Głos z Francji

Międzynarodowy Komitet Solidarności Klasowej (ICCS), Francuskie Stowarzyszenie Odbudowy Komunistycznej i Stowarzyszenie Przyjaciół Edwarda Gierka we Francji wystosowały apel do komisji Praw Człowieka ONZ w obronie Komunistycznej Partii Polski.

 

„Prześladując komunistów PiS chce przestraszyć Polaków, którzy nie godzą się na ograniczanie demokratycznych wolności, likwidacji zdobyczy socjalnych, niszczeniu praw kobiet i kontroli poglądów. Wspiera również faszystowskie grupy paramilitarne oraz posłusznie wypełnia zalecenia NATO dotyczące przygotowań do wojny z Rosją” – napisali autorzy listu. „Antytotalitarne argumenty podnoszone przez polskie władze są niedorzeczne. Uważają one, że antytotalitarne jest zakazywanie wyrażania poglądów i usuwanie pamiątek po Polsce Ludowej oraz ruchu antyfaszystowskim, a w rzeczywistości uderzają w pluralizm, co pokazuje jak fałszywy jest ich antytotalitaryzm przykrywający nienawiść możnych względem wszystkich sprzeciwiających się antyspołecznej polityce związanej z restauracją kapitalistycznego wyzysku w Polsce – czytamy dalej w apelu.

Autorzy apelu wskazują, że szykany i nękanie KPP i jej działaczy przypominają „polowania na czarownice” z czasów osławionego senatora McCarthy’ego, podczas gdy równocześnie władze polskie dają przyzwolenie na jawną działalność organizacji skrajnej prawicy.

Petycja została ogłoszona na stronie internetowej https://www.initiative-communiste.fr/articles/europe-capital/petition-internationale-a-lonu-pour-defendre-les-droits-du-parti-communiste-de-pologne/ Choć jej inicjatywa wyszła z Francji podpisało ją już szereg działaczy lewicowych – nie tylko związanych z nurtem komunistycznym – z szeregu krajów, m.in. ze Szwajcarii, Belgii, Hiszpanii, Włoch i Brazylii.

W apelu zwracają się oni m.in. o „otwarte potępienie dyskryminującego i antydemokratycznego zachowania polskich władz” oraz „przypomnienie UE, że deklarowała obronę wolności politycznej oraz wolności poglądów dla obywateli oraz wszystkich mieszkańców Unii”.

Król-dziecko i faworyt z doklejoną brodą

„On nie był moim kochankiem” – to nerwowe dementi prezydenta Emmanuela Macrona, wygłoszone 24 lipca do parlamentarzystów swej partii, mniejsze zrobiło wrażenie, niż jego krzyk „Jeśli szukają odpowiedzialnego – to ja! Niech po mnie przyjdą!”. Prezydent Francji nie musi odpowiadać przed nikim i zresztą nie ma zamiaru: było to typowe, podwórkowe „pokazanie wała”. Jednak „afera Benalli”, która od 11 dni trzęsie Francją, na tym się nie skończyła. Cała opozycja – prawica i lewica – przekonuje o konieczności „obrony demokracji” i „państwa prawa”.

 

Wczoraj w Paryżu ludzie manifestowali pod hasłem „Chodźmy po Macrona”, ale prezydent oczywiście pozostał nieosiągalny w swoim Pałacu Elizejskim, zwanym potocznie „zamkiem”. Już przedwczoraj ludzie zaczęli się zbierać na Placu Contrescarpe w sercu Dzielnicy Łacińskiej, tam, gdzie cała ta afera miała swój początek, ujawniona dwa i pół miesiąca później. To tu, 1 maja, kiedy lewica manifestowała w obronie praw socjalnych sukcesywnie odbieranych przez neoliberalną administrację Macrona, sfilmowano jego młodego faworyta, 26-letniego Alexandre’a Benallę, zastępcę szefa gabinetu prezydenta. Przebrany za policjanta, wraz z kilkoma kolegami związanymi z prezydencką partią, bił młodych mężczyzn i kobiety. Bijący wykrzykiwali, że jeśli ktoś chce manifestować 1 maja, powinien jechać „do Wenezueli albo na Kubę”.

Był to zaledwie początek, gdyż właściwą burzę wywołały próby zatuszowania tej „akcji” i roli samego Benalli w najbliższym otoczeniu Macrona. Oto po latach do przestrzeni publicznej wróciło słowo „barbouze”. W slangowym francuskim oznacza ono bandytę na usługach władzy, kogoś, kto stosuje metody, których policja ani wojsko stosować nie mogą, kto działa w przebraniu („ze sztuczną brodą”). Termin zrobił szczególną karierę na początku lat 60. ubiegłego wieku, gdy ówczesne ministerstwo spraw wewnętrznych postanowiło walczyć z Organizacją Tajnej Armii (OAS, która sprzeciwiała się dekolonizacji Algierii) jej terrorystycznymi metodami. „Barbuzów” używały później do różnych spraw kancelarie prezydenckie: taką „policję równoległą” stworzył np. „socjalistyczny” prezydent Mitterrand, by ukrywać istnienie swej nieślubnej córki. Dziś wygląda na to, że Benalla był „barbuzem” Macrona.

 

Dworskie uśmiechy

Francja dowiedziała się o wszystkim dopiero 18 lipca, kiedy Le Monde opublikował wideo, na którym faworyt króla zabawiał się z kolegami w bicie „lewaków”, choć oczywiście nie miał do tego prawa. Ba, wydawał rozkazy policjantom. Kiedy w czwartek 26 lipca, już oskarżony o kilka przestępstw i wylany z roboty, Benalla dał wywiad tej samej gazecie, używał języka monarchicznego: „W sumie wszystko w Pałacu Elizejskim opiera się na ocenie bliskości z szefem państwa. To zjawisko dworu.” On był bardzo blisko, więc najwyżsi policjanci słuchali go bez szemrania. „Najwyższy czas obalić prezydencką monarchię absolutną, raz na zawsze!” – Thomas Guénolé, lewicowy politolog z Nieuległej Francji (La France Insoumise, LFI), przekonuje do VI Republiki, a cała opozycja, nawet tradycyjna prawica, straciła zaufanie do rządu.

W Europie podobnie scentralizowany system prezydencki można znaleźć tylko w Turcji Erdogana. Francja V Republiki daje prezydentowi olbrzymią władzę, a Macron zaproponował właśnie ustawę konstytucyjną zmniejszającą jeszcze znaczenie parlamentu. Przed wywiadem Benalli, Macron, po tygodniu milczenia, wyznał ludziom ze swej partii, że „został zdradzony”, potępił zachowanie swego człowieka, a jednocześnie podkreślił, że jest „dumny” z zatrudnienia kogoś tak oddanego, kto „przeszedł inną drogę”. Ta ambiwalencja dolała oliwy do ognia nie gorzej niż „pokazanie wała”.

 

Misiewicz do kwadratu

Benalla, wysoki i misiowaty, miał 24 lata, gdy dołączył do byłego bankiera w czasie jego kampanii wyborczej. Jako ochroniarz zbliżył się bardzo do przyszłej pary prezydenckiej, potem organizował ich prywatne wyjazdy. Jednocześnie miał sprawę o pobicie kobiety, co sąd umorzył. Kiedy Macron został prezydentem, jego podopieczny zrobił niebywałą karierę. Awans na wysokie stanowisko w kancelarii, na wysokiego oficera rezerwy (z kaprala), wejściówki wszędzie, luksusowy samochód z kierowcą, jak dla najwyższych oficerów, luksusowe mieszkanie niedaleko Pałacu Elizejskiego (w domu, w którym Mitterrand umieścił kiedyś tajną córkę), wysoką pensję. Nikt inny w kancelarii nie był tak rozpieszczony. Policja wolała słuchać jego rozkazów, choć nie miał prawa ich wydawać. Jego stanowisko było niejasne. Dziś jest podejrzewany o tworzenie „równoległej policji” politycznej na zlecenie prezydenta. Dla opozycji to „sprawa stanu”.

Jean-Luc Mélenchon, lider LFI, oświadczył w parlamencie, kompletnie sparaliżowanym od ujawnienia afery, że rozpoznał na majowych zdjęciach jednego z ludzi Benalli, który na marcowej manifestacji w Paryżu przeciw antysemityzmowi wyrzucał delegację parlamentarzystów lewicy. Okazało się, że kolega Benalli to oficer policji, który działał wtedy wspólnie z Żydowską Ligą Obrony (LDJ – Betar), grupą skrajnie prawicowych osiłków, która od dawna terroryzuje lewicowców. LDJ jest nielegalna w USA i nawet w Izraelu, ale nie we Francji. Wyrzucenie deputowanych lewicy z pochodu miało ich poniżyć politycznie, co się poniekąd udało.

 

Nie mówmy o tym

Parlament był sparaliżowany, bo opozycja odmówiła debat na temat zmian w konstytucji proponowanych przez Macrona, domagano się komisji śledczej. Większościowa partia prezydenta (LREM – prawica neoliberalna) zdołała jeszcze przegłosować postulat usunięcia z ustawy zasadniczej zapisu o powszechnych ubezpieczeniach społecznych i zgodziła się na komisję pod warunkiem, że będzie jej przewodzić. Jej żywot był krótki. Na pytania dlaczego nikt, choć zmuszony przez prawo, nie zawiadomił prokuratury, minister spraw wewnętrznych odpowiadał, że to nie on, lecz prefekt paryskiej policji powinien był to zrobić. Prefekt, że było to zadanie dla kancelarii prezydenta, a szef kancelarii, że „nie miał wszystkich elementów”. Przesłuchano sześć osób i każdy dzień przynosił nowe rewelacje, więc szefowa komisji z LREM odmówiła zapraszania na przesłuchania kolejnych urzędników z otoczenia Macrona.

W tej sytuacji cała opozycja, zarówno tradycyjna prawica (LR – Republikanie) ze Zgromadzeniem Narodowym (RN – dawnym Frontem Narodowym), jak i lewica – Nieuległa Francja (LFI) i komuniści (PCF), zdecydowała o bojkocie komisji jako „parodii”. Pojutrze w parlamencie odbędą się aż dwa głosowania w sprawach wotów nieufności do rządu: jedno prawicy i drugie lewicy, do którego postanowili dołączyć „socjaliści”. Resztka Partii Socjalistycznej, która została po „prawicowym coming-oucie” jej wyborców i polityków, którzy przeszli do LREM wraz z innymi neoliberałami, chce ciągle być identyfikowana na lewicy. To jednak niczemu nie pomoże, bo oba wota zostaną odrzucone przez większościową partię prezydenta.

 

Brodacz bez brody

Obserwatorów francuskiego życia publicznego zadziwiła najbardziej postawa mediów. Prawie wszystkie należą do kilku oligarchów-miliarderów i prawie wszystkie do tej pory opowiadały się za Macronem, tuszowały jego wpadki i chwaliły wątpliwe sukcesy, a tymczasem nagle nastąpiło pęknięcie, jakby czemuś zawinił. Wszystko wydawało się iść gładko: właściciele mediów, którzy go promowali, zarobili wielkie pieniądze, kolejne miliardy, z powodu obalenia przez Macrona podatku od wielkich fortun. Rozwarstwienie społeczne przyśpiesza, strumień bogactw idzie w górę kosztem uboższych, ale najwyraźniej „król” poszedł za daleko w swym monarchicznym pojmowaniu władzy.

Ale część oligarchii trwa przy Macronie, a on broni Benalli do samego końca. Przedwczoraj wywiad zrobiła z Benallą największa telewizja we Francji TF1 (własność wielkiego koncernu budowlano-komunikacyjnego Bouygues), w czasie największej oglądalności. Prezydent wysłał swoich speców od PR, którzy kazali faworytowi zgolić brodę, co symbolicznie miało pokazać „prawdziwego” fałszywego policjanta, który nie ma nic do ukrycia. W nienagannym garniturze i okularach wyglądał jak minister, wypowiadał wyuczone zdania. Wywiad nie był na żywo, zmontowano go z wystudiowanych wypowiedzi, by Benalla mógł rzec, niczym w romantycznej historii, że „nigdy nie zdradził prezydenta” i niczemu nie jest winny.

 

Kryzys monarchii

Dla opozycji zadziwiająca afera Benalli ilustruje jawną pogardę, jaką Macron i jego ludzie odczuwają w stosunku do wszelkiej kontrwładzy. Sam Macron najzupełniej poważnie porównuje się do Jupitera (Zeusa), boga, który włada piorunami. Co z tego, że faworytem dworu zajęła się w końcu prokuratura, skoro podlega ona rządowi, czyli prezydentowi? Zachłyśnięcie się władzą bankowego technokraty, które dało mu przydomek „króla-dziecka”, na razie niespecjalnie działa przeciw niemu: ponad 60 proc. Francuzów odrzuca go, ale i tak ma on dużo wyższą popularność, niż poprzedni prezydent Hollande. Nie tylko postawa oligarchicznych mediów odegra rolę w społecznej ocenie reszty jego kadencji, ale i protesty społeczne, które szykują się na jesień.

Macron wygrał wybory dzięki sprytnej recepcie neoliberałów: potrzebują oni jak powietrza czegoś, co uchodzi za diabła (np. nacjonalistów), co „wiecznie” znajduje się na drugim biegunie. Neoliberalizm wzmaga skrajną prawicę, bo sam nią w gruncie rzeczy jest, ze swą przemocą wobec uboższych i przeciwników politycznych. Brutalność policji, „pokazywanie wała” i tuszowanie przestępstw władzy może jednak na dłuższą metę doprowadzić do politycznego przełomu, na który żadni „barbouzes” nie poradzą.

 

Komentarz Bruno Drweskiego, naszego korespondenta z Francji:

Nie ulega wątpliwości, że nastroje społeczne są od lat ponure, tak samo na lewo, jak i na prawo, tak samo w klasach ludowych jak w średnich, tak samo wśród zatrudnionych przez państwo, jak wśród pracowników sektora prywatnego. Wiadomo, że jeśli wiele ludzi nie manifestuje bądź nie strajkuje teraz to tylko z tego powodu, że groźba bezrobocia, tymczasowe umowy, zadłużenie i brak nadziei i wiarygodnej alternatywy politycznej pozbawiły ich tej możliwości. Większość Francuzów jest skłonna natomiast popierać tych, którzy mogą pozwolić sobie na „luksus” walki o obronę zdobyczy socjalnych lat powojennych, dziś zagrożonych przez globalizację i politykę UE.
To wszystko jednak nie wyjaśnia, dlaczego główne media zrobiły aferę akurat z tego, co dotychczas najczęściej tolerowały. Mało które media protestowały, kiedy parę lat temu uzbrojone bojówki skrajnej prawicy syjonistycznej LDJ pobiły manifestantów, upominających się o prawa mieszkańców strefy Gazy, przy obojętności patrzących na to policjantów. Wtedy francuski rząd jako jedyny na świecie zabronił… następnych protestów na rzecz Palestyny, ze względu na „zagrożenia dla porządku publicznego”, zamiast zdelegalizować owe bojówki. Bojówki te ćwiczą zresztą w policyjnej hali sportowej w XIX dzielnicy Paryża. Trudno tu o jasną odpowiedź. Niektórzy twierdzą, że dopóki regres społeczny dotyczył niższych warstw, uprzywilejowana kasta stałych i bardzo dobrze płatnych dziennikarzy mogła się solidaryzować z elitami francuskimi, ale Macron zrobił o jeden krok za dużo, polecając przygotowanie ustawy przeciwko „fake news”. W teorii celuje ona w związaną z Rosją stację RT France, ale wszystkim dziennikarzom wiadomo, ze skoro niemożliwym jest obiektywne określenie, jaka informacja jest prawdziwa, a jaka fałszywa, to zagrożona jest pozycja wszystkich. I wszystkim grozi faktyczna cenzura… Ograniczone zostaną wpływy „czwartej władzy” nad władzą „pierwszą”, w sytuacji, kiedy zasadnicza władza i tak należy do transnarodowych firm, właścicieli większości koncernów medialnych.
A może rozgłos wokół afery Benalli związany jest z napięciami międzynarodowymi, w których Macron odgrywa ważną rolę, czy to na poziomie UE, czy w świecie arabskim, czy jeszcze na linii Francja-UE-NATO-G7-USA ? Niektórzy stawiają nawet odważną tezę o tym, że w obliczu masowego niezadowolenia system sprowokuje „kolorową rewolucję we Francji, która mogłaby, wzorem „arabskiej wiosny” czy „euromajdanu”, ukierunkować gniew ludu przeciwko „złemu prezydentowi” – byle system pozostał nietknięty. Tak czy owak, obecny kryzys osiągnął już taki poziom, ze nawet publiczna samokrytyka samego Macrona nie zmieni już chyba faktu, ze król jest nagi i że wszelki entuzjazm powyborczy i popiłkarski definitywnie minął. Francja, jak prawie wszystkie inne liczące się państwa Unii Europejskiej i NATO, weszła w okres kryzysu reżimu i utraty wiarygodności władz oraz elit rządzących i posiadających.

Kto wygrał? Francja czy Afryka?

„Fala rasizmu w Polsce i we Włoszech po zwycięstwie Francji” – artykuł o takim tytule w L’Équipe – najpopularniejszym francuskim dzienniku sportowym , który ukazał się zaraz po zakończeniu rosyjskich mistrzostw świata w piłce nożnej mówił o powodzi pogardliwych epitetów, zalewającej portale społecznościowe w obu krajach. „Małpy z piłką”, „pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki”: na różnych poziomach komunikacji poniżano lub odbierano wygraną Francji, ze względu na kolor skóry i pochodzenie znacznej części graczy. Tymczasem odpowiedź na pytanie, kto wygrał, nie jest taka trudna.

 

W Afryce ładunek emocjonalny twierdzenia o „afrykańskiej drużynie Francji” był odwrotny, panowała raczej duma. Analitycy internetu i mediów odkryli zresztą, że pierwszym krajem na świecie, który użył tego określenia była Burkina Faso, gdzie idee panafrykańskie znajdują wielu zwolenników. Później w niemal wszystkich krajach byłej francuskiej Afryki zachodniej i centralnej prasa oraz internet prześcigały się w podkreślaniu, gdzie tkwią korzenie rodzin francuskich futbolistów. Nie zabrakło też pewnych pretensji, że „Francja wysysa z Afryki, co najlepsze”, ale nawet to, dość paradoksalnie, stanowiło jakby fragment kontynentalnej dumy, pomieszanej z fatalizmem.

We Francji sprawa miała swoją stronę cokolwiek anegdotyczną. Gdy po powrocie do Paryża gracze zostali zaproszeni do Pałacu Elizejskiego na spotkanie z prezydentem, francuski internet obiegły pamiątkowe zdjęcia drużyny z Macronem, na których, mówiono, widać wyraźnie, że czarni futboliści zostali przesunięci do tyłu, by reprezentacja wyglądała bardziej biało. Była to raczej kwestia szerokości ujęcia, ale stała się okazją do przypomnienia tzw. wybielania oddziałów w 1944 r. Jesienią tego roku gen. de Gaulle rozkazał, by francuskie oddziały kolonialne, składające się głównie z czarnych żołnierzy, zastąpić białymi Francuzami z lokalnego ruchu oporu. Chodziło o to, by do wyzwalanych francuskich miejscowości nie wchodzili Afrykanie, którzy o nie walczyli, lecz miejscowi, co miało lepiej wyglądać na zdjęciach. Praktycznie wyglądało to tak, że Afrykanie musieli po prostu oddawać białym swoje mundury, zanim zostali wysłani z powrotem do Afryki bez zaległego żołdu, który zmienił właścicieli wraz z mundurami.

 

Kolonializm w telewizji

Więcej międzynarodowego hałasu zrobiły interwencje rządu francuskiego. Gdy np. Trevor Noah, prowadzący w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny program telewizyjny Daily Show, powiedział, że to „Afryka została mistrzem świata”, list protestacyjny wysłał doń ambasador Francji w USA Gérard Araud, by wyjaśniać, że mistrzem jest Francja. Ambasador podkreślił, że tylko dwóch z 23 graczy francuskiej kadry urodziło się za granicą i że „różnorodne pochodzenie reprezentantów odzwierciedla francuską różnorodność”. Tak się złożyło, że Noah nie jest Amerykaninem z urodzenia, pochodzi z RPA i dobrze zna Afrykę. Jego riposta składała się głównie z pytań.

„We Francji skrajna prawica zaprzeczała, że czarni gracze to Francuzi, a czarnoskórzy z całego świata świętowali fakt, że francuscy mistrzowie świata mają pochodzenie afrykańskie. To coś pozytywnego. Dlaczego nie mogliby być Afrykanami i Francuzami jednocześnie? Ambasador uważa, że aby być Francuzem, należy całkowicie zatrzeć swoje pochodzenie?” – pytał Noah i dodał, że „różnorodne pochodzenie reprezentantów” jest raczej odzwierciedleniem francuskiego kolonializmu, niż abstrakcyjnej „różnorodności”. „Wszyscy oni mają coś wspólnego. Można się zastanawiać, dlaczego ich rodziny zaczęły mówić po francusku?” – drążył Noah. To pytanie zostało bez odpowiedzi, więc, by rozstrzygnąć kto ostatecznie wygrał, należałoby przypomnieć kilka słabo znanych faktów.

 

Dlaczego po francusku?

We wszystkich krajach afrykańskich, które były francuskimi koloniami jeszcze w połowie ubiegłego wieku, po prostu naucza się francuszczyzny w szkołach. Powiedzmy, że trzy niepodległe kraje arabskie z północy kontynentu (Maroko, Algieria i Tunezja) to prawie sąsiedzi, więc to raczej logiczne, ale dlaczego powszechnie naucza się francuskiego w 14 innych krajach Afryki, często bardzo dalekich? To nie sentyment do kolonizatora, tylko obowiązek układowy. Kraje te stały się „niepodległe” pod pewnymi warunkami i zobowiązanie do nauczania francuskiego było jednym z nich.
Fala niepodległości krajów afrykańskich z lat 50. i 60. ubiegłego wieku jest zwykle rozumiana dosłownie, jako osiągnięcie niezależności polityczno-gospodarczej, jednak jeśli chodzi o owe 14 post-francuskich krajów, sprawy wyglądają inaczej. Na początku tej fali był kraj, który „niepodległość” rozumiał dosłownie. Była to Gwinea, w 1958 r., która odmówiła dalszego płacenia podatku kolonialnego (zapłaty za infrastrukturę). Ale wtedy Francuzi wynieśli się z kraju niszcząc wszystko, czego nie mogli zabrać ze sobą: szkoły, żłobki, budynki administracji publicznej, biblioteki, samochody, traktory, zabili konie i krowy, spalili zapasy żywności. Reszta krajów dobrze zrozumiała tę lekcję i grzecznie podpisała „układy o współpracy” z dawną metropolią.

 

Zmiana nazwy

Pierwszym warunkiem niepodległości dawnych kolonii francuskich było zachowanie kolonialnej waluty, franka CFA. Skrót ten oznaczał franka Kolonii Francuskich w Afryce, a potem dokładnie te same litery zaczęły oznaczać franka Wspólnoty Finansowej Afryki. Inaczej mówiąc, nowe niepodległe kraje nie miały (i nie mają) prawa do własnej waluty. Owszem, niektóre próbowały się pozbyć kolonialnego franka, ale wtedy natychmiast następowały zamachy stanu kierowane przez Paryż. Do dzisiaj więc są zobowiązane do oddawania 70 proc. swych rezerw walutowych do francuskiego banku centralnego, który na tym dobrze zarabia.

Kurs franka CFA jest na stałe podpięty pod euro, jak kiedyś pod franka francuskiego, co prowadzi kraje Afryki do wiecznego zadłużenia i pozwala Francuzom całkowicie kontrolować gospodarki dawnych kolonii. Wyprowadzanie zysków przez europejskie przedsiębiorstwa jest bajecznie łatwe. Oczywiście ten mechanizm bardzo utrudnia rozwój ubogich krajów Afryki, traktowanych ciągle jako zaplecze surowcowe. Przywódca Libii Muammar Kaddafi próbował zrzucić z Afryki „przekleństwo franka CFA”, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac zdobył się na szczerość: „Musimy uczciwie powiedzieć, że duża część pieniędzy w naszych bankach pochodzi z eksploatacji kontynentu afrykańskiego”. To ok. 500 miliardów euro rocznie. Bardzo mała część tych pieniędzy wraca do Afryki jako „kredyty pomocowe”. Tak, czy inaczej, Afryka musi płacić.

 

Warunki „niepodległości”

Układy o „współpracy” krajów afrykańskich z dawnym imperium obejmują o wiele więcej niż kolonialną walutę, czy automatyczną konfiskatę rezerw walutowych. Francja ma na przykład zapewnione pierwszeństwo kupna wszelkich nowoodkrytych bogactw naturalnych. Francuskie przedsiębiorstwa mają też pierwszeństwo w dostępie do lokalnych rynków publicznych. Np. w Wybrzeżu Kości Słoniowej francuskie firmy posiadają dosłownie wszystkie usługi publiczne: dystrybucję wody, elektryczność, komunikację telefoniczną, transport, porty i większe banki.
Kto tego pilnuje? Oprócz układów o „współpracy” gospodarczej, każdy kraj, który miał być niepodległy, musiał podpisać układy o „wspólnej obronie”, które dają Francji prawo trzymania swych wojsk, gdzie chce i interweniowania zawsze, gdy jej interesy są zagrożone. Układy te przewidują też, że wyższymi oficerami afrykańskich armii mogą zostać jedynie wojskowi wykształceni we Francji. Dawna metropolia ma również wyłączność na zaopatrzenie Afrykanów w ekwipunek wojskowy. „Niepodległe” kraje mogą zawierać militarne sojusze tylko za zezwoleniem Paryża. W końcu są zobowiązane do pomocy Francji w sytuacji kryzysu światowego. Innymi słowy, w razie wielkiej wojny afrykańscy żołnierze znowu musieliby wyzwalać Francję, zupełnie jak w 1944 r.

 

Nienawiść rasowa

Francuskie rozdrażnienie po mistrzostwach dotknęło też Nicolasa Maduro, prezydenta Wenezueli. Zadeklarował on, że „drużyna Francji była podobna do ekipy Afryki. Tak naprawdę wygrała Afryka, afrykańscy imigranci, którzy przybyli do Francji (…). Afryka była tak pogardzana w czasie tego Mundialu, tymczasem Francja wygrała dzięki afrykańskim graczom i synom Afrykanów”, nie omieszkał też wytknąć Europie rasizmu. Szef centro-prawicowej partii UDI Jean-Christophe Lagarde zapowiedział wtedy złożenie skargi na Maduro w prokuraturze, żądając ścigania go za „propagowanie nienawiści rasowej”, a w radiu oświadczył, że należy nań „nasrać”.

14 na 23 francuskich graczy, którzy zdobyli mistrzostwo świata w Rosji, ma pochodzenie afrykańskie. Pascal Boniface, znany politolog zajmujący się m.in. geopolityką futbolu, uważa, że „afrykańska” drużyna Francji to reprezentacja dawnego imperium kolonialnego, które „zachowało ścisłe związki z byłymi koloniami”. „Jest odbiciem pewnej historii, a dzisiaj lustrem przedmieść”. W dniu celebracji mistrzostwa władze Paryża pozamykały skrajne stacje metra, by ograniczyć obecność młodzieży z przedmieść w tłumie świętującym na Polach Elizejskich.

Misiewicz po francusku

Minister spraw wewnętrznych Francji, Gerard Collomb, złożył wyjaśnienia przed komisją w Zgromadzeniu Narodowym – niższej izbie francuskiego parlamentu. Pokajał się za to, że”odpuścił” sprawę zastępcy szefa gabinetu Macrona i jego protegowanego, Alexandra Benalli.

 

Afera wybuchła w ubiegłą środę, sprawę nagłośnił reportaż na łamach „Le Monde”. Benalla, który podczas demonstracji 1-majowej w przebraniu policjanta bił i szarpał demonstrantów, został nagrany i obfotografowany przez dziennikarzy. Okazało się, że prezydent Macron po całym wydarzeniu po prostu zawiesił go na dwa tygodnie bez żadnych dalszych konsekwencji.

Na temat Benalli istnieją uzasadnione podejrzenia, że przy pomocy własnej bojówki realizował po prostu prezydenckie „zadania specjalne” wymierzone w lewicę. To tłumaczyłoby, dlaczego prezydent zwlekał ze zwolnieniem go aż do ubiegłego piątku. W tej chwili Benalla znajduje się w areszcie, a sprawą zajmuje się prokuratura.

Zeznania w tej sprawie złożył minister spraw wewnętrznych Gerard Collomb. Twierdził, że nagrania dostał 2 maja. Natychmiast poinformował o nich prezydenta i usłyszał, że zostaną wyciągnięte konsekwencje. Pokajał się przed opinią publiczną, że w związku z tym przestał już interesować się dalszym biegiem sprawy. Wyjaśnienia te nie przekonały krytyków – Collomb jest jednym z najwierniejszych współpracowników Macrona w rządzie.

Minister przyznał też, że Benalla 1 maja był obecny razem z 40 innymi ludźmi w komendzie głównej policji, wówczas jednak minister nie miał pojęcia, iż jest to „człowiek prezydenta”.
Na zarzuty, że nie powiadomił o całej sprawie prokuratury, minister zarzekał się, że nie było to jego zadanie, lecz prezydenta lub szefa policji.
Sam Macron nie może na tę okoliczność zostać przesłuchany przez parlamentarzystów. Na temat całej sprawy odmawia komentarza od niemal tygodnia. Podano, że nie pojawi się na Tour de France na południu kraju w najbliższą środę. Dziennikarze już teraz mówią o największym jak dotąd kryzysie jego prezydentury.

Przepraszam, czy tu biją?

Bicie bezbronnych manifestantów objawia zwykle charakter państwa, a reakcja na to – charakter obywateli. U nas pobicie przez policję człowieka manifestującego swój sprzeciw pod Sejmem nie ma na razie żadnego dalszego ciągu politycznego, ani nawet specjalnie medialnego. Policja w wielu krajach kojarzy się zresztą z biciem, a polskie filmowe pytanie pozostaje ciągle uzasadnione, wziąwszy pod uwagę różne ciemne sprawy, które ujrzały światło dzienne. Może to kwestia przyzwyczajenia.
Tak się składa, że aferę z biciem manifestantów, przeżywa właśnie Francja. Zaczęło się od rewelacji Le Monde: filmu, na którym widać jak zastępca szefa gabinetu prezydenta Emmanuela Macrona, wcześniej nieznany publiczności Alexandre Benalla – lat 26, bije i kopie leżącego na ziemi „lewaka”, jak brutalnie pomiata „lewaczką” podczas manifestacji 1 maja. Z początku wydawało się, że Benalla, wraz kilkoma innymi osobami, związanymi z policją i partią Marcona, lubił po prostu w przebraniu policjanta „lać komuchów”, jak to robią czasem skrajnie prawicowe ugrupowania. Tymczasem dziś wygląda na to, że jest jeszcze grubsza sprawa: Macron postanowił mieć do dyspozycji własną, polityczną policję „równoległą”.
Benalla to mniej więcej odpowiednik polskiej historii Misiewicza, tyle, że sprawy zaszły dużo dalej. Młody, wysoki, misiowaty mężczyzna zrobił u boku Macrona tak niebywałą karierę, że jedyne precedensy, jakie można znaleźć, sytuują się w przedwiecznych czasach monarchii. Okazuje się, że Macron rozważał w zeszłym roku mianowanie go nawet na prefekta, jednak prefekt musi mieć co najmniej 35 lat, a miś miał tylko 25. Zaczynał jako 24-latek przy Macronie, jako kierowca i ochroniarz w czasie jego kampanii prezydenckiej. A jeszcze trzy dni temu należał do najściślejszego kręgu najwyższej władzy we Francji. Z kaprala rezerwy awansował od razu na pułkownika, stał się najbliższym faworytem prezydenta, obsypywanym niebywałymi łaskami.
Po 1-maja kancelaria prezydenta Macrona doskonale wiedziała, że Benalla to przestępca, ale nie powiadomiła prokuratury, tylko go na wszelki wypadek zawiesiła na dwa tygodnie, by mu w końcu zaoferować luksusowe mieszkanie i dalsze profity. Choć, podobnie jak w Polsce, francuski internet tłumaczy wyjątkową pozycję młodzieńca „historią miłości”, dostępne dziś elementy sprawy wskazują, że Benalla był wykonawcą politycznych zadań specjalnych. Przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon rozpoznał jednego z jego ludzi jako wspólnika LDJ (Betar) – skrajnie prawicowej bojówki syjonistycznej terroryzującej lewicowców. LDJ, przy pomocy „policji” Benalli w marcu tego roku wyrzuciła delegację lewicowych parlamentarzystów z manifestacji przeciw antysemityzmowi…
Dziś Benalla siedzi w areszcie, a Macron uparcie milczy. Sprawę, oprócz prokuratury, ma wyjaśniać komisja parlamentarna, pewnie poleci minister spraw wewnętrznych. Niektórzy jednak przyrównują tę aferę do rozmiaru „Watergate” i domagają się dymisji samego Macrona. Mają do niego dużo więcej pytań, niż to nasze filmowe, i tym razem bicie manifestantów nie będzie mogło służyć za odpowiedź. W końcu dopiero wtedy można mówić o demokracji.

Gierek w Auby

W Polsce trwa szał dekomunizacji. Francuskie miasto Auby postanowilo tymczasem uhonorować Edwarda Gierka.

 

Mistrzem ceremonii był mer Auby, Freddy Kaczmarek. Zaproszeni i obecni byli Adam Gierek, syn Edwarda Gierka i europoseł RP, jego małżonka, Wilhem Zych, przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu, Barbara Kossowska Siewiec, kierownik biura współpracy z zagranicą w Sosnowcu, Christian Musial, mer miasta Leforest (gdzie Edward Gierek żył, pracował na kopalni i skąd został deportowany w 1934 roku), Christian Champire, mer miasta Grenay, przedstawiciele Rady Departamentu, Rady Regionu, liczni działacze i działaczki Francuskiej Partii Komunistycznej z regionu Północy i Pas de Calais oraz liczni mieszkańcy Auby i okolicznych miasteczek. Uczestniczyła też przedstawicielka KPP.

Uroczystości rozpoczęła orkiestra Auby, która odegrała hymn Francji. Następnie mer Freddy Kaczmarek przedstawił okoliczności, obecnych gości oraz tabliczkę honorującą Edwarda Gierka na ulicy która łączyła ulicę Jacquesa Duclos (najważniejszego działacza FPK po Maurice Thorez) z inną ulicą. Ulica znajduje się na ładnym osiedlu mieszkaniowym w pobliżu pól i ogrodów. Pierwszą tablicę odsłonił Adam Gierek. Następnie udaliśmy się na drugi koniec ulicy pod drugą tablicę, którą odsłonięto pod hymnie polskim. Nastąpiły przemówienia. Jacek Kmieciak, przewodniczący Stowarzyszenia Przyjaciół Edwarda Gierka opowiedział historię jego życia, pracę w kopalni w Leforest, walki związkowe w CGT robotników polskich i francuskich o poprawę warunków życia i pracy, następnie strajk z 1934 roku górników polskich oraz represje jakie ich spotkały ze strony władz francuskich: więzienie, deportacja, w tym Gierka który musiał wrócić do Polski a następnie wyjechał do Belgii. Jacek Kmieciak wspomniał, że dekret deportacyjny nie został nigdy anulowany i że jak Giscard d’Estaing podejmował Edwarda Gierka jako głowę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w 1972 roku, to deportacja nadal formalnie na Gierku ciążyła. Towarzysz Kmieciak wspomniał o tym; by przypomnieć że nigdy nic nie było dane robotnikom, że jedynie przez walkę można zdobyć godność i że kapitalistyczna republika nigdy nie darowała robotnikom ich buntu i walki o socjalizm. Natomiast Edward Gierek mógł zostać szefem państwa, które było socjalistyczne.
Adam Gierek uzupełnił historię ojca i wspomniał o jego dokonaniach w PRL i bardzo dobrej opinii Polaków o nim. Krystian Musial, mer Leforest przypomniał o ciężkiej pracy górników w Leforest, o ich udziale w antynazistowskim Ruchu Oporu, o heroizmie robotników Nordu. Także o tym, że walka nadal trwa. Gdy w Polsce obecne władze wymazują z historii pamięć po Gierku i PRL, Macron i rząd Francji niszczą zdobycze socjalne robotników i prywatyzują zdobyte walką robotników usługi publiczne takie jak państwowa kolej. Dlatego też spotkanie to jest wyrazem solidarności klasy robotniczej Polski i Francji i odnowieniem tej więzi jaka łączyła robotników polskich i francuskich tu w zagłębiu górniczym Nordu i której historia Edwarda Gierka jest przykładem. Wielu obecnych działaczy komunistycznych i związkowych, zwłaszcza pochodzenia polskiego, było bardzo wzruszonych, dla nich to nie są puste słowa.

Następnie przemawiał Wilhelm Zych, Przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu. Mówił o mieszkańcach Sosnowca pochodzących z rodzin repatriowanych z Francji oraz o walce mieszkańców miasta przeciw wymazaniu pamięci Edwarda Gierka poprzez likwidacje ronda jego imienia. Zych ogólnie skrytykował dekomunizację. Po nim przemawiała przedstawicielka miasta Czeladź, które jest bliźniacze z Auby. Także ona skrytykowała tak zwany dekret dekomunizacyjny. W te dni w Auby przebywała liczna grupa młodzieży z Czeladzi. Przedstawicielka KPP przemawiała tuż przed merem Freddy Kaczmarkiem i odczytała tekst w imieniu KPP. Mer Kaczmarek zakończył wystąpienie podkreślając wagę solidarności proletariackiej przeciwko represjom jakie doświadcza KPP. KPP została uwidoczniona na równi z europosłem i przewodniczącym Rady Miejskiej Sosnowca. Merowie komunistycznych miast Auby, Grenay i Leforest podkreślali bliskie związki z KPP, tak że obecni politycy z SLD i Platformy, musieli nas poważnie i z szacunkiem traktować.

Mówiąc o PRL i Gierku pokazaliśmy, że PRL to jak najbardziej była Polska, wielu ludzi do niej jest przywiązanych i ją pamięta, także tu we Francji. Jak na zakończenie powiedział Adam Gierek: albo PRL to była Polska albo Polska nie ma stu lat.

 

Wystąpienie KPP z okazji nadania imienia Edwarda Gierka w Auby

13 lipca w mieście Auby we Francji jednej z ulic uroczyście nadano imię Edwarda Gierka. Jednomyślną decyzją rady miejskiej uhonorowano polskiego komunistę, związanego w młodości z górniczym regionem Nord-Pas-de-Calais. O nadanie nazwy ulicy wnioskowało między innymi polonijne Stowarzyszenie Przyjaciół Edwarda Gierka oraz organizacje komunistyczne. Edward Gierek pracował jako górnik i zamieszkiwał z rodziną w miasteczku Leforest w regionie Nord Pas-de-Calais od roku 1931 do 1934 kiedy został wydalony z Francji za działalność związkową i udział w strajku górników.

Na uroczystość zaproszona zastała między innymi delegacja KPP. Poniżej wystąpienie okolicznościowe wygłoszone w imieniu naszej partii:

Komunistyczna Partia Polski dziękuje władzom Auby oraz wszystkim środowiskom dzięki którym możliwe było nadanie ulicy w Auby imienia Edwarda Gierka. Wasza postawa jest przykładem internacjonalizmu oraz międzynarodowej solidarności. Jest to bardzo ważna inicjatywa, zwłaszcza dziś, gdy w Polsce władze fałszują historię i usuwają wszystkie pamiątki związane z Polską Ludową oraz ruchem robotniczym w ramach tak zwanej „dekomunizacji”.

Edward Gierek pozostaje w pamięci polskiego społeczeństwa jako ten, który podczas dekady swoich rządów przyczynił się do ogromnego rozwoju technologicznego kraju oraz zamożności jego mieszkańców. Lata 1970-1980 to czas największego uprzemysłowienia. Powstawały zakłady pracy, kopalnie, drogi szybkiego ruchu, czy nowe połączenia kolejowe. Przemysł nastawiono na zaspokajanie najważniejszych potrzeb konsumpcyjnych ludzi pracy. Poprawiły się również warunki zatrudnienia. Nieznane były zjawiska bezrobocia, bezdomności oraz wykluczenia społecznego. Społeczeństwo zyskało również szeroki dostęp do bezpłatnego szkolnictwa, w tym na poziomie uniwersyteckim. Dekada rządów Gierka została przerwana dopiero przez skutki międzynarodowego kryzysu, które dla kraju takiego jak Polska były wówczas nie do uniknięcia. Pomimo to inwestycje z czasów Gierka przetrwały do okresu restauracji kapitalizmu i zostały zniszczone dopiero przez tak zwane przemiany gospodarcze. Wiele z nich, takich jak centralna magistrala kolejowa ze Śląska na północ Polski, Huta Katowice, osiedla mieszkaniowe, szkoły, czy budynki użyteczności publicznej przetrwało do dzisiaj.

Pomimo wszelkich przeciwności przypominamy o tym oraz kontynuujemy walkę o sprawiedliwość społeczną. KPP pozostaje partią klasową odwołującą się do postulatów ruchu robotniczego. Wiele z naszych ostrzeżeń przed niszczycielskim charakterem kapitalizmu, potwierdziło się. Przestrzegaliśmy przed społecznymi skutkami reform oraz ich ogromnymi kosztami. Dziś, z gorzką satysfakcją, możemy powiedzieć, że mieliśmy rację. Nowe inwestycje nie służą już społeczeństwu, jak za czasów Polski Ludowej, lecz pomnażaniu dochodów kapitalistów. Programy budowy mieszkań zastąpiła spekulacja na rynku mieszkaniowym oraz bezdomność. Obecna Polska jest krajem ogromnych nierówności społecznych, nieznanych w okresie Polski Ludowej.
Dziękujemy za zaproszenie na dzisiejszą uroczystość. Pomimo najszczerszych chęci przedstawiciele kierownictwa KPP nie mogą w niej uczestniczyć. Ma to związek z procesem politycznym jaki wytoczono KPP oraz redakcji partyjnego pisma „Brzask” za rzekome propagowanie totalitaryzmu. Wczoraj odbywało się kolejne posiedzenie sądu w naszej sprawie, dlatego nie byliśmy w stanie dotrzeć dziś do Auby. Ten trwający ponad dwa i pół roku proces jest elementem antykomunistycznej polityki władz oraz narastających represji politycznych.

Pozdrawiamy wszystkich uczestników i uczestniczki dzisiejszej uroczystości. Ze swojej strony zapewniamy, że wytrwamy w walce o sprawiedliwość społeczną i zachowanie pamięci o ludziach takich jak Edward Gierek.

Sponsorzy PI

Czy Francja po cichu, za pośrednictwem koncernu Lafarge, finansowała Państwo Islamskie w Syrii, które dokonało serii zamachów w Europie i samym Paryżu?

 

Doszło właśnie do niezwykłej premiery: Lafarge, który po połączeniu się ze szwajcarskim Holcimem jest największym koncernem budowlanym na świecie, stał się pierwszym zachodnim przedsiębiorstwem oficjalnie oskarżonym o wspólnictwo w zbrodniach przeciw ludzkości. Tym samym, cień padł na rządy byłego „socjalistycznego” prezydenta Hollande’a i jego „tajne operacje”.

Tajemnicza afera Lafarge’a w Syrii jest tak niewygodna dla władz francuskich, jak i wizerunku niektórych państw NATO, które rozpętały wojnę w Syrii popierając aktywnie organizacje dżihadystów, że wielu komentatorów dziwi się, że w ogóle wyszła na wierzch. Doszło do tego dzięki niezwykłemu uporowi organizacji pozarządowej Sherpa, która śledzi zbrodnicze poczynania zachodnich koncernów w krajach pozaeuropejskich, jak i grupy prawników, która oparła się państwowym naciskom.

Z tego, co dziś wiadomo, należący do Lafarge’a kombinat cementowy w Dżabaliji na północy Syrii, finansował nie tylko syryjską Al-Kaidę, co odpowiadało słabo maskowanej polityce USA, Izraela, Francji i Wielkiej Brytanii, ale też Państwo Islamskie (PI). Otrzymało ono od koncernu wpłaty w wysokości co najmniej 12 milionów euro, nie licząc usług budowlanych wykonanych na rzecz tej organizacji i aktywnego udziału w przemycie ropy naftowej dla PI. To nie mogło się dziać bez wiedzy i akceptacji rządu, jak też francuskiego wywiadu zagranicznego (DGSE). Ze zgromadzonych świadectw wynika, że rząd się na to zgadzał. Zgromadzone przez PI sumy pozwalały na zakupy broni i organizację zamachów w Europie.

Prokuratura w Paryżu postawiła Lafarge’owi cztery zarzuty: pogwałcenie embarga międzynarodowego, finansowanie terroryzmu, narażenie na utratę życia pracowników i najcięższy – świadome wspólnictwo w zbrodniach przeciw ludzkości. Proces, jeśli do niego dojdzie, ma wyjaśnić, czy kierownictwo koncernu kierowało się wyłącznie ślepą żądzą zysku, czy też za procederem stały nieujawnione cele polityczne.

Czekając na dobrą zmianę

Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone.

 

Gdy cała Polska rwała włosy z głowy patrząc na grę naszych piłkarzy w meczu z Senegalem, na zamku w Mesebergu pani kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała „tak” prezydentowi Emmanuelowi Macron. I to dla Polaków powinien być znacznie poważniejszy powód do bólu głowy, niż indolencja strzelecka naszych piłkarzy. Zielone światło dla „Europy dwóch prędkości” zostało zapalone. Zgrabnie opisał tę nową sytuację publicysta portalu Politico, który powiedział, że pytanie „czy” zmieniło się w Mesebergu w pytanie „jak”. Drobna z pozoru zmiana oznacza poważną cezurę w dziejach Unii Europejskiej.
To długo wydawało się niemożliwe, gdyż w swoim czasie Niemcy bardzo silnie oponowali przeciwko temu pomysłowi. Kilkanaście dni temu niemiecka kanclerz uległa jednak francuskiemu prezydentowi. Przynajmniej dwie prędkości (jeżeli nie więcej) europejskiego rozwoju zostały postanowione. Czeka nas konsolidacja Unii wokół strefy euro i Schengen z tym, że każdy, kto się w to włączy, może z tego skorzystać. Kto pozostanie poza, to po prostu pozostanie poza. Czas – start, można powiedzieć trzymając się sportowych porównań.
Jak wiadomo, pośród wielu „nie”, które rząd PiS wypowiada pod adresem Unii, jest także zdecydowane „nie” w stosunku do wszelkich koncepcji mogących podzielić europejską wspólnotę na dwie kategorie. Mówiąc „po polsku” – na „dwa sorty” – lepszy i gorszy, szybciej rozwijający się i wolniej. Kłopot w tym, że główne państwa Unii nie za bardzo się tym przejmują. Gdy jednymi drzwiami od pani Merkel wychodził premier Morawiecki i komunikował nam o „owocnych”, „konstruktywnych” rozmowach, drugimi drzwiami wchodził do niej prezydent Francji, by następnie razem z panią kanclerz ogłosić rozpoczęcie prac nad dalszą integracją strefy euro. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy pan Morawiecki był o wszystkim poinformowany? Czy Angela powiedziała mu, że zaraz przyjdzie Emmanuel i będziemy decydować o takiej to a takiej sprawie. Nie wiemy, czy tak było, a wiedzieć byłoby warto, bo wtedy mielibyśmy bliższe wyobrażenie, jak jesteśmy traktowani i czy my w ogóle jesteśmy komuś do czegoś potrzebni.
W pierwszych, oficjalnych polskich reakcjach na to wydarzenie obserwuję niestety próbę przemilczenia tego, co się stało na zamku w Mesebergu, albo, w najlepszym razie, próby zbanalizowania sprawy – ot, jedna z wielu koncepcji, która urodziła się na europejskich salonach. Szef gabinetu prezydenta postawił sprawę jasno – martwi nas głównie to, żeby budżet Unii na tym nie ucierpiał, a więc, żeby Unia wypłacała krajom członkowskim, to, co wypłacać powinna, a strefa euro ten swój nowy budżet niech lepi z innych pieniędzy – nie z tych, które są między innymi dla nas przeznaczone.
Jest to sprowadzanie tego wydarzenia wyłącznie do kwestii finansowych, a troska o Polskę polega na tym, żeby nas przypadkiem nie oszukano, żeby przez jakieś francusko-niemieckie fanaberia nie uszczuplono tego, co nam się słusznie należy. Tymczasem to wydarzenie nie zasługuje bynajmniej na sklepikarskie podejście. Przede wszystkim to nie jest sprawa finansowa, to jest sprawa systemowa. To jest sprawa nowego ustroju Unii Europejskiej. Pieniądze są tutaj rzeczą wtórną, rzekłbym. Natomiast kształt Unii Europejskiej, priorytety i zakres uczestniczenia państw członkowskich w Unii – to jest jądro nowych czasów, które nadchodzą. A co do budżetu – nie ma innych źródeł pieniędzy europejskich niż te, o których mówimy. Nie ma jakiejś dodatkowej szuflady z gotówką. Nie należy oczekiwać, że państwa członkowskie dodatkowo się opodatkują, albo będą wnosić jakiś inny, dodatkowy wkład. Należy spodziewać się raczej gospodarowania zasobami dostępnymi. Nie ma szans, że budżet strefy euro powstanie z jakichś innych pieniędzy, które skądś sobie wezmą państwa zainteresowane. Nic o takich pieniądzach nie wiemy. Wiemy za to, że skłonność wpłacania pieniędzy do budżetu Unii przez państwa wysoko rozwinięte jest niska i nie zdarza się, żeby wykraczała poza to, co obligatoryjne.
Poza tym nie zapominajmy o naszych realnych możliwościach, mierzmy siły na zamiary. Co z tego, że coraz to ktoś ze sfer rządowych mniej lub bardziej stanowczo, choć na ogół stanowczo, zapowiada nasze „nie” wobec wszelkich prób budowy oddzielnej strefy euro? Do niedawna sojusznikiem Polski i najsilniejszym reprezentantem państw pozostających poza strefą euro, była Wielka Brytania. Ale Wielka Brytania opuszcza Unię, a sami raczej rady nie damy. Wszystkie nasze polityczne siły i koalicyjne możliwości zużyły się w sporze z Unią w obronie reformy sądownictwa. Przekonaliśmy się o tym boleśnie podczas niedawnego głosowania nad statusem pracowników delegowanych dla kierowców polskich TiR-ów. Wbrew interesowi polskich firm przewozowych i mimo naszego – polskich europosłów – oporu, niekorzystne dla nas rozwiązanie zostało przyjęte głosami naszych największych konkurentów na tym rynku.
Obyśmy się więc i w kwestiach tak zasadniczych, jak oddzielny budżet eurolandu nie rozczarowali, licząc, że środki, które dotychczas są w projekcie budżetowym na lata 2021-2027 nie będą dotknięte.
Poza tym nie ma czegoś takiego jak: „nam się należy”. To, co „się należy”, czy „będzie należało”, ile, dlaczego i na jakich zasadach wypłacane, to się dopiero negocjuje. Powiedziałbym nawet, że po to właśnie w takim momencie Niemcy i Francja „odpalają” projekt konsolidacji strefy euro, żeby w budżecie na lata 2021-2027 wprowadzić niezbędne zapisy. Nie przypadkiem dyskusję nad budżetem strefy nakłada się na dyskusję o budżecie całej UE.
No, dobrze, powie ktoś – pan poseł się tu wymądrza, a co pan radziłby rządowi? Jak powinien postąpić w tej sytuacji?
Otóż nie zamierzam rządowi niczego doradzać, po pierwsze dlatego, że on mnie o nic nie prosi i nawet nie wiem, czy w ogóle byłby zainteresowany, tym, co myślę. Niemniej, jeśli miałbym odpowiedzieć na tak postawione pytanie – na przykład przez jakiegoś mojego wyborcę – to powiedziałbym, że trzeba uważnie pochylić się nad projektem przyszłego budżetu. Tam jest przewidziane ponad 20 mld. euro na stabilizację unii walutowo-monetarnej. A to oznacza również na badania skutków wprowadzenia euro w krajach, które dotąd wspólną walutą się nie posługują i na ew. rekompensaty, jeśli takie będą niezbędne dla państw, które zadeklarują, że wejdą na ścieżkę do strefy euro. Chodzi o realne rozpoczęcie przygotowań do przyjęcia euro. Ja bym tak zrobił, skorzystałbym z tego (rozpoczynając tym samym proces dochodzenia do euro), bo to może kompensować straty, które na pewno poniesiemy w polityce spójności. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że dobra koniunktura nie trwa wiecznie. Powinniśmy być w głównym nurcie wydarzeń. Nie powinniśmy zostać na poboczu.
Wkrótce zresztą nadarzy się dobra okazja, by taką „dobrą zmianę”, nową, otwartą postawę na procesy zachodzące w Unii zaprezentować. Może to zrobić pan premier Morawiecki osobiście, gdyż 3 lipca będzie gościł na posiedzeniu plenarnym Parlamentu Europejskiego. Mam nadzieję, że pan Morawiecki przybędzie. To ma formę dialogu, posłowie będą mu zadawać pytania bezpośrednio, w tzw. formule catch the eye – można powiedzieć „oczy w oczy”. Zapowiada się więc bardzo ciekawie – bezpośrednia rozmowa zawsze ma swoją temperaturę. Wszyscy z siedmiu poprzedników premiera Morawieckiego, którzy uczestniczyli w takiej rozmowie, też bezpośrednio odnosiło się do pytań stawianych przez konkretnych posłów. Podkreślam przy okazji, że to w żaden sposób nie jest „egzaminowania” konkretnego państwa, czy szefa rządu. To jest dyskusja na tematy Unii Europejskie: jaka Unia, jej przyszłość. Oczywiście pytań trudniejszych, czy wręcz trudnych, kłopotliwych nie da się uniknąć, ale taka jest natura parlamentaryzmu, swobodnej dyskusji. Nad wszystkim czuwa przewodniczący obradom. On stara się utrzymywać równowagę, ale tylko w tym sensie, żeby taka dyskusja nie przerodziła się w jakąś wewnętrzną walkę polityczną w ramach jednej grupy narodowościowej, przeniesioną na forum Parlamentu Europejskiego.
Jak więc Państwo widzą, mimo lata w Strasburgu i Brukseli wcale nie jest letnio.

Jak wraca cenzura

Za czasów rywalizacji miedzy obozem socjalistycznym a kapitalistycznym, Zachód stawiał na swobody indywidualne, zaś Wschód promował równość i prawa społeczne. Jeśli nawet były odstępstwa od zasad założycielskich danego ustroju, to każdy z nich musiał choćby starać się o ich realizację. Jednocześnie każdy przyjmował pewne cechy przeciwnego obozu. A wiec, dzięki strachowi przed „bolszewikiem z nożem w zębach” wprowadzano od 1917 r. na Zachodzie więcej praw socjalnych, a dzięki „pozornej demokracji burżuazyjnej”, zakres swobód indywidualnych stale rósł na Wschodzie.

 

Na przełomie lat 60. i 70. osiągnięto po obu stronach żelaznej kurtyny pewną równowagę. Wtedy zdawało się, ze odprężenie ostatecznie zwyciężyło, a teoria konwergencji zaczyna się sprawdzać. Model szwedzki jawił się wtedy jako idealny wzór „socjal-kapitalizmu” z ludzką twarzą. To złudzenie prysło, kiedy amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy wymusił nowa spiralę zbrojeń i kiedy pętla zadłużenia zacisnęła się na bloku wschodnim, który zaczął pękać.

 

Prawdziwe oblicze kapitalizmu

Dziś, będąc już prawie bez konkurencji ustrojowej, kapitalizm wrócił do swej wilczej natury sprzed rewolucji XX wieku, z masowym bezrobociem, powszechnym prekariatem, demontażem zdobyczy socjalnych, ciągłymi wojnami imperialistycznymi itp. Co gorsza, zakres swobód obywatelskich zmniejszył się w ciągu ostatnich trzech dekad. Wszędzie mamy do czynienia z wzrastającą nietolerancją, próbami kontrolowania obywateli i odchodzeniem od helsińskich zasad „wolnego przepływu ludzi i idei”. Z różnorakimi formami represji mamy do czynienia w Polsce, na zachodzie widzimy coraz większą uległość mediów kiedyś odważnych, jak angielski „Guardian”, francuska „L’Humanité” czy amerykański „Counterpunch”. Gdy dodać do tego rozwój rasizmów oraz kreowanie obrazu wroga, okazuje się, że wszędzie teoretycznie liberalne, demokratyczne i konsumpcyjne społeczeństwa podważają swoje zasady założycielskie, na których się rozwijały i wygrywały z realnym socjalizmem.

W latach zimnej wojny Zachód kpił z mediów wschodnioeuropejskich, które tropiły obcą agenturę w każdym przejawie społecznego niezadowolenia, zamiast analizować obiektywne przyczyny tych nastrojów. Władcy realsocjalizmu woleli wtedy potępiać niedojrzałość własnych rodaków i uzasadniali wprowadzaną cenzurę koniecznością uświadamiania nie wyrobionych jeszcze politycznie mas. Dziś w „ojczyźnie wolności”, za jakim podaje się Francja, mamy do czynienia z podobną argumentacją. Nie dość, że demontuje się krok po kroku rozbudowane wcześniej państwo opiekuńcze, to na dodatek podważa się teraz nawet podstawy ustroju liberalno-demokratycznego: pluralizm światopoglądowy i swobodne ścieranie się opinii i poglądów.
W odpowiedzi na proces kapitalistycznej koncentracji powstały jak grzyby po deszczu liczne blogi lub czasopisma internetowe, do których ucieka ta część opinii publicznej, która zdążyła się zniechęcić do narracji mediów rządowych i prywatnych. To zjawisko spotyka się z oburzeniem ze strony elit, wyrażających wątpliwości wobec mediów krytycznych co do „mainstreamu”.

 

Cenzus wiarygodności?

Zanim Macron doszedł do władzy duże dzienniki niby „centrolewicowe” jak „Le Monde” czy „Libération” przy aprobacie władz wydały poradniki „Decodex” i „Check News”, równocześnie ogłaszając w nich spis mediów alternatywnych siejących jakoby nieprawdziwe informacje, wsadzając przy tym do jednego worka «czerwono-brunatnych» głosicieli antysemityzmu, promotorów tez o inwazji kosmitów i jednocześnie media przedstawiające racjonalną krytykę kapitalizmu, biurokracji brukselskiej i wojen natowskich. Wielu autorów zarówno z lewicy, jak i z prawicy ogłosiło też, ze antysyjonizm to nowa forma antysemityzmu, który się szerzy wśród mas, szczególnie muzułmańskich, czyli ludowych. Skoro pojawiła się potrzeba wroga a nie istnieje już ZSRR i kiedy najbardziej zacofane państwa niby muzułmańskie są wylęgarnią terrorystów i jednocześnie sojusznikami Zachodu, zaczęto poszukiwać na gwałt całkiem innego winowajcy wzrostu autorytetu mediów alternatywnych. Znaleziono go znowu w Rosji, która ma jakoby finansować biedne media alternatywne, mimo że ten kraj stał się tak samo (jeśli nie bardziej) kapitalistyczny jak państwa zachodnie.

Ataki na media alternatywne we Francji zaczęły się w czasie dwóch poprzednich prezydentów, kiedy to dobrze płatni dziennikarze i publicyści telewizyjni starali się podgrzać nastroje skierowane przeciwko alternatywnym źródłom informacji. Ale po dojściu do władzy Macrona zaczęto pracować już nad ustawą o kontrolowaniu mediów. Jeszcze w czasie swej kampanii wyborczej, sztab przyszłego prezydenta nie dopuścił do swych konferencji prasowych przedstawicieli niektórych mediów, m. in. francuskojęzycznej „Russia Today”. Na dodatek obecna ministra… kultury, Françoise Nyssen, postanowiła przygotować ustawę przeciwko „manipulacji informacją, która działa jak powolna trucizna i niszczy nasze życie demokratyczne (…) Wobec obecnych niebezpieczeństw, bierność jest równoznaczna ze zwalczaniem wolności”. Jej zdaniem, „przeciwko manipulacji informacją, zdolności obywateli do odróżnienia prawdy od fałszu już nie wystarcza”. Uznała więc, że potrzebna jest ustawa, czyli nazywając rzeczy po imieniu, cenzura mająca bronić… prawdy i pluralizmu.

 

Wzorzec mainstreamu

Jakby nie wystarczyło, że obok mediów państwowych, 95 proc. mediów prywatnych we Francji należy do dziesięciu miliarderów i że publiczne dotacje do mediów trafiają praktycznie wyłącznie do nadawców stroniących od konsekwentnego krytykowania dogmatów liberalnych, NATO czy UE. To okazało się za mało, by trzymać społeczeństwo w ryzach. Ministra zastrzegła z góry, ze ustawa nie dotyczy „mediów profesjonalnych”, a więc tych, co zapowiadali, ze „Baszszar bez wątpienia upadnie w ciągu następnych tygodni”, a wcześniej głosili tezę o „masowej zbrodni Ceausescu w Timisoarze”, o „zamordowaniu nowonarodzonych w Kuwejcie przez armie Saddama Husajna”, o fiolkach Collina Powella, a ostatnio o rosyjskim szlaku śmierci „zmartwychwstałego” później dziennikarza Arkadija Babczenki. Tych samych, którzy utaili francuską rolę w zamordowaniu Kadafiego lub militarną ingerencję Paryża w proces wyborczy na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Jednym słowem tych, co kłamiąc i nie sprawdzając faktów, kłamali w interesie systemu. Kłamstwa, według ministry, należy szukać tylko wśród wątpiących, wśród tych działaczy społecznych, co tworzą media niedotowane i niezależne od prywatnych wielkich reklamodawców.
Bądźmy szczerzy, odkąd istnieje życie polityczne na ziemi, zawsze istniała jakaś forma cenzury, jawnej lub ukrytej, ale system liberalno-demokratyczny w czasie swego apogeum redukował ją do minimum, często zresztą dlatego, ze obok ustaw istniały mocne siły lewicowe, które wymuszały pewna równowagę. Wbrew temu, co oficjalnie się głosi, kapitalizm wcale nie musi oznaczać demokracji. Może świetnie prosperować pod rządami autorytarnymi lub totalitarnymi. Na etapie koncentracji kapitału, pluralizm traci w oczach właścicieli środków produkcji i wymiany swoje uzasadnienie. Nie ma go już, kiedy warunki socjalne ulegają degradacji, kiedy bogaci bogacą się, a biedni biednieją lub migrują z kraju do kraju, z regionu do regionu. Bierna niechęć do „prostych ludzi” się szerzy, co oznacza, że „tłum” odchodzi od oficjalnie głoszonych haseł akurat wtedy, kiedy notable przejęli kontrole nad większością formacji osłabionej i rozbitej lewicy. Korzystając z tej chwilowej sytuacji, rząd francuski forsuje masę ustaw antysocjalnych i powrót cenzury, co ma paraliżować tych, co wyrażają niechęć wobec elit politycznych i kiedy liczba strajków wzrasta i pojawia się coraz więcej oddolnych akcji społecznych.

 

Zmierzch czwartej władzy

Proponowana ustawa spotkała się z krytyka opozycji, a także wielu dziennikarzy mediów mainstreamowych, którzy obawiają się, że stracą dotychczasową rolę twórców opinii i staną się jedynie poddanymi.

Proponowane przez liberalne elity rozwiązania dowodzą, że system się kruszy, co przypomina nieco atmosferę Europy Wschodniej lat 80. Tyle, że póki co nie ma rozbudowanej alternatywy i dopiero zaczyna się myślenie o realnym modelu zastępczym.

 

Dr Bruno Drweski jest historykiem, wykładowcą Narodowego Instytutu Języków i Cywilizacji Wschodnich (INALCO) paryskiej Sorbony, członkiem Komitetu Publikacji INALCO.

Syryjski scenariusz

O wojnie domowej w Jemenie pisze się i mówi prawie wcale. Nie jest to bynajmniej wyłącznie polska specyfika. Światowe media też wolą zajmować się innymi, lepiej „sprzedającymi” się tematami. Tymczasem w tym trwającym już sześć lat konflikcie, jak w soczewce skupiają się polityka imperialna mocarstw, impotencja organizacji międzynarodowych i tragedia ludności cywilnej.

 

Początek wojny domowej w Jemenie sięga roku 2011. Wówczas to na fali „Arabskiej Wiosny” do ustąpienia z urzędu został zmuszony prezydent Ali Abdullah Saleh, rządzący niepodzielnie krajem od 1978 r. Podobnie jak w innych państwach regionu, także tutaj liczono na poważne przemiany demokratyczne i społeczne. Jednak nadzieje na reformy przygasły już rok później. Przeprowadzone w 2012 r. wybory prezydenckie wygrał bowiem dotychczasowy zastępca Saleha, Abdrabbuh Mansur Hadi. Brak zmian, niestabilna sytuacja polityczna, a przede wszystkim klęska głodu, podkopały pozycję nowego prezydenta. Ostatecznie Hadi musiał uciekać z kraju, gdy wspierani przez Iran rebelianci Houthi zdobyli jemeńską stolicę we wrześniu 2014 r., a więc w zaledwie dwa lata po wyborach prezydenckich.

 

Saudyjskie poczucie obowiązku

Hadi schronił się w Arabii Saudyjskiej, która poczuła się w obowiązku do podjęcia interwencji zbrojnej. Oficjalnie saudyjskie siły otrzymały za zadanie przywrócenie do władzy prawowitego prezydenta. Nieoficjalnie jednak chodziło przede wszystkim o zniwelowanie wpływów Iranu w regionie. Z tego też powodu do Saudów przyłączyły się wkrótce inne państwa sunnickie, w tym Zjednoczone Emiraty Arabskie. Nowa koalicja mogła ponadto liczyć na wsparcie techniczne i wywiadowcze, a prawdopodobnie także zbrojne, ze strony Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji.

W konsekwencji międzynarodowego zaangażowania, wojna w Jemenie zaczęła się toczyć według scenariusza syryjskiego. Trudno jednoznacznie wskazać, która strona konfliktu odpowiada za większe zbrodnie, która przysporzyła cywilom większego cierpienia. Wydawałoby się jednak, że koalicja pod wodzą Arabii Saudyjskiej, wspierana przez światłe zachodnie mocarstwa, będzie przynajmniej starała się prowadzić wojnę w „cywilizowany” sposób. Nic bardziej mylWnego. Jak alarmuje ONZ, to właśnie koalicyjne siły mają na sumieniu większość ofiar śmiertelnych wśród dzieci. Bezwzględne tłumienie rebelii już doprowadziło do śmierci ok. 10 tys. osób, zaś niemal 3 mln musiało opuścić swoje domy. Jak wygląda „humanitarna” saudyjska interwencja w Jemenie można było przekonać się w październiku 2016 r., kiedy podczas jednego zaledwie ataku ich lotnictwa zginęło co najmniej 140 cywilów.

 

Okno na świat. A raczej na pomoc

Trudno zatem dziwić się, że rozpoczęcie ofensywy sił koalicyjnych na port Al-Hudajda w ubiegłym tygodniu wywołało trwogę wśród jego mieszkańców. Od początku trwania wojny domowej miasto to stało się domem dla ponad 600 tys. osób, z czego połowa to dzieci. Al-Hudajda to także jedyny funkcjonujący port, przez który do Jemenu trafia ponad 70 proc. wszelkiej pomocy humanitarnej. Pierwsze dni walk potwierdziły obawy mieszkańców i organizacji międzynarodowych. Jak podają agencje informacyjne, w kulminacyjnym momencie ataku sił prorządowych na rebelianckie pozycje w ciągu zaledwie pół godziny przeprowadzono 30 nalotów. Houthi nie pozostali dłużni. Do soboty, 16 czerwca, liczbę ofiar śmiertelnych szacowano na co najmniej 280.
Organizacje humanitarne wezwały do zaprzestania walk, lecz ich apel pozostał bez odpowiedzi. Po raz kolejny skompromitowała się Rada Bezpieczeństwa ONZ, która nie była w stanie wypracować konkretnego stanowiska. Przygotowany przez Szwedów pierwotny tekst rezolucji wzywał siły koalicyjne do zaprzestania ofensywy i umożliwienia statkom z żywnością i lekami bezpiecznego wyładunku. Rezolucję oprotestowali jednak przedstawiciele USA i Wielkiej Brytanii – sojusznicy Arabii Saudyjskiej i cisi członkowie koalicji. Pod ich naciskiem, Rada Bezpieczeństwa wydała jedynie rezolucję apelującą do obydwu stron o „poszanowanie międzynarodowego prawa humanitarnego”.

 

Al-Hudajda albo śmierć

Ambasador Zjednoczonych Emiratów Arabskich przy ONZ przyznał, że walki będą trwały aż do całkowitego opanowania miasta przez siły koalicyjne. Jego zdaniem, zdobycie Al-Hudajdy jest bowiem jedyną szansą na jak najszybsze zakończenie wojny w Jemenie. Przedstawiciele Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża alarmują natomiast, że mieszkańcy Al-Hudajda przygotowują się na najgorsze. W jednym z opublikowanych w mediach społecznościowych wpisie pracownik Czerwonego Krzyża pisał: „Ludzie żyją w slumsach, na obrzeżach miasta, żywiąc się okruchami chleba, które wygrzebują ze śmieci. Pieniędzy mają tylko na kupno oleju w plastikowych torebkach, co starcza na przygotowanie jednego posiłku dziennie”.

Eksperci ostrzegają, że zamknięcie portu w Al-Hudajdzie nawet na jeden dzień może doprowadzić do wybuchu kryzysu humanitarnego w mieście. Wśród jego pierwszych ofiar będą dzieci, stanowiące obecnie niemal połowę wszystkich mieszkańców. Już teraz widok głodnych kilkulatków snujących się po ulicach miasta nie jest niczym zaskakującym – o czym alarmują obecni na miejscu przedstawiciele organizacji międzynarodowych. Jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo dowodzą szacunki ONZ, według których walki o portowe miasto mogą kosztować życie nawet ćwierć miliona osób.

Sytuacja w Jemenie niebezpiecznie zaczyna przypominać tę w Syrii. Tak, jak walki o Aleppo na chwilę przykuły uwagę mediów, tak teraz ofensywa sił koalicyjnych w Al-Hudajdzie ma szansę zaistnieć w światowych serwisach informacyjnych. Co jednak z tego medialnego zainteresowania wyniknie? Zupełnie nic, czego zapewne dopilnują mocarstwa, które wybrały Jemen na swój poligon doświadczalny. Póki cywile giną w Al-Hudajdzie, Sanie i innych „egzotycznych miejscach”, nie zaś w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu, wszystko jest w porządku. Prawa człowieka to wciąż przywilej nielicznych.