Przez serca do żołądków

Dawno nie słyszeliśmy tak zgodnych opinii wyrażanych przez prominentnych polityków Zachodu i Chin. Tak było podczas spotkania prezydenta Xi Jinpinga z przewodniczącym Rady Europejskiej – Donaldem Tuskiem, przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean-Claudem Junckerem, dyrektorem generalnym UNESCO Audrey Azoulay i Jim Young Kimem – prezesem Banku Światowego.

 

„Obecnie możemy obserwować odradzającą się tendencję do izolacji oraz unilateralizmu”, – powiedziała dyrektor generalna UNESCO, Audrey Azoulay. „Międzynarodowa społeczność powinna odznaczać się otwartością, powinna także wspierać multilateralizm oraz popierać dialog, co jest ważnym elementem globalnego zarządzania” – dodała Azoulay.

Jim Yong Kim podziękował Chinom za długotrwałe wspieranie Banku Światowego, zwłaszcza programu zwiększenia kapitału banku i reform tej instytucji. Skrytykował tendencje protekcjonistyczne obecne dzisiaj w polityce prezydenta USA Donalda Trumpa.

A przewodniczący Donald Tusk kolejny raz jeszcze przypomniał, że sprzeciwianie się unilateralizmowi, protekcjonalizmowi oraz utrudnianiu handlu jest wolą dzisiejszego świata. Jego głos zgodny był z deklaracjami przywódców licznych państw, zwłaszcza Japonii i Kanady.

Okazuje się, że amerykański hegemonizm handlowy zjednoczył przeciwko prezydentowi Trumpowi wszystkich światowych liderów gospodarczych i liczne instytucje symbolizujące liberalny Zachód. Być może protekcjonistyczna polityka administracji Trumpa przyniesie gospodarce amerykańskiej korzyści, ale mogą okazać się krótkoterminowe.

Jej negatywnym dla gospodarki USA efektem będą nowe, globalne koalicje gospodarcze oparte na zasadzie „win-win”, czyli każdy partner odnosi w nich interesujące go zyski. Czasem niewysokie, ale sprzyjające innym korzyściom. Koalicje omijające USA.

Kosztem ubocznym wojen celnych prezydenta Trumpa z Chinami, Unią Europejską i wieloma innymi partnerami może być też pogorszony wizerunek USA na arenie międzynarodowej. Widoczna już niechęć wielu światowych instytucji do współpracy z administracją Trumpa może przenieść się na inne amerykańskie instytucje, co pogorszy globalną pozycję USA.

„Ludzkie serca są największą siłą polityczną”, powiedział kiedyś prezydent Xi. Co przypomniał podczas spotkania prezes Kim. Proponując aby współpraca globalnych liderów opierała się na fundamencie „serca”, czyli takich wartości jak wolny handel multilateralizm i stały dialog przy zachowaniu regionalnych specyfik i odrębności.

Taka współpraca i wzajemny szacunek stworzą podstawy do wielu zysków dla wszystkich partnerów. Każdy kompromis gospodarczy lepszy jest od wojny.

 

Przy pisaniu tego artykułu autorka korzystała z publikacji „People’s Daily” – „Rénmín Rìbào”.

Dorobek Polski Ludowej sam się obroni

Z prof. Pawłem Bożykiem, przewodniczącym Ruchu Odrodzenia Gospodarczego im. E. Gierka rozmawia Andrzej Ziemski.

 

Andrzej Ziemski: Panie Profesorze. Był Pan jednym z najbliższych współpracowników Edwarda Gierka do roku 1980. To już duży odstęp czasowy. Młode pokolenie, urodzone i wychowane później z niedowierzaniem słuchają opowieści o czasach Polski Ludowej. Porozmawiajmy o faktach tamtego okresu i współczesnych mitach.

Prof Paweł Bożyk: Pierwszy, bezpośredni kontakt z Edwardem Gierkiem miałem w grudniu 1971 roku. Poprosił mnie na rozmowę, poszukiwał młodego człowieka pasjonującego się gospodarką światową, a na tym tle gospodarką polską. Z polityką i partią nie miałem dotąd nic wspólnego. Po uszy zaangażowany byłem za to w studiowanie przykładów udanego rozwoju gospodarczego, a na tym tle w poszukiwanie źródeł sukcesu gospodarczego na Wschodzie i Zachodzie. Byłem już wtedy autorem kilku książek i wielu artykułów publikowanych zarówno w prasie fachowej jak też codziennej.
Gierek zdziwił się bardzo, gdy mnie zobaczył, wyglądałem na młodzieńca, większego niż byłem w rzeczywistości. Czy podoba się wam moja polityka gospodarcza, zapytał. W części mi się podoba, w części niestety, nie. Po tej odpowiedzi zniknął powitalny uśmiech z twarzy Gierka, a on sam jakby nieco zesztywniał, ale po chwili wrócił do poprzedniego wyglądu. No dobrze, rzekł, potrzebuję człowieka młodego, ale przekornego.
Po pięciogodzinnej rozmowie wyłożył zasady naszej przyszłej współpracy i tak już zostało do końca, na całe dziesięć lat.
W latach 60-tych niewiele mówiono w Europie o Polsce, bądź przedstawiano życie w naszym kraju wręcz w szarych barwach. Polska dla Europy zachodniej była jednym z państw za „żelazną kurtyną”, co oznaczało brak swobód demokratycznych, inwigilację życia obywateli przez tajne służby i niski poziom życia ludności.
Mieszkając przez wiele miesięcy w Genewie i podróżując często po Szwajcarii i Francji byłem uczulony na propagandę zachodnią; gdy w telewizorze pojawiał się drabiniasty wóz chłopski ciągnięty przez chuderlawego konia wiedziałem, że audycja będzie o Polsce. Potwierdzały to stojące przy drodze chłopskie chałupy kryte słomą.
Obraz ten nie był zachętą do współpracy z Polską zachodniego kapitału. W latach sześćdziesiątych niewiele się zresztą zmieniło w tym względzie w stosunku do poprzedniej dekady. Polska inwestowała w wielkie huty, fabryki przemysłu ciężkiego, kopalnie, elektrownie, ale codzienność tkwiła wciąż korzeniami w tym, co było w przeszłości.
Trzeba to jak najszybciej zmienić – powiedział do mnie Gierek. Do Was należeć będzie znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak to zrobić.

 

Istotą reform ekipy Edwarda Gierka po roku 1970 była kompleksowa modernizacja kraju, dogonienie uciekającej do przodu cywilizacji zachodniej. Na ile to się udało w różnych obszarach: społecznym, gospodarczym, kulturowym. Jaka była pozycja Polski pod koniec lat siedemdziesiątych na tle innych krajów?

Różnice w poziomie rozwoju gospodarki zachodnioeuropejskiej i gospodarki polskiej były następstwem oddziaływania na nie różnych czynników i to w długim okresie. Przecież jeszcze przed drugą wojną światową Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Belgia, Holandia należały do grupy krajów o wiele bardziej rozwiniętych gospodarczo niż Polska. Wiele z nich eksploatowało kolonie w Azji, Afryce, na Bliskim i Dalekim wschodzie, w Australii czerpiąc z tego tytułu nie byle jakie korzyści. Wydajność pracy w Europie zachodniej przewyższała polski poziom wielokrotnie.
Stan polskiej gospodarki w okresie międzywojennym nie był przecież skutkiem złej pracy Polaków; przykład Centralnego Okręgu Przemysłowego pokazał, że możemy pracować niemniej wydajnie niż Niemcy czy Francuzi. Podstawową przyczyną różnic w wydajności pracy między Polską a Europą zachodnią był zdekapitalizowany aparat produkcyjny. W znacznej części został on rozgrabiony przez okupantów bądź zniszczony w trakcie działań wojennych. W Polsce pozostawiono fabryki niekompletne, których nie można było uruchomić, bo brakowało części do maszyn bądź całych maszyn, nie było energii elektrycznej, brakowało fachowców bądź ich poziom był byle jaki. Jeszcze na początku lat pięćdziesiątych trwały bratobójcze walki między różnymi frakcjami politycznymi.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych do głosu doszli reformatorzy systemowi, którzy zaczęli transformować gospodarkę na system rosyjski, a wszystko to nie mogło odbywać się bez strat. Tempo rozwoju gospodarki było znacznie poniżej potrzeb kraju, zwłaszcza, że Polska zdana była wyłącznie na siebie. Zachód był za „żelazna kurtyną”, a Wschód sam wyciągał rękę po polski węgiel i polską żywność.
Rewolucja społeczna, jaką polski rząd zaaplikował narodowi nie zadowalała nikogo. Ludzie żyli byle jak nie mając nadziei na rychłą poprawę. Cieszono się budową Nowej Huty, oddawaniem do użytku kolejnych pieców hutniczych, jakby to mogło poprawić warunki życia w polskich miastach i na polskich wsiach.
Gierek wszystko to wiedział, niedawno wrócił z Francji, gdzie też się „nie przelewało”, ale sytuacja była nieporównanie lepsza niż w Polsce. Stąd zawołanie Gierka do Polaków: „pomożecie”, i odpowiedź „pomożemy”. Co należało interpretować: „pracujcie, nie strajkujcie, bo tylko w ten sposób wspólnie zbudujemy nową Polskę”. I pracowali…
W sumie w latach siedemdziesiątych wybudowano łącznie 557 przedsiębiorstw, w tym 71 fabryk domów, 10 fabryk mebli, 18 zakładów mięsnych, 14 chłodni, 7 fabryk samochodów (bądź ich części), 5 cementowni, 5 kopalni węgla kamiennego, 8 elektrowni, 8 elektrociepłowni, 7 hut żelaza i metali nieżelaznych, 16 fabryk odzieżowych…
Ponadto w latach 70-tych zelektryfikowano 2 tys. km linii kolejowych, 10 tys. km dróg uzyskało twardą nawierzchnię, zbudowano prawie w całości polską energetykę, w tym linie przesyłowe energii elektrycznej. Oddano do użytku 2,6 mln nowych mieszkań; pod koniec lat 70-tych budowano rocznie prawie 300 tyś nowych mieszkań. Stworzono 3 mln nowych miejsc pracy. W efekcie nikt z młodych ludzi, którzy po ukończeniu 18 roku życia wchodzili w wiek produkcyjny nie pozostał bez pracy.
Oczywiście nie byłoby takich wyników w gospodarce, gdyby nie było kredytów udzielonych przez Zachód Polsce, przede wszystkim na import do Polski, który w latach siedemdziesiątych zaczął szybciej wzrastać niż eksport z Polski na Zachód. Kupowano na Zachodzie całe fabryki gotowe do produkcji poszukiwanych na polskim rynku wyrobów przemysłowych. Importowano też zespoły maszyn i pojedyncze maszyny, a także inny sprzęt inwestycyjny. Importowi temu towarzyszyły zakupy materiałów i elementów kooperacyjnych, a ponadto gotowych towarów konsumpcyjnych pochodzenie przemysłowego i rolnego.
Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej pojawiły się w polskiej gospodarce nowoczesne automaty i roboty, a także komputery i inne urządzenia reprezentujące przodujący poziom światowy. Na rynku konsumpcyjnym w Polsce znalazły się zachodnie samochody, sprzęt gospodarstwa domowego, elektronika, a także kosmetyki, artykuły higieniczne, obuwie, odzież i szereg innych towarów. W sklepach na stałe pojawiły się cytrusy, coca-cola, dżinsy i inne towary masowej konsumpcji.
W latach siedemdziesiątych wyprodukowano w Polsce ponad milion sztuk samochodów „Fiat 126p”. Był to efekt współpracy licencyjnej i kooperacyjnej Polski z Włochami.
W sumie Polska kupiła w tym czasie na Zachodzie ponad 450 licencji. Większość z nich została wdrożona do produkcji, część kupiono tylko po to, by w oparciu o nie mogły powstać polskie konstrukcje. Przykładem są obrabiarki sterowane numerycznie, eksportowane w latach siedemdziesiątych do kilkudziesięciu krajów rozwiniętych gospodarczo, w tym także do Stanów Zjednoczonych i Japonii. Część licencji nie wdrożono do praktyki, kupiono je tylko po to, by mogły zapoznać się z postępem technicznym liczne rzesze polskich inżynierów i techników, studentów politechnik i uczniów średnich szkół zawodowych w celu podniesienia poziomu ich wiedzy. Jest to metoda, z której korzysta wiele krajów rozwiniętych gospodarczo, zwłaszcza Japonia.
Zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło na koniec 1980 roku 23,0 mld dolarów, jego część (3,4 mld dol.) musiała być spłacona w ciągu paru miesięcy. Były to bowiem kredyty krótkookresowe. Do spłaty w latach 80-tych pozostało więc około 20 mld dol. Według obliczeń Europejskiej Komisji Gospodarczej stanowiło to 9,8% ówczesnego dochodu narodowego. Dziś zadłużenie Polski przekroczyło 400 mld dol. stanowiąc około 60% PKB.
W latach 70-tych Polska zdecydowanie zmniejszyła różnice dzielące ją w zakresie poziomu rozwoju gospodarczego w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych. Nie zlikwidowała, rzecz jasna, tych różnic w stosunku do Zachodu. Na to potrzeba jeszcze wielu lat.

 

Czy sądzi Pan, że to co się stało w roku 1980 i później mogło się nie wydarzyć. Czy możliwy był inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku? Dziś wiele osób w Polsce uważa, że transformacja dokonana po roku 1990 była dla Polski zabójcza i sprowadziła nas do rangi półkolonii.

Moim zdaniem, nie był możliwy inny scenariusz polskiej historii końca XX wieku, jeżeli tak, to tylko gorszy. System centralnego planowania i zarządzania „przeszczepiony” do Polski pod koniec lat czterdziestych z Rosji nie sprawdzał się od samego początku.
Polacy, z natury są narodem zdolnym i pracowitym, ale zanarchizowanym, nie tolerują decyzji autokratycznych, szukają możliwości obchodzenia tych decyzji.
Przyzwoleniem politycznym do takiego postępowania były wydarzenia „polskiego października” 1956 roku. W ich trakcie Gomułka trochę zreflektował się i usiłował je przygasić, ale było już za późno. Iskra padła na przyjazne podłoże wzniecając coraz większe i coraz liczniejsze ogniska antysystemowe.
Sygnały o tym rozchodziły się w trzech kierunkach. Najgroźniejszy dla systemu był establishment, od członków najwyższego kierownictwa politycznego – począwszy, a na szeregowych członkach partii skończywszy. Nie miał on charakteru jawnego, ale szkodził systemowi.
Informacje o takim myśleniu szybko przeniknęły do środowiska, które po latach przyjęło nazwę KOR (Komitet Obrony Robotników). Było ono dobrze poinformowane o niejawnych rozmowach na szczytach władzy.
Trzecim wreszcie kierunkiem dyskusji antysystemowych była zagranica, głównie amerykańskie środowisko sowietologiczne. Z opóźnieniem przystąpiło ono do wspólnoty antysystemowej w Polsce, ale w późniejszym czasie odegrało ważną rolę w procesie przemian w Polsce.
W roku 1980 było już w Polsce za późno na inny scenariusz. Wydarzenia roku 1989 pukały już do drzwi, Sekuła i Wilczek pod wodzą Rakowskiego przygotowywali się do liberalnej ekspansji. Do ich rozpoczęcia namawiała jawnie wizytująca Polskę kilkakrotnie Margaret Thatcher i inni zachodni politycy. Do Polski „płynęły” masowo urządzenia drukarskie i dolary amerykańskie. Nikt się z tym już nie krył. Nieudany stan wojenny tylko rozzuchwalił oponentów systemowych.
Jak wg wskaźników oficjalnych m.in. GUS okres 45-lecia Polski Ludowej wpisuje się w obchodzoną w tym roku z dużym zadęciem 100-letnią rocznicę odzyskania niepodległości w 1918 roku? Może porównajmy okresy II RP, Polskę Ludową i prawie 30 lat RP. Czy 100 lat Polski bez 45 lat Polski Ludowej ma szansę zaistnieć w świadomości historycznej Polaków w dalszej perspektywie?
Na pytanie to odpowiadam zdecydowanie negatywnie. Przecież połowa nowych mieszkań powstała w PRL-u. Tylko w latach 70-tych wybudowano ich 2,6 mln. III-RP ma mało znaczący udział w tym budownictwie. Jej dorobek to należące do kapitału zagranicznego biurowce, głównie tzw. „drapacze chmur”. Cały Służewiec w Warszawie, to takie budownictwo.
Oczywiście doraźne skutki nachalnej propagandy kwestionujące wszystko co powstało przed 1990 rokiem, nie pozostają bez wpływu na świadomość Polaków, ale to szybko minie; niestety byt kształtuje świadomość.
A polski przemysł? W większości są to filie korporacji transnarodowych, budowane według zasady: dziś „tu”, jutro „tam”.

 

Przewodzi Pan Ruchowi Odrodzenia Gospodarczego, który wziął sobie za cel obronę dorobku i tradycji Polski Ludowej. To chyba dziś bardzo trudne, wręcz utopijne zadanie. Niektórzy zastanawiają się czy PRL warto bronić. Inni uważają, że jej dorobek broni się sam.

Uważam, że dorobku Polski Ludowej nie trzeba bronić, on z pewnością sam się obroni. Codziennie spotykam swoich byłych studentów, nigdy nie zdarzyło mi się, żeby któryś z nich skarżył się na jakość zdobytego wykształcenia, a są ich dziesiątki tysięcy. A gdzie zdobyli wykształcenie sędziowie i adwokaci, profesorowie i lekarze, nauczyciele i inżynierowie.
Proponuję, by zamknąć dyskusję nad dorobkiem PRL – gwarantuję, że równocześnie zamilkną jego krytycy.

 

Czy dzisiejszy pejzaż polskiej lewicy jest, Pana zdaniem, odzwierciedleniem rzeczywistych podziałów społecznych. Czy ktoś wyraźnie ma swoją nadreprezentację, a jakiegoś środowiska, czy grupy społecznej tutaj się nie zauważa. Czy lewica ma szansę się obronić i uzasadnić swoją potrzebę istnienia?

Moim zdaniem, lewica nie odzwierciedla dziś rzeczywistych podziałów społecznych. Wśród ludzi lewicy nie ma robotników i młodzieży.
Bycie robotnikiem, nie jest powodem do dumy; robotnicy stanowią zdecydowany margines we wszystkich partiach, podobnie zresztą, jak młodzież. Dlaczego?
Uważam, że partie mają obecnie charakter głównie mieszczański: dobrze ubrać się, zabawić się, wypić, smacznie zjeść. A ideologia? To nie dla młodych.
Uważam, że lepiej jest na zachodzie Europy. Tam biedny człowiek łatwiej spotka się ze zrozumieniem i pomocą ze strony młodych.

Pszczoły kontra „Polityka”

Tygodnik „Polityka” wyśmiał alarm wszczęty w „Gazecie Wyborczej” przez aktywistkę Greenpeace.  Tylko że zarzucając „Gazecie” kłamstwo, sam wprowadza w błąd.

 

W wielkim skrócie: ekolodzy załamali ręce nad pozwoleniem, które wydał świeżo wybrany minister rolnictwa na używanie przez 3 najbliższe miesiące toksycznych pestycydów do obsiewania pól rzepaku. Chodzi o neonikotynoidy – upośledzające układ nerwowy pszczół, wnikające do gleby i wód, szkodliwe tak, że już nawet Komisja Europejska po raz drugi podjęła się zakazu ich używania poza uprawami szklarniowymi. Jan Krzysztof Ardanowski wycwanił się: zarządzenie KE wejdzie w życie dopiero na jesieni, do tego czasu – hulaj dusza! Ekolodzy uderzyli na alarm: przez najbliższe miesiące Ministerstwo Rolnictwa będzie patrzyło na bezkarne trucie ludzi i owadów.
Marcin Rotkiewicz z „Polityki” w swoim tekście „Pszczelego armagedonu nie będzie” przekonuje w sześciu punktach, że media panikują, „Gazeta Wyborcza” dała się nabrać, a Greenpeace to świry, które niepotrzebnie straszą ludzi. Wywodzi m.in., że w Unii stosuje się o wiele bardziej toksyczne środki, a światowa populacja pszczół wciąż rośnie. Zarzuca ekoaktywistom nierzetelność, sam jednak nie przedstawia kontrtez obalających tezy pierwotne, krąży w istocie wokół tematu.
„Ciekawi mnie też bardzo, dlaczego aktywistki Greenpeace nie niepokoją np. ŚOR stosowane również w tzw. rolnictwie ekologicznym, którą to metodę upraw Greenpeace ogromnie wspiera i propaguje. Na liście substancji dopuszczonych do używania przez rolników ekologicznych znajduje się bowiem m.in. miedzian (substancja czynna: tlenochlorek miedzi)” – pisze na przykład. „ Część wyników eksperymentów wskazywało na negatywny wpływ, ale były one wykonywane w warunkach laboratoryjnych, gdzie pszczoły poddawano działaniu bardzo wysokich dawek pestycydów nieodzwierciedlających rzeczywistych warunków”.
Generalnie istnieją również badania, podważające skuteczność szczepionek. Istnieją, bo musiały powstać, by ich przeciwnicy mogli machać nimi przed nosem ludzkości. Również nie stanowią one dziś żadnego dowodu – no chyba że chodzi o udowodnienie, że wszystkiego można dziś dowieść za pomocą odpowiedniej motywacji, odpowiedniego sprzętu, w odpowiednim oświetleniu.
Ciekawym smaczkiem wydaje się fakt, że „Polityka” zilustrowała swój demaskatorski tekst zdjęciem osy zamiast pszczoły.
Nie wiem, jakie wykształcenie kierunkowe posiada red. Rotkiewicz. Wiem jedno: ze mnie żaden biolog. Ale potrafię czytać ze zrozumieniem. I tak sobie czytam i czytam rzesze merytorycznych komentarzy pod tekstem „Polityki”:
„A opinia europejskiej agencji EFSA czy zespołu naukowców zajmujących się owadami, którzy pisali Strategie ochrony Zapylaczy to już nie jest naukowe podejście?”;
„Skoro jest tak dobrze i pestycydy nie szkodzą owadom zapylającym, to dlaczego jest tak źle? Dlaczego ubywa owadów w Europie? I nie, nie chodzi mi tylko o pszczoły miodne, bo te hoduje człowiek i łatwo może wyhodować więcej rojów. Chodzi o dzikie owady, których ubywa w strasznym tempie. Ale nie, trujmy dalej, bo musimy… W tym artykule widzę, że dokładnie ta sama argumentacja dotyczy GMO, pestycydów, oleju palmowego… Jako oczywiste przyjmuje się założenie, że obecny poziom produkcji rolnej jest konieczny. I że w związku z tym nadal musimy mieć wielkie monokultury, sztucznie nawożone i opryskiwane pestycydami, musimy wycinać lasy deszczowe… A wystarczyłoby zmniejszyć liczbę hodowanych zwierząt, żeby można było obyć się bez wielu pól uprawnych i bez tylu pestycydów w rolnictwie”;
„Sama badałam neonikotynoidy – p. Rotkiewicz nawet się nie zająknął o możliwych interakcjach z innymi pestycydami, czy też czynnikami środowiskowymi jak np. temperatura (której wzrost może dramatycznie wzmagać ich toksyczność).
Zapomniał też napisać, że są bezpieczne pestycydy – te oparte o metody biologiczne, czyli bio-pestycydy, takie jak owadobójcze grzyby, nicienie, wirusy, drapieżne roztocza, cała gama mikroorganizmów.
Polecam chociażby pobieżne przeglądnięcie NSOOZ – łącznie ze składem Rady Naukowej (której jestem dumną członkinią) oraz Rady Społecznej”.
Można by tu oczywiście przywołać kilka polskich nazwisk i znaleźć opinie roznoszące artykuł „Polityki”, obawiam się jednak, że reakcja może być podobna jak w przypadku innych teorii spiskowych (lekarz X mówi, że szczepionki pomagają, bo chodzi na pasku koncernu; profesor Y mówi, że Obama nie jest Raptilinaninem bo zależy mu na utrzymaniu wpływów Jaszczurów pochodzenia żydowskiego). Opinie polskich badaczy nie stanowią tu żadnej wyroczni.
Specjaliści, opiniujący zarządzenie dla KE wypowiedzieli się w temacie jednoznacznie. A należy przypomnieć, że Unia jest niezwykle pobłażliwa w stosunku do chemicznego lobby (przykładem choćby historia z glifosatem i Bayerem). Jeśli więc mielibyśmy zarzucać Europie stronniczość, to raczej w drugą stronę. Jeżeli neonikotynoidów zakazuje, to z pewnością musiała wyczerpać już argumenty.
Odnoszę jednak wrażenie, że w rzeczonym tekście bardziej niż o pszczoły, chodzi o dokopanie konkurencyjnej redakcji. „Polityka” od kilku lat zalicza merytoryczny zjazd w dół bez trzymanki do poziomu tabloidowego „Daily Mail”.

W oczekiwaniu na przesilenie

Partie opozycyjne atakują PiS, a notowania rządzących są nadal bardzo wysokie.

 

PiS demoluje Konstytucję, ale jego popularność, w społeczeństwie kochającym wolność (?) nie spada. Czy kiedyś spadnie? Raczej nie liczyłbym na to, że obywatele teraz, gremialnie zaprotestują przeciwko takim praktykom. Dostali oni pokaźny zastrzyk socjalu do ręki, obietnice rozliczenia jakichś złodziei – polityków i że w końcu nikt nie będzie kradł. I to na razie wystarcza. Są także dalsze obietnice dobrych zmian. Żołnierze i młodsza kadra oficerska nie kochali Macierewicza za to, że obiecał im nowe karabinki, ale ze to, że dostali pokaźne podwyżki pensji. Gdybym kazał wybrać przeciętnemu Polakowi co woli: 500+ czy niezależność sądów i tylko albo jedno, albo drugie, z pewnością wybierze 500+. Wolność sądów wybierze garstka obywateli. Gdyby było inaczej notowania PiS leciałyby na łeb, na szyję.
Jednak dobra zmiana nie dotarła do wszystkich. Burzą się setki tysięcy pracowników administracji, gdzie od lat nie było podwyżek. Urzędnik średniego szczebla zarabia najwyżej 3 tys. brutto. Ich PiS-owscy nadzorcy mają się zdecydowanie lepiej. Urzędnicy rozproszeni są w tysiącach urzędów w całym kraju i trudno im zespołowo upomnieć się o swoje prawa. Na dobrą zmianę czekają nauczyciele, pielęgniarki i inni pracownicy służby zdrowia. Na podwyżki czekają policjanci i inne służby mundurowe. Okazuje się, że najwyższe zarobki są w firmach z kapitałem zagranicznym. Te wysokie zarobki skutkują także wyższymi wpływami z podatków do budżetu. Jednak rząd wskazuje na te firmy jako wyzyskiwaczy i złodziei. Święte one nie są, ale kłamstwo ma swoje granice. Patrząc na marne pensje pracowników administracji i służb państwowych można powiedzieć, że nasze państwo jest bardzo biedne. Rząd natomiast twierdzi, że budżet jest w stanie doskonałym, ale nie jest z gumy. To taki oksymoron premiera Morawieckiego.
Kiedy wreszcie milionom oszukanych pracowników, zależnym od państwa, puszczą nerwy i dogadają się obrońcami sądów, PiS znajdzie się w opałach. Działalność partii opozycyjnych będzie miała znaczenie drugorzędne. Pierwszorzędne znaczenie ma zawartość kieszeni. Tak było, jest i będzie. Nie jesteśmy przy tym żadnym wyjątkiem wśród europejskich nacji. Po drugiej stronie oczekujących na dobrą zmianę jest śmietanka PiS-u, która obsiadła spółki skarbu państwa i pławi się w milionach. To oni, dzisiaj, w imieniu klasy pracującej, są głównymi konsumentami wysiłku ludu pracującego. W polityce żartuje się, że Pan Bóg jest życzliwy dla władzy dopóki się na niej nie pozna. Podobnie rzecz ma się z wyborcami. Na PiS-ie jeszcze się nie poznali. Ale to wszystko kwestia czasu. Platformie Obywatelskiej ufali przez osiem lat i w końcu przestali.

Plan M

Trwa szczyt Unii Europejskiej poświęcony w głównej mierze problemom migracji.

 

W ostatnich dniach czerwca szefowie państw Unii Europejskiej spotykają się w Brukseli podczas kolejnego szczytu Rady Europejskiej. Jak zapisano w agendzie, pierwszym i najważniejszym tematem będzie „wewnętrzny i zewnętrzny wymiar polityki migracyjnej”. Nie ma jednak pewności, że szczyt zakończy się konkretnymi decyzjami. Unia w sprawie migrantów jest podzielona jak nigdy dotąd.
W ostatni weekend w Brukseli odbył się nieformalny szczyt szefów państw UE, zwany mini-szczytem. W zamyśle organizatorów miał przygotować stanowiska, które byłyby przyjęte podczas trwającego obecnie szczytu. Zakończył się fiaskiem. W mini-szczycie uczestniczyło jedynie 16 państw członkowskich UE (Polski też nie było). Nie uzgodniono wspólnych wniosków w sprawie migrantów.

 

Walizki imigrantów

Europa powoli zapomina o 175-kilometrowym płocie zbudowanym przez Orbana na granicy węgiersko-serbskiej. I o słowach premier Szydło, deklarującej, że w ramach unijnej solidarności Polska nie przyjmie żadnego imigranta. W ostatnim czasie najczęściej komentuje się stanowisko rządu Włoch.
Matteo Salvini, włoski wicepremier i minister spraw wewnętrznych nie ukrywa, że celem nowego rządu Włoch jest odesłanie do krajów pochodzenia półmilionowej rzeszy nielegalnych imigrantów. „Nie możemy sobie pozwolić na to, aby utrzymywać dalej setki tysięcy ludzi we Włoszech” – powiedział Salvini. „Muszą pakować walizki…” – dodał.
Na początku czerwca Salvini odmówił zgody na wpłynięcie do włoskiego portu statku z ponad 600 imigrantami, których na wodach libijskich uratowała załoga statku „Aquarius” należącego do organizacji humanitarnej SOS Méditerranée. Włosi zaproponowali, by migrantami zajęła się maleńka Malta. Ta również odmówiła.
Ostatecznie imigrantów przyjęła Hiszpania. Decyzję o przyjęciu kolejnych 629 przyjezdnych z Afryki ogłosił premier Hiszpanii Pedro Sánchez. Notabene, lider socjaldemokratycznej partii PSOE (Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza).

 

Z Austrii do Afryki

Przeciwni pomocy imigrantom: Orban na Węgrzech i Kaczyński w Polsce mają więc grono nowych sprzymierzeńców. I to nie tylko we Włoszech. Również kanclerz Austrii, Sebastian Kurz wspomina o zamiarze zawracania migrantów z powrotem do Afryki. A także, co znamienne, minister spraw wewnętrznych w koalicyjnym rządzie Angeli Merkel. Horst Seehofer zagroził, że: „jeśli do czasu szczytu UE (28-29 czerwca) nie będzie żadnego rozporządzenia, zlecę rozpoczęcie zawracania (imigrantów) na granicy”. I to bez oglądania się na zgodę kanclerz Merkel.
Tymczasem Viktor Orban poszedł krok dalej. Po nowelizacji kodeksu karnego, kara roku więzienia grozi każdemu, kto zdecyduje się na pomoc nielegalnym imigrantom. Zaś darowizny na rzecz uchodźców zostały obłożone 25 proc. podatkiem. Przeznaczonym na utrzymanie płotu na południu Węgier.
Karane mogą być też osoby pomagające migrantom w ramach organizacji humanitarnych. Takich, jak załoga wspomnianego już statku „Aquarius”. Można wyobrazić sobie sytuację, w której po przypłynięciu statku z wyłowionymi z morza imigrantami do portu węgierskiego, cała załoga trafiłaby do więzienia. Dobrze się składa, że Węgry nie leżą nad morzem.

 

Droga do Europy

Znamienne, że wzrostowi nastrojów antyimigranckich w Europie wcale nie towarzyszy zwiększona fala migracji. Napływ imigrantów miał swój szczyt w październiku 2015 roku. Wówczas w ciągu tylko jednego miesiąca do Europy przybyło prawie ćwierć miliona osób. Głównie z Bliskiego Wschodu, za sprawą wojny w Syrii.
W kolejnych miesiącach i latach liczba migrantów systematycznie malała. Od mniej więcej roku ilość przybyszów plasuje się na podobnym poziomie kilku tysięcy osób miesięcznie. Przykładowo, w maju 2018 roku było to 6041 osób. Gdyby teoretycznie przyjąć symetryczną alokację imigrantów na terenie całej Unii Europejskiej, do miasta wielkości Wrocławia trafiałoby miesięcznie 8 mieszkańców Afryki lub Azji. Dla porównania, szacuje się, że we Wrocławiu mieszka i pracuje ponad 60 tysięcy przyjezdnych z Ukrainy.
Gwoli ścisłości trzeba przyznać, że jednym z czynników, który wpłynął na zahamowanie napływu setek tysięcy imigrantów drogą lądową był węgierski płot. Potwierdziła to ostatnio nawet kanclerz Angela Merkel. Cóż, płoty i mury tak mają. Zatrzymują ludzi. Niezależnie od tego, gdzie się je stawia. Na Węgrzech. W Berlinie. Czy w Chinach. Ale węgierski przykład nie może oznaczać zachęty do powrotu współczesnego świata do budowania „murów obronnych”. Oddzielających bogatych od biednych.

 

Dzieci z Dworca Brześć

Jakie najważniejsze zasady polityki migracyjnej powinny być bliskie polskiej socjaldemokracji? Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym. Czy można nie reagować na widok łodzi wypełnionej afrykańskimi kobietami. Afrykańskimi dziećmi. Afrykańskimi wyrostkami – również. Zachować się jak włoski wicepremier Salvini? Powiedzieć: „to nie ja – to kolega”.
Identycznie zachowują się politycy rządzącego w Polsce PiS-u. Do brzegów Bałtyku nie przybijają co prawda łodzie i pontony z Afryki. Ale na dworcu kolejowym w Brześciu przez wiele miesięcy koczowały czeczeńskie rodziny próbujące dostać się do Polski. Niektórzy są tam do dzisiaj. Marina Hulia, kiedyś nauczycielka rosyjskiego, zorganizowała nawet szkołę dla czeczeńskich dzieci mieszkających na dworcu.
Urzędujący zaledwie od czterech tygodni socjaldemokratyczny premier Hiszpanii Pedro Sánchez dał dobry przykład coraz bardziej antyimigranckiej Europie. Przyjmując imigrantów z „Aquariusa”. Mimo, że w samym tylko roku 2017 do Hiszpanii dotarło drogą morską ponad 22 tysiące nowych imigrantów.
Ale oprócz doraźnej pomocy, najważniejsze dla Europy są rozwiązania systemowe.

 

Platformy regionalne

Ilość nielegalnych przekroczeń granic UE systematycznie spada. Jak podaje Frontex, Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku odnotowano o 46 proc. mniej przypadków nielegalnego przekraczania granic Unii niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Mimo tego przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk proponuje kontrowersyjne rozwiązanie. Mające radykalnie ograniczyć liczbę imigrantów napływających do Europy.
O projekcie napisała kilka dni temu Wirtualna Polska. Miałyby powstać tak zwane regionalne platformy wysiadkowe. Zlokalizowane poza granicami Unii, głównie w Afryce Północnej. Trafialiby tam migranci z łodzi i statków, takich jak „Aquarius”. Na miejscu byłaby możliwość oceny, którzy z migrantów jest uchodźcą z terenów objętych wojną lub prześladowanym w swoim kraju. I wymaga pomocy ze strony Unii Europejskiej. A kto jest jedynie emigrantem ekonomicznym.
Zdaniem komentatorów, pomysł zgłoszony przez Tuska jest mocno niedopracowany i budzi wiele wątpliwości. Najpewniej nie dostanie jednoznacznego „zielonego światła” ze strony uczestników szczytu. Myślę, że słusznie. Byłoby to w jakimś stopniu to samo, co zrobił włoski wicepremier. To nie ja – to kolega. W Afryce. Można dodać sarkastycznie, że w Polsce temat „regionalnych platform wysiadkowych” już przerabialiśmy. Na dworcu w Brześciu…
Tak przy okazji. Pomysł „platform” nie jest propozycją nową. Już dwa lata temu o takim rozwiązaniu problemów migracyjnych mówił Viktor Orban.

 

Chwiejna równowaga

Czy można oczekiwać, że obecny szczyt Rady Europejskiej wprowadzi istotne zmiany w polityce migracyjnej Unii? Raczej nie. Prasa cytowała niedawną wypowiedź Donalda Tuska, dotyczącą perspektyw rozwiązania kryzysu migracyjnego w Europie. Przewodniczący Rady Europejskiej mówił o konieczności wykonania „dodatkowej pracy, by znaleźć równowagę miedzy solidarnością a odpowiedzialnością”…

 

Plan M

Gdzie jest polska lewica? Część polityków niechętnie zabiera głos. Jak mi powiedział w przypływie szczerości jeden z ważnych działaczy lewicy, on też jest zdania, że: „za dużo tych »ciapatych« w Europie”. To nie tak kolego! Lewica powinna mieć jasne i ugruntowane stanowisko w sprawie migrantów. Zupełnie odmienne od zacytowanego powyżej.
Po pierwsze: bezwarunkowa pomoc potrzebującym – już o tym pisałem. Pomoc nie może być elementem politycznej kalkulacji i bieżących nastrojów społecznych. Jasne, że nie wszyscy przybysze pragnący mieszkać w Polsce, muszą automatycznie uzyskiwać azyl lub prawo pobytu. Ale pozostawianie ludzi bez pomocy na morzu lub na dworcu kolejowym jest działaniem okrutnym.
Po drugie: budowanie klimatu przychylności dla przyjezdnych, zwłaszcza z odmiennych kręgów kulturowych i religijnych. Poczynając od języka, w którym słowo „ciapaty” nie ma prawa bytu nawet w zaciszu domowym. Świat XXI wieku jest skazany na multikulturowość. To oczywisty skutek łatwości przemieszczania się oraz komunikacji zdalnej. Widać to szczególnie wyraźnie w największych skupiskach ludności na wszystkich kontynentach. Nawet Warszawa powoli staje się miastem wielu kultur.
Po trzecie: akceptacja dla zagranicznych pracowników. W Polsce przez kilka kolejnych dekad będzie dramatycznie brakowało rąk do pracy, nawet kilku milionów pracowników. Napływ Ukraińców to dopiero początek wielkiej fali. Twierdzenie, że imigranci z krajów arabskich i z Afryki to „nieroby” i „prymitywy” jest rasizmem w najczystszej postaci. A to, że wśród nich co drugi jest terrorystą – kłamstwem.
Nie oglądając się na to, co uradzą w Brukseli, zacznijmy od tych trzech spraw.

 

Afryka Afryka

I najważniejsze. Dzisiejszy dramat wielu milionów ludzi zamieszkujących Afrykę w dużej mierze jest pokłosiem działań Europejczyków w ubiegłych stuleciach. Dzisiaj nie ma kolonii w Afryce. Ale to działania Wielkiej Brytanii, Francji, Portugalii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec, Belgii, Holandii, a nawet Danii – ich podboje kolonialne – są praprzyczyną dzisiejszych kłopotów Czarnego Lądu. Dlatego mieszkańcom Afryki – setkom tysięcy emigrantów i uciekinierów – Europa po prostu musi spłacić dług za dziesięciolecia niewoli i poniżania rdzennych mieszkańców Afryki.
Polska nigdy nie miała kolonii. Ale w imię solidarności, też powinna przyłączyć się do spłaty europejskiego długu.

Wspomnienia ze współczesności

W szaleńczo zmieniającym się współczesnym świecie łacińska sentencja Nihil novi sub sole, czyli nic nowego pod słońcem,  tylko z pozoru wydaje się anachronizmem.

 

W roku obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości warto przypomnieć zapomnianą postać wybitnego polskiego intelektualisty, działacza niepodległościowego i socjalisty, członka m. in. w Związku Zagranicznym Socjalistów Polskich – Kazimierza Kelles-Krauza. Nie miejsce tu na jego obszerną biografię, w której znalazła by się konspiracyjna działalność z lat młodzieńczych, publicystyka w socjalistycznych krajowych i zagranicznych tytułach, studia i praca naukowa na ważnych europejskich uczelniach, wreszcie głoszony pogląd, że tylko robotnicy mają interes w odzyskaniu przez Polskę niepodległości, bowiem wszystkie pozostałe klasy mogą być przekupione przez zaborców. W naukach społecznych, jako że opierał się na myśli marksistowskiej, jest obecnie pomijany, acz jego dorobek nie ma nic z ortodoksji, a sformułowane „prawo retrospekcji przewrotowej” wpisało się na stałe do rozważań myśli filozoficznej i socjologicznej.

 

Te ideały

Mówi ono – w największym skrócie – „Ideały, którymi wszelki ruch reformacyjny pragnie zastąpić istniejące normy społeczne, podobne są zawsze do norm z bardziej lub mniej oddalonej przeszłości”. Wspominam osobę i myśl Kelles-Krauza z uwagi na minioną rocznicę jego śmierci (zmarł mając 34 lata), również ze względu na poważne ubytki wiedzy, powszechne dziś lekceważenie bądź w niepamięć odrzucanie przeszłości, która wpływa na dzisiejszość i nadal kształtować będzie przyszłość.
Przykładów we wszystkich sferach naszego życia co nie miara.

 

Konflikt pomiędzy

spełnieniem uczuć łączących zakochanych, a obowiązującymi zwyczajami, normami prawa oraz innymi barierami jest znanym od wieków motywem literackim. Nabiera szczególnego znaczenia gdy dotyka współczesności, a w jeszcze większym stopniu, kiedy zderza się z wrogimi nam dekretami, nakazami, rozporządzeniami i ukazami o charakterze politycznym. Na takim właśnie tle wydarzeń minionej zimnej wojny z połowy lat 50. ubiegłego wieku zbudowany jest najnowszy film Pawła Pawlikowskiego „Zimna wojna”. W pamięci mam zapisany podobny temat, przedstawiany z nadzwyczaj wielkim powodzeniem na ówczesnych radzieckich scenach teatralnych w minionych latach 70. „Warszawska melodia” Leonida Zorina z 1967 roku opisuje historię miłości Rosjanina i Polki studiującej w moskiewskim konserwatorium, której uwieńczeniem nie stanie się wymarzony ślub, bowiem w 1947 roku Stalin zabronił swoim obywatelom małżeństw z cudzoziemcami. Zakochani spotykają się w życiu jeszcze nie raz, ale finał ich znajomości wyznaczył dyktator. Dla ówczesnej radzieckiej widowni był ten spektakl, w ramach trwającej politycznej odwilży, pierwszym teatralnym przekazem prawdy o ludzkim losie naznaczonym niedawną polityką, ale w polskich realiach „Warszawska melodia” wielkiej kariery nie zrobiła, bowiem byliśmy o wiele bogatsi w wiedzę o daleko bardziej idących, porażających skutkach stalinizmu. Dość przypomnieć, że na początku lat 60. „Polityka” w masowym nakładzie drukowała w odcinkach łagierne opowiadanie Sołżenicyna „Jeden dzień Iwana Denisowicza”.
Nie zmienia to oczywiście, oddalonych w czasie, acz powtarzających się jak mantra, dramatów Zuli i Wiktora oraz Heli i Witi, a także Wiery i Michała z „Małej Moskwy”.

 

Wracając do współczesności,

to Tomasz Lis widzi ją, jako koniec pewnego świata wartości i zasad. „Zastępuje go świat, w którym najważniejsze są interesy i siła. W pierwszym świecie relacje były regulowane przez porozumienia i kompromisy. W tym drugim określa je dominacja silniejszego”, a amerykański prezydent nie jest już liderem wolnego świata (Newsweek z 18.06.2018). Ta sentencja wprawia w głębokie zaniepokojenie, bowiem potwierdza, że Pan Redaktor wygłaszając bajkowe czyli propagandowe slogany, nie tylko mija się z prawdą ale nadto objawia podstawowy brak wiedzy historycznej i politologicznej.
Niestety, jak świat światem, zawsze tak bywało, że najważniejsze były w polityce rozliczne interesy, których osiągniecie zapewniała na ogół siła (oczywiście, że nie tylko zbrojna), zaś porozumienia i kompromisy wynikały z czasowej równowagi mocy przeciwników, bądź braku pewności zwycięstwa w ewentualnym konflikcie. Dobra wola, szacunek dla słabszego i inne takie to albo banialuki, albo marzenia do których być może nie wiedzie, nas na to oczekujących, żadna droga.
Pojęcie „wolny świat” zrodzone w okresie rywalizacji dwóch supermocarstw było niestety ówczesnym fake newsem, gdyż w tym wolnym świecie wiele milionów nie cieszyło się wcale wolnością, będąc pod dominacją USA i innych zachodnich mocarstw. Równie daleko było też do wolnego świata krajom obozu socjalistycznego. Dziś przytaczanie tego pojęcia odnawia podział na dobrych i złych, w miejsce uznania i akceptacji inności, oraz afirmację doktryny o niesieniu demokracji, często zresztą militarnymi środkami.

 

Ameryka najpierw

Trump poprzez hasło „America First” wcale nie odżegnał się od udziału w światowej polityce, potwierdza jedynie w praktyce nadrzędny wpływ na nią Stanów Zjednoczonych innym, niż poprzednicy, postępowaniem i dyplomatycznymi grami, ale w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Wyniki szczytu G-7 tak komentuje Lis: „Zamiast racji stanu – stan infantylizmu równie znaczący co kartka papieru, którą wymachiwał po powrocie z Monachium premier Chamberlain, zapewniając, że właśnie zapewnił światu pokój. Kartka Chamberlaina symbolizowała appeasement. Kartka ze szczytu – koniec pewnego świata.” Porównanie tamtego wydarzenia ze współczesnym stanem stosunków międzynarodowych jest nieadekwatne, bowiem tzw. „koniec pewnego świata” nie wróży przecież kolejnego globalnego konfliktu. Obecnie, poza żądnym kolejnych zamówień kompleksem przemysłowo-militarnym, wojskowymi marzącymi o awansach i orderach, politykami przykrywającymi straszeniem obywateli swoje błędy, a także armią propagandzistów z tego żyjących, nic realnie nie wskazuje na groźbę nowej światowej wojny
Autor omaszcza swoje dywagacje bliskimi wszystkim kibicom rozważaniami o piłkarskich mistrzostwach świata: „Rosja nie odegra zapewne wielkiej roli… Na piłkarskich mistrzostwach mamy szansę na całkiem dobre miejsce.” Aktualne wyniki to wyjście Rosjan z grupy i totalna klęska Polaków. Takie to są udane prognozy Pana Redaktora dotyczące i polityki, i sportu.

 

Przejść do ataku

proponuje w tym samym wydaniu Newsweeka Cezary Michalski, bo „Jeśli liberałowie nie potrafią podjąć odważnych politycznych decyzji zrobią to za nich wrogowie. Jeśli skapitulują przed prawicą i przed lewicowym populizmem, to walkowerem oddadzą polityczną scenę.” „Lewicowy populizm” powtarza się w tekście kilkukrotnie co świadczy albo o nierozróżnianiu pojęć „populizm” i „polityka prospołeczna”, które znaczą przecież coś zupełnie innego tak w swoich celach i osiąganych efektach, albo też stanowi dezawuowanie lewicowego programu, co równie dobrze mógłby autor zastąpić np. „postkomunistyczną lewicą”. Ale nie, bo zapewne dotyczyć ma to także, w intencji Michalskiego, programów Barbary Nowackiej i partii Razem.
Wyrażane apele pod adresem liberałów też budzą zdziwienie, bo mieli, abstrahując pod jakimi szyldami partyjnymi występowali, wiele szans i lat na to, aby podejmować odważne decyzje, z których, jak się okazało, wykluł się PiS w znanym nam powszechnie wydaniu.

 

Zaniki pamięci

Te zaniki pamięci z nie tak odległych czasów są drobiazgiem w porównaniu do zakończenia artykułu: „Tylko najszersze liberalne centrum [czytaj Platforma Obywatelska – Z.T.] – sięgające od Michała Kazimierza Ujazdowskiego na konserwatywnym skrzydle, aż po Danutę Hubner, Dariusza Rosatiego czy Bartosza Arłukowicza na skrzydle socjalliberalnym – ma szansę uratować demokrację w Polsce. Polskie mieszczaństwo, polska klasa średnia, czekają na wyrazisty język swoich reprezentantów i na ich odważne decyzje.”
Okazuje się więc, że linia programowa pisma zmierza skutecznie w kierunku przedziwnych wyobrażeń i przypowieści, przy których miesięcznik „Wróżka” jest wiarygodnym tytułem.

 

Wspomnienia i doświadczenia

z nieodległej przeszłości: okrucieństwo żołnierzy wyklętych mordujących sąsiadów na małopolskiej wsi, szanse nauki i wyższego wykształcenia jaki dał nowy ustrój chłopskiemu synowi, wreszcie oświatowa działalność i przychylna ludziom wiceprezydentura, nie zapominając o pasji ważnego działacza związku piłkarskiego, zawarły się w godnej, mądrej, wspaniałej postaci Jana Nowaka. W ten miniony, gorący emocjami Mundialu i nadspodziewanie wysoką temperaturą dzień, żegnaliśmy Janka (żył 90 lat) – jednego z nas ludzi lewicy – na krakowskim cmentarzu.

Czekając na dobrą zmianę

Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone.

 

Gdy cała Polska rwała włosy z głowy patrząc na grę naszych piłkarzy w meczu z Senegalem, na zamku w Mesebergu pani kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała „tak” prezydentowi Emmanuelowi Macron. I to dla Polaków powinien być znacznie poważniejszy powód do bólu głowy, niż indolencja strzelecka naszych piłkarzy. Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone. Zgrabnie opisał tę nową sytuację publicysta portalu Politico, który powiedział, że pytanie „czy” zmieniło się w Mesebergu w pytanie „jak”. Drobna z pozoru zmiana oznacza poważną cezurę w dziejach Unii Europejskiej.
To długo wydawało się niemożliwe, gdyż w swoim czasie Niemcy bardzo silnie oponowali przeciwko temu pomysłowi. Kilkanaście dni temu niemiecka kanclerz uległa jednak francuskiemu prezydentowi. Przynajmniej dwie prędkości (jeżeli nie więcej) europejskiego rozwoju zostały postanowione. Czeka nas konsolidacja Unii wokół strefy euro i Schengen z tym, że każdy, kto się w to włączy, może z tego skorzystać. Kto pozostanie poza, to po prostu pozostanie poza. Czas – start, można powiedzieć trzymając się sportowych porównań.
Jak wiadomo, pośród wielu „nie”, które rząd PiS wypowiada pod adresem Unii, jest także zdecydowane „nie” w stosunku do wszelkich koncepcji mogących podzielić europejską wspólnotę na dwie kategorie. Mówiąc „po polsku” – na „dwa sorty” – lepszy i gorszy, szybciej rozwijający się i wolniej. Kłopot w tym, że główne państwa Unii nie za bardzo się tym przejmują. Gdy jednymi drzwiami od pani Merkel wychodził premier Morawiecki i komunikował nam o „owocnych”, „konstruktywnych” rozmowach, drugimi drzwiami wchodził do niej prezydent Francji, by następnie razem z panią kanclerz ogłosić rozpoczęcie prac nad dalszą integracją strefy euro. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy pan Morawiecki był o wszystkim poinformowany? Czy Angela powiedziała mu, że zaraz przyjdzie Emmanuel i będziemy decydować o takiej to a takiej sprawie. Nie wiemy, czy tak było, a wiedzieć byłoby warto, bo wtedy mielibyśmy bliższe wyobrażenie, jak jesteśmy traktowani i czy my w ogóle jesteśmy komuś do czegoś potrzebni.
W pierwszych, oficjalnych polskich reakcjach na to wydarzenie obserwuję niestety próbę przemilczenia tego, co się stało na zamku w Mesebergu, albo, w najlepszym razie, próby zbanalizowania sprawy – ot, jedna z wielu koncepcji, która urodziła się na europejskich salonach. Szef gabinetu prezydenta postawił sprawę jasno – martwi nas głównie to, żeby budżet Unii na tym nie ucierpiał, a więc, żeby Unia wypłacała krajom członkowskim, to, co wypłacać powinna, a strefa euro ten swój nowy budżet niech lepi z innych pieniędzy – nie z tych, które są między innymi dla nas przeznaczone.
Jest to sprowadzanie tego wydarzenia wyłącznie do kwestii finansowych, a troska o Polskę polega na tym, żeby nas przypadkiem nie oszukano, żeby przez jakieś francusko-niemieckie fanaberia nie uszczuplono tego, co nam się słusznie należy. Tymczasem to wydarzenie nie zasługuje bynajmniej na sklepikarskie podejście. Przede wszystkim to nie jest sprawa finansowa, to jest sprawa systemowa. To jest sprawa nowego ustroju Unii Europejskiej. Pieniądze są tutaj rzeczą wtórną, rzekłbym. Natomiast kształt Unii Europejskiej, priorytety i zakres uczestniczenia państw członkowskich w Unii – to jest jądro nowych czasów, które nadchodzą. A co do budżetu – nie ma innych źródeł pieniędzy europejskich niż te, o których mówimy. Nie ma jakiejś dodatkowej szuflady z gotówką. Nie należy oczekiwać, że państwa członkowskie dodatkowo się opodatkują, albo będą wnosić jakiś inny, dodatkowy wkład. Należy spodziewać się raczej gospodarowania zasobami dostępnymi. Nie ma szans, że budżet strefy euro powstanie z jakichś innych pieniędzy, które skądś sobie wezmą państwa zainteresowane. Nic o takich pieniądzach nie wiemy. Wiemy za to, że skłonność wpłacania pieniędzy do budżetu Unii przez państwa wysoko rozwinięte jest niska i nie zdarza się, żeby wykraczała poza to, co obligatoryjne.
Poza tym nie zapominajmy o naszych realnych możliwościach, mierzmy siły na zamiary. Co z tego, że coraz to ktoś ze sfer rządowych mniej lub bardziej stanowczo, choć na ogół stanowczo, zapowiada nasze „nie” wobec wszelkich prób budowy oddzielnej strefy euro? Do niedawna sojusznikiem Polski i najsilniejszym reprezentantem państw pozostających poza strefą euro, była Wielka Brytania. Ale Wielka Brytania opuszcza Unię, a sami raczej rady nie damy. Wszystkie nasze polityczne siły i koalicyjne możliwości zużyły się w sporze z Unią w obronie reformy sądownictwa. Przekonaliśmy się o tym boleśnie podczas niedawnego głosowania nad statusem pracowników delegowanych dla kierowców polskich TiR-ów. Wbrew interesowi polskich firm przewozowych i mimo naszego – polskich europosłów – oporu, niekorzystne dla nas rozwiązanie zostało przyjęte głosami naszych największych konkurentów na tym rynku.
Obyśmy się więc i w kwestiach tak zasadniczych, jak oddzielny budżet eurolandu nie rozczarowali, licząc, że środki, które dotychczas są w projekcie budżetowym na lata 2021-2027 nie będą dotknięte.
Poza tym nie ma czegoś takiego jak: „nam się należy”. To, co „się należy”, czy „będzie należało”, ile, dlaczego i na jakich zasadach wypłacane, to się dopiero negocjuje. Powiedziałbym nawet, że po to właśnie w takim momencie Niemcy i Francja „odpalają” projekt konsolidacji strefy euro, żeby w budżecie na lata 2021-2027 wprowadzić niezbędne zapisy. Nie przypadkiem dyskusję nad budżetem strefy nakłada się na dyskusję o budżecie całej UE.
No, dobrze, powie ktoś – pan poseł się tu wymądrza, a co pan radziłby rządowi? Jak powinien postąpić w tej sytuacji?
Otóż nie zamierzam rządowi niczego doradzać, po pierwsze dlatego, że on mnie o nic nie prosi i nawet nie wiem, czy w ogóle byłby zainteresowany, tym, co myślę. Niemniej, jeśli miałbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie – na przykład przez jakiegoś mojego wyborcę – to powiedziałbym, że trzeba uważnie pochylić się nad projektem przyszłego budżetu. Tam jest przewidziane ponad 20 mld. euro na stabilizację unii walutowo-monetarnej. A to oznacza również na badania skutków wprowadzenia euro w krajach, które dotąd wspólną walutą się nie posługują i na ew. rekompensaty, jeśli takie będą niezbędne dla państw, które zadeklarują, że wejdą na ścieżkę do strefy euro. Chodzi o realne rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia euro. Ja bym tak zrobił, skorzystałbym z tego (rozpoczynając tym samym proces dochodzenia do euro), bo to może kompensować straty, które na pewno poniesiemy w polityce spójności. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie. Powinniśmy być w głównym nurcie wydarzeń. Nie powinniśmy zostać na poboczu.
Wkrótce zresztą nadarzy się dobra okazja, by taką „dobrą zmianę”, nową, otwartą postawę na procesy zachodzące w Unii zaprezentować. Może to zrobić pan premier Morawiecki osobiście, gdyż 3 lipca będzie gościł na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że pan Morawiecki przybędzie. To ma formę dialogu, posłowie będą mu zadawać pytania bezpośrednio, w tzw. formule catch the eye – można powiedzieć „oczy w oczy”. Zapowiada się więc bardzo ciekawie – bezpośrednia rozmowa zawsze ma swoją temperaturę. Wszyscy z siedmiu poprzedników premiera Morawieckiego, którzy uczestniczyli w takiej rozmowie, też bezpośrednio odnosiło się do pytań stawianych przez konkretnych posłów. Podkreślam przy okazji, że to w żaden sposób nie jest „egzaminowania” konkretnego państwa, czy szefa rządu. To jest dyskusja na tematy Unii Europejskie: jaka Unia, jej przyszłość. Oczywiście pytań trudniejszych, czy wręcz trudnych, kłopotliwych nie da się uniknąć, ale taka jest natura parlamentaryzmu, swobodnej dyskusji. Nad wszystkim czuwa przewodniczący obradom. On stara się utrzymywać równowagę, ale tylko w tym sensie, żeby taka dyskusja nie przerodziła się w jakąś wewnętrzną walkę polityczną w ramach jednej grupy narodowościowej, przeniesioną na forum Parlamentu Europejskiego.
Jak więc Państwo widzą, mimo lata w Strasburgu i Brukseli wcale nie jest letnio.

Imigranci u drzwi

Chociaż media coraz rzadziej informują o uchodźcach i imigrantach, nie oznacza to, że problem zniknął.

 

Podczas gdy Unia Europejska i niektóre rządy przymykają oczy na skalę kryzysu, inne głoszą potrzebę zamknięcia granic. Wszystkie dotychczasowe propozycje łączy zaś to, że mają one bieżący charakter, służący przede wszystkim stłumieniu społecznych nastrojów. Brakuje natomiast długofalowych rozwiązań, co w perspektywie spodziewanego natężenia procesu migracji, zapowiada jeszcze większe kłopoty, nie tylko w Europie.

W ubiegłym tygodniu w nowojorskiej siedzibie ONZ odbyła się piąta już runda negocjacji w ramach tzw. Global Compact for Migration, czyli porozumienia mającego na celu kompleksowe podejście do kwestii migracji. Nic zatem dziwnego, że przedstawiciele Narodów Zjednoczonych wiążą z nim wielkie nadzieje. „Jako pierwszy w historii międzyrządowy układ traktujący globalną migrację w całej jej złożoności, jest w nim zawarta nadzieja na wzmocnienie naszego wspólnotowego podejścia do jednego z najważniejszych wyzwań naszych czasów: jak najlepiej zmaksymalizować niewątpliwe korzyści migracji i jak skutecznie ograniczyć jej minusy” – powiedziała podczas spotkania Amina Mohammed, zastępczyni sekretarza generalnego ONZ.

Rozmowy w sprawie Global Compact for Migration rozpoczęły się w kwietniu ubiegłego roku. Na koniec bieżącego zaplanowano zaś konferencję z udziałem wszystkich państw członkowskich ONZ, podczas której porozumienie ma zostać ostatecznie przyjęte. Wówczas nabierze ono mocy prawnej. Co to oznacza w praktyce? Pomysłodawcy liczą, że od 2019 r. podejście do spraw migracji nabierze bardziej międzynarodowego charakteru. Tym samym uda się zapobiec dzisiejszej sytuacji, kiedy część państw udaje, że problem nie istnieje, a część szuka rozwiązania w zamykaniu swoich granic przed obcokrajowcami. Jeszcze inne podejmują różne inicjatywy na własną rękę, które często przynoszą skutek odwrotny od planowanego. Tymczasem po przyjęciu porozumienia, jego sygnatariusze będą prawnie zobowiązani do respektowania jego postanowień. Z jednej strony oznacza to większe środki finansowe dla rozwiązań instytucjonalnych; z drugiej zmusi poszczególne rządy do traktowania migrantów, również tych nielegalnych, z poszanowaniem podstawowych praw człowieka.

Brzmi pięknie, jednak rodzą się poważne wątpliwości, czy podpisanie Global Compact for Migration doprowadzi do rzeczywistej zmiany w traktowaniu kwestii migracji. Z dystansem do tego dokumentu podchodzą bowiem zwłaszcza bogate państwa Zachodu, które tradycyjnie stanowią główny cel emigracji zarobkowej. Co prawda, Unia Europejska od początku przekonuje, że jest „zagorzałym zwolennikiem porozumienia i będzie dążyła do tego, aby przyniosło ono spodziewane rezultaty”, lecz podobnego entuzjazmu brak już w przypadku poszczególnych państw członkowskich. Plany „rozwiązania kwestii imigrantów” ogłoszone niedawno przez populistyczny rządy we Włoszech i w Austrii skutecznie studzą optymizm Brukseli. O Węgrzech nie ma nawet co wspominać. Jeśli więc przypomnimy sobie, że i amerykańska administracja zapowiedziała politykę „zera tolerancji” dla nielegalnych imigrantów, porozumienie może okazać się kolejnym świstkiem papieru i niczym więcej.

Przy wszystkich dywagacjach na temat migracji i związanych z nią zagrożeń, którymi częstują nas politycy i media m.in. w Polsce, wydaje się, że to właśnie Europa stanowi centrum współczesnej wędrówki ludów. Otóż nic bardziej mylnego. UNHCR, agencja ONZ ds. uchodźców, szacuje obecną liczbę osób zmuszonych do migracji na ponad 65,6 mln, w tym 22,5 mln uchodźców. Ponad połowa uchodźców pochodzi z trzech państw: Południowego Sudanu, Afganistanu i Syrii. Kolejne 10 mln przymusowych migrantów to tzw. osoby bezpaństwowe, tzn. nie posiadające obywatelstwa żadnego państwa.

Największy wysiłek – ekonomiczny i polityczny – związany z przymusowymi migracjami ponoszą subsaharyjska Afryka i Bliski Wschód. W tym pierwszym regionie znajduje się bowiem 30 proc. wszystkich wysiedlonych, w drugim ponad 26 proc. Dla porównania w Europie jest to zaledwie 17 proc., w obu Amerykach jedynie 16 proc. Jeśli przyjrzymy się konkretnym liczbom, to zobaczymy, że największą grupę migrantów przyjęła Turcja – niemal 3 mln osób. Drugi w kolejności jest Pakistan – 1,4 mln. Kolejne miejsca zajmują Liban (1 mln), Iran (980 tys.), Uganda (940 tys.) i Etiopia (792 tys.). Jak widać, żadne z tych państw nie należy do klubu bogatych.

Gwoli sprawiedliwości trzeba napisać, że USA i państwa Unii Europejskiej to najhojniejsi darczyńcy UNHCR. Trudno jednak nie zinterpretować tego inaczej niż jako próbę zagłuszenia własnego sumienia i zrzucenia problemu na innych – biedniejszych i słabszych. Co prawda, taka polityka może przynieść krótkotrwałą stabilizację – z czym mamy do czynienia obecnie – lecz w perspektywie długofalowej musi się załamać. Wbrew nadziejom niektórych polityków nie wszyscy imigranci utoną, a Turcja czy Libia też mają ograniczoną pojemność, choćby nawet UE zapłaciła im dwa razy więcej niż do tej pory.

Porozumienie, nad którym obecnie pracuje ONZ, ma szansę zapobiec realizacji tego czarnego scenariusza. Przede wszystkim zaś ma szansę przywrócić migrantom ich podstawowe prawa człowieka. Czy jednak państwa, zwłaszcza bogate, znajdą w sobie na tyle siły i odwagi, aby rzeczywiście wdrożyć jego zapisy w życie?

PPS przed kongresem

Jesienią 2018 roku odbędzie się następny, 43 Kongres Polskiej Partii Socjalistycznej w jej 125-letniej historii. Aktualnie trwa kampania sprawozdawczo-wyborcza na szczeblu organizacji podstawowych, odbywają zebrania kół i okręgów. Przed kilkoma dniami uczestniczyłem w zebraniu Koła PPS Warszawa-Śródmieście, którego jestem członkiem. Dwa tygodnie wcześniej brałem udział w zebraniu zawiązującego się koła PPS w Gdańsku. Atmosfera i dyskusje na zebraniach wskazują, że podnosi się w partii temperatura polityczna, przynajmniej z dwóch powodów – zbliżających się wyborów samorządowych, które są nadzieją dla każdej partii, także dla PPS, jak również z powodu oczekiwań dotyczących zbliżającego się Kongresu i ewentualnych zmian i nowych kierunków programowych, które w szybko zmieniającym się świecie są naturalną koniecznością.

Z wielu dyskusji, jakie trwają w PPS, powtarza się konstatacja, że mimo upływu 125 lat, kiedy ta najstarsza partia polityczna w Polsce rozpoczęła swą działalność, dwa podstawowe jej kierunki strategii politycznej pozostają nadal aktualne – to sprawiedliwość społeczna, jako wyznacznik relacji pomiędzy obywatelem i państwem oraz niepodległość, jako stan państwa będącego gwarantem praw i wolności obywatelskich oraz bezpieczeństwa narodowego. Mimo upływu ponad 100 lat, wypracowana w 1892 roku strategia programowa uległa pozytywnej weryfikacji historycznej i współcześnie znajduje odpowiedzi na problemy państwa i społeczeństwa. Polska Partia Socjalistyczna czuje się potrzebna Polsce i Polakom.

Jest jednocześnie zrozumienie dla pozytywnych zmian cywilizacyjnych, jakie przyniosła rewolucja technologiczna i informacyjna, przystąpienie Polski do Unii Europejskiej, ale jest także krytyczne podejście do przemian społecznych i ekonomicznych, które są wynikiem polityki inspirowanej przez doktrynę neoliberalizmu. PPS opowiada się jednoznacznie za potrzebą nowej transformacji w Polsce w kierunku systemu opartego o zasady społecznej gospodarki rynkowej, zapisane w naszej Konstytucji. Ponadto uważa, że powinny ulec zmianie zasady współpracy Państwo-Kościół. Polska powinna być państwem świeckim, a nie jako jedyna w Europie zmierzać w kierunku państwa wyznaniowego. Ponadto formułowana jest refleksja, że doświadczenia i straty w substancji narodowej, jakie w XX wieku powstały w wyniku dwóch wojen światowych, nakazują nam rozwagę i dystans do wszelkich inicjatyw militarnych, w tym w podwyższaniu ponad miarę budżetu MON, których celem nie jest obrona, a ekspansja, sprzeczna – jak wskazuje doświadczenie, z naszym interesem narodowym.

Sztandarowym pomysłem programowym PPS na 100-lecie niepodległości jest inicjatywa ogłoszenia przez prezydenta RP powszechnej amnestii. Wypływa ona z humanistycznych tradycji polskiego socjalizmu. Stosowny wniosek w tej sprawie został zgłoszony w dniu 28 marca 2018 roku na ręce głowy państwa. W III RP amnestii nie było przez 28 lat. W II RP przez 20 lat ogłoszono 15 razy akt łaski, w Polsce Ludowej przez 45 lat również 15 razy. Po raz ostatni w roku 1989. PPS nie zgadza się z ideą budowy państwa represyjnego.

Nawiązując do historycznej weryfikacji, warto zauważyć tutaj, co podkreślano wielokrotnie w historii PPS, że najpierw poprzez swoje źródła inspiracji intelektualnej oparte o tradycję Insurekcji Kościuszkowskiej, powstania narodowe, dorobek myśli romantycznej i pozytywistycznej, a później swoje konspiracyjne doświadczenie, partia stała się potrzebna narodowi jako jedyna siła polityczna głosząca idee niepodległości na przełomie XIX i XX wieku. Była na lewicy polskiej siłą wielonurtową, jak polska historia i tradycja, zawsze jednak niosąc na sztandarach dobro człowieka i wolność.

Dziś, mimo upływu czasu, PPS jest ta sama i taka sama, jak ta, która powstała przed 125 laty, wybrała i kontynuuje drogę trudną – ruchu ideowego, co stoi w kolizji z wielu doświadczeniami ostatnich lat przyspieszonego rozwoju naszej cywilizacji, która odrzuca podstawowe wartości społeczne, normy i zasady. Nie do przyjęcia są postępujące procesy neutralizacji norm etycznych i bezrozumne zaliczanie wartości społecznych do czynników dezintegrujących życie obywateli. PPS jest w kolizji z tymi tendencjami, które są głoszone i wdrażane w życie przez siły neokonserwatywne i neoliberalne, uznając je za sprzeczne z logiką rozwoju i interesem społecznym, szczególnie interesem Polaków.

Podczas dyskusji w PPS żywe jest pytanie, czy partia z tak wielkim doświadczeniem i żywymi ideami dobra człowieka, wolności i sprawiedliwości jest w stanie wpłynąć na odrodzenie myśli i wartości lewicowych i ich upowszechnienie?

Imigracja czy wędrówki ludów?

Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno.

 

Temat sam w sobie jest niezwykle frapujący, zwłaszcza, że w powszechnej świadomości „wędrówki ludów” funkcjonują jako pradawny mit. Ale to nie mit, lecz fakt.

Fakty i mity

Podobnie jak nazwa „Polska”, która wywodzi się od wschodniosłowiańskiego plemienia Polan (plemię to nie rezydowało na dzisiejszym Mazowszu, lecz zasiedlało obszar na północ od Kijowa).
Nazwa „sarmatyzm” też nie jest mitologiczna – pochodzi od znakomitych wojowniczych jeźdźców z terenów na wschód od Turcji. Znaki herbowe polskich rodów rycerskich są takie same, jak znaki plemion z tamtego obszaru – można sprawdzić to w „Europie” Normana Daviesa.
Pradawna historia wojen Hetytów (lud zasiedlający tereny dzisiejszej Anatolii) z faraonem Ramzesem – to element kolejnej wielkiej układanki geograficznej, potwierdzającej, że wędrówki ludów naprawdę miały miejsce. Pierwsze słowo, które dało się odczytać w hetyckim i stanowiło poniekąd klucz do rozszyfrowania tego języka to „watar” – woda.

Anglosaskie „water” i „Wasser” to przecież formy tego samego słowa. Nie używały ich plemiona haszemickie, a pragermańskie – –jak więc wyjaśnić to inaczej niż właśnie wędrówką ludów?
Jeżeli więc w dziejach takie migracje od zawsze były normą – czemu nie miałyby odbywać się i teraz?

My Słowianie

Taka na przykład braterska słowiańska Bułgaria. Niewielu wie, że jest tylko słowiańska z nazwy, ale już jej ludność to w większości etniczni, choć zeslawizowani Turcy. Jak to możliwe? Do istniejącego państwa słowiańskiego migrowały grupy ludności tureckiej i przyswajały stopniowo miejscową kulturę oraz religię. Wtapiały się owe grupy w jeden słowiański naród. Z czasem sumarycznie imigranci przewyższyli ludność rodzimą, ale nikt się nawet nad tym nie zastanawia. Wszyscy czują się spadkobiercami historycznego, wielkiego, słowiańskiego państwa Bułgarów. Tak, więc konkluzja jest oczywista: migracje, mniejsze i większe, były od zawsze. Współcześnie przychodzą pod postacią dokładnie takich samych fal – raz silniejszych, a raz słabszych.

Czy w takim razie migracje są groźne?

Wszystko zależy od formy i nasilenia fal imigracyjnych. Gdy tak jak np. w Bułgarii czy USA napływ jest stopniowy, a środowisko przyrodniczo-ekonomiczne nie jest przeciążone; gdy prymat miejscowego społeczeństwa niejako wymusza proces kulturowego dostosowania – wówczas nic niepokojącego się nie dzieje. Natomiast, gdy imigracja jest masowa, a na dodatek, jeżeli imigranci posiadają kulturę i religię wrogo nastawioną do adaptacji, wtedy dopiero zaczynają się prawdziwe problemy.

Żydzi, naród o względnie wysoko rozwiniętej kulturze własnej, nie integrował się z kulturą gospodarzy, kiedy przyszło mu żyć w innych państwach. To się na nich mściło. Gdy rodził się kryzys, takie niezasymilowane grupy padały ofiarą ataków (np. w XIII wieku w Londynie, w Dreźnie w 1525, a także w Hiszpanii, skąd ich ostatecznie wygnano). To zdaje się ironią losu, że mówią o sobie „naród wybrany” – bo jeśli Bóg ich wybrał, to do tego, by byli ciągle prześladowani.

Dziś na świecie kultura żydowska nikogo nie razi i nie skłania do prześladowań. To z pewnością zasługa m.in. nieuniknionego zeświecczenia wielu krajów. Polska niestety nadal nie dała rady oddzielić się od kościoła, ale do kościoła uczęszcza nad Wisłą już tylko ok. 38 proc. obywateli.

Czy w takim razie mamy akceptować imigrację, jako konieczność dziejową?

Tak i nie. Nie możemy zachęcać do przybycia milionów uchodźców, płacąc im wysoki socjal jak w Niemczech. Pomagać należy przede wszystkim tam daleko, organizować obozy przejściowe na miejscu. Daleka emigracja nie powinna być regułą nie powinna się opłacać, gdy kończy się konflikt uchodźcy powinni wracać do siebie.
Problemy rodzą się daleko i tam powinny być rozwiązywane, zaś brak łatwej perspektywy migracyjnej musi zachęcać dalekie państwa i ludy do poważnego traktowania problemów demografii.

Musimy starać się zachować proporcje napływu migrantów w rozsądnych granicach

Musimy też zwracać uwagę na to, jacy migranci do nas masowo przybywają. Arabowie niewątpliwie zostali stworzeni przez tego samego Boga, jak wszyscy inni ludzie. Wbrew twierdzeniu znanego Proroka z Lechistanu nie są „nosicielami zarazków” ani ameb w większych ilościach niż statystyczni Polacy.

Problem pojawia się zupełnie gdzie indziej: jeżeli obcy przybędą tu masowo w krótkim czasie, to przykładowo, ponieważ islam jest wrogi do katolicyzmu, to wtedy mamy gotową receptę konfliktów.

Problemem we Francji stało się utworzenie muzułmańskich gett. Po przegranej wojnie w Algierii z dnia na dzień nad Loarę napłynęło wielu muzułmanów. W paryskich i brukselskich gettach asymilacja prawie nie postępuje.

Muzułmanie wykształceni w Polsce nie stanowią dla nas żadnego zagrożenia. Są wychowani w tradycji muzułmańskiej, ale jednak, jako ludzie już zasymilowani i nierzadko świetnie wykształceni – nie odczuwają więzi z islamem ortodoksyjnym. Polscy Tatarzy też są przecież składnikiem naszej kultury.

Weźmy takiego na przykład znanego i niewątpliwie wykształconego Żyda – Jerzego Urbana. On nie jest dla mnie – mazowieckiego buraka – groźny ani trochę.

Prawdziwy problem to narastająca fala masowej imigracji, której nikt nie będzie w stanie kontrolować

Problem to nie milion uchodźców, jednorazowo przyjętych przez kanclerz Merkel. Problemem – i to realnym – jest perspektywa upadłości państw „Południa,”. Gdy na granicach Europy staną miliony i setki milionów uchodźców. Wtedy na wszelkie dywagacje będzie już za późno. Problem przyszłości to potężne zmiany klimatyczne, powodowane w dużej mierze przez państwa północy.

Spalane na masowa skalę węglowodory niewątpliwie podnoszą temperaturę i zakwaszają oceany. Strefy opadów przemieszczają się, gdy w Sahelu kozy wygryzają wraz z resztkami trawy ostatnie korzonki. Nie pomoże fakt, że po roku albo dwóch wrócą deszcze – Sahara nieubłaganie przesuwa się na południe.

W krajach takich jak Niger słabe opady tylko raz na pięć lat pozwalają na wyżywienie ludności, przez pozostałe lata przejada ona dary i import. W Afryce są już całe wielotysięczne miasta uchodźców utrzymywane przez ONZ, a mieszkańcy nigdy już ich nie opuszczą, bo nie ma dla nich powrotu w rodzinne strony. Szybki przyrost naturalny w takim mieście uchodźców przy ubogim, lecz regularnym żywieniu – powoduje powstawanie bomb ludnościowych.

Deklaracje, że bogata Ameryka czy Europa im pomoże, są gołosłowne. Ta ad hoc pomoc na dłuższą metę tak naprawdę jedynie utrwala status quo.

Pomoc musi być obwarowana warunkami

Co to znaczy? Ano to, że my – biali, byli kolonizatorzy, boimy się powiedzieć, iż problemem tak u nich, jak i u nas, jest kwestia przyrostu demograficznego. Ktoś powie, „ale jak to u nas? W Europie nie ma przeludnienia”. Tylko, że to nieprawda.

Nie tylko w tak zwanym trzecim świecie występuje to zjawisko, ono tli się również na północy. Tylko, że my wcześniej zdołaliśmy wcześniej „wynaleźć ogień”: dziś stosujemy sztuczne nawozy na przemysłową skalę, wprowadziliśmy mechanizację i nowoczesne przetwórstwo. Mamy chwilowo potężne nadwyżki żywności. Chwilowo – bo np. zasobów węgla starczy nam tylko na kilkadziesiąt lat, zaś energia odnawialna nie jest tania i łatwo dostępna. Musimy czy chcemy czy nie ograniczyć zużycie węglowodorów. Istnieje bariera nasycenia atmosfery dwutlenkiem węgla. Gdy moje wnuki osiągną wiek emerytalny, prawdopodobnie trzeba będzie wrócić do ubogiego hreczkosiejstwa naszych dziadków. I wtedy koło się zatoczy – problem przeludnienia u nas powróci.

Pomagać z głową

W Afryce pomoc powinna być warunkowana wyraźną zachętą do ograniczenia przyrostu naturalnego. Misjonarze katoliccy z całą swoją staro plemienną ideologią naturalnego rozmnażania nie powinni wchodzić w rolę filozofów rozwoju. Cała filozofia chrześcijaństwa zasadza się na tradycji staro plemiennego maksymalnego mnożenia się, w pomroce tysiącleci wrogie ludne plemiona niszczyły słabsze. Tylko Chinom udało się zrównoważyć rozwój kraju, dlatego, że wprowadziły „politykę jednego dziecka” – a i tak muszą mierzyć się z wieloma wyzwaniami, ekologicznymi.

Gdy podczas mojego pobytu w Rwandzie Jan Paweł II wygłosił pochwałę rozrodczości – przemawiający po nim prezydent Habyarimana głośno stwierdził, że się z nim nie zgadza, czym wywołał publiczny skandal. Ironią losu było to, że wkrótce po tym on i jego samolot został zniszczony prawdziwą – nie smoleńską – rakietą, a w odwecie mniejszościowe plemię Wa Tutsich zostało zmasakrowane.

A wniosek z tego płynie następujący: jeśli Europa stara się pomagać Afryce, nie może utrwalać jej starych problemów, tylko je rozwiązywać, problemy stałe się niestety globalne, i tylko globalne podejście może coś dać. Ten mój felietonik niczego nie rozwiązuje, ale aby cośkolwiek zrobić musimy się zastanowić wspólnie gdzie my jesteśmy. Na razie jedynie Chinom udaje się trzymać demografię w ryzach. Powinniśmy zrozumieć, że to podejście Chińczyków należy upowszechniać w innych miejscach świata. Jak to implementować to inny wielki problem. Inaczej nie możemy nazywać się ludźmi rozumnymi.