Głos lewicy

Śmieszne oświadczenie

„Prezes Kaczyński oświadczył, że do polityki nie idzie się dla pieniędzy i pracujący w spółkach skarbu państwa i zarabiający krocie, nie będą mogli kandydować do samorządów. Owi, PiS-owscy krezusi, nie są przygłupami i nie zrezygnują z zarabiania np. 100 tys. miesięcznie, by zostać burmistrzem i zarabiać 8 tys. brutto. Oni nawet są gotowi dopłacić do kasy PiS te 8 tys. złotych miesięcznie, co wielu teraz czyni, by prezes dał im spokój. Oczywiście, że w PiS idzie się do polityki dla pieniędzy. Daruję sobie wymienianie ludzi z PiS, którzy politykę potraktowali jako środek do przejścia do biznesu i zarabiania dużych pieniędzy. Pozapolityczną drogą nigdy by im się to nie udało.
Komunikat prezesa rozumiem następująco: nie kandydują ci, którzy pracują we wspomnianych spółkach. A czy prawo do startu mają PiS-owscy radni, dorabiający sobie w owych spółkach w radach nadzorczych? Formalnie członkowie rad nadzorczych nie są pracownikami spółek, są ich ogranem nadzorczym, za co otrzymują uposażenie w formie zleceń.
Kandydaci na radnych nie będą powiązani ze spółkami, ale kiedy nimi zostaną mogą zacząć tam zarabiać. Najwyżej zrezygnują z mandatu radnego i w ich miejsce wejdzie kolejny z listy PiS.. I tak karuzela się będzie kręcić, by napełnić kieszenie swoim. W takim KGHM np. jest już piąty z kolei zarząd w ciągu trzech lat rządów PiS. Na same odprawy dla zwalnianych wydano grube miliony. I o to chodzi, by napełnić kieszenie swoim. Rok pracy i milionowa odprawa oznacza bogate życie przez lata. To złodziejstwo PiS klajstruje walką z przestępcami VAT-owskimi.
Z takiego politycznego nadzoru nad spółkami PiS nie zrezygnuje. Zaplecze kadrowe partii to właśnie ci radni. Oni, jak mniemam, są i będą w przyszłości nadal sprawować nadzór polityczny, bo raczej nie merytoryczny, nad spółkami. Będą zatem mogli startować w wyborach samorządowych i nadal zarabiać dziesiątki i setki tysięcy złotych rocznie. Będą także zapleczem kadrowym oczekującym na synekury w spółkach. Nie przypadkiem prezes wygłosił tak enigmatyczne oświadczenie i tyle go widziano. Wolał na wyżej wymienione wątpliwości nie odpowiadać i nie nawijać makaronu na uszy dziennikarzom” – napisał Czesław Cyrul na Facebooku.

 

Rzecz o Hartmanie

Miało być o „wolnych sądach”, ale będzie o prof. Hartmanie, faktycznie bowiem te sprawy się wiążą ze sobą. Pozostają dwiema z wielu stron medalu przyznanego Polsce w 2015 r. A może wcześniej – w 1989 r.? Istota rzeczy dotyczy bowiem rozczarowań i cierpień, jakich warstwa inteligencka doświadcza rzekomo ze strony rozpasanego plebsu, a które w rzeczywistości zadaje sama sobie metodą zaniedbań i pielęgnacji własnej ślepoty.
Nic dziwnego, że felieton Jana Hartmana pt. „Ja, prostak” na stronach „Polityki” odbił się echem i falą memów. Po jego lekturze długo można zbierać szczękę z podłogi. Można wyjść, żeby ochłonąć podczas wieczornego letniego spaceru, można klepać na fejsie mem za memem… Przede wszystkim jednak warto wysilić kluczowe ośrodki korowe, by terminowi „inteligencja” przywrócić znaczenie – jak się wydaje – dawno już porzucone przez prof. Hartmana i resztę postaci z tej bajki: inteligencja jako zdolność ogarnięcia rzeczywistości i poradzenia sobie z nią.
Czy inteligencja jako quasi-klasa, relikt pełnego kapitalizmu, miała z tą rzeczywistością coś wspólnego? Jej ciche a boleściwe konanie w czasach kapitalizmu gnijącego dość wymownie sugeruje, że nie bardzo. Rzeczywistość społeczna pozostaje dla polskich inteligentów niezgłębioną, mroczną tajemnicą, niszczącą spokój ich ducha niczym tłum Januszy i Grażyn napierający na nich w autobusie.
Eksplozje awersji do ludzi prostych obyczajów i prostych zawodów, którymi raczy nas rodzima profesura m.in. w postaciach Magdaleny Środy i Jana Hartmana, znajdują do tej pory dwojaki (choć tylko pozornie) finał. Hartman, zdradzony, pokonany i upokorzony przez dziejowe widmo egalitaryzmu, zwyczajnie kapituluje przed „chamem”, sam „ulegając pokusie wtórnej prymitywizacji”. Środa na pozór jeszcze walczy, jeszcze „biega przez dwa dni”, jeszcze daje epicki odpór tym, co „ciągle tylko stoją”, a czegoś od niej chcą. Faktycznie jednak styl, w jakim to osiąga, w gonitwie „wtórnej prymitywizacji” plasuje ją na pozycji o kilka długości przed Hartmanem. Chcieli, nie chcieli – ciemna masa, kłębiąca się bardziej w ich głowach niż na polskich ulicach, pochłonęła ich wysublimowane jestestwo. Przegrali” – pisze publicysta Paweł Jaworski na łamach strajk.eu.

Jak pisać o PiS

Od dłuższego czasu w mediach lewicowych, liberalnych, centrowych i niektórych zaliczanych do prawicy, obserwujemy lawinę tekstów piętnujących poczynania PiS-u i jego sprzymierzeńców.

 

Nie kwestionując słuszności opisów skandalicznych nadużyć nie sposób jednak nie zwrócić uwagi na widoczny w tej nawale brak zastanowienia. Należy bowiem domyślać się, że podstawą pełnego zapału i wytrwałości wysiłku publicystów jest przekonanie, iż wykazywanie błędów spowoduje naprawienie sytuacji grożącej katastrofą, że doprowadzi władze do opamiętania, a przede wszystkim wywoła otrzeźwienie społeczeństwa aprobującego utrzymującą większość parlamentarną grupę demagogów. I w tym momencie zdumiewa, że walczący z dewiacją w ogóle nie zdają sobie sprawy z tego, że być może, zło, które pokazują i usiłują naprawić, są to jedynie objawy choroby, której istoty owi krytycy nie dostrzegają. A przecież za tym przemawia np. fakt, iż wspomniane piętnowanie błędów jest nieskuteczne.
Oskarżające PiS osoby zapamiętałe są w tej działalności do tego stopnia, że zapominają o obowiązku rozważenia swoich własnych błędów, do których niekiedy półgębkiem przyznają się nie próbując jednak poznać ich istoty. Przecież zawsze popadnięcie w zależność od złych i głupich wynika z bierności tych, którzy potrafią rządzić mądrze, a oczywiste dla każdej rozsądnej osoby rozważenie takiej możliwości narzuca się tym bardziej, że po dwu latach rządów PiS nie można mieć wątpliwości, iż wspomniana walka na argumenty nie daje rezultatu zwłaszcza wobec wyraźnego u autorów przekonania o braku pozytywnej alternatywy politycznej. Podobnie nieskuteczność „walki z demagogią” osądza np. prof. Cas Mudde w krótkim artykule „Realnym problemem nie jest populizm”. Należy więc, nie zaprzestając wskazywania błędów władzy, zastanowić się wreszcie, jakie mogą być inne przyczyny zła i jak je należy naprawiać? Zarazem, w odpowiedzi na ten swój apel przedstawiam własne w omawianej sprawie zdanie: rzeczywistą przyczyną fatalnego stanu porządków w naszym kraju jest powszechny marazm umysłowy oraz kulturalny i jakiekolwiek działania pomijające konieczność ożywienia umysłów a także naprawy obyczajów są daremne. A oto, jakie są dowody na to, że uśpienie umysłów i dekadencja kulturalna mają miejsce w naszym kraju.
Co do intelektu sprawa jest prosta. Zanik zdolności rozumowania, jeżeli jest powszechny, powinien, z natury rzeczy, uwidocznić się przede wszystkim w środowisku elity umysłowej. Otóż wyraźnym przejawem dowodzącym złego stanu tej części społeczeństwa jest zanik dialogu, wiadomo bowiem, że myślenie nie istnieje bez pytań, wątpliwości i sporów. I właśnie brak tych podstawowych przejawów myśli jest uderzający w ośrodkach głównie tych nastawionych na poświęconą polityce i zagadnieniom społecznym tzw. poważną publicystykę jak np. Przegląd Socjalistyczny, Krytyka Polityczna, Kultura Liberalna, internetowa witryna Towarzystwa Kultury Świeckiej im. Tadeusza Kotarbińskiego i in. Nie ma tam dyskusji, jedyne uwagi krytyczne dotyczą obozu władzy i stanowią niejako uzgodniony rytuał legitymujący przynależność do „swoich” na równi z obowiązującym niedostrzeganiem błędów popełnianych we własnym gronie. Gdy przyjrzymy się czy tym periodykom, czy publicystyce powstającej w ramach inicjatyw takich jak Kongres Kultury, Kongres Obywatelski itp. widzimy same jedynie monologi i kazania autorów niezdolnych zauważyć tekstów ani tych, które w jakiejś mierze zaprzeczają ich tezom, ani zgodnych. Szczególnie zaś zdumiewa brak w całym środowisku obejmującym autorów, redakcje i czytelników zaniepokojenia tym, że nawet najbardziej udramatyzowane wystąpienia nie wywołują odzewu.
Z kolei mówiąc o upadku kultury również należy skupić się na elicie. I tu powstaje problem wymagający obszernych wyjaśnień.. Powszechnie uważamy, że podstawowym przejawem kultury są: dbałość o poprawność mowy i unikanie – co błędnie utożsamiamy z empatią – agresji, a pod tym względem znaczna część elit jest bez zarzutu. Liczne są bowiem osoby i publikatory, które dbają o formę tekstu i nie używają „brzydkich” wyrazów, a krytykę skrzętnie ukrywają w ogólnikowych, bezosobowych wzmiankach, a więc, na podstawie wspomnianego „powszechnego uważania”, spełniają wbrew moim zarzutom warunki do uznania ich za kulturalne bez jakiegokolwiek „marazmu”.
W moim jednak przekonaniu podstawą kultury jest uznanie wartości umysłu każdego spotkanego człowieka, a wspomniane temperowanie mowy i uprzejmość świadczą o kulturze jedynie, gdy powstają jako produkt poszanowania godności innej osoby. Przecież znamy z doświadczenia ludzi dbających o poprawne wysławianie się i zręcznie zachowujących uznane formy postępowania, którzy jednak są bezwzględnymi egoistami. Mówimy o takich: cywilizowany cham.
Owo „uznanie wartości umysłu” polega na zrozumieniu, iż świat myśli każdej spotkanej osoby ma wartość niezależnie od tego, czy jest on bogatszy od mojego, czy uboższy. Że w każdym wypadku poznając go otrzymujemy szansę rozszerzenia swojej wiedzy, swoich zdolności, a także poznania błędów swojego własnego rozumowania. A także owo „uznanie wartości” narzuca – nasuwający nieraz wątpliwość – obowiązek dążenia do naprawy zauważonych u tego drugiego błędów, temperowany oczywiście świadomością zarówno ograniczoności własnego sądu jak i ludzkiej skłonności do emocjonalnego reagowania na krytykę. Jeżeli bowiem szczerze uznajemy jakiś przedmiot za wartościowy, nie pozostajemy obojętni wobec zauważonej na nim skazy, dbając zarazem, by cennego obiektu nie uszkodzić.
I jeszcze jedno: najpełniej „uznanie wartości” realizuje się w dialogu, którego idealną postać opisuje formuła: minimum 50 proc. słuchania drugiej strony, minimum 30 proc. mówienia o jej sądach i maximum 20 proc. przedstawiania własnego widzimisię. Mistrzem w tej sztuce był ponoć Sokrates, który ograniczał się do pytań i rozważania racji rozmówcy naprowadzając go tym do własnego poprawnego wnioskowania.
Po takich wyjaśnieniach mogę mówić o marazmie kulturalnym polskich elit i – wynikającym z niego – całej reszty społeczeństwa. Zanikła bowiem zdolność uznania godności innego człowieka, co zresztą jest faktem znanym (np. Małgorzata Anna Maciejewska „O zbędności elit, a zwłaszcza buców”). Dowody na to są liczne. Tak więc czasopisma i autorzy przejawiają solipsystyczny brak zainteresowania poglądami zarówno czytelników jak i wyrażonymi w innych niż swoje artykułach czy esejach. Większość poświęconych sprawom społecznym, politycznym i kulturalnym czasopism i witryn internetowych nie reagują nawet na najbardziej udramatyzowane diagnozy i postulaty publikowane w mediach, a zarazem („Przegląd Socjalistyczny”, „Centrum im. Daszyńskiego” i in.) w ogóle nie ukazują opinii czytelników, podczas gdy inne (np. „Kultura Liberalna”, „Lewica.pl”) dopuszczają co prawda czytelników do głosu w postaci komentarzy, jednak demonstracyjnie okazują lekceważenie przedstawianym opiniom. Uderza brak choćby śladu zainteresowania treścią uwag odbiorców przedstawianych treści ani ze strony autorek/autorów, ani redakcji, ani postronnych obserwatorów. Ciekawy kazus mamy w przypadku „Zdania” wydawanego przez stowarzyszenie „Kuźnica”, gdzie jedynym przejawem zainteresowania czytelnikami jest apel o dodatkowe wpłaty.
Ten brak zainteresowania głoszonymi wokół nas sądami przedstawiony jako objaw marazmu kulturalnego wymieniałem poprzednio jako objaw bezczynności umysłu. To połączenie nie jest bynajmniej przypadkiem, gdyż wzajemne powiązanie ze sobą kultury i dbałości o sprawne myślenie uważam za oczywistość dotyczącą wszystkich. Czy mamy do czynienia z osobnikiem obdarzonym wybitnymi zdolnościami, czy z posiadającym skromny zasób wrodzonych możliwości rozumowych, zaniedbanie rozwoju dokonującego się w trakcie poznawania poglądów innych ludzi powoduje degradację osobowości przejawiającą się uśpieniem umysłu i niedorozwojem kulturowym.
Tak wygląda uproszczone dowodzenie marazmu powiązanych ze sobą kultury i intelektu. Ale czy rzeczywiście ten marazm może w sposób istotny spowodować rozpanoszenie się demagogii i związany z nią regres społeczności? Sądzę, że wynika to choćby ze znanego powiedzenia: „gdy rozum śpi, budzą się upiory”. A zatem przedstawiona (w ogromnym skrócie) analiza, po pierwsze pozwala poznać proces, który doprowadził do tego upadku, oraz po drugie umożliwia podjęcie próby określenia działań naprawczych. W obu wypadkach chodzi mianowicie przede wszystkim o dialog w skali całego społeczeństwa rozumiany jako wzajemne porozumiewanie i poznawanie. Marazm więc wynika z zaniedbania takiej właśnie wymiany myśli inicjowanej i formowanej przez część społeczeństwa dysponująca autorytetem (twórcy i propagatorzy kultury oraz nauki), a podstawę odbudowy winno stanowić odrobienie tego zaniedbania.
Jako podsumowanie stawiam apel o rozważenie przedstawionej tezy, iż kultura i intelekt mas stanowią istotny czynnik formujący stosunki społeczne i polityczne, oraz o poważną dyskusję nad szeroko pojętym dialogiem rozumianym jako narzędzie niezbędne dla formowania myśli oraz obyczajów.

Dziennikarska inicjatywa

– Chcemy jasnych zasad we współpracy z redakcjami. Dziś jest tak, że każda dziennikarka i dziennikarz jest traktowany inaczej – mówi Bartosz Józefiak, reportażysta, jeden z założycieli środowiskowej komisji dziennikarek i dziennikarzy przy Inicjatywie Pracowniczej.

 

Pracownice i pracownicy mediów chcą wspólnymi siłami zmierzyć się z problemami, będącymi efektem niestabilnych form zatrudnienia i wynagradzania. „Dziennikarze przygotowujący swoje materiały przez kilka tygodni zarabiają na nich kilkaset złotych. Za każdy tekst rozliczani są umową o dzieło. Pracodawcy nie opłacają więc składek emerytalnych. Dziennikarzom nie przysługuje nawet ubezpieczenie zdrowotne dostępne dla osób na umowach – zleceniach. Bardzo niewiele redakcji otwartych jest na przyjmowanie pracowników na etat. Co gorsza, sposób wypłacania wierszówek jest niejasny. Autor przed publikacją rzadko kiedy wie, jak zostanie wyceniony jego tekst. Pracodawcy nie podają do publicznej wiadomości jasnych reguł wynagradzania. Zdarza się więc, że dwoje autorów pracujących dla tej samej redakcji otrzymuje za swoje teksty dwie zupełnie różne kwoty” – czytamy w manifeście inaugurującym działalność komisji, który ukazał się na stronie Inicjatywy Pracowniczej.

Kolejny problemem, na który zwracają uwagę dziennikarze, którzy wstąpili do związku zawodowego są terminy wypłaty wynagrodzeń. W niektórych redakcjach dziennikarz otrzymuje pieniądze za zamówiony tekst nawet po kilku miesiącach, czasem nawet po roku od jego napisania. – Dziś zdarza się, że reporter może napisać tekst w styczniu, a pieniądze zobaczy w marcu, kwietniu lub za dwa lata – w zależności od tego, kiedy materiał ukaże się w gazecie – wskazuje Bartosz Józefiak. Jaki jest cel działania komisji? W oświadczeniu czytamy o konieczności „ucywilizowania zasad współpracy z redakcjami”. Jedynym z największych kuriozów jest odbieranie autorom praw autorskich do ich publikacji. W efekcie dziennikarze i reportażyści otrzymują wynagrodzenie tylko raz, podczas gdy ich teksty są następnie reprodukowane w wydaniach papierowych czy w innych tytułach. – Dzisiaj autor, który chciałby wydać książkę ze swoimi tekstami, musi je odkupić od redakcji. Jego własność intelektualna właściwie nie jest jego – zwraca uwagę Bartosz Józefiak.

Członkami komisji są również dziennikarze zatrudnieni na stałe w redakcjach gazet i portali. Ich również dotyka problem erozji standardów płacowych. – Nie możemy dopuścić do ich dalszego obniżania, bo wartościowe dziennikarstwo dostanie zawału. Jeśli redakcje chcą mieć dobrze przygotowane materiały, muszą za nie dobrze płacić. O tym wszystkim chcemy rozmawiać z wydawcami i osobami decyzyjnymi w redakcjach – zapowiada Bartosz Józefiak.