzrasta niepokój o przewidywalność porządku międzynarodowego oraz o przyszłość polskiego bezpieczeństwa. Polityka wewnętrzna i zagraniczna obecnych władz RP nie odpowiada na wyzwania, przed jakimi stoi Polska.

Rosja nasiliła rewizjonistyczne działania na rzecz rozszerzenia swojej strefy wpływów, dąży do rozbicia NATO i UE. Prowadzi wojny hybrydowe, manipulacje informacyjne, wspiera skrajne ugrupowania polityczne w zachodnich demokracjach, a nawet ingeruje w procesy wyborcze. Terroryzm, wzrost populizmu i egoizmów narodowych są zagrożeniem dla Zachodu. Podważają spójność transatlatycką.

Prezydent Trump stara się narzucić światu nowe reguły. Niepokoją nas sygnały o warunkowym i selektywnym traktowaniu gwarancji bezpieczeństwa dla sojuszników, o możliwości wycofania wojsk z Europy, określanie NATO jako organizacji „przestarzałej”, a Unii Europejskiej jako „wroga”. Wojna handlowa USA z Europą destabilizuje stosunki transatlantyckie. Tradycyjnie na poprzednich szczytach amerykańsko-rosyjskich prezydent USA uwzględniał poglądy zachodnich sojuszników. W relacjach z Helsinek nie zauważyliśmy zharmonizowania stanowiska prezydenta Trumpa z europejskimi sojusznikami. Narastające różnice interesów osłabiać będą pozycję Zachodu jako całości.

Zachodzące gwałtowne przemiany porządku światowego. są szczególnie groźne dla naszego kraju. Pozycja i wizerunek Polski na arenie międzynarodowej uległy gwałtownemu osłabieniu. Trwa kryzys spowodowany łamaniem praworządności, upadkiem jakości parlamentaryzmu i lekceważeniem norm i wartości demokracji liberalnej. Powoduje to nasze rosnące wyobcowanie – zachodni partnerzy przestają nas traktować jako „swoich”. Budowanie naszych relacji z sąsiadami wokół historycznych krzywd jest sprzeczne z polską racją stanu. Bezpieczeństwo Polski zależne jest także od dobrych relacji z Berlinem i Kijowem. Dziś trzeba głośno powtórzyć: bezpieczna Ukraina oznacza bezpieczną Polskę. Czas przywrócić Polsce rolę rzecznika bezpieczeństwa Ukrainy.

Próby skłonienia USA ofertami finansowymi do rozszerzenia na naszym terytorium obecności wojskowej nie wpływają korzystnie na pozycję Polski w relacjach z innymi członkami NATO. Bezpieczeństwo Polski powinno uwzględniać oba filary – USA i Europę. Nie wolno naruszyć równowagi tych relacji, nawet jeśli chwilowa koniunktura wydaje się sprzyjać promowaniu szczególnych stosunków z USA. Polska nie może ryzykować osłabienia partnerstwa z europejską częścią NATO. Wypowiedzi prezydenta Trumpa na brukselskim szczycie NATO oraz w Helsinkach tworzą głęboko niepokojące poczucie dwuznaczności.

Decyzja o stałym stacjonowaniu wojsk USA w Polsce musi wynikać ze strategii NATO, powinna wzmacniać obronność całego regionu i spójność Sojuszu. Konieczne jest rozwijanie samodzielnych (ale nie konkurencyjnych wobec NATO) zdolności obronnych Unii. Polska powinna wspierać inicjatywy Brukseli zmierzające w tym kierunku.

Kluczowe decyzje dotyczące obronności muszą być podejmowane w warunkach przywrócenia narodowej zgody wokół spraw bezpieczeństwa. Wysiłek społeczny przeznaczenia 2% PKB na sferę obrony nie przekłada się na wzrost potencjału militarnego Sił Zbrojnych RP. Domagamy się powrotu do długoletniego strategicznego planowania modernizacji sił zbrojnych RP, realizowanego przez kompetentną i sprawną kadrę wojskową i cywilną, wolną od politycznych nacisków. Partnerstwo z zachodnimi strukturami obronnymi tylko wtedy okaże się skuteczne, gdy nasi sojusznicy będą mieli pewność, że po stronie polskiej bezpieczeństwa strzeże sprawna, dobrze wyposażona i profesjonalna armia w służbie demokratycznego państwa.

Nie wykluczając możliwości konfliktu np. w postaci wojny hybrydowej bardziej obawiamy się strategicznego osamotnienia Polski połączonego ze wzrostem wpływów Rosji w naszym regionie. Różniące się w ocenach Rosji państwa zachodnie mogą pogodzić się z takim stanem rzeczy. By przeciwstawić się temu zagrożeniu musimy odbudować skuteczność działania państwa, zwłaszcza Sił Zbrojnych i dyplomacji. Polska powinna wzmacniać swą pozycję i w UE i w NATO oraz dążyć do zachowania ich spójności. Niestety promowany przez polski rząd nacjonalizm rozsadza jedność tych organizacji.

Musimy stale pamiętać, że zwarta UE i silny Sojusz Atlantycki stanowią gwarancję polskiego bezpieczeństwa, dobrobytu i wolności obywatelskich.

 

Warszawa, 17 lipca 2018 r.

 

Jan Barcz
Michał Klinger
Jerzy Maria Nowak
Marcin Bosacki
Tomasz Knothe
Piotr Nowina-Konopka
Iwo Byczewski
Maciej Kozłowski
Agnieszka Magdziak-Miszewska
Maria Krzysztof Byrski
Maciej Kożmiński
Piotr Ogrodziński
Mieczysław Cieniuch
Jerzy Kranz
Ryszard Schnepf
Tadeusz Diem
Henryk Lipszyc
Grażyna Sikorska
Paweł Dobrowolski
Bogumił Luft
Tadeusz Szumowski
Grzegorz Dziemidowicz
Piotr Łukasiewicz
Andrzej Towpik
Andrzej Jaroszyński
Jacek Najder
Maria Wodzyńska-Walicka
Maciej Klimczak
Anna Niewiadomska

Szkodliwy prezydent

Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych – mówi w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co) Marcin Bosacki, były ambasador Polski w Kanadzie i były rzecznik MSZ.

 

JUSTYNA KOĆ: Dziwna konferencja dwóch głównych przywódców światowych mocarstw. Czy możemy mówić o nowym otwarciu w relacjach USA-Rosja?

MARCIN BOSACKI: Raczej nowym, dziwacznym rozdziale. Dużą osobliwością jest fakt, że po raz pierwszy w historii nie był to szczyt prezydenta USA, przywódcy Zachodu i prezydenta Rosji czy kiedyś I sekretarza ZSRR, tylko szczyt Władimira Putina z Donaldem Trumpem, przypadkowym prezydentem USA, który sam zrzekł się miana lidera Zachodu, a i o własnym kraju mówił głównie krytycznie. Zaskakujący jest fakt, że konferencja prasowa przywódców nie była poświęcona Syrii, Ukrainie, Unii, wojnie handlowej, głównie sprowokowanej działaniami prezydenta Trumpa, a w 80 proc. dotyczyła tego, czy sztab wyborczy Trumpa i on sam współpracował z wywiadem rosyjskim kierowanym przez Putina podczas kampanii wyborczej w 2016 roku.

Zaskakujący zarówno sam temat, jak i fakt, że obaj prezydenci mówi praktycznie to samo: nie było zmowy, dowody są nieprawdziwe, a tezy specjalnego prokuratora Muellera przedstawione w ubiegły piątek, 3 dni przed szczytem, są absurdalne.

Trump skonfrontowany przez jednego z dziennikarzy amerykańskich z bardzo podstawowym pytaniem, komu wierzy, czy Rosjanom, czy wywiadowi amerykańskiemu, Trump odpowiedział krytyką FBI i chwaleniem Putina. Wezwany, aby zwrócił się do Putina i zaapelował, aby ten nigdy nie manipulował w ten sposób przy amerykańskich wyborach, nie zrobił tego.

 

Chyba nikt się nie spodziewał, że tak ta konferencja będzie wyglądać?

Przyznam, że z bliska patrzyłem na w tego rodzaju szczyty jako dziennikarz, a później jako dyplomata co najmniej kilkanaście razy – i ten był zarówno najbardziej fascynujący z powodu poziomu kompromitacji przywódcy USA, jak i najbardziej miałki. Merytorycznie nie przyniósł nic. Najbardziej konkretne zdanie, jakie powiedzieli obaj panowie, dotyczyło powołania grupy roboczej złożonej z przedstawicieli rad bezpieczeństwa obu krajów. To znaczy, że nic nie ustalono.

Od piątku, kiedy ujawnione zostały materiały, wszyscy wiemy, że Trump wygrał wybory między innymi dlatego, że otrzymał tajne dane strategii, głównie internetowej, jego kontrkandydatki Hillary Clinton. Te dane wykradł wywiad wojskowy Rosji i przekazał sztabowi Trumpa.

Ta konferencja przypominała mi konferencję po meczu na mundialu, gdzie jeden z zawodników strasznie zawalił na boisku, udawał, że był faulowany, nie strzelił karnego, i jego trenera. Na miejscu zawodnika widziałem Trumpa, a trenerem był Putin, trenerem, który broni zawodnika, mimo jego oczywistej kompromitacji. Nigdy nie spodziewałem się, że Ameryka może być tak upokorzona na arenie międzynarodowej, jak podczas tej konferencji.

 

Co to oznacza dla świata?

Wielu konkretów nie mamy do komentowania. Obaj niby się zgodzili, że należy dążyć do zakończenia krwawego konfliktu w Syrii oraz do bezpieczeństwa Izraela. Ale już w tej pierwszej sprawie Putin mówił rzeczy, które dla większości agencji w USA są nie do przyjęcia. Mówił np. o konieczności zakończenia operacji antyterrorystycznej w południowo-zachodniej Syrii. Tam nie ma żadnej operacji antyterrorystycznej, tylko jest wyrzynanie całych miast przez siły Assada z ogromnym wsparciem Rosji. Co więcej,

Ameryka jeszcze kilka tygodni temu naciskała na Rosję, aby zorganizować tam tzw. safe zone, strefę, która jest wolna od nalotów. Teraz żadne konkrety nie padły.

 

Kto wygrał?

Putin osiągnął to, co chciał, czyli spotkanie z prezydentem USA. Na oczach całego świata uzyskał uznanie, że to Rosja jest głównym partnerem Ameryki do rozwiązywania problemów tego świata.

Co ważne, Putin też może uważać, że okres, który rozpoczął się ponad 4 lata temu od najazdu na Krym i rozbudzenia walk we wschodniej Ukrainie, co skutkowało m.in. wykluczeniem Rosji z G8, przynajmniej się kończy.

Co Trump uzyskał poza możliwością dość pokracznego krytykowania swojej opozycji oraz służb wywiadowczych w USA, zaiste nie wiem. Nie widzę żadnych koncesji Putina dla interesów USA, a nawet osobiście dla Trumpa.

 

Wiemy, że Trump krytykuje gazociąg Nord Stream 2. Była o tym mowa także na konferencji, ale Trump unikał jasnych wypowiedzi.

Wypowiedź amerykańskiego prezydenta o NS2 pokazuje, że cała sprawa – wbrew polskim nadziejom – nie była częścią przemyślanej strategii USA realizowanej przez Trumpa, tylko kolejną okazją do krytyki Niemiec. Gdy Trump stanął koło Putina, już się tak zdecydowanie nie wypowiadał przeciw temu niewątpliwie szkodliwemu gazociągowi. To kolejna nauczka – nie można nic trwałego budować na tym, co Trump mówi, to polityk chaotyczny i pozbawiony stałych poglądów.

 

A sprawa Ukrainy? Były powszechne obawy, że Trump może pójść na jakąś formę wymiany pomocy w Syrii za ustępstwa w sprawie Ukrainy.

Były takie obawy, że Trump np. uzna, że Krym jest częścią Rosji albo wstrzyma pomoc wojskową dla Ukrainy czy ćwiczenia wojskowe NATO z udziałem wojsk USA w Polsce i naszym regionie. To nie nastąpiło, co jest dobre. Tylko tak naprawdę nie wiemy, o czym dokładnie rozmawiano. Główna, dłuższa rozmowa była w 4 oczy, a konferencja prasowa skupiła się na temacie wyborów w USA, natomiast dla obserwatorów jasne jest, że większość ważnych tematów została omówiona na spotkaniu w cztety oczy. To nie jest dobre, nawet abstrahując od coraz bardziej prawdopodobnej hipotezy, że Putin ma na Trumpa „haki”.

Trump nie jest ekspertem w polityce międzynarodowej. Putin jest, bo – po pierwsze – był oficerem wywiadu przed dwie dekady, a teraz jest przywódcą jednego z najważniejszych światowych graczy, też od blisko dwóch dekad. Brak doradców przy głównym stole może niepokoić, to był fakt, który na pewno osłabił USA na tym szczycie.

 

To, co się dzieje, może świadczyć, że demokratyczny świat traci najważniejszego żandarma, jakim była Ameryka przed dekady?

Nie używałbym słowa żandarm, ale rzeczywiście Ameryka była od 1945 czy nawet 41, kiedy przystąpiła do II wojny, głównym filarem świata zachodniego, czyli świata demokracji, rządów prawa i kapitalizmu. I teraz Donald Trump ten porządek świata i tę rolę odrzuca, o czym świadczy bardzo uporczywa propaganda, którą Trump od kilku tygodni uprawiał głównie na Twitterze, ale też podczas konferencji przy szczycie NATO i przed poniedziałkowym spotkaniem. On chce świat zmienić, ale nie bardzo wie, jak.

Ma instynkty, moim zdaniem złe i naiwne, ale nie ma planów geopolitycznych, które chce realizować. To, że odrzuca rolę USA jako lidera świata Zachodu, to, że uważa Unię Europejska za przeciwnika, to, że uważa, że za pogorszenie stosunków USA-Rosja winne są Stany Zjednoczone, świadczy o tym, że mamy na stanowisku prezydenta najważniejszego mocarstwa człowieka, który nie rozumie tego, jaką rolę Ameryka odgrywała w świecie. I że ten porządek zapewniał światu pokój i rozwój przez 70 lat.

 

To może być groźne dla Polski?

Ogromnie. Trump będzie rządził jeszcze co najmniej 2,5 roku. Przez ten czas można zrobić wiele złego, żeby zniszczyć spójność Zachodu. Dla Polski byłoby to niezwykle groźne, bo dobrobyt i bezpieczeństwo Polski było możliwe przez ostatnie ćwierć wieku właśnie dlatego, że mieliśmy zagwarantowane geopolityczne bezpieczeństwo dzięki sojuszowi USA i Europy w sprawach fundamentalnych.

Świat do czasu amerykańskich wyborów w roku 2016 był dla Polski bezpieczniejszy. Jeśli Trump dalej będzie go rujnował, czeka nas kryzys o skutkach śmiertelnych.
Polska, gdyby mogła politycznie działać, powinna łagodzić napięcia między Waszyngtonem z jednej, a Berlinem, Paryżem, w pewnym sensie także Londynem, Madrytem i Rzymem z drugiej strony. Niestety, rząd PiS na własne życzenie pozbawił Polskę wpływów na arenie międzynarodowej, m.in. rozmontowywaniem rządów prawa i demokracji czy nieszczęsną ustawą o IPN. Teraz rząd PiS może się właściwie tylko przyglądać. By Polska, zgodnie z naszym interesem narodowym, w tej godzinie próby przystąpiła do prób ratowania spójności Zachodu, musimy najpierw zmienić w wyborach władze w Warszawie.