Gdy patrzę w twe oczy…

Uważacie, że „Krystyna Janda przebiła Janusza Majcherka”? Och, jak bardzo nie macie racji.

 

„Gdy pochodzący z Niemiec papież Benedykt XVI ubolewał w Auschwitz nad zbrodniami, jakich w imieniu niemieckiego narodu dopuścili się łajdacy, którzy go uwiedli obietnicami wielkości, głosy sprzeciwu odezwały się w samych Niemczech – pisze publicysta na łamach najnowszej „Polityki”. – „Sformułowania o narodzie uwiedzionym przez hochsztaplerów są tam bowiem skompromitowane, a wina całego społeczeństwa i zwykłych Niemców niepodważalna. Nie można uwalniać popleczników, przynajmniej od winy moralnej, a już na pewno politycznej. Popieranie autorytaryzmu także nie pozwala na pozostanie niewinnym”.

Nie bawiąc się w niuanse, autor stawia w jednym rzędzie nazistów, którzy wynieśli do władzy Adolfa Hitlera ze wszystkimi, którzy w 2015 dokonali obrachunku i wyszło im, że to Prawo i Sprawiedliwość, a nie dotychczasowy liberalny establishment odpowiada na ich potrzeby pełniej. W porównaniu z tą malowniczą metaforą, utyskiwania Krystyny Jandy, że na początku lat 90. nie każdy poszedł po rozum do głowy i nie zrobił tak zmyślnej inwestycji, jak ona z domem i teatrem – wydają się dziecięcą igraszką.

W dalszej części tekstu standardowo już dziwi się Janusz Majcherek, że lewica jest lewicą i jako taka z definicji przyjmuje punkt widzenia słabszych/pozbawionych głosu/uciskanych/ mniejszości. Działaczy, którzy próbują cofnąć się do pierwotnych założeń socjalizmu i skierować swoją ofertę do potrzebujących, diagnozuje jako takich, co nie oparli się „pokusie schlebiania tym wyborcom i uwalniania ich od winy za demolowanie instytucji państwa przez PiS”. Wycofuje się jednak zwinnie z konkretnych odpowiedzi i wskazówek, kończąc swój felieton ogólnikowym stwierdzeniem, że „kto głosował na PiS i nadal aprobuje jego poczynania, ten ponosi współodpowiedzialność za ich przebieg i skutki” i że nie należy przymykać na to oczu w imię źle pojętej ludomanii. Czyli co? Zrobić przegląd do piątego pokolenia wstecz, na kogo wrzucali głos do urny, wzywać ich przed trybunały?

Wiem, co chciał zasygnalizować Janusz Majcherek. Że PiS, oprócz swojej oferty „bytowej” przedstawia również atrakcyjną ofertę z zakresu nienawiści. I tak, to istotnie element systemu sterowania wyborcami, który jedną ręką sypie grosz i głaszcze po głowie, a drugą wskazuje na wroga przebranego w ciuszki Tuska, Timmermansa czy Strasznego Muzułmanina ze Wschodu, mówiąc: „to nie jest twój przyjaciel, ale spokojnie, my cię przed nim ochronimy, tylko się nas trzymaj i nie zadawaj pytań”. Czy zasadnym jest mieć pretensję do elektoratu, że nie widzi (albo strategicznie udaje, że nie widzi) grubych nici, którymi szyta jest ta intryga – bez próby dokonania uczciwej analizy źródeł tego zjawiska?

Czy wolno mieć pretensję, że ludzie bombardowani z każdej strony ideologią, ale pozbawieni sensownego dojazdu do szkoły dla dziecka na wózku (którego nie usunęli, bo wcześniej przez dekady wmawiano im, że to grzech), idą tam, gdzie do cholery jest im lżej i w dupie mają przytaczane przez pana Majcherka przykłady, że „autorytarny reżim wcześniej czy później wywołuje swoją działalnością skutki, które boleśnie dotykają również jego popleczników”? Podpowiadam: nie, nie wolno mieć pretensji. Bo zanim autorytarny reżim padnie, Janek skończy już podstawówkę i będzie można wysłać go, żeby sam dojeżdżał do szkoły średniej. O ile będzie chciał do jakiejkolwiek szkoły pójść, bo może w podstawówce tak dano mu popalić, że nie ma ochoty wzorem pani Jandy czytać poezji. Do kogo, jeśli nie do takich ludzi lewica ma kierować swoje propozycje?

Czy wtedy należałoby triumfalnie wystąpić w roli Wielkiego Oświeconego, który przyjedzie do nich z Warszawy czy Krakowa cmokać nad tym, jak bardzo byli głupi? Tylko że ktoś, kto jest głodny, nie będzie czekał na szynkę. Złapie wczorajszą bułkę, którą mu pomachają przed nosem. PiS dobrze o tym wie – i mówi do swoich zmęczonych wyborców słowami Muńka Staszczyka: „gdy patrzę w twe oczy zmęczone jak moje”. W tym sensie owszem, panie redaktorze „winę i odpowiedzialność za ekscesy podłej zmiany ponoszą liderzy i aktywiści PiS, ale nie ich zwolennicy”.

Dalej śmieje się Janusz Majcherek z pojęcia „klasismu” i pyta „czy zatem nawet antysemityzm ma być płaszczyzną porozumienia (…)? Czy lewica ma się stać nacjonalistyczna, ksenofobiczna, mizoginiczna, homofobiczna, aby zadośćuczynić swojej nieprzepartej potrzebie zbliżenia do ludu?”. To skrajna nieuczciwość intelektualna, gdyż redaktor dobrze wie, że na te pytania nie ma jednej prostej odpowiedzi ani lewica, ani mądra prawica. Mądra, czyli taka, która wie, że spalenie kukły Żyda, ale i rolnicze wystąpienia w obronie uboju rytualnego czy ferm futrzarskich czy niechęć do LGBT nie leżą na osobnej półce niż problemy bytowe, ale osobno lęki te mogą być podsycane bądź łagodzone. Nie da się wyeliminować tych postaw bez próby zrozumienia, skąd się wzięły. Z wyborcą tkwiącym w szponach uprzedzeń trzeba rozmawiać na zasadzie „nie zgadzam się z tym, co mówisz. Ale nadal cię szanuję”.

Jeszcze słówko o elitach. Wyborcy naprawdę mają w nosie, czy Trzaskowski chadza do filharmonii i czyta po francusku. Fakt ten zyskuje znaczenie dopiero wówczas, kiedy okazuje się, że to etatowy polityczny fircyk krążący od Mazowsza do Małopolski po listach wyborczych, wykrzykujący przy tym, jak wiele sobie sam zawdzięcza.

Nieodrobiona lekcja

Wywiad, którego udzieliła Krystyna Janda „Gazecie Wyborczej” w pierwszej części tytułu anonsowany jest tekstem: „Krystyna Janda o seksie, Kościele i polityce. I o nas”. Co się tyczy Kościoła i seksu, to mówi rzeczy przemyślane. Potem jest gorzej.

 

Aktorkę frustrują wyborcy PiS. Ja to rozumiem. Ma pretensje do nich, że popierają nie to, co popiera Krystyna Janda i uważa, że „myślą wyłącznie o sobie. Albo nie myślą”. A poza tym chcą się zemścić, choć nie wie za co, ale wie, że to rezultat manipulacji obecnych mediów publicznych, bo te za PO „nie były propagandowe”. Tu już mija się z prawdą pani Krystyna Janda. A potem leci po całości: wszyscy w Polsce mieli możliwości zapracowania sobie na sukces i wygraną w transformacji. Nawet ci z popegeerowskich wsi na zadupiu, odcięci od cywilizacji. Niestety „w Polsce nie ma pozytywnego snobizmu na pracę, wiedzę, lepsze życie, przesuwanie się wyżej w hierarchii społecznej”. Bo jak ktoś nie ma pieniędzy, to może przecież czytać poezję, uważa aktorka. I nie może pojąć, że ktokolwiek może uważać III RP za zły kraj. Potem troszkę się plącze, bo najpierw mówi, że miała lepszy start na początku transformacji, a potem twierdzi, że „na wszystko, co mam w życiu, zapracowałam sama. I do dzisiaj pomagam całej rodzinie. To nie jest tak, że miałam lepszy start”. A teraz na dodatek nie może znaleźć gosposi, bo, ojej, ojej, Polki się nie chyba nadają, „na szczęście są panie z Ukrainy”. Jak ktoś chciał, to sobie poradził, podsumowuje Janda. Ufff….

Mam dla Krystyny Jandy kilka smutnych konstatacji. Naprawdę, to nie jest tak, że ludzie chcą być wykluczeni i biedni, a jeżeli tacy są, to wyłącznie dlatego, że nie chcą pracować, czytać poezji czy co tam jeszcze składa się Jandzie na obraz człowieka wartego szacunku. Jeżeli nie ma co żreć, to o wysokich wartościach trudno się myśli, słowo honoru. To nie jest kwestia „snobizmu na pracę”, tylko realia III RP, która jednym pociągnięciem pióra grupy neoliberałów skazała dziesiątki tysięcy ludzi na wegetację. Pani Janda na początku upragnionego kapitalizmu sprzedała dom i kupiła teatr. Fajna transakcja. Wykluczeni ludzie nie mieli do sprzedania nic poza sobą, a kupić chcieli jedzenie. Czuje Pani tę drobną różnicę?

Komuna, jak twierdzi Janda, ją cenzurowała. Pewnie tak. Ale też dzięki tej „komunie” Krystyna Janda miała okazję stać się kultową aktorką i grać u reżysera, który najlepsze filmy, krytyczne wobec ustroju, zrobił za pieniądze PRL-u. I jakoś to wtedy ani jego, ani jej nie raziło.

Oświadczam też, że III RP nie była rajem, dla sporej grupy ludzi była wręcz piekłem. Są dane statystyczne: o biedzie dzieci, o strukturalnym bezrobociu, o samobójstwach, o zadłużeniu, o wszechwładzy banków, fatalnej opiece medycznej… I jeszcze coś, czego znana aktorka, jak się zdaje, po prostu nie zauważa. O godności ludzkiej.

Swego czasu jeździłem za Kaczyńskim, który w ramach parlamentarnej kampanii wyborczej odwiedzał niewielkie miejscowości na wschód od stolicy. Pamiętam, że kiedy mówił do spoconych, stłoczonych w małych salkach szkolnych lub kinowych ludzi „”zrobimy z wami”, „jesteście ważni”, „to od was zależy” czy „wasz głos”, to te biednie ubrane osoby nagle się prostowały, wygładzały odzież, podnosiły głowy. A koledzy Jandy woleli wtedy jeździć po wielkich miastach i kłamać o wzroście PKB, z którego każdy skorzysta. Potem PiS tych ludzi strasznie oszukał, to prawda, ale na początku pokazał, że to oni są ważni. Potraktował ich godnie.

Krystyna Janda w wywiadzie mówi: „Empatia jest częścią mojego zawodu. Nie trafia się do ludzi, jeżeli nie rozumie się tego, co czują”. Odnoszę wrażenie, że chyba te lekcje w szkole aktorskiej przepuściła.

Lewica to ludzie pracy

Wiele osób zastanawia się: co się stało z lewicą? Ale to, co mają na myśli, to nieobecność partii nazywających siebie lewicowymi w głównym nurcie bieżącej polityki.

 

Tymczasem istotą zadania lewicy nie jest zasiadanie w parlamencie osób z lewicową plakietką partyjną, tylko upodmiotowienie świata pracy. Można oczywiście odrzucić takie spojrzenie w nadziei, że wyrzeczenie się idei lewicowej pozwoli serfować na mainstreamowej fali, tylko po co?
Bo jeżeli nie chodzi wyłącznie o diety i prestiż, to takie wchodzenie do polityki bocznymi drzwiami nie da lewicy nawet cienia szansy na przejęcie władzy. Nie będzie też mowy o wcielaniu choćby umiarkowanego programu socjalliberalnych czy socjaldemokratycznych reform.
Upodmiotowienie ludzi pracy to nie tylko cel sam w sobie dający pracownikom udział w zarządzaniu firmami, w których pracują, a także udział w zyskach tych firm.
Chodzi także o upolitycznienie pracowników, uczynienie z nich świadomej swej siły i swych interesów grupy/klasy społecznej.
Ideolodzy panującego, neoliberalnego systemu wmawiają nam, że jesteśmy jedynie zasobami ludzkimi, które nie mają nic do gadania w miejscu pracy, a godni uwagi stajemy się dopiero jako konsumenci, mieszkańcy czy wyborcy. Stąd zamiast ruchu pracowniczego w centrum uwagi tej „lewicy light” są ruchy miejskie, których cele i horyzont ideowy sprowadza się do kwestii ważnych, lecz nie najważniejszych. Skoncentrowane są na racjonalizacji polityki przestrzennej, transportu, komunikacji i funkcjonowania miast i gmin, ale rzadko dotykają polityki społecznej, rozwarstwienia, a już nigdy praw pracowniczych.
Lewica powinna się angażować na szczeblu lokalnym w sprawy związane z projektowaniem przestrzeni publicznej, urbanistyką czy transportem zbiorowym, ale nie może zapominać, że jej głównym zadaniem jest organizowanie polityczne ludzi, którzy w społecznym podziale pracy i jej owoców są pomijani i dyskryminowani. Ma obowiązek mówić o wyzysku, głodowych płacach, nieludzkich warunkach pracy i niegodnym traktowaniu pracowników.
Tymczasem w środowiskach lewicowej inteligencji panuje nieufność wobec klasy pracującej.
Nieufność charakterystyczna dla drobnomieszczaństwa. Ludzie o zdawałoby się wysokim „kapitale kulturowym” zdają się nie rozumieć jak kapitalne znaczenie dla przyszłości formacji lewicowej ma interakcja inteligencji z ludem. To rodzi postawy paternalistyczne i koncepcje odgórnego uszczęśliwiania warstw ludowych. Stąd rozmaite koncepcje polityki społecznej jako głównego instrumentu wyrównywania różnic majątkowych i dochodowych. Koncepcja Bezwarunkowego Dochodu Gwarantowanego i pokrewne opierają się na założeniu, że robotnik, kierowca, budowlaniec czy pracownik na hali fabrycznej nie jest w stanie na siebie wystarczająco dużo zarobić i potrzebuje wspierać swe dochody zasiłkami z pomocy społecznej, czy innymi instrumentami transferu socjalnego. A przecież skoro rośnie dochód narodowy, to powinien rosnąć udział płac w tym dochodzie. Robotnicy zarabiają na swe utrzymanie, tylko są systematycznie okradani przy wypłacie, bo jest ona wyłącznie oparta o sytuację na rynku pracy, a nie efekty pracy załogi, która swym zbiorowym wysiłkiem gwarantuje firmie zyski.
Trzeba rzecz jasna oddzielić przedsiębiorstwa dochodowe, często notowane na giełdzie, gdzie zyski rosną lawinowo od mikrofirm, które płacą mało, bo często działają na granicy opłacalności. Tam gdzie zyski są małe, pensje powinny być uzupełniane z budżetu państwa tak, aby ludziom pracy i ich rodzinom zapewnić godny (nie minimalny) poziom życia. Kiedy prawica, liberałowie pytają nas, socjalistów, komu zabrać, żeby dać tym, którym brakuje, możemy spokojnie odpowiedzieć, że akt zabierania już się dokonał przy podziale dochodów firmy na zyski i płace pracowników.
Wystarczy nam godnie płacić, dopuścić nas pracowników do udziału w dobrach, które naszą pracą wytwarzamy, a potrzeba wyrównywania w drodze podatków i zasiłków znacząco zmaleje.
Redystrybucja budżetowa jest konieczna, żeby zapewnić każdemu z nas godny poziom życia w ramach różnych usług publicznych takich jak powszechna, bezpłatna służba zdrowia, mieszkalnictwo komunalne, czy pomoc społeczną dla tych, którzy utracili pracę lub zdolność do jej świadczenia. Nie może być ona jednak głównym sposobem zasypywania przepaści jaka rośnie między bogacącymi się elitami a niezamożną większością. Jeżeli nie nauczymy się liczyć zysków i domagać się w nich udziału, doczekamy świata, w którym demokrację zastąpi oligarchia. Rządy bogatych nad biednymi. W swojej istocie taki system już działa, choć oficjalnie zachowuje się jeszcze pozory.
I mimo, że nie ma już prawie wielkich zakładów pracy, zatrudniających tysiące ludzi, to jednak tylko ludzie pracy, zorganizowani w siłę polityczną mogą cofnąć ten proces i zapobiec nadejściu totalitarnej dyktatury wielkich korporacji i najbogatszych udziałowców.
Prawo i Sprawiedliwość doszło do władzy pod hasłami polityki prorodzinnej, nie pro-pracowniczej, mimo że formacja ta odwołuje się do „Solidarności”, wielkiego ruchu ludzi pracy, który ongiś liczył 10 milionów pracowników. W konfliktach między pracownikami a pracodawcami rząd Mateusza Morawieckiego twardo stoi po stronie kapitału. Próby strajku w wielu firmach, w tym w ZUS, Poczcie Polskiej czy PLL LOT stłumiono, zwalniając działaczy związkowych, a „Solidarność” odgrywa teraz zwykle rolę łamistrajka.
Jednym z głównych haseł wielkiego strajku brytyjskich górników w latach 80. było „Praca, nie zasiłek”. Praca już właściwie jest. Ale płace wciąż przypominają zasiłki, a nie godne wynagrodzenie. Jeżeli lewica ma się odrodzić, to tylko w walce o godność i podmiotowość ludzi pracy. Nie da się tego zastąpić ruchami miejskimi, ekologicznymi, które są niezbędne, ale lewicy nie zastąpią. Naszą wciąż niezastąpioną bronią muszą być znów strajki, ekonomiczne i polityczne. Tylko wtedy lewica się odrodzi, gdy na Wiejskiej zasiądą ludzie pracy, by przegłosować tych, którzy ich krzywdzą od początku transformacji ustrojowej.

Co z tą demokracją?

Próby szukania przyczyn jej upadku bądź zagrożenia są równie liczne, jak i często nieprzekonujące.

 

Ostatnio podjęli to wyzwanie w „Newsweeku” Agata Bielik-Robson – filozof wykładająca na Uniwersytecie Nottingham i z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN („ Mordowanie ojców”) oraz Cezary Michalski – publicysta („Liberałowie kontra populiści”).

 

Konflikt pokoleń

„Młodzi ludzie…określają się w kontrze do inteligenckiego pokolenia ojców założycieli III RP. To jest jak wojna generacyjna w dysfunkcyjnej rodzinie przeniesiona na poziom całego społeczeństwa… Orężem jest antyliberalizm. To wspólny mianownik młodego pokolenia. W prawicowym wydaniu objawia się skłonnościami do tradycjonalizmu. W lewkowym [brak tego słowa w słowniku języka polskiego, chodzi zapewne o lewaków, a przy okazji pani wykładowca uprawia najzwyklejszą propagandę deprecjonując lewicę – Z.T.] – oskarżaniem inteligencji budującej III RP o bezkrytyczne zachłyśnięcie się kapitalizmem.” Autorka szukając przyczyn takich właśnie postaw stwierdza: „młode pokolenie jest przekonane, że liberalizm się skompromitował i odpowiada za to inteligencja. Budując nowy ustrój, skupiła się na nadbudowie, a zapomniała o bazie, która przecież jest najważniejsza. W globalnym sensie rzeczywiście jest najważniejsza, bo ubożenie klasy średniej, jej prekaryzacja jest przyczyną erozji demokracji, co może doprowadzić do całkowitego unicestwienia tego ustroju. Naturalnym nośnikiem wartości liberalnych jest klasa średnia – gdy ona ma się dobrze, dobrze ma się i demokracja.”
Obserwujemy tu albo pomieszanie pojęć i przyczyn konfliktu, albo jego swoistą interpretację.
Konflikt pokoleń znany jest od tysiącleci – w odnalezionym papirusie datowanym na 4 tys. lat p.n.e. egipski autor żalił się na młodzież i czarno widział przyszłość. Jakoś te setki lat minęły i ludzkość, lepiej lub gorzej, ale przetrwała. Naturalną cechą młodości jest pewien bunt przeciw zastanym ideom i stosunkom, ale na ogół dokonywał się on w niejako ewolucyjny sposób. Przerwana, z przyczyn politycznych, więź pokoleniowa w Polsce po 1989 roku, zaprzeczanie oczywistym faktom i wszelkim byłym wartościom oraz bajkowa narracja o nowym szczęśliwym świecie musiały wywołać takie właśnie zachowania młodych.
Skupienie się na całej inteligencji, jako twórcy dzisiejszego polskiego świata jest niecelne, gdyż tylko jej stosunkowo wąska grupa, wykorzystując robotniczy protest, nie pod ideami, a tylko pod hasłem Solidarności, meblowała ten kraj przez dwadzieścia lat, a nieprzerwanie przez ostatnie trzynaście mamy rządy postsolidarnościowe.
Krytyce młodych nie podlega liberalizm, a neoliberalizm ze skutkami jego ekonomicznej doktryny oraz praktyka łamania zasad demokracji od samego początku powstania III RP. Nastąpiło bowiem zaprzeczenie pięknie brzmiących słów i zobowiązań tzw. ojców założycieli, w imię interesu wybranych grup.
Nie zrozumiale jest stwierdzenie autorki, że w „globalnym sensie baza jest rzeczywiście najważniejsza” – a w nieglobalnym, czyli w jakim, to jest nieważna? Czyżby to zastrzeżenie miało chronić ją przed nazwaniem marksistką?
Nie jest również prawdą, utożsamianie klasy średniej z demokracją, bowiem tą drugą w równej mierze zainteresowane są inne, liczne grupy społeczne.

 

O ubożeniu,

nie tylko klasy średniej najlepiej wypowiadają się młodzi Polacy.
Jak wynika z sondażu przeprowadzonego wśród młodych Europejczyków, przez instytut YouGov, dla Polaków najważniejszą wartością jest bezpieczeństwo, dobrobyt i sukces ekonomiczny oraz stabilność i wiarygodność. Młodzi nie wiążą tych wartości z zagrożeniem zewnętrznym, gdyż w odróżnieniu od rówieśników z innych krajów, pokój znajduje się na dalszym miejscu w ich preferencjach. Oznacza to absolutną dominację problemów ekonomicznych w młodym pokoleniu. Dodać wypada, że spośród siedmiu wartości demokracja znalazła się na ostatnim miejscu, co dowodzi małego jej znaczenia, czyli krytykę, w życiu publicznym, wystawiając negatywną ocenę ekipom postsolidarnościowym rządzącym Polską.
Dopełnia ten obraz wypowiedź Adriana Zandberga: „ To pokolenie, które doświadczyło śmieciówek, prekaryzacji, państwa z tektury. Które ma do wyboru albo wynajmować za ciężkie pieniądze mieszkanie z rynku, albo wziąć kredyt na 40 lat i drżeć całe życie, czy mieszkania nie zabierze bank. To są realne problemy w roku 2018 – bezpieczeństwo mieszkaniowe, jakość pracy, brak wolnego czasu, kiepskie usługi publiczne”
I jeszcze: „Chcemy Polski otwartej, świeckiej…Polski sprawiedliwej społecznie…chcę żyć w państwie demokratycznym, w państwie prawa, które jest otwarte.

 

Dalsze rozważania

pani filozof, o roli inteligencji są dosyć zawiłe – kiedyś była ważna, obecnie nie jest ważna, ale jednak jest ważna jako nowa klasa inteligencka. Sugestia, że PO, jako reprezentant klasy średniej z opozycyjną inteligencją „będzie w stanie przeciwstawić się fali antyliberalnego populizmu, tego z prawa, ale i tego z lewa” po prostu nie przystają do rzeczywistości i nie są żadną receptą na obronę demokracji.
„Prawica i lewica to już trupy.
Witajcie na nowej wojnie, która dzieli cały Zachód” – wieszczy Cezary Michalski. Abstrahując od tej wyroczni, bardziej interesującymi będą opinie autora na temat Polski.
Na samym początku uporządkować jednak wypada pewne pojęcia: różnicę między partyjnymi strukturami, a określonymi ideami i wartościami oraz zwrócić uwagę na konieczne umiarkowanie w szafowaniu pojęciem populizm.
„W naszym kraju po roku 1989…zarówno postkomunistyczna centrolewica, jak i postsolidarnościowa centroprawica zaakceptowały całą agendę transformacji. Nawróceni na liberalizm Aleksander Kwaśniewski i Leszek Miller stali się takimi samymi zwolennikami NATO, Unii Europejskiej, gospodarki wolnorynkowej jak liderzy UW, KLD, AWS czy PO.” Do tego miejsca prawie zgoda, bowiem co innego znaczy liberalizm, a coś zupełnie innego wymienione instytucje międzynarodowe.
Dalej jest gorzej: „Na czele… klienteli politycznej, przez większą część III RP mniejszościowej, Kaczyński czekał na kryzys, który poda mu władzę na tacy. Takiej okazji dostarczyła mu najpierw katastrofa smoleńska, a później afera kelnerskich podsłuchów, kiedy to jednocześnie Unia Europejska i cały Zachód zostały zaatakowane przez rosyjską agenturę wpływu. Uderzenie Putina w Europę – poprzez wypuszczenie z Syrii milionów imigrantów…” Związek sukcesu Kaczyńskiego z tragedią smoleńską jest oczywisty, kelnerska afera miała tu wpływ drugorzędny, a wszystko co dalej, łącznie z rosyjską, jak by nie była, agenturą, to już tylko imaginacja. Podobnie, jak to wypuszczenie z Syrii uchodźców.

 

A co z tym liberalizmem?

I w podsumowaniu: „Liberalna Polska, żeby przeżyć atak populistów, potrzebuje zarówno PO oraz Nowoczesnej, jak i konserwatystów w rodzaju Ujazdowskiego, liberalnej lewicy w rodzaju Biedronia i Nowackiej, a także tej części SLD, która przyznaje się do III RP.”
Jak się okazuje rzeczywistych powodów i przyczyn sukcesu PiS Michalski ani nie dostrzega, ani tym bardziej nie rozumie, gdy w Platformie i konserwatystach – liczących się sprawcach aktualnego stanu rzeczy w Polsce – widzi antidotum na tę naszą współczesną chorobę. Nie wystarczy bowiem posługiwać się antynomią liberalizm-populizm aby zdiagnozować dwie Polski jakie obecnie nastały, gdyż za tymi pojęciami kryje się dużo więcej problemów, uzasadnionych oczekiwań i dążeń niż proste równanie dobry – zły.
A jeżeli idzie o SLD to nigdy nie słyszałem aby jakaś jej część podważać miała obecne podstawy ustrojowe, a lewicowa krytyka jest przez Michalskiego chyba akceptowana.

 

Roi się od alarmistycznych,

słusznych zresztą, wypowiedzi na temat zagrożenia dla polskiej demokracji. Z niedowierzaniem, ale także z nadzieją przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” słowa Marka Beylina: „Dawny system demokracji solidarnościowej przekształcił się w demokrację uprzywilejowującą silnych. Sprzyjało temu biednienie klas średnich, zwariowane polityki podatkowej powodujące wzrost nierówności i kompletny brak wrażliwości elit na kryzys pracy czy wiary w przyszłość wśród młodych.” Pisałem o tym nie raz, acz mocniejszymi słowami.
I jeszcze dalej: „Oznacza to porzucenie fatalnego symetryzmu, zgodnie z którym część nowej lewicy uważa PO, Nowoczesną czy SLD za zło równe PiS – owi, a część liberałów, także w PO, widzi w Razem komunistów nie mniej groźnych niż PiS. Te stygmatyzacje biorą się z partyjnej taktyki zwalczania konkurencji oraz z zacietrzewienia które każe traktować własne poglądy jako jedynie słuszne i zupełne. Czas porzucić i tę marną taktykę, i niszczycielski narcyzm własnych przekonań.”
Zapewne tędy także wiedzie jedna z dróg ku naprawie i odrodzeniu naszej wspólnej III Rzeczpospolitej.