Lana Del Rey, Eurowizja i kulturalny bojkot Izraela

Wygląda na to, że kontrowersje, jakie latem bieżącego roku wybuchły wokół dwóch imprez kulturalnych w Niemczech, to była zaledwie rozgrzewka.

 

Najpierw odbywające się w Bochum Ruhrtriennale anulowało występ rapowego trio ze Szkocji, Young Fathers – na wieść o ich otwartym poparciu dla kampanii kulturalnego bojkotu Izraela. Izraelskie lobby w Niemczech cynicznie eksploatuje niemieckie poczucie winy związane z hitlerowską zagładą Żydów i skutecznie (z sukcesami w Bundestagu) przepycha tam narrację, że bojkot Izraela to kampania antysemicka. Dlatego takim zaskoczeniem była dla organizatorów międzynarodowa burza, jaką ta decyzja wywołała w światowym środowisku muzyków i twórców kultury. Young Fathers dostali tyle wsparcia, a na organizatorów spadły takie gromy, że ci ostatni odwołali swoją decyzję. Tym razem to Young Fathers w proteście odrzucili zaproszenie.
Wkrótce potem organizowany w Berlinie Pop-Kultur Festival spotkał się z serią anulowanych koncertów, gdy artyści dowiedzieli się, że wśród sponsorów imprezy jest ambasada Izraela – powołali się na szacunek dla palestyńskiego apelu o bojkot.

 

Kulturalny bojkot Izraela

Palestyńska Kampania na rzecz Akademickiego i Kulturalnego Bojkotu Izraela (PACBI) stanowi „branżowy”, skierowany do przedstawicieli i pracowników kultury i nauki, segment większego ruchu, jakim jest Boycott, Divestment, Sanctions, w skrócie BDS. Kampania domagająca się bojkotu, wycofania inwestycji i sankcji przeciwko Izraelowi, dopóki nie zacznie on przestrzegać prawa międzynarodowego i nie zaprzestanie rasistowskiej, kolonialnej przemocy i polityki dyskryminacji wobec Palestyńczyków. Jest ona wzorowana jest na wielkim historycznym przykładzie międzynarodowego oddolnego bojkotu reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki – bojkotu, który doprowadził do jego globalnej izolacji, pomagając w jego obaleniu.
Kampania na rzecz bojkotu kulturalnego i akademickiego zwraca uwagę na znaczenie, jakie dla propagandowych wysiłków Izraela ma udział jego twórców i instytucji w światowym, zwłaszcza zachodnim – kojarzonym z demokracją i wolnością – obiegu kulturalnym, występy międzynarodowych gwiazd, współpraca kulturalna i akademicka. Każdy występ zachodniej gwiazdy jest wykorzystywany przez izraelską dyplomację kulturalną jako wehikuł propagandowy, dowód, że Izrael wciąż jest trendy. Każdy zagraniczny występ izraelskiego teatru, każdy pokaz izraelskich filmów (szczególnym targetem są imprezy o tematyce LGBT+) jest wykorzystywany przez Izrael do normalizacji swojego wizerunku, przesłaniania przemocy, jaką Izrael stosuje u siebie i w swoim bezpośrednim sąsiedztwie.
Ponadto izraelskie instytucje i wydarzenia kulturalne opierają się na systemowej dyskryminacji Palestyńczyków, często są dla nich – jako widzów i jako twórców – w żaden sposób niedostępne, niekiedy mieszczą się nawet w nielegalnych osiedlach, z siedzibami na ziemi zagrabionej okolicznym palestyńskim chłopom. Palestyńczycy są dyskryminowani na izraelskich uniwersytetach, Izrael stosuje arbitralną przemoc wobec uniwersytetów i akademików palestyńskich, a same izraelskie uniwersytety, akademie i politechniki zaangażowane są w badania i rozwój technologii na potrzeby brutalnej izraelskiej okupacji Terytoriów Palestyńskich.

 

Sukcesy bojkotu

BDS, ruch z początku ignorowany i wyśmiewany tak przez Izrael, jak i przez jego wielkich imperialnych sojuszników, przekonanych, że mają wystarczający monopol na globalny obieg informacji, dziś jest przez rząd Binjamina Netanjahu uważany za jedno z największych egzystencjalnych zagrożeń dla Państwa Izrael. Do tego stopnia, że Netanjahu powołał osobne ministerstwo, którego główną funkcją jest walka z BDS (między innymi przez orkiestrowanie kampanii oszczerstw – spod znaku „antysemityzm wszędzie!” – pod adresem propalestyńskich działaczy na całym świecie). Jest nim orwellowskie z nazwy Ministerstwo Spraw Strategicznych. Oprócz tego, różnego rodzaju akcje w tym zakresie prowadzone są lub wspierane przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, dyplomatów w poszczególnych krajach (słynny reportaż śledczy Al Dżaziry pt. The Lobby pokazał, jak to działa w Wielkiej Brytanii) oraz Ministerstwo Kultury i Sportu kierowane obecnie przez obłąkaną jeszcze bardziej niż Netanjahu rasistkę Miri Regev.
Od dawna wielkim orędownikiem bojkotu Izraela, niestrudzenie lobbującym za każdym razem, gdy któryś z jego kolegów lub koleżanek z branży nosi się z zamiarem występowania w Izraelu, jest Roger Waters, znany z legendarnego zespołu Pink Floyd. Bojkot od lat popierają brytyjski reżyser Ken Loach, kanadyjska dziennikarka Naomi Klein, amerykańska aktywistka i intelektualistka Angela Davies, indyjska pisarka Arundhati Roy czy Norweski Teatr Narodowy w Oslo. Do bojkotu kilka lat temu przystąpił też (i wzywał innych naukowców) zmarły niedawno angielski fizyk Stephen Hawking.
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy BDS odniósł kilka spektakularnych kulturalnych zwycięstw. Koncerty w Izraelu odwołali nowozelandzka piosenkarka Lorde, kolumbijska gwiazda Shakira oraz brazylijski piosenkarz i były minister kultury w pierwszej administracji Luli Gilberto Gil. Przyjęcia izraelskich nagród odmówili urodzona w Jerozolimie aktorka Natalie Portman (dotychczas w obozie „liberalnego syjonizmu”) i ex-Beatles Paul McCartney. Towarzyski mecz piłki nożnej z reprezentacją Izraela odwołała drużyna Argentyny – chodzą słuchy, że ogromną rolę w tej decyzji odegrał kapitan reprezentacji Lionel Messi.
Dlatego Izrael z taką determinacją rzucił się do kontrofensywy.

 

Bombajski łącznik

W styczniu 2018 roku potencjalne czy spodziewane straty na Zachodzie rząd Izraela próbował nadrobić na Wschodzie. W czasie oficjalnej wizyty premiera Netanjahu w Indiach, jedną z misji, jakie pragnął zrealizować, było kupienie sobie przychylności bombajskich filmowców finansowymi korzyściami z kręcenia w Izraelu. Bollywood to kulturalne supermocarstwo, fabryka snów połowy ludzkości – jego przychylność, przelana w kadry jakiegoś filmowego hitu, byłaby wielkim zwycięstwem propagandowym. I choć premierowi udało się uwieść niezwykle wpływową rodzinę Bachchanów (stary Amitabh wygrał kiedyś międzynarodowy plebiscyt BBC na najpopularniejszego aktora wszechczasów, Actor of the Millenium; żona jego syna Abhisheka to Miss World 1994, Aishwarya Rai) i wianuszek ich przydupasów, to wcale nie może być pewien, że nie oberwie rykoszetem.
Bollywoodem, jak mało którą instytucją w Indiach, rządzą w znacznym stopniu muzułmanie, nawet jeżeli w atmosferze hinduskiego nacjonalizmu epoki prezydenta Modiego są trochę zastraszeni i mniej pewni siebie. „Trzech wielkich Khanów Bollywoodu” – Shahrukh, Salman i największy z nich artysta, Aamir, podobno stanowczo odmówiło spotkania z Netanjahu. O Aamirze Khanie wiadomo, że ma lewicowe poglądy, popiera sprawę palestyńską i… jest najbardziej politycznym ze współczesnych gwiazdorów kina bombajskiego, również w swojej twórczości.

 

Eurowizja, akt 1

W tym roku do rangi racji stanu urósł udział izraelskiej reprezentantki w konkursie piosenki Eurowizji. Izrael od dawna przywiązuje do tego konkursu ogromną wagę – pomaga mu prezentować się jako przyczółek Europy na Bliskim Wschodzie, kojarzony z demokracją i liberalnymi wolnościami. To gra w te skojarzenia – z „jedyny gay-friendly kraj na Bliskim Wschodzie” od jakiegoś czasu na czele – sprawiła, że wystawił kiedyś w swoich barwach transseksualną Danę International.
Kampania tegorocznej reprezentantki Izraela, Netty Barzilai, wspierana zapewne przez aż trzy ministerstwa (Kultury i Sportu, Spraw Zagranicznych i Spraw Strategicznych) również stawiała na wątki queer – w zespole, który tworzył i wykonywał piosenkę, a także w targecie, do którego celowano z agitacją. Ze względu na popularność konkursu Eurowizji w epicentrach kultury gejowskiej (w wielu krajach środowiska LGBT+ organizują co roku Eurovision parties) piosenka Netty była szczególnie reklamowana na gejowskich portalach randkowych.
Nie należy przy tym ronić łez nad biedną artystką nieświadomie wciągniętą w wielką politykę, podczas gdy ona chciała sobie tylko pośpiewać. Netta doskonale wie, co robi, z radością publicznie obściskiwała się i z Netanjahu, i z Regev, i jest dumna z tego, że przed laty do wojska zgłosiła się na ochotnika, zanim zdążyło do niej zapukać z poborem.
W tym roku gra toczyła się o stawki większe niż zwykle. Odkąd Biały Dom w osobie Donalda Trumpa zrzucił wszystkie maski i przestał udawać bezstronnego mediatora, oddolne kampanie bojkotu nabierają na sile w różnych częściach świata. Glamour transmitowanej na cały świat Eurowizji był też Izraelowi potrzebny jako zasłona dymna przed nadchodzącymi wkrótce po finale konkursu protestami palestyńskiego Wielkiego Marszu Powrotu w strefie Gazy. Niewykluczone, że na linię eurowizyjnego frontu Izrael rzucił stworzoną w ramach projektu Hasbara aplikację astroturfingową służącą do zarządzania sztucznymi „spontanicznymi”, „oddolnymi” kampaniami w sieci. Wszystkie te wysiłki przyniosły plon: w maju Netta wygrała konkurs i krzyknęła do publiczności: „Do zobaczenia w Jerozolimie!”
To jeszcze jedna ze stawek, o jakie szło w tym roku Izraelowi w konkursie Eurowizji: że jako zwycięzcy następny konkurs zorganizują w Jerozolimie i będzie to część procesu normalizacji w oczach światowej opinii publicznej statusu tego miasta jako stolicy Izraela (statusu odrzucanego przez prawo międzynarodowe).
Jednak szybko pojawiły się pierwsze sygnały, że Eurowizja może się jeszcze dla Izraela okazać samobójem. Zanim wszyscy wytrzeźwieli po weekendzie, Islandczycy odpalili petycję do publicznej islandzkiej telewizji, RUV, domagając się bojkotu konkursu Eurowizji w 2019, jeśli będzie miał miejsce w Izraelu. W ciągu dwóch dni podpisał ją co dwudziesty mieszkaniec nordyckiej wyspy. Podobne wezwania i publiczne sondy na ten temat w ciągu kilku dni wypłynęły w Irlandii.

 

Jak Lana Del Rey nie dojechała do kibucu

 Innym wielkim propagandowym projektem kulturalnym Izraela miał być Meteor Festival – wydarzenie muzyczne tak wielkie, jakiego nigdy jeszcze w Izraelu nie było. 3 dni (od 6 do 8 września), kilka równoległych scen w kibucu Lehavot Habaszan na północy kraju, 150 występów, w tym 50 artystów i zespołów z zagranicy. Największą światową gwiazdą miała być Lana Del Rey.
Dla izraelskich macherów od propagandy kulturalnej to miał być największy triumf. Del Rey już raz anulowała występy w Izraelu, w 2014, z powodu operacji Protective Edge, w czasie której w bombardowaniach Gazy zginęło ponad 2000 ludzi, w tym ponad 500 dzieci. Według showbizowego dziennika „Variety”, organizatorzy zaoferowali jej tym razem 700 tys. dolarów samej bazowej stawki za koncert, tzn. tego, co dostanie jeszcze przed rozliczeniem za bilety. Przelewem z góry! Było to ponad 930% jej normalnej stawki.
Portale społecznościowe zalał hasztag #LanaDontGo, a z otwartym listem do kalifornijskiej gwiazdy, jak zawsze, zwrócił się na Facebooku niezmordowany Roger Waters. Początkowo Del Rey majaczyła coś o pozytywnych wibracjach, jakie jej muzyka wzbudzi w obydwu stronach konfliktu, potem, że zrekompensuje to Palestyńczykom koncertem specjalnie dla nich. Ten ostatni pomysł stał się szybko przedmiotem kpin na całym świecie. Chciałoby się zapytać – gdzie, może na gruzach w Gazie? – i jak się tam dostanie, z ekipą i sprzętem, może z następną Flotyllą Wolności?
Na tydzień przed planowanym występem Del Rey odzyskała zmysły i odwołała koncert. Nie odniosła się publicznie do kampanii BDS, powiedziała za to, że w obliczu niemożliwości zorganizowania koncertów zarówno dla publiczności izraelskiej, jak i palestyńskiej, które chciałaby traktować równo, czuje się zmuszona odwołać. Wygląda to na nową szkołę artystów zwłaszcza amerykańskich, którzy albo za sprawą kampanii BDS zrozumieli, w co się dali wkręcić, albo się przestraszyli, że plamy po takim wydarzeniu nie zmyją z siebie do śmierci (jak ci, którzy wbrew apelom o bojkot występowali w latach 80. XX wieku w południowoafrykańskim kurorcie Sun City) – ale jednak boją się też, że jeśli otwarcie powiedzą, o co chodzi i kto ich przekonał, to izraelskie lobby w USA spuści na nich wszystkie psy. Jak w 2014 na aktorską parę Penelope Cruz i Javiera Bardema – tylko bardziej, bo tamci w najgorszym razie mogą się spakować i wrócić do Hiszpanii.
Afera Del Rey wywołała efekt domina – w ostatnich dniach przed festiwalem Meteor posypały się oświadczenia niemal dwudziestu (spośród pięćdziesięciu) zabukowanych artystów zagranicznych, którzy informowali, że nie przyjadą. Ci, których twórczości nie towarzyszy taka finansowa maszyna, jak w przypadku Lany Del Rey, odważyli się czasem wyjaśnić wprost, o co chodzi. Przedstawiciel amerykańskiej sceny elektronicznej, Shlohmo, w swoim oświadczeniu napisał: „Przepraszam za zawód, jaki sprawiam fanom i ekipie festiwalu, ale udzielenie wsparcia ofiarom opresji poprzez moją nieobecność jest dla mnie ważniejsze, zwłaszcza wobec najnowszych pogwałceń praw człowieka przez rząd [Izraela]”.
Najmocniej uderzyli chłopcy z amerykańskiej grupy of Montreal. Nie dość, że anulowali swój koncert w ostatniej chwili, to napisali: „Wyczerpawszy wszystkie sposoby usprawiedliwiania występu na izraelskim festiwalu, w czasie, gdy polityczni i wojskowi przywódcy tego kraju kontynuują swoje brutalne zbrodnie na narodzie palestyńskim, doszliśmy do wniosku, że innego uczciwego wyjścia nie ma. To nie jest czas świętowania ani robienia uników. Czas na aktywizm, demonstrowanie przeciwko izraelskiemu apartheidowi, przeciwko izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu i przeciwko zbrodniom popełnianym każdego dnia przez siły izraelskie w Gazie.”
Szefowa działu kulturalnego izraelskiego dziennika „Haaretz” skomentowała, że to już jest trend, fala, której nie da się zatrzymać.

 

Eurowizja, akt 2

Bezpośrednio po zwycięstwie Netty, Izrael – przyzwyczajony do prowadzenia polityki faktów dokonanych, rozbestwiony koncesjami ze strony administracji Donalda Trumpa – twardo stawiał sprawę: konkurs w 2019 musi się odbyć w Jerozolimie; albo tam, albo wcale. Jednak Europejska Unia Nadawców (European Broadcasting Union, EBU), która jest producentem konkursu, zaskoczyła stronę izraelską swoją asertywnością. Jej opór i obawa przed propagandowym upolitycznieniem konkursu transmitowanego z Jerozolimy okazały się takie, że chyba pojawiło się ryzyko, że EBU odpowie: raczej wcale niż w Jerozolimie. Izrael spuścił z tonu, dopuszczając możliwość, żeby konkurs odbył się jednak w Tel Awiwie, ale problemy na tym się nie skończyły.
Na początku września EBU wystosowała do strony izraelskiej całą listę wymagań, których spełnienia oczekuje, żeby organizacja przyszłorocznego konkursu w Izraelu wchodziła w ogóle w grę. Wśród nich gwarancji, że każdy, niezależnie od poglądów politycznych, będzie mógł przyjechać do Izraela na półfinały i finał Eurowizji, że nie będzie żadnej dyskryminacji, zatrzymań, całodniowych przesłuchań. Oczywiście, Izrael, który od czasu Pierwszej Intifady w 1987 rozwinął się w orwellowskie państwo policyjne, przesłuchujące ludzi na lotniskach przez całą noc, bo mają na Facebooku znajomych o arabskich nazwiskach, nie potrafiłby dzisiaj spełnić takich obietnic nawet, gdyby chciał. A przecież nie chce, bo jeśli do organizacji finału w Izraelu dojdzie, to na miejsce niechybnie uderzą z całej Europy tysiące aktywistów z zamiarem protestowania. Wygląda jednak na to, że Izrael udał, że przyjmuje te zobowiązania, a EBU udała, że wierzy w te zapewnienia, bo 15 września podjęła ostateczną decyzję o organizacji konkursu w 2019 roku w Tel Awiwie. Antyokupacyjny działacz Ronnie Barkan spekulował na Facebooku, że na krótko przed imprezą Netanjahu może rozpęta kolejną kampanię przemocy, by się następnie powoływać na „względy bezpieczeństwa”.
W międzyczasie, na fali „afery Del Rey”, 140 twórców różnych dziedzin z Australii, Belgii, Kanady, Danii, Finlandii, Francji, Islandii, Irlandii, Izraela, Włoch, Norwegii, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych podpisało się pod listem otwartym, opublikowanym 7 września na łamach „Guardiana”, w którym wzywają do bojkotu Eurowizji 2019, jeśli impreza miałaby się rzeczywiście odbyć w Izraelu. „Jak długo Palestyńczycy nie mogą cieszyć się wolnością, sprawiedliwością i równymi prawami, nie powinno być żadnego business-as-usual z państwem, które pozbawia ich podstawowych praw” – napisali między innymi. Wśród sygnatariuszy są muzycy Roger Waters (jak zawsze), Brian Eno, Yonatan Shapira, Charlie McGettigan (irlandzki zwycięzca Eurowizji w 1994) oraz fińscy weterani konkursów Eurowizji Kaija Kärkinen i Kyösti Laihi; pisarki Caryl Churchill i Sabrina Mahfouz; filmowcy Ken Loach, Mike Leigh, Eyal Sivan, Alain Guiraudie i Aki Kaurismäki; aktorzy Alexei Sayle i Julie Christie.
We wrześniu, tuż przed ostateczną decyzją EBU, wystartowała też nowa inicjatywa, opatrzona na w mediach społecznościowych hasztagiem #DJsForPalestine. Przy jego pomocy międzynarodowi didżeje i twórcy muzyki elektronicznej deklarują, że szanują palestyńską prośbę o bojkot solidarnościowy i nie będą występować w Izraelu, dopóki ten nie zaprzestanie polityki brutalnych represji wobec Palestyńczyków. Akcja nabiera rozpędu. Pęka w ten sposób ochronna bańka rzekomej apolityczności, jaka do tej pory otaczała scenę klubową w Tel Awiwie.

 

A Polska?

Poza sporadycznymi wyjątkami polska klasa tzw. twórców kultury od trzech dekad nie marnuje prawie żadnej okazji, żeby być powodem do politycznego wstydu i zażenowania. Nie inaczej jest w tym przedmiocie – Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kulturalny bojkot Izraela nie zaznaczył się jak dotąd w żaden sposób. Czy rozwijający się w takim tempie skandal wokół przyszłorocznego konkursu Eurowizji spowoduje wreszcie jakiś przełom?

Morale

Jak celnie wypomina „Gazeta Wyborcza” szefowej Biełsatu, Agnieszka Romaszewska-Guzy, tworząc stację, deklarowała, że w ten sposób zamierza „pokazywać białoruskim przyjaciołom i sąsiadom, na czym polega demokracja”.

 

Dziś okazuje się, że debata publiczna zamienia się w okopy dwóch wrogich sił. Świadczy o tym likwidacja platformy opiniowej w gazecie.pl – czyli rozwiązanie za jednym zamachem kwestii Wosia, Sroczyńskiego i Beczek. Tych usiłujących utrzymać równowagę na barykadzie i czyniących starania, by sprawiedliwie punktować – tak, aby jedna i druga strona mogła z tych uwag zrobić użytek – przepycha się siłą do jednego z dwóch obozów, bądź odmawia się błogosławieństwa oficjalnego, legalnego pismaka, odsyłając do blogosfery i na Twittera.
Wydawcy, rezygnując ze współpracy z frakcją „symetrystów”, powoływali się na spójną politykę redakcji i dowolność w doborze redaktorskich piór. Agnieszka Romaszewska-Guzy usiłowała zastosować w Biełsacie inną strategię: strategię „my się nie mieszamy”. Ciężko jednak oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z dreptaniem na paluszkach wokół władzy, ukrytego pod płaszczykiem powstrzymywania się od wyrażania jakichkolwiek komentarzy na temat bieżącej polityki.
Ivan Shyla wyleciał z pracy po udostępnieniu na swoim prywatnym facebookowym profilu słynnego już zdjęcia Donalda Trumpa i Andrzeja Dudy, „dla którego zabrakło krzesła”. Opatrzył go spartańskim podpisem: „po lewej jest prezydent Polski”. Twierdzi, że szefowa usiłowała zablokować ów wpis, powołując się na interes narodowy oraz na to, że pracownikom stacji rzekomo nie wolno żartować z głowy państwa.
Biełsat nie jest Kancelarią Prezydenta, nie ma w umowie ocieplania jego wizerunku, a prywatny profil SM-redaktora nie jest oficjalną stroną organizacji, którą reprezentuje. Pamiętam jak osiem-dziesięć lat temu, gdy Facebook zaczynał na dobre rozgaszczać się w kraju nad Wisłą, wielu znajomych czyściło bądź ukrywało kontent na swoich tablicach w obawie przed ciekawskimi rekruterami z niektórych korporacji, które z jakiegoś powodu uznały, że oprócz sprawdzania znajomości języków obcych i pakietu Office, będą polować na zdjęcia z pubu, na których kandydaci do pracy siedzą przed pękatymi kuflami z piwem albo mają głębokie dekolty. Później to szaleństwo osłabło.
Oczywiście, pozostaje odwieczne pytanie o to, kiedy przekraczamy granice ról społecznych. Czy Anna Kowalska po zejściu z nocki na oddziale intensywnej terapii przestaje być siostrą Anią, a zaczyna być Anką, która odsłania wytatuowane ręce? Kiedy podporucznik zdejmuje mundur? Czy wolno mu wrzucać na Facebooka żarty o wojskowych?
Kontrolowanie sfery prywatnej pracownika na modłę Orwella może być kolejnym etapem zaprzęgania nas w Schmittowską ramę wojny i wrogości. O ile z polaryzacją debaty publicznej można jeszcze walczyć, generując nowe platformy przekazu i zapraszając do współpracy wykluczonych dziennikarzy, to rozciąganie pieczy nad ich dietą, kolorem noszonej bielizny czy sposobem redagowania postów na portalu społecznościowym może być dla standardów pracy w mediach zabójcze. W mechanizmie swoim przypominać zaczyna bowiem nabór do sekty.
Zwłaszcza, że często zasady gry obowiązują tylko jedną ze stron. Zjadliwe tweety Agnieszki Romaszewskiej-Guzy wymierzone w Donalda Tuska pochodzą zapewne z czasów, kiedy „zasadą Biełsatu” nie było jeszcze „to, że możemy informować o sprawach polskich, ale nie włączamy się w żadne kampanie polityczne – ani po stronie Platformy, PiS-u ani żadnej innej”. I nawet jeśli uznamy tłumaczenie szefowej, że zastrzeżenia do pracy Shyli redakcja miała już wcześniej, to trudno będzie teraz stacji odeprzeć zarzuty o łamanie wolności słowa.
Za wdrożenie podobnego mechanizmu wobec Rafała Wosia mam żal do „Polityki”. Jeśli wymaga się od podwładnego czy współpracownika, by oddał jakąś część własnej prywatności/tożsamości, a z jakąś nie obnosił się publicznie, należy zaznaczyć to przynajmniej w umowie. Bo inaczej niektórych pracodawców może zacząć kusić, by zacząć się interesować, z kim podwładni sypiają lub chodzą na wino, a „dobro firmy” jest kategorią tak szeroką, że można rozciągnąć ją absolutnie na wszystko. Tak właśnie próbowano przemycić oceny „postaw moralnych i etycznych” nauczycieli. Na szczęście to nie przeszło.

Ojciec małego piłkarza wzorcem dla PZPN

Nagrania wideo z treningów, jakie Artur Bywalec prowadzi ze swoim 6-letnim synkiem Kacprem, mają na Facebooku milionową oglądalność.

 

Artur Bywalec nagrywa fragmenty treningów z Kacprem i z początku pokazywał filmiki tylko najbliższym znajomym. Dopiero za ich namową zdecydował się opublikować je w sieci i ku swemu zaskoczeniu on i jego syn stali się sławni. Pisano o nich w gazetach, pokazywano w telewizji. Ojciec nie zapisał syna do żadnego piłkarskiego klubu, bo jego zdaniem byłaby to strata czasu. „W rocznikach jest za dużo dzieci, grupy są zbyt liczne i trenerzy często nad nimi nie panują. Nie są w stanie ogarnąć zbyt licznej grupy kilkulatków, bo jedni chcą się bawić, dwóch się szarpie, trzeciemu chce się pić. Zajęcia dobiegają końca i żaden z tych chłopaków niczego nowego się nie nauczył. Grupy powinny być mniejsze i powinna obowiązywać selekcja, ale klubom nie opłaca się jej robić, bo chcą więcej pieniędzy ze składek rodzic. I koło się zamyka” – twierdzi Bywalec.

Na pewno wie co mówi, bo jest nauczycielem wychowania fizycznego w klasach 1-3. Z wyróżniającymi się chłopakami trzeba od razu pracować nad techniką. Muszą jak najczęściej trenować i ze sobą rywalizować, wtedy podnosi się poziom w grupie. O tej zasadzie wie każdy trener, ale w polskim futbolu dzisiaj bezwzględny priorytet mają pieniądze i szkoleniowców w klubach rozlicza się z liczby zawodników i ściągalności składek. Artur Bywalec w żadnym klubie nie pracuje, choć 15 lat temu ukończył kurs i zdobył uprawnienia instruktora piłki nożnej. Teraz mu je PZPN odebrał, bo nie uczestniczył w tzw. kursie wyrównawczym. Niemal wszędzie w Europie uznano posiadane uprawnienia i tylko przypisano im nowe nazewnictwo, ale PZPN zażądał udziału w kursie, za który oczywiście należało zapłacić. Bywalec uznał, że jest to nie fair i odpuścił. Teraz bez papierów stał się dla wielu ludzi autorytetem, a rodzice oddają swoje dzieci pod jego opiekę. Prowadzi w tej chwili 15-osobową grupę i nie bierze za to pieniędzy, bo traktuje te zajęcia jako naukę także dla siebie.

Wbrew zarzutom internetowych hejterów nie jest tyranem dla syna. Trenuje z nim tyle, ile Kacprowi się chce, ale nie więcej niż półtorej godziny. Niekiedy ćwiczą cztery razy w tygodniu, czasem tylko raz. Nic na siłę. A 6-letni Kacper potrafi robić z piłką takie rzeczy, że do jego ojca dzwonią z Borussii Dortmund i Manchesteru City. Tylko z PZPN-u nikt nie dzwoni…

 

Dyspozycyjny Facebook

Największy na świecie portal społecznościowy przestał ukrywać, że jego celem jest prowadzenie cenzury według kryterium geopolitycznych interesów. Facebook poinformował, że 652 konta i strony zostały usunięte ze względu na powiązania z irańskimi ośrodkami medialnymi.

 

To największa w historii Facebooka akcja, w której portal jednoznacznie staje po jednej ze stron konfliktu w ramach międzynarodowego porządku. Przedsiębiorstwo Marka Zuckerberga dołączyło do administracji prezydenta Donalda Trumpa, który od początku swojej kadencji robi wszystko by ponownie znaleźć się z Iranem na wojennej ścieżce.

Na celowniku organów cenzury znalazła się grupa stron i profili wchodzących w skład grupy Liberty Front Press, która, według władz portalu, miała być środkiem propagandy tworzonej przez ośrodki rządowe w Teheranie. Na 74 fanpejdżach, 70 kontach i trzech grupach na Facebooku oraz 76 kontach na Instagramie publikowane były treści polityczne dotyczące Bliskiego Wschodu, Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i Ameryki Łacińskiej. Jak podają przedstawiciele firmy FireEye, która na zlecenie Facebooka namierzyła i opisała rzekomą siatkę wpływu, za pomocą wymienionych środków komunikacji opisywano tam wydarzenia z perspektywy propalestyńskiej, proirańskiej i konsekwentnie antyizraelskiej i antysaudyjskiej, a nawet – o zgrozo – broniono sensu porozumienia nuklearnego z Iranem, co wskazywałoby, że beneficjentem takiego przekazu jest Teheran. „Wskazywałoby”, gdyż sama firma skromnie stwierdza, że ma jedynie „umiarkowaną pewność” i żadnych rozstrzygających dowodów tego, że grupa działa na zlecenie konkretnego podmiotu związanego z tamtejszym rządem.

Drugim celem była niesformalizowana pod żadną nazwą grupa 12 fanpejdży i 66 profili na Facebooku oraz dziewięciu na Instragramie. Zdaniem ludzi Zuckerberga miały one brać udział w cyberatakach, a osoby posługujące się nimi dokonywały również włamań na konta i rozprzestrzeniały złośliwe oprogramowanie.

Trzecim zasobem, który został poddany cenzurze była grupa 168 stron i 140 kont na Facebooku, oraz 31 na Instagramie. Użytkownicy założyli 25 wydarzeń, a prowadzone przez nich strony miały około 813 000 subskrybentów. Facebook powiedział, że kampania w większości zawierała treści o polityce Bliskiego Wschodu w języku arabskim i perskim, ale także udostępniała treści dotyczące polityki w Wielkiej Brytanii i USA. Tutaj pojawia się również wątek finansowy. Jak podaje portal, użytkownicy wydali na reklamę „zawrotną” kwotę 6000 USD w dolarach amerykańskich, lirach tureckich i rupiach indyjskich od lipca 2012 r. do kwietnia 2018 r.

Najbardziej tajemniczym aspektem jest czwarta grupa usuniętych trasmitorów treści, która miała być powiązana z rosyjskimi służbami wywiadu wojskowego – niezależnie od irańskich kampanii. Jak twierdzi Facebook, w grupie tej były profile usunięte jeszcze przed wyborami w USA w 2016 r. Jednak ich ostatnia działalność koncentrowała się na pisaniu o wydarzeniach w Syrii i na Ukrainie, z prorosyjskiej perspektywy.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że niedawno Facebook bez podania przyczyny wykasował profil Venezuelanalysis – jedynej anglojęzycznej witryny, która stara się z perspektywy życzliwej dla rewolucji boliwariańskiej opisywać wydarzenia w Wenezueli.

Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej właściciel Facebooka Mark Zuckerberg powiedział, że jest dumny z cenzorskiego aktu, oraz zaznaczył, że jeszcze wiele zostało do zrobienia. „Kwestia bezpieczeństwa nie jest czymś, co można w pełni rozwiązać” – powiedział CEO największego portalu typu social media. Można więc spodziewać się kolejnych cięć.

Za darmo na Facebooku

We wtorek władze hiszpańskiej ekstraklasy piłkarskiej poinformowali o podpisaniu umowy z Facebookiem, która pozwoli kibicom w Azji oglądać za darmo wszystkie mecze Primera Division. To nowość na rynku transmisji TV.

 

Mecze hiszpańskiej ekstraklasy będą dostępne za darmo dla użytkowników Facebooka w ośmiu krajach – Afganistanie, Bangladeszu, Indiach, Malediwach, Bhutanie, Nepalu, Sri Lance i Pakistanie. Umowa z Facebookiem została podpisana na trzy lata i będzie obowiązywać od obecnego, który rozpocznie się już w najbliższy weekend. „Czujemy się pionierami, bo to nowy rozdział w historii transmisji z wydarzeń sportowych” – podkreśla w oficjalnym komunikacie Primera Division. Ani amerykański portal społecznościowy, ani władze hiszpańskiej ligi nie ujawniają ile Facebook zapłacił za prawa do transmisji. Dziennik „Marca” spekuluje, że kluby dostaną z tego tytułu około 100 mln dolarów. Mecze będą dostępne na oficjalnych profilach ligi i poszczególnych drużyn.

 

 

Wesele 2.0

Dwa teksty na Facebooku. Elizy Michalik – dziennikarki Superstacji – i Łukasza Molla – lewicowego aktywisty. Skontrastowane. Mocne. O tym, gdzie jest prawdziwe życie, a gdzie „latte”. A gdy czyta się je obok siebie, to „Wesele” staje przed oczami. I słowa Gospodarza brzmią gdzieś w tle: „Orły, kosy, szable, godła, pany, chłopy, chłopy, pany, cały świat zaczarowany”. Bo to cały czas o tym samym, choć ponad sto lat później, w innej formie i w innym medium. Tylko pewnie tylko konkluzja będzie podobna: „Ostał ci się ino sznur”.

 

Mam dość

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: „Jesteś dziennikarką i mieszkasz w Warszawie, nie znasz prawdziwego życia”. „Stać cię na latte, nie znasz prawdziwego życia”, „Chodzisz do fryzjera, na miłość boską, co ty wiesz o prawdziwym życiu?”, „Co wy w Krakowie, we Wrocławiu wiecie o prawdziwym życiu?”, „Jedźcie na prowincję, to zobaczycie prawdziwe życie”.
Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko na wsi, w biedzie czy braku wykształcenia i perspektyw, w wielodzietności, nałogach i posiadaniu paru stów miesięcznie na życie? (dla niepotrafiących czytać ze zrozumieniem: nie zrównuję tych rzeczy, po prostu wyliczam). Kto i kiedy uznał, że jeśli jesteś zdolną, utalentowaną, zaradną kobietą, fajnym, mądrym, zamożnym mężczyzną to twoje życie nie jest prawdziwe?
A jakie jest? Nieprawdziwe? Gorsze? Bo kto tak uznał? I dlaczego niby jego opinia ma mieć dla mnie wiążącą moc?
Mówi się tyle o jakiejś wydumanej pogardzie elit dla prostych ludzi – pogardzie, której ja nie widzę, bo znam wielu ludzi z „elit” którzy działają społecznie, pomagają biedniejszym od siebie,takim, których spotkało nieszczęście, choroba, czy wreszcie tym, co dostali od losu na starcie mniej szans.
I znam wielu mieszkańców owych wsi i małych miasteczek, którzy mają wszystko w nosie, biorą zasiłki , bo im się nie chce, oddają się piciu na umór lub zaleganiu całymi dniami przed głupimi serialami.
I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!
To nie elita gardzi zwykłym człowiekiem, ale zwykły człowiek gardzi elitą, nie szanuje jej, mówiąc „Ty nie znasz prawdziwego życia”.
Otóż każde życie jest prawdziwe i wartościowe i każde życie ocenia się po tym, co ktoś z nim zrobił.
Ja osobiście nigdy w życiu nie darzyłam nikogo szacunkiem z powodu funkcji, którą pełni: minister, bogaty przedsiębiorca, prezes, nauczyciel, sprzątaczka czy cieć – zawsze było mi wszystko jedno. Szanuję wyłącznie ludzi, a nie ich role społeczne czy sytuacje życiowe.
Zostałam dziennikarką, a moi znajomi są dziennikarzami, pisarzami, biznesmenami, prezesami, sportowcami i prawnikami i nie będę za to przepraszać. Korzyć się przed panią czy panem bezrobotnymi, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, za które oni są odpowiedzialni, to moja wina? Bo ja jestem utkana z innej materii, taka nieprawdziwa,a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?
Oni to dopiero, w przeciwieństwie do nas, ludzi nieprawdziwych, ludzie z krwi i kości?
Bo każdy fajny, mądry, bystry człowiek sukcesu, jakiego znam powinien schować do kieszeni swoją pracę, talent, pracowitość, łut szczęścia, przyzwoitość, przyjaciół, pieniądze i swoje fajne, jak najbardziej prawdziwe życie, żeby oni nie poczuli się gorzej?
(Zresztą: kto powiedział, że mają gorzej?
Znam wielu nieszczęśliwych ludzi „sukcesu” z dużych miast i wielu zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi ze wsi i małych miasteczek).
Niczyje życie nie jest bardziej czy mniej prawdziwe. Każdy człowiek ma swoje. Prawdziwe jedno życie.
I nie życzę sobie tej obrzydliwej pogardy i braku szacunku jakim jest mówienie mi, że moje życie nie jest prawdziwe.
Zajmijcie się swoim.

PS. Na marginesie, to takie cholernie polskie. Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy wbrew niesprzyjającym okolicznościom wyszli z biedy, nałogów, upadku, wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko, ograniczonych perspektyw w których się urodzili, kręci się o nich filmy, pisze książki i podziwia. W Polsce hołubi się nędzę materialną, duchową i intelektualną, a zdolnych, mądrych, bogatych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe.

Eliza Michalik

 

Zostałem przegrywem

Dość już mam tego gadania, że nie znam prawdziwego życia. I tego głupiego, pogardliwego wyliczania: „Jesteś nikim i mieszkasz w Siemianowicach Śląskich, nie znasz prawdziwego życia”. „Nie stać cię na latte, nie znasz prawdziwego życia”, „Nie chodzisz do fryzjera, na miłość boską, co ty wiesz o prawdziwym życiu?”, „Co wy w Siemianowicach, w Zawierciu wiecie o prawdziwym życiu?”, „Jedźcie do stolicy, to zobaczycie prawdziwe życie”.
Kto i kiedy zdecydował, że prawdziwe życie jest tylko w wielkim mieście, w bogactwie czy szerokich perspektywach, w byciu singlem bez nałogów i posiadaniu kilkunastu tysięcy miesięcznie na życie? (dla nie potrafiących czytać ze zrozumieniem: nie zrównuję tych rzeczy, po prostu wyliczam). Kto i kiedy uznał, że jeśli nie jesteś zdolną, utalentowaną, zaradną kobietą, fajnym, mądrym, zamożnym mężczyzną to twoje życie nie jest prawdziwe?
A jakie jest? Nieprawdziwe? Gorsze? Bo kto tak uznał? I dlaczego niby jego opinia ma mieć dla mnie wiążącą moc?
Mówi się tyle o jakiejś wydumanej pogardzie prostych ludzi dla elit _ pogardzie, której ja nie widzę, bo znam wielu ludzi z „prostego ludu” którzy czytają strony plotkarskie o gwiazdach, śledzą na Instagramie celebrytów, których spotkało szczęście, sława, czy wreszcie tych, co dostali od losu na starcie więcej szans.
I znam wielu mieszkańców wielkich miast, którzy mają wszystko w nosie, nie troszczą się o innych, bo im się nie chce, oddają się karierze lub trwonieniu całych dni na kosztowne hobby.
I nikt mi nie będzie mówił, że to ich życie jest prawdziwe, a nie moje nasze. Bo to jest dopiero chamstwo, to jest dopiero pogarda!
To nie zwykły człowiek gardzi elitą, ale elita gardzi zwykłym człowiekiem, nie szanuje go, mówiąc „Ty nie znasz prawdziwego życia”.
Otóż żadne życie nie jest prawdziwe i wartościowe i każde życie ocenia się po tym, jak zostało zmarnowane.
Ja osobiście nigdy w życiu nie darzyłem nikogo szacunkiem z powodu tego, jaki ma charakter: miły, uczynny, sprawiedliwy, prawy, egoistyczny czy głupi – zawsze było mi wszystko jedno. Nie oceniam ludzi, a wyłącznie przyjmowane role społeczne, które pozwalają im prowadzić walkę klas.
Zostałem przegrywem, a moi znajomi są prekariuszami, korposzczurami, emigrantami, bezrobotnymi, alkoholikami i neurotykami i nie będę za to przepraszać. Korzyć się przed panią czy panem występującymi w mediach, czy jakimikolwiek innymi. Bo co? Bo ich życie, które im się udało, to tylko ich zasługa? Bo ja jestem utkany z innej materii, taki nieprawdziwy, a oni – o… oni to innego, znają prawdziwe życie?
Oni to dopiero, w przeciwieństwie do nas, ludzi nieprawdziwych, ludzie z krwi i kości?
Bo każdy beznadziejny, nieporadny, nierozgarnięty człowiek-porażka, jakiego znam powinien zaakceptować swoją pracę, brak talentu, nawyki, pecha, nieprzyzwoitość, brak przyjaciół, pieniędzy i swoje niefajne, jak najbardziej prawdziwe życie, żeby oni poczuli się lepiej?
(Zresztą: kto powiedział, że oni czują się źle?
Znam wielu przeszczęśliwych ludzi „sukcesu” z dużych miast i niewielu zadowolonych z życia, mądrych dobrych ludzi ze wsi i małych miasteczek).
Nie każde życie jest równie prawdziwe. Mało który człowiek ma prawdziwe życie. Prawdziwe jedno życie.
I nie życzę sobie tej obrzydliwej pogardy i braku szacunku jakim jest mówienie mi, że moje życie nie jest prawdziwe.
Zajmijcie się swoim.

PS. Na marginesie, to takie cholernie polskie. Wszędzie na świecie szanuje się ludzi, którzy przez niesprzyjające okoliczności ugrzęźli w biedzie, nałogach, upadku, nie wyrośli ponad marne, biedne czy po prostu małe środowisko, ograniczonych perspektyw w których się urodzili, kręci się o nich filmy, pisze książki i współczuje. W Polsce hołubi się bogactwo materialne, duchowe i intelektualne, a niezdolnych, głupich, biednych się karze i nimi pogardza, mówiąc, że ich życie to jakiś żart, że nie jest prawdziwe.

Łukasz Moll

 

…a poza tym wszystko zawdzięczam sobie sam

W swoim pełnym żalu wpisie na Facebooku dziennikarka i feministka Eliza Michalik powtórzyła i wzmocniła myśl, którą tydzień temu wyraził na łamach strajk.eu Piotr Szumlewicz: oboje ubolewają nad faktem, że dominującą społeczną emocją stała się niechęć do elit.
„Dość już mam gadania, że nie znam prawdziwego życia” – zżyma się redaktorka „Szpil”. I udowadnia, że dziś premiuje się ubóstwo materialne idące w parze z duchowym, niezaradność, bierność, prowincjonalność. Odwraca strony medalu, pokazując ludzi sukcesu, zgnojonych przez nieudacznych, leniwych zawistników.
Rozumiem, co chcieli przekazać Michalik i Szumlewicz: pragnęli wyrazić sprzeciw wobec uznawania kapitału kulturowego i inteligenckich ciągot za wstydliwe i wobec krzywdzącego odrzucania pracy umysłowej jako niewartościowej. Jednak w moim odczuciu zupełnie zabrakło im argumentów, by swoje stanowisko uzasadnić, bądź też okazywały się one chybione i krążące jedynie wokół rzeczywistego problemu.
Pamiętacie serię memów powstałą na kanwie „Mama zapisała mnie na angielski, a znajoma mamy zaprosiła do Australii” (i nieśmiertelny refren: „…a poza tym wszystko zawdzięczam sobie sam”)? Zarówno Jan Śpiewak, jak i Patryk Jaki, konkurenci Rafała Trzaskowskiego w warszawskich wyborach, są „dobrze urodzeni”, mają inteligenckie korzenie. Pewnie też kiedyś widzieli na ulicy kogoś, kto skojarzył im się z postacią z obrazu Rembrandta czy powieści innego Tołstoja. Nikt nie ma, wbrew temu, co twierdzi Piotr Szumlewicz, pretensji do Trzaskowskiego, że zna nazwisko Edgara Morina, bo w dobrym tonie jest dzisiaj znać nie Morina, tylko pana Mietka spod bloku. Tylko że zupełnie nie o to chodzi.
Z wymienionej trójki kandydatów tylko Trzaskowski stwarza nieodparte wrażenie (poparte okropną pretensjonalnością, ale to temat na osobny tekst), jakby sobie ze swojego uprzywilejowania nie zdawał sprawy. Chcę wierzyć, że w głębi duszy kandydat PO wcale „nie czuje się lepszy” od swoich wyborców, ale faktem jest, że nie potrafi dostosować języka ani przekazu do rozmówcy i do spektrum jego problemów (tę umiejętność, czy raczej wyczucie, miał opanowane do perfekcji – i tego nie są w stanie mu odmówić nawet najbardziej zagorzali polityczni przeciwnicy – Donald Tusk). Mieszkańcy Warszawy nie chcą czytać rzewnych wspomnień o geniuszu prof. Geremka, chcą rzutkiego gospodarza, który rozładuje im korki w drodze do pracy i opiekuna, który nie pozwoli wyrzucać na bruk bezradnych lokatorów reprywatyzowanych kamienic. Nie ma więc racji red. Szumlewicz, że jak czytasz po francusku w oryginale to niechybnie spalą cię na stosie. Problem leży zupełnie gdzie indziej. Czytaj, ale stąpaj mimo wszystko po chodnikach, a nie po różowym obłoczku. A do metra wsiadaj trochę częściej niż w kampanii wyborczej, aby później reklamować to jako nie wiadomo jak cwany polityczny manewr. Powtórzę już któryś raz niegdysiejszą trafną refleksję Justyny Samolińskiej: „Joanna Erbel w 2014 sławetnym wywiadem w GW (o swojej poliamorii) wkurzyła wyborców nie z powodu ich pruderii, ale z powodu stworzenia wrażenia, że kandydatka na prezydentkę żyje w bajkowym uniwersum, które sama uznaje za codzienny standard”.
A redaktor Eliza Michalik? Z jej wpisu nie dowiadujemy się niczego o jej „punkcie wyjścia”. Nie wiemy, jaką drogę pokonała do miejsca, w którym znajduje się obecnie i w którym, jak można założyć, jest jej dziś dobrze. Jako argumentów używa fryzjera, latte i faktu osiedlenia się w metropolii – które stanowią przecież niezaprzeczalny arsenał wygodnego mieszczucha. Jeżeli miała to być opowieść o gospodarności, ciężkiej pracy, poświęceniu i determinacji w budowaniu sobie i bliskim po kawałku upragnionego małego raju (które są przecież cnotami) – to gdzieś się rozmyła.
Żyjemy w erze prekariatu. Pracownik najemny, zakredytowany na 30 lat, drży o swoje cztery ściany, które mogą odebrać mu z dnia na dzień, jeśli zachoruje lub jeśli zmieni się kurs waluty. Musi harować na swoje-nieswoje M2, podczas gdy deweloper, u którego zamieszkał, wydaje przez jeden dzień egzotycznych wakacji pięciokrotność jego czynszu. Ale prawda jest taka, że sama zdolność kredytowa w naszych realiach jest już przywilejem, podobnie jak możliwość nauki języków. Warto zdawać sobie z tego sprawę, zanim zniknie się na dobre w swojej banieczce. Kluczem jest wdzięczność i odpracowanie swojego kawałka „Polish dream” na rzecz innych. Nikt nie hejtuje dziś inteligencji za inteligencję, tylko za „inteligenckość” rozumianą jako totalne odklejenie.
Bo tak, możliwość śnienia snu, piękniejszego i spokojniejszego od większości Polaków (choć naturalnie ma i on swoją cenę), JEST przywilejem (znacie ten obrazek Toby’ego Morrisa?). I tak, prawdziwe życie jest właśnie na prowincji. Kiedy pracowałam jako kurator, nauczyłam się od swoich podopiecznych ważnej prawdy: że o tym, do jakiego punktu w życiu dojdziesz, decyduje cała masa przypadków. Twoja własna determinacja to tylko jedna z wielu zmiennych – też często uwarunkowana tym, kogo na swojej drodze spotkasz. Niektórzy do fryzjera i na latte mieli od zawsze wolny wstęp, inni musieli wyrąbywać sobie tam drogę maczetą. Być może red. Michalik była jedną z takich osób. Chętnie więc posłuchałabym krzepiącej historii.
Czy wobec tego należy zamknąć wszystkie siłownie, teatry, biblioteki, zakłady fryzjerskie czy kawiarnie na Placu Zbawiciela? Oczywiście, że nie. Ale, że pojadę, jak prawdziwy inteligent, klasykiem literatury, trzeba nieustannie pamiętać, by „znać proporcjum, mocium panie”.

Weronika Książek (strajk.eu)