Bajaderka

…w zastępstwie za Flaczki.

 

Pamiętacie, co to bajaderka? To ciastko o wdzięcznej nazwie, przywodzącej na myśl rozkosze Orientu, wytwarzane jest z okruchów z różnych ciast. Smaczne, ale trochę pogardzane jako produkt gorszego sortu. Taką bajaderkę przygotowałem na czas nieobecności flaczków.

***

Taki już garbaty los naszego współczesnego Nikodema Dyzmy czyli Andrzeja Dudy, by od początku kadencji robić z siebie pośmiewisko. Zaczął tę praktykę podczas mowy inauguracyjnej w sierpniu 2015 roku, kiedy to sam siebie nazwał „człowiekiem niezłomnym”, wznosząc się na szczyty żenującego kabotyństwa, tak obciachowego, że czerwieniłem się za niego w środku. Potem były przeszło trzy lata wypełnione festiwalem pośmiewiska, które znalazło swoją syntezę w postaci Adriana z „Ucha prezesa”. Nasz Nikodem Dyzma jednak nie ustaje w uprawianiu obciachu. Tym razem za sprawą żarówki. Podczas swojej wizyty w Niemczech, w obecności prezydenta Franka Waltera Steinmaiera wyraził żal, że w polskich sklepach nie można kupić zwykłej żarówki, a tylko – psiakość panie – energooszczędną. Hm, jakby to powiedzieć… No właśnie, otóż ową żarówkę energooszczędną wymyślono i wprowadzono w Unii Europejskiej do sprzedaży, eliminując żarówki starego typu, tak jak wprowadza się do użytku nowe, bardziej ekologiczne auta, czy nowe technologie ogrzewania pomieszczeń, zaniechawszy produkcji i sprzedaży starych „kopciuchów”. Jest w tym rodzaj administracyjnego przymusu, ale zbawiennego dla ratowania środowiska naturalnego. Równoległe zachowanie dostępności nowych i starych technologii byłoby działaniem mijającym się z celem, szkodliwym i sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem. Jednak by to rozumieć, trzeba umieć wydobyć się z mentalnego, prowincjonalnego myślowego zadupia…

***

A dlaczego Nikodem Dyzma? Otóż, jak wiadomo, Nikodem Dyzma z powieści Tadeusza Dołęgi-Mostowicza dostał się na polityczne salony i zrobił tytułową karierę przez czysty przypadek: znalazł na chodniku zaproszenie na rządowy raut. Gdyby znalazł je ktoś inny, może to on by zrobił karierę. Gdyby prezes PiS wyznaczył wtedy na prezydenckiego kandydata na przykład Marka Suskiego, Krystynę Pawłowicz, konia z Janowa Podlaskiego czy któregoś ze swych kotów, niechybnie ktoś z tej czwórki zostałby prezydentem.

***

Towarzyszka Jakubowska Aleksandra nie jest już tylko „pożyteczną i….ką” prawusków działającą z doskoku, lecz stałą autorką portalu „w potylicę” bliźniaków Karnowskich. Przeszła więc konwersję pełną gębą, co się zowie. Od spikerowania w PRL-owskim „Dzienniku Telewizyjnym” poprzez udział w rządzie Leszka Millera („i czasopisma”) zawędrowała w końcu do jednej z pisowskich szczujni. Kto wie, czy to nie większy skok niż w przypadku skromnego, nikomu kiedyś nieznanego prokuratora Piotrowicza.

***

Gdy kilka miesięcy temu przeczytałem wywiad z Moniką Jaruzelską, w którym krytykowała walkę o liberalizację prawa aborcyjnego, tknęło mnie przeczucie, że jest to być może kandydatka dobra w sam raz, dajmy na to, do Koalicji Obywatelskiej, ale nie do SLD – Lewica Razem i zapachniało mi zupą OGÓRKOWĄ. Jednak dopiero po jej negatywnej wypowiedzi na temat „Tęczowego piątku” Krzysztof Gawkowski wezwał ją do złożenia świeżo zdobytego mandatu. Rychło w czas, choć Jaruzelska i tak mandatu nie złoży, bo „co mi pan zrobi”. Niestety, niedawno Leszek Miller znów nie skorzystał z okazji, by nie podzielić się swoim kolejnym genialnym pomysłem politycznym i sufluje Jaruzelską na SLD-owską kandydatkę w wyborach prezydenckich 2020. Wypichcona trzy lata temu przez Millera zupa OGÓRKOWA do dziś odbija się Sojuszowi niesmakiem. Szkoda, że to sam Miller osobiście nie musiał skonsumować zupy, której nawarzył. Konsumpcji drugiej zupy według jego przepisu SLD może tym razem już nie przeżyć. Jeśli do tego dodać, że przed laty ogłaszał „lwicą lewicy” Aleksandrę Jakubowską, która dziś wysługuje się Karnowskim, to nie sposób nie zauważyć, że Leszek Miller na queenmakera lewicy zupełnie, ale to zupełnie się nie nadaje. Z jego „lwic lewicy” wychodzą na koniec mieszczańskie, konserwatywne damulki.

***

Beata „Kraksa” Szydło i Andrzej „Kraksa” Duda już po raz drugi uczestniczyli w kolizjach wiozących ich samochodowych kolumn. Po prawdzie nie ma się z czego śmiać, bo jak tak dalej pójdzie, to kogoś w końcu zabiją na pasach i to dopiero będzie jazda. Moja hipoteza co do przyczyn tej pechowej serii jest następująca. Pisiory to typ spoconych osobników w pogoni za władzą. Rządzą chciwie, nerwowo, pośpiesznie, bez cienia luzu, z zaciętymi ustami i złym, przekrwionym wzrokiem. A że jeżdżą po kraju gorączkowo, jak opętani, jak najęci, wiecznie gdzieś są spóźnieni, wiecznie gdzieś nie mogą zdążyć. Ta nerwowość, ta presja udziela się więc też siłą rzeczy „dołowi” czyli takiemu personelowi jak właśnie choćby ich biedni kierowcy, do tego na ogół niedoświadczeni, świeżo przyjęci po odejściu poprzedniej kadry. Jeżdżą więc ci kierowcy szybko, nerwowo, ściskając kierownicę drżącymi z emocji dłońmi i spoglądając w lusterku na zacięte, rozdrażnione oblicze pryncypałów, a w takich warunkach o błąd nietrudno. Lot prezydenckiego tupolewa, 10 kwietnia 2010 do Smoleńska… A, dajmy temu pokój.

***

Pisiory i ich media bardzo były oburzone z powodu proklamowania (bo z realizacją było słabiej) „Tęczowego piątku” w szkołach. Podniósł się wrzask, że to homoindoktrynacja, deprawacja i tak dalej w znanym stylu. Jeśli jednak są tak wrażliwi na indoktrynację i deprawację, to niech przestaną promować takową w szkołach w postaci nasyłania na młodzież kleru, znanego z filmu „Kler”, krzewienia bredni religijnej oraz hołdowania pamięci „bandytów wyklętych”. Kler w szkole – to jest dopiero deprawacja.

***

Na bardzo długo przed niedawnymi wyborami Antoni Macierewicz zniknął z ekranów TVPiS i został ukryty w schowku. Wiadomo – żeby nie odstraszyć umiarkowanego elektoratu. I oto już w chwilę po wyborach Antoni pojawił się na pisowskim ekranie, niczym diabeł z pudełka, do tego z deklaracją, że jego podkomisja smoleńska jeszcze nie umarła, pracuje i za jakiś czas ujawni owoce swej wiekopomnej pracy. Nie można było dla pozoru poczekać choć tydzień-dwa?

***

Profesor Wojciech Sadurski sporządził akt oskarżenia przeciwko Andrzejowi Sebastianowi Dudzie, ur. 16 maja 1972 w Krakowie, Beacie Marii Szydło, ur. 15 kwietnia 1963 w Oświęcimiu, Mateuszowi Jakubowi Morawieckiemu, ur. 20 czerwca 1968 we Wrocławiu, Zbigniewowi Tadeuszowi Ziobrze, ur. 18 sierpnia 1970 w Krakowie, Julii Annie Przyłębskiej, ur. 16 listopada 1959 w Bydgoszczy i Jarosławowi Aleksandrowi Kaczyńskiemu, ur. 18 czerwca 1949 w Warszawie. Profesor zastosował formułę skróconą, bo brakuje imion rodziców oraz miejsc zamieszkania. Te braki trzeba będzie w przyszłości uzupełnić.

Flaczki tygodnia

Zmarł senator John McCain. W 1967 roku bombardował elektrownię w Hanoi i został zestrzelony przez wietnamską obronę. W niewoli wykazał się charakterem. Nie ujawnił wojskowych tajemnic pomimo tortur. Odmówił też złożonej mu propozycji indywidualnego zwolnienia, kiedy Wietnamczycy dowiedzieli się, że pojmany jest synem admirała. I taki gest mógłby poprawić wizerunek Wietnamu Północnego w światowej opinii publicznej.
McCain doczekał końca wojny w 1973 roku w ciężkich warunkach w wiezieniu Hoa Lo, zwanym, ponuro i szyderczo, przez amerykańskich jeńców „Hanoi Hilton”. Do USA wrócił w glorii bohatera wojennego i zrobił karierę polityczną w Senacie.

***

Pomimo niezłego wycisku jakiego dostał w wietnamskiej niewoli, McCain szybko stał się rzecznikiem porozumienia amerykańsko-wietnamskiego. Pierwszy raz wrócił tam w 1985 roku i był przyjmowany nie tylko z należnymi senatorowi honorami. Stał się autentycznym bohaterem wietnamskiej ulicy, bo choć to były wróg, to jednak gość z charakterem. A takich Wietnamczycy cenią. W ostatnich latach McCain uważany był za jednego z najaktywniejszych prowietnamskich lobbystów w Senacie USA i jednego z najbardziej popularnych Amerykanów w Wietnamie. Mógł też spokojnie i wygodnie przespać się w Hanoi Hilton Opera, bo po zwycięstwie wietnamskiego komunizmu także ta sieć hotelowa pojawiła się w najważniejszych miastach Wietnamu.

***

Postać senatora Johna McCaina dedykuję polskim politykom. Zajmujących się głównie pogłębianiem historycznych konfliktów i różnic oraz tworzeniem nowych podziałów. Wzniecaniem konfliktów i sporów międzynarodowych, rozpalaniem walk plemiennych.
Gdyby polscy politycy zostali gdzieś zestrzeleni, to do końca swego życia żalili by się wszem i wobec na taką „dziejową niesprawiedliwość”. I do końca życia rościliby sobie pretensje do sutego, pieniężnego odszkodowania. Ani słowem nie wspominając, że trafieni zostali w czasie zbrodniczego nalotu, bombardowania ludności cywilnej. A przed swą śmiercią całą swoją nienawiść do dawnych wrogów i wszystkie swoje roszczenia do reparacji za swe krzywdy, prawdziwe i rzekome, zapisaliby w testamencie dzieciom, wnukom i prawnukom.

***

W Polsce, zwłaszcza obecnej, widzimy takie dziedziczenie nienawiści i wrogów, nawet tych ubiegłowiecznych. Dziedziczenie strachu przed podstępnym, wykreowanym wrogiem. Szczególnie pielęgnują takie dziedzictwo narodowe elity PiS. W pisowskim postrzeganiu świata wszędzie czyhają na Polskę wraży antypoloniści. Nawet współczesne Niemcy, największy obecny polski partner gospodarczy i współtwórca wzrostu polskiego PKB, to tylko „resortowe dzieci” wrogich nazistów.

***

Oczywiście nikt nie wyprzedzi putinowskiej Rosji w rankingu pisowskich wrogów Polski. Nawet banderowska Ukraina z trudem walczy o prestiżowe miejsce na tym podium z podłym Izraelem, chytrą RFN i zmurzyniałą Francją. Rosja, jak od lat słyszę, jest po prostu genetycznie antypolska. Stale marzy o ataku na Polskę i zajęciu Warszawy. Na razie podstępnie pompuje w Polskę swój gaz, aby uzależnić od niego Polaków, jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.
Dlatego rządzące obecnie elity PiS obiecują przysłowiowemu, polskiemu „ciemnemu ludowi” dumnie brzmiącą „suwerenność energetyczną”. Że po 2020 roku nie będziemy już kupować gazu od Rosji, jak cała Europa, tylko przejdziemy na gaz skroplony przesyłany nam z bratniego Kataru, USA, a może nawet i z Australii. Właśnie prezydenccy ministrowie ogłosili, że podczas wizyty pana prezydenta Dudy na antypodach rozmawiano tam nie tylko o zakupie wysłużonych fregat, ale i o australijskich gazowych kontraktach.

***

Co prawda gaz z USA, z Australii, i nawet z Kataru, droższy może być niż ten rosyjski. Ale PiS-owska „suwerenność energetyczna” nie ma ceny. Jest bezcenna, jak honor pułkownika Józefa Becka zademonstrowany w 1939 roku.

***

Kiedy cała PiS-owska propaganda trąbi o dumnej, antyrosyjskiej „suwerenności energetycznej”, stale czytam w legalnych gazetach, że rośnie nam lawinowo import węgla z Rosji. W tym roku będzie to aż 16 milionów ton. W zeszłym było poniżej 12 milionów. Węgla w Polsce potrzeba, bo Polska energetyka oparta jest na węglu, jeszcze z czasów, kiedy Polska na węglu stała. Teraz krajowe wydobycie leży, bo pokłady węgla wyczerpują się, a pozostałe są drogie w eksploatacji. Kupujemy nawet antracyt z złóż w ukraińskim Donbasie, władanym przez prorosyjskich separatystów.

***

Aktualny rząd polski nie uznaje zajęcia Krymu i Donbasu przez Rosję i separatystów. Ale rosyjski węgiel kupuje, nawet ten z Donbasu, czyli ukradziony ukraińskim właścicielom kopalń. To tak jakby rząd PiS nie uznawał prawa Niemców do holocaustu, czyli mordowania Żydów, ale kupował od nich zrabowane Żydom złote zęby. Bo złota w Polsce potrzeba, no i cena też atrakcyjna.

***

Skoro z roku na rok rośnie nam import węgla z Rosji, to mamy czy nie mamy do czynienia z utratą „suwerenności energetycznej”? Uzależniania polskiej energetyki od rosyjskich dostaw?

***

Jeśli nie ma tu mowy o „utracie suwerenności”, to po co te gadki o uniezależnieniu się od rosyjskiego gazu? Żeby uzasadnić wyższe wydatki na gaz amerykański i katarski? Żeby ubrać w patriotyczne mundury amerykańskich dilerów gazu skroplonego?

***

Teraz coś optymistycznego. Katolicka Agencja Informacyjna podała, że papież Franciszek na najbliższym Światowym Spotkaniu Rodzin będzie nosił szaty liturgiczne zaprojektowane i wykonane przez jeden ze start-upów z Polski. Rodzinną firmę Haftina z Piotrkowa Trybunalskiego. Podobne szaty, zwłaszcza kolorowe, haftowane w celtyckie wzory ornaty, założą też biskupi koncelebrujący z Franciszkiem mszę świętą w dublińskim Phoenix Park w dniu 26 sierpnia. Dzięki temu polskie firmy mogą stać się wiodące na światowym rynku ornatowym. Wręcz uzależnić globalny kler katolicki od dostaw polskich ornatów. Jak kiedyś Anglicy Chińczyków od opium.

***

Poświęcony ornatowej problematyce, najnowszy film Wojciecha Samrzowskiego „Kler”, jeszcze przed wejściem na ekrany, został skrycie oprotestowany przez hierarchów polskiego kościoła kat.
Teraz czekają nas już protesty jawne. No i szturm katolickich widzów na sale kinowe. Bo polski katolik chce odreagować powszechne kościelne zakłamanie. Pośmiać się z „nich”. Czyli z siebie.

Flaczki tygodnia

Pan premier-milioner Mateusz Morawiecki poleciał do Parlamentu europejskiego aby podzielić się z naszymi partnerami z Unii Polsko-Europejskiej swymi propozycjami zreformowania Unii. Niektórymi sensownymi, jak choćby likwidacji okradających nas „rajów podatkowych. Ale poleciał w czasie, kiedy w Polsce kaczyści przejmują kontrolę nad Sądem Najwyższym. Chcą podporządkować go woli pana Naczelnika Kaczyńskiego. Taki stan sprzeczny jest z fundamentalnymi zasadami obowiązującymi w Unii Polsko – Europejskiej. I za to pan premier – milioner został w Parlamencie totalnie skrytykowany.

***

Ciepłe słowa usłyszał tam jedynie od brytyjskich konserwatystów, zdeklarowanych przeciwników Unii Polsko- Europejskiej. I euro deputowanych z PiS. Miss lizusostwa została euro deputowana Jadwiga Wiśniewska. Ogłosiła w narodowo-katolickiej TVP info, że było to wystąpienie najlepsze w historii tego Parlamentu. Wzbudziła tym zawiść koleżanek i kolegów z PiS. W czasach stalinowskich takim „przodownikom pracy”, jak Wiśniewska, podawano gorącą cegłę.

***

Swą klęskę w Parlamencie Europejskim pan premier-milioner Morawiecki ogłosił „ciemnemu ludowi” z PiS jako swoje zwycięstwo. A powodem słyszalnej krytyki był jedynie „postkomunizm i lewactwo” jakimi przesiąknięty jest ten Parlament. Dlatego on, prawdziwy polski antykomunista, trafił tam na wrogą sforę. Nie dodał, że najwięcej krytyki nie padło tam z ust euro deputowanych z frakcji komunistów, socjalistów i zielonych, lecz europejskiej prawicy. Liberałów, chrześcijańskich demokratów i ludowców. Trzeba być wyjątkowo głupim, albo zakłamanym, żeby niemieckich chadeków albo holenderskich liberałów oskarżać o „postkomunizm”.

***

W Warszawie krąży powiedzonko, że żydowscy faryzeusze i nawet sam Pinokio powinni teczki panu premierowi-milionerowi nosić. I uczyć się od niego kreowania „postprawdy”. A ściślej tej „trzeciej prawdy” w skali księdza profesora Józefa Tischnera. Czyli „gówno prawdy”.

***

O panu premierze Mateuszu Morawieckim piszemy teraz premier-milioner. Nieprzypadkowo, bo rzeczywiście pan premier jest milionerem. Swoich milionów, nawet tego pierwszego, nie ukradł. Zarobił je pracując dla międzynarodowej, zapewne też żydowskiej, finansowej plutokracji. W zarządzie niepolskiego, międzynarodowego banku, który zarabiał w Polsce i wyprowadzał swe zyski za granicę.
Teraz prorządowa propaganda kreuje pana premiera-milionera na na byłego lidera robotniczej „Solidarności”. Człowieka o gołębim, prosocjalnym sercu. Naprawdę pan premier-milioner był radykalnym działaczem „Solidarności Walczącej”, która uważała „Solidarność” Wałęsy, Frasyniuka, Piniora, Kaczyńskiego Lecha za związek oportunistów, zbyt uległy wobec ówczesnej władzy. Młody Morawiecki nieraz był pałowany przez funkcjonariuszy milicji i SB. Nieraz pewnie już za samo nazwisko, bo jego tatuś Kornel Morawiecki był przywódcą „Solidarności Walczącej”. Ma za co tamtej „komuny” nienawidzić.

***

Ten żywiołowy, obsesyjny czasem, antykomunizm pana premiera-milionera nie był szkodliwy społecznie, kiedy pan Mateusz Morawiecki był prezesem zagranicznego banku, albo doradcą byłego premiera Donalda Tuska. Teraz jest jednak premierem średniej wielkości państwa. I jego prywatne obsesje nie powinny determinować polityki całego państwa polskiego. Polska nie jest folwarkiem jaśnie pana premiera-milionera.

***

A tak bywa. W miniony weekend odbył się w Sofii szczyt Grupy 16+1. To szesnastka państw Europy Środkowo-Wschodniej + Chiny. Chiny stworzyły ją podczas spotkania założycielskiego w 2014 roku w Warszawie. I wyznaczyły Polskę na lidera tej szesnastki. Obiecały też szesnastce liczne inwestycje infrastrukturalne finansowane z chińskich kredytów. Co byłoby wzmocnieniem lansowanej przez kaczystów koncepcji „Trójmorza”.
Niestety chińskie młyny mielą powoli i wielkich projektów, poza linią kolejową Belgrad – Budapeszt na razie nie ma. Ale współpraca z Chinami wymaga cierpliwości i obecności na wszystkich spotkaniach. Jest jak ogród, trzeba go regularnie pielęgnować.

***

Na szczyt 16+1 przyleciał chiński premier Li Keqiang. Przylecieli liczni premierzy państw europejskiej szesnastki. Polskę, lidera tej grupy, reprezentował jedynie pan wicepremier, minister szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin. Człowiek spoza grupy trzymającej władzę. Koalicjant PiS. Dla przeczulonych na punkcie hierarchii Chińczyków był to sygnał, że rząd PiS uznał sofijski szczyt i możliwość spotkania z chińskim premierem za sprawę drugorzędną. Bo przysłał polityka z drugiego rzędu. Zresztą sam pan wicepremier Gowin pytany przez TVP info o korzyści dla Polski wynikające ze szczytu, pochwalił się, że podpisano jedna ważną umowę z Chinami. O współpracy w hodowli koni.

***

W Warszawie od miesięcy wiewiórki ćwierkają, że nastąpiło ochłodzenie na linii Warszawa – Pekin, bo pan premier – milioner, żywiołowy antykomunista, nie trawi kontaktów z komunistami chińskimi. Dlatego nie poleciał na szczyt 6+1 do Sofii. Choć był tam obecny premier Wiktor Orbán, jedyny sojusznik PiS w Europie. Był, bo Budapeszt konsekwentnie zabiega, aby europejskim liderem 16+1 stały się Węgry. By tam popłynął strumień chińskich kredytów. Orbán, choć też deklaruje antykomunizm, starannie pielęgnuje kontakty z Pekinem, Moskwą, Waszyngtonem, Brukselą. Nie wojuje też z Izraelem, nie zaprzecza pomocy udzielanej Niemcom przez Węgrów w holocauście węgierskich Żydów. Ssie każdy, dostępny mu cycek.

***

Rosjanie i Niemcy wycyckają Polskę z zysków chińskiego Nowego Jedwabnego Szlaku. Niemiecka kolej DB i rosyjska RŻD podpisały umowę o tranzycie towarów z Chin do Europy z pominięciem Polski, przez Morze Bałtyckie. Jest zapotrzebowanie na taki nowy szlak, bo istniejąca linia Chengdu – Łódź jest niewydolna. Bo były minister obrony narodowej pan Antoni Macierewicz zablokował rozbudowę terminalu CARGO w Łodzi. Bo dostrzegł w tym „zagrożenie dla interesów amerykańskiego sojusznika”. Tak pisze Konrad Kołodziejski w prorządowym tygodniku „sieci”!!!. Ideowy antykomunista.

***

Niedzielę na wizytę na ukraińskim Wołyniu zaplanował pan prezydent Andrzej Duda. Aby przypomnieć tam ludobójstwo ukraińskie w roku 1943. Na ten sam dzień wizytę w lubelskiej wsi Sahryń zaplanował prezydent Ukrainy Petro Poroszenko. Aby przypomnieć tam polskie ludobójstwo w roku 1944. Poza tym obaj prezydenci wiele mówią o konieczności przyjaźni i strategicznego partnerstwa między obu bratnimi narodami