Głos Lewicy

O emeryturach

Pragnę pogratulować sprawozdawcy samego tematu, czyli „Wzmocnienia publicznego systemu ubezpieczeń społecznych”. Padały tutaj sformułowania, że ten tytuł jest ideologiczny – otóż nie, tytuł nie jest ideologiczny, on jest po prostu społeczny. I tu nie chodzi o państwo opiekuńcze, które ma różne konotacje, tu chodzi o państwo odpowiedzialne.
Chodzi przecież o godne życie. Elementem ostatniej fazy godnego życia to jest przyzwoita emerytura, tzn. zagwarantowana i w kwocie, która pozwoli przeżyć. Obywatele oszczędzają na ten cel w różny sposób, prawdą jest, że i przymuszony. Padały tu sformułowania, iż publiczna część jest nieważna. Pochodzę z państwa, w którym liberałowie chadeccy wprowadzali system prywatnych ubezpieczeń, a kilkanaście lat później po prostu włączyli je z powrotem do budżetu państwa. Podstawą powinien być przyzwoity publiczny system emerytalny.
Zwracam się do Pana Komisarza, jestem zwolennikiem „social pillar”, który Komisja ogłosiła, sięgnijcie do tego. Róbmy to co tam jest zapisane – powiedział europoseł SLD, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego Bogusław Liberadzki.

 

Rehabilitacja?

Obóz „dobrej restauracji”(Sowa i przyjaciele) ma nowe wytłumaczenie, skąd się wziął jego nagły zjazd. Sprzyjające mu media ochoczo je podchwyciły: Duda wygrał z faworyzowanym Komorowskim, bo pomogły mu boty internetowe. Gdyby nie one, w mocy pozostawałoby proroctwo Adama Michnika: Komorowski przegra z Dudą tylko jeśli przejedzie po pijaku zakonnicę na pasach.

Nie przyszło naszym mądrym głowom do ich zakutych łbów, że przegrali, bo sami wystawili bota z funkcjami z lat 90., który nie radził sobie w najprostszych sytuacjach kampanijnych: w konfrontacjach z ustawianymi przez PiS leszczami włączył mu się tryb Balcerowicz ‚93 („zmień pracę, weź kredyt”), w rozmowie z kobietą z niepełnosprawnością na oczach całej Polski suflerka wgrywała mu dodatek „empatia”, a zagłuszany przez niechętną mu młodzież na komendę „szogun!” reagował z wyczuciem czasów godnym ostatniego samuraja. Co więcej, od wyborów prezydenckich w boty zamieniła się cała opozycja, która w każdej sytuacji wyciąga restauracyjne slogany „konsytucja!”, „wolne sądy!”, „Donek, musisz!”, „ciemnogród i mohery!”. Upieranie się, że druga strona nie tylko wygrała te czy tamte wybory, ale zupełnie zmieniła warunki debaty publicznej dzięki botom to reakcja godna niereformowalnego bota, który był, jest i już chyba zawsze będzie głupi – napisał na swoim profilu na Fb. lewicowy publicysta Łukasz Moll.

 

Ofiary kapitalizmu

Tak naprawdę to nie ma czegoś takiego jak „ofiary transformacji”. To pojęcie zakłada, że sama „transformacja” była nieudolnie przeprowadzona, ale sam kapitalizm jest świetny i dla każdego znajdzie się w nim miłe miejsce… To taka wiara w kapitalistyczny cud i spiskową historię dziejów w której ktoś pozbawił nas tego Królestwa Niebieskiego.

Otóż nie. Nie dla każdego znajdzie się miejsce w kapitalizmie.

Także nie mówmy o ofiarach transformacji.

Mówmy o ofiarach kapitalizmu.

Dziedziczenie wykluczenia, biedy, gorsze płace ze względu na położenie geograficzne, wyzysk młodych pracowników i przymuszanie starych do łapania dodatkowych etatów i godzin, niższe płace dla kobiet, ciągła niepewność, brak mieszkań, stały niedostatek, upokarzające warunki życia osób niepełnosprawnych, które stają się przywiązane do rodziny…

To wszystko jest właśnie ten domyślny i typowy kapitalizm.

Nigdy nie znajdowaliśmy się na drodze do raju, znajdowaliśmy się na drodze transformacji do grabieżczego, łupieżczego systemu zbydlęcenia i agresywnej konkurencji, który nie zostawia jeńców i nie ogląda się na słabszych. I ta transformacja w pełni się udała. Jej neoliberalni autorzy dobrze o to zadbali, a teraz próbują udawać zdziwionych – również na Fb napisał Tymoteusz Kochan.

Głos lewicy

Przyszłość emerytur

Pragnę pogratulować sprawozdawcy samego tematu, czyli „Wzmocnienia publicznego systemu ubezpieczeń społecznych”. Padały tutaj sformułowania, że ten tytuł jest ideologiczny – otóż nie, tytuł nie jest ideologiczny, on jest po prostu społeczny. I tu nie chodzi o państwo opiekuńcze, które ma różne konotacje, tu chodzi o państwo odpowiedzialne.
Chodzi przecież o godne życie. Elementem ostatniej fazy godnego życia to jest przyzwoita emerytura, tzn. zagwarantowana i w kwocie, która pozwoli przeżyć. Obywatele oszczędzają na ten cel w różny sposób, prawdą jest, że i przymuszony. Padały tu sformułowania, iż publiczna część jest nieważna. Pochodzę z państwa, w którym liberałowie chadeccy wprowadzali system prywatnych ubezpieczeń, a kilkanaście lat później po prostu włączyli je z powrotem do budżetu państwa. Podstawą powinien być przyzwoity publiczny system emerytalny.
Zwracam się do Pana Komisarza, jestem zwolennikiem „social pillar”, który Komisja ogłosiła, sięgnijcie do tego. Róbmy to co tam jest zapisane.
Prof. Bogusław Liberadzki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego – wystąpienie w debacie o przyszłości emerytur 12 września 2018 r.

 

Węgry do kąta!

– W środę będę głosował za przyjęciem sprawozdania dotyczącego kolejnych kroków UE ws. Węgier – mówił w „Pulsie Europy” Janusz Zemke, europoseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
W Parlamencie Europejskim zakończyła się debata ws. praworządności Węgier i ewentualnego uruchomienia art. 7.
– Dyskusja na temat przestrzegania prawa przez państwa, które do UE należą, jest czymś naturalnym. Te państwa dobrowolnie przystąpiły do Wspólnoty i zgodziły się na przestrzeganie określonych zasad. A w przypadku Węgier mamy duże wątpliwości co do przestrzegania tych zasad – ocenił polityk.

 

W kubeł!

Czesław Cyrul skarży się na Facebooku:
Minister Błaszczak, ten od obrony, nazwał uczestników marszu LGBT sodomitami. Inni politycy PiS z upodobaniem używają słowa pederaści w stosunku do ludzi LGBT. Ostatnio przez świat i Polskę także przetacza się fala skandali związanych z molestowaniem dzieci przez księży katolickich. Ciekaw jestem jakiego słownictwa użyliby w tej sprawie minister Błaszczak i jego koledzy. Otóż nie użyją żadnego. W tej sprawie ich obowiązuje zasada – morda w kubeł.

 

 

Emerytury kołyszą Rosją

Przeciętny, a zatem dość bierny odbiorca treści produkowanych przez rosyjskie środki masowego przekazu w gruncie rzeczy nie zdaje sobie sprawy, jak się sprawy mają z propozycją podwyższeniem wieku emerytalnego (mężczyźni do 65, kobiety do 60) i podniesieniem VAT o 2 proc. Z prostej dość przyczyny – państwowe, najbardziej rozpowszechnione media mówią o tym mało, na dodatek posługując się specyficznym językiem. Tymczasem sprawa ta może określić charakter i kierunki rozwoju Rosji w najbliższym okresie, a nastroje społeczne buzujące wokół reformy emerytalnej mogą niedługo stać się katalizatorem wielu ważnych procesów.

 

Zacznijmy od parlamentu rosyjskiego – Dumy. Proponowany przez rząd projekt został poparty przez klub parlamentarny mający większość – Jedną Rosję. Wszystkie partie opozycyjne głosowały jednomyślnie przeciw. Podczas głosowania obowiązywała dyscyplina partyjna. Część – nieduża – deputowanych Jednej Rosji, którzy wiedzieli, jakie są nastroje ich wyborców, co do tego pomysłu zastosowała unik tyleż skuteczny, co tchórzliwy: nie przyszli, zazwyczaj uciekając na zwolnienie lekarskie. Jakież było zdumienie obserwatorów, gdy okazało się, że jedyną deputowaną z prokremlowskiej Jednej Rosji, która jawnie zagłosowała przeciw, była Natalia Pokłonska.

 

Celebrytka i nonkonformistka

Pokłonska to człowiek z ciekawą historią. Po przyłączeniu Krymu zgłosiła się na stanowisko prokuratora generalnego Krymu. Nie dlatego, że stało za nią doświadczenie. To bardzo młoda osoba, w 2014 roku miała 34 lata. Być może uznała, że to jej obowiązek, może miała nadzieję na wielka karierę, teraz to nieistotne. W każdym razie jako prokurator realizowała oczywiście wszelkie projekty zgodne z linią Kremla i rosyjskojęzycznej większości mieszkańców Krymu. Pozostawiając na boku oceny jej motywacji, pamiętać trzeba, że w owym czasie to stanowisko było dość „gorące” i w dosłownym sensie tego słowa wymagało odwagi.

W ciągu niedługiego czasu Pokłonska stała się celebrytką, ale nie wykorzystała swojej sławy, by chadzać w świetle reflektorów. Została deputowaną do rosyjskiej Dumy i tam objęła stanowisko przewodniczącej komisji do spraw zbadania wiarygodności oświadczeń majątkowych przedstawionych, zgodnie z obowiązującym prawem, do publicznej wiadomości przez deputowanych. Jest też zastępczynią przewodniczącego komisji Dumy do spraw bezpieczeństwa i przeciwdziałania korupcji. Te stanowiska nawet nie tyle ważne, ile dające człowiekowi je piastującemu dużą władzę.
Pokłonska to nie bohaterka z lewicowej bajki. Ultrareligijna konserwatystka, miłośniczka monarchii, wsławiła się swoja bezpardonową walką z filmem „Matylda” o romansie cara Mikołaja II z polską tancerką i kobietą dość swobodnych obyczajów, Matyldą Krzesińską. Pokłonska uznała, że pokazanie takich bezeceństw z życia prawosławnego świętego (a Mikołaj II i jego rodzina zostali zaliczeni w poczet świętych) to świętokradztwo i obraza religii. Zrobiła co w jej mocy, by filmu zakazać, co dodało mu oczywiście tylko widzów. Ale jej upór i cenzorskie zapędy, wprawdzie w granicach prawa, nie dodały Pokłonskiej uroku.

I nagle, podczas głosowania w sprawie emerytur, jako jedyna podniosła rękę w sprzeciwie. To zrobiło wrażenie. Tym bardziej, że jej koledzy z partii rozpoczęli na nią po prostu zwykłą, obrzydliwą nagonkę, z żądaniami zdania mandatu, ukarania dyscyplinarnego, a może i karnego. Słowem, w ruch poszły wszelkie działania mające charakter szczucia na kogoś, kto śmiał się wyłamać, pokazując swoim kolegom, że można głosować zgodnie z własnym sumieniem, kiedy przychodzi do spraw ważnych. Koledzy jej tego nie przebaczą – jesienią odbędzie się zebranie klubu parlamentarnego, który postanowi, co z dysydentką zrobić. Takich rzeczy się raczej nie przebacza. Co oczywiście, w przypadku jakichś drastycznych kar, skompromituje do reszty cała ta partyjną frakcję w oczach opinii społecznej.

To jednak nie zmienia fakt, że postawa Pokłonskiej stała się czynnikiem, który sprowokował dyskusję o roli parlamentu i partii Jedna Rosja w życiu kraju. A wnioski z niej wynikające nie były dla rosyjskiej władzy wesołe – parlament rosyjski stracił nawet ten nikły szacunek, jakim cieszył się jeszcze niedawno. Gdyby na jego miejsce wkroczyła niechęć, a nawet nienawiść, to jeszcze pół biedy. Zawsze to jakaś forma aktywności. Nie, Duma jest Rosjanom obojętna. 78 proc. pytanych nie zna nazwiska posła ze swojego kręgu. 45 proc. uważa, że obecna Duma nie różni się niczym od poprzedniej. Jeśli 61 proc uważa parlament za instytucję potrzebną, to już 30 proc. twierdzi, że nie jest on potrzebny (wzrost o 6 proc.). 68 proc. nie interesuje się działalnością parlamentu, zainteresowanych jest tylko 28 proc. Wszystko to razem daje obraz Dumy jako struktury, co do której Rosjanie nie mają ani złudzeń, ani oczekiwań. A głosowanie za zwiększeniem wieku emerytalnego te wskaźniki może jeszcze dramatycznie pogorszyć.

Zaś klub parlamentarny, jak i cała partia Jedna Rosja mogą zjechać znacznie w oczach opinii publicznej. To wyjdzie na najbliższych wyborach i może być dla władzy dużym problemem.

 

Dziarscy staruszkowie

Bardzo ciekawe są obserwacje rosyjskich oficjalnych mediów i ich reakcje na powszechne niezadowolenie społeczeństwa.

We wszystkich kanałach, jak już zaroiło się od krzepkich staruszek i żwawych staruszków, którzy do kamer opowiadają, że nawet nie myślą o tym, by iść na emeryturę, bo nie wyobrażają sobie życia bez pracy, jakże przyjemnej i wcale niemęczącej. Lekarze wykładają o pożytkach płynących z aktywności do późnej starości. Czołowi dziennikarze robili nadzwyczaj łagodne, bez jednego trudnego pytania, wywiady z urzędnikami państwowymi, wyjaśniającymi na czym polegać ma reforma.

Z języka mediów zniknęło całkowicie pojęcie „podwyższenia wieku emerytalnego”, pojawiły się sformułowania „zmiany w prawie emerytalnym”. Mówiono też o „zmianie parametrów systemu emerytalnego”. Jeśli wspominano o protestach społecznych, to z komentarzem, że „Rosjanie nie są na razie gotowi do emerytalnej reformy”. Wszystko to naraz oczywiście zostało przez obywateli dostrzeżone bez najmniejszego trudu i wyśmiane na wszelkie możliwe sposoby. Za śmiechem idzie też wyraźne rozdrażnienie i gniew. Adresat jest, zgodnie z rosyjską tradycją i stosunkiem do władzy nie Putin, który rozsądnie trzyma się z boku tego sporu, ale rząd Dmitrija Miedwiediewa, traktowany jako reprezentant i obrońca oligarchicznych kręgów władzy. Internet pełen jest dowcipów, karykatur, ale i poważnych analiz, co z tego może wyniknąć. Wnioski z nich wypływające powinny już dawno zapalić czerwone światełko ostrzegawcze w rządzie rosyjskim.
Spostrzeżenie niejako na marginesie: polskie media piszą o tym konflikcie mało bądź wcale. Są bowiem w idiotycznej sytuacji: z jednej strony chętnie wzięłyby udział w nagonce na obecną rosyjską władzę, a przede wszystkim na Putina. Z drugiej – polskie neoliberalne media głównego nurtu nie mogą przecież otwarcie popierać Rosjan protestujących przeciwko wydłużeniu wieku emerytalnego, skoro całkiem niedawno ze wszystkich sił popierały taką samą polską reformę, a wszystkich, którzy występowali przeciw, krytykowano jako niedokształconych prymitywów, nie rozumiejących, że to absolutna konieczność.

 

Putin

Wszyscy wciąż czekają w napięciu, jakie stanowisko w tym sporze zajmie Władimir Putin. Owszem, kiedy domagano się na pierwszej fali niezadowolenia dymisji Miedwiediewa, rosyjski prezydent demonstracyjnie zaczął pokazywać się w mediach z premierem, pokazując, że jest odporny na naciski, a lojalność wobec współpracowników i przyjaciół jest wysoko na liście jego priorytetów. Jednak prędzej czy później będzie musiał zając jakieś stanowisko. Znakomita większość obserwatorów jest zdania, że rosyjski przywódca wystąpi jako czynnik łagodzący napięcie społeczne, proponując bardzo łagodny wariant przedłużenia wieku emerytalnego: może o rok albo dwa.

Są jednak i tacy poważni politolodzy, którzy oczekują, że Putin zdymisjonuje rząd Miedwiediewa, ponieważ nie ma innego wyjścia. Niechęć, a nawet nienawiść ludzi do oligarchii, jednoznacznie kojarzonej z rządem, osiągnęła taki poziom, że nie da się jej załagodzić. Mało tego, autorzy takich koncepcji są przekonani, że reforma jest pułapką, jaką neoliberalne kręgi władzy zastawiły na Putina wierząc, że jeśli ją poprze, straci zaufanie ludzi i droga do zmiany władzy będzie otwarta. W myśl tych koncepcji, dymisja rządu Miedwiediewa będzie tylko pierwszym krokiem, po którym muszą nastąpić kolejne: bezpardonowa rozprawa z oligarchami, przynajmniej z tymi, których lojalność wobec zachodnich neoliberałów przeważa nad lojalnością wobec Rosji i jej obywateli.
Pod pojęciem rozprawy należy rozumieć nacjonalizację ich majątków, co do złodziejskiego pochodzenia których nikt w Rosji nie najmniejszych wątpliwości. Jednak oczekuje się, że byłaby to wojna między, nieco upraszczając, Putinem a oligarchami, na pełną skalę. Tych, którzy się nie podporządkują, należy, jak uważają autorzy tych koncepcji, po prostu aresztować i po krótkich procesach wysłać tam, gdzie ich miejsce od dawna – do kolonii karnych i więzień. I dopiero wtedy, po czystce oligarchów i ich zwolenników, Putin stanąłby na czele rosyjskiego społeczeństwa, które przystąpi do budowy Rosji sprawiedliwej i prospołecznej.

Niezależnie od prawdopodobieństwa poszczególnych scenariuszy, nie ulega wątpliwości, z jakiej gleby wyrastają. To nastrój społecznej nienawiści wobec oligarchów i neoliberalnych koncepcji, które formułują od lat jelcynowskiej smuty. I nawet jeśli oczekiwania na coś w rodzaju wielkiej rozprawy z przeciwnikami Putina są przesadzone, to napięcie społeczne jest faktem, którego władza nie może zignorować.

Groszowi emeryci

Problem groszowych emerytur jest realny i poważny. Jednak pomysł ZUS, by wprowadzić minimum 10-letni staż pracy jako warunek, aby w ogóle otrzymywać co miesiąc jakiekolwiek świadczenia, nie jest rozwiązaniem.

 

Co pewien czas – za obecnej władzy – wraca pomysł wprowadzenia minimalnego stażu pracy jako warunku uzyskania comiesięcznych świadczeń emerytalnych. Ostatnio – jak mogliśmy przeczytać w „Dzienniku Gazecie Prawnej” – ZUS i MRPiPS proponują dolną cezurę przepracowanego i uzusowionego okresu pracy na poziomie 10 lat, zaś ci, którzy nie spełnią tego warunku mieliby dostać jednorazowy zwrot tego co uzbierali, ale dopiero po 70 roku życia. W zaproponowanym kształcie ów pomysł budzi niepokój.

 

Rzeczywiste wyzwanie, dyskusyjne remedium

Zacznijmy od status quo. W dotychczasowym systemie emerytalnym nie ma dolnej granicy liczby lat, które trzeba przepracować, aby otrzymać emeryturę, a liczy się kwota wpłacona w formie składek. Odpowiedni minimalny staż pracy, czyli 20 lat dla kobiet i 25 lat dla mężczyzn, jest natomiast brany pod uwagę jako kryterium warunkujące uzyskanie najniższej emerytury. Od marca 2018 jest to 1029 złotych brutto. Część osób jednak nie spełnia tego warunku, a wobec tego otrzymują oni świadczenia poniżej wskazanej wyżej kwoty. W skrajnym przypadku są osoby, które w życiu wpłaciły jedną składkę. Ich emerytury są dosłownie groszowe. Rekordzistka otrzymuje jedynie 4 grosze co miesiąc – z drugiej strony najwyższe emerytury mogą sięgać ponad 21 tys. Tak niskie świadczenia – jak słusznie zauważają decydenci – nie zabezpieczają socjalnie emerytów i emerytek, za to w skali kraju generują nieproporcjonalne do korzyści koszty administracyjne.
Dlatego warto istniejące zasady zmienić. Pytanie jednak, w jaki sposób miałyby być przeprowadzone zmiany i jaki ma być ich sens. Propozycje ZUS, o jakich dowiadujemy się z prasy, budzą moje obawy. Tym większe, że sam mogę znaleźć się (podobnie jak wiele osób pracujących w warunkach prekaryjnych) w sytuacji, w której ta kwestia będzie mnie dotyczyć, jeśli tylko dożyję starości.
Na czym polega pomysł ZUS i MRPiPS? Osoby, które nie będą miały co najmniej 10 lat oskładkowanych lat pracy od poziomu minimalnego wynagrodzenia, nie będą uprawnione po osiągnięciu wieku emerytalnego do comiesięcznych emerytur. W zamian za to kwoty jakie udało im się odłożyć przez lata aktywności zawodowej, wypłacono by im jednorazowo, gdy osiągną 70. rok życia. Jak wyjaśnia prezes ZUS prof. Gertruda Uścińska „ do tego wieku podejmujemy aktywność zawodową, istnieje więc szansa, że niektórym ludziom uda się jednak wypracować niezbędny staż”.

 

W takich momentach zawsze mam ochotę zapytać przedstawicieli tej czy innej władzy – a co, jeśli nie podejmujemy? Co z tymi, którym nie uda się pracować do siedemdziesiątki?

Z tymi, których zdrowie i charakter wykonywanego zajęcia (np. ciężkiej pracy fizycznej) nie pozwoli dalej pracować? Czy mają przez pierwsze lata starości zostać bez jakiegokolwiek zabezpieczenia emerytalnego i to nawet jeśli byli przynajmniej przez pewien czas aktywni zawodowo i odprowadzali składki? Ktoś mógł przecież przez 9 lat co miesiąc odprowadzać do ZUS niemałe kwoty.
Nie mówimy tylko o osobach, które np. dwa czy trzy razy w życiu odprowadziły składkę. Sprawa dotyczy także tych, które pracowały przez lata, ale nie spełnią kryterium 10-letniego stażu oskładkowanej pracy na poziomie przynamniej minimalnego wynagrodzenia. Zawsze w takich momentach warto uruchomić wyobraźnię i pomyśleć, jak dane rozwiązanie ogólne mogłoby zadziałać w konkretnym przypadku.
Wyobraźmy sobie taką oto sytuację, na hipotetycznym przykładzie życia pewnej kobiety. Przez pierwsze parę lat życia zawodowego pracowała na umowy o dzieło, później w związku z urodzeniem i wychowaniem dziecka weszła w stan tzw. bierności zawodowej (tj. ani nie pracowała zarobkowo ani pracy nie szukała). Po pewnym czasie próbowała wrócić na rynek pracy, ale po latach oddalenia od rynku trudno było nań od razu wrócić. Gdy to się po pewnym czasie w końcu udało, udało się załapać na pół etatu, ale za wynagrodzenie niższe niż minimalna pensja. Aktywna zawodowo mogła być nawet kilkanaście lat (a poza tym pełniła również ważną społecznie rolę rodzinno-wychowawczą), ale jej staż składkowy mógł być niższy niż wymagany. Załóżmy, że wyniósł „jedynie” 9 lat. Do 70. roku życia nie należy jej się z ZUS żadna kwota. Wariantów scenariusza, w którym ktoś mimo podejmowanych wysiłków, także na rynku pracy, nie spełni wymogów do uzyskania świadczeń emerytalnych, możemy sobie wyobrazić więcej.

 

Sam też nie mogę wykluczyć, że znalazłbym się w takich okolicznościach.

By móc wykonywać prace, choć trochę zbliżone do mojej wyuczonej profesji, przez większość czasu dotychczasowego zawodowego życia skazany jestem umowy o dzieło, a te nie liczą się do okresu składkowego i nie odprowadzane są od nich składki emerytalno-rentowe. W minionej dekadzie moja praca była oskładkowana mniej więcej przez 1/4 tego okresu. Gdyby tak dalej poszło, nie wiem, czy do osiągnięcia wieku emerytalnego udałoby się uzbierać te 10 wymaganych lat oskładkowanych. W podobnej, często znacznie trudniejszej, sytuacji jest duża część mojego pokolenia.
Do tego dochodzą jeszcze szczególne okoliczności w życiu człowieka. Gdy ktoś w kwiecie wieku zawodowego musi zająć się niesamodzielną osobą starszą i tymczasowo opuścić rynek pracy, przy niekorzystnym zbiegu okoliczności (jeśli nie załapie się na jedno ze świadczeń z tytułu opieki), przez okres ten w ogóle nie będą odprowadzane za nią (dużo rzadziej za niego) składki emerytalne. Do siedemdziesiątki nie wszyscy dożyją. Poza tym już wcześniej pojawia się potrzeba zabezpieczenia, nie każdy może pracować do późnego wieku.
Ciekawe, że rząd z jednej strony obniża wiek emerytalny, a z drugiej niefrasobliwie podchodzi do zabezpieczenia części ludzi dobiegających siedemdziesiątki. Ale cóż, osób, które otrzymują dziś niższe świadczenie emerytalne od minimalnego jest dziś około 3 proc., odsetek ten rośnie, a politycznie nie jest to grupa wpływowa. Jeśli już koniecznie mielibyśmy pozostać przy niekorzystnej propozycji podsuwanej przez ZUS i MRPiPS, należałoby istotnie zmniejszyć wymagany staż pracy (np. do 5 lat), a możliwość jednorazowej wypłaty dla tych, którzy go nie osiągną, dać ludziom natychmiast po osiągnięciu wieku emerytalnego. I taka propozycja nie rozwiązuje jednak problemu. To nie zabezpieczy przecież na starość, bo zabezpieczenie powinno mieć charakter ciągły i być wypłacane systematycznie, a nie jednorazowo.
Warto jednak zaznaczyć, że niewprowadzanie proponowanych przez ZUS zapisów też nie jest rozwiązaniem problemu, który występuje także przy obecnych zasadach. Nie tylko emerytury literalnie groszowe, ale też te nieco większe, ale niepozwalające na przetrwanie, to realny problem systemowy. Nie tylko ze względu na kosztowność wypłacania niskich świadczeń przez ZUS i tym samym wysokie koszty obsługi. Dlatego rozwiązań zdecydowanie należy szukać. Powinno się przy tym pamiętać o tym, żeby rozwiązywać problem nie kosztem najsłabszych, a po drugie, by przy rozwiązywaniu go, uwzględniać różne okoliczności w cyklu życia jednostek i grup społecznych, rzutujące na zagrożenie bardzo niskimi emeryturami.

 

Zacznijmy rozmawiać o gwarancjach minimalnej emerytury bez względu na staż.

Zasadnicze pytanie systemowe, przed jakim stoimy, brzmi: jak zapewnić bezpieczeństwo emerytalno-rentowe osobom, które nie były w stanie z różnych powodów odłożyć kwot na tyle dużych, by pozwalały one na godziwe świadczenia? Prawdopodobnie trzeba szukać i na poziomie systemu emerytalnego i poza nim. Zmiany powinny zajść także w regulacjach stosunków pracy, także tych pozakodeksowych. Trzeba pomyśleć o zabezpieczeniu emerytalno-rentowym osób, które przez dużą część życia zawodowego pracują na umowach dotąd nieoskładkowanych, tj. umowach o dzieło.
Czy nie należałoby przemyśleć o oskładkowaniu umów cywilnoprawnych? Zdaję sobie sprawę, że z prawnego punktu widzenia i późniejszej egzekucji tego prawa byłoby to trudne. Hasło likwidacji śmieciówek, choć samo w sobie słuszne i potrzebne, też nie wystarcza. Z używaniem umów pozakodeksowych tam, gdzie charakter pracy wymaga zatrudnienia na umowę o pracę, należy walczyć, ale co zrobić z tymi, których charakter pracy uzasadnia zastosowanie umowy o dzieło? Konieczny jest dalszy rozwój instytucji opieki nad osobami zależnymi, by konieczność wychowania, opieki, wsparcia wobec bliskich w jak najmniejszym stopniu przekładał się na konieczność długotrwałej dezaktywizacji zawodowej. Niedobory w tym zakresie to właśnie jeden w ważnych powodów, dlaczego część osób, najczęściej kobiet, gdy przychodzi starość, nie otrzymuje emerytur nawet na minimalnie godziwym poziomie.
Wreszcie warto przemyśleć samą konstrukcję systemu emerytalnego i być może rozważyć wprowadzenie dodatkowego segmentu, tzw. minimalnych gwarantowanych emerytur, która zabezpieczałaby osoby w starszym wieku, które nie mają odłożonego odpowiedniego kapitału i/lub odpowiedniego stażu pracy pozwalające na świadczenie na odpowiednim poziomie, pozwalającym na minimalne bezpieczeństwo socjalne. Taki instrument funkcjonuje już w pewnych krajach, np. w socjaldemokratycznej Szwecji, gdzie mieszkańcy, którzy mieszkają już pewien czas w tym kraju i osiągną wiek starości, otrzymują zagwarantowane minimalne świadczenie w wieku emerytalnym. Wysokość tego świadczenia jest zależna od sytuacji materialnej emeryta, ale maksymalnie w 2016 było to 94 788 koron rocznie. Nawet biorąc pod uwagę inną siłę nabywczą pieniądza w Szwecji, jest to znaczna suma w porównaniu z wysokością emerytur w Polsce.
To na jakich zasadach miała być w Polsce taka emerytura przyznawana, w jakiej wysokości i w jakiej relacji do świadczeń dla osób, które wypracowały pewien emerytalny kapitał i mają większy staż pracy, jest kwestią otwartą. Ale dobrze byłoby, aby środowiska progresywne artykułowały w przestrzeni publicznej zarówno sam problem groszowych emerytur, wskazywały zarówno jego systemowe uwarunkowania, jak i możliwe odpowiedzi.

Rosjanie nie chcą pracować dłużej

Nie tylko w Moskwie, ale w wielu większych miastach Rosji przetacza się fala demonstracji ludzi, którzy nie chcą pracować dłużej.

 

Organizatorami protestów jest lewicowa opozycja, zarówno parlamentarna, jak i pozaparlamentarna. Władza robi dobrą minę do złej gry, choć widać pewną nerwowość w szeregach rosyjskich neoliberałów. Mityngi protestacyjne zorganizowano w 90 miastach Rosji, jak podają źródła związane z komunistami. Według obserwatorów w demonstracjach uczestniczą ludzie do tej pory politycznie bierni, nie będący członkami lewicowych organizacji.

Według danych niezależnego ośrodka badania opinii publicznej Lewada Center 37 proc. Rosjan gotowych jest wyjść na ulicę protestując przeciwko reformie emerytalnej.

Protesty miały ostatnio miejsce m. in. w Czelabińsku, Jakucku, Tule, Niżnym Nowgorodzie i w Moskwie. W Penzie policja zatrzymała organizatora protestów z Lewego Frontu, Wiktora Chomca.
Komunistyczna Partia Rosyjskiej Federacji występuje z żądaniem przeprowadzenia ogólnorosyjskiego referendum, choć już trzykrotnie odrzucano jej wniosek pod formalnymi zarzutami. KPRF przeformułowała więc referendalne pytanie i ponownie złoży je do odpowiednich organów.

Kraj biednych emerytów

Właśnie ukazał się raport „Ageing Working Group”, który Komisja Europejska publikuje regularnie co trzy lata. Dotyczy on starzenia się społeczeństw i prognoz dotyczących ewentualnych świadczeń. Polskę czeka sukcesywne zwiększanie się liczby emerytów, ale wysokość świadczeń niestety w większości nie pozwoli na godne życie.

 

W dokumencie możemy przeczytać, że „relacja wydatków na emerytury do PKB będzie się utrzymywała na stałym poziomie około 11 proc”. Do 2050 roku liczba emerytów (12,6 mln) może praktycznie zrównać się z liczbą osób pracujących i płacących składki (12,7 mln). Natomiast w 2060 liczba pobierających świadczenia emerytalne przekroczy liczbę pracujących i niestety – dalej będzie sukcesywnie rosnąć. Tę tendencję widać dobrze już dziś. Na koniec 2016 emerytów było 9,2 miliona, a pracujących i odprowadzających składki – 16 mln.

– Wpływ starzenia się społeczeństwa będzie szczególnie widoczny i będzie się wiązał ze wzrostem wydatków na świadczenia już w latach 2020–2030, co odzwierciedla proces starzenia się pokolenia „baby boomers” – mówi w rozmowie z „Rz” Antoni Kołek, prezes Instytutu Emerytalnego.

Utrzymywanie dalej tzw. systemu zdefiniowanej składki – jest bardzo korzystne dla państwa, ale nie dla przyszłych emerytów, ponieważ – jak twierdzi Komisja Europejska – nastąpi ograniczenie przyszłych obciążeń budżetu wydatkami na emerytury. Świadczenia będą oczywiście niewystarczające, ponieważ „wskaźnik korzyści” (relacja przeciętnej emerytury do wysokości przeciętnego wynagrodzenia) będzie sukcesywnie spadać.

Eksperci, m.in. Paweł Strzelecki z NBP, uważają, że zwiększanie liczby emerytów będzie wiązać się z coraz większą presja na rząd, aby podnosił świadczenia lub całkowicie przebudował system.
Podobnie uważa Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao, którego o opinię poprosiła „Rz”.

„Raport wskazuje, że na poziomie makroekonomicznym na korzyść budżetu mocno zapracuje przejście z systemu zdefiniowanego świadczenia na system zdefiniowanej składki – pomiędzy 2016 a 2050 r. praktycznie nie będzie – liczonego jako procent PKB (a nie nominalnie) – wzrostu wydatków publicznych na emerytury. To stawia nas w gronie krajów, które z tego tytułu powinny mieć najmniejsze kłopoty.

Niestety, w pewnym sensie kłopot budżetu państwa został przerzucony na obywateli – relacja przeciętnej emerytury do przeciętnego wynagrodzenia spadnie z 48,5 proc. w 2016 do 27,3 proc. w 2050 r.” – napisał ekonomista.

 

Inżynieria wyborcza

PiS twierdzi, że nie ma w budżecie pieniędzy na danie po 500 złotych miesięcznie dla każdego niepełnosprawnego.

Takich, którym te pieniądze należałyby się jest w kraju około 280 tysięcy. Zarazem liderzy PiS zapowiadają, że rozważane są różne warianty podwyższenia emerytur: zwolnień z płacenia PIT lub czegoś w tym rodzaju. Takie operacje kosztowałyby budżet państwa dziesiątki miliardów rocznie. Tych pieniędzy nie ma w ZUS-ie. Z tego powodu ZUS jest zasilany, na różne sposoby, z budżetu państwa, w którym, jak twierdzi PiS, brakuje pieniędzy dla niepełnosprawnych. Pieniądze dla nich to kilka miliardów w skali roku, a więc wielokrotnie mniej. Tak więc dla niepełnosprawnych nie ma mniejszych pieniędzy, a dla emerytów znalazłyby się znacznie większe. Oczywiście wielu emerytom te pieniądze też bardzo by się przydały.
Dlaczego więc nie ma kilku miliardów dla niepełnosprawnych , a znalazłyby się dziesiątki miliardów dla emerytów?. Odpowiedź jest dość prosta. Emerytów są miliony i oni chodzą do wyborów i w swojej wdzięczności mogą zagłosować na PiS. Niepełnosprawnych jest wielokrotnie mniej i ich udział w wyborach, liczbowo i proporcjonalnie do całej grupy, jest zdecydowanie mniejszy. Dlatego, chcąc utrzymać się przy władzy, PiS puszcza oko do milionów emerytów, a tysiącom niepełnosprawnym pokazuje środkowy palec. Wrażliwość społeczna nie ma tu nic wspólnego. Utrzymanie przy władzy się liczy i na to PiS zawsze znajdzie pieniądze, niestety w naszej kieszeni.