Prawo Newtona a sprawa polska

„Dzisiaj w zasadzie można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać – mówi nam prof. Klaus Bachmann, historyk, politolog, publicysta, profesor nauk społecznych w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

 

JUSTYNA KOĆ: Sędziowie Sądu Najwyższego wysłali zapytanie do Trybunału Sprawiedliwości UE i do czasu odpowiedzi wstrzymali niektóre przepisy ustawy, czym zablokowali czystki. Rządząca większość już określiła to mianem rokoszu i bezprawnego działania. Co to oznacza?

PROF. KLAUS BACHMANN: To jest kolejna eskalacja sporu prawnego. Na szczęście niemal cała eskalacja konfliktu w Polsce odbywa się na płaszczyźnie prawnej, a nie na ulicy. Z punktu widzenia sędziów SN ma to jednak też taką wadę, że staje się coraz bardziej niezrozumiałe dla publiczności (a, sądząc po zamieszaniu wokół pani prezes Gersdorf, nawet dla obozu władzy) i przez to demobilizuje obywateli. Im bardziej zawiły staje się ten spór, tym łatwiej jest machać ręką na to i mówić „ach, tam na górze się tylko kłócą” zamiast postrzegać to jako spór o zachowanie demokracji w Polsce. Ta eskalacja skupia też cały spór na osobie pani prezes Gersdorf, tak jak widzieliśmy to już 2 lata temu na przykładzie prezesa TK, Andrzeja Rzeplińskiego. To działa trochę jak samospełniająca się przepowiednia: PiS atakuje sędziów jako politycznie stronniczą, skorumpowaną elitę, sędziowie, jeśli się bronią, potwierdzają tę narrację, stając się stroną w politycznym konflikcie (choć ich naturalną pozycją jest być neutralnym arbitrem takich sporów). Jeśli się nie bronią, to się poddają i zostaną usunięci.Tak czy owak, jako sędziowie przegrywają.

 

Według Pawła Muchy, wiceszefa Kancelarii Prezydenta, w polskim systemie prawnym nie występuje zawieszenie stosowania przepisów ustawy. Możemy zatem się spodziewać, że prezydent będzie dalej prowadził działania mające zmieniać sędziów SN. Jak to zostanie odebrane w Brukseli?

Cały obecny obóz rządzący ma olbrzymi problem ze zrozumieniem prawa europejskiego, co wynika z prostego faktu, że praktycznie wszyscy, którzy się na tym znają, albo już dawno opuścili PiS, albo zostali usunięci z partii, rządu, Pałacu Prezydenckiego. Tym sobie tłumaczę, że raz po raz przedstawiciele rządu, prezydenta i większości sejmowej w swoich wypowiedziach w Polsce zaprzeczają temu, co twierdzą w raportach słanych do Komisji Europejskiej i do Trybunału Sprawiedliwości UE. Jak można tam napisać, że reforma odpowiada standardom UE, że nic nie zagraża praworządności w Polsce, że nie ma nacisków na sędziów i że sądownictwo w Polsce jest niezawisłe, jeśli w tym samym czasie przedstawiciele prezydenta i KRS odrzucają decyzję SN, grożą sędziom SN postępowaniem dyscyplinarnym, a organizacje finansowane przez rząd prowadzą kampanię propagandową przeciwko sędziom?

 

Pojawiają się głosy, że KE na takie lekceważenie prawa może zareagować ostrzej niż zazwyczaj. Pytanie, co może zrobić oprócz prowadzenia „dialogu” z rządem.

KE niewiele może, a to, co mogła zrobić, zrobiła – pozwała Polskę przed TSUE za ustawy sądownicze. To pierwszy taki przypadek, że TSUE ma ocenić system polityczny kraju członkowskiego. TSUE sam prosił o taki pozew w odpowiedzi na zapytanie prejudycjalne dotyczące Portugalii na początku roku. Można się dziwić, że KE robiła to tak późno, ale trzeba sobie zdać sprawę, że nie wszystkie instytucje na tym świecie pracują na tak wysokich obrotach jak posłowie PiS. Za to ich decyzje potem mają ręce i nogi, czego nie można powiedzieć o parlamencie, który nieustannie poprawia swoje błędy w kolejnych nowelizacjach.

 

Mówi się, że jak rząd PiS nie zaakceptuje decyzji TSUE i będzie podważać prawo europejskie, to będzie to oznaczać wyjście z UE. Czy Polexit ocenia pan jako realny scenariusz?

TSUE ma narzędzia, które pozwalają na to, aby skłonić kraj członkowski do respektowania jego decyzji. Inna sprawa, czy respektowanie lub nierespektowanie decyzji TSUE cokolwiek zmienia w Polsce – bo sędziów raz wysłanych na emeryturę przecież nie sposób ściągnąć z powrotem. Nie mówiąc o podważeniu wstecz wyroków wydanych przez nieprawidłowo wybranych lub mianowanych sędziów. Tego żaden zagraniczny trybunał dla nas nie załatwi, mogę sobie jedynie wyobrazić, że np. nakazuje Polsce spełnienie pewnych zasad, nakłada np. kary za każdy dzień niespełnienia tych zasad i czeka, aż polski rząd naprawi swoją reformę tak, aby odpowiadała tym standardom, natomiast zostawia to polskim instytucjom, jak te standardy spełnić. To byłby duży kłopot dla PiS, bo rząd, prezydent i posłowie musieliby się dogadać z opozycją na zmiany konstytucji i uregulowanie kwestii TK, SN, KRS w taki sposób, aby reforma była zgodna z konstytucją i z prawem UE. Natomiast nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak miałoby wyglądać „nierespektowanie prawa UE” w tym zakresie. Wiem, że w obozie rządzącym toczą się dyskusje o tym, jak zmienić porządek prawny w Polsce tak, aby konstytucja i polskie ustawy były nadrzędne nad prawem UE i prawem międzynarodowym, ale nawet jak to się uda zapisać np. w wyroku TK, to i tak obowiązuje to tylko w Polsce i Polskę – wobec innych krajów, wobec UE jest to kompletnie nieskuteczne ani nie działa to wstecz. Równie dobrze można uchwalić, że prawo Newtona w Polsce przestaje działać.

 

Unia ma dużo więcej własnych problemów niż tylko łamiącą wartości unijne Polskę. Czy Bruksela będzie mieć determinację, aby walczyć z rządem polskim o wartości, a może czeka nas los kraju na marginesie Europy, czarnej owcy?

Czarną owcą już jesteśmy.
Cała debata o UE w zachodniej Europie wróciła do stanu sprzed rozszerzenia, kiedy jego przeciwnicy argumentowali, że kraje, które chcą przystąpić, są na to niegotowe, nieobliczalne, zablokują procesy decyzyjne na szczeblu europejskim, będą wszystko blokować. Teraz faktycznie tak jest, wystarczy spojrzeć na olbrzymią listę naruszeń prawa europejskiego, którą wobec Polski nagromadziła KE, albo na te, które już przekazała do TSUE. Wiele z nich pochodzi jeszcze z kadencji PO-PSL, ale PiS potrzebował tylko 2,5 roku, aby je dramatycznie zwiększyć i dodać wiele politycznie bardzo kontrowersyjnych i dla funkcjonowania państwa i UE istotnych kwestii. Państwa członkowskie zostawiają to KE i TSUE i liczą na to, że one sobie z tym radzą, ale prędzej czy później to do nich wróci. Podam przykład: jeśli jeden sąd po drugim w UE odmówi ekstradycji podejrzanych do Polski i – o czym przedstawiciele obozu rządzącego też mówią już publicznie – lojalne wobec polskiego rządu polskie sądy przestaną przekazywać przestępców do innych krajów UE – to każdy rząd UE stanie przed decyzją, czy nie wprowadzić ponownie (jak w latach 90.) kontroli osobowych na granicach z Polską, aby złapać tych przestępców, którzy chcą uciec do Polski, i tych, którzy chcą przyjechać do innych krajów, aby tam popełnić przestępstwa licząc na to, że sądy nie przekażą ich z powrotem do Polski. Na wprowadzeniu kontroli granicznych traciliby spedytorzy w Niemczech, ale jednocześnie też kilkaset tysięcy Polaków, którzy codziennie muszą przekraczać granicę, aby dotrzeć do pracy w Niemczech. Warto o tym pamiętać, jak się dyskutuje o dalszej eskalacji.

 

Jak w tym kontekście traktować zgodę kanclerz Merkel na plan Macrona, aby zacieśniać kraje strefy euro pozostawiając resztę członków na obrzeżach?

Nie było jeszcze takiej decyzji UE, która arbitralnie wykluczyłaby jeden albo kilka krajów z jakiegoś kręgu integracji. Zawsze zasada jest taka, że kto chce i spełnia wymogi, może uczestniczyć. W Unii Walutowej jest tak samo i plan Macrona tego nie zmienia. Na mocy traktatu akcesyjnego Polska ma obowiązek, a nie tylko prawo, aby przystąpić do Unii Walutowej i przyjąć euro, więc choćby z tego powodu nie można powiedzieć, że to ją skazuje na obrzeża. Jeśli jest coś, co skazuje jakiś kraj na peryferie, to są to decyzje jego własnego rządu, jeśli ten prowadzi taką politykę, która uniemożliwia spełnienia wymogów – na przykład nabiera nadmiernie dużo długów i winduje deficyt budżetowy, jak na przykład rząd Węgier. Ale to jest decyzja Węgier. Polska mogłaby przystąpić do strefy euro, ale rząd tego nie chce. Mógłby wtedy też wpłacać do budżetu strefy euro (i pewnie, jako jeden z biedniejszych członków, korzystałby nawet z transferów z tego budżetu), ale wszyscy wiemy, że z tym rządem Polska tam nie będzie. Bo przy negocjacjach o przystąpieniu z KE i Radą raz po raz rząd słyszałby pytanie, co rząd polski zamierza zrobić, aby gwarantować konieczną do funkcjonowania strefy euro praworządność, niezawisłość sądów, prawa obywatelskie i niezależność instytucji kontrolujących rząd, jak na przykład TK i SN.

 

Panie profesorze, nie tylko Polska ma do czynienia z populistycznym rządem, a kryzys demokracji liberalnej widać także w krajach Europy Zachodniej. Czym to grozi?

Obawiam się, że to grozi zastąpieniem demokracji przedstawicielskiej, w której elity polityczne za pomocą odpowiednich instytucji kontrolują się wzajemnie, dbając o to, aby żadna instytucja, żaden rząd, prezydent, parlament nie zdobywały za dużo władzy, którą może wykorzystać, aby prześladować przeciwników, poszczególnych obywateli albo nadużywać swoich praw, aby się wzbogacić kosztem innych. Zastąpi to demokracja bezpośrednia, w którym rząd albo prezydent mają taką przewagę nad innymi instytucjami, że nikt nie może ich kontrolować. Formalnie zrobi to wtedy „naród” poprzez referenda, ale de facto to referenda i wybory służą rządowi albo prezydentowi tylko do tego, aby manipulować ludźmi tak, aby przedłużyć kadencję i unieszkodliwić instytucje powołane do jego kontroli.
To taka wodzowska demokracja, w której ludziom będzie się wydawać, że mają wpływ na politykę, głosując w referendum albo w wyborach, kiedy de facto o terminie, brzmieniu pytań, organizacji i liczeniu głosów decydować będzie wąska grupa ludzi.

 

Czy wobec postawy Trumpa, który widzi w Europie raczej konkurenta niż sojusznika, polska polityka zagraniczna powinna podjąć jakieś kroki? Zakładając, że jest w stanie prowadzić politykę zagraniczną zgodną z racją stanu.

W tej chwili polityka wewnętrzna tak dominuje nad polityką zagraniczną, że jest to chyba niemożliwe.

 

Zatem dlaczego liberalna demokracja, po ponad 70 latach pokoju w Europie, przestaje już być tak atrakcyjna?

Myślę, że wpływa na to kilka czynników: emocjonalizacja polityki dzięki masowym, elektronicznym mediom i Internetowi, coraz wyższe oczekiwania (zwłaszcza w bogatych społeczeństwach) wobec polityki w ogóle, w czasie, kiedy polityka może mniej niż kiedyś, ale politycy się do tego nie przyznają. To rozczarowuje dużo ludzi. No i paradoksalny fakt, żenie żyje już prawie nikt z tych, którzy doświadczyli wojny, i coraz mniej ludzi jest wśród nas, którzy pamiętają życie w systemach totalitarnych. I tu mam na myśli nazizm, faszyzm i stalinizm, nie późny PRL, który dla wielu starszych ludzi i moich rówieśników w Polsce tak często jest punktem odniesienia. Ale to nie był porządek totalitarny, to był taki absurdalny system, z którego dziś możemy się śmiać, nic, co szczególnie odstrasza, tym bardziej, że przecież to upadło bez rozlewu krwi. Dla wielu młodszych demokracja sama w sobie nie jest wartością wartą obrony, bo oni pamiętają tylko Polskę demokratyczną i brak prześladowań, nie mają tej świadomości, że może być inaczej, albo że to, co dotąd mieli, może być zagrożone tylko dlatego, że pani Gersdorf kłóci się z panem prezydentem…

Śmieszne żarciki z narodzin dyktatury

Mężczyźni w mundurach pobili Dawida Winiarskiego. Wykręcili mu ręce, podduszali, rzucali na ściany i po podłodze.

 

Tak żeby go bolało. Tak żeby bał się o życie. Ich było kilku, on był jeden. Bawiła ich bezdyskusyjna przewaga i bezradność ofiary. Kiedy uznali, że sadystyczny seans dobiegł końca, Dawid musiał został przewieziony do szpitala. Zdjęcie młodego chłopaka leżącego w kołnierzu ortopedycznym stało się symbolem brutalnych i całkowicie nieuzasadnionych represji stosowanych przez aparat państwowy wobec uczestników protestów przeciwko likwidacji polskiej demokracji. Trudno ich nazywać „policjantami”. To są zwykłe bandziory, a do tego zdrajcy. Typy w mundurach zdradzili podwójnie – społeczeństwo, któremu przysięgali służyć oraz konstytucje, której przyrzekali bronić. Wczoraj bili ludzi, którzy występowali w imię tej konstytucji. Bo taki dostali rozkaz – bić mocno. Pobity Dawid, dwa dni wcześniej poszarpana, zakuta w kajdany Klementyna Suchanow. Dziesiątki innych – poturbowanych, z siniakami, guzami i obtarciami. PiS stosuje oręż intensyfikacji lęku. Władza celowo (nad)używa przemocy, tak aby zasiać strach w umysłach tych, którzy mogliby przyjść protestować kolejnego dnia. Wykręcanie ramion, zakładanie dźwigni, zadawanie bólu – to wszystko miało zostać zarejestrowane i opisane.
Jeszcze rok temu protesty w obronie niezależności sądownictwa ściągnęły na ulice setki tysięcy obywateli. Oburzonych i zdeterminowanych. Dotarło do nich, że PiS posunął się za daleko, a celem reformy wymiaru sprawiedliwości jest podporządkowanie go władzy politycznej. Pewnie większość z tych protestujących nie miała dobrych doświadczeń z sądami. Bo te w III RP faktycznie żałośnie rzadko stawały po stronie zwykłych ludzi. Ale zastąpienie dysfunkcyjnego systemu takim, w którym za wszystkie sznurki pociąga Ziobro było wizją wystarczająco sugestywną i przerażającą. Dlaczego więc obecnie, kiedy PiS dopina swego – przejmują kontrolę nad sądami, pod Sejmem protestuje jedynie garstka dzielnych ludzi? Odpowiedź jest prosta – obywatele są zmęczeni. Kaczyński ich wyczekał. Protestowali wiele miesięcy, a jedyna świadomość jaka się w tym czasie wykluła, to świadomość tego, że PiS i tak zrobi co będzie chciał. Bezradność, poczucie braku sensu i celu uczestnictwa w ulicznych wystąpieniach. Apatia i rezygnacja aktywnej i świadomej części społeczeństwa – to największy sukces Prawa i Sprawiedliwości.
Partia Kaczyńskiego wkracza w decydującą fazę budowania w Polsce dyktatury w stylu tureckim. Sądy ma już w kieszeni, w tym Sąd Najwyższy, który przyklepuje wynik wyborów. Trybunał Konstytucyjny padł już ponad dwa lata temu. Prokuratura, media publiczne, korzystna ordynacja – wszystko załatwione na cacy. Wkrótce przekonamy się, że w tym kraju nie ma już miejsca na wolne związki zawodowe i protesty pracownicze. Zresztą – sprawa brutalnych represji wobec przewodniczącej związku stewardess i pilotów w LOT już nam to unaoczniła. Lewica przepadnie w wyborach do europarlamentu, bo zmiana zasad przeliczania głosów na mandaty podwyższyła próg wyborczy do ok 15 proc., a więc granicy o przekroczeniu której możemy sobie pomarzyć. Nieciekawy i przygnębiający to pejzaż.
Są jednak tacy, co bawią się świetnie. Łukasz Moll drze łacha z Klementyny Suchanow, tej, którą przedwczoraj po raz piąty za czasów „dobrej zmiany” skończyła skuta kajdankami i poturbowana. Moll nazywa uczestniczkę protestów „jaśnie panią artystką” i zarzuca jej brak aktywności, kiedy neoliberałowie gnoili lud pracujący. „Zachowuje się jak mieszczka, która w 2018 roku, dowiedziała się, że „odbierają nam wolność”. Gdzie była gdy pałowano górników? Ignorowano pielęgniarki? Szykanowano nauczycieli? Terroryzowano rolników w gminach łupkowych? Pacyfikowano KDT? Zamykano huty i stocznie? Nie wpuszczano związkowców do Sejmu? Oszukiwano emerytów ws. OFE pod palmami? Prywatyzowano mieszkania zakładowe?” – stwierdza Moll. Wtóruje mu niejaki Remigiusz Okraska. „W kraju biedy z nędzą, problemów z pracą, śmieciówek, milionowej emigracji zarobkowej, trzydziestoletnich kredytów na byle klitkę, zapaści całych mieścin i regionów w Polsce B, pani artystka bohatersko broni „demokracji” i sądzi, że jest taka arcyodważna” – pisze naczelny Nowego Obywatela. W dalszej części tych żenujących podrygów wychodzi na jaw, że obaj stratedzy walki klasowej nie mają zielonego pojecia kim jest osoba, która stanowi dla nich ucieleśnienie odrealnionej warszawski. Nie wiedzą, że w 2012 roku jako redaktorka „Przekroju”, którego naczelnym był Roman Kurkiewicz, mieszała z błotem wszystkie dogmaty neolibu i występowała w obronie pokrzywdzonych przez kapitalizm. W tym samym okresie Okraska kończył swój flircik z naziolami, a Moll pisywał dla „Zielonych Wiadomości”. Moll z Okraską nie widzą powodu by protestować. Przerzucają się żarcikami o styropianie i dyktaturze. Lud siedzi w domach, więc oni razem z nim gnuśnieją i głupieją solidarnie. A Kaczyński realizuje swoje marzenie o polskim autorytaryzmie.

Głos lewicy

O wyższości

…Jarosława nad Lechem, albo odwrotnie – pisze Czesław Cyrul na Facebooku.
Lech Wałęsa, po raz n-ty z rzędu powołał jakiś komitet, który ma jednoczyć opozycję przeciwko PiS-owi. Chyba tylko on sam wierzy, a może nawet jest przeciw, że ta inicjatywa powiedzie się. Od 1990 roku Lech Wałęsa ogłaszał różne inicjatywy, powoływał komitety i partie, wydawał ważne oświadczenia. Żadne się nie powiodło. Jego prezydentura oceniana jest bardzo krytycznie. To pasmo nieskuteczności stawia pod znakiem zapytania jego sprawność przywódczą w okresie podziemnej „Solidarności”. Powiedzenie Wałęsy, że ja to wszystko zaplanowałem, zrobiłem i dałem Wam demokrację jest trochę na wyrost, ale legenda Wałęsy będzie żyła swoim życiem, a jego buńczuczne i operetkowe zapowiedzi będą pobłażliwie tolerowane przez obywateli.
Z Jarosławem Kaczyńskim jest inaczej. Nie był frontmenem podziemnej „Solidarności”. Po 1990 roku szybko pokłócił się z prezydentem Wałęsą. Nie dziwię się, bo to zupełnie różne osobowości. Jednak kiedy Wałęsa spoczął na laurach i, od czasu do czasu, występował z inicjatywami od razu skazanymi na niepowodzenie, Jarosław Kaczyński przepychał się do przodu. Krzyczał o rozkradaniu majątku narodowego, a po cichu zbudował ekonomiczne imperium partyjne, jakiego nie ma żadna inna partia. Zbudował karną partię polityczną, o której Wałęsa może tylko marzyć. Kaczyński wykazał się dalekowzrocznością polityczną, czego o Wałęsie nie można powiedzieć. Kaczyński jest konsekwentny w realizacji swojej strategii, Wałęsa nie ma żadnego planu działania i nie wiadomo co powie jutro, a co pojutrze. Prezes Kaczyński ma natomiast realną władzę i wykorzystuje ja tak, jak mu się to podoba i podoba się to sporej grupie Polaków
Co łączy obu panów? Wałęsa wywarł duży wpływ na bieg spraw w Polsce, a Kaczyński wywiera. Łączy ich również to, że gdyby startowali w wyborach prezydenckich to obydwaj przegraliby je z kretesem. Wałęsa ma jednak pod tym względem przewagę. Raz prezydentem został, ale nie była to dobra prezydentura. Może dlatego i na Kaczyńskiego wyborcy nie zagłosowaliby, bo coś ich jednak łączy. Wzajemna nienawiść.

Tragedia!

Na Facebooku skarży się również prof. Jerzy Kochan:
Byłem na bardzo smutnym zebraniu poświęconym nowej ustawie o szkolnictwie wyższy. Władze i rada koncepcyjna starają się, z dobrymi intencjami ratowania uniwersytetu, wpisać jak najlepiej w prawdopodobne oczekiwania nieznanej do końca pisowskiej ustawy!!!
To jest: być spontanicznie dyspozycyjni i spontanicznie prymusami pisowskiej strategii przejmowania uniwersytetów.
W ramach tego wyścigu dyspozycyjności i konformizmu powstaje skrajnie antydemokratyczny projekt oparcia struktury uniwersytetu na nominowanych przez rektora dyrektorach instytutów… bez zakładów, rad instytutów, rad wydziału…
DYKTATURA dyrektorów-nominatów możliwych do odwołania tylko przez rektora. To już nie jest menadżerska wizja zarządzania nauką. Nawet w stanie wojennym nikomu do głowy coś takiego nie przyszło…a jak przyszło, to bał się głośno powiedzieć.
Publicznie powiedziałem, że to militaryzacja uniwersytetów… PiS chce swoistej militaryzacji uczelni w ramach realizacji „dobrej zmiany”… a niezorientowane, bezwolne, zastraszone, konformistyczne masy akademików na ochotnika to zrealizują. Tragedia!

Polska-Kolumbia 1:1

W latach 90., kiedy jeszcze posłowałem doszło do przedziwnego konfliktu między Polską a Kolumbią. Zakłady w Janikowie wyeksportowały do Cali w Kolumbii sodę, która jest składnikiem niezbędnym do produkcji kokainy. Władze kolumbijskie statek przejęły gdyż adresatem ładunku był najprawdopodobniej kartel narkotykowy z Cali. Polska w odpowiedzi zerwała z tym krajem stosunki dyplomatyczne. Na prośbę ambasadora Kolumbii doprowadziłem do spotkania premiera Józefa Oleksego z tymże ambasadorem. To sprawiło, że Polska przeszła na stronę tych, którzy walczą z narkotykami czyli Kolumbijczyków i stosunki między naszymi krajami zostały unormowane – wspomina Piotr Ikonowicz.

Lekcja Pobierowa

Pisanie w afekcie, nigdy nie jest dobrym doradcą. Dzisiaj już przyblakło głębokie rozżalenie informacją o wizycie policji na organizowanej w Pobierowie przez Uniwersytet Szczeciński Konferencji poświęconej Karolowi Marksowi z okazji dwustulecia jego urodzin.

W końcu trzy tygodnie wcześniej uczestniczyłem analogicznej konferencji w Turawie organizowana przez Uniwersytet Opolski i Centrum im. Ignacego Daszyńskiego a w połowie czerwca ma odbyć się w Warszawie konferencja organizowana przez Uniwersytet Warszawski. Jako osoba, która uczestniczyła w jednej z tych konferencji a wysłała zgłoszenie na drugą, czułem się oszukany przez los, który pozbawił mnie największej atrakcji sezonu.
Jeżeli jednak przyjrzeć się samemu wydarzeniu sine ira et studio sprawa jest niestety znacznie poważniejsza.
Na polecenie prokuratury policja weszła na Uniwersytet żeby sprawdzić, jak wynika z doniesień prasowych, czy przypadkiem uczestnicy konferencji naukowej w ramach swojej działalności nie „propagują publicznie treści totalitarnych”?
Jak głosi cytat z oświadczenia prokuratury:
„Z uwagi na złożenie do prokuratury pisma, w którym osoba zawiadamiająca wskazała, iż istnieje podejrzenie, że podczas organizowanej konferencji pt. „Karl Marx 1818-2018, urodziny Karola Marksa”, może dojść do publicznego propagowania treści totalitarnych, prokurator bez wszczynania śledztwa zlecił właściwej miejscowo jednostce policji, jedynie poczynienie ustaleń w zakresie kwestii będących przedmiotem zawiadomienia, w celu jego zweryfikowania, niezbędnych do podjęcia decyzji merytorycznej – wyjaśnia prokurator….”.
Jak wynika z owego cytatu w Polsce uczelnie wyższe znajdują się pod nadzorem prokuratury w zakresie nauczanych przez siebie treści. Co więcej to prokuratorzy, ni mniej ni więcej, tylko oceniają merytorycznie to co się na uczelniach dzieje. Skoro to prokuratorzy ocenia merytorycznie to nasuwa się oczywiste pytanie dlaczego sami nie uczą? Może im się nie chce, ale dlaczego nie zatwierdzają programów nauczania to już jest pytanie znacznie poważniejsze. Bo przecież powinni. Ktoś kto chce zorganizować konferencję naukową powinien zgłaszać się do prokuratury z programem do zatwierdzenia. Żeby uniknąć kłopotów należałoby się chyba zwracać do prokuratury o wysyłanie policyjnych obserwatorów na konferencje naukowe. Jest jeszcze jeden problem. Konferencja w Pobierowie odbywała się w budynku należącym do uniwersytetu. A gdyby odbywała się w jakimś hotelu czy ośrodku konferencyjnym pozbawionym tego statusu, to co wtedy?
Wszystkie te problemy nie są niczym szczególnym. Są one normą w państwach autorytarnych czy tez tzw., „totalitarnych”. To, że Korei Północnej, Chińskiej Republice Ludowej, istnieją takie mechanizmy, a w Arabii Saudyjskiej chyba nie istnieje nawet nauka jest oczywiste i nie budzi wątpliwości ani zdziwienia. Zdziwienie budzi to, że w Polsce obowiązują reguły Arabii Saudyjskiej a nie jakiejś tzw. demokracji Zachodu.
Coraz bardziej otwarcie, i coraz więcej osób mówi, że w Polsce mamy dyktaturę, i zgadzam się z nimi w stu procentach. Można by więc powiedzieć że skoro mamy dyktaturę to legitymowanie jakichś tam „wykształciuchów” jest czymś oczywistym. Problem polega na tym, że organizatorzy tych działań działają we własnym przekonaniu, w oparciu o konstytucję z 1997 roku i ustawy i prawa z niej się wywodzące. Ziobroratura jest tutaj tylko bardziej konsekwentna od prokuratur ją poprzedzających w rozwoju historycznym. Warto więc się temu przyjrzeć.
Niewyczerpanym źródłem, wszelkiego rodzaju zakazów i nakazów mających zbliżać nas do Republiki Islamskiej jest ponoć artykuł !3. naszej ustawy zasadniczej, który przypomnijmy in extenso:
„Art. 13. Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.”
Otóż, gdy się czyta ten dokument, trudno nie zauważyć, że artykuł ten dotyczy organizacji politycznych i praktyki politycznej. Mówi się o „metodach i praktykach”, „programach i działaniach”. Można zasadnie domniemywać, że skoro ustawodawca mówi o „metodach i praktykach” to odróżnia je od „teorii i symboli” bo inaczej poco by to robił. Co więcej można domniemywać, że skoro zakazuje „metod i praktyk” to nie odnosi tego „teorii i symboli” dokładnie na takiej zasadzie jak zakaz publicznego uprawiania stosunków seksualnych zakłada swobodę ich uprawiania prywatnie.
Jest, jak sądzę, rzeczą oczywistą, że z taka samą sytuacją mamy do czynienia w przypadku „nazizmu, faszyzmu i komunizmu”. Imiennie zakazane zostały „metody i praktyki” żeby nie zakazywać „teorii i symboli”. Swój sąd o tym, że ustawodawca unikał zakazania „teorii i symboli” opieram na znajomości elementarnych zasad ustroju demokratycznego.
Demokracja jest ustrojem, w którym władza najwyższa należy do ludu czyli ogółu mającego prawa obywatelskie i wyborcze i podejmującego decyzje w głosowaniach. Jeżeli przyjmuje się taki ustrój jako sensowny to tylko wtedy gdy uznaje się obywateli za wystarczająco inteligentnych bu podejmować sensowne decyzje. Oczywiście dotyczy to zawsze zdecydowanej większości, która przeważa nad mniejszością do tego niezdolną (bo oczywiście, istnienia w społeczeństwie mniejszości ludzi niepełnosprawnych intelektualnie, czy też „sprawnych inaczej” nie można wykluczyć).
Ci należący do większości, zdaniem demokratów, z założenia maja zdolność czytania ze zrozumieniem i refleksji nad własnymi przeżyciami a więc w związku z tym powinni mieć prawo nieograniczonego dostępu do informacji niezbędnych dla samodzielnego podejmowania decyzji. Prowadzi to do tego, że elementarną przesłanką demokracji jest nieograniczony dostęp do informacji i swoboda wypowiedzi. Zakazywanie czegokolwiek w tej sferze jest ograniczaniem demokracji i otwieraniem drogi do manipulacji informacją, zakazywania, ograniczania itd.. Uniemożliwiania sytuacji kiedy przez manipulację np. edukacją szkolną rządzący mogą wychowywać sobie przyszłych wyborców. Gwarancje wolności słowa, swobody informacji i obiektywności treści kształcenia to „fundamentalne fundamenty” demokracji.
Dlatego autorzy polskiej Konstytucji z 1997 roku napisali to co napisali. Pisząc o „metodach i praktykach” zwracali za to uwagę na niebezpieczeństwo mechanizmów wywierania presji, zastraszania, szykanowania, szczucia itd., które okazały się odgrywać rolę w zdobywaniu i sprawowaniu władzy przez „nazizm, faszyzm i komunizm” chociaż niestety nie stanowią ich monopolu.
Twórcy polskiej Konstytucji 1977 usiłowali ją pisać dla państwa demokratycznego niestety wyszło jak zwykle.
Chociaż może się to wydać wydumanym paradoksem losy Konstytucji z 1997 roku zadecydowały się już na początku lat dziewięćdziesiątych. Rozczarowanie do rządów elit solidarnościowych, które doprowadziło do powrotu lewicy na scenę polityczną: prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i rządów Józefa Oleksego Włodzimierza Cimoszewicza, Leszka Millera i Marka Belki wywołało w nich głęboki uraz. Każdy kij na lewicę wydawał się dobry. Prawne ekscesy takie jak „nieprzedawnialne zbrodnie komunistyczne” obejmujące zwykłe przestępstwa a nawet wykroczenia, powołanie Instytutu Pamięci Narodowej, akcje niszczenia pomników i miejsc pamięci, tworzenie zideologizowanyh historycznych pseudo-muzeów, zakazywanie symboli „totalitarnych”, oficjalny kult „żołnierzy wyklętych” to działania nie mające żadnego umocowania w prawnym ładzie konstytucyjnym państwa, a najczęściej stanowiące ostentacyjną kpinę z pryncypiów ustrojowych „demokratycznego państwa prawa”.
Gdyby tylko do kpiny rzecz całą sprowadzić byłoby pół biedy rzecz jednak polega na tym że walcząc „teoriami i symbolami” reaktywowano z cala mocą „totalitarne metody i praktyki”, o których mówiła Konstytucja z 1997.
Wspólnym wysiłkiem PO-PISu ponad wszelkimi podziałami wskrzeszono grzebanie w życiorysach, zastraszanie, zbiorową odpowiedzialność, polowania na czarownice, mityczną bezczasowość, w której nic nie przestaje być aktualne i trwa nieustanny sabat czarownic. Permanentna polska „Noc Muzeów” wskrzesza, zapomniane strofy Heinricha Heinego o „… ojczyźnie fałszywej gdzie tylko niedola i hańba są żywe, gdzie każdy kwiat wcześnie zerwany schnie marnie, gdzie robak zgnilizną i próchnem się karmi”. Nic dodać nic ująć.
Ład polityczny, w którym działalność uniwersytetów znalazła się pod ideologiczną kuratelą Prokuratury, realizowanej przez Policję nie jest niestety efektem działań Zbigniewa Ziobro ani dyktatora Jarosława Kaczyńskiego. Jest on wspólnym wytworem całego gremium, w którym obok nich poczesne miejsce należy się Donaldowi Tuskowi, Grzegorzowi Schetynie, Adamowi Michnikowi, Sławomirowi Sierakowskiemu i całym reprezentowanym przez nich środowiskom Platformy Obywatelskiej (ze szczególnym uwzględnieniem klubu poselskiego), Gazety Wyborczej i Krytyki Politycznej. Oczywiście nie chcę generalizować. W tej Sodomie jaką stała się polska „demokracja” byli z pewnością jacyś sprawiedliwi, ale nie wystarczyło ich aby Jehowa powstrzymał karzącą dłoń.
Zainaugurowana jeszcze w latach siedemdziesiątych polityka opozycji naonczas „demokratycznej” wspólnego frontu pod hasłem „nie ma wroga na prawicy” przyniosła dzisiaj zatrute owoce „dając drogę brunatnym batalionom”. Być może Jarosław Kaczyński przegra już najbliższe wybory, ale destrukcji instytucji polskiej demokracji i unicestwiania demokratycznej kultury politycznej to nie powstrzyma. Dając przyzwolenie na antykomunistyczną histerię elity polityczne III RP wpuściły w krwioobieg polskiej polityki mówiąc słowami „zdekomunizowanego” Leona Kruczkowskiego „zatruty jad czasów pogardy” i to pozostanie na długo. Młodzi narodowcy, „patrioci”, Wszechpolacy, ONRowcy, kibole, antysemici, itd., itp. będą nam towarzyszyli jeszcze długo, jeżeli kiedyś nie przejmą sterów. W końcu są młodzi i to nich należy przyszłość.