Niechciane delegacje

W tych dniach rząd Prawa i Sprawiedliwości, podążając śladem rządu węgierskiego, złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej ws. dyrektywy o pracownikach delegowanych. Powód? Zdaniem MSZ – jej protekcjonistyczny charakter, który utrudnia realizację traktatowej zasady wolności przepływu siły roboczej i usług.

 

Przypomnę, że ministrowie państw UE odpowiedzialni za sprawy społeczne, zatwierdzili dyrektywę o pracownikach delegowanych 21 czerwca br. To są proste reguły – po 12 miesiącach pracy za granicą pensja zatrudnionego będzie musiała zostać zrównana z płacą oferowaną na terenie danego kraju. Obecnie jedynym wymogiem jest wypłacanie przynajmniej płacy minimalnej obowiązującej w kraju delegowania. Zmiana wejdzie w życie w 2020 r., ale jej pierwsze efekty już odczuwa polski rynek agencji pracy.
Według raportu przytaczanego przez portal Money.pl (02.10.2018), a sporządzonego przez Polskie Forum HR –organizację pracodawców reprezentującą polski rynek agencji zatrudnienia, ich liczba spadła po raz pierwszy od 2009 r. Obroty osiągnęły w ub. roku 4 mld. zł. Wysyłanie pracowników za granicę stanowi jedynie 2 proc. tej kwoty, ale – zdaniem Money.pl – i tak mówimy o ok. 80 mln zł, które wypadają z puli do opodatkowania przez polskiego fiskusa.
W przeliczeniu na jedną z ok. 8 tys. agencji pośrednictwa pracy (bo tyle jest zarejestrowanych) nie jest to co prawda dużo, ale rzeczywiście może to być sygnał potwierdzający, że coś zaczyna się dziać.
Drugim z problemów, o którym zaczyna być głośno, to „nakłanianie” przez francuskich czy niemieckich urzędników (poprzez dokuczliwe kontrole) polskich pośredników, żeby zakładali swe firmy na terenie ich krajów.
Money.pl: „51 proc. pracowników, którzy za pośrednictwem agencji podjęli pracę poza Polską, zdecydowało się jedynie na krótkie sezonowe 3-miesięczne kontrakty. Teoretycznie więc dyrektywa nie powinna w nich uderzać. Opisane podejście urzędników już tak. To bowiem najczęściej osoby zajmujące stanowiska niewymagające wysokich kwalifikacji – magazynierów, pracowników branż ogrodniczej czy sadowniczej lub tzw. »pakowacze ręczni«. Co dla nich będzie oznaczało przenoszenie polskich firm do państw zachodnich? Przede wszystkim droższe usługi i mniejsze zyski, które reperowały domowe budżety.”
Firmy pośredniczące piszą więc ponure scenariusze – że na skutek dyrektywy o pracownikach delegowanych ceny ich pośrednictwa wzrosną o 25 proc., że wielu Polaków nie będzie na to stać, więc będą zdani na pracę „na czarno”, co zwykle wiąże się z trudnymi warunkami bytowania i wystawieniem na oszustwa…
Owszem, tak może być, ale wcale nie musi. W czerwcu br., gdy PE przyjmował dyrektywę w sprawie pracowników delegowanych, pisałem w tym miejscu:
„Polska ma 400 tys. osób będących na kontraktach, czyli takich, którzy są pracownikami delegowanymi. (Wszystkich, a nie tylko wysłanych przez agencje pracy – BL). Oni są „posted”. Po angielsku rozróżniamy bowiem – „delegated” i „posted”. „Delegated”, to jest ktoś, kto wyjechał za granicę w delegacji służbowej – coś załatwia i wraca. Nikt z tej kategorii pracowników nie jest „posted”, czyli nie pracuje na stałe przez jakiś okres. To jest bardzo ważne, trzeba to bardzo wyraźnie rozróżniać. Nowe, przyjęte przez UE rozwiązanie oznacza, że pracownik delegowany („posted”) powinien zarabiać co najmniej (!) na poziomie płacy minimalnej w kraju, w którym pracuje. Jest to rozwiązanie zgodne z zasadą: ta sama płaca za tę samą pracę, w tym samym miejscu. Na czym polegają jego zalety?
Po pierwsze – pracownicy delegowani mogą być opłacani znacznie godniej; po drugie – skończą się niekontrolowane zyski pośredników zajmujących się wysyłaniem ludzi do pracy za granicą; po trzecie – na rynku europejskim mamy konkurentów, na przykład Bułgarów, czy Rumunów, którzy akceptują jeszcze niższą płacę, stając się tym samym konkurencją dla naszych pracowników. Przyjęte rozwiązanie tę konkurencję znosi.
Warto dopowiedzieć, że także związki zawodowe, w tym OPZZ, opowiadają się za tym, by pracownicy delegowani zarabiali podobnie jak miejscowi. Krótko mówiąc przyjęte rozwiązanie jest w interesie pracowników oraz w interesie pracodawców-producentów, choć rzeczywiście może uderzać w firmy poszukujące w Polsce pracowników do wysyłania za granicę. W sytuacji, kiedy mieliśmy do wyboru interes pośredników i interes pracowników, wybraliśmy interes pracowników, co dla partii takiej jak SLD jest chyba oczywiste. Wybraliśmy też długofalowy interes naszego państwa polegający na zbliżaniu poziomu życia w Polsce do poziomu życia w rozwiniętych państwach Unii. Być może wybraliśmy także drogę hamowania emigracji z Polski.”
Reasumując – przytoczona publikacja portalu Money.pl dowodzi, że moje przewidywania były słuszne, i że w grze na europejskim rynku pracy zaczęła się nowa runda wedle nowych zasad – wszyscy mamy takie same prawa. Polscy pracownicy też.
Piłka jest po stronie pracodawców i firm pośredniczących. Myślę, że ani jedni ani drudzy nie mają innego wyjścia, jak spojrzeć na nowo na swoje kalkulacje. Pracodawcy muszą zacząć lepiej płacić, a pośrednicy muszą zrewidować podejście do swoich marż. W każdym przypadku zyska pracownik, który nota bene wcale nie musi wyjeżdżać na saksy. Wystarczy stworzyć mu w Polsce europejskie warunki pracy. Braki w zatrudnieniu stanowią już problem dla naszej gospodarki. Pamiętamy przecież dramatyczne relacje sprzed kilku tygodni z sadów zaścielonych owocami, których nie było komu zbierać, tysiące kartek „zatrudnię pracowników”, które pokryły drzwi, witryny i tablice ogłoszeniowe przetwórni owocowych, chłodni, zakładów budowlanych, firm drogowych, magazynów, hoteli, kawiarni, restauracji, a nawet wieżyczki ratowników wodnych.
Podwyżka płac w Polsce jest nieunikniona, pracodawcy nie uciekną od tego. Władze zresztą też, co chyba już zauważają, bo, jak wynika ze statystyk, płace rosną. Częściowo na skutek decyzji własnych rządu, częściowo w efekcie coraz głośniejszych żądań (patrz ostatnie demonstracje pracowników służb mundurowych, nauczycieli, akcje protestacyjne pielęgniarek, rolników i sadowników), ale już widać, że ten proces jest nieodwracalny. Tym bardziej, że choć jeszcze formalnie nie weszła w życie, to dyrektywa unijna o pracownikach delegowanych też już działa. Myślę, że odwoływanie się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej niewiele tu pomoże.

Wspólnie przeciw imperializmowi

Lewicowi ustawodawcy z Europy i Ameryki Łacińskiej, biorący udział w Eurolat, czyli Euro-Latynoamerykańskim Zgromadzeniu Parlamentarnym, wydali wspólne oświadczenie potępiające obecne próby imperialistycznych interwencji oraz antyspołeczną politykę w krajach Ameryki Środkowej i Południowej.

 

W dniach 17-20 września obradowało w Wiedniu Euro-Latynoamerykańskie Zgromadzenie Parlamentarne. Jest to inicjatywa mająca budować w globalnej polityce most porozumienia między Ameryką Południową a Europą poprzez dialog i konfrontację różnych punktów widzenia. W zgromadzeniu wzięli udział politycy obu kontynentów reprezentujący wszystkie opcje polityczne. Lewicowi ustawodawcy wydali wspólne oświadczenie dotyczące obecnej sytuacji politycznej świata. W rezolucji złożonej z 25 punktów dominuje ton potępienia dla zachodniego imperializmu, globalnego wyzysku i rasizmu. Szczególny nacisk położono na bieżące wydarzenia w wielu krajach Ameryki Łacińskiej.

Potępiono „sądowe, polityczne i medialne represje w stosunku do wielu postępowych przywódców oraz próby kryminalizacji ich działalności. Dotyczą one m.in naszych partnerów Lula da Silvy, Rafaela Correi i Cristiny Kirchner, a na celu mają uniemożliwienie im startu w wyborach prezydenckich”.

Wyrażono sprzeciw wobec ataków politycznych i ekonomicznych wymierzonych w Wenezuelę, podejmowanych przez rząd i media USA oraz posłusznych im polityków latynoamerykańskich. Lewica Eurolatu uznała je za próby podważenia suwerenności narodu Wenezueli. Potępiono próby wykorzystania problemu emigracji Wenezuelczyków do krajów ościennych jako pretekst do forsowania planu interwencji militarnej przeciwko Caracas. Odrzucono politykę sankcji gospodarczych jednostronnie narzucanych Wenezueli przez Stany Zjednoczone i ich regionalnych oraz europejskich sojuszników. Uznano je za sposób pogłębiania wewnętrznego kryzysu polityczno-gospodarczego trawiącego kraj rządzony przez Nicolasa Maduro. Z potępnieniem spotkały się również „krzywdzące i nieodpowiedzialne słowa Luisa Almagro, sekretarza generalnego Organizacji Państw Amerykańskich, nawołującego do interwencji militarnej. Opowiadamy się na pokojem na terytorium Ameryki Łacińskiej” – podkreślili eurolatynoamerykańscy lewicowcy.

W uchwale zaprotestowano też przeciwko przemocy politycznej w Kolumbii stosowanej przez rząd nowego prawicowego prezydenta. Chodzi o represje wobec ruchów protestu i opozycyjnych polityków, którzy padają nawet ofiarami morderstw politycznych.

Odniesiono się również do relacji między FARC a rządem Kolumbii. „Wzywamy państwo kolumbijskie do respektowania dotychczasowych postanowień oraz gratulujemy FARC oddania sprawie pokoju i dochowaniu warunków obowiązującego układu.”

Wyrażono głębokie zaniepokojenie narastającym kryzysem politycznym w Brazylii, zwłaszcza zaś bezprawnym przetrzymywaniem w więzieniu Luli da Silvy i uniemożliwieniem mu w ten sposób wzięcia udziału w nadchodzących wyborach prezydenckich. W uchwale czytamy: „Wyrażamy solidarność z ludem Brazylii, który mierzy z się głębokim kryzysem demokracji i atakami na brazylijską konstytucję, które mają miejsce od czasu obalenia prezydent Dilmy Rousseff”.

Potępiono ponadto oportunizm prezydenta Ekwadoru Lenina Moreno, który zdaniem autorów oświadczenia stał się stronnikiem kapitału i odpowiedzialny jest za represje wobec przeciwnych mu urzędników, naukowców i dziennikarzy. Sprzeciwiono się próbie imperialistycznego zamachu stanu w Nikaragui i nieprawidłowościom wyborczym w Hondurasie. Wezwano Stany Zjednoczone do zniesienia blokady Kuby, a NATO do zaprzestania zbrojenia Europy przeciwko Rosji. Z protestem spotkała się również coraz bardziej antyimigrancka polityka UE jako całości i poszczególnych jej krajów członkowskich, a z potępieniem – proces powszedniejących w Europie nacjonalizmów i ksenofobii.

Europejscy politycy podpisani pod rezolucją to przede wszystkim deputowani Parlamentu Europejskiego zrzeszeni we frakcji Zjednoczona Lewica Europejska – Nordycka Zielona Lewica.

Imigracja nie zatopiła Szwecji

Wbrew wcześniejszym obawom niedzielne wybory parlamentarne w Szwecji nie przyniosły zwycięstwa skrajnej prawicy. Trudno jednak mówić o powodach do zadowolenia. Z wynikiem zbliżonym do 18 proc., neofaszystowscy Szwedzcy Demokraci utrzymali mocną trzecią pozycję. Taki, a nie inny wynik powinien zachęcić lewicę do odważniejszego kształtowania polityki imigracyjnej.

 

Szwecja dobrze sobie poradziła z kryzysem ekonomicznym, który w 2008 r. zatrząsł całym światem. Co prawda, nie obyło się bez drobnych perturbacji, nie zdarzyło się jednak nic, co by mogło zagrozić stabilności gospodarczej państwa. Obecnie stopa bezrobocia spadła poniżej 6 proc., osiągając tym samym najniższy poziom od dziesięciu lat. Od dłuższego też czasu Szwecja notuje stały wzrost gospodarczy. Inaczej zatem niż u większości państw o rozbudowanym systemie świadczeń socjalnych, w tym przypadku udało się zapobiec drastycznym cięciom. W różnorodnych rankingach najlepszych miejsc do życia Szwecja nieprzerwanie zajmuje czołowe miejsca. Miarą pozycji tego skandynawskiego państwa jest fakt, że nawet w USA jego rozwiązania w opiece zdrowotnej czy systemie emerytalnym zdobywają coraz więcej zwolenników wśród tamtejszych czołowych polityków.

Co zatem sprawiło, że niedzielna wygrana socjaldemokratów została przyjęta jako cudowna ucieczka spod topora? Przecież mówimy o państwie, gdzie lewica sprawowała rządy niemal nieprzerwanie przez ponad pół wieku, z łatwością przekraczając pułap 30 proc. nawet wówczas, kiedy to prawica przejmowała rządy. Odpowiedź jest prosta: imigracja. Według badań opinii publicznej przeprowadzonych w przededniu kampanii wyborczej, to właśnie sprawa imigracji i imigrantów została uznana przez Szwedów za priorytet dla nowego rządu. Dla porównania, zaledwie 3 proc. za najważniejsze do rozwiązania uważało problemy na rynku pracy.

Szwecja należy do tych państw, które – podobnie jak Niemcy – najszerzej otworzyły swoje granice przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu w 2015 r. Według oficjalnych danych, w kulminacyjnym punkcie tzw. kryzysu uchodźczego w Europie, wnioski o azyl złożyło w Szwecji niemal 163 tys. osób. Szybko prasa zaczęła donosić o niewydolnym systemie, o obcokrajowcach koczujących na ulicach, o drenowaniu publicznej kasy… Po początkowym optymizmie nie było ani śladu. W rozmowie z Katarzyną Tubylewicz, opublikowanej w książce „Moraliści”, ceniony dziennikarz Claes Arvidsson, przyznał, że „konieczne jest zapewnienie wydolności systemu przyjmowania uchodźców. W Szwecji jest bezwarunkowo mnóstwo dobrej woli i dobrych intencji. Jednocześnie po wielkiej fali migracyjnej Szwecja znajduje się w sytuacji, w której trzeba coś zmienić, żeby to działało”.

„Byliśmy naiwni” – to z kolei słowa premiera Stefana Löfvena, który w ten sposób podsumował politykę imigracyjną swojego rządu z 2015 r. Reagując na wzmagające się niezadowolenie społeczne, koalicja socjaldemokratów i Zielonych zaostrzyła prawo imigracyjne. W rezultacie, w 2016 r. szwedzką granicę przekroczyło ok. 30 tys. uchodźców, a rok później jeszcze mniej. Zapowiedzi dalszych restrykcji zapewne odegrały kluczową rolę w wygraniu przez lewicę niedzielnych wyborów.

Błędem byłoby jednak obwiniać wyłącznie uchodźców za rosnącą niechęć Szwedów do obcokrajowców. Jeśli ponad 200 tys. przybyszów z Bliskiego Wschodu wywołało obawy o integralność państwa, to co dopiero powiedzieć o tysiącach imigrantów z Europy Środkowej i Wschodniej, w tym także z Polski, którzy przyjechali do Szwecji po 2004 r.? Rok przed rozszerzeniem Unii Europejskiej, imigracja do Szwecji zamykała się poniżej 64 tys. Natomiast w 2006 r. zbliżyła się już do 96 tys., zaś trzy lata później przekroczyła poziom stu tysięcy. W 2016 r., a więc w roku, kiedy zezwolono na przyjazd mniej niż 30 tys. uchodźców, Szwecja przyjęła ponad 163 tys. imigrantów ekonomicznych. Ogólną liczbę imigrantów z Europy Południowej i Wschodniej szacuje się obecnie na ok. 400 tys., w tym ponad 90 tys. Polaków.

Od 2004 r. populacja Szwecji z 9 mln wzrosła do 10 mln. Oznacza to przyrost o ponad 10 proc. w ciągu zaledwie 14 lat! W najnowszej historii podobne tempo osiągnęły jedynie Stany Zjednoczone na początku XX w., kiedy każdego roku do portu w Nowym Jorku przybywało niemal milion imigrantów. To, co jeszcze łączy oba te kraje, to nacisk na integrację przybyszów. USA udało się uniknąć większych napięć etnicznych i ekonomicznych głównie dzięki wprzęgnięciu rzesz imigrantów do przemysłu. Chociaż w wielu przypadkach oznaczało to dosłownie niewolniczą pracę, to pozwoliło zespolić nowo przybyłych z amerykańskim systemem gospodarczym, politycznym i społecznym. W tym samym czasie rozpoczęto szeroko zakrojone akcje „amerykanizacji”, czyli nauki języka, historii i kultury Stanów Zjednoczonych. Znowu, często akcje te sprowadzały się do brutalnego przecinania więzów łączących imigrantów z ich ojczyzną. Zarazem jednak oferowały perspektywy awansu i równoprawnego uczestnictwa w życiu społecznym.

Sądząc po zapowiedziach, w podobnym kierunku zmierza obecnie Szwecja pod rządami socjaldemokratów i Zielonych. Już zapowiedziano zmianę prawa, aby uchodźcy jak najszybciej mogli podjąć pracę – nawet poniżej minimalnej płacy. Ponadto, coraz głośniej mówi się o potrzebie aktywnego uczestnictwa państwowych instytucji w życiu społeczności imigranckich. Innymi słowy, Szwecja nie będzie przymykała oczu na przykład na łamanie praw kobiet i dzieci nawet w imię poszanowania odmiennej kultury. Jeśli szwedzkiej lewicy uda się włączyć nowo przybyłych nie tylko w rynek pracy, ale przede wszystkim w życie społeczne i polityczne państwa, przywróci optymizm społeczeństwu, a skrajną prawicę pozbawi jej głównego oręża. W skali Europy udowodni zaś, że zohydzony multikulturalizm całkiem dobrze się sprawdza.

Co z tej szwedzkiej nauki płynie dla polskiej lewicy? Przede wszystkim to, że zamiast nieśmiało protestować przeciwko nacjonalistycznej i rasistowskiej postawie prawicy, trzeba samemu aktywnie włączyć się w kształtowanie rodzimej polityki imigracyjnej. A ta w zasadzie nie istnieje. Z jednej bowiem strony rząd PiS-u odmawia przyjęcia nawet jednego uchodźcy, łechcąc ksenofobiczne nastroje swojego twardego elektoratu. Z drugiej rozdaje zezwolenia na pracę dla setek tysięcy imigrantów zza wschodniej granicy, z zamiarem pozbycia się ich przy gorszej koniunkturze. Chociaż więc PiS tak chętnie krytykuje politykę imigracyjną Niemiec czy Francji, powiela dokładnie ich błędy sprzed kilkudziesięciu lat.

Imigracja wymaga od państwa aktywnej polityki. Podczas gdy skrajna prawica daje upust swoim rasistowskim fobiom zamykając granice i budując mury, zaś umiarkowana prawica patrzy na obcokrajowców przez pryzmat popytu i podaży, do lewicy należy wypracowanie kompleksowego podejścia, uwzględniającego oczekiwania nie tylko państwa przyjmującego, ale i samych imigrantów. Musi przy tym pamiętać, że nie da się tego osiągnąć bez zagwarantowania równych praw, bez względu na pochodzenie, kolor skóry czy wyznanie. Im szybciej lewica aktywnie zaangażuje się w kształtowanie polityki imigracyjnej, tym lepiej nie tylko dla niej samej, ale przede wszystkim lepiej dla całego państwa.

W szwajcarskim zegarku

Czy pieniądze są wystarczającym wyjaśnieniem przyczyn, dla których w środku burzliwej Europy mogło uchować się i nadal uchowuje coś takiego jak Szwajcaria?

 

Kraj bez hałaśliwych polityków, bez wielkiej własnej – poza wyjątkami – kultury artystycznej i intelektualnej, kraj bez głośnych geniuszy, pobrzękujący dzwoneczkami na szyjach słodkich, brązowych krówek (te stanowczo dominują) pasących się na malowniczych, zielonych wzgórzach.

 

Tam…

Na lotnisku w Bazylei, od usłyszanej zza pleców Polki mieszkającej w Szwajcarii, która wylatywała na wakacje do rodziny w Polsce, do Radomia konkretnie, usłyszałem, że „w Szwajcarii wszystkie miejsca są piękne, a w Polsce tylko niektóre”. Ujutny kraj, czyściutki jak holenderska gospodyni, miasto Luzern (Lucerna) słodziutke jak miód i jak liczne tu sklepy z czekoladą. Chociaż już słynne miasto bankierów, Zürich, przywitało mnie zaśmieconym butelkami i innymi opakowaniami placykiem wokół pomnika jakiegoś szwajcarskiego herosa, w samym centrum. Zdarza się.

 

Sama słodycz

Jednak nie dla krówek-słodziaków z dzwoneczkami u szyj, jak z czekolady „Milka” (z alpejskiego mleka) tu przybyłem, choć jest to tutaj poetyka wszechobecna. W takim Muzeum Czekolady w Caille, historię tej słodyczy opowiada w słuchawce do wypożyczenia, słodkim głosikiem (także po polsku) taka właśnie krówka. Opowiada jak jej mleczko posłużyło do produkcji czekolady. Brzuchem mojego puszystego, chwilowego sąsiada przy zwiedzaniu targały, gdy słuchał tej opowieści, wstrząsy i konwulsje śmiechu. Mnie się to udzieliło, bo przypomniało mi się Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym też można dostać konwulsji, tyle że z najzupełniej przeciwnego powodu. Podobnie rozkoszny jest nastrój w pokazowej serowarni Gruyère. Co kraj, to muzealny obyczaj. Najzabawniejszy był, pokazany w formie teatrzyku kukiełkowego, najkrótszy kurs historii świata (coś między jedną a dwiema minutami), włącznie ze zburzeniem Bastylii, historii oczywiście ściśle spojonej z historią sera Gruyère. Dla Szwajcarów historia świata, to historia sera, dla Polaków – to historia ich niedocenionego tysiącletniego męczeństwa i ich niezachwianej wiary w niebo, co najmniej równie szczęśliwe jak Szwajcaria. Każdy, na inny sposób, potrafi, jeśli chce, zrobić ze swojego kraju pępek świata. Oni z sera i czekolady, my z męczeństwa.

 

U Lenina, Tella, Jana Jakuba i u innych w odwiedzinach

Po słodziutkiej Luzernie, Zűrich wydał mi się nieco szarawy i szorstki, mniej ujutny. Sławna Banhofstrasse po kalwińsku surowa. Tu nie prezentuje się bogactwa na obciachową modłę „nowych ruskich” czy części celebrytów polskich. Tu bankierzy przemykają niezauważeni i nie odróżniają się od woźnych trybunału. 1100 (słownie: tysiąca stu) fontann nie da się zwiedzić, ale za to idę pod kamienicę przy Spiegelgasse bodaj 12 (jest tablica), w której przez rok (1915-1916) mieszkał Włodzimierz Iljicz Lenin. Aleksander Sołżenicyn napisał niewielką opowieść polityczną „Lenin w Zürichu”. Pokazał w niej Lenina jako polityka piekielnie inteligentnego, przebiegłego, energicznego, bezwzględnego, trochę samotnika i odludka, ale za to poważnego, wybitnego taktyka, zwłaszcza na komicznym tle szwajcarskich socjaldemokratów, dobrze odżywionych, jowialnych i hałaśliwie trawiących czas w piwiarniach. Lenin wolał filiżankę kawy i lekturę szwajcarskich oraz niemieckich gazet na tarasie kawiarni. Wyglądał jak miejscowy mieszczuch w paltocie i meloniku. Obok „kamienicy Lenina”, inna kamienica, z tablicą upamiętniającą Georga Büchnera, romantycznego poetę i dramaturga, a i biologa jednocześnie, który tu napisał wielki dramat polityczny „Śmierć Dantona” i który jest pochowany na jednym z pobliskich wzgórz. Ciekawe sąsiedztwo. Obok, na wystawie sklepiku z tzw. „niepotrzebnymi rzeczami” kryształowe popiersie Lenina pomalowane na jaskrawe kolory. Popkultura wszystko wchłania i przemiela na swoją modłę. Kilkadziesiąt metrów stąd, przy tej samej Spiegelgasse, po przeciwnej stronie uliczki, słynna „Cafe Voltaire”, gdzie narodził się futuryzm. Po drodze z miasta bankierów do Belinzony różne cudowności, kościoły, barokowa biblioteka w opactwie St Gallen ze spoglądającymi na odwiedzających mumiami egipskimi. No i wzburzone Wodospady Renu. Gdzieś w tej okolicy zbrodniarz, profesor Moriarty zrzucił w przepaść Sherlocka Holmesa, ale w odpowiedzi na naleganie czytelników, Arthur Conan Doyle go wskrzesił. Hotelik pod Zűrichem w jakiejś wioseczce u podnóża gór. Otoczenie jakby, wypisz wymaluj, wzięte z opowiadania „Kraksa” Friedricha Dürrenmatta. Szeregi domków wiejskich z obejściami zalatującymi nawozem naturalnym, słoma, drewutnie, narzędzia rolnicze., na uliczce ani żywego ducha. Na końcu wioski kościół z wieżą, zamknięty na cztery spusty, jak stara stodoła. Mogę się poczuć jak bohater opowiadania, Alfredo Traps poszukujący we wsi noclegu. Potrzeba tylko gościnnej, sutej kolacji u emerytowanych: Sędziego, Prokuratora, Adwokata i Kata. Oskarżą, pobronią, osądzą i powieszą. Przypomina mi się też wybitna tragifarsa Maxa Frischa (drugi obok Dürrenmatta wielki dramaturg szwajcarski), „Biedermann i podpalacze”, której akcja rozgrywa się – jakby, umownie, bez użycia nazwy – w Zürichu, prorocza prefiguracja czasów terroryzmu. Oba te teksty doczekały się w tym samym 1965 roku dwóch kapitalnych realizacji w Teatrze Telewizji, pierwsza w reżyserii Konrada Swinarskiego, druga – Erwina Axera. Obie w doborowych obsadach. Lepiej by to „Kura” puścił w swojej TVP, zamiast produkować badziewiaste przedstawienia z aktorami „dobrej zmiany”. Dwie noce i dwa dni w Asconie, nieopodal Locarno. To nie jest włoskojęzyczna Szwajcaria, to po prostu Italia w każdym calu, tyle że jakby trochę spokojniejsza, dużo czystsza i z minimum imigrantów. Bulwar wzdłuż jeziora Maggiore przypomina trochę Niceę. W eleganckim Locarno przychodzi mi na pamięć dziecięca lektura „tygrysa” pod tytułem „Kulisy Locarno”, o tajemnym porozumieniu z 1925 roku, które okazało się proroczą chmurą nad losem Polski. Widoki z pociągu „Glacier Express” przypominają mi „Tartarena w Alpach” Alfonsa Daudet, jedną z ksiąg „Tartarena z Taraskonu”, choć szczytów Jungfrau, Rigi-Kulm i Mont Blanc stąd nie widać. Nie tak daleko stąd jest Gstaad, gdzie we własnym domu, w domowym areszcie został w 2009 roku zamknięty Roman Polański. W Szwajcarii mieszka też od dziesięcioleci Alain Delon, kolekcjoner zegarków szwajcarskich, który kilka lat temu pozbył się tej kolekcji. Muzea zegarków nie otwierają tam swoich podwojów jak czekoladziarnie i serowarnie. Może trudniej byłoby zorganizować dla mas zwiedzających sprzedaż wiązaną. Czekoladę czy serek każdy kupi, ale kosztowny zegarek, tak na poczekaniu? Natomiast reklamy firm „Patek” (założyciel imieniem Filip był polskim imigrantem po powstaniu listopadowym), „Omega” czy „Tissot” wszechobecne. Berno, administracyjna stolica państwa, nazywane kiedyś „miastem szpiegów”, centrum wywiadowcze Europy jak kiedyś Berlin Zachodni, nie wiem czy to jeszcze aktualne, jest najmniej efektownym z dużych miast szwajcarskich, trochę nijakim w stylu. Pamiętam o tym, że mieszkał tu ciekawy eseista, Jerzy Stempowski (1893-1969), „Hostowiec”, „nieśpieszny przechodzień”, powinowaty Marii Dąbrowskiej, autor słynnych „Esejów dla Kassandry” i „Od Berdyczowa do Rzymu”. W 1931 roku opublikował pamflet na Piłsudskiego, „Pan Jowialski i jego spadkobiercy”. Nocleg na przedmieściach francuskiej, alzackiej Miluzy, tym razem nie w żadnym ze stylowych hotelików, lecz w hotelu robotniczym, z chybotliwą windą i brudnawym pokojem. Ta część miasta, w promieniu kilometra od hotelu totalnie rozkopana w celach remontowych. Za to, jak na ironię, widok sprzed hoteliku – jak na landszafcie: odległy szczyt Mont Blanc i rogal księżyca na firmamencie.

 

Bohater, który nie istniał

Co ciekawe, to we francuskiej Miluzie, a nie w Szwajcarii natykam się na figurę Wilhelma Tella, mitologicznego (nie wiadomo czy istniał) bohatera narodowego Szwajcarii, umiejscowioną na jakiejś kamieniczce. Tell miał wspólnego z Polakami – tyle że dużo późniejszymi – wroga, Austriaka, habsburskiego ciemiężyciela, który nakazał mu trafić strzałą w jabłko postawione na głowie syna. Doskonały łucznik Tell (doskonały tak, jak doskonały był nasz pan Michał Wołodyjowski w robieniu szabelką) dokonał tego, a przestrzelone jabłko nawet nie spadło, ale i tak nacierpiał się prześladowań ze strony austriackiego starosty Gesslera. Najpiękniej ujął tę historię Friedrich Schiller w dramacie „Wilhelm Tell”. Szczęśliwy kraj ta Szwajcaria. Jej najodważniejszy i właściwie jedyny bohater, prawdopodobnie w ogóle nie istniał, a Szwajcaria trwa już około 900 lat w bogactwie i spokoju. My w Polsce samych prawdziwych bohaterów, którzy oddali życie za ojczyznę mamy więcej niż owoców i warzyw w lata klęski urodzaju. Co najmniej 20 tysięcy w samej Warszawie w samym tylko sierpniu 1944. Kudy Szwajcarom do nas. Na koniec będzie jeszcze barani skok w głąb Alzacji, do Colmar.

 

Pedagogiczny kraj Jana Jakuba

Natomiast Genewa nad Jeziorem Genewskim to też miasto bankierów (stąd pochodził Jacques Necker, ojciec madame de Staël, który miał uratować finanse Francji Ludwika XVI, ale nie udało mu się i nie zapobiegł rewolucji 14 Lipca 1789), ale i Jean Jacquesa Rousseau, którego pomnik, jako z niechęcią odwróconego plecami do miasta, tu stoi, dość skryty pod drzewami. O Szwajcarii napisał on sporo w swojej słynnej „Nowej Heloizie” i wspominał w „Wyznaniach”. Jego „Umowa społeczna” i pedagogiczny traktat „Emil” w połączeniu z postacią sławnego pedagoga Pestalozziego (pomnik w Bazylei) przypominają, że Szwajcaria to bardzo pedagogiczny kraj. Jest tu w nastroju coś belferskiego. Nawet najważniejsza powieść XIX-wiecznej literatury szwajcarskiej, „Zielony Henryk” Gotfryda Kellera, będącego w tym kraju, z grubsza biorąc, odpowiednikiem Bolesława Prusa, określana bywa jako „bildungsroman”, powieść o formowaniu, powieść pedagogiczna.

 

Frankenstein, Charlie i Polak co potrafił

W pobliskim Vevey pomniczek ( w skali 1:1) Charliego Chaplina, który tu zmarł (1977) i którego trumnę po śmierci wykradł dla okupu pewien Polak z Bułgarem pospołu. Polak potrafi. Jak widać Bułgar też. Na dziedzińcu eleganckiego hotelu, w którym zmarł Henryk Sienkiewicz, jego pomnik. Twórca Trylogii spogląda na pobliskie stoliki restauracyjne jak jedzą zamożni turyści. Na bulwarze pomnik (?) monstrum doktora Frankensteina, bo postać tę Mary Shelley wymyśliła właśnie tu i też tu napisała słynną powieść. Bardziej to jednak pomnik postaci zagranej w przedwojennych horrorach („Frankenstein” i „Powrót Frankensteina”) przez Borysa Karloffa. Niedaleko stąd miejsce, gdzie był pożar, który „Deep Purple” uwiecznili w słynnym utworze „Smoke on the water”. Niestety nie udało się zahaczyć ani o miasteczko Bourdy nad Jeziorem Genewskim, w którym urodził się Jean Paul Marat, ani o Neuchatel nad jeziorem o tej samej nazwie, gdzie Balzac spotkał się po raz pierwszy z panią Hańską. Z kolei specjalnością Bazylei nie są ani sery, ani czekolada, ani banki, lecz kultura i sztuka. W powieści „Dzwony Bazylei” Louis Aragon opisał scenę, w której wódz francuskich socjalistów Jean Jaurés przemawia w 1912 roku w tutejszej katedrze i to za aprobatą miejscowego biskupa. „Kiedyś to były inkse casy” – jak mówił pewien gazda do gazdy. Kolekcja obrazów tutejszym Kunstmuseum imponująca (największa w świecie kolekcja Holbeinów), ale daleko jej do bogactwa Luwru, British Museum w Londynie, galerii rzymskich i florenckich czy Nowego Jorku. Zadziwia mnie tylko jakby bardzo nonszalancka ochrona zbiorów. A może to tylko pozór?

 

.., i z powrotem

Wiele widziałem, dużo więcej niż tu opisałem, ale wróciłem ze Szwajcarii i nadal jest ona jednym z trzech krajów Europy (obok Norwegii i Danii), z którego nie znam ani jednego nazwiska polityka, ani z przeszłości ani z teraźniejszości. Potrafiłbym nawet wymienić nazwiska kilku polityków z położonej na zachodnim krańcu Europy Portugalii, a także ze Szwecji. Ze Szwajcarii – nie. Szczęśliwy, nudny kraj. Nie to, co Ojczyzna nasza, Polska. A poza tym podobno jeśli można się wylegitymować kontem wysokości miliona euro/dolarów można tam otrzymać rezydenturę. Pewien Duńczyk zapytany po powrocie z Polski o wrażenia, miał powiedzieć, że czuje się, jakby wrócił do zacisznego biura ze zwariowanego placu zabaw dzieci cierpiących na ADHD. Ja podobnie, tylko z przeciwnym kierunkiem.

Przez serca do żołądków

Dawno nie słyszeliśmy tak zgodnych opinii wyrażanych przez prominentnych polityków Zachodu i Chin. Tak było podczas spotkania prezydenta Xi Jinpinga z przewodniczącym Rady Europejskiej – Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, dyrektorem generalnym UNESCO Audrey Azoulay i Jim Young Kimem – prezesem Banku Światowego.

 

„Obecnie możemy obserwować odradzającą się tendencję do izolacji oraz unilateralizmu”, – powiedziała dyrektor generalna UNESCO, Audrey Azoulay. „Międzynarodowa społeczność powinna odznaczać się otwartością, powinna także wspierać multilateralizm oraz popierać dialog, co jest ważnym elementem globalnego zarządzania” – dodała Azoulay.

Jim Yong Kim podziękował Chinom za długotrwałe wspieranie Banku Światowego, zwłaszcza programu zwiększenia kapitału banku i reform tej instytucji. Skrytykował tendencje protekcjonistyczne obecne dzisiaj w polityce prezydenta USA Donalda Trumpa.

A przewodniczący Donald Tusk kolejny raz jeszcze przypomniał, że sprzeciwianie się unilateralizmowi, protekcjonalizmowi oraz utrudnianiu handlu jest wolą dzisiejszego świata. Jego głos zgodny był z deklaracjami przywódców licznych państw, zwłaszcza Japonii i Kanady.

Okazuje się, że amerykański hegemonizm handlowy zjednoczył przeciwko prezydentowi Trumpowi wszystkich światowych liderów gospodarczych i liczne instytucje symbolizujące liberalny Zachód. Być może protekcjonistyczna polityka administracji Trumpa przyniesie gospodarce amerykańskiej korzyści, ale mogą okazać się krótkoterminowe.

Jej negatywnym dla gospodarki USA efektem będą nowe, globalne koalicje gospodarcze oparte na zasadzie „win-win”, czyli każdy partner odnosi w nich interesujące go zyski. Czasem niewysokie, ale sprzyjające innym korzyściom. Koalicje omijające USA.

Kosztem ubocznym wojen celnych prezydenta Trumpa z Chinami, Unią Europejską i wieloma innymi partnerami może być też pogorszony wizerunek USA na arenie międzynarodowej. Widoczna już niechęć wielu światowych instytucji do współpracy z administracją Trumpa może przenieść się na inne amerykańskie instytucje, co pogorszy globalną pozycję USA.

„Ludzkie serca są największą siłą polityczną”, powiedział kiedyś prezydent Xi. Co przypomniał podczas spotkania prezes Kim. Proponując aby współpraca globalnych liderów opierała się na fundamencie „serca”, czyli takich wartości jak wolny handel multilateralizm i stały dialog przy zachowaniu regionalnych specyfik i odrębności.

Taka współpraca i wzajemny szacunek stworzą podstawy do wielu zysków dla wszystkich partnerów. Każdy kompromis gospodarczy lepszy jest od wojny.

 

Przy pisaniu tego artykułu autorka korzystała z publikacji „People’s Daily” – „Rénmín Rìbào”.

Dorobek Polski Ludowej sam się obroni

Z prof. Pawłem Bożykiem, przewodniczącym Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. E. Gierka rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Andrzej Ziemski: Panie Profesorze. Był Pan jednym z najbliższych współpracowników Edwarda Gierka do roku 1980. To już duży odstęp czasowy. Młode pokolenie, urodzone i wychowane później z niedowierzaniem słuchają opowieści o czasach Polski Ludowej. Porozmawiajmy o faktach tamtego okresu i współczesnych mitach.

Prof Paweł Bożyk: Pierwszy, bezpośredni kontakt z Edwardem Gierkiem miałem w grudniu 1971 roku. Poprosił mnie na rozmowę, poszukiwał młodego człowieka pasjonującego się gospodarką światową, a na tym tle gospodarką polską. Z polityką i partią nie miałem dotąd nic wspólnego. Po uszy zaangażowany byłem za to w studiowanie przykładów udanego rozwoju gospodarczego, a na tym tle w poszukiwanie źródeł sukcesu gospodarczego na Wschodzie i Zachodzie. Byłem już wtedy autorem kilku książek i wielu artykułów publikowanych zarówno w prasie fachowej jak też codziennej.
Gierek zdziwił się bardzo, gdy mnie zobaczył, wyglądałem na młodzieńca, większego niż byłem w rzeczywistości. Czy podoba się wam moja polityka gospodarcza, zapytał. W części mi się podoba, w części niestety, nie. Po tej odpowiedzi zniknął powitalny uśmiech z twarzy Gierka, a on sam jakby nieco zesztywniał, ale po chwili wrócił do poprzedniego wyglądu. No dobrze, rzekł, potrzebuję człowieka młodego, ale przekornego.
Po pięciogodzinnej rozmowie wyłożył zasady naszej przyszłej współpracy i tak już zostało do końca, na całe dziesięć lat.
W latach 60-tych niewiele mówiono w Europie o Polsce, bądź przedstawiano życie w naszym kraju wręcz w szarych barwach. Polska dla Europy zachodniej była jednym z państw za „żelazną kurtyną”, co oznaczało brak swobód demokratycznych, inwigilację życia obywateli przez tajne służby i niski poziom życia ludności.
Mieszkając przez wiele miesięcy w Genewie i podróżując często po Szwajcarii i Francji byłem uczulony na propagandę zachodnią; gdy w telewizorze pojawiał się drabiniasty wóz chłopski ciągnięty przez chuderlawego konia wiedziałem, że audycja będzie o Polsce. Potwierdzały to stojące przy drodze chłopskie chałupy kryte słomą.
Obraz ten nie był zachętą do współpracy z Polską zachodniego kapitału. W latach sześćdziesiątych niewiele się zresztą zmieniło w tym względzie w stosunku do poprzedniej dekady. Polska inwestowała w wielkie huty, fabryki przemysłu ciężkiego, kopalnie, elektrownie, ale codzienność tkwiła wciąż korzeniami w tym, co było w przeszłości.
Trzeba to jak najszybciej zmienić – powiedział do mnie Gierek. Do Was należeć będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić.

 

Istotą reform ekipy Edwarda Gierka po roku 1970 była kompleksowa modernizacja kraju, dogonienie uciekającej do przodu cywilizacji zachodniej. Na ile to się udało w różnych obszarach: społecznym, gospodarczym, kulturowym. Jaka była pozycja Polski pod koniec lat siedemdziesiątych na tle innych krajów?

Różnice w poziomie rozwoju gospodarki zachodnioeuropejskiej i gospodarki polskiej były następstwem oddziaływania na nie różnych czynników i to w długim okresie. Przecież jeszcze przed drugą wojną światową Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Holandia należały do grupy krajów o wiele bardziej rozwiniętych gospodarczo niż Polska. Wiele z nich eksploatowało kolonie w Azji, Afryce, na Bliskim i Dalekim wschodzie, w Australii czerpiąc z tego tytułu nie byle jakie korzyści. Wydajność pracy w Europie zachodniej przewyższała polski poziom wielokrotnie.
Stan polskiej gospodarki w okresie międzywojennym nie był przecież skutkiem złej pracy Polaków; przykład Centralnego Okręgu Przemysłowego pokazał, że możemy pracować niemniej wydajnie niż Niemcy czy Francuzi. Podstawową przyczyną różnic w wydajności pracy między Polską a Europą zachodnią był zdekapitalizowany aparat produkcyjny. W znacznej części został on rozgrabiony przez okupantów bądź zniszczony w trakcie działań wojennych. W Polsce pozostawiono fabryki niekompletne, których nie można było uruchomić, bo brakowało części do maszyn bądź całych maszyn, nie było energii elektrycznej, brakowało fachowców bądź ich poziom był byle jaki. Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych trwały bratobójcze walki między różnymi frakcjami politycznymi.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych do głosu doszli reformatorzy systemowi, którzy zaczęli transformować gospodarkę na system rosyjski, a wszystko to nie mogło odbywać się bez strat. Tempo rozwoju gospodarki było znacznie poniżej potrzeb kraju, zwłaszcza, że Polska zdana była wyłącznie na siebie. Zachód był za „żelazna kurtyną”, a Wschód sam wyciągał rękę po polski węgiel i polską żywność.
Rewolucja społeczna, jaką polski rząd zaaplikował narodowi nie zadowalała nikogo. Ludzie żyli byle jak nie mając nadziei na rychłą poprawę. Cieszono się budową Nowej Huty, oddawaniem do użytku kolejnych pieców hutniczych, jakby to mogło poprawić warunki życia w polskich miastach i na polskich wsiach.
Gierek wszystko to wiedział, niedawno wrócił z Francji, gdzie też się „nie przelewało”, ale sytuacja była nieporównanie lepsza niż w Polsce. Stąd zawołanie Gierka do Polaków: „pomożecie”, i odpowiedź „pomożemy”. Co należało interpretować: „pracujcie, nie strajkujcie, bo tylko w ten sposób wspólnie zbudujemy nową Polskę”. I pracowali…
W sumie w latach siedemdziesiątych wybudowano łącznie 557 przedsiębiorstw, w tym 71 fabryk domów, 10 fabryk mebli, 18 zakładów mięsnych, 14 chłodni, 7 fabryk samochodów (bądź ich części), 5 cementowni, 5 kopalni węgla kamiennego, 8 elektrowni, 8 elektrociepłowni, 7 hut żelaza i metali nieżelaznych, 16 fabryk odzieżowych…
Ponadto w latach 70-tych zelektryfikowano 2 tys. km linii kolejowych, 10 tys. km dróg uzyskało twardą nawierzchnię, zbudowano prawie w całości polską energetykę, w tym linie przesyłowe energii elektrycznej. Oddano do użytku 2,6 mln nowych mieszkań; pod koniec lat 70-tych budowano rocznie prawie 300 tyś nowych mieszkań. Stworzono 3 mln nowych miejsc pracy. W efekcie nikt z młodych ludzi, którzy po ukończeniu 18 roku życia wchodzili w wiek produkcyjny nie pozostał bez pracy.
Oczywiście nie byłoby takich wyników w gospodarce, gdyby nie było kredytów udzielonych przez Zachód Polsce, przede wszystkim na import do Polski, który w latach siedemdziesiątych zaczął szybciej wzrastać niż eksport z Polski na Zachód. Kupowano na Zachodzie całe fabryki gotowe do produkcji poszukiwanych na polskim rynku wyrobów przemysłowych. Importowano też zespoły maszyn i pojedyncze maszyny, a także inny sprzęt inwestycyjny. Importowi temu towarzyszyły zakupy materiałów i elementów kooperacyjnych, a ponadto gotowych towarów konsumpcyjnych pochodzenie przemysłowego i rolnego.
Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej pojawiły się w polskiej gospodarce nowoczesne automaty i roboty, a także komputery i inne urządzenia reprezentujące przodujący poziom światowy. Na rynku konsumpcyjnym w Polsce znalazły się zachodnie samochody, sprzęt gospodarstwa domowego, elektronika, a także kosmetyki, artykuły higieniczne, obuwie, odzież i szereg innych towarów. W sklepach na stałe pojawiły się cytrusy, coca-cola, dżinsy i inne towary masowej konsumpcji.
W latach siedemdziesiątych wyprodukowano w Polsce ponad milion sztuk samochodów „Fiat 126p”. Był to efekt współpracy licencyjnej i kooperacyjnej Polski z Włochami.
W sumie Polska kupiła w tym czasie na Zachodzie ponad 450 licencji. Większość z nich została wdrożona do produkcji, część kupiono tylko po to, by w oparciu o nie mogły powstać polskie konstrukcje. Przykładem są obrabiarki sterowane numerycznie, eksportowane w latach siedemdziesiątych do kilkudziesięciu krajów rozwiniętych gospodarczo, w tym także do Stanów Zjednoczonych i Japonii. Część licencji nie wdrożono do praktyki, kupiono je tylko po to, by mogły zapoznać się z postępem technicznym liczne rzesze polskich inżynierów i techników, studentów politechnik i uczniów średnich szkół zawodowych w celu podniesienia poziomu ich wiedzy. Jest to metoda, z której korzysta wiele krajów rozwiniętych gospodarczo, zwłaszcza Japonia.
Zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło na koniec 1980 roku 23,0 mld dolarów, jego część (3,4 mld dol.) musiała być spłacona w ciągu paru miesięcy. Były to bowiem kredyty krótkookresowe. Do spłaty w latach 80-tych pozostało więc około 20 mld dol. Według obliczeń Europejskiej Komisji Gospodarczej stanowiło to 9,8% ówczesnego dochodu narodowego. Dziś zadłużenie Polski przekroczyło 400 mld dol. stanowiąc około 60% PKB.
W latach 70-tych Polska zdecydowanie zmniejszyła różnice dzielące ją w zakresie poziomu rozwoju gospodarczego w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych. Nie zlikwidowała, rzecz jasna, tych różnic w stosunku do Zachodu. Na to potrzeba jeszcze wielu lat.

 

Czy sądzi Pan, że to co się stało w roku 1980 i później mogło się nie wydarzyć. Czy możliwy był inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku? Dziś wiele osób w Polsce uważa, że transformacja dokonana po roku 1990 była dla Polski zabójcza i sprowadziła nas do rangi półkolonii.

Moim zdaniem, nie był możliwy inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku, jeżeli tak, to tylko gorszy. System centralnego planowania i zarządzania „przeszczepiony” do Polski pod koniec lat czterdziestych z Rosji nie sprawdzał się od samego początku.
Polacy, z natury są narodem zdolnym i pracowitym, ale zanarchizowanym, nie tolerują decyzji autokratycznych, szukają możliwości obchodzenia tych decyzji.
Przyzwoleniem politycznym do takiego postępowania były wydarzenia „polskiego października” 1956 roku. W ich trakcie Gomułka trochę zreflektował się i usiłował je przygasić, ale było już za późno. Iskra padła na przyjazne podłoże wzniecając coraz większe i coraz liczniejsze ogniska antysystemowe.
Sygnały o tym rozchodziły się w trzech kierunkach. Najgroźniejszy dla systemu był establishment, od członków najwyższego kierownictwa politycznego – począwszy, a na szeregowych członkach partii skończywszy. Nie miał on charakteru jawnego, ale szkodził systemowi.
Informacje o takim myśleniu szybko przeniknęły do środowiska, które po latach przyjęło nazwę KOR (Komitet Obrony Robotników). Było ono dobrze poinformowane o niejawnych rozmowach na szczytach władzy.
Trzecim wreszcie kierunkiem dyskusji antysystemowych była zagranica, głównie amerykańskie środowisko sowietologiczne. Z opóźnieniem przystąpiło ono do wspólnoty antysystemowej w Polsce, ale w późniejszym czasie odegrało ważną rolę w procesie przemian w Polsce.
W roku 1980 było już w Polsce za późno na inny scenariusz. Wydarzenia roku 1989 pukały już do drzwi, Sekuła i Wilczek pod wodzą Rakowskiego przygotowywali się do liberalnej ekspansji. Do ich rozpoczęcia namawiała jawnie wizytująca Polskę kilkakrotnie Margaret Thatcher i inni zachodni politycy. Do Polski „płynęły” masowo urządzenia drukarskie i dolary amerykańskie. Nikt się z tym już nie krył. Nieudany stan wojenny tylko rozzuchwalił oponentów systemowych.
Jak wg wskaźników oficjalnych m.in. GUS okres 45-lecia Polski Ludowej wpisuje się w obchodzoną w tym roku z dużym zadęciem 100-letnią rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 roku? Może porównajmy okresy II RP, Polskę Ludową i prawie 30 lat RP. Czy 100 lat Polski bez 45 lat Polski Ludowej ma szansę zaistnieć w świadomości historycznej Polaków w dalszej perspektywie?
Na pytanie to odpowiadam zdecydowanie negatywnie. Przecież połowa nowych mieszkań powstała w PRL-u. Tylko w latach 70-tych wybudowano ich 2,6 mln. III-RP ma mało znaczący udział w tym budownictwie. Jej dorobek to należące do kapitału zagranicznego biurowce, głównie tzw. „drapacze chmur”. Cały Służewiec w Warszawie, to takie budownictwo.
Oczywiście doraźne skutki nachalnej propagandy kwestionujące wszystko co powstało przed 1990 rokiem, nie pozostają bez wpływu na świadomość Polaków, ale to szybko minie; niestety byt kształtuje świadomość.
A polski przemysł? W większości są to filie korporacji transnarodowych, budowane według zasady: dziś „tu”, jutro „tam”.

 

Przewodzi Pan Ruchowi Odrodzenia Gospodarczego, który wziął sobie za cel obronę dorobku i tradycji Polski Ludowej. To chyba dziś bardzo trudne, wręcz utopijne zadanie. Niektórzy zastanawiają się czy PRL warto bronić. Inni uważają, że jej dorobek broni się sam.

Uważam, że dorobku Polski Ludowej nie trzeba bronić, on z pewnością sam się obroni. Codziennie spotykam swoich byłych studentów, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby któryś z nich skarżył się na jakość zdobytego wykształcenia, a są ich dziesiątki tysięcy. A gdzie zdobyli wykształcenie sędziowie i adwokaci, profesorowie i lekarze, nauczyciele i inżynierowie.
Proponuję, by zamknąć dyskusję nad dorobkiem PRL – gwarantuję, że równocześnie zamilkną jego krytycy.

 

Czy dzisiejszy pejzaż polskiej lewicy jest, Pana zdaniem, odzwierciedleniem rzeczywistych podziałów społecznych. Czy ktoś wyraźnie ma swoją nadreprezentację, a jakiegoś środowiska, czy grupy społecznej tutaj się nie zauważa. Czy lewica ma szansę się obronić i uzasadnić swoją potrzebę istnienia?

Moim zdaniem, lewica nie odzwierciedla dziś rzeczywistych podziałów społecznych. Wśród ludzi lewicy nie ma robotników i młodzieży.
Bycie robotnikiem, nie jest powodem do dumy; robotnicy stanowią zdecydowany margines we wszystkich partiach, podobnie zresztą, jak młodzież. Dlaczego?
Uważam, że partie mają obecnie charakter głównie mieszczański: dobrze ubrać się, zabawić się, wypić, smacznie zjeść. A ideologia? To nie dla młodych.
Uważam, że lepiej jest na zachodzie Europy. Tam biedny człowiek łatwiej spotka się ze zrozumieniem i pomocą ze strony młodych.

Pszczoły kontra „Polityka”

Tygodnik „Polityka” wyśmiał alarm wszczęty w „Gazecie Wyborczej” przez aktywistkę Greenpeace.  Tylko że zarzucając „Gazecie” kłamstwo, sam wprowadza w błąd.

 

W wielkim skrócie: ekolodzy załamali ręce nad pozwoleniem, które wydał świeżo wybrany minister rolnictwa na używanie przez 3 najbliższe miesiące toksycznych pestycydów do obsiewania pól rzepaku. Chodzi o neonikotynoidy – upośledzające układ nerwowy pszczół, wnikające do gleby i wód, szkodliwe tak, że już nawet Komisja Europejska po raz drugi podjęła się zakazu ich używania poza uprawami szklarniowymi. Jan Krzysztof Ardanowski wycwanił się: zarządzenie KE wejdzie w życie dopiero na jesieni, do tego czasu – hulaj dusza! Ekolodzy uderzyli na alarm: przez najbliższe miesiące Ministerstwo Rolnictwa będzie patrzyło na bezkarne trucie ludzi i owadów.
Marcin Rotkiewicz z „Polityki” w swoim tekście „Pszczelego armagedonu nie będzie” przekonuje w sześciu punktach, że media panikują, „Gazeta Wyborcza” dała się nabrać, a Greenpeace to świry, które niepotrzebnie straszą ludzi. Wywodzi m.in., że w Unii stosuje się o wiele bardziej toksyczne środki, a światowa populacja pszczół wciąż rośnie. Zarzuca ekoaktywistom nierzetelność, sam jednak nie przedstawia kontrtez obalających tezy pierwotne, krąży w istocie wokół tematu.
„Ciekawi mnie też bardzo, dlaczego aktywistki Greenpeace nie niepokoją np. ŚOR stosowane również w tzw. rolnictwie ekologicznym, którą to metodę upraw Greenpeace ogromnie wspiera i propaguje. Na liście substancji dopuszczonych do używania przez rolników ekologicznych znajduje się bowiem m.in. miedzian (substancja czynna: tlenochlorek miedzi)” – pisze na przykład. „ Część wyników eksperymentów wskazywało na negatywny wpływ, ale były one wykonywane w warunkach laboratoryjnych, gdzie pszczoły poddawano działaniu bardzo wysokich dawek pestycydów nieodzwierciedlających rzeczywistych warunków”.
Generalnie istnieją również badania, podważające skuteczność szczepionek. Istnieją, bo musiały powstać, by ich przeciwnicy mogli machać nimi przed nosem ludzkości. Również nie stanowią one dziś żadnego dowodu – no chyba że chodzi o udowodnienie, że wszystkiego można dziś dowieść za pomocą odpowiedniej motywacji, odpowiedniego sprzętu, w odpowiednim oświetleniu.
Ciekawym smaczkiem wydaje się fakt, że „Polityka” zilustrowała swój demaskatorski tekst zdjęciem osy zamiast pszczoły.
Nie wiem, jakie wykształcenie kierunkowe posiada red. Rotkiewicz. Wiem jedno: ze mnie żaden biolog. Ale potrafię czytać ze zrozumieniem. I tak sobie czytam i czytam rzesze merytorycznych komentarzy pod tekstem „Polityki”:
„A opinia europejskiej agencji EFSA czy zespołu naukowców zajmujących się owadami, którzy pisali Strategie ochrony Zapylaczy to już nie jest naukowe podejście?”;
„Skoro jest tak dobrze i pestycydy nie szkodzą owadom zapylającym, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego ubywa owadów w Europie? I nie, nie chodzi mi tylko o pszczoły miodne, bo te hoduje człowiek i łatwo może wyhodować więcej rojów. Chodzi o dzikie owady, których ubywa w strasznym tempie. Ale nie, trujmy dalej, bo musimy… W tym artykule widzę, że dokładnie ta sama argumentacja dotyczy GMO, pestycydów, oleju palmowego… Jako oczywiste przyjmuje się założenie, że obecny poziom produkcji rolnej jest konieczny. I że w związku z tym nadal musimy mieć wielkie monokultury, sztucznie nawożone i opryskiwane pestycydami, musimy wycinać lasy deszczowe… A wystarczyłoby zmniejszyć liczbę hodowanych zwierząt, żeby można było obyć się bez wielu pól uprawnych i bez tylu pestycydów w rolnictwie”;
„Sama badałam neonikotynoidy – p. Rotkiewicz nawet się nie zająknął o możliwych interakcjach z innymi pestycydami, czy też czynnikami środowiskowymi jak np. temperatura (której wzrost może dramatycznie wzmagać ich toksyczność).
Zapomniał też napisać, że są bezpieczne pestycydy – te oparte o metody biologiczne, czyli bio-pestycydy, takie jak owadobójcze grzyby, nicienie, wirusy, drapieżne roztocza, cała gama mikroorganizmów.
Polecam chociażby pobieżne przeglądnięcie NSOOZ – łącznie ze składem Rady Naukowej (której jestem dumną członkinią) oraz Rady Społecznej”.
Można by tu oczywiście przywołać kilka polskich nazwisk i znaleźć opinie roznoszące artykuł „Polityki”, obawiam się jednak, że reakcja może być podobna jak w przypadku innych teorii spiskowych (lekarz X mówi, że szczepionki pomagają, bo chodzi na pasku koncernu; profesor Y mówi, że Obama nie jest Raptilinaninem bo zależy mu na utrzymaniu wpływów Jaszczurów pochodzenia żydowskiego). Opinie polskich badaczy nie stanowią tu żadnej wyroczni.
Specjaliści, opiniujący zarządzenie dla KE wypowiedzieli się w temacie jednoznacznie. A należy przypomnieć, że Unia jest niezwykle pobłażliwa w stosunku do chemicznego lobby (przykładem choćby historia z glifosatem i Bayerem). Jeśli więc mielibyśmy zarzucać Europie stronniczość, to raczej w drugą stronę. Jeżeli neonikotynoidów zakazuje, to z pewnością musiała wyczerpać już argumenty.
Odnoszę jednak wrażenie, że w rzeczonym tekście bardziej niż o pszczoły, chodzi o dokopanie konkurencyjnej redakcji. „Polityka” od kilku lat zalicza merytoryczny zjazd w dół bez trzymanki do poziomu tabloidowego „Daily Mail”.

W oczekiwaniu na przesilenie

Partie opozycyjne atakują PiS, a notowania rządzących są nadal bardzo wysokie.

 

PiS demoluje Konstytucję, ale jego popularność, w społeczeństwie kochającym wolność (?) nie spada. Czy kiedyś spadnie? Raczej nie liczyłbym na to, że obywatele teraz, gremialnie zaprotestują przeciwko takim praktykom. Dostali oni pokaźny zastrzyk socjalu do ręki, obietnice rozliczenia jakichś złodziei – polityków i że w końcu nikt nie będzie kradł. I to na razie wystarcza. Są także dalsze obietnice dobrych zmian. Żołnierze i młodsza kadra oficerska nie kochali Macierewicza za to, że obiecał im nowe karabinki, ale ze to, że dostali pokaźne podwyżki pensji. Gdybym kazał wybrać przeciętnemu Polakowi co woli: 500+ czy niezależność sądów i tylko albo jedno, albo drugie, z pewnością wybierze 500+. Wolność sądów wybierze garstka obywateli. Gdyby było inaczej notowania PiS leciałyby na łeb, na szyję.
Jednak dobra zmiana nie dotarła do wszystkich. Burzą się setki tysięcy pracowników administracji, gdzie od lat nie było podwyżek. Urzędnik średniego szczebla zarabia najwyżej 3 tys. brutto. Ich PiS-owscy nadzorcy mają się zdecydowanie lepiej. Urzędnicy rozproszeni są w tysiącach urzędów w całym kraju i trudno im zespołowo upomnieć się o swoje prawa. Na dobrą zmianę czekają nauczyciele, pielęgniarki i inni pracownicy służby zdrowia. Na podwyżki czekają policjanci i inne służby mundurowe. Okazuje się, że najwyższe zarobki są w firmach z kapitałem zagranicznym. Te wysokie zarobki skutkują także wyższymi wpływami z podatków do budżetu. Jednak rząd wskazuje na te firmy jako wyzyskiwaczy i złodziei. Święte one nie są, ale kłamstwo ma swoje granice. Patrząc na marne pensje pracowników administracji i służb państwowych można powiedzieć, że nasze państwo jest bardzo biedne. Rząd natomiast twierdzi, że budżet jest w stanie doskonałym, ale nie jest z gumy. To taki oksymoron premiera Morawieckiego.
Kiedy wreszcie milionom oszukanych pracowników, zależnym od państwa, puszczą nerwy i dogadają się obrońcami sądów, PiS znajdzie się w opałach. Działalność partii opozycyjnych będzie miała znaczenie drugorzędne. Pierwszorzędne znaczenie ma zawartość kieszeni. Tak było, jest i będzie. Nie jesteśmy przy tym żadnym wyjątkiem wśród europejskich nacji. Po drugiej stronie oczekujących na dobrą zmianę jest śmietanka PiS-u, która obsiadła spółki skarbu państwa i pławi się w milionach. To oni, dzisiaj, w imieniu klasy pracującej, są głównymi konsumentami wysiłku ludu pracującego. W polityce żartuje się, że Pan Bóg jest życzliwy dla władzy dopóki się na niej nie pozna. Podobnie rzecz ma się z wyborcami. Na PiS-ie jeszcze się nie poznali. Ale to wszystko kwestia czasu. Platformie Obywatelskiej ufali przez osiem lat i w końcu przestali.

Plan M

Trwa szczyt Unii Europejskiej poświęcony w głównej mierze problemom migracji.

 

W ostatnich dniach czerwca szefowie państw Unii Europejskiej spotykają się w Brukseli podczas kolejnego szczytu Rady Europejskiej. Jak zapisano w agendzie, pierwszym i najważniejszym tematem będzie „wewnętrzny i zewnętrzny wymiar polityki migracyjnej”. Nie ma jednak pewności, że szczyt zakończy się konkretnymi decyzjami. Unia w sprawie migrantów jest podzielona jak nigdy dotąd.
W ostatni weekend w Brukseli odbył się nieformalny szczyt szefów państw UE, zwany mini-szczytem. W zamyśle organizatorów miał przygotować stanowiska, które byłyby przyjęte podczas trwającego obecnie szczytu. Zakończył się fiaskiem. W mini-szczycie uczestniczyło jedynie 16 państw członkowskich UE (Polski też nie było). Nie uzgodniono wspólnych wniosków w sprawie migrantów.

 

Walizki imigrantów

Europa powoli zapomina o 175-kilometrowym płocie zbudowanym przez Orbana na granicy węgiersko-serbskiej. I o słowach premier Szydło, deklarującej, że w ramach unijnej solidarności Polska nie przyjmie żadnego imigranta. W ostatnim czasie najczęściej komentuje się stanowisko rządu Włoch.
Matteo Salvini, włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych nie ukrywa, że celem nowego rządu Włoch jest odesłanie do krajów pochodzenia półmilionowej rzeszy nielegalnych imigrantów. „Nie możemy sobie pozwolić na to, aby utrzymywać dalej setki tysięcy ludzi we Włoszech” – powiedział Salvini. „Muszą pakować walizki…” – dodał.
Na początku czerwca Salvini odmówił zgody na wpłynięcie do włoskiego portu statku z ponad 600 imigrantami, których na wodach libijskich uratowała załoga statku „Aquarius” należącego do organizacji humanitarnej SOS Méditerranée. Włosi zaproponowali, by migrantami zajęła się maleńka Malta. Ta również odmówiła.
Ostatecznie imigrantów przyjęła Hiszpania. Decyzję o przyjęciu kolejnych 629 przyjezdnych z Afryki ogłosił premier Hiszpanii Pedro Sánchez. Notabene, lider socjaldemokratycznej partii PSOE (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza).

 

Z Austrii do Afryki

Przeciwni pomocy imigrantom: Orban na Węgrzech i Kaczyński w Polsce mają więc grono nowych sprzymierzeńców. I to nie tylko we Włoszech. Również kanclerz Austrii, Sebastian Kurz wspomina o zamiarze zawracania migrantów z powrotem do Afryki. A także, co znamienne, minister spraw wewnętrznych w koalicyjnym rządzie Angeli Merkel. Horst Seehofer zagroził, że: „jeśli do czasu szczytu UE (28-29 czerwca) nie będzie żadnego rozporządzenia, zlecę rozpoczęcie zawracania (imigrantów) na granicy”. I to bez oglądania się na zgodę kanclerz Merkel.
Tymczasem Viktor Orban poszedł krok dalej. Po nowelizacji kodeksu karnego, kara roku więzienia grozi każdemu, kto zdecyduje się na pomoc nielegalnym imigrantom. Zaś darowizny na rzecz uchodźców zostały obłożone 25 proc. podatkiem. Przeznaczonym na utrzymanie płotu na południu Węgier.
Karane mogą być też osoby pomagające migrantom w ramach organizacji humanitarnych. Takich, jak załoga wspomnianego już statku „Aquarius”. Można wyobrazić sobie sytuację, w której po przypłynięciu statku z wyłowionymi z morza imigrantami do portu węgierskiego, cała załoga trafiłaby do więzienia. Dobrze się składa, że Węgry nie leżą nad morzem.

 

Droga do Europy

Znamienne, że wzrostowi nastrojów antyimigranckich w Europie wcale nie towarzyszy zwiększona fala migracji. Napływ imigrantów miał swój szczyt w październiku 2015 roku. Wówczas w ciągu tylko jednego miesiąca do Europy przybyło prawie ćwierć miliona osób. Głównie z Bliskiego Wschodu, za sprawą wojny w Syrii.
W kolejnych miesiącach i latach liczba migrantów systematycznie malała. Od mniej więcej roku ilość przybyszów plasuje się na podobnym poziomie kilku tysięcy osób miesięcznie. Przykładowo, w maju 2018 roku było to 6041 osób. Gdyby teoretycznie przyjąć symetryczną alokację imigrantów na terenie całej Unii Europejskiej, do miasta wielkości Wrocławia trafiałoby miesięcznie 8 mieszkańców Afryki lub Azji. Dla porównania, szacuje się, że we Wrocławiu mieszka i pracuje ponad 60 tysięcy przyjezdnych z Ukrainy.
Gwoli ścisłości trzeba przyznać, że jednym z czynników, który wpłynął na zahamowanie napływu setek tysięcy imigrantów drogą lądową był węgierski płot. Potwierdziła to ostatnio nawet kanclerz Angela Merkel. Cóż, płoty i mury tak mają. Zatrzymują ludzi. Niezależnie od tego, gdzie się je stawia. Na Węgrzech. W Berlinie. Czy w Chinach. Ale węgierski przykład nie może oznaczać zachęty do powrotu współczesnego świata do budowania „murów obronnych”. Oddzielających bogatych od biednych.

 

Dzieci z Dworca Brześć

Jakie najważniejsze zasady polityki migracyjnej powinny być bliskie polskiej socjaldemokracji? Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym. Czy można nie reagować na widok łodzi wypełnionej afrykańskimi kobietami. Afrykańskimi dziećmi. Afrykańskimi wyrostkami – również. Zachować się jak włoski wicepremier Salvini? Powiedzieć: „to nie ja – to kolega”.
Identycznie zachowują się politycy rządzącego w Polsce PiS-u. Do brzegów Bałtyku nie przybijają co prawda łodzie i pontony z Afryki. Ale na dworcu kolejowym w Brześciu przez wiele miesięcy koczowały czeczeńskie rodziny próbujące dostać się do Polski. Niektórzy są tam do dzisiaj. Marina Hulia, kiedyś nauczycielka rosyjskiego, zorganizowała nawet szkołę dla czeczeńskich dzieci mieszkających na dworcu.
Urzędujący zaledwie od czterech tygodni socjaldemokratyczny premier Hiszpanii Pedro Sánchez dał dobry przykład coraz bardziej antyimigranckiej Europie. Przyjmując imigrantów z „Aquariusa”. Mimo, że w samym tylko roku 2017 do Hiszpanii dotarło drogą morską ponad 22 tysiące nowych imigrantów.
Ale oprócz doraźnej pomocy, najważniejsze dla Europy są rozwiązania systemowe.

 

Platformy regionalne

Ilość nielegalnych przekroczeń granic UE systematycznie spada. Jak podaje Frontex, Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku odnotowano o 46 proc. mniej przypadków nielegalnego przekraczania granic Unii niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mimo tego przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk proponuje kontrowersyjne rozwiązanie. Mające radykalnie ograniczyć liczbę imigrantów napływających do Europy.
O projekcie napisała kilka dni temu Wirtualna Polska. Miałyby powstać tak zwane regionalne platformy wysiadkowe. Zlokalizowane poza granicami Unii, głównie w Afryce Północnej. Trafialiby tam migranci z łodzi i statków, takich jak „Aquarius”. Na miejscu byłaby możliwość oceny, którzy z migrantów jest uchodźcą z terenów objętych wojną lub prześladowanym w swoim kraju. I wymaga pomocy ze strony Unii Europejskiej. A kto jest jedynie emigrantem ekonomicznym.
Zdaniem komentatorów, pomysł zgłoszony przez Tuska jest mocno niedopracowany i budzi wiele wątpliwości. Najpewniej nie dostanie jednoznacznego „zielonego światła” ze strony uczestników szczytu. Myślę, że słusznie. Byłoby to w jakimś stopniu to samo, co zrobił włoski wicepremier. To nie ja – to kolega. W Afryce. Można dodać sarkastycznie, że w Polsce temat „regionalnych platform wysiadkowych” już przerabialiśmy. Na dworcu w Brześciu…
Tak przy okazji. Pomysł „platform” nie jest propozycją nową. Już dwa lata temu o takim rozwiązaniu problemów migracyjnych mówił Viktor Orban.

 

Chwiejna równowaga

Czy można oczekiwać, że obecny szczyt Rady Europejskiej wprowadzi istotne zmiany w polityce migracyjnej Unii? Raczej nie. Prasa cytowała niedawną wypowiedź Donalda Tuska, dotyczącą perspektyw rozwiązania kryzysu migracyjnego w Europie. Przewodniczący Rady Europejskiej mówił o konieczności wykonania „dodatkowej pracy, by znaleźć równowagę miedzy solidarnością a odpowiedzialnością”…

 

Plan M

Gdzie jest polska lewica? Część polityków niechętnie zabiera głos. Jak mi powiedział w przypływie szczerości jeden z ważnych działaczy lewicy, on też jest zdania, że: „za dużo tych »ciapatych« w Europie”. To nie tak kolego! Lewica powinna mieć jasne i ugruntowane stanowisko w sprawie migrantów. Zupełnie odmienne od zacytowanego powyżej.
Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym – już o tym pisałem. Pomoc nie może być elementem politycznej kalkulacji i bieżących nastrojów społecznych. Jasne, że nie wszyscy przybysze pragnący mieszkać w Polsce, muszą automatycznie uzyskiwać azyl lub prawo pobytu. Ale pozostawianie ludzi bez pomocy na morzu lub na dworcu kolejowym jest działaniem okrutnym.
Po drugie: budowanie klimatu przychylności dla przyjezdnych, zwłaszcza z odmiennych kręgów kulturowych i religijnych. Poczynając od języka, w którym słowo „ciapaty” nie ma prawa bytu nawet w zaciszu domowym. Świat XXI wieku jest skazany na multikulturowość. To oczywisty skutek łatwości przemieszczania się oraz komunikacji zdalnej. Widać to szczególnie wyraźnie w największych skupiskach ludności na wszystkich kontynentach. Nawet Warszawa powoli staje się miastem wielu kultur.
Po trzecie: akceptacja dla zagranicznych pracowników. W Polsce przez kilka kolejnych dekad będzie dramatycznie brakowało rąk do pracy, nawet kilku milionów pracowników. Napływ Ukraińców to dopiero początek wielkiej fali. Twierdzenie, że imigranci z krajów arabskich i z Afryki to „nieroby” i „prymitywy” jest rasizmem w najczystszej postaci. A to, że wśród nich co drugi jest terrorystą – kłamstwem.
Nie oglądając się na to, co uradzą w Brukseli, zacznijmy od tych trzech spraw.

 

Afryka Afryka

I najważniejsze. Dzisiejszy dramat wielu milionów ludzi zamieszkujących Afrykę w dużej mierze jest pokłosiem działań Europejczyków w ubiegłych stuleciach. Dzisiaj nie ma kolonii w Afryce. Ale to działania Wielkiej Brytanii, Francji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Belgii, Holandii, a nawet Danii – ich podboje kolonialne – są praprzyczyną dzisiejszych kłopotów Czarnego Lądu. Dlatego mieszkańcom Afryki – setkom tysięcy emigrantów i uciekinierów – Europa po prostu musi spłacić dług za dziesięciolecia niewoli i poniżania rdzennych mieszkańców Afryki.
Polska nigdy nie miała kolonii. Ale w imię solidarności, też powinna przyłączyć się do spłaty europejskiego długu.

Wspomnienia ze współczesności

W szaleńczo zmieniającym się współczesnym świecie łacińska sentencja Nihil novi sub sole, czyli nic nowego pod słońcem,  tylko z pozoru wydaje się anachronizmem.

 

W roku obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości warto przypomnieć zapomnianą postać wybitnego polskiego intelektualisty, działacza niepodległościowego i socjalisty, członka m. in. w Związku Zagranicznym Socjalistów Polskich – Kazimierza Kelles-Krauza. Nie miejsce tu na jego obszerną biografię, w której znalazła by się konspiracyjna działalność z lat młodzieńczych, publicystyka w socjalistycznych krajowych i zagranicznych tytułach, studia i praca naukowa na ważnych europejskich uczelniach, wreszcie głoszony pogląd, że tylko robotnicy mają interes w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, bowiem wszystkie pozostałe klasy mogą być przekupione przez zaborców. W naukach społecznych, jako że opierał się na myśli marksistowskiej, jest obecnie pomijany, acz jego dorobek nie ma nic z ortodoksji, a sformułowane „prawo retrospekcji przewrotowej” wpisało się na stałe do rozważań myśli filozoficznej i socjologicznej.

 

Te ideały

Mówi ono – w największym skrócie – „Ideały, którymi wszelki ruch reformacyjny pragnie zastąpić istniejące normy społeczne, podobne są zawsze do norm z bardziej lub mniej oddalonej przeszłości”. Wspominam osobę i myśl Kelles-Krauza z uwagi na minioną rocznicę jego śmierci (zmarł mając 34 lata), również ze względu na poważne ubytki wiedzy, powszechne dziś lekceważenie bądź w niepamięć odrzucanie przeszłości, która wpływa na dzisiejszość i nadal kształtować będzie przyszłość.
Przykładów we wszystkich sferach naszego życia co nie miara.

 

Konflikt pomiędzy

spełnieniem uczuć łączących zakochanych, a obowiązującymi zwyczajami, normami prawa oraz innymi barierami jest znanym od wieków motywem literackim. Nabiera szczególnego znaczenia gdy dotyka współczesności, a w jeszcze większym stopniu, kiedy zderza się z wrogimi nam dekretami, nakazami, rozporządzeniami i ukazami o charakterze politycznym. Na takim właśnie tle wydarzeń minionej zimnej wojny z połowy lat 50. ubiegłego wieku zbudowany jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”. W pamięci mam zapisany podobny temat, przedstawiany z nadzwyczaj wielkim powodzeniem na ówczesnych radzieckich scenach teatralnych w minionych latach 70. „Warszawska melodia” Leonida Zorina z 1967 roku opisuje historię miłości Rosjanina i Polki studiującej w moskiewskim konserwatorium, której uwieńczeniem nie stanie się wymarzony ślub, bowiem w 1947 roku Stalin zabronił swoim obywatelom małżeństw z cudzoziemcami. Zakochani spotykają się w życiu jeszcze nie raz, ale finał ich znajomości wyznaczył dyktator. Dla ówczesnej radzieckiej widowni był ten spektakl, w ramach trwającej politycznej odwilży, pierwszym teatralnym przekazem prawdy o ludzkim losie naznaczonym niedawną polityką, ale w polskich realiach „Warszawska melodia” wielkiej kariery nie zrobiła, bowiem byliśmy o wiele bogatsi w wiedzę o daleko bardziej idących, porażających skutkach stalinizmu. Dość przypomnieć, że na początku lat 60. „Polityka” w masowym nakładzie drukowała w odcinkach łagierne opowiadanie Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.
Nie zmienia to oczywiście, oddalonych w czasie, acz powtarzających się jak mantra, dramatów Zuli i Wiktora oraz Heli i Witi, a także Wiery i Michała z „Małej Moskwy”.

 

Wracając do współczesności,

to Tomasz Lis widzi ją, jako koniec pewnego świata wartości i zasad. „Zastępuje go świat, w którym najważniejsze są interesy i siła. W pierwszym świecie relacje były regulowane przez porozumienia i kompromisy. W tym drugim określa je dominacja silniejszego”, a amerykański prezydent nie jest już liderem wolnego świata (Newsweek z 18.06.2018). Ta sentencja wprawia w głębokie zaniepokojenie, bowiem potwierdza, że Pan Redaktor wygłaszając bajkowe czyli propagandowe slogany, nie tylko mija się z prawdą ale nadto objawia podstawowy brak wiedzy historycznej i politologicznej.
Niestety, jak świat światem, zawsze tak bywało, że najważniejsze były w polityce rozliczne interesy, których osiągniecie zapewniała na ogół siła (oczywiście, że nie tylko zbrojna), zaś porozumienia i kompromisy wynikały z czasowej równowagi mocy przeciwników, bądź braku pewności zwycięstwa w ewentualnym konflikcie. Dobra wola, szacunek dla słabszego i inne takie to albo banialuki, albo marzenia do których być może nie wiedzie, nas na to oczekujących, żadna droga.
Pojęcie „wolny świat” zrodzone w okresie rywalizacji dwóch supermocarstw było niestety ówczesnym fake newsem, gdyż w tym wolnym świecie wiele milionów nie cieszyło się wcale wolnością, będąc pod dominacją USA i innych zachodnich mocarstw. Równie daleko było też do wolnego świata krajom obozu socjalistycznego. Dziś przytaczanie tego pojęcia odnawia podział na dobrych i złych, w miejsce uznania i akceptacji inności, oraz afirmację doktryny o niesieniu demokracji, często zresztą militarnymi środkami.

 

Ameryka najpierw

Trump poprzez hasło „America First” wcale nie odżegnał się od udziału w światowej polityce, potwierdza jedynie w praktyce nadrzędny wpływ na nią Stanów Zjednoczonych innym, niż poprzednicy, postępowaniem i dyplomatycznymi grami, ale w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Wyniki szczytu G-7 tak komentuje Lis: „Zamiast racji stanu – stan infantylizmu równie znaczący co kartka papieru, którą wymachiwał po powrocie z Monachium premier Chamberlain, zapewniając, że właśnie zapewnił światu pokój. Kartka Chamberlaina symbolizowała appeasement. Kartka ze szczytu – koniec pewnego świata.” Porównanie tamtego wydarzenia ze współczesnym stanem stosunków międzynarodowych jest nieadekwatne, bowiem tzw. „koniec pewnego świata” nie wróży przecież kolejnego globalnego konfliktu. Obecnie, poza żądnym kolejnych zamówień kompleksem przemysłowo-militarnym, wojskowymi marzącymi o awansach i orderach, politykami przykrywającymi straszeniem obywateli swoje błędy, a także armią propagandzistów z tego żyjących, nic realnie nie wskazuje na groźbę nowej światowej wojny
Autor omaszcza swoje dywagacje bliskimi wszystkim kibicom rozważaniami o piłkarskich mistrzostwach świata: „Rosja nie odegra zapewne wielkiej roli… Na piłkarskich mistrzostwach mamy szansę na całkiem dobre miejsce.” Aktualne wyniki to wyjście Rosjan z grupy i totalna klęska Polaków. Takie to są udane prognozy Pana Redaktora dotyczące i polityki, i sportu.

 

Przejść do ataku

proponuje w tym samym wydaniu Newsweeka Cezary Michalski, bo „Jeśli liberałowie nie potrafią podjąć odważnych politycznych decyzji zrobią to za nich wrogowie. Jeśli skapitulują przed prawicą i przed lewicowym populizmem, to walkowerem oddadzą polityczną scenę.” „Lewicowy populizm” powtarza się w tekście kilkukrotnie co świadczy albo o nierozróżnianiu pojęć „populizm” i „polityka prospołeczna”, które znaczą przecież coś zupełnie innego tak w swoich celach i osiąganych efektach, albo też stanowi dezawuowanie lewicowego programu, co równie dobrze mógłby autor zastąpić np. „postkomunistyczną lewicą”. Ale nie, bo zapewne dotyczyć ma to także, w intencji Michalskiego, programów Barbary Nowackiej i partii Razem.
Wyrażane apele pod adresem liberałów też budzą zdziwienie, bo mieli, abstrahując pod jakimi szyldami partyjnymi występowali, wiele szans i lat na to, aby podejmować odważne decyzje, z których, jak się okazało, wykluł się PiS w znanym nam powszechnie wydaniu.

 

Zaniki pamięci

Te zaniki pamięci z nie tak odległych czasów są drobiazgiem w porównaniu do zakończenia artykułu: „Tylko najszersze liberalne centrum [czytaj Platforma Obywatelska – Z.T.] – sięgające od Michała Kazimierza Ujazdowskiego na konserwatywnym skrzydle, aż po Danutę Hubner, Dariusza Rosatiego czy Bartosza Arłukowicza na skrzydle socjalliberalnym – ma szansę uratować demokrację w Polsce. Polskie mieszczaństwo, polska klasa średnia, czekają na wyrazisty język swoich reprezentantów i na ich odważne decyzje.”
Okazuje się więc, że linia programowa pisma zmierza skutecznie w kierunku przedziwnych wyobrażeń i przypowieści, przy których miesięcznik „Wróżka” jest wiarygodnym tytułem.

 

Wspomnienia i doświadczenia

z nieodległej przeszłości: okrucieństwo żołnierzy wyklętych mordujących sąsiadów na małopolskiej wsi, szanse nauki i wyższego wykształcenia jaki dał nowy ustrój chłopskiemu synowi, wreszcie oświatowa działalność i przychylna ludziom wiceprezydentura, nie zapominając o pasji ważnego działacza związku piłkarskiego, zawarły się w godnej, mądrej, wspaniałej postaci Jana Nowaka. W ten miniony, gorący emocjami Mundialu i nadspodziewanie wysoką temperaturą dzień, żegnaliśmy Janka (żył 90 lat) – jednego z nas ludzi lewicy – na krakowskim cmentarzu.