Gilette – najlepsze dla mężczyzny

…ale nie dla skóry wrażliwej.

Różnie bywa z tym moim feminizmem. Niektórzy czytelnicy Strajku zarzucają mi ideologiczne zacietrzewienie, choć zapewne zaangażowane działaczki trzeciej fali uznałyby mnie za osobę bardzo konserwatywną. Po publikacji tego tekstu raczej wybrzmi pierwsze. Nie mogę sobie jednak odmówić pewnej budzącej rozczulenie obserwacji.

Mężczyźni na całym świecie: „Kobiety przesadzają z tym #metoo. No już doprawdy, kobiety, trochę dystansu! Z czego tu robić medialną burzę? Już nie bądźcie takie przewrażliwione, podejdźcie do sprawy z życzliwością i humorem”.

Również mężczyźni na całym świecie: „Gillette nas obraża! Bojkotuj kto żyw! Od dziś będziemy wszyscy nosić brody albo golić się tylko maczetami!”.

Żadna reklama w historii maszynek do golenia nie zdobyła takich zasięgów, klip na YT w momencie pisania tego tekstu dobija do 20 mln wyświetleń. A jednak „łapek w dół” jest o wiele więcej niż tych w górę. Czy ostatecznie na całej akcji najbardziej skorzystają zakłady barberskie? Być może. Nie za bardzo interesuje mnie poziom zysku, który na całej sprawie ukręci bądź nie ukręci producent, bardziej interesuje mnie wymiar społeczny.

Próbowałam uczciwie przeanalizować zarzuty, które podnoszą różni publicyści i komentatorzy. Scena „czajenia się” mężczyzny pod krawatem na ciemnoskórą sprzątaczkę, rzeczywiście jest groteskowa. Ale kiedy kamera się oddala, widzimy, że jest to ujęcie z planu sitcomu, z którego zaśmiewa się publiczność w studiu. To zbyt wulgarne, twierdzi Maciej Wernio z Noizz. Nikt by się z czegoś tak teatralnego nie zaśmiał! Tak? To proszę sobie przypomnieć choćby „Świat według Bundych” („Married… with children”) i jego polski odpowiednik. „Kiepscy” śmieszą i smucą zarazem dokładnie z tego samego powodu – bo pokazują realnie istniejące w społeczeństwie tradycyjne wzorce płci i podziału ról w rodzinie. Nie śmiejemy się z tych gagów, bo są obce, odległe, śmiejemy się, bo są (niestety) oswojone.

„Dwoje dzieci siłuje się na trawie i doskonale się przy tym bawi, co w tym złego?” – to samo, co w zabawkach imitujących broń. Chcesz, żeby dzieciak trenował zapasy albo szermierkę, zapisz go na zajęcia sportowe. Niech od początku do końca będzie powiedziane, że to sport, bezpieczna konkurencja i zdrowa rywalizacja, bez ducha autentycznej walki wiszącego w powietrzu, czy w okrzykach ojców kibicujących „swojemu” przy piwie podczas grilla. Niekoniecznie trzeba w dzieciństwie „bawić się w wojnę” żeby kształtować silny charakter.

„Uśmiechnij się, złotko – to coś złego tak zagadać do babki na ulicy? Przecież to miłe”? Nieproszone komentarze od obcych osób nie są „miłe”, są aroganckie, mogą przestraszyć. Aby nawiązać znajomość poprzez zaczepienie kogoś na ulicy czy w komunikacji miejskiej, potrzeba sporo wyczucia, nie każdy będzie zainteresowany.

„Czarnoskóry w tej reklamie wyłącznie ratuje przed białym! To nie fair” – to również nie fair, że to my rodzimy dzieci, co miesiąc miewamy okres oraz związane z nim uciążliwości i często zarabiamy mniej za tę samą pracę. „Akurat w tej branży mamy takie zasady” – akurat w tej reklamie jest taka zasada.

„To krzywdzące uogólnienia, nie wszyscy mężczyźni są tacy. Uogólnienia są złe!!!” – pomyśl o tym, zanim napiszesz na Facebooku kolejny komentarz dotyczący „lewaków” (wszystkich), co „są leniwi i roszczeniowi” lub „feministek” (wszystkich), które „za wszystko się obrażają” i „nie umieją spojrzeć obiektywnie”.

Natomiast laur najbardziej przerażającej sceny dla mnie osobiście zyskać powinna ta, w której podczas zebrania szef tłumaczy pobłażliwie, co jego pracownica „próbowała powiedzieć”.
Wzorce pokazane w reklamie Gillette istnieją. I musimy przygotować się na to, że świadomość globalnie się zmienia. Dziś wymienione wyżej zachowania nie są już uznawane za „normalny porządek świata” tylko za przedmiotowe traktowanie i brak kultury osobistej, graniczący nawet z poniżaniem. Wzorców męskości jest dziś więcej niż jeden i warto dostrzec plusy tej sytuacji.

Doskonale ujął to Marcin Ilski z Fundacji Polska Myśląca: „Jeśli ta reklama jest kontrowersyjna to już nam się kompletnie znaczenia słów pomieszały”. Tym bardziej, że wydźwięk na końcu jest pełen wiary w facetów. Tych, którzy będą potrafili zareagować na seksizm i odmówić w nim udziału. Nie wiem, czy Gillette na tej próbie zbawienia świata ostatecznie straci czy zyska, ale jestem pewna, że do wielu otwartych głów ten przekaz dotrze i zostanie w nich jako coś oczywistego.

Kobieta wyzwolona – rodem z PRL

Z jakim kapitałem społecznym Polki wchodziły w nową rzeczywistość ustrojową po 4 czerwca 1989 roku?

 

Okres Polski Ludowej był dla kobiet pod wieloma względami wyjątkowy, a to za sprawą awansu społecznego, który spowodował ich mobilność w różnych dziedzinach.
Kwestie dotyczące awansu kobiet w okresie Polski Ludowej należy rozpatrywać pod kątem ich zawodowej aktywizacji, możliwości wynikających z uregulowań prawnych dotyczących polityki społecznej, zdobywania wykształcenia oraz aktywności politycznej.

 

Awans zawodowy kobiet

Po drugiej wojnie światowej liczba kobiet pracujących, w tym mężatek, dynamicznie wrosła. Epoka komunizmu jawiła się jako czas najbardziej dynamicznej aktywności kobiet, bowiem ich zatrudnienie w latach 1950-1989 wzrosło o 252 procent. W 1950 r. kobiety stanowiły 30 proc. siły roboczej na rynku pracy, a pod koniec PRL odsetek ten wzrósł do ponad 45 procent.
Po wojnie stalinizm postrzegany był jako okres, gdy kobiety miały najwięcej szans na międzypokoleniowy awans społeczny. Paradoksalnie w latach 1945-1956, czyli w najbardziej represyjnym politycznie okresie Polski Ludowej, kobiety zyskiwały niezależność ekonomiczną i społeczny prestiż. Miały bowiem możliwość podnoszenia swoich kwalifikacji zawodowych i sprawdzenia się w typowo męskich zawodach, lepiej płatnych i bardziej prestiżowych niż te tradycyjne kobiece. Mimo że od początku rewolucji przemysłowej kobiety pracowały w fabrykach, to zajmowały stanowiska niższe niż mężczyźni, gorzej płatne i im podporządkowane. W okresie realizacji planu sześcioletniego próbowano to zmienić.
Małgorzata Fidelis w swoich badaniach podkreśla, że kobiety chciały pracować w górnictwie pod ziemią, bo postrzegały to jako awans. Robotnice z sortowni były o wiele niżej w hierarchii od górników pracujących pod ziemią. A pracy w sortowni, mimo że postrzegana jako „lekka”, wcale do takich nie należała, podobnie jak praca polegająca na pchaniu wagoników z węglem. Tego typu zajęcia były niskopłatne, mało prestiżowe i bardzo ciężkie. To właśnie pracę pod ziemią górniczki postrzegały jako lekką, czyli zmechanizowaną. Pracowały przy taśmie, spinały wagoniki.
Należy więc zaznaczyć, że w okresie realizacji planu sześcioletniego państwo prowadziło konsekwentną politykę w zakresie „produktywizacji” kobiet. Po pierwsze zwiększyło się zatrudnienie kobiet, a co za tym idzie angażowanie ich do prac w typowo męskich zawodach. Poza rolnictwem pracowało dwa razy więcej kobiet niż jeszcze na początku lat pięćdziesiątych. Pojawiły się nowe zawody. Jedynym z najważniejszych symboli polityki równouprawnienia stały się kobiety murarki, spawaczki, szoferki, konduktorki, górniczki, szlifierki i tokarki. Dużo kobiet było zadowolonych z nowej pracy, bo wiązała się ona z wyższymi zarobkami i poczuciem prestiżu, jakim była praca na stanowisku wykwalifikowanego robotnika.
Przeszkodą w realizacji polityki „produktywizacji” była niedostateczna liczba placówek opieki nad dziećmi oraz praca nocna i praca w nadgodzinach, a także nagminne nieprzestrzeganie ustawodawstwa ochronnego.
W okresie odwilży, gdy doszło do poluzowania aparatu politycznych represji, wypychano tysiące kobiet z rynku pracy bądź przesuwano na stanowiska gorzej płatne i mniej prestiżowe. Twierdzono, że polityka masowego zatrudniania kobiet, zwłaszcza matek, była błędem. Podział pracy ze względu na płeć był jednym z ważniejszych wyróżników polityki zatrudnienia kobiet w drugiej połowie lat pięćdziesiątych. Przyrost zatrudnienia kobiet przypadł na handel, drobny przemysł i rzemiosło oraz spółdzielczość. Preferowano zatrudnienie kobiet na stanowiskach „nieprodukcyjnych”, czyli przede wszystkim umysłowych lub pomocniczych.
Rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 18 lutego 1959 roku o pracach wzbronionych dla kobiet, wprowadzono zakaz pracy kobiet pod ziemią. Powrót kobiet do domu nie był już możliwy, gdyż gospodarka potrzebowała ich pracy. Dlatego skupiono się na tworzeniu ułatwień w łączeniu pracy kobiet z jej innymi rolami społecznymi. Lansowano takie rozwiązania jak praca chałupnicza czy półetaty. Przy Lidze Kobiet powstał Komitet Gospodarstwa Domowego. Kobiety mogły korzystać z kursów gospodarstwa domowego, najczęściej były to kursy kroju i szycia oraz „racjonalnego żywienia”, które cieszyły się dużą popularnością. Uchwałą Rady Ministrów z sierpnia 1957 r. wprowadzono dodatkowy przywilej dla matek polegający na tym, że mogły one wykorzystać dwa dni w roku na opiekę nad dzieckiem do lat 14.
Na początku lat sześćdziesiątych polityka zatrudniania kobiet polegała na wzroście ich aktywizacji. Kobiety stanowiły ponad 37 proc. wszystkich pracowników. W tym okresie najbardziej sfeminizowały się instytucje i handel, ale i więcej kobiet niż w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, znalazło prac w przemyśle.
Cechą charakterystyczną dla lat siedemdziesiątych, jeżeli chodzi o warunki pracy, była tzw. humanizacja pracy polegająca na poprawie warunków pracy i stosunków społecznych w zakładach. Budowane w tym czasie fabryki posiadały nowoczesne i przestronne hale. Humanizacja pracy polegała także na wydłużeniu urlopów macierzyńskich i wychowawczych.
W latach osiemdziesiątych w wyniku strajków stoczniowców, robotników fabrycznych i pracowników transportu zrodziła się „Solidarność” – dając początek rewolucji społecznej, która w ciągu dziewięciu lat doprowadziła do upadku systemu komunistycznego w Polsce i – w konsekwencji – do rozpadu całego bloku radzieckiego. Mimo, że kobiety stanowiły 50 procent członków zalegalizowanej „Solidarności”, czyli pięć milionów, zaledwie garstka działaczek weszła w skład politycznego kierownictwa lub uczestniczyła w budowaniu struktur obywatelskich. Pojawił się więc nowy front aktywności kobiet w strukturach opozycyjnych.
Pod koniec 1989 roku kobiety stanowiły 45,5 proc. ogółu siły roboczej. W 1993 roku liczba ta wynosiła 44,9 procent. Przyczyną tego spadku było pojawiające się bezrobocie. Stopa bezrobocia w 1993 roku wynosiła dla kobiet wynosiła 14,9 proc., a dla mężczyzn 11.5 procent. Bezrobotne kobiety stanowiły 53,4 proc. ogółu zarejestrowanych osób poszukujących pracy.
Ogólna aktywność zawodowa kobiet spadła z 78 proc. w 1985 r. i 71 proc. w 1990 do 68 proc. w 1991 i 57 proc. w 1994 roku.

 

Polityka prorodzinna prowadzona w PRL-u

Głównym aktem normatywnym, do czasu wprowadzenia przepisów kodeksu pracy w 1974 roku, była ustawa z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet z późniejszymi zmianami. Rozdział III tej ustawy dotyczył ochrony pracy kobiet. Kwestię tą regulowało także Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 lutego 1951 r. o pracach wzbronionych kobietom (zmienione Rozporządzeniem Rady Ministrów z 18 lutego 1959 r.). Akt ten stanowił katalog prac, przy których zabronione było zatrudnianie kobiet. W okresie PRL-u funkcjonował również przepis zgodnie z którym kobieta ciężarna od 6. miesiąca ciąży, powinna być przeniesiona na stanowisko, gdzie praca nie jest dla niej szkodliwa ani uciążliwa. Warto zaznaczyć, że przeniesienie na inne stanowisko nie mogło wiązać się z obniżeniem wynagrodzenia, które otrzymywała na dotychczasowym stanowisku pracy. Regulacje takie wdrożono na podstawie ustawy z dnia 28 kwietnia 1948 r. o zmianie ustawy z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet. Zgodnie z ustawą z 1948 roku zmieniającą ustawę z 1924 r. w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet, pracownica w ciąży miała prawo do 12-tygodniowego urlopu macierzyńskiego (nazywanego urlopem połogowym) wykorzystanego tak, aby 2 tygodnie przypadały przed, a 8 tygodni po porodzie. Pozostałe 2 tygodnie pracownica mogła wykorzystać dobrowolnie albo bezpośrednio przed albo bezpośrednio po porodzie. Nowe przepisy wprowadzały również zakaz zatrudniania kobiet w ciąży w porze nocnej i w godzinach nadliczbowych (dotyczył on kobiet od czwartego miesiąca ciąży i opiekujących się dzieckiem nie starszym niż roczne).
Należy także wspomnieć o wprowadzeniu przepisów umożliwiających kobietom karmiącym korzystania dwu i półgodzinnych przerw w pracy (czas przerwy zaliczany był do wymiaru czasu pracy). Dobrym rozwiązaniem były działające przy zakładach pracy żłobki i przedszkola.
Uchwałą nr 158 Rady Ministrów z 24 maja 1968 roku wprowadzono bezpłatne urlopy dla matek pracujących. Kobiety mimo, że podczas urlopu nie uzyskiwały wynagrodzenia, to zachowywały pozostałe uprawnienia, np. prawo do ubezpieczenia społecznego. Z takiego urlopu mogła skorzystać pracownica zatrudniona w zakładzie pracy co najmniej 12 miesięcy i posiadająca dziecko nie starsze niż 2 lata. Urlop ten nie mógł trwać dłużej niż 12 miesięcy.
W 1974 roku uchwalono Kodeks pracy, który wszedł w życie 1 tycznia 1975 r. Dział VIII został poświęcony ochronie pracy kobiet. Wskazywano na ochronę pracy kobiet w ciąży, karmiących dzieci lub wychowujących dzieci w wieku do 14 lat, urlopy macierzyńskie, urlopy bezpłatne z tytułu wychowania dzieci. Do kodeksu pracy wprowadzono wcześniej obowiązujące przepisy związane z zakazem wypowiedzenia i rozwiązania umowy o pracę kobiety w ciąży, chyba, że wystąpią szczególne okoliczności jej rozwiązania.
Kodeks pracy wydłużał wymiar urlopu macierzyńskiego z 12 tygodni (taki wymiar wprowadziła ustawa z 1948 r.) do 16 tygodni, w przypadku urodzenia pierwszego dziecka, a każdy następny poród – 18 tygodni, w przypadku urodzenia więcej niż jednego dziecka – 26 tygodni. Urlop bezpłatny mógł trwać trzy lata, do ukończenia przez dziecko 4 roku życia.
Po wprowadzeniu tych przepisów dotyczących urlopów macierzyńskich i wychowawczych nastąpił spadek odsetka kobiet powracających do pracy (w 1960 r. odsetek kobiet, które kontynuowały pracę po urodzeniu dziecka wynosił 68 proc., natomiast w 1978 r., po wejściu w życie wyżej wymienionych przepisów, spadł do 37 procent. W 1982 roku, po wprowadzeniu zasiłku wychowawczego, ten odsetek pracownic powracających po urodzeniu dziecka wyniósł 8 procent. Dopiero w 1988 roku można było dostrzec znaczny wzrost, po urlopie macierzyńskim do pracy wróciło 83 proc. kobiet. Związane to było z obawą przed utratą pracy, gdyż pracodawca mógł zwolnić pracownicę, po wykorzystaniu przez nią urlopu macierzyńskiego, z powodów ekonomicznych.
W 1979 roku uchwalono nowe rozporządzenie w sprawie wykazu prac wzbronionych kobietom. Kobiety nie mogły pracować w warunkach szkodliwych dla zdrowia podczas których wydzielają się szkodliwe dla zdrowia gazy, oraz przy pracach, które nie są zmechanizowane jak np. ręczne kopanie studni.
Warto zaznaczyć, że ustawą z dnia 27 kwietnia 1956 roku o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży (DZ.U. z 1956 r. Nr 12, poz 610) wprowadzono możliwość dokonywania aborcji przez uprawnionego lekarza w trzech przypadkach (art. 1 ust. 1):
1. gdy za przerwaniem ciąży przemawiały wskazania lekarskie dotyczące zdrowia płodu lub kobiety ciężarnej;
2. gdy zachodziło uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa;
3. ze względu na trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej.
W XXI wieku w Polsce w tym zakresie obowiązują bardzo restrykcyjne przepisy. Istnieje ryzyko, że ustawa antyaborcyjna zostanie jeszcze bardziej zaostrzona.

 

Ze wsi – nie tylko – do miasta i na studia

Awans społeczny zdefiniowany jako uzyskanie wyższego poziomu edukacji oraz pracy wymagających wyższych kwalifikacji niż w pokoleniu rodziców
Kobiety pracujące w nowych zawodach musiały przechodzić przeszkolenia wewnątrzzakładowe. Szkoleniami przywarsztatowymi na początku lat pięćdziesiątych objęto w takim samym stopniu kobiety i mężczyzn. Liczba przeszkolonych kobiet wzrastała z każdym rokiem – w 1952 przeszkolono ich 80 tysięcy, a dwa lata później już 130 tys. Wzrosła liczba kobiet kształcących się w szkołach zawodowych. Początek lat pięćdziesiątych obfitował we wzrost liczby dziewcząt w szkołach górniczych z 15 do 366, w metalowych z 511 do 4821, w budowlanych z 2 do 469. Należy więc zaznaczyć, że zwiększyła się skala szkolenia zawodowego kobiet.
To w okresie stalinizmu na mocy rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 5 maja 1950 r. powstało jako stowarzyszenie wyższej użyteczności Towarzystwo Wiedzy Powszechnej, które prowadziło w całym kraju uniwersytety powszechne. Stanowiły one ważne ogniwo edukacji pozaszkolnej dla dorosłych, a szczególnie dla kobiet ze środowisk wiejskich. Popularne stało się podnoszenie swoich kwalifikacji poprzez nauczanie i dokształcanie na różnych kursach.
Jak podkreślają niektóre badaczki okres stalinowski dawał kobietom najwięcej szans na międzypokoleniowy awans społeczny umożliwiając edukację i mobilność dziewcząt z tradycyjnych społeczności wiejskich. Migrację ludności wiejskiej do aglomeracji miejskich prowadzono na dużą skalę. Niemal 2 miliony osób wyemigrowało do miejskich ośrodków, co postrzegano jako duży awans społeczny.
W PRL-u rozwinęło się szkolnictwo zawodowe na poziomie szkół zasadniczych i techników, wieczorowe, zaoczne oraz przygotowawcze na wyższe uczelnie. W latach sześćdziesiątych chłopcy po ukończeniu szkoły podstawowej chętniej wybierali szkołę zawodową. Ponad 55 proc. dokonało takiego wyboru, wśród dziewcząt tylko 30 procent. Dziesięć lat później te relacje uległy zmianie. Prawie 75 proc. chłopców kontynuowało naukę w szkołach zawodowych, a dziewcząt – 50 procent. Popularność szkół zawodowych wśród chłopców związana była z tym, że kształciły one kadry dla przemysłu ciężkiego. Nauka w nich dawała relatywnie dobrą pozycję i wynagrodzenie. W szkołach tych istniały wąskie techniczne specjalizacje, a w liceach można było kształcić się w kierunku ścisłym, humanistycznym i ogólnym. Wybór liceów dawał kobietom perspektywę studiowania na wyższej uczelni. Już w latach 60 kobiety stanowiły połowę studentów, najwięcej na kierunkach zorientowanych na ludzi, jak medycyna czy pedagogika. Warto podkreślić, że więcej kobiet rozpoczynało studia, ale mniej uzyskiwało dyplom. Wiele radnych Rady Narodowej w Łodzi w dokumentach pisało, że kontynuuje naukę po szkole średniej na uczelni wyższej. W latach osiemdziesiątych uwidoczniła się mniejsza mobilność kobiet radnych do zdobycia wyższego wykształcenia. Jak wynika z analizy wykształcenia działaczy lokalnych w latach 1983-1984 przeprowadzoną przez Renatę Siemieńską uwidacznia się mniejsza mobilność pań do zdobycia wyższego wykształcenia. W momencie rozpoczynania pracy więcej kobiet legitymowało się średnim wykształceniem, natomiast mężczyźni przeważali w grupie osób z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Po kilku latach więcej mężczyzn (69,6) niż kobiet (51,5) posiadało wyższe wykształcenie. Do takiego stanu rzeczy mogły się przyczynić braki w zaopatrzeniu i długie kolejki po towary pierwszej potrzeby oraz wynikające z tego tytułu obciążenia z tytułu wykonywanej pracy zarobkowej i domowej.
Warto jednak podkreślić, że to właśnie okresie PRL-u robotnicza Łódź stała się miastem akademickim – w 1945 roku studiowało tu 1268 osób, a w 1975 r. ponad 30 tys. W 1988 r. wyższym wykształceniem w Polsce legitymowało się 1,8 mln Polaków czyli 6,5 procent. Kiedy porównamy, że po zakończeniu II wojny światowej liczba ludzi z wyższym wykształceniem w Polsce wynosiła niecałe 40 tysięcy, to jest to ogromny wzrost. Dla porównania należy dodać, że piętnaście lat później (w 2013 roku) osób legitymujących się wyższym wykształceniem magisterskim w Polsce było 10 proc. (zdecydowanie częściej kobiety), 3 proc. – licencjata, 3 proc. – tytuł magistra-inżyniera, zaś 1proc. – inżyniera. Przez 15 lat nastąpił wzrost osób z wykształceniem magisterskim o 3,5 procent. Jak się okazuje, poziom wykształcenia silnie różnicuje młodsze i starsze pokolenia Polaków. Wśród trzydziestolatków wyższe wykształcenie posiada co trzeci z nich, a jedynie co dziesiąty pięćdziesięciolatek.

 

Awans polityczny kobiet

Awans polityczny kobiet w pierwszych latach po wojnie nie był spektakularny.
W latach 1944-1979 trzynaście kobiet znalazło się w naczelnych władzach państwowych, a 8 z nich posiadało legitymacje partyjną. Potwierdza to tezę, że aby awansować trzeba było zapisać się do partii. Z uwagi na to, że droga do stanowisk wiodła przez partie, odsetek kobiet w PZPR w latach 1960—1970 wzrósł o 50 proc., ale ich udział w gremiach partyjnych był dużo niższy mężczyzn.
W 1954 roku przy Zarządzie Krajowym Ligi Kobiet Polskich powstała sekcja kobiet na kierownicze stanowiska. Kobiety wymieniały się doświadczeniami, nawiązywały kontakty, walczyły o swoją pozycję, chociaż nie było to wcale łatwe.
W Sejmie Ustawodawczym (1947-1952) na 444 posłów było zaledwie 25 kobiet i stanowiły one 5,6 proc. ogółu składu. W prezydium Sejmu nie zasiadła żadna kobieta. Przewodniczącymi 19 komisji stałych byli sami panowie. W Sejmie I kadencji (1952-1956) kobiety stanowiły 17 procent. Kiedy nastąpił okres odwilży i była nadzieja na zwiększenie roli ustawodawczej sejmu, kobiety stanowiły zaledwie 4 proc. (1956-1961). W okresie tym po raz pierwszy przewodniczącą jednej z komisji stałych, a mianowicie Komisji Przemysłu Lekkiego, Rzemiosła i Spółdzielczości została Michalina Tatarkówna-Majkowska (członek KC, I sekretarz Komitetu Łódzkiego).
Największy udział kobiet w Sejmie w okresie Polski Ludowej można było zaobserwować w VIII kadencji (1980-1985), bo aż 23 procent. W tym czasie gospodarka pogrążała się w kryzysie, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza traciła autorytet.
Coraz więcej kobiet zaczęło pojawiać się w ciałach decyzyjnych. W piątej kadencji Sejmu (1969-1972) Zofia Tomczyk ze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego obejmuje przewodnictwo Komisji Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego. Wcześniej to stanowisko była zarezerwowane tylko dla mężczyzn.
Pierwszą kobietą pełniącą funkcję wicemarszałka Sejmu zostaje Halina Skibińska (1971-1985). Skibińska była architektem, profesorem Politechniki Warszawskiej. W IX kadencji Sejmu (1985-1989) na fotelu wicemarszałka Sejmu zasiadła Jadwiga Biedrzycka, przewodnicząca Zarządu Głównego Ligi Kobiet Polskich, z wykształcenia prawnik.
W polskim parlamencie w okresie PRL-u zasiadały wybitne pisarki, jak Zofia Nałkowska, aktywne działaczki społeczne – Janina Biedrzycka, aktywistki związkowe – Barbara Natorska (przewodnicząca ZG ZZ Pracowników Przemysłu Włókienniczego, Odzieżowego i Skórzanego, kobiety ze świata nauki – prof. Halina Skibińska, prof. Krystyna Jandy-Jendrośka czy prof. Barbara Hager-Małecka. czy Krystyna Marszałek-Młyńczyk ze Stronnictwa Demokratycznego, która w VIII kadencji Sejmu przewodniczyła Komisji Kultury i Sztuki., z ramienia SD w latach 1980-1983 zasiadała w Radzie Państwa, natomiast pod koniec lat osiemdziesiątych była wiceministrem kultury i sztuki.
Należy podkreślić, że w roku 1980 w parlamencie i radach wojewódzkich pojawia się coraz więcej kobiet. W tych ostatnich ich wzrost sięgał nawet do 30%. W VII kadencji Rady Narodowej Miasta Łodzi przypadającej na lata 1980-1984 na 180 radnych było aż 75 kobiet, co stanowiło 41,6 proc. ogółu składu.

 

Wnioski końcowe

Kobiety żyjące w Polsce Ludowej z jednej strony borykały się ze złymi warunkami pracy, brakami w zaopatrzeniu, z zaniżaniem ich płac, ale z drugiej umożliwiono im masowy dostęp do rynku pracy, stworzono dogodne warunki do podnoszenia wykształcenia oraz dostępność do żłobków i przedszkoli, kolonii dla dzieci.
Polityka zatrudnienia kobiet, prowadzona tuż po wojnie, miała na celu zapewnienie pracy wdowom jako ‚jedynym żywicielkom” rodziny. „Produktywizacja” kobiet ujęta w planie sześcioletnie przyczyniła się do wzrostu zatrudnienia oraz do podnoszenia kwalifikacji zawodowych poprzez organizowanie różnych szkoleń.
Mimo, że w świadomości społecznej utrwalił się negatywny obraz kobiet okresu stalinizmu, związany z wizerunkiem traktorzystki, przedstawianym jako humorystyczny symbol pogwałcenia naturalnego porządku płci, to niewątpliwie charakteryzował się on awansem zawodowym, społecznym, finansowym kobiet. Zdobywały one niezależność uwalniając się nie tylko spod władzy męża, ale także zapewniały byt, dzięki stałym zarobkom, sobie i swoim dzieciom. Wiele samotnie wychowujących dzieci kobiet – wdów, rozwiedzionych, żon alkoholików, mogły uwolnić się z toksycznych związków, bo dzięki pracy uzyskiwały możliwość awansu, dokształcenia się, a przede wszystkim stabilizacji.
Za zmianami dotyczącymi upowszechnienia awansu zawodowego kobiet, nie nadążała jednak mentalność. Kościół w Polsce negatywnie odnosił się do pracy kobiet, a prymas Stefan Wyszyński podczas wykładu wygłoszonego dla duchowieństwa na temat „zniekształcenia poglądu na kobietę” stwierdził, że najważniejszą rolą społeczną kobiety jest nie praca zawodowa, ale macierzyństwo. Rodząca się w latach osiemdziesiątych „Solidarność” podkreślała w swoim statucie (paragraf 6 artykuł 4), że celem związku jest „wzmocnienie rodziny i życia rodzinnego”. Potwierdza to tezę, że polskiego robotnika nie interesowały problemy kobiet jako takie, tylko ich wpływ na życie rodzinne. Podkreślano wiec patriarchalny ideał kobiety w rodzinie.
Ważną kwestią okazała się polityka społeczna kładąca nacisk na zapewnienie opieki nad kobietami oczekującymi narodzin dziecka, dla których w zakładach organizowano odziały pracy chronionej. Wydłużono urlopy macierzyńskie i wychowawcze, zliberalizowano przepisy ustawy aborcyjnej.
Po 1989 roku sytuacja kobiet zaczęła się pogarszać. Tradycyjne role płciowe zaczęły przeżywać renesans, a emancypacja miała polegać na tym że kobiety nie musiały pracować. Pojawiło się bezrobocie wśród kobiet, szczególnie dotknęło ono łódzkie włókniarki. W 1994 r. w województwie łódzkim zarejestrowano 110,8 tys bezrobotnych, w tym 52 tys kobiet.
W polskim parlamencie w 1989 roku na 460 posłów kobiet było zaledwie 60. Dopiero w 2011 roku kobiety stanowiły 23,91 procent.
Patriarchalna kultura tworzy bariery utrudniające kariery polityczne kobietom. Brak stabilności zatrudnienia to główna bariera dla decyzji o dziecku. Obawy o znalezienie pracy po urlopie macierzyńskim, niskie płace, trudności w godzeniu obowiązków praca-dom, brak realnego wyboru pomiędzy opieką nad dzieckiem w domu a powrotem do pracy i oddania dziecka do żłobka (zaledwie 7 proc. polskich dzieci poniżej 3 lat objętych jest opieka żłobkowa) to główna przyczyna zapaści demograficznej.
Mimo że niektórzy zarzucają, że komunizm zniekształcił tradycyjny w polskiej kulturze wizerunek Matki Polski, to z całą stanowczością należy podkreślić, że to właśnie w w okresie Polski Ludowej kobiety zyskały niezależność ekonomiczną i coraz większy społeczny prestiż.

 

Autorka jest profesorem nadzwyczajnym Akademii Ekonomiczno-Humanistycznej w Warszawie i przewodniczącą Forum Kobiet SLD.

Trzy lekcje feminizmu

Świat stworzony przez mężczyzn dla mężczyzn dobiega kresu. To nie żadne proroctwo, ale wniosek narzucający się po fali premier teatralnych, w których feministyczny obraz rzeczywistości silnie dochodzi do głosu.

 

Rzecz jasna, to nie teatr zbawi świat. Teatr jest jednak czułym narzędziem rejestracji społecznych nastrojów. Nie powinni tego lekceważyć socjologowie, politolodzy, a zwłaszcza politycy. Ale ci ostatni, choć zauważyli Czarny Piątek, nie dostrzegają jak nasila się presja społeczna, mająca na widoku zmianę „męskiej” polityki. Tyrania mężczyzn poddawana jest próbie teatru i patriarchalny model społeczeństwa nie wychodzi z tej próby zwycięsko.
Dowodzą tego choćby ostatnie premiery teatrów warszawskich: „Miłość od ostatniego wejrzenia” Vedrany Rudan w reżyserii Iwony Kempy w Teatrze Dramatycznym, „Bachantki” według Eurypidesa w reżyserii Mai Kleczewskiej w Teatrze Powszechnym i „Kilka dziewczyn” Neila Labutte’a w reżyserii Bożeny Suchockiej w Teatrze Narodowej.
„Miłość od pierwszego wejrzenia” i „Bachantki” uznać można za manifesty współczesnego feminizmu, „Kilka dziewczyn” zaś to feministyczna krytyka egoistycznych wyobrażeń mężczyzn o świecie w formie łagodniejszej (soft-feminizm). Nie przypadkiem premierze w Teatrze Powszechnym towarzyszy oszczędny w słowa tekst Joanny Krakowskiej „50 ćwiczeń na feminizm”, zamieszczony w teatralnym programie. To rodzaj testu, który pozwala uświadomić sobie jak blisko lub jak daleko mnie/tobie/nam do feminizmu. Warto pochylić się nad tym tekstem, a dla zachęty wypisuję tylko trzy początkowe zdania: Raczej nie używać słów „najlepszy”. Nie wierzyć hierarchiom. Pytać, kto je ustanowił.
Chorwacka pisarka Vedrana Rudan wstrząsnęła swymi opowieściami o wojnie bałkańskiej. Taki był monodram Krystyny Jandy „Ucho, gardło, nóż” – właśnie dzisiaj, 14 grudnia, grany na żywo w Teatrze Polonia, będzie transmitowany w 39 kinach sieci Helios w całej Polsce (transmisja rozpocznie się o godzinie 19.30). Kiedy pojawił się na afiszu (2005), widzowie z trudem oswajali się z brutalnym językiem Rudan. „Takiej Jandy – wściekłej, wulgarnej, wyzywającej i złej – jeszcze nie widzieliście” – pisał wówczas Roman Pawłowski w „Gazecie Wyborczej”. Nikt nie miał wątpliwości, że mamy do czynienia wybitną pisarką, której tekst idealnie trafił na swoją aktorkę.
To nie jedyny spektakularny sukces Vedrany Rudan w Polsce. Z gorącym przyjęciem spotkał się oparty na jej powieści spektakl „Murzyni we Florencji” krakowskiego Teatru Nowego Proxima (2017) w reżyserii Iwony Kempy. Utwór i spektakl na granicy artystycznego ryzyka, bo jakże łatwo opowieść snuta z perspektywy bliźniaczych płodów (nieodparcie zabawni Julian Chrząstowski i Sławomir Maciejewski) mogła osunąć się w pospolitą zgrywę. Ale nie tym razem, na równi dzięki aktorom, jak i nieomylnie panującej nad materiałem Iwony Kempy. Trzeba było mieć nie lada wyobraźnię, aby uczynić narratorami parę nieukształtowanych płodów, które sobie nawzajem zadają proste pytania i udzielają na ogół dość zaskakujących odpowiedzi. Ale ta seria paradoksalnych zderzeń oczywistości z ich dosłownym opisem to jedynie komediowa otulina traum, tragedii, groźnych konfliktów i niechęci dzielących rodzinę, która – jak wiadomo – dobrze wychodzi tylko na zdjęciu.
Podobnie rzecz się ma z rodziną w „Miłości od ostatniego wejrzenia” także w adaptacji Iwony Kempy. Tym razem nie mamy do czynienia tragikomedią, raczej tu nie do śmiechu, bo sprawa, o której mowa, jest diabelnie poważna. Mowa o przemocy w rodzinie. O agresji uprawianej przez mężczyzn. Zaczyna się to już w latach dzieciństwa, kiedy dziewczynka spotyka się z brutalnością ojca, poniżaniem, biciem, lekceważeniem, wyzwiskami, zakazami. Biernie tej tresurze przygląda się zastraszona matka. Potem przychodzi kolej na wyśnionego księcia z bajki, który okazuje się despotą, żądającym od kobiety całkowitego, podporządkowania. Wszechstronnego: od posłuszeństwa w najdrobniejszych sprawach codziennych, po świadczenie usług erotycznych i obowiązek adoracji.
Tak przynajmniej było w rodzinie bohaterki dramatu, Tildy, od małej chowanej w posłuszeństwie, która wreszcie się buntuje. Poniżana i bita, traktowana jak przedmiot, wciąż kocha swego męża, ale i coraz bardziej nienawidzi, Pociechy szuka w ramionach kochanka, ale żyje w lęku, że w odwecie zostanie zamordowana. Towarzyszy w myśliwskich eskapadach swego męża-sędziego znajdującego upodobanie w krwawych łowach. Kiedy podczas polowania zabija sarnę, jest już gotowa, żeby zabić swego prześladowcę. Przedtem miota przekleństwa pod jego adresem, kiedy wróg nie słyszy, wciąż w nadziei, że on się jeszcze zmieni. Ale nie zmienia się. Zdesperowana pyta w dramatycznym monologu: „Może to jest jedyne możliwe szczęście kobiet. Żyć bez mężczyzny? Może to ocaliłoby świat i uczyniło go lepszym?”.
Iwona Kempa rozpisała przeżycia i doznania Tildy na cztery głosy – grają ją (jako dziewczynę i kobietę w różnym wieku) Karolina Charkiewicz, Magdalena Czerwińska, Anna Gajewska, Agata Wątróbska. Aktorki przejmują czasem rolę postaci męskich: ojca, męża, kochanka. Wszystkie ubrane w suknie ślubne, bo jak każe tradycja, to ślub jest warunkiem spełnienia jako kobiety. Tildzie w czterech postaciach towarzyszy czasem matka – Małgorzata Niemirska, przejmująca w roli zahukanej, gotowej na każde ustępstwo i niegodziwość doznawaną od męża, z determinacją dźwigająca swój krzyż. Cały jej wysiłek skupia się na tym, aby nie zwracać na siebie uwagi, wtopić się w tło. Ale „tło” w tym spektaklu jest nader wymowne – to instalacja Joanny Zemanek „Popiół i diamenty”, przedstawiająca rząd obszernych-pudeł, w których artystka umieściła suknie ślubne. Pudła przypominają trumny, a tytuł instalacji zapowiada śmierć mimo blasku, jaki obiecują diamenty (jak echo wiersza Norwida).
Równie mocno, a może i silniej wybrzmiewają buntownicze „Bachantki” Mai Kleczewskiej, która włączyła w antyczną tragedię relacje z walki o upodmiotowienie ciała kobiety: aktorki przedstawiają fachową instrukcję o stosowaniu pigułek poronnych, które umożliwiają usunięcie niechcianej ciąży. Ten wyrazisty gest protestu przeciw arbitralnym decyzjom męskiej większości (parlamentarnej), przymuszającej kobiety do pełnienia funkcji inkubatora już rozwścieczył grono prawicowych polityków i dziennikarzy. Tymczasem Kleczewska i współpracujący z nią Łukasz Chotkowski nawiązali do starożytnej tragedii, aby wpisać walkę kobiet o samostanowienie w wielowiekową tradycję. Nawet jeśli w „Bachantkach” bardziej chodziło o posłuszeństwo wobec boga niż prawa kobiet, to taka reinterpretacja jest całkowicie uprawniona. Boski szał bowiem, który ogarnia bachantki-wyznawczynie Dionizosa, jest odwetem za lekceważenie. Przede wszystkim boga, ale i jego wyznawczyń, a więc kobiet.
Spektakl ukazuje to sugestywnie, odtwarzając starcie przedstawiciela starych sił (patriarchatu), czyli władającego miastem Penteusza (Michał Czachor) i przybyłego pod przebraniem, jak to było w mitycznym obyczaju, Dionizosa. Bogiem jest w tym spektaklu kobieta (Sandra Korzeniak), jak w jednej z wersji mitu sugerowano. Jego/jej androginiczna postać i skłonność do ekstazy pociąga wyznawców.
Spektakl Kleczewskiej rozgrywa się w specjalnie zbudowanym na scenie Teatru Powszechnego odeonie, kolistym teatrze na wzór antyczny. Widownię reżyserka postanowiła podzielić: połowę rezerwując dla kobiet, połowę dla mężczyzn (parytet!). Warto pamiętać, że tajemne misteria dionizyjskie były dostępne tylko dla bachantek, mężczyznom wzbraniano na nie wstępu pod groźbą śmierci. Przed zakończeniem spektaklu inspicjent prosi mężczyzn o opuszczenie sali – krwawy finał przeznaczony jest (jak w owych misteriach) tylko dla kobiet.
Trzecią lekcję feminizmu przygotowała Bożena Suchocka. Autorem dramatu jest jednak mężczyzna – płodny amerykański dramatopisarz Neil LaBute, uchodzący (niesłusznie) za mizogina. Jak wykazała dowodnie Małgorzata Szum, badaczka od lat interesująca się jego twórczością, LaBute czarnymi charakterami czyni przede wszystkim mężczyzn, znacznie rzadziej kobiety. W „Kilku dziewczynach” widać to wyraźnie: występuje tu tylko jeden mężczyzna (Grzegorz Małecki) i cztery kobiety: Anna Grycewicz, Justyna Kowalska, Beata Ścibakówna i Patrycja Soliman. Bohater, nieźle prosperujący na rynku pisarz, odbywa osobliwą podróż. Ponieważ zamierza się ożenić, przed ślubem z wybranką (o której mówi z lekceważeniem) spotyka się z byłymi przyjaciółkami, z którymi w przeszłości niespodziewanie dla nich zerwał. Chce uzyskać od nich wybaczenie (?), błogosławieństwo (?), krzyżyk na drogę (?), nie jest to jasne. LaBute lubi się wykręcać – tak buduje dialogi, że to bardziej sugestie, niż stwierdzenia, i tak właśnie zachowuje się Mężczyzna. Jedno nie pozostawia wątpliwości – pisarz to krętacz, który ma na uwadze tylko własną korzyść. Kiedy na horyzoncie pojawia się najmniejsze „niebezpieczeństwo” odpowiedzialności za wspólne życie, porzuca kobiety bez słowa pożegnania i nie ma sobie nic do zarzucenia.
Jego spotkania z byłymi partnerkami kończą się katastrofą – żadna z nich nie jest gotowa mu wybaczyć, wszystkie czują się wykorzystane i poniżone. Na koniec wyjdzie na jaw, że i motyw podróży psiarza szlakiem dawnych miłości był drański.
Ta ostatnia lekcja feminizmu – dodam, że świetnie zagrana, powstały tu pełnokrwiste postaci (kreacja Beaty Ścibakówny jako poniżonej, starszej wiekiem partnerki, która znajduje sposób, aby ośmieszyć byłego kochanka) – sprawia wrażenie delikatnego komentarza do relacji męsko-damskich. Nie mając znamion manifestu, też wpisuje się w nurt feministycznych rozliczeń z męskim szowinizmem. Można być pewnym, że teatr na tym skończy.

Amazonki w Toku Praw Kobiet Recenzja

Gdybym miał wybrać wiersz najbardziej emblematyczny dla tego zbioru, to byłaby nim „Hipolita” Józefa Plessa, zaczynający się tak: „Jestem waleczną Amazonką/córą nimfy Harmonii/i boga wojny Aresa”. Wybrałbym go nie tylko dla walorów poetyckich, ale dlatego, że treść zbioru, o którym mowa wpisuje w antyczny mit o boskiej Amazonce, mitologicznej postaci będącej – nie wiem czy to właściwe słowo – patronką sprawy której zbiór „Nadzieja kwitnie dłużej” jest poświęcony. Ta sprawa to doświadczenia kobiet, które (często także ich rodziny) dotknięte zostały cierpieniem wynikającym z doświadczenia strasznej choroby – nowotworu piersi, a także jego następstw, bardzo często amputacji tego ważnego atrybutu kobiecości. Amputacji, która u źródeł będąc doświadczeniem cierpienia, niejednokrotnie w finale jest doświadczeniem ocalenia i częścią nowego, pochorobowego życia. Redaktorami tomu prozy i poezji autorstwa kobiet, które los uczynił Amazonkami, ale także osób im bliskich, w tym mężczyzn, z którymi los je zetknął – są Aleksandra Sołtysiak i Robert Rudiak. We wstępie zwracają uwagę, że tom został przygotowany z okazji obchodów Roku Praw Kobiet, także przy udziale osób żyjących na emigracji i że jego problematyka dotyka zjawiska szerszego niż doświadczenia Amazonek – fenomenu cierpienia jako nieodłącznego atrybutu egzystencji. Autorzy powołują się we wstępie na filozofów, którzy szczególnie pochylali się nad cierpieniem, którzy poświęcali mu swoją ludzką i filozoficzną uwagę, m.in. Kierkegaardowi, Schopenhauerowi czy Edycie Stein. Zwracają też uwagę na fakt, że kwestia poszukiwania sensu życia, traktowana w codziennej egzystencji często z lekceważeniem, w cierpieniu i ciężkiej chorobie nabierają żywego, dojmującego sensu. To dopiero wtedy nabierają żywego znaczenia słowa Arystotelesa o „cierpieniu jako nieodłącznemu cieniowi życia człowieka”. Portretują też 16 autorek i autorów wierszy oraz prozy (mającej głównie charakter wspomnień autobiograficznych). „Tematyka kobieca – piszą autorzy wstępu – stała się myślą przewodnią nadesłanych tekstów lirycznych. W szerokim wachlarzu kreślonych wątków odnaleźć można jej delikatną naturę i urodę, zmaganie się z chorobą, nasączone lękiem i cierpieniem, wołaniem o miłość i bliskość drugiej osoby”. Warto raz jeszcze wrócić do wspomnianego wiersza Józefa Plessa. Jego sens polega nie tylko na uniwersalizującym wpisaniu problemu choroby w tradycję świata mitologicznego, ale także na podjęciu kwestii, którą autorzy wstępu problem mitycznej Amazonki interpretują jako doświadczenie kobiety, „która bez piersi może z łatwością może strzelać z łuku, jest dzielną wojowniczką, lecz nigdy nie poznała miłości i szczęścia rodzinnego, gdyż musiała walczyć „w imię wolności” i jej się poświęcać, a następnie oddać za nią życie”. „Autor porównując tę mityczną boginkę ze współczesną kobietą zmagającą się z nowotworem, widzi podobieństwa – dzisiejsza Amazonka też walczy, nie poddaje się chorobie, bólowi, stressowi, nie kapituluje, bowiem jej „naturą jest roz=budzenie życia”. I miłości – chce się dodać. Bo tym, o co współczesne Amazonki muszą najbardziej walczyć jest miłość, miłość w najszerszym rozumieniu tego słowa, od erotycznej, do tej najogólniej ludzkiej, będącej jednym z atrybutów prawdziwego człowieczeństwa. I to tym właśnie, nie tylko o chorobie i cierpieniu, ale także o Miłości, opowiadają nie tylko autorzy wstępu, nie tylko cytowany Józef Pless, ale także pozostałych piętnaścioro autorów wierszy i prozy, od (ujmując alfabetycznie i wybiórczo) Bożeny Ambroży, poprzez Ewę Pawłowską, po Krystynę Wechman. Piękną puentą do tego zbioru mogą być zacytowane w nim słowa Marka Wawrzkiewicza, prezesa ZG ZLP: „Zwycięskie kobiety-Amazonki są najbardziej optymistycznymi ludźmi świata. (…) Książka ta jest wyjątkowa. To jedno z pierwszych artystycznych świadectw dramatycznej walki o wartość najcenniejszą”.

 

„Nadzieja kwitnie dłużej…”. Księga wierszy i prozy z okazji Roku Praw Kobiet, pod red. Aleksandry Sołtysiak i Roberta Rudniaka, wyd. Związek Literatów Polskich, Zielona Góra 2018, str. 122, ISBN 978-83-946173-5-6.

Wspaniałe stulecie

Zwykło się uważać, że kobiety w Polsce dostały prawa wyborcze niejako „naturalnie” wraz z odzyskaniem niepodległości po 123 latach. To oczywiście nieprawda, ówczesne działaczki po spaleniu Kodeksu Napoleona w 1908 i uzyskaniu de facto mandatu na sejm dla Marii Dulębianki dosłownie wydarły je naczelnikowi Piłsudskiemu z trzewi. Ale nie o tym ma być ten tekst. Sto lat później nie mamy już zaborów (choć niektórzy nazywają w ten sposób Unię Europejską; niektórzy również nadal lękają się powrotu zaboru rosyjskiego), a jednak okazuje się, że Kodeks Napoleona nadal w nas żyje. To dokument, który przez ponad 100 lat decydował o naszym statusie w Kongresówce: nie dawał prawa do zarządzania wypracowanym dochodem, wyjmował nas spod jurysdykcji świeckich sądów. Mąż i reszta rodziny decydowała o naszym miejscu zamieszkania, bądź o tym, czy możemy wychowywać swoje dzieci. Po ślubie nie wyrabiano nam dokumentów, stawałyśmy się przecież doklejką do męża.
Dziś z okazji jubileuszu wspaniałego stulecia na Dzień Dobry stacja TVN raczy nas programem śniadaniowym o temacie przewodnim „Po co kobietom pieniądze?”. „Czy kobiety umieją już inwestować?”. Nie czuję tu złej woli twórców programu, miało być lekko, zaczepnie, no tak „hehe” być miało. A wyszło tak, że zaproszone celebrytki miały wytłumaczyć się ludzkości z tego, czy zasłużyły na przywilej noszenia portfeli w swoich śmiesznych torebkach, pełnych szminek, lusterek i rozsypanych mentosów. Moja przyjaciółka komentując program stwierdziła wczoraj ze smutkiem, że uświadomiła sobie, że jej matka zawsze zaopatrywała lodówkę i płaciła za prąd oraz czynsz z własnej pensji. Mąż, intelektualista, miał własne dochody, którymi mógł dysponować z dużą swobodą, przyjęło się bowiem że nie idą na „pierwsze potrzeby”. Ile takich par wciąż żyje w Polsce sto lat po tym, jak kobiety wywojowały sobie upragnioną „wolność”? Ile kobiet jest wciąż stawianych w takiej roli? Może o tym zrobi ktoś program do śniadania?
Wspaniałe stulecie pięknie podsumowuje też głos Ilony Łepkowskiej w „Faktach po faktach”. Scenarzystka nie mogła sobie odmówić pogrożenia palcem, że jak panienka będzie kusić obciśniętą w mini pupą i świecić cyckiem w jacuzzi, to napyta sobie biedy, bo przecież krew nie woda. A potem będzie płacz, zgrzytanie zębów i wyciąganie rzekomej krzywdy po latach. Żeby nie było, pani scenarzystka przejęła się falą krytyki po swojej wypowiedzi i dziś wydała oświadczenie, w którym w zasadzie powtórzyła wszystkie swoje tezy, podpierając się jeszcze autorytetem z Ameryki.
Co wynikło z całej tej aferki? Ano tyle, że jasne, jesteśmy skłonni i skłonne nie tylko surowo karać, ale wręcz nawet linczować za gwałt – jeśli przebiegał według schematu „wyskoczył z krzaków na odludziu, kiedy wracałam z pracy nakarmić czwórkę dzieci mych”. W innym wypadku, w okolicznościach imprezy, kiedy oboje wypili, albo kiedy umawiali się tylko na loda, a skończyło się na stosunku, albo kiedy ona nie krzyczała wystarczająco głośno, albo jeśli zmieniła zdanie – nasłucha się właśnie od takich pań z grożącym paluszkiem, od policjantów z serią seksistowskich uwag za pasem, od innych święto-za przeproszeniem-jebliwych matron, snujących fantazje o dobrych i jurnych mężach stanu versus złych lafiryndach, co ich szkalują po latach. I nadal dziwimy się, że te ofiary latami milczą, zmuszone przez moralistów ciągle przeliczać na nowo swój „udział”.
Pogadajcie z waszymi matkami, ciotkami. Będziecie zaskoczeni, ile z nich „czegoś” „nie zgłosiło”, bo bały się zostać skrzywdzone drugi raz jako te, co „same się prosiły”. W tym kontekście zawsze wyjątkowo wzruszający wydaje mi się ten fragment z „Chłopów” Reymonta, kiedy Hanka, pokrzywdzona przecież w powieści przez romanse męża z Jagną, wykazuje instynktowną kobiecą solidarność, biorąc w obronę pijaną macochę po tym, jak została wykorzystana przez wójta. Rozumie złożoność sytuacji, czuje, kto jest ofiarą, a kto posunął się za daleko. Pani komentatorka w TVN24 – nadal najwyraźniej wiedzieć tego nie chce.
Wspaniałe stulecie kończymy z Kodeksem Napoleona pod pachą, odświeżonym, po dostawieniu dekoracji Netflixa. Nieźleście nas urządziły, siostry.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Myślicie, że faceci zwani incelami ukrywają się na 4chanie, Reddicie albo w innych nieoczywistych zakamarkach Internetu, gdzie mogą, nieniepokojeni przez nikogo, pławić się w odmętach własnej mizoginii? Nic bardziej mylnego. Przedstawiamy dwóch mecenasów ze Szczecina, zawsze chętnych, aby „pomóc mężczyznom w trudnych sprawach rodzinnych”. Prowadzą stronę, na której objaśniają, dlaczego kobiety to istoty ograniczone instynktem macierzyńskim, cynicznie polujące na bogatych mężczyzn, kompletnie niezdolne do uczuć wyższych. Motto „Bloga dla mężczyzn” pisanego przez adwokatów Wojciecha Wojciechowskiego i Marcina Stopę to „czytaj i ucz się”. Poczytajmy więc.

 

Na „Blogu dla mężczyzn” nie znajdziemy bezpośredniego adresu kancelarii panów Wojciechowskiego i Stopy. Ale dowiemy się, że kancelaria ta istnieje od 2001 roku i komu pomoc prawna jest dedykowana. Bez trudu znajdziemy również numer kontaktowy i adres email, pod którym można złapać autorów.

I nawet nas korciło, żeby ów numer wykręcić i zapytać adwokatów między innymi:

– dlaczego uważają, że „przeciętny mężczyzna był, jest i będzie inteligentniejszy niż przeciętna kobieta”?

– na jakiej podstawie wnioskują, że „we współczesnej rzeczywistości jest coraz mniej kobiet, które się do czegokolwiek nadają, w tym do tego, żeby je kochać”?

– czemu jako ojcowie „pokazaliby drzwi” potencjalnej dziewczynie swojego syna, która „jest współczesną feministką, ma problemy finansowe, ma nierozwiązane problemy emocjonalne z dzieciństwa, zwłaszcza na tle kontaktów z ojcem”?

– dlaczego wreszcie twierdzą, że „kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać. Ich instynkt nie ciągnie ich w kierunku samych mężczyzn, nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie, ale tym, co mężczyzna ma albo tym, co może dać”?

Ostatecznie uznałyśmy jednak, że nie media, lecz przełożeni mecenasów Wojciechowskiego i Stopy będą upoważnieni do tego, aby uzyskać od nich odpowiedzi na powyższe pytania. Nam całkowicie wystarczy przedstawione na łamach bloga wyjaśnienie świata zawarte w dziesięciu notkach.

Postanowiłyśmy nie zabierać autorom cennego czasu, który mogliby wykorzystać na pozyskiwanie kolejnych klientów – ofiar bezdusznych modliszek. Bo wiecie, nawet jak baba dostanie wciry, to wcale nie znaczy, że oprawcą w tym układzie jest on. Przeciwnie. Według dwóch prawników, wciąż czynnych zawodowo, również to dowodzi wyższości rodu męskiego nad żeńskim:

„Kobieta jest zainteresowana takim mężczyzną dlatego, że na poziomie podświadomym odbiera złe traktowanie przez mężczyznę jako przejaw tego, że taki mężczyzna jest od niej lepszy”.

 

Zapnijcie pasy. To dopiero początek

 

To nie twoja wina, że jesteś głupia. Masz mniejszy mózg

Nie jest to oczywiście winą kobiet, że są owładnięte przez hormony, chciwe, małostkowe i bezduszne. Takich tez absolutnie nie należy mecenasom wpychać w usta. Wiedzą oni bowiem doskonale, że wszystkiemu winna jest biologia i sławny „naturalny porządek rzeczy”.

„Kobiety nie są złe. Po prostu są, jakie są. Nie można mieć do węża pretensji o to, że jest wężem albo oczekiwać od kreta, że zacznie widzieć i doceniać kolory a od żółwia, że zacznie cwałować. Albo się to akceptuje albo żyje w świecie, który prędzej czy później zostanie zniszczony w konfrontacji z rzeczywistością”.

Istoty żeńskie mają mózgi o mniejszej pojemności. Zaprzeczy ktoś? Jasne, że nie. To fakt. Faktem jest również, że słonie czy płetwale mają mózgi jeszcze bardziej pojemne niż homo sapiensy, a jednak nie przekłada się to bynajmniej na rozwój cywilizacji. Nie zawsze rozmiar ma znaczenie.

A jednak panom mecenasom wychodzi, że

„większa pojemność mózgu mężczyzny przekłada się na zwiększoną aż o 16 proc. ilość neuronów w korze mózgowej w stosunku do mózgu kobiety.(…) mężczyzna przeciętnie ma większą zdolność uczenia się i rozwiązywania danego zadania, natomiast kobieta powinna z założenia posiadać lepiej rozwinięte umiejętności społeczne (czytaj: mówienie za dużo, zrzędzenie, manipulacja, kłamstwo, lepsze zapamiętywanie słów, lepsze zapamiętywanie twarzy). Mężczyźni i kobiety nie są ani tacy sami ani równi”.

Mamy jednak dla panów złą wiadomość: przeciwnego zdania są sądy powszechne, które zakładają równość obywateli wobec prawa, niezależnie od tego, co ci noszą między udami. O tychże sądach autorzy bloga nie mają jednak najlepszego zdania, ostrzegając czytelników:

„Nie zapominaj, że w sprawie rozwodowej sąd, choć być może trudno to naprawdę zaakceptować, będzie stać po stronie żony”.

 

Małżeństwo jako stosunek prawny

 

Panowie W. & S. życzliwie doradzają, co robić, gdy rozwód na horyzoncie: „Nagrywaj. Dokumentuj, utrwalaj w taki lub inny sposób każdy kontakt z żoną w czasie sprawy rozwodowej (telefoniczny, mailowy, bezpośredni itd.)”, „Nie traktuj żony jak przyjaciela. (…) Twoja żona zrobi wszystko, żeby wycisnąć z Ciebie tyle, ile się da i dołożyć Ci. W tym drugim przypadku zrobi to dla czystej satysfakcji”, „Nie zgadzaj się na nic dla świętego spokoju”.

Nie dla nich mediacje, próba łagodzenia konfliktów i wybrnięcia w jak najmniej dotkliwy sposób z traumatycznej dla obu stron sytuacji rozpadu małżeństwa. Mecenasi nie mają zresztą złudzeń co do tego, że o ile rozwód pogarsza sytuację życiową mężczyzny pod każdym względem („utrata tożsamości męża i ojca”, „konieczność zniesienia utraty połowy majątku na rzecz byłej żony, która z reguły w niewielkim, jeżeli w ogóle, stopniu przyczyniła się do jego powstania” itd.), to kobiecie dodaje skrzydeł. Właściwie założyć można, że kobieta wychodzi za mąż wyłącznie po to, by móc się rozwieść i zacząć polować na kolejnego nieświadomego, bezbronnego acz bogatego jelenia. Jelenia, który w genach zakodowaną ma potrzebę rozmnażania się, opieki i dostarczania dóbr najbliższym, co kobieta-drapieżnik bezlitośnie wykorzystuje. Bo według autorów bloga: „mężczyzna może stać się niewolnikiem swojego własnego mózgu i hormonów, które sam produkuje i kobiety dobrze o tym wiedzą”. Dlatego właśnie „najlepszym sposobem dla mężczyzny na uniknięcie ogromnego ryzyka związanego z zawarciem małżeństwa jest niezawieranie go”.

To proste jak konstrukcja cepa:

„Małżeństwo dla kobiety to biznes. (…) Kobieta zawsze wybiera takiego mężczyznę do małżeństwa albo do stałego związku, który zarabia więcej niż ona, który ma więcej zasobów niż ona. Na tym właśnie polega hipergamia. Zdarza się również nierzadko, że kobieta wybiera takiego mężczyznę, który dobrze lub bardzo dobrze według niej rokuje na przyszłość, jeżeli chodzi o możliwość pozyskiwania zasobów (czytaj pieniędzy), które będą jej potrzebne. Niektóre kobiety mają bardzo dobrze rozwiniętą zdolność wychwytywania takich właśnie mężczyzn. (…) Środkiem do osiągnięcia tego celu jest małżeństwo jako stosunek prawny. Taki, w którym mężczyzna może zostać zmuszony przez państwo do łożenia na kobietę”.

 

Kocha, nie kocha?

 

Tylko facet potrafi kochać. To teza śmiała, aczkolwiek niepodważalna, potwierdzona autorytetami. Jakimi? Wojciechowskiego i Stopy.

Nawet nie próbujcie dyskutować.

„Kobieta nie kocha mężczyzny tak, jak mężczyzna kocha ją. Jest to zasada nie znająca wyjątków. Może darzyć go uczuciem, ale uczucie to nie będzie miłością w takim sensie, w jakim zna je mężczyzna”.

Bo miłość, moi drodzy, to „poświęcenie”:
„Mężczyzna oddaje swoje zasoby, swoje terytorium, chroni kobietę i dzieci”.

A ona? Cóż,

„dla kobiety, związek z mężczyzną, nawet jeżeli jest to przelotna znajomość, jest traktowany jak interes (za wyjątkiem seksu „dla sportu”). Interes, w którym kobieta szuka mężczyzny, który będzie możliwe najlepszym dostarczycielem dóbr i usług. Nie dotyczy to rzecz jasna kobiet bardzo zamożnych, które po prostu nie potrzebują pieniędzy mężczyzny, ale ile takich kobiet jest. Nie należy tego, co napisałem rozumieć w ten sposób, że kobieta w takim związku będzie wyprana z emocji. Przeciwnie, emocje będą zaangażowane ale koniec końców, zawsze chodzi o interes. Interes wyrażający się w tym, by pozyskać mężczyznę, który będzie dać z siebie w stanie maksimum aby zaspokoić na możliwie najwyższym poziomie materialne potrzeby kobiety, ewentualnie potrzeby jej dzieci. Jeżeli mężczyzna zawiedzie w dziedzinie zaspokajania potrzeb materialnych, kobieta zacznie rozglądać się za kimś innym”.

Żeby tylko!

„Rola kobiety w związku polega głównie na tym, że obdarza mężczyznę swoją obecnością. (…) Przejawem typowej kobiecej miłości może być również zaborczość i chęć kontrolowania różnych aspektów życia partnera. Takim przejawem może być na przykład ciągłe wysyłanie wiadomości, które mają na celu utrzymanie zainteresowania mężczyzny konkretną kobietą oraz kontrolę tego, kogo on obdarza zainteresowaniem”.

W dodatku, kiedy taka jedna z drugą poczuje się już pewnie, rozpoczyna proces tzw. zagnieżdżania:

„W przypadku kobiety, słowem – kluczem, umożliwiającym zrozumienie, na czym polega miłość kobiety, nie jest poświęcenie. (…) Gdy kobieta wybiera jakiegoś mężczyznę na partnera, pierwszym tego przejawem jest seks (z wyjątkiem seksu dla sportu, zemsty czy podobnych incydentalnych przypadków). Innym przejawem kobiecej miłości jest dostosowywanie do swoich potrzeb dotychczasowego terytorium mężczyzny. Tzw. gnieżdżenie się kobiety zaczyna się z reguły od pozostawiania szczoteczki do zębów lub pojedynczych części garderoby w domu mężczyzny”.

Wychodzi na to, że fakt, iż delikwent wstaje rano, myje zęby, zakłada skarpetki i idzie do pracy nie jest oczywistością, tylko ogromem poświęcenia, czynionego dla partnerki i podtrzymania gatunku – i należą mu się za to pokłony. My, głupiutkie, jak wiadomo, większość czasu spędzamy na polowaniu na kandydata z możliwie najgrubszym portfelem. Dlatego tak bardzo zależy nam na obrączce na palcu:

„Z tej przyczyny – wzmocnienia gwarancji na zaspokajanie własnych potrzeb – wiele kobiet ma na pewnym etapie życia, niektóre przez całe życie, obsesję na punkcie wyjścia za mąż. Kobieta, w przeciwieństwie do mężczyzny, dysponuje stosunkowo krótszym czasem aby związać ze sobą mężczyznę. W obecnych czasach dość często kobieta dwudziestokilkuletnia prowadzi rozrywkowy tryb życia, nagle orientuje się, że ma lat trzydzieści kilka i wpada w panikę, ponieważ z roku na rok maleje jej realna szansa na dziecko, a zarazem zmniejsza się w coraz większym tempie jej atrakcyjność fizyczna. Z reguły, kobieta, która przekracza trzydziestkę a tym bardziej sięga czterdziestki i do tej pory nie ma dziecka ani mężczyzny na stałe, ma bardzo duże szanse na to, że nie będzie miała ani jednego, ani drugiego. Wówczas często zadowala się po prostu tym, co jest dostępne. Wie, że wkrótce uderzy z pełną mocą w ścianę czasu i nie będzie wyglądać tak, jak wówczas, gdy miała 25 lat”.

Po świecie chodzą też i samobójczynie, które wybierają życie w samotności, nieświadome tego, że ich atrakcyjność fizyczna po trzydziestce zacznie pikować w dół:

„Obecnie, główna przyczyna, dla której niektóre kobiety nie chcą wychodzić za mąż na danym etapie swojego życia polega na tym, że wydaje im się, że będzie im lepiej samym niż w małżeństwie. Niektórym kobietom wydaje się również, że podobnie jak w przypadku mężczyzn, ich atrakcyjność będzie do pewnego momentu rosła im starsze będą się stawać”.

On jest kiepskim mężem? To twoja wina!

Serio. Nie miej złudzeń. Takiego sobie wybrałaś.

„Te kobiety, które wybierają nieudaczników życiowych, mężczyzn niezaradnych, wybierają po prostu to, na co je stać. Mężczyzna taki to szczyt aktualnych możliwości danej kobiety jeżeli chodzi o jej zdolność znalezienia partnera”.

To rosyjska ruletka, w której nie wygrasz: jeżeli mężczyzna dokona złego wyboru, to jest to wina kobiecej natury. Jeżeli kobieta dokona złego wyboru, to też jest to wina kobiecej natury.

 

Garść porad dla syna

 

Na początek ustalmy, czy twój syn jest normalny (czyt.: czuje pociąg do cycków i cipek).

„Większość mężczyzn, wyłączając gejów oraz mężczyzn, którzy zgodnie z pseudoideologią gender identyfikują się z trzynastoletnimi chłopcami, sześcioletnimi dziewczynkami, drzewami, zwierzętami czy ekspresami do kawy, jest zaprogramowanych do odczuwania przyjemności, wynikającej z emocjonalnego i fizycznego kontaktu z kobietą”.
Mamy to? No to jedziemy dalej. „Istnieje kilka typów dziewczyn, których młody chłopak powinien unikać jak ognia”.

A więc:

„dziewczyna, która miała złe relacje z własnym ojcem albo, nie miała z nim żadnych bo nie był obecny w jej życiu. W czasie kluczowym dla kształtowania się jej psychiki – w dzieciństwie – nikt nie pokazał jej pozytywnego wzorca mężczyzny, silnego, pewnego siebie, mądrego, takiego, którego należy szanować. Być może jej ojciec nigdy nie był obecny fizycznie w jej życiu, a być może był w nim tylko popychadłem, poniżanym na porządku dziennym przez matkę. Taka dziewczyna będzie próbowała prędzej czy później, świadomie lub nie, rozwiązywać swoje problemy z dzieciństwa poprzez związek z chłopakiem”.

Rozumiemy, że współczucie owej młodej osobie z racji tego, że pochodzi z rozbitej rodziny i być może ma na koncie przebyte w dzieciństwie traumy, nie należy się w najmniejszym stopniu. Nie ma też w pakiecie opcji, że winnym zrujnowania dziecku pierwszych lat życia jest nie kto inny, jak sam tatulek.

„Inny typ dziewczyny, to taka, która będzie chciała traktować chłopaka jak bankomat. Jest też dziewczyna, która będzie oczekiwać od chłopaka, że będzie jej nieustannie pomagał rozwiązywać jej własne emocjonalne problemy. Jest również typ dziewczyny, która lubi imprezować kilka razy w tygodniu a w czasie zabawy pozwalać sobie na bardzo dużo”.

„Kolejny typ to dziewczyna, która pozostaje w ciągłym konflikcie ze swoimi poprzednimi chłopakami”.

„Jest wreszcie dziewczyna obsesyjnie zazdrosna, która od pewnego momentu znajomości zacznie grzebać w rzeczach osobistych chłopaka, w jego komputerze, telefonie i wynajdywać najbardziej nawet błahe powody do awantur”.

„Z żadną z takich dziewczyn nie warto mieć kontaktu. Prędzej czy później zamienić mogą życie młodego człowieka w koszmar. Pamiętać również należy o tym, że przez początkowy okres znajomości dziewczyna może udawać kogoś innego, niż w rzeczywistości po to, aby uzależnić od siebie emocjonalnie chłopaka. Gdy ten już połknie haczyk można pozwolić sobie stopniowo na coraz więcej”.

 

Crème de la crème

 

Zbierzmy zatem do kupy (dosłownie i w przenośni) najważniejsze informacje, jakie przekazują nam doświadczeni prawnicy, adwokaci z „wieloletnim doświadczeniem związanym ze stosowaniem prawa rodzinnego jak i obserwacji nie związanych bezpośrednio z prawem, mających jednak znaczenie dla każdego mężczyzny”.

„Kobieta to pies na uwagę”.

„Gdyby nie mężczyzna, kobieta nie byłaby w stanie zajść w ciążę”.

Trudno z tym dyskutować, choć – być może dla niektórych okaże się to zaskoczeniem – mężczyźni bez kobiet również niewiele by zdziałali w kwestii prokreacji.

„Kobiety nie kochają mężczyzn i nie są zdolne do tego, aby ich kochać (…) nie są zainteresowane mężczyznami samymi w sobie”.

Naprawdę chętnie się dowiemy, skąd taki wniosek i na podstawie jakich danych został wyciągnięty. Bo na przykład pochodzące z raportu „Alkohol i zdrowie” z 1995 r. statystyki dotyczące alkoholizmu, mówią jasno: 9 na 10 żon alkoholików zostaje przy mężu, podczas gdy w sytuacji odwrotnej 9 na 10 mężczyzn opuszcza uzależnioną żonę. Badania socjologów z Iowa State University, przeprowadzone na 2701 parach wykazały, że o ile ciężka choroba żony o 6 proc. zwiększa ryzyko rozwodu, w przypadku poważnej choroby męża w żaden sposób nie wpływa na rozpad małżeństwa.

„Kobiety nie chcą brać za nic odpowiedzialności ale chcą podejmować decyzje, chcą władzy. Brak odpowiedzialności za podejmowane decyzje i władza to nie jest dobre połączenie”.

Niestety, nie najlepszym połączeniem są również kategoryczne opinie i brak argumentów na ich poparcie.

„W swojej głowie na pewnym poziomie [kobieta] jest maszyną do rodzenia dzieci i zrobi wszystko, żeby zapewnić sobie możliwie najlepszą realizację tego instynktu”.
„(…) jeżeli kobieta nie ma takich samych wysokich kwalifikacji do wykonywania tej samej pracy co mężczyzna, rząd zadba o zmuszenie przedsiębiorcy, aby zatrudnił ją ponieważ trzeba tworzyć równe szanse zatrudnienia dla obu płci. W rzeczywistości nie chodzi o tworzenie równych szans, bo szanse te powinien sobie stworzyć sam bezpośrednio zainteresowany, ucząc się robić to co trzeba. Chodzi o zdobycie głosów kobiet w wyborach”.

A słyszeli Panowie o szklanych sufitach? Wiecie, ile kobiet na rozmowach o pracę słyszy – w sposób bardziej lub mniej zawoalowany – pytanie o plany rodzinne? I jak często dużo bardziej wykwalifikowane od konkurentów kobiety nie dostają posady wyłącznie dlatego, że rekruterzy podzielają Wasz pogląd, iż jest ona wyłącznie maszyną do rodzenia dzieci? A mężczyzna, choć – według Was – opiekę nad najbliższymi ma w genach, wciąż nieczęsto decyduje się na urlop tacierzyński.

„W obecnym społeczeństwie i od zawsze mężczyźni są oceniani ze względu na to, co robią i jakie mają tego efekty, podczas gdy kobiety nie muszą nic robić aby społeczeństwo je gloryfikowało”.
I prawdziwy mężczyzna tym wszystkim wyzwaniom jest w stanie sprostać z palcem w nosie. Bo jest „silny, inteligentny, pewny siebie, dominujący, zdrowy, odważny”. Nie to co „cipy” z brodami o niewystarczająco niskich głosach. Oni, mimo, że wysocy i postawni, bywają „tak zniewieściali w zachowaniu, w sposobie mówienia a nawet tonie głosu, że od samego patrzenia na nich jaja mogą się skurczyć”.

 

***

Umieracie z ciekawości, jak to możliwe, że dwaj prawnicy, nie bawiąc się w subtelności, takie jak pseudonimy artystyczne typu „Marcin67” czy „Wojtek13”, ale pod nazwiskiem, w biały dzień, wypisują to wszystko w Internecie i nadal pełnią zawód społecznego zaufania, reprezentując w sądzie ludzi?

My też.

Istnieje oczywiście ryzyko, że jako kobiety z naszymi mało pojemnymi móżdżkami i słabo wykształconymi połączeniami nie zrozumiałyśmy istoty przekazu zaserwowanego nam przez szanownych autorów. Dlatego postanowiłyśmy zapytać o to osoby, z których opinią – chociażby przez fakt posiadania penisów oraz względnej decyzyjności – panowie liczyć się muszą. Napisałyśmy zatem do dziekana Okręgowej Rady Adwokackiej w Szczecinie adw. Włodzimierza Łyczywka oraz Rzecznika Dyscyplinarnego Szczecińskiej Izby Adwokackiej Waldemara Juszczaka. Otrzymałyśmy informację zwrotną, iż w dniu 17 września 2018 r. wydano postanowienie o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego.

Autorzy zdają się chyba nieszczególnie tym przejmować. Najnowsza notka na blogu pojawiła się 1 października. Być może to dlatego, że postanowienie wydała zastępczyni rzecznika, pani adwokat Marta Madej-Wierzbicka. Pani Marta, jak wskazywałyby na to personalia, jest kobietą. Nie musimy więc chyba wyjaśniać, dlaczego postanowić to ona mogła sobie co najwyżej o tym, co poda mężowi na obiad. Żartujemy, oczywiście. Wiadomo, że wszystkie decyzje należą do mężczyzny.

Jednym głosem

„Nie jest naszą rolą kreować liderki, które potem dostaną się do władzy. Nie mamy żadnych złudzeń co do polityków i polityczek. Nasze doświadczenie pokazuje, że osoby, które są u władzy, nie reprezentują naszych interesów” – mówiła jedna z uczestniczek II Socjalnego Kongresu Kobiet, który odbył się w sobotę w Poznaniu.

 

I faktycznie, podczas całego dnia obrad głos polityczek nie był praktycznie słyszalny. Najważniejsze było bowiem to, co miały do powiedzenia działaczki ruchu lokatorskiego, aktywistki na rzecz praw reprodukcyjnych, a także pracownice medyczne i związkowczynie.

Jakie są przyczyny nieufności wobec władz, również lokalnych? Kolejne mówczynie podawały przykłady z codziennego życia. – Pomimo tego, że kobieta od 12 lat sprawuje władzę w Warszawie, sytuacja lokatorska nadal jest tragiczna. Mieszkania są zagrzybiałe, niedogrzane, drogie” – zwracała uwagą Maria Burza z warszawskiego Kolektywu Syrena, dodając, że perspektywa feministyczna powinna przede wszystkim obejmować sprawy socjalne, a nie „problemy businesswoman”, a takimi właśnie zajmuje się Hanna Gronkiewicz-Waltz – polityczka, która jest stałą gościnią liberalnego Kongresu Kobiet. – Musimy się organizować same, oddolnie, wtedy mamy największy wpływ. Dlatego założyłyśmy organizacje lokatorską – mówiła aktywistka.

Organizatorki przypomniały, że Socjalny Kongres Kobiet jest inicjatywą mającą korzenie w pracowniczym konflikcie. Impuls do jego powstania dały kobiety zatrudnione w poznańskich żłobkach, które, zrzeszone w Inicjatywie Pracowniczej, od kilku lat prowadzą walkę przeciwko wyzyskowi i niskim standardom pracy w budżetowce. Fakt ten nie tylko uzmysławia pryncypia jakie przyświecają SKK, ale również stanowi wyraźne odróżnienie od Kongresu Kobiet. Ten, jak podkreślały uczestniczki wczorajszego wydarzenia, jest organizowany przez bogate biznesmenki, których wizja równości obejmuje również prawo do wyzyskiwania innych kobiet, zatrudnionych często na umowach śmieciowych.

Kluczowym pojęciem, które powracało na Socjalnym Kongresie Kobiet nie była „przedsiębiorczość”, co próbuje corocznie forsować Henryka Bochniarz z koleżankami, lecz „solidarność” pojmowana jako świadomość wspólnoty interesów pracownic różnych zawodów. Łączy nie tylko walka o wyższe płace, przeciwko dyskryminacji, ale również fakt, że wiele z nich po godzinach pracy musi wykonywać pracę opiekuńczą przy wychowywaniu dzieci oraz szereg innych prac reprodukcyjnych. – Istotne jest budowanie solidarności między pracownikami. Dostępne nam narzędzia są różne – to są m.in. spory zbiorowe, spowalnianie prac. To się dzieje, dziś opowiadały o tym nie tylko pracownice Amazona, ale też kobiety pracujące w żłobkach – one też mogą to robić. Mogą opóźniać wydawanie rodzicom dzieci, mogą odmawiać wykonania dodatkowych prac, które nie są w zakresie ich obowiązków – podsumowywała konferencja Joanna Malinowska z Inicjatywy Pracowniczej, jedna ze współorganizatorek wydarzenia.

Podczas paneli dyskusyjnych można było usłyszeć przejmujące historie o fatalnym stanie mieszkań komunalnych i samotnych kobietach pracujących na niestabilnych formach zatrudnienia za pensje z trudem wystarczającą na opłacenie czynszu i utrzymanie. Działaczki pracujące w żłobkach mówiły o wydłużającym się dniu pracy, który po powrocie do domu przeradza się w drugi etat. Aktywistki ruchu lokatorskiego tłumaczyły dlaczego warto blokować eksmisje, a jeszcze inne kobiety objaśniały znaczenie strajku jako konieczności na drodze do realizacji wszystkich najważniejszych praw, również praw kobiet.

Kongres Socjalny Kobiet udowodnił, że jest obecnie najsilniejszym, najciekawszym i najbardziej zaawansowanym intelektualnie ośrodkiem samoorganizacji feministycznej, a jego moc tkwi w umiejętności wykorzystywania różnorodności do efektywnej wymiany doświadczeń i tworzeniu świadomości spójności interesów. KSK buduje mosty pomiędzy przedstawicielkami pozornie od siebie oddalonych zawodów, które łączy to, że są po jednej stronie również w walce klasowej.

Znakomitym podsumowaniem SKK są słowa jednej z uczestniczek, Marysi Świetlik. Socjalny Kongres Kobiet to miejsce, gdzie można tę współzależność dostrzec. Jak to, że walka o niższe opłaty za prąd, dostępność mieszkań komunalnych, czy z reprywatyzacją, jest też walką o prawa pracownicze. Bo jeśli nie mamy bezpiecznego dachu nad głową, to o ileż trudniej zaryzykować konflikt z pracodawcą albo rzucić pracę w ogóle. Im większy przymus pracy najemnej, tym słabsza pozycja w walce z pracodawcą. I odwrotnie, gdy walczymy o podwyżki dla opiekunek osób starszych, salowych, czy przedszkolanek, dzięki którym mogą lepiej wykonywać swoją pracę, to my też zyskujemy wolność od ciągłego martwienia się, czy bliskie nam osoby są dobrze zaopiekowane. Wolny czas możemy poświęcić na coś innego niż obowiązkowa praca reprodukcyjna. To samo dotyczy norm pracy – jeśli w pracy narzuconym tempem wyciskają z nas wszystkie poty, wymuszają nadgodziny, czy nie dają czasu na sensowny posiłek, to jak mamy mieć siły, by wykonać potem jeszcze naszą pracę reprodukcyjną? Nie dajemy rady, pękają nam kręgosłupy i serca, siada psychika. Przełamać może to tylko wzajemna solidarność i wspólnota walk. Dostrzeżenie tych współzależności to pierwszy krok. Drugi to dzielenie się doświadczeniami oporu, by skuteczniej planować kolejne batalie. Oba udało się wykonać na Kongresie. Cd w naszych rękach” – napisała działaczka po zakończeniu wydarzenia.

Kobiety polskie się przebudziły Wywiad

Tym razem Krzysztof Lubczyński rozmawia z Krystyną Kacpurą, dyrektorką Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

 

Znalazła się Pani w gronie reprezentantów polskich instytucji i organizacji pozarządowych, którzy mieli możliwość spotkania z goszczącą w Polsce delegacją Komisji Praworządności Parlamentu Europejskiego z Claude Moraesem na czele. Jakie kwestie i problemy im Pani przedstawiła?

Skoncentrowałam się na realizacji w Polsce praw reprodukcyjnych i ochrony zdrowia reprodukcyjnego kobiet w obszarze obecnie obowiązującego prawa. Przede wszystkim na legalnej aborcji przy spełnieniu jednego z trzech zawartych w ustawie warunków. To prawo jest w Polsce w praktyce martwe, nie tylko w obszarze dostępu do legalnej aborcji, bo poza tym nie ma w Polsce edukacji seksualnej, a zamiast niej zideologizowany przedmiot pod nazwą „przygotowanie do życia w rodzinie”. Nowe podstawy programowe w szkołach potwierdzają ten ideologiczny punkt widzenia, bo słowo „seks” pojawia się w nich dwa razy, a słowo „rodzina” około dwustu razy. Mamy też w Polsce do czynienia z ograniczaniem dostępu do środków antykoncepcyjnych, bardzo trudno uzyskać informacje na ich temat, a antykoncepcja hormonalna jest dla wielu kobiet zbyt kosztowna. Do tego dochodzi nadużywanie tzw. klauzuli sumienia przez lekarzy, którzy n.p. odmawiają wypisania recept na antykoncepcję awaryjną, jak również przez część farmaceutów w aptekach, którzy nie chcą sprzedawać środków antykoncepcyjnych nawet na receptę. Nawiasem mówiąc, często, niezgodnie z wiedzą medyczną, nazywają antykoncepcją awaryjną środkami wczesnoporonnymi, choć takie pojęcie nie istnieje. Jest też problem wynikający z faktu, że istnieją całe regiony kraju, Podkarpacie, Poznańskie, rejon Białegostoku, gdzie całe szpitale i inne jednostki ochrony zdrowia podpisały klauzule sumienia i tam sytuacja kobiet jest szczególnie trudna. Tak się stało, mimo że prawo przewiduje jedynie indywidualną deklarację sumienia. Mimo naszych monitów do władz, nie stworzono specjalnego systemu dla kobiet, zgodnie z którym lekarze odmawiający n.p. wypisania określonego środka antykoncepcyjnego czy legalnej aborcji mieliby obowiązek wskazania innego lekarza, który by tego dokonał. Wiele kobiet dzwoni do nas i pyta o lekarzy, którzy nie podpisali klauzuli sumienia, ale i nie ma tygodnia, w którym nie stykamy się z przypadkiem jakiejś tragedii kobiety, która odsyłana jest od szpitala do szpitala. Niestety, Trybunał Konstytucyjny orzeczeniem z 2014 roku zwolnił lekarzy z takiego obowiązku, bo uznał to również za sprzeczne z klauzulą sumienia. Nie ma instytucji, która pomagałaby kobietom w tym zakresie. O tym, że ustawa jest nieprzestrzegana świadczy m.in. fakt, że każdego roku odnotowywanych jest w statystykach około tysiąca aborcji, co przy około pięciu milionach kobiet w wieku reprodukcyjnym jest niemożliwe. Z naszych szacunków jest dokonywanych około stu tysięcy aborcji rocznie, wykonywanych przy użyciu tabletek poronnych, w gabinetach prywatnych w ramach podziemia aborcyjnego lub w gabinetach lekarskich za granicą, głównie w Czechach, na Słowacji i w Niemczech. Niestety, duża część tych aborcji dokonywana jest w warunkach zagrażających zdrowiu a nawet życiu kobiet, w tym w tzw. warunkach domowych. Możliwość dokonania aborcji jest też często związana z możliwościami finansowymi kobiety, bo na kosztowne środki farmaceutyczne wiele kobiet nie stać. Lekarze z klinik przygranicznych informują nas często, że trafiają do nich kobiety, które same próbowały dokonać aborcji u osób niewykwalifikowanych. Takie przypadki rzadko wychodzą na światło dzienne, bo kobiety boją się mówić, mimo że uświadamiamy je, że ustawa antyaborcyjna nie przewiduje karania kobiet. Boją się n.p. iść do lekarza na kontrolę po zabiegu. Boją się iść do lekarza z wynikami badań prenatalnych. Trzeba też zauważyć, że zafałszowane są te dane, które mówią, że większość wskazań do terminacji ciąży wynika z wykrytych wad płodu a zaledwie pięć procent ciąż jest wynikiem gwałtu czy innego czynu zabronionego. Są zafałszowane, ponieważ większość kobiet kwalifikujących się do aborcji od razu szuka pomocy w podziemiu lub u lekarzy za granicą. Boją się bowiem żmudnych procedur o niepewnym wyniku, boją się odmowy i boją się stygmatyzacji, n.p. w postaci stwierdzeń w rodzaju, że „za krótka była spódniczka” lub „za mocny makijaż”.

 

Jak Komisja ustosunkowała się do przedstawionego przez Panią stanowiska?

Przyjęła je do wiadomości, potwierdziła, że po części zna sytuację w tym zakresie i zadeklarowała, że będzie o tym rozmawiała z polskim rządem. Nie realizowane są bowiem wyroki Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, n.p. ten w sprawie 14-letniej dziewczynki z Lublina, która zaszła w ciążę w wyniku czynu zabronionego i której aborcji odmówiono. Nie ma tu dostępnej i łatwej instancji odwoławczej dla kobiet od decyzji lekarza, okres oczekiwania na decyzję jest długi, a w sprawach ciąży czas jest bardzo istotnym czynnikiem, tym bardziej, że często badania prenatalne wykonywane są w późnym okresie ciąży. W takich sytuacjach zagrożenie dla kobiety, w przypadku terminacji ciąży znacznie się zwiększa. Poza tym taka kobieta potrzebuje specjalnej opieki lekarskiej po aborcji, a trudno sobie wyobrazić kobietę, która poddała się terminacji takiej ciąży za granicą i która bez wahania zgłosi się do lekarza. Ponadto istnieje realne zagrożenie, że może zostać przyjęty zakaz aborcji z powodu wad embriopatologicznych płodu, bo projekt „Zatrzymaj aborcji” nadal jest procedowany, a w TK jest zapytanie w tej sprawie podpisane przez stu posłów, a nietrudno sobie wyobrazić jaki wyrok może on wydać w tej sprawie. Znane jest też stanowisko prokuratora generalnego w tej sprawie. Tymczasem rząd posługuje się fałszywą informacją, jakoby 95 procent legalnie przerywanych ciąż dotyczyło płodów z zespołem Downa , podczas gdy naprawdę jest ich 22 procent, co podaje nawet Ministerstwo Zdrowia. Przypomnę, że prawo do przerwania ciąży nie oznacza obowiązku jej dokonania i jeśli kobieta zdecyduję się taką ciążę donosić, szanujemy to i jesteśmy za udzieleniem jej wszelkiej pomocy. Niestety, państwo polskie interesuje się kobietą ciężarną tylko do końca jej ciąży, do momentu porodu.

 

Gdzie kobiety mogą uzyskać informacje n.p. co do konkretnych lekarzy, którzy zechcą dokonać terminacji ciąży lub wypisać kobiecie receptę na antykoncepcję awaryjną?

Jest takich inicjatyw sporo, z których najbardziej sobie cenię tę, która nazywa się „Lekarze kobietom”. To inicjatywa kilku postępowych lekarzy, z doktor Aleksandrą Krasowską na czele, która zaistniała tuż po decyzji poprzedniego ministra zdrowia pana Radziwiłła o wycofaniu antykoncepcji awaryjnej ze sprzedaży bez recept. W tej chwili w tej inicjatywie uczestniczy około trzystu lekarzy w całym kraju i obejmuje całą niemal mapę Polski. Do inicjatywy przyłączają się kolejni lekarze, a w zeszłym roku wypisali oni kobietom kilka tysięcy recept. Informacje na ten temat można uzyskać na stronie fejsbukowej inicjatywy „Lekarze kobietom”. Bezpłatnie wystawiają oni kobietom recepty na tę antykoncepcję. Niestety nie udało się stworzenie jawnej listy lekarzy powołujących się na klauzulę sumienia, bo skrywają oni ten fakt do momentu, gdy decydują się odmówić pacjentce już w gabinecie lekarskim. Nie godzą się na ujawnianie tego awansem, bo boją się utraty pacjentek. Kobiety skazane są więc na przekazywanie sobie wzajemnie informacji o lekarzach „pocztą pantoflową”. Jednak nie klauzula sumienia jest największym problemem, jako że w skali kraju jest to jednak margines. Gorsze są zawiłe, długie procedury, mnożone niepotrzebne badania, odsyłanie od placówki do placówki, a w niektórych przypadkach żądanie zgody partnera, ojca dziecka, co też nie jest zgodne z prawem. Do tego dochodzi stygmatyzujący albo manipulacyjny język stosowany w stosunku do kobiet.

 

Jakich przypadków, z którymi zgłaszają się do Federacji kobiety jest najwięcej?

To problemy z uzyskaniem legalnej aborcji mimo wykonania wszystkich badań i niezbędnych dokumentów. Staramy się pomagać skutecznie czyli najpierw kierujemy do odpowiedniego lekarza, na później zostawiając wszelkie kwestie formalne, odwołania itd.

 

Za chwilę będzie druga rocznica „Czarnego protestu” z października 2016 roku. Czy poza silnym efektem politycznym ta inicjatywa posunęła coś do przodu z punktu widzenia praw kobiet oraz celów Federacji i podobnych inicjatyw?

Ten protest i dwa lata po nim spowodowały przebudzenie Polek. Zaczęły wreszcie rozumieć i interesować się tym, jaki los szykuje im władza. Już dwa razy była wysuwana inicjatywa liberalizacji prawa dotyczącego aborcji, za każdym razem odrzucona. To rozwścieczyło Polki. Nastąpiło przebudzenie kobiet w małych miejscowościach. Nastąpił też wzrost poparcia dla prawa do wyboru. O ile na początku 2016 roku tylko 18 procent popierało prawo do wyboru, o tyle obecnie, według badań IPSOS na zlecenie OKO-Press, jest to mniej więcej 44 procent. To powrót do sytuacji z lat dziewięćdziesiątych, gdy za wyborem opowiadało się ok. 50 procent respondentów. Potem zmasowana indoktrynacja religijno-konserwatywna, w szkole, na katechezie, w mediach doprowadziła do radykalnego obniżenia tego wyniku. Obecnie odrabiamy te straty, dzięki edukacji. Zauważyłam, że o ile kilka lat temu kobiety przychodzące do nas, przed podpisaniem projektu ustawy liberalizującej prawo do aborcji, miały potrzebę to uzasadnić, nawet w dłużej opowieści, o tyle rok później podpisywały natychmiast, bez zmrużenia oka. Pewna starsza pani składając podpis powiedziała mniej więcej tak: do wczoraj uważałam, że ta sprawa zupełnie mnie nie dotyczy, ale kiedy przyszła do mnie sąsiadka z pytaniem, czy nie znam lekarza, który wypisałby receptę na antykoncepcję awaryjną jej wnuczce, której na imprezie wsypano do napoju pigułkę gwałtu. Wtedy zrozumiałam, że mnie to też dotyczy, że dotyczy nas – kobiet. W kobietach obudziła się solidarność.

 

Dwa lata temu minęło 25 lat od powstania Federacji. Jakie nowe wyzwania stoją przed wami obliczu nowej sytuacji? Przecież przychodzi do was nowe pokolenie kobiet, także tych, których w momencie, gdy powstawaliście, nie było jeszcze na świecie…

Identyfikujemy się przede wszystkim jako organizacja ekspercka, otwarta na wszystkie środowiska kobiece. Współpracujemy z „Łódzkimi Dziewuchami”, z „Czarnym Protestem”, z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet, budujemy Wielką Koalicję za Równością i Wyborem, która skupia około stu organizacji z całej Polski. Wyposażamy je w wiedzę, w materiały edukacyjne. Jeździmy w teren i spotykamy się z kobietami. Chcemy razem z nimi doprowadzić do stworzenia dobrego prawa. Bo obecne prawo jest skierowane przeciw dobru większości kobiet w Polsce.

 

Dziękuję za rozmowę.

Marta K. – symbol feminizmu

Mistrzowski trolling, u którego źródeł leżą niestety tezy wygłaszane z pełną powagą.

 

Po przeczytaniu tekstu red. Magdaleny Grzyb ciśnienie podniosło mi się tak mocno, że przez chwilę naprawdę obawiałam się o własne zdrowie. Oto córka Lecha i Marii Kaczyńskich uznana została za Matkę Boską feminizmu. O tempora, o mores! Spalić, zniszczyć, odlajkować fanpejdż natychmiast! Na szczęście, kiedy krew przestała zalewać mi oczy, zrozumiałam – ten artykuł to trolling wszech czasów. I jako taki, jest po prostu wyśmienity.
Tylko że zwolenniczek rysowania nad głową Marty Kaczyńskiej aureoli tak zupełnie na serio nie brakuje. I to już nie jest takie zabawne.
„Kocha mężczyzn tak długo, jak chce – niekoniecznie na zawsze. Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka, ale odważnie idzie za głosem serca. A do tego wszystkiego jeszcze realizuje się jako matka i z kiepskimi prognozami demograficznymi dla naszego narodu walczy osobiście. Nowoczesna emancypantka i patriotka”. Wyrażenie „kocha tak długo jak chce” to absolutne złoto. I wszystkim zafiksowanym na „zmienianie w kółko kochanków jak Marta jest takie emancypujące” zadedykować je trzeba w kontekście na przykład trzykrotnego rozwodnika, o którego romansach trąbią co i raz wszystkie pudelki, kozaczki i inne robaczki. Historia pierwszego małżeństwa Marty Kaczyńskiej, jej najstarszego dziecka i podważania ojcostwa zupełnie na poważnie daje do myślenia w kontekście definiowania feminizmu i przejmowania sterów przez kobietę. I znów – swojego czasu słychać było wiele głosów rozgrzeszających Martę Kaczyńską i definiujących ją jako „tę, co zagrała patriarchatowi na nosie”.
Nie wiem, jak było, nie wiem, co się komu układało, kiedy przestało. Wiem, że z pewnością nie była to historia opisywana w mediach jako historia otwartego związku. Była raczej opisywana jako historia mężczyzny, który nie zdawał sobie sprawy, że wychowuje córkę innego, jak się później okazało – kolejnego męża swojej ówczesnej żony.
Nie przypominam sobie w zasadzie Marty Kaczyńskiej w roli niezależnej, pracującej latami na swój sukces, bez mężczyzny przyklejonego do jej boku. Portalom plotkarskim raczej nie brakowało materiałów dotyczących jej życia osobistego. „Nie trzyma się ich kurczowo niczym pijawka” jest chwytem zastosowanym z precyzją karateki.
„Jej odwaga w wymienianiu mężów na coraz lepsze modele, podążanie za głosem serca nieskrępowane żadnymi patriarchalnymi krępującymi kobiece uczucia normami, odmowa trwania w relacjach bez miłości i ciągłe szukanie tej lepszej, tej prawdziwej umieszczają ją w panteonie feministycznych rewolucjonistek, które buntują się przeciw właściwemu naszej płci poddaństwu w sferze domowej, zrzucają kajdany opresji patriarchalnej i śmiało ruszają na poszukiwania lepszego losu! Marta Kaczyńska jest moją bohaterką – feministyczną heroiną na miarę naszych czasów!”.
Jest w historii Marty Kaczyńskiej pewien motyw krzywego zwierciadła męskiej opresji. Natomiast nie należy zapominać, że Kaczyńska ze swoim odwiecznym uprzywilejowaniem nie jest też szczególnie wzorem drogi od zniewolenia (np. katolickim wychowaniem) do wyzwolenia (zwłaszcza, że jego jedyną dostępną areną jest łóżko).
Była też swojego czasu w publicznej działalności Kaczyńskiej pewna strona, pewien wewnętrzny imperatyw, nakazujący skrytykować do ziemi kampanię #sexed.pl Anji Rubik. Kaczyńska ostrzegała wówczas przed masturbacją i polecała: „Najbezpieczniej mieć jednego partnera, o małżonku nie wspominając”.
Z pewnością jest to postać, zmuszająca patriarchat i tradycyjny porządek do tego, aby tańczyły walczyka stojąc na jednej ręce na grzbiecie słonia jadącego na żółwiu.

Filozofka niepokorna Recenzja

Nazwisko Luce Iragaray nie należy do najsławniejszych nazwisk historycznego feminizmu także dlatego, że była bardziej intelektualistką niż typową działaczką. Najpierw, za treść pracy doktorskiej została wyrzucona z Ecole Freudienne de Paris, a do tego, w ramach intelektualnego feminizmu popadła w herezję i stała się dysydentką. Wyrzucono ją też z Wydziału Filozofii Uniwersytetu Vincennes. Jednym z kluczowych ujęć filozoficznego feminizmu Iragaray była koncepcja „parler femme” (w wolnym przekładzie: mówić kobietą), której istota polegała nie na mechanicznym uznaniu tożsamości feministycznej i jej zrównania w prawach z tożsamością męską, lecz na czymś głębszym: na przezwyciężeniu „jednomęskopłciowej” zachodniej tradycji metafizycznej i wypracowaniu ścieżki wiodącej ku filozofii różnicy płciowej” – jak pisze Katarzyna Szopa, autorka książki, której podstawą był jej doktorat. Drugi charakterystyczny rys filozofii Irigaray, to silne akcentowanie „jednostkowości”. Irigaray dążyła do stworzenia filozoficznych, etycznych i politycznych podstaw „tworzenia wspólnoty, nieeliminującej jednostkowości jej członkiń i członków”. Irigariańska filozofia różnicy płciowej, zawarta przede wszystkim w jej fundamentalnym dziele – „Speculum”, dla postronnego czytelnika może brzmieć jako zniechęcająca tautologia, ale to tylko pozór. Wczytanie się w jej filozofię za pośrednictwem Katarzyny Szopy, choć jest zadaniem trudnym, sowicie się opłaca – intelektualnie. Nie obiecuję większości czytelników łatwej lektury, elementarne oczytanie w języku filozoficznym jest do tego niezbędne. Dlatego nie jest to lektura dla wszystkich, ale dla przygotowanych. Warto jednak być przygotowanym.

 

Katarzyna Szopa – „Praktyka rozkwitania. Różnica płciowa filozofii Luce Irigaray”, wyd. Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa 2118, str. 371, ISBN 978-83-65832-88-7.