Świat od spodu (Postscriptum) LIST TYM RAZEM NIE Z WYSP

Życie to taki rodzaj literatury, że nie da się zaplanować ani przewidzieć, co będzie w następnym odcinku. „Świat od spodu” musiał skończyć się więc niespodziewanie. Ale koniec czegoś bywa równocześnie początkiem czegoś innego. Dlatego też „Postscriptum” do Świata od spodu” zawiera również i taką zapowiedź.

 

 

Kilka tygodni przerwy w pisaniu spowodowane było dynamiką i zmianami jakie nastąpiły w moim życiu. Ale po kolei.

 

Wybrałem się do Francji. Po beznadziejnych wędrówkach poszukiwania pracy w Anglii, wydało mi się to niezłą odtrutką na przygnębiającą, brytyjską szarzyznę. I nie chodzi tu o pogodę, bo była wyjątkowo piękna jak na wyspiarską jesień. Typowo „angielska pogoda” zagościła jednak w moim sercu. Sytuacja wydawała się beznadziejna.

Trudno więc opisać radość, jaką poczułem, gdy po wylądowaniu w Lyon podszedłem do punktu kontroli i usłyszałem dźwięczne „bążur”. To francuskie „dzień dobry” zabrzmiało jak najpiękniejsza melodia. Humor natychmiast się poprawił i wróciła radość życia.

Ostatnie tygodnie w Anglii, nie były dla mnie łaskawe, liczyłem że chwilowa zmiana pozwoli złapać oddech i doda nowych sił. Chciałem spojrzeć z dystansu i racjonalnie podejść do narosłych problemów, znaleźć rozwiązanie i oczywiście odreagować stres.

W ukazujących się cyklicznie w „Dzienniku Trybuna” felietonach, opisywałem swoje wrażenia na angielskiej ziemi, quasi niewolniczy system pracy, łamanie praw pracowniczych, zmuszanie ludzi do pracy ponad siły i ignorowanie przepisów bezpieczeństwa na wyraźne polecenie kierownictwa, oraz wciąż zwiększonych do granicy absurdu normach. Stało się już normą, że na załadowanie tony wody mineralnej pracownik ma jedynie osiem minut. Kierownictwo uznało, że moje pisanie może zaszkodzić firmie i w obawie, by stosowane tam nieludzkie praktyki nie wyszły na światło dzienne, postanowiono mnie zwolnić. Straciłem pracę, a zatrudniająca mnie agencja okazała się na tyle nierzetelna, że nie rozliczyła się z tygodniowej wypłaty. Agencja Staffline – uważajcie na nią, jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy wyjechać do pracy w UK. Przy życiu na styk brak jednej wypłaty jest katastrofą. Od tego momentu zaczęły się moje kłopoty z regularnym opłacaniem czynszu. Zostałem z niczym w zupełnie obcym kraju. Jedyne co mogłem zrobić, to poszukać jakiejkolwiek pracy. Zdzierałem więc buty łażąc od miasta do miasta z nadzieją, że wreszcie coś znajdę.
Publiczna komunikacja w Anglii jest tak droga, że zwyczajnie nie było mnie już stać na kupno biletów. Dlatego jedyną opcją były własne nogi. Obszedłem chyba wszystkie bary i fastfoody w okolicy trzydziestu kilometrów. Bezskutecznie. Szukałem ogłoszeń, pytałem, wszędzie zadając pytanie: „I am looking for a job, you need an employee?” Odsyłano mnie zazwyczaj z kwitkiem. Jeśli ktoś chciał być uprzejmy, to notował mój numer telefonu obiecując, że się odezwie gdy tylko będzie miał dla mnie pracę. Każdego dnia sytuacja finansowa była coraz bardziej beznadziejna.

Za pośrednictwem jednej z agencji udało się wreszcie znaleźć pracę w zakładzie stolarskim. Pisałem o tym w poprzednim odcinku „Świata od spodu”. Praca wydawała się idealna. Zarobki znacznie lepsze od tych, które miałem w poprzedniej pracy, miejsce też dużo przyjemniejsze, ale problem polegał na tym, że poszukiwali wykwalifikowanych specjalistów – stolarzy meblowych. Moje doświadczenie pracy w różnego rodzaju tartakach i stolarniach było niewystarczające. Potrafię przerobić na deski ścięte drzewo, zrobić rustykalne półki, sztachety do płotu, a nawet zbudować dom z bali.

Skoro jednak już przyjechałem, to właściciel zgodził się bym przepracował jeden, dwunastogodzinny shift. Chcąc nie chcąc, ponownie ruszyłem szukać zarobku. Łudziłem się nadzieją, że w końcu coś znajdę, trafię na bar, w którym potrzebują ludzi na zmywak. Byłem gotów podjąć pracę nawet na czarno i za stawkę znacznie niższą, niż minimalne 7.83 funta na godzinę. Nie mając nic, zatrudniłbym się nawet i za cztery czy pięć funtów.

Światełko nadziei pojawiło się, gdy zadzwonił Marek i zaprosił mnie do Francji. Nie było mnie jednak stać na bilet, o hotelu nie wspominając. Gdy jednak powiedział, że pokryje wszystkie koszty, kupi bilety, a zamieszkać mogę u niego, aż podskoczyłem z radości. Marek jest typowym przedstawicielem tzw. starej emigracji. W 1984 roku osiedlił się we Francji, a po kilku latach spędzonych w Paryżu przeprowadził się do Lyonu.

Umówiliśmy się, że spędzę tam pięć dni. Od czwartku, do poniedziałku. Zapewnił żebym się niczym nie martwił, że kupi mi bilet w obie strony i zapewni utrzymanie. Zwiedzimy kawałek Francji, a wieczory spędzimy na dyskusjach o polityce.

Lot trwał niecałe dwie godziny. Cieszyłem się z tej odmiany. Angielski sen przerodził się w brytyjski koszmar, a wizja kilku dni we Francji wydawała się bajecznym rajem. Po wylądowaniu niemalże biegłem w kierunku wyjścia z terminala.

Powody były dwa, po dwugodzinnym locie cholernie chciało mi się palić, no i oczywiście chciałem jak najszybciej spotkać się z kolegą. Minęło kilkanaście minut zanim udało mi się dotrzeć do hali głównej. Lotnisko w Lyon ma chyba najdłuższy w Europie tunel łączący płytę lotniska z halą przylotów.

Czwartek i część piątku spędziliśmy na zwiedzaniu Lyon. Natomiast na weekend pojechaliśmy do jego domku letniskowego 120 km od Lyon, w przepięknej, górskiej okolicy. W niedzielę wieczorem zapytał, czy nie zechciałbym mu pomóc przy drobnych pracach w tym górskim domku. Bardzo chętnie się zgodziłem, wprawdzie bilet powrotny miałem w kieszeni, ale za skarby nie chciałem wracać do Anglii. I tak nie miałem tam pracy. Praca wydawała się idealna, chodziło o pomalowanie okien, koszenie trawy i ogólny porządek na posesji. Poza tym, zapowiedział żebym się nie śpieszył, chodził po górach, zwiedzał okolice, a pracę wykonywał swoim tempem. Kupił mi zaopatrzenie, łącznie z papierosami, na cały tydzień, umówiliśmy się, że zostanę na tym górskim pustkowiu, a on przyjedzie do mnie w piątek pustkowiu. Miałem mieszkanie, zaopatrzenie i do tego całkiem niezłe pieniądze. Po tak długim i beznadziejnym poszukiwaniu pracy, które niejednokrotnie wiązało się z upokorzeniem, nie mogłem uwierzyć w swoje szczęście. Wynagrodzenie jakie zaproponował wystarczyłoby na uregulowanie zaległości za pokój w Anglii. Wybrnąłbym tym samym z długów.

Praca zapowiadała się na długo. Nie był to jedyny dom, który posiadał, a przy każdym było coś do zrobienia. W poniedziałek, zaraz po jego wyjeździe, z werwą zabrałem się do pracy. To ostatnia rzecz jaką pamiętam. Pozostałe dni zapadły gdzieś w niepamięci. Gdy się ocknąłem nade mną stał Marek wraz ze swoją żoną Ani. Leżałem kompletnie pijany. Po podłodze walały się puste kartony po winie, butelki i niedopałki. Wypiłem cały alkohol jaki był w domku. Sytuację pogorszyło jeszcze to, że przyjechał ze swoją żoną. Nie poznaliśmy się wcześniej, bo gdy przyleciałem do Lyon, ona była w Paryżu. Chciał więc teraz przedstawić jej swojego przyjaciela, pisarza z Polski.

Byłem przekonany, że za chwilę wyrzucą mnie z tego domku i nawet usiłowałem podnieść się z łóżka, by zacząć się pakować. Na początku, gdy tylko przyleciałem, Marek powiedział mi, że nie da się wkurzyć Francuza w polski sposób. Przekonałem się, że miał rację. Troskliwie zajęli się mną, póki nie doszedłem do siebie. Ponieważ jednak zawaliłem na całej linii, postanowiłem wrócić do Polski i ponownie podjąć terapię.

Kilka dni po przyjeździe znalazłem pracę. Zatrudniłem się jako sprzedawca. Pracuję już od tygodnia i od tygodnia zbieram materiały, by opisać Wam jak wygląda klient z punktu widzenia sprzedawcy. Wydaje się to dobrym pomysłem nowego cyklu pod tytułem: „Z drugiej strony lady”. Wielokrotnie byłem świadkiem, poniżania sprzedawców i sprzedawczyń przez chamskich i sfrustrowanych klientów. Ludzi, którzy rozładowują swoje problemy zawodowe i rodzinne pastwiąc się nad bezbronnymi ludźmi. Postanowiłem więc wcielić się w rolę tych, którzy muszą pokornie znosić frustracje klientów. Bo sprzedawca jest najlepszym obiektem wyładowania, odreagowania problemów w pracy czy w domu. Zawsze lepiej wyżyć się na niewinnym i bezbronnym sprzedawcy, niż powiedzieć szefowi, że jest chujem. Pracownik sklepu pokornie zniesie atak klienta. Z prostej przyczyny – w kapitalizmie klient ma zawsze rację, a przy najmniejszym sprzeciwie i próbie obrony, pracodawca wywali go na zbity łeb . Od kilku dni jest gdzieś w Polsce sklep, w którym zatrudnił się ktoś między innymi po to, by takie kreatury opisywać. Zrobię to z największą przyjemnością. A może również trzasnę fotę z partyzanta?

Z Markiem wciąż utrzymujemy przyjacielskie relacje i nadal zamierzamy się spotykać. Kto wie, może pojadę dokończyć przerwaną piciem pracę.

 

Angielski sen (6)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy szósty odcinek tego cyklu.

 

 

Znowu wziąłem tydzień urlopu. Bezpłatnego oczywiście. Musiałem przylecieć do Polski i pozałatwiać kilka spraw. Najważniejszy był dentysta. Z zupełnie niezrozumiałych przyczyn wypadł mi ząb. Przyczyna jest o tyle niezrozumiała, że dotychczas traciłem zęby w pijackich bójkach, lub podczas pijackich spotkań z płytą chodnikową.

 

Od jakiegoś czasu unikam jednak ulicznych mordobić. Wydaje mi się, że facet w moim wieku z poobijaną gębą, podbitym okiem i świeżo złamanym nosem, to dosyć idiotyczny widok. Przyczyny utraty tego zęba nie znam, mam jednak nadzieję, że to nie jest szkorbut, czarna ospa, trąd, dżuma albo cholera. Nie mogę tego jednak wykluczyć, mieszkam obecnie w kraju, gdzie sytuacje z naukowego punktu widzenia niemożliwe, są na porządku dziennym.

Żeby złapać jakieś choróbsko, wystarczy przejść się po magazynach, gdzie rozdzielamy produkty spożywcze do jednej z najbardziej renomowanych i najdroższych sieci handlowych. Chodząc po swojej hali przypomina mi się film „Pancernik Potiomkin” i scena z mięsem pełnym robaków, gdzie lekarz czy weterynarz usiłuje wmówić marynarzom, że jest to doskonałej jakości jedzenie.
Różnica jest taka, że ci marynarze widzieli te robaki, a potencjalni kupcy renomowanego marketu nie mają pojęcia skąd wygrzebane jest ciastko, które za chwilę podadzą dzieciakom.

Większość Europejczyków woli robić zakupy w sterylnych marketach niż w tureckich, czy hinduskich sklepach. Bo wiadomo z „białorasowego” punktu widzenia „ciapaty” lub „czarnoskóry” to oczywiście brudas. Więc i jedzenie musi być skażone. Nie wiem skąd wzięło się u rodaków to przekonanie. Wielokrotnie jeździłem do pracy z Hindusami, Pakistańczykami czy Banglijczykami i jedyny zapach jaki był wyczuwalny w samochodzie, to aromat choinki zapachowej. Bardzo ciekawą choinkę ma jeden z moich kolegów z nocnej zmiany – Abdoul z Dżammu (rejon Kaszmiru). Na jego odświeżaczach powietrza są zapisane sury koranu. Na co dzień mieszkam z Albańczykami i Cejlończykiem ze Sri Lanki. Ludzie ci naprawdę nie maja problemu z higieną. Będąc teraz w Polsce przejechałem się kilka razy busami. Smród niemytych ciał był odrzucający.

Zaryzykuje twierdzenie, że o wiele bezpieczniej jest robić zakupy w sklepach prowadzonych przez Turków czy Hindusów, niż w najlepszych i najdroższych sieciowych marketach.

W sklepie faktycznie estetyka i higiena jest na bardzo wysokim poziomie, obsługa podaje wędlinę w specjalnych rękawiczkach, towar kusi pięknym i świeżym wyglądem, estetycznie poukładany w sterylnych opakowaniach i na perfekcyjnie umytych ladach chłodniczych. Zapakowane higienicznie owoce przyciągają swoim pięknym wyglądem. Nikt nie zwróci uwagi na naderwaną krawędź czy lekko powiększona dziurkę. Kilka godzin wcześniej czyjś brudny paluch wygrzebał sobie kilka malin, jagód czy truskawek. Są patenty, by zrobić to nie niszcząc opakowania. Podobnie z różnego rodzaju puddingami czy deserami. Prawie w każdym deserku był czyjś oblizany paluch.

Jedzenie, które upadnie na posadzkę, nierzadko w plamę oleju, wyciekłą z nieszczelnego widlaka, wrzucamy z powrotem do koszyka, a klient, który brzydzi się kupować w hinduskim lub tureckim sklepie, przekonany o doskonałej jakości produktów, jedzie do renomowanego marketu (nie tam jakiegoś Lidla czy Tesco) i pakuje do koszyka produkty, w których zanurzyły się palce ludzi wszystkich 69 narodowości (z tylu krajów pracują ludzie w mojej firmie), przekonany o sterylności produktów. Kupuje wędlinę, którą wcześniej pakowacz kopnął pod paletę, ktoś inny wrzucił do worka ze śmieciami, kliner abo miotłą, albo ręcznie wygrzebał ten produkt i zapakował z powrotem do pudełka. Z kanapkami, serem, ciastkami, owocami i warzywami jest podobnie. Z tego, co wiem, w UK nie ma odpowiednika polskiego SANEPIDU. W przeciwnym razie firma zostałaby zamknięta już na samym początku funkcjonowania. Niestety, nie mogę jeszcze podać jej nazwy i nazwy sieci sklepów, które zaopatrujemy. Na wszystko jednak przyjdzie czas, dowiecie się, w których marketach lepiej nie kupować na przykład wina.

Toalety w magazynach to również ewenement. Po pierwsze jest ich mało – raptem trzy na kilkuhektarowe magazyny. Z tych trzech, podczas sprzątania, jedna lub dwie są wyłączone z użytku. Trudno więc dziwić się człowiekowi, którego dopadła biegunka, ledwo dobiegł do toalety, która okazała się zamknięta. Skorzystał z pierwszej lepszej możliwości, czyli ze pudełka z markowym winem. Ktoś inny nie zdążył nawet dobiec do jakiegokolwiek pudełka i grubszą potrzebę fizjologiczną załatwił na schodach. To akurat ucieszyło większość pracowników, ponieważ człowiek ów zasrał schody tuż obok office’u głównych managerów. Próbowali znaleźć winowajcę poprzez system kamer, ale sprzęt ten jest skalibrowany na pracownika, który po kryjomu zjada batonik.

Wracając jednak do mojej zimnej hali i tego nieszczęsnego szkorbutu, cholery, ospy czy dżumy.

Już od samego patrzenia można nabawić się jakiejś choroby. Wydaje mi się, że nasz magazyn nie jest ewenementem i w większości, jeśli nie we wszystkich, tego rodzaju halach czystość jest są na podobnym poziomie.

Świetnym przykładem higienicznej świadomości pracowników jest pewien Polak o ksywce Macierewicz. Pisałem kiedyś o nim na FB, to typowy Bronek Talar – 150 procent normy to jego codzienność. Głupota polega na tym, że firma płaci bonusy jedynie do 110 procent. Jednak przez takich jak on, normy wciąż są zawyżane. Kilka lat temu wynosiła ona tysiąc spakowanych produktów. Gdy Wielka Brytania otworzyła rynek pracy, napływająca fala Polaków i Rumunów, nie bacząc na zdrowie i strzelające jak korki szampana dyski w kręgosłupach, chcąc zaimponować brytyjskim managerom dawała z siebie wszystko, przekraczając wszelkie granice normy. Do tej pory, gdy pojawia się grupa nowych pracowników, to wyglądają jak roboty sfilmowane w przyspieszonym tempie, z obłędem w oczach pakujący kejdże z prędkością światła. Skończyło się tym, że obecnie norma wynosi dwa tysiące spakowanych produktów. Czyli drugie tyle. Pół biedy, jeśli trafią się komuś ciastka lub kanapki. Gorzej gdy wrzucą go na pakowanie mleka lub napoi.

Wracając jednak do wspomnianego Macierewicza. Facet twierdzi, że jest ze służb specjalnych, a ponieważ wykończył Caracale, to w obawie przed zemstą byłego ministra obrony narodowej – stąd wzięła się ta ksywka – ukrył się na tym brytyjskim zadupiu.

Facet ma racjonalne podejście nie tylko do limitów, ale również do higieny. Nigdy nie ściąga rękawiczek. Wiadomo, rękawiczka chroni ręce przed pobrudzeniem i jednocześnie chroni pokarm przed jedzeniem brudnymi rękami. Problem jednak polega na tym, że są to te same rękawiczki.

W zasadzie jestem w stanie go zrozumieć. W rękawiczkach idzie do toalety, niezależnie za jaka potrzebą. Słusznie, jeśli ktoś z czytelników był kiedyś w Anglii, to wie jak te ich toalety wyglądają. Staram się odwiedzać to miejsce jak najrzadziej, bo już z wejścia mam odruch wymiotny. Chroni się więc przezorny Macierewicz przed bakteriami coli nie zdejmując rękawic.

Ponieważ rozsądnie też gospodaruje czasem, do toalety chodzi tuż przed przerwą na lunch. Prosto z kibla idzie do kantyny, odgrzewa w mikrofalówce kurczaka, bierze w garść, nie za kość, czy końcówkę, tylko wpycha w usta dłonią odzianą w tę sama rękawiczkę. I słusznie, przecież wiadomo, że gołymi rekami jeść nie należy.

Dla przeciętnego Polaka, Wielka Brytania to kraj absurdów. Zapewne podobnie myślą o Polsce Anglicy. Teraz jednak, chcąc nie chcąc, musiałem na chwilę przylecieć do kraju.

Wizyta u angielskiego stomatologa jest zbyt droga. Dlatego zdecydowałem się na przylot. Przy moich zarobkach – 280 funtów tygodniowo – z czego połowę pochłania mieszkanie. Nawet bilet na samolot – 50 funtów – i kilkaset złotych zostawione w polskim gabinecie było – poza moim finansowym zasięgiem. Takie pieniądze mogłem jednak pożyczyć. Na wszelki wypadek wziąłem ze sobą wszystkie swoje oszczędności. Przez pół roku legalnej pracy na pełnym etacie wylądowałem w Modlinie z niebagatelną kwotą 22 funtów i siedemdziesięciu pensów.

Po dwóch godzinach lotu tanimi liniami spadłem wreszcie na pas startowy w Modlinie. Spadłem to właściwe słowo, bo w żaden sposób lądowaniem nazwać tego nie można. Zbliżając się do pasa, tuż nad płytą lotniska, pilot rozkołysał samolot w taki sposób, że wyglądało jakby skrzydło miało zaraz zahaczyć o ziemię. W oczach pasażerów widziałem przerażenie, niektórzy ukryli twarze w dłoniach, inni skuleni w pozycji embrionalnej schowali głowy pomiędzy kolanami. Rozkołysana maszyna,pieprznęła o pas z takim impetem, że aż zadzwoniły zęby przerażonych pasażerów. Przez chwile odbijał się jeszcze dwa czy trzy razy od pasa. Zupełnie jak dziecięca piłeczka z kauczuku.

Zastanawiałem się nawet czy gdy wymienię te dwadzieścia dwa funty w kantorze na złotówki wystarczy mi na bilet do Puław. Do Puław dojechałem, a gdy tylko pojawiłem się na osiedlu, wzbudziłem lekką sensacje wśród moich dawnych kumpli i sąsiadów – postaw piwo – to były pierwsze słowa które padły pod moim adresem – nie mam kasy – odpowiedziałem

Jak to nie masz, przecież pracujesz w Anglii – usiłowali wyciągnąć kilka złotych. Upierałem się jednak przy swoim. Oczywiście nie uwierzyli, że przyleciałem praktycznie bez grosza i poobrażani poszli żebrać pod markety. Wieść o moim powrocie, lotem błyskawicy rozeszła się wśród stałych bywalców „podblokowych” ławek, pierwszego dnia domofon dzwonił praktycznie non stop, a ja za każdym razem tłumaczyłem, że jestem bez forsy.

Kilka tygodni temu minęła też karencja ostatniej mojej wszywki. Nie czuje wprawdzie jakiegoś silnego parcia na butelkę, ale jestem doświadczonym nałogowcem i wiem jak podstępny bywa głód alkoholowy. Wszywka jest moją asekuracją. Taki bezpiecznik i dodatek do terapii. Koło ratunkowe w momentach kryzysu. Dotychczas się sprawdzało, a zaszywałem się już jedenaście razy.
Wróćmy jednak do zgromadzonego przeze mnie majątku. Dwadzieścia dwa funty i kilkadziesiąt pensów to nie jest oszałamiająca kwota jak na półroczną harówkę. Nie chodzę po sklepach, nie kupuję żadnych sprzętów, pracuje na starym laptopie, a ubierania przywożę z Polski i kupuję w sklepach, gdzie organizują obniżki, lub w lumpexach. W Anglii kupuję jedynie jedzenie, a tytoń i papierosy z przemytu. Nie chodzę na piwo, nie pije wódki, nie palę zioła ani nie kupuje koksu. Nie mam pojęcia, jakim cudem od piątku do środy – czasami czwartku wydaję sto pięćdziesiąt funtów, które zostają mi po opłaceniu mieszkania. Jedynym moim szaleństwem jest śniadanie i obiad w Janny’s Cafe oraz espresso w Coście, gdy czekam na swój shift. To szaleństwo kulinarne uprawiam od piątku do środy lub czwartku – czyli do czasu gdy mam jeszcze pieniądze.

Nie dziwiło mnie to, gdy mieszkałem jeszcze w Luton. Przez jakiś czas utrzymywałem dwóch poznanych tam kolegów. Bezdomnego Rosjanina z Kurska i bezrobotnego Marka spod Krakowa.

Zawsze idąc na obiad zabierałem ich ze sobą, a na odchodne dawałem im po kilka, kilkanaście funtów.

Marek mieszka w Luton od piętnastu lat. Chłopak – podobnie jak ja – ma problem alkoholowy. Utrzymuje się z ulicznego „co łaska”. Pomyślałem więc, że zaryzykuję i pogadam w swojej firmie czy nie przyjęliby go do roboty.

Ponieważ rąk do pracy ciągle brakuje, agencja bardzo chętnie przystała na te propozycję. Kupiłem mu bilety na autobus, pojechaliśmy i załatwiliśmy wszystkie formalności. Następnego dnia miał się stawić już w pracy. Wprawdzie pierwszy tydzień jest tzw. treningiem, czyli zwykłym szkoleniem, ale płacą jak za normalna pracę. W przeddzień szkolenia, spotkaliśmy się wieczorem i dałem mu kolejne dziesięć funtów na bilet. Jechałem na nocną zmianę, więc pomyślałem, że rano i tak się spotkamy, a ja będąc w pracy pogadam z ludźmi i załatwię mu transport. Jeśli nic by z tego nie wyszło, to musiałbym mu dać kolejną dychę na powrót do Luton. Liczyłem się nawet z tym, że będę musiał kupować mu bilety do pierwszej wypłaty. Dycha w jedną stronę. Transport załatwiłem mu jednak bez problemu, poczułem więc ulgę. Dla wyjaśnienia, nie kierowałem się żadnym altruizmem, traktowałem to jako sztafetę.

Gdy przyleciałem do Anglii dokładnie tak samo zajął się mna Jarek. Pozałatwiał mi wszystko, łącznie z mieszkaniem. Pomoc, która zaoferowałem Markowi, była zwykłą spłatą długu – sztafetą.
W dniu, gdy zaczynał trening, czekałem na niego pod zakładem. Nie przyjechał. Telefon miał wyłączony. Gdy wreszcie udało mi się do niego dodzwonić, ewidentnie pijackim głosem usiłował wmówić mi, że dziesięć funtów nie wystarczyło na bilet, dlatego nie przyjechał. Wiedziałem że kłamie, bo wielokrotnie jeździłem tą trasą i niezależnie czy jechałem pociągiem i autobusem, czy autobusem z przesiadką w drugi autobus, cena biletu wychodziła między 8.50, a 9.20 funta.

Jednak szansy na kontrakt nie ma.

c.d.n.

Angielski sen (4)

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy czwarty odcinek tego cyklu.

 

 

Zleciał kolejny tydzień pracy. Po niespotykanej fali upałów, pogoda ustabilizowała się na swoim zwykłym, zmiennym angielskim poziomie. Deszczowe wieczory częściej spędzam w centrum handlowym, niż na ławeczce w parku. Czekam więc te swoje „obowiązkowe” dwie godziny pijąc tam kawę. Mam do wyboru: Costa lub Starbucks.

 

Tym co zapomnieli lub nie czytali przypomnę, że zaczynam pracę o 22.00, ale pomimo przeprowadzki wciąż mieszkam na tyle daleko, że muszę dojeżdżać. Możliwości transportowe są jednak ograniczone. Ostatni autobus odjeżdża z Borehamwood o 19.16, a kolega, który dysponuje autem i również pracuje na nocną zmianę, zaczyna o godzinie 20.00. Chcąc nie chcąc muszę gdzieś zaczekać. Mógłbym oczywiście spędzać czas w firmowej kantynie, kilka razy nawet próbowałem, ale jakoś nie mam ochoty przebywać w tym miejscu dłużej niż jest to konieczne.

W Coście podwójne espresso kosztuje funt osiemdziesiąt, w wygodnym fotelu, przy kawie i akompaniamencie dyskretnej muzyki (zwykle ABBA), czekam na swój shift. Oprócz czwartków, bo w czwartki nie mam już funta osiemdziesięciu, ba nie mam nawet funta pięćdziesięciu na pojedyncze espresso. Miewam natomiast czasami 75 pi na frytki w kantynie, ale podają dopiero po północy. W czwartki oglądam sklepowe witryny.

Jeśli pogoda pozwoli, to zamiast centrum handlowego, wybieram oczywiście parkową ławeczkę nad bajorem. Mimo, że twarda, to wolę ją, niż wygodny fotel i espresso. Jest to jedyny czas, jaki mam dla siebie w ciągu całej doby.

Przez ponad trzy miesiące pracowałem na dziennych zmianach. Od szóstej do czternastej, lub od czternastej do dwudziestej drugiej. Wpadłem w rytm i tutejszą rutynę, traciłem jedynie tylko tyle dnia, ile zajmowała mi praca włącznie z dojazdem. Od kiedy pracuję w nocy, nie mam już ani dnia, ani nocy.

Przy dziennym cyklu rozplanowałem sobie czas i miałem go nawet sporo dla siebie. Mogłem wyjść na spacer, czytać, albo coś obejrzeć. A jeśli na czymś bardzo mi zależało, mogłem też zarwać trochę nocy. Sama praca też wydawała się mniej absorbująca.

Teraz nie mam już czego zarywać. Wracając o świcie zwykle padam. Śpię po dwie, trzy godziny, budzę się i ponownie zasypiam. Tak do 16.00. Potem wstaję i zaczynam się szykować, by przed osiemnastą wyjść już z domu, bo po dziewiętnastej wyjeżdżamy. Pięć dni (nocy) w tygodniu. Odliczanie zaczynam od pierwszej, pierwsza z pięciu, druga z pięciu, trzecia… itd.

Na swojej zimnej hali loguję się za pomocą specjalnego zegara tuż przed dwudziestą drugą. Wpisuję swój, nadany mi tutaj numer – 90632, hasło, potem skanuję dwa kody, naciskam enter i już jestem w pracy. Każda noc wygląda jednakowo. Zaczynam od wybierania folii, którą były owinięte palety z towarem. Zazwyczaj jest jej od cholery, a ja muszę ją wybrać w całości i przewieźć dwie hale dalej, do specjalnej maszyny, która ją sprasuje. Podobnie robię z tekturą. To zajęcie jest najbardziej czasochłonne, więc zaczynając shift robię rekonesans i na podstawie ilości kartonów i plastiku ustalam sobie tempo pracy.

Z rozgłośni radiowej, którą na chillu bardzo słabo słychać – ponieważ dmuchawy zagłuszają – dobiega muzyka. Gdy tylko jednak przejdę na ambient, muzyka jest już wyraźna – podobnie jak w Coscie – znowu ABBA. Za każdym razem, gdy wychodzę i zmieniam halę, słyszę ten zespół. Zacząłem się zastanawiać, skąd u Anglików takie zamiłowanie do tego szwedzkiego zespołu. Aż wreszcie mnie oświeciło. Oni faktycznie, w tej rozgłośni wciąż puszczają ABBĘ, ale tylko jeden utwór – „Waterloo”.

Waterloo, to miejsce, w którym Anglicy pokonali Francuzów. Zwycięstwo księcia Wellingtona nad Napoleonem.

Faktycznie, mają powód do dumy, ale nie zdziwiłbym się, gdyby przeciętny Anglik zapytany czy wie, co to Waterloo, odpowiedziałby: wiem, piosenka ABBY! W Luton przy Wellington Street, jest tam polski sklep, w którym można kupić ukraińskie papierosy.

Nocą w magazynach jest znacznie mniej ludzi, więc i atmosfera sprzyja do nawiązywania bliższych i bardziej zażyłych relacji. Do drugiej są jeszcze na chillu pracownicy, którzy ładują towar na podstawione wcześniej przyczepy ciężarówek – louderzy. Czas mija mi więc na sprzątaniu przeplatanym rozmowami, a ponieważ już zdążyliśmy się poznać to i rozmowy bywają ciekawe i bardziej osobiste.

Są to zwykle pracownicy z wieloletnim – czasem nawet kilkunastoletnim – stażem. Prawie wszyscy, gdy opowiadają o tej pracy mówią podobnie: przyjechałem tu tylko na chwilę… Nie zarobki czy jakieś super warunki zatrzymały ich w tym miejscu (chociaż podobno przed laty praca w tym zakładzie wyglądała znacznie lepiej), ale codzienny kierat.

Chwila przerodziła się w miesiąc, miesiąc w rok, a rok w kilkanaście lat. Po takim czasie pomysł zmiany zajęcia jest już bez sensu. A plany na przyszłość zamykają się w jednym słowie – trwanie.
Właśnie atmosfera jest chyba jedyną zaletą nocnej zmiany, bo wyższa stawka zanika przy zwiększonej liczbie wypalonych papierosów.

W dzień hale są zatłoczone, ludzie ścigają się w wykonaniu limitów, management ich pogania i w zasadzie jedynie kliner ma czas, by z kimś pogadać. Produkcja śmieci idzie wprawdzie też wtedy pełną parą i przekracza możliwości ich utylizacji. Wysprzątane przed chwilą miejsce, w ciągu kilku sekund pokrywa się ponownie grubą warstwą śmieci. Nikt nie jest w stanie sprawdzić czy ktoś sprząta, czy nie. W nocy odwrotnie.

Ale po kolei. Podzieliłem sobie sprzątanie na trzy etapy. Od dziesiątej do drugiej, od drugiej do czwartej i od czwartej do szóstej. Zaczynam od wywożenie folii i kartonów do specjalnych maszyn, które prasują je w bale. Ustawiam porozrzucane po całym pomieszczeniu, wózki, skrzynki, dolki i kejdże (takie wysokie klatki na kółkach). Wybieram śmieci i papierki ze specjalnych worków, do innych worków i układam je w wózku. Jeśli nie zdążę z tym wszystkim do drugiej, to nie wyrobię się z całością do czwartej. A wtedy mam przerypane.

Od drugiej, gdy louderzy zabiorą cały towar i hala świeci pustakami zabieram się za podłogę. Siedem tysięcy metrów kwadratowych – według krokomierza (ciut więcej niż morga). Zbieram porozwalane zupy, sosy, jogurty, kefiry i wszystko cokolwiek tam leży, myję podłogę tam gdzie się porozwalało, porozlewało, sikło, poplamiło, rozdeptało lub rozjechało. Czasem jest tego dużo, czasem nic. Na koniec zamiatam całość. Tu już muszę wyrobić się do czwartej. O tej porze przychodzą pierwsi pracownicy, przyjeżdża towar i znowu zaczyna się gwar. Hala musi być wysprzątana, co osobiście sprawdza team capitan. Od czwartej do szóstej w zasadzie nie mam już specjalnie nic do roboty. Myję mopy i kończę prasowanie foli i tektury, w specjalnych rubrykach, na specjalnej tablicy spisuję znalezione i zniszczone artykuły spożywcze. Mają taką procedurę żeby zdjąć je ze stanu – chociaż tak naprawdę nigdy nie da się tego rzetelnie zrobić – wywożę jeszcze worki z papierkami do głównego śmietnika, cyrklując tak, by nie skończyć zbyt wcześnie, najlepiej tuż przed szóstą.

Zazwyczaj wyrabiam się bez większego problemu, czasami jednak dorzucają mi do obowiązków sprzątanie fragmentu zupełnie innej hali. Wtedy jest trochę gorzej, bo to strata przynajmniej godziny z mozolnie wypracowanego systemu trzech etapów. I zwykle polecenie takie dostaję w najgorszym dla siebie momencie czyli etapie środkowym, między drugą a czwartą, z wyraźnym komunikatem „now” – czyli teraz.

Tak naprawdę moja praca nie jest zbyt ciężka, zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że to najlepsze stanowisko w tej firmie, choć najsłabiej tu opłacane (dzienny kliner ma mniej). Wadą jest też oczywiście niska temperatura, nie mam jednak żadnych norm. I poza tym, że muszę ogarnąć swój rewir, to nikt mnie nie popędza. Nocny managment przywykł już do nowego klinera na zmianie i znowu stałem się dla nich niezauważalny.

Przynajmniej dopóki nikt nie przetłumaczy im tego co wypisuję. Bo zdaje się, że coraz więcej moich współpracowników śledzi ten cykl.

c.d.n.