Stawka większa niż polityczne życie

PiS porwało się z motyką na słońce.

 

Manewr z Marszem Niepodległości był może i mistrzowskim ominięciem pułapki zastawionej przez tandem Hanna Gronkiewicz-Waltz i Rafał Trzaskowski, ale może odbić się władzy potężną czkawką. Dlaczego? Wątpliwe, że narodowcy z falangami odbiorą przejęcie marszu przez władze jako rzucenie koła ratunkowego. Raczej poczują się ograni i wykorzystani przez obie strony do ugrania politycznych korzyści. I dopiero pokażą, na co ich stać.
Decyzja prezydenta i premiera o przejęciu pod swoje skrzydła imprezy cyklicznej, a także deklaracja z gatunku „mamy szczerą nadzieję, że to wydarzenie połączy wszystkich”, niekoniecznie nie sprawi, że na marszu będzie spokojniej. Pod sztandarem rządu PiS spotkają się bowiem przeróżne grupy: autentyczne rodziny z dziećmi, ruchy narodowe, środowiska kombatanckie i politycy, a także smoleńskie freaki.
Co z tej wybuchowej mieszanki ostatecznie wyjdzie, okaże się w niedzielę. Moim zdaniem rząd ryzykuje wiele. Z pewnością jednak ukłony należą się Hannie Gronkiweicz-Waltz, która zostanie zapamiętana jako ta, która (już na poczet Trzaskowskiego) wykonała ruch pożądany, choć o kilka lat spóźniony. Wygrała na nim również dlatego, że od teraz odpowiedzialność za ewentualne burdy na Marszu Niepodległości spoczywać będzie na Dudzie i Morawieckim, zamiast na prezydent i jej urzędnikach.
PiS gra o wysoką stawkę, nie mając w dodatku policyjnego zaplecza w gotowości. Jeśli okaże się, że narodowcy – obrażeni i na rządzącą prawicę i na liberałów, zaczną demolować miasto albo ponownie prezentować rasistowskie hasła, popłynie to rzecz jasna na konto premiera i wojewody.
Trzaskowski zaś zyska niezagrażające otwarcie swojej kadencji na Placu Bankowym, zostanie też głównym obrońcą polskiego honoru, jeżeli znów posypią się nagłówki w „New York Timesie” czy „Guardianie” potępiające faszyzm na ulicach stolicy Polski.
Jest też opcja bardziej dla wszystkich optymistyczna: narodowcy w ramach pielęgnowania urażonej dumy zdecydują się zostać w domach, a warszawiacy zamiast na państwowy marsz bądź alternatywne blokowanie państwowego marszu, wybiorą się na odsłonicie pomnika Ignacego Daszyńskiego – postaci, która łączy,w przeciwieństwie do wystawionego niedawno na Placu Piłsudskiego „parkingowego” pomnika Lecha Kaczyńskiego.

Lewica i militaryzacja umysłów

Wojna, zanim wybuchnie naprawdę, musi zagościć w ludzkich głowach. Ludzie muszą się z nią oswoić.

 

Winna się stać normalną sprawą między ludźmi, że – mimo grozy ludobójstwa, masowych zabójstw, tortur, ran i dramatów (małych i dużych) – może być piękna i godna apologii. I towarzyszyć jej winna wzniosła śmierć: za ojczyznę, hymn i flagę, za wiarę religijną, za honor, za nasze wartości i cywilizację, za zyski tzw. „dobrodziejów pracobiorców” (właścicieli kapitału). Za to wszystko co jest wytworem naszego języka, rozumu, kultury. Jak jest wojna przedstawiana od lat w filmowych obrazach ? Czym karmią odbiorców gry komputerowe? A zabawki dla dzieci? A przestrzeń publiczna przesiąknięta agresją? A wreszcie stosunki interpersonalne oparte o rywalizacje, konkurencję, popularny „wyścig szczurów”, gdzie propagowanym przez neoliberalizm vel turbo-kapitalizm modelowym rozwiązaniem jest likwidacja albo wchłonięcie konkurenta.

A jak i co na te tematy mówią politycy nieprawicowi? Czy ktoś z nich odniósł się do naszej obecności w NATO, charakteru i współczesnej roli tego aliansu jako do czegoś podlegającego dyskusji ? Czy ktoś wyraził sprzeciw wobec agresywnego i irracjonalnego pomysłu – ze wszystkimi skutkami i kosztami – stałej bazy wojsk USA w naszym kraju, prezentowanego przez neoliberalną i nacjo-szowinistyczną prawicę? Czy ktoś z nich stwierdził wyraźnie, że nastawienie promilitarystyczne, poparte kultem śmierci, polskim mitomaństwem i ideą Polski jako „wiecznej ofiary” zdradzonej przez wszystkich jest niebezpieczne? Że te fantazmaty zatruwają świadomość młodych pokoleń i stają się nie tylko kulą u nogi naszego rozwoju, ale i elementem sprzyjającym naszej zagładzie w jądrowej pożodze? Czy któryś choćby rozłożył na czynniki pierwsze i skrytykował pomysł strzelnicy w każdym powiecie czyli miejsca, gdzie będzie się szkolić dzieci i młodzież do zabijania innych ludzi.

Nienawistnej i agresywnej narracji, retorycznemu uwielbieniu przemocy wobec każdego INNEGO (komuniści i postkomuniści, członkowie mniejszości – seksualnych, narodowych, religijnych, kulturowych) towarzyszy zawsze militaryzacja umysłów i realnej rzeczywistości. Bo przecież trzeba się bronić, trzeba walczyć, trzeba polec godnie za „Najjaśniejszego Pana i jego rodzinę” (jak mawiał dobry wojak Szwejk).

Lewica w Polsce – jeśli chce rzeczywiście zasłużyć na takie miano – niech zacznie mówić językiem lewicowym w przedmiocie wojennego szaleństwa, jakie opanowało szerokie kręgi mainstreamu europejskiego. Niech zapowie, iż w razie dojścia do władzy będzie dążyć do zmniejszenia napięcia w stosunkach europejskich, bo konflikt zbrojny może nas wszystkich bez wyjątku zmieść z powierzchni Ziemi. Czy nikogo z tzw. polskiej lewicy nie stać dziś na pomysł à la Adam Rapacki (z roku 1957) odnośnie stopniowo postępującego rozbrojenia na linii Wschód – Zachód? Polska lewica niech przestanie zachowywać się, mówić i reprezentować (de facto tak to w ciągu ostatnich dwóch – trzech dekad wygląda) interesy amerykańskich „jastrzębi”, którzy z kolei są lobbystami tamtejszego „kompleksu militarno-przemysłowego”, do którego współcześnie dochodzi jeszcze Wall Street. Tak zdefiniował te zagrożenia nie żaden komuch czy lewak, ale ustępujący z urzędu po dwóch kadencjach, prezydent USA Dwight Eisenhower.

W tak uprawianej polityce mają swe źródła zwycięstwa kreatur jak Trump i Bolsonaro czy wyroki sądów tłumaczących swastykę jako hinduski symbol szczęścia. Stąd jawią się liczne symbole „White Power” na tzw. Marszu Niepodległości w Warszawie, bezkarne nazistowskie pozdrowienia tłumaczone jako zamawianie pięciu piw, t-shirt z napisem „Auschiwtzland” na torsie lokalnej polityczki z Włoch. Faszyzacja przestrzeni publicznej idzie zawsze w parze z militaryzacją umysłów oraz obłaskawieniem wojny, przemocy, agresji w retoryce i postawach.

Lewica tańczy, faszyzm zwycięża

Zwycięstwo Bolsonaro w brazylijskich wyborach jest rzeczą straszną, szkoda tylko, że ludzie lewicy robią wiele, żeby ten dramat tylko pogłębić i rozciągnąć na resztę świata.

 

Triumf przemocowego pajaca głoszącego, że „Pinochet zabił za mało ludzi”, a jak zostanie prezydentem, to „da policji carte blanche na zabijanie”, jest poważnym sygnałem, że świat zmierza w złym kierunku, a skala wyzwania jest ogromna. Tym bardziej martwi fakt, że reakcja szeroko pojętej lewicy sprowadza się jak zawsze do rytualnych okrzyków, frazesów i diagnoz pochodzących chyba z dzienniczka Adama Michnika.

Pierwsza sprawa: do znudzenia powtarzane analogie z latami 30. XX wieku. Tylko faszyzm i faszyzm, jakby to słowo miało wszystko wyjaśnić. Tymczasem nie wyjaśnia nic – dowód? Wraz z nieustannym straszeniem, wielkimi mobilizacjami antyfaszystowskimi i niekończącą się mantrą nawiązań do lat 30. zjawisko, które chcemy powstrzymać, ciągle narasta. Trump, Bolsonaro, Salvini, Orban i wszelkie tego rodzaju indywidua śmieją nam się w twarz. O polskiej wersji autorytaryzmu nie wspominam, to pikusie z zupełnie innej ligi niż bydlaki wymienione powyżej. Niekończący się ostrzał prowadzony z najcięższych wydawałoby się dział – rykami: „faszyzm!” – okazuje się serią z kapiszonów, przynoszącą efekty tyleż żałosne, co niebezpieczne, bo demoralizujące.

Ale dalej lewico, proszę bardzo. Urządzaj w nieskończoność tańczące protesty pod ambasadami. Z Gruzją wyszło? Nie? Dobrze, to teraz z Brazylią. Hej, tańczymy! Jest opór, jest lewicowo. Nawet oko.press transmitowało – najlepszy „lewicowy” portal. Super, pokonamy faszyzm! Ej, ale czemu faszyzm nie znika? No nie! Dalej tańczymy, jeszcze trochę! To jest nasza rewolucja. Zło zniknie.

Nie jest to faszyzm w sensie ścisłym, chociaż autorytarny spektakl medialny zdecydowanie ośmiela prawdziwych faszystów. Trump i Bolsonaro z jednej strony, Liga we Włoszech, AfD w Niemczech z drugiej to zjawiska mające inne korzenie. PiS to jeszcze coś innego, orbanizm – jeszcze inna sprawa. Tak, formacje te przenika podobny duch, podobne klisze wypełniające przekaz medialny, ale nie ma tu miejsca na żaden heglizm – polityką nie rządzi żaden duch, żadne abstrakcyjnie pojęte wartości, tylko konkretne siły społeczne. Analogia z latami 30., owszem, zachodzi, tylko nie polega na tym, co się wszystkim z tymi czasami kojarzy. Dlatego straszenie Hitlerem nie działa. Ówczesną Europą trzęsły inne procesy społeczno-polityczne. Głównym straszakiem był komunizm. Instytucje, które wówczas dopiero się kształtowały, dzisiaj idą w rozsypkę. Kryzys kapitalizmu inaczej odciskał się w świadomości społeczeństw. Wyobraźnię lewicy zajmowały wtedy głównie wielkie ruchy mas ludzkich – nie prawa mniejszości ani swobody osobiste, jak dziś. A właśnie trzeba w tym kontekście mówić o lewicy, bo podobieństwo w zbyt dużym stopniu dotyczy jej samej.

Lewica zawiodła wtedy ludzi, sama pchając ich w ramiona Hitlera. Po Wielkiej Wojnie europejscy socjaliści – wówczas już siła głęboko zinstytucjonalizowana – woleli trzymać się swoich stołków w parlamentach, lekceważąc, a nawet tłamsząc rewolucyjny zryw mas robotniczych i żołnierskich, co najjaskrawiej wystąpiło w Republice Weimarskiej. Sami skazali się na klęskę w konfrontacji z faszyzmem. Komintern z kolei, sparaliżowany doktryną „trzeciego okresu”, lekceważył Hitlera, woląc za wszelką cenę dokopać socjaldemokratom, nie myśląc też już nawet o rewolucji. O dzisiejszej lewicy trudno nawet powiedzieć, że zdradza ludzi. Stanowi integralną część neoliberalnej kliki, oczekiwanie od niej klasowej polityki to zaklinanie rzeczywistości. A w krajach, gdzie ledwo istnieje, zajmuje się przekształcaniem polityki w lifestyle (choćby przez wspomniane tańce pod ambasadami) i/lub papugowaniem zachodniej lewicy, która właśnie się kończy, bo nikt jej już nie wierzy. Tak się oddaje ludzi na pastwę akwizytorów mokrych snów o krwawej zemście na reszcie świata.

Przykro mi, polska lewico. Nie uwierzę, że jesteście gotowi walczyć z faszyzmem – ani nawet z „faszyzmem” – jeżeli nie będziecie chcieli się zmieniać i uczyć się na błędach, jeżeli nie dacie cienia świadectwa, że chcecie służyć ludziom. Rytualne pokrzykiwania we własnym gronie, spijanie sobie z dzióbków i duszenie się we własnym sosie, życie własnymi fantazjami i rozliczanie z nich ludzi, rodzi faszyzm. Słyszycie? Jeżeli nie przestaniecie żyć dla samych siebie, dla poczucia własnej moralnej wyższości i czystości, będę zmuszony uznać was za współtwórców XXI-wiecznego faszyzmu.

A przecież, gdybyście zamiast tracić czas na odprawianie waszych rytuałów, zamiast udawać, że startujecie w wyborach, w których i tak nie mogliście nic ugrać, bo nie mieścicie się w formule – gdybyście zamiast tego kilka lat temu zaczęli chodzić od domu do domu, od jednego zakładu pracy do drugiego, pytając ludzi, jak im pomóc w życiu zatrutym kapitalizmem, żadnego „faszyzmu” w ogóle by nie było. Musicie się zmienić. Na razie wasze oburzenie na Bolsonaro jest śmieszne.

A fuj!

Z wielkim zadęciem PiS i Pan Prezydent, a szczególnie Pan Prezydent, planowali wielkie uroczystości z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości.

 

Uroczystości miały być tak znakomite, że pamiętano by o nich przez następne 100 lat. Z prawicowym zadęciem zapowiadano tę wielką fetę przez, bez mała, dwa lata.
Niestety, owo zadęcie przerodziło się we wzdęcie. Wzdęcie powstaje z pomieszania różnych pokarmów. W tym przypadku nawrzucano do jednego wora wiele nierealnych planów i powstało wzdęcie. Efektem wzdęcia są gazy lub puszczenie wiatrów (na jedno wychodzi). Puszczenie wiatrów nie jest przyjemne. Dlatego też Pan Prezydent postanowił nie brać udziału w patriotycznym pochodzie. Być może ze względu na tę, nieprzyjemną atmosferę. Goście zagraniczni wyczuli pismo nosem i odmówili udziału w uroczystościach. PiS także nie chce maszerować w tej dusznej atmosferze.

Prawicowo-nacjonalistyczno-faszystowski zaduch nie przeszkadza wyznawcom tych teorii. Oni będą maszerować. Dołączą do nich ich koledzy z zagranicy. Oni także lubią takie klimaty. Specyficzna atmosfera będzie potęgowana wybuchami rac i ochrypłymi okrzykami, chwalącymi białą rasę. Nic dziwnego, że taki zaduch nie będzie służyć nie tylko Panu prezydentowi, a nawet PiS-owi.

Cienka granica między zadęciem, a wzdęciem została przekroczona. Wiatr historii rozwieje ten fetor. To nacjonalistyczne wzdęcie miało także miły akcent w wyborach samorządowych. Grupy nacjonalistów i faszystów wstawiły tym razem mniej list do wyborów i listy te uzyskały wyjątkowo marne poparcie. Bo generalnie fetoru spowodowanego niezdrowym, nacjonalistycznym wzdęciem zdecydowana większość obywateli nie lubi. Zatem więcej nacjonalistycznych wzdęć na prawicy, a atmosfera w kraju w końcu się w oczyści.

Głos lewicy

Warszawa wolna od nacjonalizmu, faszyzmu i chuliganerii

– Spotkaliśmy się w tym miejscu, ponieważ pracuje tu znakomity urzędnik miasta, a ten urzędnik to pani dyrektor Ewa Gawor. Pragnę zadeklarować, iż zawsze będę bronił rzetelnie wykonujących swoje obowiązki urzędników miasta – powiedział Andrzej Rozenek podczas konferencji prasowej przed urzędem miasta stołecznego Warszawy, podczas której wystąpił w obronie urzędniczki stołecznego ratusza, która rozwiązała marsz środowisk narodowych. – Nie boję się faszystów, nie boję chuliganów, nie boję się narodowców i innych ekstremistów. Uważam, że Warszawa powinna być wolna od faszyzmu, a także od innych sił, które przynoszą nam wstyd na arenie międzynarodowej. I to jest moja pierwsza obietnica wyborcza: Warszawa wolna od sił skrajnie nacjonalistycznych, faszyzmu i chuliganerii – oświadczył kandydat SLD Lewica Razem na prezydenta Warszawy 13 sierpnia 2018 r.
– Pragnę podkreślić, iż to co robi pani Ewa Gawor jest doceniane od wielu, wielu lat i jest to znakomita ekspertka i dzięki niej, my warszawiacy cieszymy się bezpieczeństwem na różnego rodzaju demonstracjach, pikietach i marszach – podkreślił Rozenek.
Polityk SLD ocenił, iż „nie może być tak, że PiS-owski urzędnik z IPN-u zaczyna lustrację tylko dlatego, że dyrektor Gawor dobrze wykonała swoją pracę”. – Dość tego grania teczkami, dość wyciągania z IPN-u haków. Od dawna o tym mówimy – IPN jest instytucja do likwidacji – stwierdził.
– PiS od dawna stosuje odpowiedzialność zbiorową, czepiając się ludzi, że w PRL-u coś robili. Ludzie, którzy pracowali i służyli w PRL-u, tak jak pani Gawor, zasłużyli na szacunek, ponieważ nie robili niczego złego a wręcz przeciwnie służyli Polsce – podsumował Rozenek.
– Pani Ewa Gawor została zlustrowana przez IPN za to, że była, jak ją określano, funkcjonariuszem służb bezpieczeństwa Polski w okresie Polski Ludowej. Pracowała w departamencie PESEL, w ten departament również funkcjonuje w III Rzeczpospolitej i taki departament jest niezbędny w każdym systemie państwowym – poinformował podczas konferencji prasowej Zdzisław Czarnecki, prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych. – W departamencie PESEL kiedyś wykonywano te same czynności, które wykonuje się dzisiaj – dodał.
– To co bulwersuje nas, jako środowisko mundurowe to działalność IPN-u swoistej policji politycznej. Nie zrobisz coś po naszej myśli to natychmiast zostaniesz przez nas zaatakowany – tak działa ta instytucja – ocenił Czarnecki. – Pani Ewa Gawor, którą osobiście znam, podjęła decyzję w stosunku do rozwiązania marszu narodowców w oparciu o dokumenty znane wszystkim – stwierdził.
– Mam prawo o tym mówić, ponieważ przez kilka lat byłem delegatem Polskiego Związku Piłki Nożnej, wiem, że dzisiejsi policjanci byli doskonale szkoleni na temat symboli i znaków, które są niedopuszczalne w przestrzeni publicznej. Takim przykładem jest liczba 88, przeciętnemu odbiorcy nic to nie mówi, ale dla osób rozumiejących ten przekaz to jest to HH. Dla mnie osobiście zwrot „heil Hitler” jest rzeczą niedopuszczalną – podsumował. – A takie symbole są funkcjonują na marszach narodowców – dodał.
Prezydent Federacji Stowarzyszeń Służb Mundurowych oznajmił, iż jest mu przykro, iż jego młodsi koledzy policjanci, którzy zabezpieczają tego typu imprezy zapominają o wiedzy na temat tego typu symboliki. – Gwarantuje państwu, że wiedzą co jest zabronione – dodał.
– My jako Federacja Stowarzyszeń Służb Mundurowych również będziemy się stać murem za wszystkimi ludźmi, za wszystkim byłymi funkcjonariuszami, którzy dobrze wykonywali swoje obowiązki bez względu na ustrój panujący w Polsce. Jest rzeczą haniebną, że przedstawiciel władzy posuwa się do rzeczy tak niskich, jak atak na człowieka tylko dlatego, że rzetelnie wykonuje swoje obowiązki. Jest to niedopuszczalne – oświadczył Zdzisław Czarnecki.

Źródło: sld.org.pl

Pojęciowe wytrychy

Generalnie prawica wszelkiej maści lewicę wszelkiej maści określa mianem „komunistów”. Bezczelnie robią tak nawet wobec ludzi, których prawdziwi komuniści z NKWD (czy w Polsce UB) natychmiast by rozstrzelali.

Natomiast wszelkiej maści lewica ma głupi zwyczaj określania całej prawicy mianem – przynajmniej – „faszystów” (choć trzeba przyznać, że w tych sportach najłagodniejsze jest SLD). I tak do jednego worka lądują bogu ducha winni chrześcijańscy demokraci (a i socjalni chrześcijańscy demokraci), „starzy” narodowi demokraci (w rozumieniu II RP), jak i faszyści z ONR (w rozumieniu i II i III RP).

Tu trzeba przyznać, że trochę obok głównego pola walki są liberałowie (PO), bo trudno ich określić jako „bolszewików” czy „faszystów”. Prościej przecież o nich powiedzieć „złodzieje”. Ale i w tej sprawie prawicowe dziennikarstwo i politologia znalazły wyjście tworząc obóz „lewicowo-liberalny”, czy też „liberalno-lewicowy”. To epitet którym prawica określa i bije w TVN i pokrewne, Polsat i pokrewne, Gazetę Wyborczą, Trybunę, Politykę i kilka innych jak im wygodnie.

Takie użycie ocen politologicznych jako epitetów daje ogłupiające skutki – pokazując to na przykładzie – ja jako socjalista, dla prawicy jestem „komunistą”, natomiast jako niepodległościowy socjalista dla części lewicy jestem „pieprzonym pisowcem”. Generalnie rzecz biorąc – podsumowując głosy z lewej i prawej – jestem „komunistą-pisowcem”. Można się zabić tępym nożem.

Zresztą – partia „Razem” to dla prawicy „komuniści” a dla części lewicy „proNATOwscy odszczepieńcy lewicy”.

Generalnie jest to politologicznie i psychicznie chore gdyby nie fakt, że postkomuniści i liberałowie wyzywają PiS-owców od „komunistów” lub „bolszewików”. A i od „faszystów” też im się dostaje.

Wszelkie pojęcia polityczne, definicje kierunków politycznych straciły swoje właściwe znaczenia, można ich używać jak się chce podkładając pod konkretne pojęcia zupełnie inne znaczenia i to jest bezkarne.

Widzę gołym okiem, że mamy coraz głupszych polityków, którzy wobec coraz gorzej wykształconego społeczeństwa stosują coraz głupsze i bardziej haniebne chwyty, bo mają świadomość, że wobec braku wiedzy i wykształcenia w III RP można mówić wszystko, kłamać i czuć się bezkarnym.

A najgorsze, że „głupi lud w to wierzy”.

Dusze ich były czyste, ponad śnieg bielsze…

Tytułowy cytat o duszach bielszych ponad śnieg pochodzi z utworu „Legion”, jednej z blisko 600 pozycji wymienionych na stronie Narodowych Sił Zbrojnych (NSZ).

 

Światowej sławy lwowsko-wrocławski matematyk Hugo Steinhaus w swych „Wspomnieniach” nazwał ich „bandytami w mundurach”. Marek Edelman odniósł do nich jedno tylko słowo: „faszyści”. Stefan Litauer, akredytowany przy rządzie emigracyjnym dziennikarz, dodał: „polscy faszyści”. „Warcholstwem” określono działania Narodowych Sił Zbrojnych w Biuletynie Informacyjnym AK z 11 kwietnia 1943 r. Rząd na uchodźstwie nie uznał NSZ za część armii polskiej. Napisał o nich Melchior Wańkowicz, że żołnierze tej formacji byli jak „cywilne plewy przegnane wichrem wojny na zachód”.

To ostatnie zdanie odnosi się do sytuacji, w której żołnierze wyodrębnionej z NSZ Brygady Świętokrzyskiej przebili się do Niemiec i pilnowali teraz alianckich magazynów i innych obiektów wojskowych, obozów dla „dipisów”. Owszem, karabiny mieli. Amerykanie i Brytyjczycy na więcej nie pozwalali. Broń była bez naboi. Xawery Dunikowski, znany rzeźbiarz, przedtem sam cudzoziemski legionista, przypomniał sobie, że w służbie Francuzów w Afryce byli też „chłopcy z Gór Świętokrzyskich”.

Temat żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych nie zniknął z areny współczesnych dziejów polskich

Na przykład 5 maja 2018 r. TVP przedstawiła brygadę jedynie w kontekście wyzwolenia 120 kobiet z filii obozu koncentracyjnego. Nadto jest wiele innych mitów dotyczących NSZ, w tym brygady. Sporo ludzi uważa dziś tych żołnierzy za bohaterów. Mają ono prawo do noszenia munduru wraz z odznaczeniami wojskowymi z Virtuti Militari włącznie. Dawni żołnierze NSZ maja swój własny Związek NSZ z zarządami i prezesami, muzeum, tablice pamiątkowe, przed którymi zbiera się dziatwa szkolna i weterani, odbywają z okazji rocznic bojów uroczystości pokropione np. przez kanonika Sławomira Zygę, kanclerza diecezji szczecińsko-pomorskiej, a w Małopolsce i w Kieleckiem przez proboszczów. Stają na baczność, gdy przed grobem Nieznanego Żołnierza po odczytaniu nazwy ich formacji pododdziały ze wszystkich rodzajów broni skandują „chwała bohaterom”.

I tak się faktycznie czują, mają do tego prawo „na piśmie”, a nawet w druku i na ekranach telewizyjnych. W ślad za dekretem z 1 stycznia 1988 r. ówczesnego prezydenta RP na uchodźstwie Kazimierza Sabbata, stanowiącym, że żołnierze NSZ, którzy brali udział w walkach z okupantami w latach 1939–1945 „spełnili swój obowiązek obywatelski i żołnierski wobec Rzeczypospolitej Polskiej”, Sejm RP VII kadencji podjął 9 listopada 2012 r. – i to przy aplauzie większości Izby – z okazji 70-lecia powstania NSZ uchwałę stwierdzającą, że NSZ „dobrze zasłużyły się Ojczyźnie”. 7 września 2009 r. prezydent Lech Kaczyński wystosował list specjalny do organizatorów i uczestników obchodów rocznicy mordu na żołnierzach NSZ i nadawał żołnierzom tej formacji wysokie odznaczenia państwowe. Prezydent Andrzej Duda w 2017 r. pośmiertnie awansował członków NSZ na wyższe stopnie oficerskie i również nie skąpił odznaczeń wojskowych. Orderu Virtuti Militari przyznać nie miał prawa, decyduje o tym kapituła. Była w 1943 taka „kapituła” złożona z dowódców okręgów NSZ. Odznaczeni w taki uzurpatorski i bezprawny sposób, o ile jeszcze żyją, mogliby z tym najwyższym odznaczeniem paradować z okazji świąt państwowych.

III Republika podała rękę niechwalebnym epigonom II Rzeczpospolitej. I w tej dziedzinie pielęgnowane jest dziedzictwo narodowe

Jeśli 11 listopada narodowcy żądają „czystej Polski i Europy” i nie wstydzą się rasistowch haseł, jak faszyści pod Wodzisławem zlatują się jak na swą Łysą Górę i „heilują” na cześć Führera, jak w Dzierżonowie pod hasłem SS „Blut und Ehre” (Krew i Honor) – odbywają się międzynarodowe festiwale zespołów muzycznych, jak w historycznej Sali BHP w stoczni gdańskiej obraduje „plenarnie” ONR, jak się organizuje marsze i demonstracje „Wszechpolaków” i rodzimych „falangistów” i przez Warszawę ciągnie się „majowy marsz szturmowy” – czyż nie jest to powód do wstydu?

Czy zmierzamy do rzeki, do której wejść nie wolno?

„Młodzieżówka” radykalnych narodowców spod znaku „Koliber” (zauważmy: chce Aleję I Armii Wojska Polskiego przemianować na Aleję Narodowych Sił Zbrojnych) otacza żołnierzy NSZ prawdziwym kultem. Widzi w nich prawdziwych Polaków i bohaterów. NSZ – jak piszą na swych internetowych stronach – miały liczyć do stu tysięcy walczących. Skromniejsze dane przytacza się odnośnie do Brygady Świętokrzyskiej – od 800 do 1300 – zwartej i poniekąd kadrowej części NSZ. Zajmowała ona szczególne miejsce i stąd należna jej większa nasza uwaga.
W połowie stycznia 1945 r., po defiladzie przed swym dowództwem i niemieckimi oficerami łącznikowymi, podjęła brygada marsz na zachód, do Niemiec. Najpierw poruszała się przez Śląsk. Most nad Pilicą przeszła bez trudu – Niemcy wycofali swe posterunki. Odtąd już nieustannie armia niemiecka mościła jej drogę. Gdy znalazła się na terenie kontrolowanym przez Armię Środek marszałka Ferdinanda Schörnera, niemiecki sztab skierowano do brygady oficerów SS. Zapewniali oni kwatery, żywność oraz sprzęt wojskowy z amunicją włącznie. W Berlinie Goebbels napisał w swym „Tagebuch”, że wszyscy walczący z bolszewikami zasługą na poparcie III Rzeszy.

Rozwój wydarzeń w okupowanej Polsce oraz struktury podziemia były ciągle pod obserwacją tajnych służb, w tym Gestapo. Jej agentem w placówce w Radomiu był Hubert Jura („Tom”). Tenże przy pomocy Paula Fuchsa z SS stworzył specjalną sieć konfidentów. Na „Toma” sąd AK wydał wyrok śmierci, ale ten się wywinął. Z uzyskanych już po wojnie dokumentów Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy (RSHA) wynika, że agentów w rodzaju „Toma” było więcej. Inspirowali oni do walk z AK, a szczególnie z AL. Zamordowanie 17 jeńców z lewicowej formacji bojowej oraz wydanie w ręce Gestapo działaczy polskiego państwa podziemnego obciąża również specjalne grupy brygady. Podszywając się pod AK, dokonywała rekwizycji u ziemiaństwa, zabierając konie, furaż i żywność.

Zdawało się jej dowódcom, że po przekroczeniu granicy niemieckiej zdołają osiągnąć główny cel: połączyć się z oddziałami III Armii generała George’a S. Pattona. Amerykańska Secret Service obserwowała poczynania brygady już od lat i nie mogło być zaskoczeniem, że z planów dowództwa brygady, by stała się sojusznikiem aliantów, nic nie wyszło. Co więcej, Amerykanie rozbroili w Coburgu całą brygadę. Również Brytyjczycy odmówili jej statusu sił alianckich. Specjalny wysłannik do Londynu Jerzy Dobrzycki nic nie wskórał.

Generał Władysław Anders ich nie chciał. Meldunek kierownictwa AK z 1 stycznia 1945 roku brzmiał: „[…] działalność NSZ bez zmian. Współpracują z Niemcami”. Próba pozyskania polskich oficerów z Oflagu w Murnau też była nieudana.

Tak więc ta lakoniczna opinia Melchiora Wańkowicza, że wiatr ze wschodu przywiał plewy na zachód, była arcytrafna.

Skrajnie inne zdanie w sprawie NSZ reprezentują w obecnym demokratycznym państwie prawa najwyżsi dostojnicy III RP. Ci wołają: „Chwała bohaterom”.

Chorwacja brunatnieje

Opublikowano raport Komisji Rady Europy przeciwko Rasizmowi i Nietolerancji. Wynika z niego, że w Chorwacji w ostatnim czasie drastycznie wzrosła ilość napaści na tle rasistowskim i ksenofobicznym, a ma to związek ze wzrostem popularności skrajnie nacjonalistycznych ruchów gloryfikujących Ustaszy.

Autorzy raportu zauważyli, że ataki skrajnie prawicowych grup skierowane są głównie przeciwko Romom, uchodźcom oraz – coraz częściej – wobec serbskiej mniejszości.
Odnotowano, że głównym prowodyrem konfliktów i podżegaczem do ataków na mniejszości jest Chorwacka Partia Prawa (skrajnie konserwatywne, nacjonalistyczne ugrupowanie, obecnie poza parlamentem), której politycy pochwalają chuligańskie incydenty. Na budynkach serbskich instytucji oraz na domach, gdzie mieszkają Serbowie, często bandy nacjonalistów malują symbole ustaszowskie i faszystowskie. Fotografują się w mundurach i z symboliką odwołującą się do reżimu Ustaszy. To przedstawiciele tej partii wysłali list z pogróżkami do dyrektora muzeum w niegdysiejszym obozie koncentracyjnym w Jasenovcu, miejscu kaźni głównie Serbów i Romów. List zakończony był zwrotem zakazanym oficjalnie w Chorwacji: „Za dom – spremni” (jest to odpowiednik „Sieg Heil”).
Według Rady Europy takie incydenty są lekceważone i zazwyczaj traktowane pobłażliwie, jak wykroczenia. W większości służbom nie chce się namierzać sprawców.
Tymczasem przedstawiciele chorwackiego rządu ramię w ramię z grupkami nacjonalistów wzięli udział w obchodach tzw. masakry w Bleiburgu w Austrii w dniach 12-13 maja. Upamiętniali tam zbrodniarzy z faszystowskiego ruchu Ustaszów (rządzącego Chorwacją w latach 1941-45), którzy po upadku III Rzeszy zostali wydani w ręce komunistów i zgładzeni. W Bleiburgu z rąk żołnierzy Ludowej Armii Jugosławii (przy udziale sił brytyjskich) życie miało stracić od kilku do kilkudziesięciu tysięcy przedstawicieli reżimu. Na świecie obecność przedstawicieli chorwackiego rządu w Bleiburgu odebrano jako gloryfikację faszyzmu. W dodatku mszę świętą zgodzili się odprawić tam chorwaccy katoliccy duchowni z Karyntii.