Piękny gest Kima

W Singapurze doszło do historycznego spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem. Świat patrzy na Amerykę z nadzieją na odwilż po okresie agresywnej polityki imperialnej.

 

We wtorek w Singapurze przywódcy Korei Północnej i USA po raz pierwszy uścisnęli sobie dłonie podczas oficjalnego spotkania. Towarzyszyło temu podpisanie dokumentu, w którym Kim Dzong-un zobowiązuje się do likwidacji skromnego arsenału nuklearnego posiadanego od niedawna przez KRLD. Donald Trump obiecał, że szczegóły porozumienia zostaną przedstawione później. „Świat ujrzy wielkie zmiany” – zapewnił Kim. Oświadczył, że oba kraje „zostawiają przeszłość za sobą”. Prezydent USA określił Kim Dzong-una jako „dojrzałego negocjatora” i obiecał, że zaprosi go do Stanów Zjednoczonych.

Złożenie podpisów przez obu przywódców odbyło się przed kamerami i w asyście z jednej strony Kim Ju-dzong, siostry prezydenta KRLD, z drugiej – sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo. Trump nie krył zadowolenia z przebiegu wydarzenia. Powiedział, że jest „zaszczycony” spotkaniem z północnokoreańskim liderem, chociaż – prawdopodobnie z powodu wielkich emocji – na temat przyszłych perspektyw wyrażał się bardzo ogólnikowo, wręcz enigmatycznie: „Jesteśmy bardzo dumni z tego, do czego dzisiaj doszło. Mając takie relacje… chcemy czegoś dokonać i dokonamy tego”. Dodał, że „poszło lepiej, niż można się było spodziewać”.

Wcześniej we wtorek miały miejsce rozmowy określone jako „roboczy lunch”. Trump komentował je wyrażając wielkie zadowolenie: „Jest wielki postęp”, „wszystko idzie w jak najlepszym kierunku”. Przyznał jednak: „droga do tych rozmów była bardzo trudna”. „Przeszkodą były stare uprzedzenia i doświadczenia, ale je przezwyciężyliśmy i dlatego dziś tu jesteśmy”

Mówiąc o trudnościach prezydent USA miał na myśli zapewne własne – zeszłoroczne – groźby militarnego ataku na KRLD, gdy ostrzegał Kim Dzong-una, że spadnie na niego „ogień i furia” Ameryki. Wstępem do obecnej odwilży było historyczne spotkanie przywódcy Korei Północnej z prezydentem Korei Południowej. Wypada teraz żywić wielką nadzieję, że po epokowym przełomie w Singapurze, USA poważnie rozważy swój stosunek do reszty świata, przed wszystkim zaprzestanie polityki destabilizacji Bliskiego Wschodu, a Trump przemyśli sprawę otwarcia się na prawa człowiek w kraju i zagranicą. Podczas spotkania z Kimem nie padały jednak żądne sugestie na temat możliwości denuklearyzacji USA. Ameryka jest uzbrojona w atom po zęby, posiada ponad 4 tys. zdatnych do użycia głowic, którymi – jak widać – skutecznie potrafi grozić innym krajom.

 

Wspólne Oświadczenie Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda J. Trumpa i Przewodniczącego Kim Dzong Una z Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej po Szczycie w Singapurze

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald J. Trump i Przewodniczący Komisji Spraw Państwowych Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD) Kim Dzong Un 12 czerwca 2018 roku w Singapurze odbyli pierwszy, historyczny szczyt. Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un przeprowadzili wszechstronną, dogłębną i szczerą wymianę opinii w sprawach związanych z ustanowieniem nowych relacji między USA i KRLD oraz zbudowaniem trwałego i silnego ładu pokojowego na Półwyspie Koreańskim. Prezydent Trump zobowiązał się do zapewnienia KRLD gwarancji bezpieczeństwa, a Przewodniczący Kim Dzong Un ponownie podkreślił swoje zdecydowane i twarde zobowiązanie do całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.

Wierząc, że ustanowienie nowych relacji między USA i KRLD przyczyni się do pokoju i dobrobytu Półwyspu Koreańskiego i całego świata oraz uznając, że budowa wzajemnego zaufania może pomóc w denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un oświadczają, co następuje:
1. Stany Zjednoczone oraz KRLD zobowiązują się do ustanowienia nowych relacji między USA i KRLD zgodnie z pragnieniem pokoju i dobrobytu, wyrażanym przez narody obu krajów.
2. Stany Zjednoczone i KRLD połączą wysiłki na rzecz budowy trwałego i stabilnego ładu pokojowego na Półwyspie Koreańskim.
3. Potwierdzając Deklarację z Panmundżomu z 27 kwietnia 2018 roku, KRLD zobowiązuje się do starań na rzecz całkowitej denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego.
4. Stany Zjednoczone i KRLD zobowiązują się do odzyskania szczątków jeńców wojennych/zaginionych w akcji, w tym do jak najszybszej repetriacji szczątków osób już zidentyfikowanych.

Potwierdziwszy, że szczyt USA-KRLD, pierwszy w historii, jest wydarzeniem epokowym o wielkim znaczeniu i przezwyciężającym dekady napięć i wrogości między obu krajami, w celu otwarcia nowej przyszłości Prezydent Trump i Przewodniczący Kim Dzong Un zobowiązują się do pełnego i szybkiego wdrożenia zapisów niniejszego wspólnego oświadczenia.
Stany Zjednoczone i KRLD zobowiązują się do zorganizowania negocjacji stanowiących kontynuację ich spotkania, pod przewodnictwem Sekretarza Stanu USA Mike’a Pompeo oraz odpowiedniego wysokiej rangi urzędnika KRLD, w najbliższym możliwym terminie w celu wdrożenia ustaleń szczytu USA-KRLD.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Ameryki Donald J. Trump oraz przewodniczący Komisji Spraw Państwowych Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej Kim Dzong-un zobowiązali się do współpracy na rzecz rozwoju nowych relacji między USA i KRLD oraz na rzecz promowania pokoju, dobrobytu i bezpieczeństwa na Półwyspie Koreańskim i na świecie.

12 czerwca 2018 roku
Wyspa Sentosa, Singapur

Wiralne zdjęcie G7

Zdjęcie zrobił Jesco Denzel, niemiecki fotograf nagrodzony kiedyś w World Press Photo, dziś wyspecjalizowany w zdjęciach i portretach oficjalnych. Do portali społecznościowych wrzucił je rzecznik kanclerz Angeli Merkel: szybko było masowo udostępniane, komentowane i przerabiane. Trump, który na nim wygląda sam przeciw wszystkim, zwalił winę za fasko szczytu G7 na Europę i Kanadę, opieprzając wszystkich na Twitterze.

 

W zamyśle kanclerskiej kancelarii w Berlinie, zdjęcie pokazuje zdecydowanie Angeli Merkel, która jakby nawet strofowała Trumpa, a cały świat stoi nad nim jak nad chorym. Odezwały się głosy, że fotografia jest „wielkim zwycięstwem niemieckiej komunikacji politycznej”, jak pisze Der Spiegel . Ale okazało się, że są liczne interpretacje zdjęcia, wskazujące, że jest odwrotnie: to Trump tu wygrywa.

„1-0 dla amerykańskiego prezydenta” – uważa Elisabeth Wehling, profesor nauk politycznych z Uniwersytetu Berkeley w Kalifornii: „Trump siedzi, podczas gdy inni stoją, jak wokół władcy. (…) Prezydent ma potwierdzenie swego autorytetu na szczeblu światowym”. Na zdjęciu można zresztą zauważyć, że Trump właściwie ignoruje zwracającą się doń Merkel, słucha Macrona.

John Bolton, doradca Trumpa od bezpieczeństwa narodowego, który na zdjęciu stoi przy nim, tweetował, że „Ameryka to nie bank. Prezydent jasno im powiedział, że to koniec”. Ale prawdziwą serię tweetów wystrzelił po wyjściu z G7 sam Trump, dając do zrozumienia, że Stany Zjednoczone są obrażone.

Nawrzucał krajom europejskim, że mają nienormalne nadwyżki w handlu z jego krajem, podczas gdy zwykli Amerykanie biednieją, że niewdzięcznicy nie wydają na zbrojenia tyle, ile chcą Stany Zjednoczone. Używał wykrzykników, by podkreślić, że to się radykalnie musi zmienić. Przed wyjazdem do Singapuru, gdzie ma spotkać lidera Korei Północnej Kim Dzong-una, rzucił „Przykro mi, ale nie możemy pozwolić przyjaciołom, czy nieprzyjaciołom, na górowanie nad nami w handlu.” Północnoatlantycka wojna handlowa między Stanami a Europą jest polityczną nowością, która martwi wiele rządowych gabinetów.

Rozłam w G-7

Najpierw było źle, potem dobrze, teraz znowu źle. Tak falowały nastroje i wzajemne relacje państw uczestników szczytu G7. Trump znowu namieszał.

 

Spotkanie najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw G7 w kanadyjskim La Malabaie zaczęło się od ostrzeżenia skierowanego do Trumpa przez prezydenta Francji i premiera kanady, że bez znaczących ustępstw ze strony USA, może nie udać się podpisanie końcowego komunikatu ze szczytu. Potem jednak wszystko wróciło do normy i komunikat zaczyna się od słów: „My, przywódcy G7…” Ale nie na długo. Donald Trump, który wyjechał ze szczytu wcześniej, śpiesząc się na spotkanie z przywódcą KRLD, nagle zagroził, że nie podpisze końcowego komunikatu. A to z powodu tego, że Trump obraził się na premiera Kanady z powodu jego jakoby nieprawdziwych słów o polityce gospodarczej Stanów Zjednoczonych.

„Biorąc pod uwagę nieprawdziwe słowa Justina Trudeau na konferencji prasowej oraz fakt, że Kanada nakłada ogromne cła na naszych rolników i robotników oraz nasze firmy, poleciłem przedstawicielom Stanów Zjednoczonych, by nie popierali wspólnej deklaracji, bo myślimy już o cłach na samochody, które zalewają amerykański rynek” – ogłosił tradycyjnie w Twitterze Donald Trump.

Amerykański przywódca był rozczarowany, że Trudeau zachował się podczas szczytu „potulnie i łagodnie”, zaś po wyjeździe z Trumpa miał zmienić ton i retorykę w sprawach amerykańskich ceł, co ubodło Trumpa.

Kanadyjski premier oznajmił, że nie powiedział niczego, czego nie powiedział wcześniej podczas spotkań w ramach siódemki, więc nie rozumie reakcji amerykańskiego przywódcy.

Uczestnicy szczytu wezwali Rosję do zaniechania działań destrukcyjnych, jednocześnie przywódcy USA i Włoch zadeklarowali, że Rosja powinna jak najszybciej dołączyć do G7/G8, po zrealizowaniu porozumień Mińsk 2. Problem w tym, że sama Rosja dość wstrzemięźliwie podchodzi do możliwości swojego powrotu.

Wiele wskazuje na to, że szczyt G7 zamieni się w „G6 + Trump” i kolejną rundę wzajemnych przepychanek między wiodącymi państwami kapitalistycznymi, co nie dziwi, jednak dla świata to niedobra wiadomość, bo nieporozumienia wśród największych graczy mogą odbić się na światowej gospodarce.

W zielonozłotym Singapurze

O tym, że wysłał do Kim Dzong-una list odwołujący spotkanie w Singapurze prezydent USA Donald Trump zdaje się nie pamiętać. Wszyscy inni także spuścili na ten groteskowy akt epistolografii zasłonę milczenia. Dzięki temu proces odwilży zainicjowany przez noworoczne orędzie północnokoreańskiego przywódcy może toczyć się dalej.

 

List Kim Dzong-una do Donalda Trumpa dotarł do adresata zupełnie inną drogą niż nieszczęsny list amerykańskiego prezydenta do niego, upubliczniony w mediach społecznościowych prawdopodobnie zaraz po podpisaniu. Pjongjang przestrzega jednak reguł dyplomacji, które powinny być respektowane nawet w przypadku krajów nie utrzymujących ze sobą stosunków dyplomatycznych – jego treść nie trafiła do Internetu, a został dostarczona przez specjalnego wysłannika północnokoreańskiego przywódcy i równocześnie jego bliskiego współpracownika, co podkreślało jeszcze wiarygodność przesłania. Nie wiemy, co w nim Kim napisał, ale – jak należy wnosić z reakcji obiorcy – było to właśnie to, co w tej korespondencji powinno było się znaleźć.

Piątkowe spotkanie prezydenta Trumpa z północnokoreańskim wysłannikiem Kim Jong-czolem okazało się sukcesem. Po nim ten sam prezydent Trump, który jeszcze nie tak dawno ni stąd ni z owąd napisał list, w którym zarzucił Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej „otwartą wrogość”, przypomniał retorykę licytowania się na wielkość atomowego guzika i uciekł się do lekko tylko zawoalowanych gróźb, oznajmił, że „czeka z niecierpliwością na dzień, w którym będzie mógł wycofać sankcje nałożone na Koreę Północną”, a korespondencję otrzymaną od północnokoreańskiego przywódcy określił mianem „bardzo miłego i bardzo interesującego listu”, a o perspektywach zbliżającego się szczytu w Singapurze zaplanowanego na 12 czerwca powiedział „sądzę, że będzie to prawdopodobnie proces zakończony sukcesem”, dodając ocenę, że widzi „możliwość transformacji Korei Północnej z Kim Dzong-unem na czele”.

Radosne perspektywy roztaczane przez amerykańskiego prezydenta wyglądają jednak mniej radośnie po niedzielnych wypowiedziach sekretarza obrony USA Jamesa Mattisa, który – zwracając się podczas odbywającej się w Singapurze konferencji „Shangri-la Dialogue” do ministrów obrony Korei Południowej i Japonii Songa Jung-mu i Itsunori Odonery stwierdził, że „możemy spodziewać się, w najlepszym razie wyboistej drogi do negocjacji” dodając że nadal „najlepszym sposobem utrzymania pokoju w regionie jest wzmocnienie współpracy sojuszników w dziedzinie bezpieczeństwa. W jego opinii Korea Północna może liczyć na złagodzenie sankcji dopiero po wykazaniu, że denuklearyzacja faktycznie nastąpiła. W wypowiedzi Mattisa nie słychać takiego entuzjazmu, jaki pojawił się w słowach Trumpa, najwyraźniej już czującego zapach Pokojowej Nagrody Nobla za rozwiązanie niekończącego się stanu zamrożonej wojny na Półwyspie Koreańskim, którego czuje się głównym architektem (jednak i on zauważył, że wszystkiego nie da się załatwić podczas jednego spotkania, co jednak można uznać za przejaw rozsądnego podejścia do sprawy, bo czy można czegoś takiego się spodziewać?), jednak należy zwrócić uwagę, że w tonie Mattisa nie pojawiały się akcenty takie jak u prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona – o negocjacjach z pozycji siły, „wariancie libijskim” czy innych podobnych sprawach, które z łatwością by mogły przekreślić szanse porozumienia.

Kraj tylko dla bogatych

Polityka Donalda Trumpa prowadzi do sytuacji, w której najzamożniejsi Amerykanie mogą spokojnie pomnażać majątek, za to najbiedniejszym odbiera się dostęp do najbardziej podstawowych dóbr, w tym żywności czy opieki medycznej. Takie wnioski wypływają ze specjalnego raportu sporządzonego dla ONZ.

 

Specjalny sprawozdawca Narodów Zjednoczonych Philip Alston odwiedził w ubiegłym roku niektóre miejsca w USA najbardziej dotknięte biedą i wykluczeniem: dawne górnicze osady w Zachodniej Wirginii, dzielnice ludności czarnoskórej w Alabamie czy dzielnicę Skid Row, gdzie znajduje się jedno z największych na kontynencie skupisk bezdomnych. Doszedł do wniosku, że polityce społecznej rządu Trumpa brakuje niewiele, by zasłużyć na miano systemowego okrucieństwa wymierzonego w najsłabszych.

– Systematyczne ataki na amerykańskie programy opieki społecznej likwidują sieci wsparcia, na które mogli dotąd liczyć ci, którzy radzili sobie gorzej – powiedział Alston „Guardianowi”.
– Kiedy zaczyna się niszczyć wszelkie zaangażowanie ze strony rządu, szybko pojawia się okrucieństwo.

Badacz stwierdził, że miliony Amerykanów zagrożone są „zrujnowaniem”. Rozumie przez to poważne trudności w dostępie do żywności (z powodu cięcia środków na subsydia) i praktyczny brak dostępu do opieki medycznej. Doroczne badanie ekonomiczne prowadzone przez Rezerwę Federalną wykazało, że już teraz czterech na dziesięciu obywateli USA ma problem z tym, żeby bez radykalnego ograniczania wydatków na inne podstawowe potrzeby opłacić podstawowy pakiet ubezpieczeniowy w wysokości 400 dolarów miesięcznie. Według niektórych szacunków w biedzie żyje nawet 140 mln Amerykanów. Z tego 5 mln to żyjący w ubóstwie absolutnym.

Z wnioskami Alstona zgodził się nagrodzony Noblem ekonomista Joseph Stiglitz. W komentarzu dla „Guardiana” stwierdził on, iż Trump doszedł do władzy w społeczeństwie, które już było bardzo rozwarstwione, a zamiast podjąć walkę z tym wyzwaniem wdraża rozwiązania, które tylko pogłębią nierówności. Na pierwszym miejscu należy tu wymienić reformę podatkową, którą prezydent ogłosił ogromnym sukcesem, a na której skorzystali wyłącznie najlepiej zarabiający. Dalej – obcięcie subsydiów żywnościowych dla najuboższych o jedną trzecią, zaostrzenie kryteriów przydzielania zasiłków, a niedługo być może także potrojenie czynszu, jaki płacą lokatorzy w budynkach należących do rządu federalnego (ta zmiana jeszcze nie została wprowadzona w życie, ale forsuje ją sekretarz mieszkalnictwa Ben Carson).

Pełny raport Alstoma zostanie zaprezentowany na forum ONZ w Genewie w tym miesiącu.

Przed Trumpem

W doniesieniach na temat postępów rozmów między Seulem a Pjongjangiem i przygotowań do szczytu Kim-Trump w Singapurze zaangażowana Rosji nie było widać. Nie znaczy to jednak, żeby rosyjska dyplomacja traciła tę sprawę z oczu.

 

O planach spotkania rosyjskiego ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong-unem poinformowano dopiero w ostatniej chwili. Wcześniej nie było żadnych sygnałów że jest ono w ogóle planowane. W Pjongjangu Ławrow spotkał się również z szefem dyplomacji KRLD Ri Jong-ho. Komunikat rosyjskiego MSZ na temat niespodziewanej wizyty także jest bardzo oględny – mówi się w nim po prostu, że przedmiotem rozmów miały być sprawy dwustronne oraz sytuacja na Półwyspie Koreańskim. A warto zauważyć, że była to pierwsza podróż szefa rosyjskiej dyplomacji do Korei Północnej od 2009 r., czyli pierwsza od przejęcia władzy w Pjongjangu przez Kim Dzong-una w 2011 r. O tym, że w programie było także spotkanie z Kimem podano dopiero po fakcie.

Rosja stara się nie akcentować byt natarczywie swojego zainteresowania i zaangażowania, starając się raczej pozwolić głównym aktorom – czyli Kim Dzong-unowi i Mun Dze-inowi, prezydentowi Korei Południowej – działać możliwie samodzielnie. Podobnie zachowuje się też Pekin. I jest to – jak się wydaje – strategia słuszna, bo wtrącanie się Moskwy czy Pekinu może na tym etapie tylko utrudnić rozmowy – nie tyle między Pjongjangiem a Seulem, ale pomiędzy nimi a Waszyngtonem. Utrzymywanie dystansu wobec tej rozgrywki jest także sygnałem dla USA, że nawet jak się jest mocarstwem, nie musi to oznaczać, że jego decyzja ma być jedynie słuszną i od niej wszystko ma zależeć.

Nie ulega jednak wątpliwości, że pomimo dystansu, Moskwa zachowuje życzliwy stosunek do inicjatywy Kim Dzong-una i postępującej odwilży na Półwyspie. „Jesteśmy zainteresowani tym, by zarówno na Półwyspie Koreańskim, jak i ogółem w Azji Północno-Wschodniej panował pokój, stabilność i dobrobyt” – powiedział Kimowi Ławrow, który pochwalił także wspólną deklarację Kima i Muna podpisaną 27 kwietnia w Panmundżomie. „Jesteśmy gotowi na wszelkie sposoby wspierać jej realizację”. Rosyjski minister zaprosił także północnokoreańskiego przywódcę do złożenia wizyty w Moskwie. W efekcie odbyta niemal tuż przed planowanym szczytem w Singapurze wizyta Ławrowa była więc czytelnym sygnałem wsparcia Rosji.

Równocześnie toczą się rozmowy prowadzone przez wysłannika Pjongjangu – wiceprzewodniczącego rządzącej Koreą Północną Partii Pracy Korei Kim Jong-czola, który spotkał się w Nowym Jorku z sekretarzem stanu USA Mike’iem Pompeo. Należy domniemywać, że ich przedmiotem były merytoryczne ustalenia dotyczące agenty spotkania Kim Dzong-una z prezydentem Donaldem Trumpem. Wiadomo, że rozmowy między wysokimi urzędnikami północnokoreańskimi i amerykańskimi miały miejsce także w mieście, gdzie ma odbyć się szczyt – w Singapurze. W tym przypadku domniemuje się, że odnosiły się do kwestii organizacyjnych i logistycznych.

Komunikaty – jeżeli jakiekolwiek się pojawiają – są niezwykle lakoniczne, ale poziom i intensywność dyplomatycznej aktywności pozwala sądzić, że pomimo odwołania go przez prezydenta Trumpa, do spotkania jednak dojdzie. A jeśli dojdzie – będzie ono kolejnym krokiem na drodze do wygaszenia pozostałego po zimnej wojnie ogniska zapalnego. Nawet jeśli Waszyngtonowi niespecjalnie zależy na doprowadzeniu do tego.

Eksportowe tortury

Czy w Jemenie dochodziło do torturowania więźniów?

Pod koniec ubiegłego tygodnia Izba Reprezentantów zobligowała Departament Obrony do zbadania czy amerykańscy wojskowi dopuścili się tortur w Jemenie. Przyjęty bez głosu sprzeciwu zapis o śledztwie ma znaleźć się w ustawie regulującej budżet obronny Stanów Zjednoczonych na rok 2019.

Poprawkę do ustawy zaproponował Ro Khanna, kongresman z ramienia Partii Demokratycznej. To z jego inicjatywy sekretarz obrony Jim Mattis został zobowiązany do zbadania medialnych doniesień na temat udziału amerykańskich żołnierzy i agentów służb specjalnych w brutalnych przesłuchaniach osób podejrzanych o członkostwo w organizacjach terrorystycznych. Co więcej, dochodzenie ma objąć także bliskowschodnich sojuszników USA.

Mimo szerokiego poparcia dla śledztwa w Izbie Reprezentantów, nie wiadomo czy zapis ten ostatecznie znajdzie się w ustawie budżetowej. Teraz bowiem zajmie się nią Senat, gdzie Partia Republikańska posiada nieznaczną przewagę. Nawet jeśli demokratom uda się przeforsować ustawę w jej obecnym kształcie, będzie ją jeszcze musiał podpisać prezydent Donald Trump. A ten już w trakcie swojej kampanii prezydenckiej otwarcie przyznał, że „tortury zdają egzamin”, a „podtapianie wcale nie jest takie straszne”.

Głosy o konieczności przeprowadzenia dochodzenia pojawiają się w Kongresie od połowy 2017 r., kiedy Associated Press opublikowała informację o domniemanym udziale amerykańskich wojskowych w brutalnych śledztwach w południowym Jemenie. Według tych doniesień ok. 2 tys. osób zostało zatrzymanych i przesłuchanych w związku z podejrzeniem o członkostwo w Al-Kaidzie. Większość z nich miała być zamykana w zatłoczonych pomieszczeniach bez dostępu do światła, a następnie bita i molestowania seksualnie.

W swoim materiale Associated Press zacytowała byłego więźnia, przetrzymywanego na lotnisku w Rijanie w południowym Jemenie: „Słyszeliśmy krzyki. Wszyscy byliśmy przerażeni. Każdy tutaj jest poważnie chory albo bliski śmierci. Każdy, kto narzeka, jest od razu zabierany do izby tortur”.

Departament obrony przyznał, że amerykańscy żołnierze uczestniczyli w przesłuchaniach. Kategorycznie natomiast zaprzeczył ich udziałowi w torturach.

Szczególnie brutalnie mieli obchodzić się z więźniami wojskowi Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Tymczasem udział tego państwa w zwalczaniu Al-Kaidy w Jemenie jest uznawany przez USA za kluczowy. „Mała Sparta” – tak emirackie wojska skomplementował sekretarz obrony Jim Mattis.

Doniesienia Associated Press potwierdziła specjalna komisja ONZ, według której Zjednoczone Emiraty Arabskie odpowiadają za torturowanie więźniów, m.in. za pomocą bicia, rażenia prądem i zamykania w metalowej klatce w pełnym słońcu.

Sprzeczne sygnały

Prezydent Korei Południowej zapewnia, że północnokoreański przywódca Kim Dzong-un jest gotów na „całkowitą denuklearyzację” i pragnie spotkać się z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Amerykanie zapewniają, że pomimo odwołania szczytu przez prezydenta Trumpa, nadal jest on przygotowywany.

Prezydent Republiki Korei Mun Dze-in traktuje swoją misję mediatora poważnie, kładąc na szalę swój autorytet aby przełamać impas w procesie normalizacji relacji między Seulem a Pjongjangiem. Jego ubiegłotygodniowe spotkanie z prezydentem USA Donaldem Trumpem nie przyniosło postępu – amerykański prezydent wystosował do przywódcy DPRK Kim Dzong-una list, w którym odwołał zaplanowane na 12 czerwca spotkanie w Singapurze. Mun Dze-in spotkał się zatem w położonym na linii demarkacyjnej Panmundżomie w sobotę z Kimem. Przesłani które przywiózł jest klarowne – Korea Północna nie zmieniał stanowiska, jest zdecydowana na całkowitą denuklearyzację Półwyspu i podtrzymuje wolę odbycia spotkania Kim Dzong-una z Donaldem Trumpem w Singapurze.

List i po liście

Dokument podpisany przez Donalda Trumpa i niemal natychmiast upubliczniony wprawił świat w osłupienie. Sformułowania użyte w nim są wręcz zadziwiające. To, co w nim napisano wygląda z jednej strony jak wiadomość informująca ciocię, że siostrzeniec nie zaszczyci jej urodzin („niestety, nie będę mógł przyjść”), z drugiej – stwierdza, że stanowisko Pjongjangu to „otwarta wrogość”, wreszcie – powtarza retorykę sprzed kilku miesięcy, kiedy to Trump chwalił się na Twitterze wielkością swojego „guzika”. Także sposób przekazania listu daleki był od dyplomatycznych standardów – USA nie mają placówki dyplomatycznej w Pjongjangu, ale kanał dyplomatyczny istnieje. Tą drogą powinna być kierowana korespondencja na szczeblu głów państw. Czymś zupełnie niewyobrażalnym – i obraźliwym dla strony do której wiadomość jest kierowana – jest upublicznianie jej treści jeszcze przed dostarczeniem. Faktycznie – chyba w chwilę po złożeniu podpisu.
To było w czwartek, ale już w sobotę prezydent Trump oznajmił, że „w sprawie szczytu z Koreą Północną idzie jak najlepiej i oczekujemy 12 czerwca w Singapurze. To się nie zmieniło”, dodając swoje „zobaczymy”. W kalendarium Białego Domu pod datą 12 czerwca nadal figuruje zaplanowany szczyt a jego rzeczniczka potwierdza, że przygotowania do spotkania nie zostały zahamowane. Co zatem miał znaczyć ów przedziwny list? Efekt złego humoru prezydenta? Czy też znowu – jak to już przy różnych okolicznościach się zdarzało – prezydent wykonał samodzielne posunięcie i musiał zostać przywołany do porządku? Perspektywa, że szczyt jednak ma nadal szanse się odbyć jest pozytywna, ale przypuszczenie, że głowa najpotężniejszego państwa na świecie z jakichś powodów wydaje w arcydelikatanych a równocześnie arcyważnych sprawach sprzeczne komunikaty jest więcej niż niepokojąca. Na miejscu Kim Dzong-una należałoby się bowiem zastanowić, czy z kimś takim można w ogóle dojść do jakichś wiążących konkluzji.

Koreańskie obawy

Po przełomie tak w relacjach Pjongjang-Seul, jak i widocznym w postaci ewolucji amerykańskiego stanowiska wobec perspektyw spotkania Trump-Kim dysonans ujawnił się po wystąpieniu amerykańskiego prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa Johna Boltona. Istniał on jednak już wcześniej, wypowiedziane z pozycji supermocarstwowego dyktatu słowa Boltona tylko go ujawniły. Rzecz w tym, jak obie strony strony tego dyskursu wyobrażają sobie denuklearyzację. Wypowiadający się językiem, którego w dyplomacji należy unikać w sytuacjach kiedy nie planuje się czegoś w rodzaju „Anschlussu” Bolton niejako odkrył amerykańskie karty, ale też w Pjongjangu nie rządzą ludzie naiwni. Zdają sobie sprawę, że bez faktycznej gwarancji ze strony USA denuklearyzacja może oznaczać dla Kima samobójstwo. Choć amerykańska retoryka zwykła była przedstawiać budowany przez Koreę Północną potencjał nuklearny jako działanie agresywne, nie ulega wątpliwości że dla Pjongjangu był on przede wszystkim swego rodzaju „polisą ubezpieczeniową”. Oczekiwanie, że zrezygnuje z niej za nic pokazuje, że to Waszyngton (a przynajmniej politycy pokroju Boltona) okazuje się politycznie naiwny, zdając się wierzyć, że to jego potęga rzuciła Kima na kolana i może stawiać takie warunki wstępna jakie stawia się pokonanemu przeciwnikowi. I to w formie, która zostanie przyjęta jako uwłaczająca.
Że nie tak należy rzecz rozgrywać zdaje sobie świetnie sprawę prezydent Mun. Że denuklearyzacja to proces, że wymagać będzie całego ciągu spotkań i posunięć, które pozwolą ten bardzo drażliwy temat przepracować i dopiero wtedy będzie on toczył się dalej. Znakomicie rozumie też, że jeśli coś się chce na tym polu osiągnąć – a gra idzie nie tylko o pozbawienie Korei Północnej broni masowej zagłady, ale o definitywne wygaszenie konfliktogennej sytuacji trwającej od zakończonej rozejmem wojny koreańskiej i normalizację stosunków między obu państwami na Półwyspie – nie można dopuścić do tego, aby byli zwycięzcy i zwyciężeni. Nie tylko dlatego, że Kima urazi potraktowanie go jako pokonanego i poniżonego wroga. To może najmniej ważne, bo i Kim i Mun wiedzą, że po białych ludziach, choćby byli najpotężniejsi w świecie, nie można spodziewać się dobrych manier – i tak będą smarkać przy stole i nic się na to nie poradzi. Bardziej ryzykowne jest to, że usytuowanie Kima i w tym momencie utożsamianego z nim kursu koncyliacyjnego w stosunkach z Seulem, w roli pokonanego może podważyć jego pozycję. A wtedy cały proces może się wywrócić w ciągu jednej nocy.

Zbędny wuj

Rozwiązanie problemu wydaje się – w gruncie rzeczy – dość proste, choć może być trudne do zaakceptowania dla niektórych aktorów tego przedstawienia. Najważniejsze jest bowiem usytuowanie problemu na konkretnych planach i znalezienie dla nich wspólnego mianownika. Perspektywa globalna z której spogląda na koreańską rozgrywkę Waszyngton coraz bardziej oddziela się od perspektywy regionalnej w której widzi sprawę Seul. Faktycznie, przez lata zimnej wojny USA były praktycznie jedyną gwarancją istnienia Korei Południowej, ale teraz jest coraz bardziej widoczne, że jego udział w tej grze samym najbardziej zainteresowanym coraz bardziej przeszkadza. I dlatego trzeba w końcu postawić pytanie, co jest ważniejsze – czy doprowadzenie do trwałej odwilży na Półwyspie Koreańskim, czy zaspokojenie ambicji Waszyngtonu uważającego, że w każdym zakątku świata to on ma mieć ostatnie słowo.

Tajemnicze spotkanie

Początek tygodnia przyniósł kolejne rewelacje dotyczące kampanii prezydenckiej Donalda Trumpa z 2016 r. Jak donoszą amerykańskie media, współpracownicy ówczesnego kandydata Partii Republikańskiej mieli potajemnie spotykać się nie tylko z Rosjanami, ale także z wysłannikami Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Informacja ta rzuca nowe światło na obecną politykę USA na Bliskim Wschodzie.

 

Jak ustalili dziennikarze „The New York Timesa”, Saudowie mieli rozmawiać z przedstawicielami republikańskiego kandydata na początku sierpnia 2016 r. Wówczas to w Nowym Jorku, najstarszego syna obecnego prezydenta i jego bliskiego doradcę, Donalda Trumpa Juniora, odwiedził George Nader, lobbysta reprezentujący interesy Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W spotkaniu uczestniczyli ponadto Joel Zamel, izraelski specjalista od manipulacji w mediach społecznościowych, oraz Erik Prince – amerykański biznesmen, były szef prywatnej armii Blackwater i jeden z najhojniejszych sponsorów Partii Republikańskiej.

Podczas spotkania Nader miał przekazać od swoich mocodawców intratną ofertę finansowego wsparcia kampanii prezydenckiej Trumpa. Z kolei Zamel obiecał wykorzystać wszystkie zasoby swojej firmy na rzecz kampanii propagandowej w mediach społecznościowych. Zdaniem wielu ekspertów to właśnie w internecie zadecydowały się losy ostatniego wyścigu prezydenckiego. Według dziennikarzy „The New York Timesa”, Donald Junior pozytywnie ustosunkował się do złożonych mu propozycji. Pozostaje jednak tajemnicą czy kierownictwo kampanii ostatecznie zdecydowało się skorzystać z oferty. Wiadomo natomiast, że po zwycięstwie Trumpa, Nader przekazał firmie Zamela 2 mln dolarów.

Skąd taka sympatia Saudów do Trumpa? Jej źródła trzeba szukać w amerykańskiej polityce zagranicznej na Bliskim Wschodzie z okresu prezydentury Baracka Obamy. Wkrótce po zaprzysiężeniu w 2009 r., zmodyfikował on bowiem praktykę swojego republikańskiego poprzednika, George’a W. Busha, polegającą na bezrefleksyjnym poparciu USA dla Izraela, Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W zamian, Obama dążył do stworzenia w regionie równowagi sił, czemu miało dopomóc podpisanie porozumienia z Iranem w 2013 r. „Nasi sojusznicy muszą przywyknąć do wspólnego życia na tym obszarze i utrzymać zimny pokój z Iranem” – oświadczył Obama tuż przed zakończeniem swojej drugiej kadencji.

Obiecując całkowite zerwanie z polityką Baracka Obamy, Donald Trump stał się więc naturalnym sojusznikiem Arabii Saudyjskiej i nie tylko. Tuż po nominacji Partii Republikańskiej, Trump otrzymał silne wsparcie ze strony izraelskiego prawicowego premiera Benjamina Netanjahu, dla którego odwilż w stosunkach Waszyngtonu z Teheranem od początku było solą w oku. Obecnie, po porozumieniu pozostały strzępy, a administracja Trumpa zapowiedziała „najostrzejsze sankcje w historii” wobec Iranu. Ponadto, USA przeniosły swoją ambasadę do Jerozolimy oraz intensywnie wspierają saudyjskie wpływy w Syrii i Jemenie.

Czy obecna polityka zagraniczna USA na Bliskim Wschodzie narodziła się podczas spotkania w sierpniu 2003 r.? Brakuje dowodów na postawienie tak daleko idącej tezy. Nie ulega jednak wątpliwości, że Stany Zjednoczone pod przywództwem Donalda Trumpa jednoznacznie porzuciły rolę negocjatora na Bliskim Wschodzie, lokując swoją sympatię oraz militarną i polityczną potęgę po konkretnej stronie.

Podążający śladem Trumpa

W poniedziałek 21 maja ambasada Paragwaju została oficjalnie przeniesiona do Jerozolimy. Paragwaj jest trzecim po USA i Gwatemali krajem, który przeniósł tam swoją ambasadę.

 

W inauguracyjnej ceremonii wziął udział urzędujący prezydent Paragwaju Horacio Cartes (pełni tę funkcję do momentu objęcia urzędu prezydenckiego przez Mario Abdo Beniteza wybranego w wyborach powszechnych 22 kwietnia) oraz premier Izraela Binjamin Netanyahu. Podczas ceremonii obydwaj politycy nie szczędzili sobie pompatycznych duserów. – Jest to historyczny dzień, który umacnia więzi między Paragwajem i Izraelem – perorował paragwajski prezydent dodając, że jest to wielki dzień zarówno dla Izraela, jak i dla Paragwaju oraz dla przyjaźni obu krajów. W równie pompatyczny sposób zrewanżował mu się Netanyahu mówiąc, iż decyzja Paragwaju to „nie tylko poparcie dla naszego rządu, lecz także wyraz głębokiej wdzięczności dla narodu Izraela”. Jak można było oczekiwać, decyzja Paragwaju spotkała się z ostrą krytyką ze strony palestyńskiej. Jak oświadczyła Hanan Aszraui, jedna z czołowych postaci w Organizacji Wyzwolenia Palestyny, „podejmując tak prowokacyjne i nieodpowiedzialne działania będące w wyraźnej sprzeczności z prawem międzynarodowym i konsensusem Paragwaj konspiruje ze Stanami Zjednoczonymi i Gwatemalą aby umocnić wojskową okupację i przypieczętować los okupowanej Jerozolimy”.

Przypomnijmy, że 21 grudnia 2017 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło przygniatającą większością głosów rezolucję określającą amerykańską decyzję o uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela za nieważną i nie mającą mocy prawnej. Przeciwko rezolucji głosowało oprócz USA i Izraela jeszcze siedem państw w tym Gwatemala. Paragwaj natomiast wstrzymał się od głosu, podobnie jak jeszcze 34 kraje łącznie z Polską. Za rezolucją zagłosowały za to czołowe państwa europejskie, jak RFN, Francja, Wielka Brytania czy Hiszpania.

Wśród państw, które wstrzymały się od głosu była również Rumunia. Jednak ostatnio w Bukareszcie zapowiedziano podjęcie kroków mających na celu przeniesienie ambasady do Jerozolimy. Publicznie poinformował o tym w końcu kwietnia nie pełniący co prawda żadnych funkcji państwowych, lecz sprawujący faktyczną władzę lider rządzącej Partii Socjaldemokratycznej Liviu Dragnea. Oświadczył za pośrednictwem telewizji, że rząd już wszczął procedurę przemieszczenia ambasady. Uzasadniając taką decyzję Dragnea powoływał się zarówno na „szczególne symboliczne wartości”, jak i na względy praktyczne. Jak podkreślił, Izrael posiada duże wpływy międzynarodowe co „przyniesie Rumunii wielkie korzyści”. Argumentował też, że „podobnie jak wszyscy Izrael ma prawo ustanawiania sobie stolicy gdzie chce” nie dodając, że status Jerozolimy jest przypadkiem szczególnym.

Na decyzję o przeniesieniu ambasady musi jeszcze wyrazić prezydent Klaus Iohannis, który jednak odnosi się do niej sceptycznie. Oświadczył, że w tej kwestii nie był informowany ani konsultowany i wezwał rząd oraz czołowe siły polityczne do „wykazania się odpowiedzialnością i wnikliwym podejściem do najważniejszych decyzji w obszarze polityki zagranicznej mających strategiczne następstwa dotyczące również bezpieczeństwa państwa”.

W Izraelu spekuluje się, że do Stanów Zjednoczonych, Gwatemali i Paragwaju dołączy jeszcze klika innych państw, wśród których wymieniane są Czechy, gdzie prezydent Miloš Zeman znany jest ze swoich proizraelskich sympatii. Już następnego dnia po decyzji Trumpa o przeniesieniu ambasady do Jerozolimy zaproponował, aby „wcześniej czy później” uczyniły to również Czechy dodając, że taki pomysł miał już przed czterema laty. Natrafił jednak na opór ze strony rządu. Premier Andrej Babiš zakomunikował, że rząd nie ma takiego zamiaru argumentując, że amerykański prezydent podjął nietrafną decyzję o czym świadczą światowe reakcje.