Wstrząs brazylijski

Odkąd brazylijskiej oligarchii udało się wyeliminować z wyścigu o najwyższy urząd w państwie byłego prezydenta Lulę da Silvę, zamykając go w więzieniu pod pozorem nigdy nie udowodnionej korupcji, faworytem wszystkich sondaży był skrajnie prawicowy demagog Jair Bolsonaro. Bezceremonialny rasista, nostalgik wojskowej dyktatury z lat 1964-1985, agresywny mizogin i homofob. Pomimo wielkiej społecznej mobilizacji, w szczególności brazylijskich kobiet, organizowanych pod hasłem #EleNão, („#NieOn”), Bolsonaro uzyskał o kilkanaście procent więcej głosów niż przewidywała większość badań wyborczych preferencji – aż 46 procent z hakiem.

 

To kolejne od 2016 roku (Brexit, Trump) wielkie głosowanie, którego rezultaty znacząco odbiegają od przewidywań szacownych instytutów badania opinii. Trend głosowania na złość sondażom wydaje się już transkontynentalny. Wygląda na to, że próba zamachu na Bolsonaro (próbowano go zadźgać nożem) na początku września podbiła tylko jego notowania.

Przez kilka nocnych godzin, gdy do centrali spływały głosy podliczone w poszczególnych częściach dwustumilionowego kraju, wydawało się nawet, że – jeśli trend się utrzyma – Bolsonaro do rana przebije próg 50 procent, który sprawiłby, że urząd w pałacu Planalto zdobyłby już w pierwszej turze wyborów, rzecz zdumiewająca w wyborach z takim multum kandydatów. Na szczęście – póki co – Brazylię uratował jej najbiedniejszy, najbardziej ekonomicznie zacofany, a także najbardziej „kolorowy” (stan Bahia nazywany bywa „Afryką Brazylii”) region północno-wschodni, Nordeste. Tam zwykle najdłużej liczą głosy i tam najwięcej ich zdobył kandydat Partii Pracowników (Partido dos Trabalhadores, PT), wystawiony „zamiast” uwięzionego Luli były burmistrz São Paulo, Fernando Haddad.

Nordestinos (tak się mówi o ludziach z Nordeste) odsunęli katastrofę, uratowali Brazylię – póki co, na trzy tygodnie. Druga tura, 28 października, będzie pojedynkiem między Bolsonaro a Haddadem (zdobył niecałe 29 proc. głosów).

Na podstawie sondaży przedwyborczych powszechnie spekulowano, że w drugiej turze Bolsonaro będzie musiał przegrać, bo Haddad (lub inny potencjalny kontrkandydat) miałby z całą pewnością przejąć większość głosów w pierwszej turze rozproszonych pomiędzy innych kandydatów, w ramach szerokiego frontu antyfaszystowskiego. Spekulowano tak do wczoraj – dziś już trudno mieć taką pewność. Bolsonaro na pewno przejmie jakąś część głosów innych kandydatów prawicowych i centroprawicowych, których elektoraty cechuje czasem „biologiczna” wręcz niechęć do PT. Wystarczyłoby, żeby większość głosujących na Gerardo Alckmina zagłosowała 28 października na Bolsonaro, by został on następnym prezydentem Brazylii.

Haddadowi zwycięstwo zagwarantować może chyba tylko demobilizacja elektoratu samego Bolsonaro – gdyby część z głosujących na niego tylko „na pohybel establiszmentowi” nie poszła w drugiej turze głosować. Albo też, gdyby kampania Haddada zmobilizowała dla siebie tych, którzy w pierwszej turze nie głosowali w ogóle. Trudno jednak liczyć na znaczący skok frekwencji – w pierwszej turze wyniosła ona już niemal 80 procent.

Mówi się często, że to mogą być najważniejsze wybory w brazylijskiej historii, bo o tak wysokie stawki toczy się gra. Brazylia miała w swojej historii skrajnie prawicowe rządy – zwycięstwo Bolsonaro to byłby jednak pierwszy raz, kiedy prezydent wychylony tak daleko w prawo doszedł do władzy w demokratycznym głosowaniu, a nie wojskową przemocą lub proceduralnym podstępem. Bolsonaro reprezentuje najbardziej reakcyjne siły brazylijskiego życia społecznego – w swoim otoczeniu ma wysokich wojskowych; jego kampanię finansowała wielka własność ziemska i przemysł wydobywczy pragnące usunąć wszystkie przeszkody hamujące jeszcze bardziej rabunkową eksploatację naturalnych zasobów kraju; jego terenowi aktywiści to m. in. pączkujące w Brazylii protestanckie sekty. Wygląda na to, że rynki światowe również preferują Bolsonaro.

Jeśli Bolsonaro wygra, będzie to początek bardzo mrocznego okresu dla większości mieszkańców Brazylii. Pod względem ekonomicznym – neoliberalizm na sterydach i całkowity demontaż kruchego postępu społecznego wykonanego przez Brazylię przez kilkanaście lat rządów PT, z napięciami społecznymi kanalizowanymi głównie w dyskurs rasistowski. Będzie to też cios dla wszystkich lewicowych projektów i ruchów politycznych w Ameryce Południowej, gdyż pod rządami Bolsonaro Brazylia z całą pewnością wróci do roli podwykonawcy imperialnej polityki Stanów Zjednoczonych na kontynencie pamiętanej z okresu dyktatury wojskowej.

Nie pomogło puszczanie oka

Rządząca Brazylią oligarchia za pośrednictwem prokuratury i sądów najpierw pozbawiła szans na start w wyścigu wyborczym byłego prezydenta Lulę, lidera Partii Pracujących, a teraz uderza także w kandydata, który miał go zastąpić. Nie pomogło mu nawet uśmiechanie się do wielkich korporacji.

 

To, że kandydatem Partii Pracujących (PT) na prezydenta Brazylii będzie nie uwielbiany przez pracowników i ubogich Lula, a były burmistrz Sao Paulo Fernando Haddad, jest już, po kolejnych wyrokach niekorzystnych dla byłego prezydenta, raczej przesądzone (oficjalne decyzje w tej sprawie zapadną równo za tydzień). Dziś brazylijskie media poinformowały, że i on będzie miał problemy z wymiarem sprawiedliwości – został oskarżony o korupcję. Nie będzie to oznaczało zablokowania jego startu, ale poważnie skomplikuje jego sytuację w razie wyborczego sukcesu, a i na etapie kampanii może przyczynić się do zniechęcania wyborców.

Prokuratorzy utrzymują, że w 2012 r., gdy Haddad starał się o urząd burmistrza Sao Paulo, Partia Pracujących przyjęła w jego imieniu łapówkę w wysokości 2,6 mln reali (ponad 480 tys. dolarów) od wielkiej firmy budowlanej UTC Engenharia. Pieniądze miały pójść na pokrycie kosztów kampanii wyborczej kandydata, zaś w ramach wdzięczności Haddad miał zagwarantować UTC wykonawstwo projektów budowlanych w mieście już po wprowadzeniu się do ratusza.

Fernando Haddad zaprzecza, jakoby kiedykolwiek wziął w takich okolicznościach pieniądze. Jego zwolennicy przypominają, że największe afery korupcyjne dotyczą nie przedstawicieli PT, a rządzącej neoliberalnej prawicy. Karę wieloletniego więzienia za wielomilionową korupcję odbywa m.in. jej przedstawiciel Eduardo Cunha, były przewodniczący Senatu. Zarzuty korupcyjne, a do tego zarzut kierowania organizacją przestępczą usłyszałby także obecny prezydent Michel Temer – gdyby w parlamencie była większość gotowa pozbawić go immunitetu. Prawicowi deputowani obronili jednak swojego człowieka, gwaranta kontynuacji antyspołecznych reform m.in. w obszarze prawa pracy i wydatków publicznych.

Reprezentantowi lewicy nie pomogło zaś nawet puszczanie oka do wielkich korporacji – Fernando Haddad, jak informowaliśmy za Agencją Reutera, w ostatnim tygodniu odbył serię spotkań z menedżerami i członkami zarządów takich instytucji jak JP Morgan czy XP Investimentos. Zrobił nawet niezłe wrażenie, ludzie biznesu komentowali, że w odróżnieniu od przywódców PT okazał się „otwarty na dialog”. Zawsze jednak od „otwartego” lewicowca pewniejszym kandydatem będzie neoliberał. A w brazylijskiej kampanii jest kandydat dla biznesu idealny – pozujący na antysystemowca Jair Bolsonaro, nie bez przyczyny znany jako brazylijski Trump, z niezłymi notowaniami w sondażach.

Z lewa w prawo

Jest już praktycznie przesądzone, że dyspozycyjne wobec brazylijskiej oligarchii sądy uniemożliwią Luli, uwielbianemu przez pracowników byłemu lewicowemu prezydentowi, start w wyborach nowej głowy państwa. Fernando Haddad, który najpewniej wejdzie na jego miejsce w wyścigu wyborczym, na początek postanowił wykonać gest w stronę… wielkich firm.

 

O serii spotkań, jaką odbył w poprzednim tygodniu, Fernando Haddad sam opowiedział Agencji Reutera. Prawdopodobny kandydat Partii Pracujących (PT) na prezydenta Brazylii (miał być wiceprezydentem przy Luli) siadał do stołu nie ze związkami zawodowymi czy organizacjami rdzennej ludności wypieranej ze swoich tradycyjnych siedzib przez koncerny, ale z przedstawicielami banków i międzynarodowych korporacji. Inni członkowie PT doprecyzowali: były burmistrz Sao Paulo przekonywał do swojej kandydatury ważne postacie z JP Morgan, Morgan Stanley, Itau, UBS, BTG Pactual, XP Investimentos oraz Guide Investimentos. W kalendarzu ma też spotkania z reprezentantami zarządów Credit Suisse i brazylijskiej federacji banków Febraban.

Prawicowi kandydaci na prezydenta Brazylii również pielgrzymowali do bankierów i prezesów – to nic zaskakującego. Lewica natomiast budowała w tej kampanii wiarygodność na jasnym wskazywaniu patologii oligarchicznego systemu, jaki panuje w kraju i krytyce antyspołecznych posunięć prezydenta Michela Temera. Zarówno Lula, jak i Haddad potępiali wprowadzone przez niego reformy prawa pracy i cięcia wydatków publicznych. Wyniki byłego prezydenta w sondażach pokazywały, że antyoligarchiczny program podoba się Brazylijkom i Brazylijczykom, którzy już zdążyli się przekonać, kto korzysta na rządach neoliberalnej prawicy. Tyle, że ich nadzieją był personalnie Lula – gdy pytano o samego Haddada, w razie wykreślenia głównego kandydata PT z wyborów, uzyskiwał on wynik w granicach 7-15 proc. głosów, wyraźnie przegrywając z prawicowym Javierem Bolsonaro (ok. 20-25 proc. poparcia), człowiekiem, który słusznie zapracował na przydomek „brazylijskiego Trumpa”. Przegrywał także dlatego, że jest daleko mniej w swoich postulatach stanowczy – sugerował m.in., że w gruncie rzeczy nie ma nic przeciwko pewnym cięciom budżetowym. Wśród elektoratu PT Haddad może na wdzięczeniu się do biznesu tylko stracić.

Bo nie ulega wątpliwości, że podczas spotkań z dyrektorami i menedżerami korporacji Haddad nie mówił o walce z wyzyskiem: komentujący jego postawę w kampanii przedstawiciele oligarchii wyrażają ostrożne zadowolenie. – Pokazał, że jest o wiele bardziej otwarty na dialog, niż się spodziewaliśmy – mówi jeden z ekonomistów z wielkich firm, anonimowo komentujący sytuację dla Agencji Reutera. – Zaprezentował umiarkowany wizerunek, który uspokoiłby rynki. Stare obawy przed Partią Pracujących jednak pozostają.

Wypowiedź ta w zasadzie mówi wszystko. Jeśli gest Haddada ma zapewnić mu choćby ochronę przed atakami sprzyjających oligarchii brazylijskich mediów (czytaj: większości brazylijskich mediów), to były burmistrz Sao Paulo srodze się rozczaruje. Będą one zawsze po stronie prawicy, niezależnie od tego, jak bardzo „racjonalna” i „umiarkowana” będzie starała się być lewica. A oligarchia ma już swoich kandydatów – choćby farbowanego antysystemowca Bolsonaro, który mówi w kampanii o masowym prywatyzowaniu państwowego majątku, który nie został dotąd wyprzedany, a jednym z głównych sztabowców uczynił bankiera.

Pierwsza tura wyborów w Brazylii odbędą się 7 października.