Głos lewicy

Docenieni!

Korespondenci polskich mediów w Brukseli zostali zapytani o ocenę działań posłów. Eurodeputowani SLD zajęli odpowiednio Bogusław Liberadzki (8 miejsce) doceniony za aktywne działania na rynku infrastruktury, a także unijnego budżetu, Janusz Zemke (19 miejsce) za działalność dotyczącą polityki obronności i obrony praw konstytucyjnych, a Krystyna Łybacka doceniona za pracę w tematyce edukacji – 25 miejsce w rankingu przygotowanym przez dziennik „Rzeczpospolita”.

 

Klaps? Nigdy!

– Klaps to wyraz wewnętrznej frustracji i braku kompetencji wychowawczych, a także wyraz braku własnych kompetencji do wychowania dziecka – ocenił Krzysztof Gawkowski w programie „Tak Jest”.
Wiceprzewodniczący SLD podkreślił, że jego zdaniem deklarowanie, iż klaps jest uzupełnieniem werbalnej relacji z dzieckiem oznacza, że „nie jesteśmy ani werbalnie, ani mentalnie przygotowani do posiadania dzieci”.
– Jeżeli w dojrzałym, cywilizowanym świecie odchodzimy od tego, żeby stosować kary cielesne, tortury i inne środki przymusu bezpośredniego, to powinniśmy zdawać sobie sprawę z tego, że uderzanie dziecka może doprowadzić do nieodwracalnych zmian psychologicznych i psychicznych – powiedział Gawkowski, przypominając, że jest to stanowisko Światowej Organizacji Zdrowia (WHO).
Polityk Sojuszu podkreślił, że polskie prawo zabrania bicia dziecka. Dodał, że badania prowadzone na świecie pokazywały wielokrotnie, iż dziecko bite w przyszłości także używa przemocy fizycznej i wdaje się w bójki. Stwierdził, że „miłość oznacza to samo w stosunku do osoby dorosłej i dziecka”. – Jeżeli kogoś kochamy, to traktujemy go tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani – zaznaczył.

Czyja jest Polska?

Głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Te fundamentalne pytania musi sobie zadać każdy obywatel/obywatelka Polski po głosowaniu w Parlamencie Europejskim dyrektywy UE w sprawie pracowników delegowanych. Według większości mediów głosowanie za tą ustawą było antyrządowe i generalnie rzecz biorąc antypolskie,

 

Więc gdzie ta antypolskość?!

Idąc na skróty chodzi o to, że pracownik jednego kraju UE pracujący w innym kraju UE ma zarabiać tyle, co pracownik tego kraju. Czyli – Polak pracujący np. w Danii ma zarabiać tyle co Duńczyk. Gdzie tu antypolskość? Ale – zostańmy przy duńskim przykładzie.
W Danii zostaje ogłoszony przetarg na zbudowanie czegoś tam. Do przetargu stają firmy np. duńskie, francuskie, brytyjskie, greckie itd., ale również polska.
I problem polega na tym, że polska firma wykonująca prace budowlane w Danii zatrudnia polskich pracowników i płaci im tak jak za pracę w Polsce – czyli nędznie. Stająca w przetargu np. firma francuska zakłada płacenie pracownikom według stawek francuskich, tak samo firma brytyjska, hiszpańska itd.

 

Gdzie ta walka z Polską, o której tak krzyczą media?

Problem polega na tym, że wykonanie zlecenia wymaga ileś tysięcy tzw. roboczogodzin. I godzina pracy polskiego pracownika w Polsce jest znacznie niższa niż godzina pracy francuskiego pracownika we Francji.
Czyli oferta polskiej firmy jest znacznie bardziej atrakcyjna, bo Polacy pracują za polskie stawki, co powoduje, że polska oferta jest znacznie tańsza. Czasem jest tak, że żadna firma nie dostaje wykonania całości  inwestycji – pracuje kilka firm. Obok siebie pracują np. Francuzi i Polacy – tyle tylko, że Francuzi zarabiają w euro kilka razy więcej niż Polacy ze stawkami z okolic Rzeszowa czy Lublina.
W dyrektywie UE chodzi o to, żeby ci przykładowi Francuzi i Polacy zarabiali tyle samo. No i to podobno według polskich komercyjnych mediów jest antypolskość!!
No tak.
Mogą być straty. Bo teraz polskie firmy nie będą w Europie zachodniej dawać niższych, de facto dumpingowych stawek kosztów wykonania zlecenia w wyniku niskich kosztów pracy.
Polscy pracownicy pracujący na zachodzie za pośrednictwem polskich firm będą więcej zarabiać.
Tylko pytanie – na ile to obniży konkurencyjność polskich firm za europejskich rynkach? Czyli głosowanie w UE to wyższe zarobki polskich pracowników, ale w związku z tym również mniejsza konkurencyjność polskich firm na rynkach zachodniej Europy.

 

Gdzie tu Polska, gdzie patriotyzm?

Myślę, że do tej pory polskie firmy pracujące na Zachodzie pracowały tak, że zarządy firm i kadra menadżerska zarabiała jak na Zachodzie, a pracownicy tak jak w Polsce.
I ci ludzie, okradający swoich pracowników, teraz płaczą i wrzeszczą o „niszczących Polskę decyzjach UE”.
A będzie tak: prawdopodobnie część polskich firm stosujących do tej pory maksymalnie niskie stawki płac już nie będzie mogła funkcjonować na rynkach starej UE. W pozostałych trzeba będzie urealnić zarobki – pracownicy będą zarabiać według stawek UE, a zarządy i menadżering według zdrowego rozsądku, a nie jak dziś według własnych wyobrażeń.

 

No i czyja jest Polska?

Pracowników czy pracodawców? Dzięki decyzjom UE polscy pracownicy w UE będą zarabiać więcej, mniejsze będą zyski polskich pracodawców. I to podobno jest antypolskie.
Oczywiście nieprawda. Prawda jest taka, że polskie media są antypracownicze i reprezentują interes polskiego kapitału.

Druga strona

Garść refleksji o nowym budżecie UE.

Jak zapewne Państwo pamiętają, z początkiem maja Komisja Europejska ogłosiła projekt budżetu UE na lata 2021-2027. Mimo odejścia Wlk. Brytanii razem z jej składką, kwotowo ma to być budżet nieco większy od dotychczasowego – na różne programy europejskie w nowej perspektywie finansowej przeznacza się 1279 miliardów euro.Jednak, jeśli wziąć pod uwagę inflację, to kategoria „większy” staje się nieaktualna. Ale ostatecznie, mimo podniesienia składki, co już postanowione – cięcia w stosunku do budżetu poprzedniego będą niezbędne.
W dwóch obszarach, które są dla nas bardzo ważne – chodzi o politykę spójności i politykę rolną – przewiduje się kwoty mniejsze odpowiednio o 7 i o 5 procent.Konrad Szymański, wiceminister spraw zagranicznych tak skomentował te informacje (cyt. za PAP i PR):– Na ostatniej prostej przed zaprezentowaniem projektu budżetu przez Komisję Europejską Polsce udało się obronić znaczną część interesów regionu (…) udało się, z walnym udziałem premiera Morawieckiego, wyhamować najbardziej radykalne propozycje cięć, najbardziej radykalne propozycje zmian, propozycje prawdziwego zrewolucjonizowania budżetu unijnego.
(…)Wydźwięk zapewnień wiceministra Szymańskiego – zarówno w wymiarze bezpośrednim, jak i w sferze gestów i symboli – jest jednoznaczny: polska opinia publiczna, ale też opinia publiczna w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, mogą spać spokojnie – w premierze Mateuszu Morawieckim mają skutecznego obrońcę swoich interesów, kluczowego gracza przy stole negocjacji budżetowych, zaś „ocieplony” wizerunek naszego kraju oraz osobiste, bardzo dobre stosunki naszego premiera z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jean Claudem Junckerem mają wymiar nie tylko prywatny, ale też jak widać przekładają się korzystnie na nasze stosunki z Unią Europejską. Polska dyplomacja i polskie władze państwowe oceniają, że cięcia, które zaproponowano w nowym budżecie unijnym na lata 2021-2027 są co prawda nieuniknione, ale dzięki Polsce, są mniejsze niż powszechnie oczekiwano.
Tymczasem…
Z inicjatywy grupy parlamentarnej Socjalistów i Demokratów, do której należą posłowie SLD, wyliczenie podane 2 maja przez Komisję Europejską, wzięli na warsztat eksperci Parlamentu Europejskiego. Ich wnioski są, delikatnie mówiąc, zaskakujące:
„Propozycja KE to bardzo ładna historia, ale niestety nieprawdziwa. Sprawdziliśmy ze służbami PE liczby, jakie podawane są w projekcie. KE wykorzystuje czasami ceny bieżące, czasami ceny stałe, czasami liczy 27 krajów, czasami 28. Na końcu musieliśmy sprawdzać każdą z podanych liczb i rezultat jest bardzo zasmucający” – mówiła do dziennikarzy w Brukseli nasza koleżanka z S&D, europosłanka komisji budżetowej odpowiedzialna za wieloletni budżet UE Isabelle Thomas. Wstępna ocena Parlamentu Europejskiego pokazuje bowiem, że Komisja bardzo często wykorzystuje ceny bieżące, czyli nominalne wartości bez uwzględniania inflacji. W rezultacie przedstawiane cięcia w konkretnych obszarach są znacznie mniejsze niż w rzeczywistości. Z analiz przeprowadzonych przez ekspertów europarlamentu wynika, że wbrew twierdzeniom Komisji zaproponowany wieloletni budżet nie będzie wynosił 1,114 proc. dochodu narodowego brutto (DNB) 27 państw UE, ale 1,08 proc. DNB. To mniej niż obecne wieloletnie ramy finansowe dla państw UE bez uwzględniania Wielkiej Brytanii (cyt. za PAP)Z polskiego punktu widzenia ważne są cięcia w polityce spójności oraz polityce rolnej. Tu też jest gorzej niż początkowo informowano. Cięcia wyniosą odpowiednio nie 7 i 5 procent, tylko 10 i 15!
Szczegółowa analiza Parlamentu Europejskiego pokazuje również, że w ramach polityki spójności aż o 45 proc. zmniejszony ma być Fundusz Spójności. Jest on przeznaczony dla państw członkowskich, których dochód narodowy brutto (DNB) na mieszkańca wynosi mniej niż 90 proc. średniego DNB w UE. Realizowane są z niego wielkie przedsięwzięcia, jak np. transeuropejskie sieci transportowe. To byłby doprawdy potężny cios wymierzony we wszelkie projekty infrastrukturalne w krajach takich jak nasz.Ma więc rację wiceminister spraw zagranicznych Konrad Szymański przestrzegając, że sukces naszych negocjatorów z premierem Morawieckim na czele nie jest jeszcze przesądzający, że to dopiero, obiecujący co prawda, ale zaledwie pierwszy krok na długiej negocjacyjnej drodze. Czekają nas chwile nerwowe, pełne konfliktów i zwątpienia, wzlotów i załamań. Uspokajał jednak pan minister, że jesteśmy do tego przygotowani, że w znacznej mierze sukces będzie zależał od gotowości naszych partnerów do kompromisu, bo my jesteśmy gotowi. Mamy dobrą wolę, ale i determinację obrony polskich interesów…
Bardzo się z tego cieszę, choć moją radość mąci nieco wiercąca mózg myśl, czy nasza gotowość do negocjacji i kompromisu odnosi się do cięć w wysokości 7 i 5 procent, czy do tych realnych – 10 i 15 proc., przy zmniejszonym o 45 proc. Funduszu Spójności? Czy my w ogóle wiemy, o czym mówimy?