Honduras na celowniku Trumpa

Prezydent USA poinformował prezydenta Hondurasu, że odetnie fundusze pomocowe dla tego kraju, jeżeli na teren Stanów Zjednoczonych wkroczy „karawana migrantów”. Wezwał władze do zawrócenia jej. Rzeczywiście w kierunku Meksyku, a potem docelowo USA, zmierza grupa około 2 tysięcy migrantów. We wtorek dotarli do Gwatemali.

 

Niestraszna im polityka „zero tolerancji”, straszniejsza jest korupcja, zastraszanie przez gangi, gwałty, przemoc domowa. 2 tysiące obywateli Hondurasu, w tym kobiety i dzieci, zmierza na północ. We wtorek dotarli do Gwatemali.

Rząd Hondurasu – zresztą sojusznika USA, które w ostatniej dekadzie pomogły w ustanowieniu tam prawicowego zamordyzmu – przestraszył się ostrzeżeń Trumpa i wezwał migrantów, aby wrócili.

„Rząd Hondurasu wzywa obywateli Hondurasu, którzy uczestniczą w tej bezprawnej mobilizacji, aby nie pozwolili, żeby byli wykorzystywani przez ruch, który ma charakter wyraźnie polityczny i stara się zakłócić rządzenie krajem, stabilność i pokój w naszych państwach” – napisano w specjalnym oświadczeniu.

Wojsko Gwatemali przygotowało nawet środki transportu dla chętnych do powrotu na granicę Hondurasu, ale ogółem liczba migrantów w karawanie zwiększa się, zamiast zmniejszać. Dołączają do niej wciąż nowi obywatele państw Ameryki Środkowej.

Wiadomo, że około 400 osób już dotarło do stolicy Gwatemali.

Trump grozi na Twitterze: „Stany Zjednoczone zdecydowanie poinformowały prezydenta Hondurasu, że jeśli wielka karawana ludzi zmierzających do Stanów Zjednoczonych nie zostanie zatrzymana i zawrócona do Hondurasu, Hondurasowi nie zostaną przekazane żadne pieniądze ani żadna pomoc – ze skutkiem natychmiastowym!”.

Mike Pence tymczasem rozmawiał przez telefon z prezydentem Gwatemali Jimmym Moralesem i prosił o współpracę z Waszyngtonem w celu zatrzymania zdesperowanego pochodu. Uzyskał obietnicę wpuszczania wyłącznie osób posiadających ważne dokumenty.

Później przeprowadził rozmowę z prezydentem Hondurasu przebywającym w Kolumbii. „Rozmawiałem z prezydentem Hernandezem z Hondurasu o karawanie migrantów zmierzających do Stanów Zjednoczonych. Dostarczyłem ważne przesłanie prezydenta: żadnej więcej pomocy, jeśli karawana nie zostanie zatrzymana. Powiedziałem, że USA nie będzie tolerować tego rażącego lekceważenia naszej granicy i suwerenności” – streścił ją na Twitterze.

Meksyk, który ma być bezpośrednim buforem przed wkroczeniem na terytorium USA, twardo zapowiedział, że nie wpuści żadnego nielegalnego migranta.
Tymczasem Trump już gromadzi finanse na następną kampanię wyborczą. Ponoć w kieszeni ma już na ten cel rekordowe 106 milionów dolarów, więcej niż którykolwiek prezydent USA ubiegający się o reelekcję zebrał w ciągu 2 lat.

Przerażający raport

11 października najnowszy raport Amnesty International obnażył nieujawniane dotąd grzechy administracji Donalda Trumpa: tylko od 19 kwietnia do 15 sierpnia 2018 przymusowo rozdzielono ponad 6000 rodzin. To o wiele więcej, niż oficjalnie przyznają władze. „Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna”.

 

Raport „Nie masz tutaj żadnych praw: Nielegalne zawracanie, arbitralna detencja oraz złe traktowanie osób poszukujących ochrony w Stanach Zjednoczonych” pokazuje olbrzymią skalę nielegalnego, masowego zawracania migrantów lub wpychania ich do miejsc detencji na nieokreślony czas, bez rozważenia zastosowania jakichkolwiek alternatywnych działań.

Według działaczy Amnesty International, jest to celowe łamanie praw człowieka, obliczone na zniechęcenie migrantów do poszukiwania schronienia na terenie Stanów Zjednoczonych.
– Administracja prezydenta Trumpa prowadzi zaplanowane działania naruszające prawa człowieka, w celu ukarania i zniechęcenia osób poszukujących ochrony na granicy USA z Meksykiem. Intensywność i skala tych naruszeń przeciwko osobom poszukującym ochrony jest naprawdę straszna. Kongres USA oraz organy odpowiedzialne za egzekwowanie prawa muszą przeprowadzić odpowiednie, niezależne i szybkie śledztwo, by pociągnąć rząd do odpowiedzialności i zapewnić, że nic podobnego nie wydarzy się w przyszłości – powiedziała wczoraj na konferencji prasowej dotyczącej raportu Erika Guevara Rosas, Dyrektorka ds. Ameryk w Amnesty International.

Po pierwsze okazuje się, że administracja nie ujawniała dotychczas liczby wszystkich rozdzielonych rodzin (od 2017 było to około 8 tysięcy – ale bez wliczania w to np. rozdzielania z dziadkami czy dalszymi krewnymi), w ubiegłym roku wdrożono też politykę, która spowodowała zawrócenie tysięcy ludzi poszukujących azylu na oficjalnych przejściach granicznych wzdłuż całej granicy z Meksykiem. Na koniec wreszcie politykę obowiązkowej i nieokreślonej w czasie detencji osób poszukujących ochrony, na czas rozpatrywania ich wniosków o ochronę, często bez możliwości zastosowania innych środków, co jest sprzeczne z prawem międzynarodowym.

Organizacja udokumentowała szczegółowo po kilkanaście przypadków z każdej powyższej kategorii naruszeń, ponadto odnotowano przypadki 15 osób transpłciowych i gejów. Osoby te ubiegały się o ochronę i zostały umieszczone w detencji na okres od kilku miesięcy do prawie 3 lat bez możliwości zwolnienia. Zwolnienie nie wchodziło w grę nawet w przypadkach, gdy migranci zgłaszali, że w miejscach detencji dochodzi do wykorzystywania seksualnego.

– Każdy człowiek na świecie ma prawo do poszukiwania azylu od prześladowań i innych poważnych krzywd oraz żądać ochrony w innym kraju – powiedziała Guevara Rosas. – Kongres musi pilnie działać, by podjęto śledztwo i stworzono kompleksowy system zbierania danych o rodzinach rozdzielonych przez rząd USA oraz wprowadzić rozwiązania prawne, które zakazują separacji oraz umieszczania w detencji na nieokreślony czas dzieci i rodzin.

Zmiana twarzy USA

Jako ambasador USA w Radzie Bezpieczeństwa ONZ Nikki Haley broniła amerykańskiej polityki na Bliskim Wschodzie, ingerencji w Syrii, wycofania się z układu z Iranem czy krwawego pacyfikowania manifestacji Palestyńczyków przez izraelskie wojsko. Teraz odchodzi ze stanowiska – jej następcę poznamy w ciągu trzech tygodni.

 

Decyzję w tej sprawie podali do wiadomości wspólnie prezydent Donald Trump i sama Haley na konferencji prasowej. Dyplomatka na pożegnanie przekonywała, że innym krajom mogą nie podobać się działania USA, ale równocześnie działania te cieszą się szacunkiem. Do tego Haley rozwiała spekulacje na temat tego swoich rzekomych planów związanych z następnymi wyborami prezydenckimi. Oznajmiła, że zaangażuje się w kampanię Trumpa, gdy ten będzie walczył o reelekcję.

We wrześniu Haley pisała w artykule na łamach „Washington Post”, że nie zgadza się ze wszystkimi koncepcjami Trumpa, ale ma do niego „bardzo szeroki dostęp” i może przedstawiać mu swoje argumenty i racje. Trudno jednak byłoby twierdzić, że dyplomatce udało się odwieść prezydenta USA od szczególnie niefortunnych i potencjalnie konfliktogennych decyzji. Haley będzie np. kojarzona z uznaniem Jerozolimy za stolicę Izraela, wbrew międzynarodowym porozumieniom dotyczącym regulacji konfliktu palestyńskiego, atakami na Iran towarzyszącymi wypowiedzeniu porozumienia nuklearnego, wreszcie z wypowiedziami w sprawie pacyfikacji manifestacji Palestyńczyków w rocznicę Nakby. Ambasador USA twierdziła wówczas, że strzelając do demonstrantów, w tym do nieletnich i do oznakowanego personelu medycznego czy dziennikarzy, Izrael tylko się broni.

Po ogłoszeniu rezygnacji w mediach społecznościowych błyskawicznie pojawiły się – obok oficjalnych komplementów – także mniej pochlebne podsumowania działań dyplomatki. Wskazywano w szczególności, jak spadł szacunek dla USA i zaufanie dla polityki zagranicznej tego państwa w okresie kadencji Trumpa, gdy to ona była jej twarzą.

W ostatnich dniach Haley stała się dodatkowo negatywną bohaterką amerykańskich instytucji antykorupcyjnych, gdyż ujawniono, iż wspólnie z mężem przyjęła od biznesmenów z Karoliny Południowej drogi prezent w postaci siedmiu darmowych przelotów prywatnym luksusowym samolotem, między tym stanem właśnie a Waszyngtonem i Nowym Jorkiem. Z pewnością jednak to nie ta okoliczność sprawiła, że Trump wymienił jedną z twarzy swojej prezydentury. Jego ludziom uchodziły płazem większe skandale.
Następcę Haley w Radzie Bezpieczeństwa ONZ poznamy na przełomie października i listopada.

Cierpienia Kavanaugha

Po kilku tygodniach spektaklu medialnego i walki politycznej, jaka toczyła się w USA o Bretta Kavanaugh, w sobotę jego kandydatura do Sądu Najwyższego została w końcu przegłosowana przez Senat. On sam został zaprzysiężony w poniedziałek przez prezydenta Trumpa, który publicznie oświadczył, że Kavanaugh doznał nieopisanych cierpień w wyniku zarzutów o molestowanie seksualne pod jego adresem.

 

Zwycięstwo konserwatywnemu sędziemu zapewniły głosy Republikanów. Ani komisja senacka przesłuchująca go wcześniej w sprawie oskarżeń o molestowanie, ani badająca sprawę FBI nie doszukała się dowodów niezbicie świadczących o winie Kavanaugha oskarżonego łącznie przez trzy kobiety. Głosowanie mocno podzieliło senatorów – kandydat na sędziego SN przeszedł stosunkiem głosów 50:48, a z senackiej galerii padały okrzyki: „Wstyd!” Pod Kapitolem trwały protesty setek osób przekonanych, że Kavanaugh jest jednak winny.

Skład amerykańskiego SN stał się teraz najbardziej konserwatywny od lat. Donald Trump nie kryje zadowolenia. Niewykluczone jednak, że w poniedziałek podczas składania Kavananughowi gratulacji mocno przesadził, chociaż umiar nigdy go nie cechował. Zwracając się do zaprzysiężonego nie posiadał się z żalu. Wyraził głębokie ubolewanie z powodu „potwornego cierpienia”, jakie z powodu oskarżeń spadło na niego i jego rodzinę. Aferę, która jeszcze nie ucichła nazwał „hucpą”. Prezydent ogłosił, że nowy sędzia SN padł ofiarą „złych ludzi”, którzy jego zdaniem pochodzą z szeregów Partii Demokratycznej.

Uznał też – niezgodnie z prawdą – że komisja senacka w trakcie „wyjątkowo skrupulatnego” dochodzenia „udowodniła niewinność” Kavanaugha. Dla niego wszystko jest jasne: wszystkie zarzuty zostały „zmyślone” i „sfabrykowane”. Trump, który początkowo sam uznał prof. Christine Blasey Ford, która oskarżyła sędziego o próbę gwałtu, za „bardzo wiarygodnego świadka”, szybko zmienił zdanie. Po jej wystąpieniu przed komisją przedrzeźniał ją przed kamerami podczas wystąpienia publicznego: – Ojej, nic nie pamiętam. Kiedy to było? Jak się tam znalazłam? Nie wiem, nic nie wiem. Wypiłam tylko jedno piwo… Och, czy ktoś naprawdę wierzy, że to było jedno piwo?…” – naigrywał się Trump.

Kluczowa postacią oskarżenia była Ford, ale zarzuty molestowania postawiły kandydatowi też dwie inne kobiety. Wszystkie oskarżają go o nadużycia seksualne, mające miejsce w czasach studenckich, w latach 80. Komisja, która przesłuchiwała zarówno samego Kavanaugh jak i Ford, rzeczywiście nie dopatrzyła się miażdżących dowodów winy. Jednak w trakcie śledztwa, zwłaszcza podczas swojego wystąpienia oglądanego w mediach przez 20 mln Amerykanów, Brett Kavanaugh wykazał się taką arogancją i butą, że ściągnął na siebie falę ostrej krytyki – nie tylko ze strony środowisk kobiecych zarzucających mu rażący seksizm, ale i ze strony środowisk sędziowskich, które uznały go za moralnie niewiarygodnego i niezasługującego na pełnienie funkcji sędziego SN. W trakcie prac komisji swoje poparcie dla Kavanougha wycofało część środowisk, które początkowo opowiedziały się za jego kandydaturą, m.in. amerykańscy jezuici.

Jednocześnie przebieg śledztwa został mocno skrytykowany przez kręgi prawnicze nieprzychylne Kavanauhgowi. Podkreślano, że śledztwo trwało w sumie pięć dni, czyli stanowczo za mało, by FBI mogło przeprowadzić je rzetelnie. Pojawiły się też zarzuty, że nie uwzględniono świadków z listy przygotowanej przez panią Ford i podobnej listy sporządzonej przez Deborah Ramirez, którą też oskarżyła Kavanaugha o molestowanie w przeszłości. „To tzw. śledztwo kompromituje cały proces nominowania kandydata, FBI i na amerykańskie ideały sprawiedliwości” – napisali prawnicy.

Donald Trump a Polska

Stosunki polsko-amerykańskie od kilku lat są w dołku. Krytycznie o sytuacji w Polsce wyraził się Barack Obama. Jego następca Donald Trump wprawdzie nie krytykuje Polski, ale nie czyni wiele by poprawić relacje na linii Warszawa-Waszyngton.

 

Po raz pierwszy od 1989 r. prezydent Polski dopiero po trzech latach sprawowania urzędu doprosił się zaproszenia do złożenia wizyty w Waszyngtonie. Powstała szansa poprawienia stosunków Polski z USA, ale została zmarnowana. Prezydent Duda wprawdzie uśmiechał się w rozmowie z prezydentem Trumpem nawet, gdy ten krytycznie wypowiadał się o Polsce czy o Unii Europejskiej. Prezydent Duda nie miał odwagi podjąć polemiki z amerykańskim prezydentem, ponieważ PiS zachowuje się ulegle wobec Ameryki. Ku zadowoleniu Trumpa, Duda zaproponował 2 mld dol. na zainstalowanie bazy amerykańskiej w Polsce. Amerykański prezydent dał jednak do zrozumienia, że oczekuje większej sumy. Polski prezydent nie podjął żadnej polemiki z Trumpem, kiedy ten ostro zaatakował Unie Europejską, której jesteśmy członkiem.

Na zakończenie wizyty obaj prezydenci podpisali deklarację zatytułowaną pompatycznie „Obrona Wolności i budowanie dobrobytu poprzez polsko-amerykańskie partnerstwo strategiczne”. Potrzebę partnerstwa strategicznego uznano za ważne „w obliczu wyzwań wobec, których stoi porządek międzynarodowy”. Deklaracja jest pełna ogólników. Konkretna jest zapowiedź zwiększenia współpracy polsko-amerykańskiej w zakresie obronności oraz energetyki. Poprzednia deklaracja polsko-amerykańska z 2008 r. zawierała więcej konkretów.

Prezydent Trump w swoim wystąpieniu na Placu Krasińskich w Warszawie mało uwagi poświęcał stosunkom bilateralnym polsko-amerykańskim i problemom współczesnego świata. O Rosji napomknął tylko w kontekście Ukrainy i Bliskiego Wschodu: „Zachęcamy Rosję, aby wstrzymała swoja działalność na rzecz destabilizacji Ukrainy i innych krajów i jej wsparcie dla wrogich reżimów, w tym Syrii i Iranu oraz by zamiast tego przyłączyła się do wspólnoty narodów odpowiedzialnych, walczących przeciwko wspólnym wrogom, a w Syrii broniących cywilizacji jako takiej. (…)

Musimy pracować razem, aby stawić czoła siłom niezależnie od tego, czy wewnętrznym czy zewnętrznym, z południa czy z północy, czy ze wschodu, które chcą podkopać nasze wartości i zniszczyć więzi kultury, wiary i tradycji, które czynią nas tymi, którymi jesteśmy”.

Wspomniał o artykule 5 układu waszyngtońskiego o NATO i zażądał, aby wszyscy członkowie NATO wywiązali się z zobowiązań na rzecz obrony. Pochwalił Polskę za jej wkład w obronność „Dlatego – powiedział – właśnie chylimy czoła przed Polską za jej decyzje, aby w tym tygodniu ruszyć z zakupem od USA sprawdzonych w boju rakiet Patriot, najlepszych na całym świecie. (…) Dziękuję Wam, dziękuję ci Polsko. Muszę powiedzieć, że przykład, który pokazaliście jest naprawdę wspaniały. Dziękuję ci Polsko”.

W końcowej części przemówienia Trump mówił o zagrożeniach dla współczesnej cywilizacji i o potrzebie obrony jej „w obliczy tych, którzy chcieliby ją sobie podporządkować i zniszczyć” I pytał: czy Zachód ma wolę przetrwania? W końcowej części wystąpienia prezydent Trump powiedział: „Nasza wolność, nasza cywilizacja i nasze przeżycia zależą od naszych więzi, historii, kultury i pamięci. Dziś, tak samo jak kiedykolwiek, Polska jest w naszym sercu. Dokładnie tak, jak Polski nie udało się złamać – mówię to dzisiaj, by usłyszał to cały świat – Zachód nigdy, przenigdy nie pozwoli się złamać. Nasze wartości zatriumfują, nasze narody będą rozkwitać.

Więc razem walczymy wszyscy tak, jak Polacy: za rodzinę, za wolność, za kraj i za Boga. Dziękuję Wam, niech was Bóg błogosławi, niech Bóg błogosławi Polaków, niech Bóg błogosławi naszych sojuszników i niech Bóg błogosławi Stany Zjednoczone Ameryki”.

Przemówienie Trumpa było wielokrotnie przerywane sterowanymi oklaskami zgromadzonych tłumów co wyraźnie sprawiło zadowolenie mówcy. Były też okrzyki zgromadzonych, atakujące Lecha Wałęsę i obecnych na spotkaniu polityków opozycji. Trump wyraźnie był skonfundowany tymi okrzykami. Wyraźnie nie rozumiał, dlaczego on chwalił Wałęsę, a tłum PiS-owski na placu głośno protestował przy jego nazwisku. Trzeba przyznać, że inicjatorzy protestu zachowując się tak, na takiej imprezie dali przykład braku kultury politycznej.

Klakierskie przyjęcie jakie władze Prawa i Sprawiedliwości zorganizowały prezydentowi Trumpowi z pewnością zadowoliło wyolbrzymione ego amerykańskiego prezydenta. Takiego przyjęcia z jakim spotkał się w Polsce, nie spotkał się dotąd ani w Stanach Zjednoczonych ani w żadnym państwie, w którym składał wizyty.

Komplementy jakie Trump skierował pod adresem Polski rządząca partia Prawa i Sprawiedliwości interpretowała jako poparcie dla jej polityki również wewnętrznej. Nic więc dziwnego, że parę tygodni po wyjeździe Trumpa rząd przedłożył w Sejmie projekty ustaw, które ograniczały niezależność władzy sądowniczej i poddawały ją zwieszonej kontroli partii rządzącej.

Nie trzeba było długo czekać na reakcje rządu Stanów Zjednoczonych. Departament Stanu w deklaracji 21 lipca uznał, że „działania polskiego, rządu podważają niezależność sądownictwa i osłabiają rządy prawa w Polsce”, a także zaapelowali, aby „reforma sądownictwa nie pogwałciła polskiej konstytucji, międzynarodowych zobowiązań kraju oraz przestrzegała zasady oddzielania organów władzy”.

Rząd PiS był zaskoczony stanowiskiem amerykańskim. Potwierdziło to oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W czasie prezydentury Trumpa Departament Stanu wyraził „obawy o praworządność i rozwój sytuacji w Polsce” i podkreślał potrzebę poszanowania władzy sądowniczej, jako jedna z trzech gałęzi obok władzy ustawodawczej i wykonawczej będących fundamentem demokracji. Departament Stanu wyraził również 12 grudnia zaniepokojenie kierunkiem rozwoju sytuacji w Polsce i krytykował uchwałę Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji o nałożeniu kary finansowej na TVN.

Strona polska oczekiwała wówczas i nadal oczekuje dziś deklaracji rządu USA, że wojska amerykańskie będą bezterminowo stacjonowały w Polsce i na wschodniej flance NATO. Oczekujemy również przyspieszenia budowy amerykańskiej bazy antyrakietowej w Radzikowie. Rząd polski oczekuje od Waszyngtonu ostrzejszej krytyki polityki rosyjskiej i zagrożenia jakie Rosja stanowi nie tylko dla Europy Środkowo-Wschodniej. Rząd PiS nalegał, aby administracja Trumpa uniemożliwiła Rosji budowę po dnie Bałtyku drugiej nitki gazociągu Nord Stream 2.

Polska w rozmowach z administracją Trumpa wykazywała zainteresowanie dostawami amerykańskiego gazu skroplonego po to, aby uniezależnić się od gazu rosyjskiego mimo, że gaz amerykański jest droższy od rosyjskiego. Amerykanie z zadowoleniem podjęli rozmowy na ten temat ponieważ mają nadwyżki w produkcji tego surowca. Rząd Polski zabiegał o stała bazę wojskową w Polsce, w miejsce rotacyjnej obecności wojska amerykańskich w Polsce. Trump jednak obiecał, że o sprawie tej rozstrzygnie Kongres w przyszłym roku. Obecnie w Polsce stacjonuje ok. 4 tysiące żołnierzy amerykańskich na zasadzie rotacji.

Prezydent Trump jako biznesmen był otwarty na rozmowy na temat współpracy gospodarczej i w dziedzinie obronności. Osobiście Trump oraz jego współpracownicy podkreślali, że zakup amerykańskiego sprzętu wojskowego powinien odbywać się wyłącznie na zasadach rynkowych.

W końcu 2017 r., kiedy Donald Trump zasiadał w Białym Domu wybuchła kłopotliwa dla Trumpa sprawa zatrudnienia przez jego firmę w budownictwie, w latach 1980-tych na czarno polskich robotników. Kiedy robotnicy chcieli podać Trumpa do sądu za skandaliczne warunki pracy, on zagroził im, jako nielegalnie przebywającym w USA deportacją do Polski.

Andrzej Duda przelotnie spotkał się z Donaldem Trumpem wcześniej. Były to bardzo krótkie rozmowy, chociaż kancelaria polskiego prezydenta starała się nadać tym dość przypadkowym spotkaniom merytoryczny charakter. M.in. po takim spotkaniu na forum ekonomicznym w Davos, w styczniu 2018 r. kancelaria prezydenta Dudy informowała samochwalczo, ż obaj prezydenci rozmawiali o współpracy gospodarczej polsko-amerykańskiej „szczególnie w obszarze energetyki oraz inwestycji amerykańskich firm w Polsce”. Prezydenci potwierdzili bardzo dobry stan relacji politycznych obu krajów oraz osobistą wzajemną sympatię.

Do przelotnego przypadkowego spotkania prezydenta Dudy z prezydentem Trumpem doszło w czasie szczytu NATO w Brukseli, w lipcu 2018 r. Kancelaria polskiego prezydenta uczyniła z tego zdarzenia ważne merytorycznie wydarzenie informując, że obaj prezydenci omawiali sprawę wzmocnienia polsko-amerykańskiej współpracy militarnej m.in. w zakresie sprzętu wojskowego oraz o współpracy jednostek wojskowych obu krajów.

Należy jednak pamiętać, że prezydent Donald Trump jest nieprzewidywalny i zmienny w swoich poglądach. W odstępie kilku dni potrafi wygłosić różne poglądy na ten sam temat. Jest podatny na różne sprzeczne ze sobą naciski zewnętrzne. Brakuje mu dalekosiężnej wizji zarówno polityki wewnętrznej jak i zagranicznej Stanów Zjednoczonych.

 

Autor jest profesorem w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005).

Upadek wizerunku

Za prezydentury Donalda Trumpa wizerunek Stanów Zjednoczonych na całym świecie sięgnął historycznego dna. To wnioski płynące z wyników sondażu, jaki przeprowadzono w 25 krajach. Takie są skutki polityki wojny, arogancji i izolacji.

 

Sondażownia Paw Research Center przeprowadziła badanie, z którego jasno wynika, że USA są postrzegane na świecie coraz gorzej. Największe spadki zaufania do Stanów Zjednoczonych – w porównaniu z kadencją Baracka Obamy – dokonały się w krajach z nimi sąsiadujących. Meksykanie dobrze wiedzą, że prezydent Trump skłonny jest o upadek USA obarczać ich rodaków jadących tam za chlebem. Znają jego zapowiedź wybudowania muru na granicy z Meksykiem, by powstrzymać napływ imigrantów. Nic zatem dziwnego, że w kraju tym poziom zaufania do USA spadł o ponad połowę: z 66 proc. do 32 proc. W Kanadzie spadek okazał się podobny. Ufność wobec Stanów deklaruje 39 proc. Kanadyjczyków, co oznacza wynik znacznie gorszy niż 65 proc. z okresu pod koniec prezydentury Obamy. Nazwanie premiera Justina Trudeau “słabeuszem” przez Trumpa miało w tym zapewne jakiś udział.

Mimo wielkich demonstracji przeciwko Trumpowi, jakie odbyły się w Londynie, Brytyjczycy nadal są Stanom Zjednoczonym względnie przychylni, bo pozytywnie je ocenia aż 50 proc. mieszkańców UK. Tak czy inaczej, tam też nastąpił spadek – o 11 pkt. Państwa Europy Zachodniej są generalnie nieprzychylne Ameryce. Pozytywnie ocenia USA 38 proc. Francuzów, 30 proc. Niemców i 42 proc. Hiszpanów. Z krajów skandynawskich najlepiej Amerykanów postrzega Szwecja (44 proc.). Niekwestionowanym liderem uwielbienia dla USA w Europie jest oczywiście Polska z 70 proc. głosów na “tak”.

Światowymi rekordzistami pozytywnego stosunku do Stanów są niezmiennie Izrael (83 proc.) i Korea Południowa (80 proc.). Są jedynie trzy państwa, gdzie nastąpił wzrost zaufania do USA od czasu, gdy w Białym Domu zamieszkał Trump: Izrael, Rosja i Kenia. W przypadku Rosji jednak dokonał się poważny spadek w ciągu ostatniego roku. W 2017 r. USA zyskało pochlebne oceny aż 41 proc. Rosjan. Dzisiaj jest to już tylko 26 proc.

Jeszcze gorsze oceny niż Stany Zjednoczone zbiera na świecie sam prezydent USA. Wizerunek Donalda Trumpa ma się najgorzej w krajach Europy Zachodniej. To wręcz dramat: UK – 28 proc. ocen pozytywnych, Niemcy – 10 proc., Francja – 9 proc., Hiszpania 7 proc. Ogólnoświatowa ocena prezydenta USA (27 proc.) sytuuje go na gorszej pozycji od Władimira Putina (30 proc.), ale lepszej niż prezydenta Chin Xi Jin Pinga (24 proc.)

Globalna ocena USA przedstawia się źle na wielu wymiarach. Np. obecnie jedynie 51 proc. respondentów z 25 państw uważa, że w Stanach respektuje się wolności obywatelskie. Oznacza to spadek. Co jednak ciekawe, w wielu krajach, zwłaszcza europejskich wiara w to zaczęła się poważnie załamywać jeszcze za kadencji Obamy, po 2013 r. Tendencja ta wystąpiła nawet w Polsce.

Aż 70 proc. pytanych odpowiedziało, że Ameryka nie bierze w swej polityce pod uwagę interesu innych państw. Co znamienne, jednym z nielicznych państw gdzie nastąpił w ciągu ostatniego roku wzrost wiary w to jest Polska (38 proc., +4 pkt). Badanie wykonano oczywiście jeszcze przed niedawną kompromitującą wizytą prezydenta Dudy u Trumpa. Największy wzrost wiary w to, że USA respektują dobro innych krajów nastąpił w Izraelu (86 proc., +17 pkt).

Błogosławiona wojna

Donald Trump niczym papież powołał się na Boga i błogosławił narody przemawiając na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Niczym cesarz, wymienił kraje, które nie podobają się imperium amerykańskiemu, z Iranem w roli głównej. Z mównicy ziało wojną. Nie tą w Afganistanie, toczoną od 17 lat, którą Amerykanie przegrywają, ale nowymi, w których zwycięstwo i porażka nie będą się liczyć, a stawką będzie samo trwanie wojny.

 

Gdy Trump gromił Iran z mównicy, jego administracja ogłosiła, że wojsko USA zostanie w Syrii tak długo, aż wyjadą stamtąd Irańczycy, którzy pomagają temu krajowi walczyć z dżihadyzmem.

To znaczy, że Ameryka trzeci raz zdecydowała o celu syryjskiej wojny: najpierw było nim obalenie prezydenta al-Asada, potem walka z dżihadyzmem, a teraz „powstrzymywanie Iranu”, którego boi się Izrael.

Syria już od prawie ośmiu lat jest bożym igrzyskiem: dziś działa tam pięć armii, które nie przestają niebezpiecznie ocierać się o siebie. Trump właśnie wymyślił, że przyda się po Afganistanie kolejna wieczna wojna. W świetle prawa międzynarodowego, Irańczycy walczą w Syrii legalnie, a Amerykanie nielegalnie, ale to już też nie ma znaczenia. Ryzyko eskalacji zostanie podwyższone, kraj pozostanie beczką prochu, zmieniony w terytorium pośredniej wojny USA przeciw Iranowi.

Zmiana rządu w takim kraju jak Wenezuela została zapowiedziana przez Trumpa nie z mównicy, ale w czasie konferencji prasowej w ONZ, jakby to był jakiś drobiazg, o którym zapomniał przed wyjściem. „Słowo daję”, Maduro „mógłby być bardzo szybko obalony przez wojsko, jeśli żołnierze zdecydują się na to”. Z trybuny mówił jedynie o wenezuelskich uchodźcach, nałożył kolejne sankcje. „Każda sankcja rządu gringo poza tym, że jest nielegalna i bezużyteczna, to dla nas rewolucjonistów medal” – odpowiadał prezydent Maduro. Nazwał Amerykanów „śmierdzącymi tchórzami”.

Ale Wenezuela nie liczy się tak oczywiście, jak Iran. To już ostatnie państwo nieprzychylne USA w regionie, które trzyma się jeszcze na nogach. W porównaniu z sojusznikiem amerykańskim Arabią Saudyjską to kraj wolności obywatelskich, ale nie o to chodzi. Trzeba go złamać, by nie kwestionował hegemonii imperium i władzy jego lokalnych sojuszników. Prezydent Francji Macron krzyczał cienkim głosem z mównicy, że „prawo silniejszego” nie może decydować w kwestii irańskiej, ale nie był już gwiazdą jak na swym pierwszym Zgromadzeniu Ogólnym, większość mu raczej nie wierzyła.

Trump wygłosił przemówienie w ONZ, jakby to był jego mityng wyborczy. Zachwalał się jak sprzedawca ryb na targu przed nadchodzącymi, jesiennymi wyborami do Kongresu. Jest taka teoria, że przestanie napinać mięśnie po wyborach, że się uspokoi, a na razie to wszystko musi wyglądać tak komiksowo. Nie. Rząd amerykański podejmuje konkretne, długoterminowe działania na rzecz kolejnej wojny, perpetuum mobile polityki imperium.

Szczególne jak zachowanie psa

Po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Białym Domu nie sposób oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny za jakiś czas – i to pewnie niedługi – wypadnie powiedzieć sobie „i po co nam to było”. A właściwa odpowiedź na nie będzie brzmiała: „Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 

O wizycie prezydenta Dudy w Waszyngtonie napisano już wiele. Od apologetycznych peanów w mediach publicznych, poprzez umiarkowane peany innych mediów mainstreamu – bo przecież „szczególne relacje” jakie Polska ma jakoby z USA są bożyszczem tak PiS, liberałów jak i części lewicy – aż do komentarzy z radykalnie lewej strony – krytycznych i prześmiewczych. Nie ma sensu więc powtarzać tego wszystkiego tutaj i zastanawiać się, czy dopuszczenie do biurka Donalda Trumpa to zaszczyt wielki, czy tylko umiarkowany.

Nie ma co też zastanawiać się nad pustosłowiem podpisanej umowy, której polska dyplomacja wychwala jako epokowy sukces, usiłując przekonać nas, że stanowi ona podstawę do jakiejś współpracy i dlatego to nie ma w niej konkretów (skądinąd poza zobowiązaniem Polski do zwiększania wydatków na zbrojenia).

Nie ma też co komentować, że otrąbiony już wcześniej „wielki sukces” prezydenta Dudy sprowadził się do potwierdzenia tego, o czym mówiło się już dawno. Do potwierdzenia, że Polska w imię niechęci do gazu rosyjskiego, pod hasłem „uniezależnianie się Rosji”, będzie kupować znacznie droższy skroplony gaz amerykański – i nadaremnie walczyć z „Nord Stream 2”, którego sam Trump nie myśli obkładać sankcjami, co wskazuje, że i tu wysuwamy się przed szereg. Ale to, co było przebąkiwane już wcześniej, że Polska miałaby zapłacić za stworzenie amerykańskiej bazy – to jednak pewnego komentarza wymaga.

Abstrahujmy od pytania, czy baza taka (czy w ogóle zwiększanie amerykańskiej obecności wojskowej na „wschodniej flance”) jest Polsce potrzebna – bo ten temat wielokrotnie był analizowany – i czy konieczna była czołobitna propozycja jej nazwy – „Fort Trump”, bo tu chodzimy na teren groteski. A już nad sprawą kosztów warto się zastanowić. W mediach pojawiała kwota 2 mld. dolarów, czemu MON zaprzecza, ustami ministra Mariusza Błaszczaka twierdzącego, że o kosztach nie mówiono. Choć trudno mu do końca wierzyć, bo pojawiły się też sugestie że mówiono, a nawet, że pojawiała się jakaś większa kwota. Ale czy Polska nie mogłaby wydać tych pieniędzy na coś bardziej praktycznego i potrzebnego? Przypominanie, że „niektóre kraje” płacą Amerykanom za obecność ich wojsk jest wielce mylące, bo przykład ten to Korea Południowa. Od kilku miesięcy postępuje na Półwyspie Koreańskim odwilż, ale przypomnijmy – mowa o kraju, który nadal formalnie jest w stanie wojny ze swoim sąsiadem. Polska – szczęśliwie nie jest w podobnej sytuacji. Nie mówiąc też o tym, że jak kwitnienie przyjaźni między prezydentem Mun Dze Inem a przewodniczącym Kim Dzong Unem postąpi dalej, to może być i tak, że Seul te wydatki może uznać za bezzasadne.

Rzecz najpoważniejsza leży jednak w samej zasadzie i momencie, kiedy sprawa ta się pojawiła.

Dorobiona do tego jest ideologia w myśl zasady, że naczelną racją polskiej polityki wojskowej ma być strach przed jakoby zagrażającej Polsce, agresywnej Rosji. Konsekwentnie przez ostatnie lata wpajano nam przekonanie, że takie zagrożenie istnieje, i robiły to praktycznie wszystkie opcje polityczne. Należy jednak zwrócić uwagę, że Rosja – Rosją, ale że przede wszystkim jednak jest to akt wrogi w stosunku do europejskich sojuszników z NATO.

W obrębie Sojuszu Północnoatlantyckiego toczy się ostra dyskusja o tym, czy zwiększać budżety obronne (do czego większość europejskich państw z Niemcami na czele wcale się nie pali) i czy europejscy członkowie NATO mają płacić Amerykanom za obronę. Różnice zdań w tych sprawach omal nie doprowadziły do fiaska ostatniego szczytu Sojuszu Brukseli w lipcu 2018 r. Zapobiegła temu prawdopodobnie tylko świadomość faktu, że zaraz po nim Donald Trump miał spotykać się z Władimirem Putinem i uznano, że wobec tego może lepiej zminimalizować wrażenie rysującego się poważnego pęknięcia. Teraz jednak Polska, schlebiając swoim antyrosyjskim fobiom, uznała że Niemcom i Francji należy pokazać figę. I jeszcze za to zapłacić. A skoro jakoby polska doktryna zakłada, że NATO ma nas przed czymś bronić, to czy rozbijactwo tego rodzaju jest najlepszą drogą do jego wzmacniania? W imię wspierania koncepcji, że NATO ma być sterowane za pomocą amerykańskiego dyktatu.

Donald Trump nie gra może na rozbicie NATO, bo w końcu to jednak instrument amerykańskiej polityki w Europie, ale na rozbicie Unii Europejskiej – jak najbardziej. I tym ruchem do jego gry Polska przyłożyła rękę. Za co nam pewnie bliżsi sąsiedzi nie raz podziękują. Czy zatem naprawdę konieczne było i tego, kolejnego kroku, za pomocą którego jeszcze bardziej Polska staje się wyizolowana w swoim otoczeniu?

Polscy politycy i decydenci polityki zagranicznej uwielbiają się chełpić jakimiś domniemanym „szczególnymi relacjami” z USA. Jak ta szczególność się przedstawia – w to już nikt nie wchodzi. Starczy że ktoś w Waszyngtonie powie kilka słów zachęty, pogłaszcze po główce i „szczególność” relacji już jest. Jednak w relacjach dwustronnych między Warszawą a Waszyngtonem jest sprawa, którą można uznać za rodzaj papierka lakmusowego do ich oceniania. I o niej trzeba na koniec powiedzieć. Ta sprawa nazywa się wizy.

W czasie różnych poprzednich spotkań na najwyższym szczeblu słowo to pojawiało się, a kolejni amerykańscy prezydenci składali przynajmniej jakieś nieszczere i nigdy nie spełnione obietnice. Prezydentowi Dudzie prezydent Trump nie raczył uczynić i takiego gestu. Słowo „wizy” nawet się nie pojawiło. Co pokazuje dobitnie, że szczególność polskich relacji z Ameryką jest mniej więcej taka, jak szczególne było zachowanie psa w sławetnym opowiadaniu o Sherlocku Holmesie.

I nie ma co tu bić piany, jakoby w relacjach między prezydentami była jakakolwiek chemia.

Dwie godziny (niecałe)

– tyle postanowił poświęcić prezydentowi Andrzejowi Dudzie Donald Trump. W gruncie rzeczy – nawet mniej, i to znacznie, bo większą część programu zajmą dyplomatyczne ceremonie typu „spotkanie par prezydenckich”, czyli uśmiechy do kamer, robocze „śniadanie”, a na spotkanie w cztery oczy zaplanowano całe 20 minut. I taka to „wiekopomna chwila”. Jak przypominają agencje – pierwsza wizyta polskiego prezydenta od ośmiu lat.

 

W Białym Domu byli przyjmowani wszyscy prezydenci, najwyższą rangę dyplomatyczną miała jednak wizyta jednego Aleksandra Kwaśniewskiego w 2002 r. Wtedy były i salwy armatnie, polskiemu prezydentowi towarzyszyła liczna delegacja. Tym razem takich szykan nie miało być. Jedynie rozmowy na temat współpracy wojskowej i gospodarczej już otrąbiane jako nadchodzący wielki sukces polskiej polityki zagranicznej. Sukces, na który prezydent Duda musiał dość długo czekać, po zaszczyt ten spotkał go dopiero po trzech latach od rozpoczęcia kadencji, a w czasie poprzednich wizyt w USA Donald Trump nie miał czasu dla głowy państwa uważającego się za jednego z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych, mającego się za posiadające z nimi „szczególne relacje”. A mimo to Prezydent Trump do tej pory miał dla Prezydenta Dudy czas na krótkie, liczone w minutach, pogwarki w kuluarach wielostronnych wydarzeń.

Rozmowy mają zakończyć się podpisaniem amerykańsko-polskiej deklaracji o partnerstwie strategicznym obu krajów. Jaka będzie jego cena dla Polski – okaże się. Bo będzie ona do zapłacenia z pewnością – za to, że Warszawa będzie realizować politykę Waszyngtonu będzie musiała zapłacić. I prawdopodobnie wiadomo czym – zakupami skroplonego gazu, opakowanymi w ideologię „bezpieczeństwa energetycznego” i uniezależniania się od Rosji.

Donald Trump ma etykietę „polityka nieprzewidywalnego”, ale jest ona w gruncie rzeczy nie do końca zasłużona. jest sprawą jego niestandardowego imażu, lecz w istocie ten prezydent, jakoby „spoza układu”, dał się poznać jako ktoś, kto w traktowaniu polityki zagranicznej w sposób hipermerkantylny jest nad wyraz konsekwentny. Grający na rozbicie rywali – w tym Unii Europejskiej. I nie należy oczekiwać, żeby w stosunku do Polski miał robić jakieś ukłony czy wyjątki, tym bardziej, że ta i tak z upodobaniem gra w dyktowaną przez niego grę.

Czy oprócz finansowych haraczy za zakupy gazu czy broni i sprzętu wojskowego Polskę będzie też czekać konieczność przyjęcia serwitutów w postaci politycznego poparcia amerykańskiej polityki na arenie międzynarodowej – trudno ocenić, bo pod tym względem Waszyngton, choć staramy się tego nie dostrzegać – nie uważa Warszawy za partnera znaczącego, nawet jeśli i tak skłonnego do działań zgodnych z jego zamierzeniami. Bo wewnątrz UE ważni są inni rozgrywający, a nie kraj, który wprawdzie umie się z Brukselą skłócić, ale nie potrafi być w tych relacjach proaktywny. W odniesieniu do innych kierunków – ewentualne poparcie polski dla amerykańskiej polityki w stosunku do Iranu, kwestii bliskowschodniej, Syrii, Korei Chin, czy czegokolwiek innego – jest po prostu bez znaczenia. Nawet w relacjach Waszyngton-Moskwa Polska, choćby chciała, jest jedynie pionkiem na geopolitycznej szachownicy.

Felerny sędzia

53-letniego Bretta Kavanaugha dwa miesiące temu do Sądu Najwyższego nominował sam Trump. Ale w niedzielę 16 września w Washington Post” padły pod jego adresem poważne oskarżenia.

 

W zasadzie padły już wcześniej, lecz anonimowo. Natomiast teraz na łamach gazety oskarżająca sędziego o napaść seksualną kobieta ujawniła się z imienia i nazwiska. To Christine Blasey Ford, profesor psychologii klinicznej na Uniwersytecie w Palo Alto w Kalifornii.

Kobieta ujawniła, że w 1982 roku, kiedy oboje byli w wieku licealnym. Kavanaugh razem z kolegą zaciągnęli ją na imprezie do sypialni i usiłowali zgwałcić. Miała wtedy 15 lat. 17-letni wówczas Kavanaugh miał zatykać jej usta ręką („bałam się, że przez przypadek mnie zabije” – wyznała kobieta) i rozbierać. Do gwałtu ostatecznie nie doszło, ponieważ w ostatniej chwili ktoś wszedł do pomieszczenia.

Kobieta twierdzi, że w 2012 roku ogrom traumy dotarł do niej podczas terapii małżeńskiej. Posiada notatki terapeuty, wskazujące jednoznacznie, że jej niegdysiejszy oprawcy są dziś wysoko postawionymi figurami w administracji państwowej USA.

Miesiąc temu poddała się badaniom na wariografie – tak zasugerował jej terapeuta. W ostatni piątek ujawniono anonimowy list, jaki wysłała do Senatu. Ostatecznie zdecydowała się ujawnić całą sprawę prasie.

Sędzia natychmiast wydał oświadczenie, w którym wszystkiemu zaprzeczył: „Nie dopuściłem się podobnego czynu ani w czasach szkoły średniej, ani kiedykolwiek w późniejszym czasie” – miał napisać. Biały Dom twierdzi, że nie wycofa nominacji. List w obronie Kavanaugha napisało w weekend 65 zaprzyjaźnionych z nim kobiet.

Republikanie mu wierzą. Twierdzą, że nawet jeśli zarzuty są prawdziwe, to prawnik miał wówczas 17 lat i nie powinien być dziś z tego rozliczany. Tylko jeden głos z republikańskiej loży jak na razie wyraził wątpliwości: to Jeff Flake z Arizony, który przyznał w rozmowie z „Politico”, że „nie będzie się czuł komfortowo, głosując na tak”.

Republikanie mają niewielką przewagę w Senacie. To przewaga 51 do 49 głosów.