Uderzenie w lewicę

16 października o świcie uzbrojona policja rozpoczęła przeszukania w 17 miejscach jednocześnie, związanych bezpośrednio z Nieuległą Francją (LFI) – legalnym, opozycyjnym ruchem lewicowym, reprezentowanym w parlamencie. Zajęto i wywieziono wszystkie komputery i telefony komórkowe aktywistów, spisy członków, dokumentację. Nigdy dotąd w historii V Republiki nie doszło do podobnej operacji, możliwej dzięki ustawodawstwu antyterrorystycznemu, które zastosowano do działań politycznych. Towarzyszył jej bezprecedensowy lincz medialny, którego ofiarą stał się Jean-Luc Mélenchon, lider LFI.

 

Teraz, gdy minęło trochę czasu, łatwiej widać bezpodstawność działań zależnej od rządu prokuratury. Mimo próby zakrzyczenia faktów przez prorządowe media, na jaw wyszły dokumenty, które jednoznacznie przeczą medialno-prokuratorskim tezom o „nieprawidłowościach” w łonie Nieuległej Francji. Tym niemniej stały się one powodem operacji policyjnej, którą trudno nawet porównać do działań antyterrorystycznych, czy przeciw jakimś gangom, bo tak szeroko zakrojonej akcji nie stosowano nawet w takich przypadkach. Miało to na celu podcięcie skrzydeł lewicowej opozycji u progu kampanii do wyborów europejskich i częściowo się udało: po wszystkim sondaże wskazały spadek popularności ruchu lewicowego i jego lidera.

Policyjny atak rządu był wyraźnie skoordynowany z atakiem medialnym: dzień po wejściu mundurowych do biur ruchu państwowa stacja radiowa France Info nadała „reportaż śledczy” na temat „nieprawidłowości” w LFI. Tak napakowany przeinaczeniami, że nie powstydziłaby się go telewizja PiS. W mediach pojawiły się materiały prokuratury gwałcące tajemnicę śledztwa, próbujące zdyskredytować również samego Mélenchona za jego sprzeciw wobec bezprecedensowego kipiszu w siedzibie ruchu i w domach jego współpracowniczek i współpracowników, nie wyłączając też jego własnego mieszkania.

Tymczasem nie wdrożono żadnej procedury prawnej przeciw LFI. Rewizje w domach przeprowadzono w ramach tzw. śledztwa wstępnego, co wyklucza udział obrony. Dla wielu obserwatorów, nie tylko z lewicy, chodzi o autorytarne prześladowanie medialno-polityczne ze strony państwa, a konkretnie ze strony Pałacu Elizejskiego, siedziby prezydenta Macrona, twardego rzecznika oligarchii.

 

Polityka donosów

Wśród oligarchicznej prasy najdalej posunęła się Libération, dawno temu dziennik lewicowy, dziś własność izraelskiego miliardera Patricka Drahiego, który go przejął od innego miliardera, bankiera Edouarde’a de Rothschilda. Dziennik domagał się ni mniej ni więcej „delegalizacji” Nieuległej Francji z powodu domniemanej „obstrukcji” wobec wymiaru sprawiedliwości, polegającej na sprzeciwie w obliczu zajęcia przez policję – bez żadnych protokołów – wszystkich środków komunikacji i całej, wieloletniej dokumentacji, łącznie z danymi osobistymi. Działo się to w momencie, gdy ministrem spraw wewnętrznych był sam premier Edouard Philippe, który kilka dni wcześniej przesłuchiwał kandydatów na prokuratora Paryża. W dniu kipiszu Philippe przekazał ministerstwo czołowej postaci partii prezydenckiej Christophe’owi Castanerowi. Zarówno „stary”, jak i nowy minister mieli do dyspozycji prokuratora doskonale posłusznego wskazówkom władzy.

Prokuratura wyjaśniła zaskoczonym aktywistom LFI, że działa w sprawie dwóch donosów przeciw ruchowi. Jeden, autorstwa działaczki Frontu Narodowego (dziś Zjednoczenia Narodowego) sprzed półtora roku, dotyczył sprawy czterech asystentów parlamentarnych LFI w Parlamencie Europejskim (PE). Drugi, napisany przez wysokiego funkcjonariusza państwowego zbliżonego do partii Macrona, podawał w wątpliwość rachunki Nieuległej Francji z czasów zeszłorocznej kampanii prezydenckiej Jean-Luca Mélenchona, zatwierdzone już bez problemu przez finansową komisję wyborczą, która nie stwierdziła żadnych nieprawidłowości. Te dwa niewiarygodne pisemka najwyraźniej wystarczyły, by uruchomić policyjną akcję na niesłychaną skalę.

 

Kryminalizacja opozycji

W Paryżu mówią, że ludzie prezydenta dali zielone światło dla próby skompromitowania Nieuległej Francji, bo arogancki i autorytarny Macron (67 proc. Francuzów tak go określa) nie mógł znieść, że jest mniej sondażowo popularny od Mélenchona. Z drugiej strony, niejeden francuski polityk jest bardziej ceniony od prezydenta. Obserwatorzy zwracają uwagę, że zjawisko kryminalizacji opozycji coraz częściej pojawia się nawet w starych demokracjach. We francuskim przypadku ułatwia to centralizacja władzy i faktyczny monopol medialny oligarchii (95 proc. mediów należy do ośmiu miliarderów). Obie sprawy, które miały być powodem mega-kipiszu, są gorzej niż dęte, na granicy kompletnej groteski.

Jeśli chodzi o „fałszywe zatrudnienie” czwórki asystentów LFI w Parlamencie Europejskim, po donosie działaczki Frontu służby finansowe PE same przeprowadziły śledztwo i uznały, że donos był bezpodstawny. LFI dostarczyła wszystkie wymagane dokumenty i myślała, że można o tym incydencie zapomnieć. Tym bardziej, że sama donosicielka chwaliła się publicznie, że nie ma tak naprawdę pojęcia, czy cokolwiek jest nieprawidłowego, ale chciała, jak mówiła, „dokopać” LFI. Po prostu ówczesny Front Narodowy był wtedy obiektem podobnych zarzutów. Druga sprawa, która dotyczyła zatwierdzonych już finansów kampanii wyborczej Mélenchona, polega na kwestionowaniu „zbyt drogich” usług spółki komunikacyjnej Mediascop zarządzanej przez członkinię LFI Sophię Chikirou, doradczynię lidera ruchu.

Wszystkie tego typu wydatki muszą być jawne, więc po pierwsze łatwo było sprawdzić, że zeszłoroczna kampania Mélenchona była najtańsza wśród piątki czołowych kandydatów. Po drugie, porównanie wydatków LFI na akcję wyborczą z wydatkami finansowanego przez oligarchów Macrona wypada co najmniej kompromitująco dla tego drugiego. Mediascop zrealizował 20 internetowo-telewizyjnych klipów wyborczych za sumę 100 tys. euro, podczas gdy agencja PR Macrona („Jezus&Gabriel”) za jeden taki klip liczyła sobie 150 tys. euro. Trudno dziwić się oburzeniu członków LFI.

 

„Banda matołów”

Lawina medialnych fake newsów, która spadła w ciągu tygodnia po policyjnych rewizjach na LFI, spowodowała, że Jean-Luc Mélenchon stracił zimną krew. Nazwał dziennikarzy Radio France, którzy przygotowali „śledztwo” na jego temat „bandą matołów”, „kłamcami” i „oszustami”, co natychmiast stało się pretekstem do kolejnej skargi na lidera Nieuległej Francji. Napiętnowany jako „choleryk” miał się wręcz stać – w sugestiach propagandystów – przedmiotem społecznego wykluczenia. Takim symbolem kilka dni temu była roztrąbiona na cały kraj procedura zawieszenia Mélenchona w prawach członka Wielkiego Wschodu Francji (GODF), najstarszej i największej loży masońskiej we Francji. Zważywszy, że przynależność do jakiejś loży należy do francuskiej tradycji politycznej, obraz wykluczenia stał się niemal pełny.

Jakość prawna powodów napaści na LFI jest tak słaba, że ruch z pewnością sobie z tym poradzi, jednak pewne szkody zostały już wyrządzone. W ostatnich tygodniach przez kipiszem francuska lewica nawoływała do potraktowania przyszłych wyborów europejskich jako plebiscytu przeciw prezydentowi. Można się spodziewać, że LFI dość szybko nadrobi swoje straty wizerunkowe, bo popularność Macrona jako „prezydenta bogatych” nieubłaganie spada. Nie chodzi tu nawet o afery z tworzeniem prywatnej policji politycznej, lecz społeczne konsekwencje galopującego neoliberalizmu promowanego przez Macrona. Jego widoczna pogarda dla zwykłych ludzi, jak dotąd nieprzezwyciężona, ciągnie jego sondaże w dół.

 

Tylko początek?

Cyniczne użycie państwowej przemocy przeciw politycznemu ruchowi opozycyjnemu na tę skalę to jednak ewenement w Europie. Jeśli jednak ludzie Macrona mogli posunąć się tak daleko, nic nie gwarantuje, że nie pójdą dalej. Fragmenty podsłuchów telefonicznych podrzucanych mediom? Nowe donosy, oskarżenia? Ze wszystkim trzeba się liczyć – mówią członkowie LFI. Kwestia wolności politycznych staje pod znakiem zapytania.

Mélenchon pisał na swoim blogu: „Nie popełniliśmy żadnego zarzucanego nam czynu. Żadnego. A jednak byliśmy maltretowani i obrażani bez przerwy przez pięć dni po przeszukaniach, dzień i noc, bez przerwy w mediach papierowych, radiu i telewizji. Nasze życia zostały podeptane, nasza intymność pogwałcona, nasz honor splamiony, nasze rodziny przestraszone, a sąsiedzi zaalarmowani. (…) Chodzi o prześladowanie polityczne, które ma nas zniszczyć psychicznie i politycznie. Naszym obowiązkiem jest teraz opierać się poprzez działanie polityczne. Nie damy się zastraszyć”. Ale afera wokół LFI nie najlepiej wróży przyszłości lewicy we Francji, mimo solidarności międzynarodowej, która szybko doszła do głosu. Reakcyjna prawica z pewnością nie da jej spokoju.

Najazd na lewicę

Paryska prokuratura oskarżyła oficjalnie lidera Nieuległej Francji (LFI) i jego towarzyszy o groźby karalne oraz użycie przemocy wobec funkcjonariuszy publicznych w czasie burzliwej rewizji policyjnej w siedzibie LFI. We wtorek rano uzbrojeni policjanci wdarli się do kilkunastu miejsc jednocześnie, na terenie całego kraju: przeszukiwano siedziby partii, mieszkania lewicowych aktywistów i zabierano komputery. Jean-Luc Mélenchon nazwał to „działaniem policji politycznej”. Liczne partie lewicowe w Europie wyrażają solidarność z Nieuległą Francją.

 

Oskarżenie odnosi się do zachowania Mélenchona wobec prokuratora (we Francji prokuratura podlega rządowi) i policjantów. W czasie zamieszania w siedzibie LFI przewodniczący grupy LFI w parlamencie skierował palec w kierunku prokuratora i popchnął go. Kiedy policjant oddzielił go od prokuratora, Mélenchon krzyczał: „No, spróbuj mnie dotknąć, spróbuj, zobaczymy”.

Prokurator próbował załagodzić sytuację: „Chcę tylko spokojnie z panem porozmawiać”. „Nie może pan ze mną spokojnie rozmawiać w pomieszczeniach, które pan najechał! Od czterech godzin robicie rewizję w moim mieszkaniu i u dziewięciu innych osób, prowadzicie przeszukania i konfiskaty w dwóch siedzibach ruchów politycznych. Jestem przewodniczącym parlamentarnej grupy opozycyjnej. Nie możecie traktować mnie w ten sposób!” – odpowiedział wtedy Mélenchon. Członkowie LFI próbowali wyważyć drzwi do zajętych pomieszczeń, mimo straży policyjnej.

Symultaniczne rewizje i konfiskaty przeprowadzono, choć nikt nie wszczął procedury prawnej przeciw LFI. Chodzi o dwa „śledztwa wstępne”: jedno z donosu europosłanki Frontu Narodowego o nieprawidłowym zatrudnianiu asystentów europosłów LFI, drugie to rachunki zeszłorocznej kampanii wyborczej Mélenchona, zatwierdzone już jako prawidłowe przez komisję wyborczą. Nowa Partia Antykapitalistyczna (NPA), która wyraziła solidarność z LFI, potępiła „podwójne standardy” działania prokuratury, bo rachunki partii prezydenta Macrona (LREM) nie zostały zatwierdzone przez komisję, a nikt nie robi szeroko zakrojonych rewizji.

Jedna z aktywistek lewicy Helen Gilda-Duclos, u której zrobiono przeszukanie, opisała jak to wyglądało: „Obudzili nas o siódmej rano, wtargnęło czterech uzbrojonych policjantów w maskach i kamizelkach kuloodpornych, to wszystko w obecności dzieci. Inni policjanci „zabezpieczali piętro”. Dziwię się, że to słowa Mélenchona są dziś uważane za skandaliczne, zamiast tej operacji. Ale może nic nie rozumiem, bo po 11 godzinach sprawdzania przez policję moich rachunków, nieuporządkowanych szaf i szałasu w głębi ogrodu, muszę być trochę zmęczona.”

Lider Nieuległej Francji nazwał całą tę operację „próbą zastraszenia lewicy”: „Potraktowano nas jak przestępców, choć nie robi się tego szefom karteli narkotykowych”. Z kolei związki zawodowe policjantów potępiły jego zachowanie, nazwały je „antyrepublikańskim”. LFI mówi jednak o operacji „niezgodnej z procedurą”, będą protesty.

Do Paryża nadchodzą wyrazy solidarności ze środowisk lewicowych w Europie, m.in. z Niemiec, Włoch, Wielkiej Brytanii i Portugalii. Lokalny protest wyraziła nieoczekiwanie przewodnicząca Zjednoczenia Narodowego (RN – d. Front Narodowy) Marine Le Pen: „Dzięki tej pseudo-aferze asystentów parlamentarnych władze są więc w posiadaniu całej, wieloletniej zawartości, notatek, kontaktów itd. ze wszystkich telefonów i komputerów obu partii opozycyjnych wobec Emmanuela Macrona – RN i LFI. To jedyny cel tych „śledztw”. Prawa polityczne opozycji są deptane. Demokracja umiera!”.

W obronie KPP

Szykany wobec Komunistycznej Partii Polski i redakcji „Brzasku” są w Polsce objęte zmową milczenia. Silniej znacznie reagują na nie lewicowe środowiska za granicą. Przed polskimi placówkami dyplomatycznymi organizowane były pikiety, wysyłane były apele do władz polskich unijnych. Teraz list w sprawie prześladowań działaczy KPP i przeciwko polityce „dekomunizacyjnej” polskiego rządu skierował do francuskiego ministra spraw zagranicznych Jean-Yvesa Le Drian deputowany do Zgromadzenia Narodowego Alain Bruneel. Oto jego treść:

 

Panie Ministrze,

Pragnę powiadomić Pana o antykomunistycznej polityce prowadzonej przez ultrakonserwatywne władze Polski z partii Prawo i Sprawiedliwość (PiS).

Władze zdecydowały właśnie o odebraniu patronatów ulic działaczom komunistycznym, a także prowadzą represje za pośrednictwem aparatu sądowego. Troje działaczy KPP ryzykuje wyrok więzienia za głoszenie postępowych idei w piśmie „Brzask”.

Ten atak na wolność wypowiedzi i wolność prasy wpisuje się w szerszą kampanię, której celem jest wymazanie z historii Polski wszelkich odniesień do komunizmu.

Liczne organizacje i obywatele mobilizują się wokół tematu uważając, że wyrok skazujący, nawet symboliczny, będzie wstępem do delegalizacji KPP, a to z kolei poważnym zagrożeniem demokracji.
Poważne oburzenie sprawa ta wywołuje w północnej Francji, gdzie zamieszkiwały setki polskich robotników z czasów międzywojennych. Wielu z nich, górników, w większości komunistów, nie wahało się chwycić za bron aby uwolnić Francję od nazizmu.

Pragnąłbym uzyskać od Pana informację co robi francuska dyplomacja aby sprzeciwić się tym poważnym atakom na wolność i obrazę pamięci francusko-polskiego ruchu oporu.

Niech pozwoli Pan Minister przekazać sobie wyrazy szacunku.

Alain Bruneel

Wsparcie dla KPP na całym świecie – tylko nie w Polsce – nabiera siły. Pod międzynarodową petycją do Komisji Praw Człowieka ONZ w obronie polskich komunistów podpisało się ponad 800 osób z całego świata. Tymczasem 27 września przed sądem w Dąbrowie Górniczej miała miejsce kolejna rozprawa z powództwa przeciwko trójce działaczy KPP (objęte powództwem były cztery osoby, jedna z nich zmarła w czasie postępowania). Tego samego dnia odbyła się kolejna demonstracja solidarnościowa – tym razem przed polskim konsulatem w Kaliningradzie.

 

Alain Bruneel jest członkiem Francuskiej Partii Komunistycznej (PCF), deputowanym z departamentu Nord, członkiem komisji do spraw gospodarczych. Od 1999 do 2017 r. był burmistrzem miasta Lewarde.

Zmierzch Francji według Ciorana Recenzja

Cioran zwraca uwagę na „wsobność” kulturową Francji: „Francja wystarczała sama sobie. Żadnych obcych języków, żadnych importów kulturalnych, żadnej ciekawości wychylonej ku światu”.

 

W tym eseju najbardziej zdumiewająca jest nie przenikliwość Emila Ciorana, bądź co bądź już od dziesięcioleci klasyka myśli europejskiej, lecz fakt że „O Francji” napisał młody rumuński imigrant samym środku niemieckiej okupacji w Paryżu w latach 1941-1942. Młody Cioran potrafił dostrzec zmierzch ukochanej przez siebie cywilizacji francuskiej w warunkach radykalnie zamąconego pola obserwacji, dalekich od typowości płynnego, francuskiego bytowania. To tak, jakby opinię o tradycjach cywilizacji technicznej w Polsce wyrobić sobie w oparciu o jakąś nowinkę świeżo zaimportowaną z Zachodu na polskim gruncie, n.p. idealną taflę nowego odcinka autostrady, zamiast o zawstydzającą tradycję „polskich dróg”. Zaczyna Cioran od definicji kultury francuskiej, jakiej daremnie szukać gdzie indziej. Powiada, że to kultura „kosmiczna”, czyli „nie nieziemska, lecz ponadziemska”. „Co ukochała Francja? Style, rozkosze inteligencji, salon, rozum, drobne doskonałości. Innymi słowy: pierwszeństwo wyrazu przed naturą. Stoimy wobec kultury formy przesłaniającej moce żywiołów i rozciągającej nad każdym wybuchem namiętności powłoczkę przemyślnego wyrafinowania. Niemcy, Anglia czy Rosja to kraje genialnych dysproporcji. Brak im formy wewnętrznej, toteż ich losy współokreślane są przez kulminacje i braki, przez nadmiary i uspokojenia. Jedynie Francja rozwijała się regularnie od narodzin do śmierci. Jest to kraj najbardziej spełniony, który dał wszystko, co mógł dać, który nigdy nie zboczył z drogi, który zaznał średniowiecza, renesansu i imperializmu oraz upadku. To kraj, który wypełnił swą powinność. Kraj spełnienia”.
Zastanawiające jest to grzebanie Francji jako cywilizacji, już 76 lat temu, gdy zważy się, że po II wojnie światowej przeżyła ona nowy elan vital, czas gospodarczej prosperity lat 60-tych i 70-tych, rozkwit społeczeństwa dobrobytu, dynamiczny rozwój gospodarki, w tym takich gałęzi jak przemysł samochodowy i renomę francuskich marek („Citroen”, „Renault”), lotniczy (fenomen aeroplanu „Concorde”) czy rozwój energetyki atomowej (m.in. cywilny i wojskowy arsenał nuklearny Francji). Także w filozofii (egzystencjalizm) i kulturze masowej (światowa ranga gwiazd francuskiego kina) Francja zabłysnęła w drugiej połowie XX wieku ponownie. Przecież francuskie imperium kolonialne jeszcze się wtedy nie rozpadło, a dzisiejsza, śmiertelnie groźna islamizacja Francji i jej uginanie się pod ciężarem wielomilionowej masy imigrantów z Afryki i Azji jeszcze nikomu się nie śniły. A jednak Cioran już wtedy coś przeczuwał swoją nieprawdopodobną wprost intuicją. Jego esej jest napisany stylem tak wybornym i tak krystalicznym (co doskonale oddał tłumacz Ireneusz Kania), że chce się go cytować garściami. Dopełniając swoje uwagi o „naturze” Francji napisał: „Kultury kosmiczne to kultury abstrakcyjne. Pozbawione styku ze źródłowością, nie znają też ducha metafizycznego, to znaczy szperania pod powierzchnią życia. Francuska inteligencja, filozofia, sztuka pozostają w świece Sensu. Gdy jednak go przeczuwają, nie wyrażają go, tak jak to czynią poezja angielska czy muzyka niemiecka. Francja? Odrzucenie Tajemnicy”. Cioran, choć z urodzenia nie Francuz, uwielbiał typowo francuskie paradoksy i bon moty: „Gdy Niemcy poczciwe banały uważają za esencję rozmowy, Francuzi wolą celnie ujętą nieprawdę od prawdy źle sformułowanej”. Albo: „Stuleciem najbardziej francuskim jest wiek XVIII. To salon, który stał się wszechświatem, to wiek inteligencji w koronkach, czystej finezji, sztuczności przyjemnej i pięknej. To także wiek bardziej znudzony z racji nadmiaru czasu i pracujący tylko dla zabicia czasu”. Czy: „Bóstwo Francji: smak. Dobry smak. Zgodnie z nim świat, by istniał, musi się podobać; musi być zgrabnie skonstruowany, estetycznie okrzepły, mieć granice. (…) Naród obdarzony dobrym smakiem nie może kochać wzniosłości będącej wszak tylko bożyszczem zmonumentalizowanego braku smaku. W zakres jej pojmowania nie wchodzi również pierwiastek tragiczny, gdyż jego istotą, dokładnie tak samo jak w przypadku wzniosłości, nieobjaśnialność”. Cioran kilkakrotnie zestawia te francuskie właściwości z Niemcami, jako ich przeciwieństwem. Perspektywa czytelnika polskiego kusi, by odnieść to do siebie. No i wychodzi na to, że wzniosłość jako „bożyszcze zmonumentalizowanego braku smaku”, to wręcz immanentna cecha polskości, przynajmniej tej oficjalnej i tej z „katechizmu polskiego dziecka”. Pociągnijmy do końca wątek polski, skoro już się pojawił. Kultura polska jest dokładnym, wręcz geometrycznie, przeciwieństwem francuskiej. Jest na wskroś ziemska, totalnie nawet nie „a”, lecz wręcz antyabstrakcyjna, na wskroś empiryczna, nie wierząca w Słowo, radykalnie nieufna wobec rozumu, skrajnie moralistyczna, skrajnie sentymentalna, w której zły smak nie jest dysonansem, lecz normą, a smak dobry niebywałą wprost rzadkością. Co tragizmu, to co prawda jest on u Corneille’a, Racine’a, czy Pascala, ale źródłem tragizmu w dziełach dwóch pierwszych jest starożytna Grecja, a Pascal mimo całego tragizmu chrześcijańskiego był na wskroś francuski („Odbierzcie mu Port Royal, a zostanie causeur”, Cioran). O Francji jako kulturze pozbawionej irracjonalizmu i fatalizmu mówił nie tylko Cioran. To dlatego we Francji tak źle brzmią na scenie tragicy greccy i Szekspir. Francja jest na nich zbyt chłodna, zbyt rozumowa. Nawet dla uduchowionego gotyku francuskich katedr znajduje Cioran wytłumaczenie niesprzeczne z jego koncepcją Francji – to wczesne dziedzictwo frankonizmu, czyli elementu germańskiego. Cioran zwraca też uwagę na „wsobność” kulturową Francji: „Francja wystarczała sama sobie. Żadnych obcych języków, żadnych importów kulturalnych, żadnej ciekawości wychylonej ku światu”. Swoisty francuski prowincjonalizm. Ktoś określił to bardziej dosadnie: Francja żyje z nosem we własnej d….. „Francuzi, odkąd zaistnieli – powiada Cioran byli u siebie, mieli fizyczną i wewnętrzną ojczyznę, którą ukochali bez zastrzeżeń, nie poniżając jej żadnymi porównaniami; nie doświadczali wykorzenienia we własnym domu ani wzburzenia zrodzonego przez nieukojoną tęsknotę. Jest to być może jedyny naród Europy, który nie wie, co to nostalgia – owa forma niemającego kresu uczuciowego niespełnienia. I jeszcze: „Francja jest krajem ciasnej doskonałości. Nie potrafi wzlecieć do kategorii ponadkulturalnych – do wzniosłości, tragiczności, do estetycznego bezmiaru. Toteż nie wydała i wydać by nie mogła Szekspira, Bacha ani Michała Anioła”. Albo: „Człowiek przeciętny urzeczywistnił się we Francji lepiej niż gdziekolwiek indziej. (…) Przeciętność osiągnęła tu taki styl, że trudno wśród ludzi zwyczajnych znaleźć przykłady rażącej głupoty”. (…) „Całkiem możliwe, że ta cywilizacja, to w ostatecznym rozrachunku tylko rafinacja banału, wycyzelowanie drobiazgów i chuchanie na ziarenka inteligencji w zwykłej codzienności”. Zreferowana tu w daleko idącym skrócie rozległa rozprawa definicyjna o Francji napotyka w pewnym momencie w myśleniu Ciorana na pytanie: „Kiedy zaczyna się upadek cywilizacji?” Na pytanie to filozof odpowiada tak: „Wtedy, gdy ludzie zaczynają mieć świadomość; gdy nie chcą być już ofiarami ideałów, wierzeń, zbiorowości. (…) Nie ma większego zagrożenia niż stanowcza odmowa nieulegania oszustwu. Zbiorowa przenikliwość to oznaka zmęczenia. Dramat człowieka widzącego trzeźwo staje się dramatem narodu”. A Francja długo ulegała oszustwom. „Wierzyła po kolei w klasycyzm, w oświecenie, w rewolucję, w cesarstwo, w republikę. Wyznawała ideały arystokracji, Kościoła, mieszczaństwa, proletariatu – i cierpiała za wszystkie”. (…) Wszelako jeden naród nie może bez przerwy wytwarzać wiar, ideologii, form państwowych i życia wewnętrznego. Kiedyś się potknie. Krynice ducha wysychają i naród budzi się do własnej pustki, a potem, zatrwożony przyszłością, krzyżuje ręce na piersi”. Właśnie Francja skrzyżowała ręce na piersi. Cioran powiada, że „ideały 1789 roku pokryła rdza, z ich prestiżu pozostała jedynie staroświecka grandilokwencja. Największa nowożytna rewolucja skończyła jako ramota ducha. Czym była? Połączeniem racjonalizmu i mitów: racjonalistyczną mitologią. Dokładniej – spotkaniem Kartezjusza z człowiekiem z ulicy”. Jeszcze: „Naród jest twórczy dopóty, dopóki życie nie stanowi jedynej wartości, owszem, dopóki to wartości są jego kryteriami. Wiara w fikcję wolności i umieranie za nią (…) przeświadczenie, że prestiż twojego kraju jest niezbędny dla ludzkości, przedstawianie twoich przekonań w jej miejsce – oto czym są wartości. Stawianie wartości własnej skóry ponad ideami, myślenie żołądkiem (…) wiara że życie jest czymś znacznie większym od czegokolwiek innego – oto życie. Francuzi już tylko je kochają i tylko dla niego istnieją. Już od dawna nie mogą umierać. Zbyt często robili to w przeszłości”. „Naród zmęczony bierze rozbrat z własnymi wartościami”. „Cokolwiek by zrobiono we Francji (…) – nikt nie przekona Francuzów do płodzenia dzieci. Naród, który kocha życie, pośrednio rezygnuje z przedłużania go. Przepaść między przyjemnością a rodziną jest ogromna.
Seksualne wyrafinowanie to śmierć narodu. (…) Dzieci mogą płodzić tylko ci, którzy w coś wierzą, są na tyle nieświadomi, by czuć się częścią narodu i radośnie doznawać potrzeby samooszukiwania się poprzez uczestnictwo i namiętności”. „W każdej bez wyjątku części francuskiej prowincji dobija cię zupełny brak życia, rytmu, dzieci, przyszłości. To śmierć całkowita, czuwają nad nią zaczarowane, prastare, pojedyncze kościoły, których zrezygnowane wieże z jakąś nieuchwytną, staroświecką kokieterią jakby prosiły cię, byś sobie poszedł…”. Ale „Francja prefiguruje losy innych narodów. Szybciej dotarła do kresu, bo szczodrzej i bardziej dawna sobą szafowała” (…) „Narody zaczynają epicko a kończą elegijnie”. „Francuzi zużyli się od nadmiaru bycia. Już się nie kochają, bo czują aż nadto dobrze, że byli.
Patriotyzm wypływa z naddatku witalności w odruchach; miłość do kraju to coś najmniej duchowego co tylko być może, to uczuciowa ekspresja biologicznej solidarności. Nic tak nie uraża inteligencji, jak patriotyzm. Wysubtelniający się duch wypiera przodków z krwi i wymazuje z pamięci zew owego skrawka ziemi, który fanatyczne iluzje ochrzciły mianem ojczyzny”. „Odkąd Francja odeszła od swego powołania, czynność jedzenia urosła do rangi rytuału. Znamienny jest nie sam fakt jedzenia, lecz to, że się o nim rozmyśla, spekuluje i godzinami rozprawia”. „Jego schyłek, widoczny już mniej więcej od stulecia, nie popchnął żadnego z jego synów do protestu przeciwko utracie nadziei. Tak jakby wszyscy tylko czekali na osunięcie się w głąb, byle nic nie czuć i byle w dobrobycie”. „Rewolucyjna kariera Francji jest w zasadzie skończona. Teraz bić się ona może tylko o żołądek. Heroizm, będący w istocie mieszanką krwi i nieużyteczności, nie może już dostarczać jej tlenu do oddychania”. Wreszcie: „Francja za stulecia zgiełku płaci znieruchomieniem”.
Można by długo jeszcze cytować kolejne spiętrzenia tej elegii Ciorana na zmierzch, na śmierć Francji. Można by cytować smaczne paradoksy, jak ten mówiący o tym, że impresjonizm jako technika iluzji, pozorów jest kwintesencją kultury francuskiej. Można by przywoływać przeciwstawienie „dzikości” kultury anglosaskiej łagodnemu wyrafinowaniu kultury francuskiej i znaleźć w tym odpowiedź na pytanie, dlaczego Francja nigdy nie miała twardej muzyki rockowej. Można serwować inne esencjonalne fragmenty tego wspaniałego eseju, ale trzeba zmierzać do konkluzji. Pisząc swój esej w okupowanym Paryżu Cioran nie mógł przewidzieć (bo jednak jasnowidzem nie był), że na francuskim horyzoncie pojawi się Charles de Gaulle, który podejmie ostatnią wielką próbę „uratowania wielkości Francji” i który w latach sześćdziesiątych uczyni z niej prawie-mocarstwo. A jego następcom, Pompidou i Giscardowi d’Estaing uda się to jeszcze trochę pociągnąć. Ostatnim prezydentem Francji, który podjął – z perspektywy lewicowej – próbę podtrzymania „wielkości” tego kraju, był François Mitterand, ale on mógł być już tylko epigonem. W ostatniej cząstce swojego eseju Cioran napisał: „O wielkości jakiegoś kraju przesądza nie tyle wysoki stopień dumy jego obywateli, ile entuzjazm, jaki wzbudza on u cudzoziemców, gorączka, która ludzi urodzonych w innych okolicach przekształca w dynamicznych satelitów. Czy był na świecie kraj mający tylu patriotów wśród ludzi innej krwi i innych obyczajów? Czyż nie byliśmy wszyscy, chwilowo, albo w sposób trwały, patriotami francuskimi w godzinach kryzysu; czyż nie kochaliśmy go namiętniej od jego synów, pełni dumy albo upokorzenia, z żarliwością całkiem zrozumiałą, a przecież niepojętą? Tylu nas, którzyśmy przyszli z innych przestrzeni – czyż nie ukochaliśmy go jako jedynego ziemskiego marzenia naszej tęsknoty?”. No właśnie ja czuję się takim „francuskim patriotą z innej krwi” i do tego z zewnątrz.
Czy esej Ciorana „O Francji” jest proroczy? Późnym latem 1981 roku po raz pierwszy w swoim życiu znalazłem się na ziemi francuskiej, w Paryżu. Było to 39 lat od czasu, gdy Cioran napisał swój esej. Dziś od czasu tamtej podróży minęło już prawie tyle samo lat – 37. Czyli znalazłem się „na połowie czasu” między owym rokiem 1942 a dziś. Zobaczyłem wspaniałe miasto, czarujące w swoim klimacie, elegancji, dobrobycie, pachnące kawą i owocami, z niczym nieporównywalne. Wtedy nie wiedziałem, że to kraj zmierzchu, nie wiedziałem, że Francja umiera, między innymi dlatego, że nie znałem eseju Ciorana. A przecież upłynęły już wtedy prawie cztery dekady od napisania przez niego tej elegii. Od 1981 roku upłynęły bez mała kolejne czterdzieści lat. Czy Francja posunęła się w swoim umieraniu, i czy w ogóle diagnoza Ciorana jest nadal aktualna? Jest, w tym sensie, że starego Paryża i starej Francji zostało już niewiele, a mnożący się na potęgę islam rozpycha się coraz brutalniej. Francuzi nie chcieli chrześcijaństwa i katolicyzmu, co rozumiem, bo i ja tego nie lubię. Ale czy nie jest obelgą dla laickiej Francji, ojczyzny wolności, że brutalnie panoszą się w niej wyznawcy religii, która jest kwintesencją reakcjonizmu najgorszego z istniejących, która jest straszliwym i fanatycznym wrogiem wolności wszystkiego co Francja kochała i może po części jeszcze kocha? Ale poza tym, nawet jeśli Francja rzeczywiście umiera, to chyba nikt nie umiera tak pięknie. A poza tym, z pozycji kraju, którego hymn zaczyna się od słów „Jeszcze Polska nie zginęła” trzeba uważać z przedwczesnymi wiadomościami o śmierci „la France immortelle”.

 

Emil Cioran – „O Francji”, przekł. Ireneusz Kania, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2106, str. 112, ISBN 978-83-62858-96-5

Głos z Francji

Międzynarodowy Komitet Solidarności Klasowej (ICCS), Francuskie Stowarzyszenie Odbudowy Komunistycznej i Stowarzyszenie Przyjaciół Edwarda Gierka we Francji wystosowały apel do komisji Praw Człowieka ONZ w obronie Komunistycznej Partii Polski.

 

„Prześladując komunistów PiS chce przestraszyć Polaków, którzy nie godzą się na ograniczanie demokratycznych wolności, likwidacji zdobyczy socjalnych, niszczeniu praw kobiet i kontroli poglądów. Wspiera również faszystowskie grupy paramilitarne oraz posłusznie wypełnia zalecenia NATO dotyczące przygotowań do wojny z Rosją” – napisali autorzy listu. „Antytotalitarne argumenty podnoszone przez polskie władze są niedorzeczne. Uważają one, że antytotalitarne jest zakazywanie wyrażania poglądów i usuwanie pamiątek po Polsce Ludowej oraz ruchu antyfaszystowskim, a w rzeczywistości uderzają w pluralizm, co pokazuje jak fałszywy jest ich antytotalitaryzm przykrywający nienawiść możnych względem wszystkich sprzeciwiających się antyspołecznej polityce związanej z restauracją kapitalistycznego wyzysku w Polsce – czytamy dalej w apelu.

Autorzy apelu wskazują, że szykany i nękanie KPP i jej działaczy przypominają „polowania na czarownice” z czasów osławionego senatora McCarthy’ego, podczas gdy równocześnie władze polskie dają przyzwolenie na jawną działalność organizacji skrajnej prawicy.

Petycja została ogłoszona na stronie internetowej https://www.initiative-communiste.fr/articles/europe-capital/petition-internationale-a-lonu-pour-defendre-les-droits-du-parti-communiste-de-pologne/ Choć jej inicjatywa wyszła z Francji podpisało ją już szereg działaczy lewicowych – nie tylko związanych z nurtem komunistycznym – z szeregu krajów, m.in. ze Szwajcarii, Belgii, Hiszpanii, Włoch i Brazylii.

W apelu zwracają się oni m.in. o „otwarte potępienie dyskryminującego i antydemokratycznego zachowania polskich władz” oraz „przypomnienie UE, że deklarowała obronę wolności politycznej oraz wolności poglądów dla obywateli oraz wszystkich mieszkańców Unii”.

Król-dziecko i faworyt z doklejoną brodą

„On nie był moim kochankiem” – to nerwowe dementi prezydenta Emmanuela Macrona, wygłoszone 24 lipca do parlamentarzystów swej partii, mniejsze zrobiło wrażenie, niż jego krzyk „Jeśli szukają odpowiedzialnego – to ja! Niech po mnie przyjdą!”. Prezydent Francji nie musi odpowiadać przed nikim i zresztą nie ma zamiaru: było to typowe, podwórkowe „pokazanie wała”. Jednak „afera Benalli”, która od 11 dni trzęsie Francją, na tym się nie skończyła. Cała opozycja – prawica i lewica – przekonuje o konieczności „obrony demokracji” i „państwa prawa”.

 

Wczoraj w Paryżu ludzie manifestowali pod hasłem „Chodźmy po Macrona”, ale prezydent oczywiście pozostał nieosiągalny w swoim Pałacu Elizejskim, zwanym potocznie „zamkiem”. Już przedwczoraj ludzie zaczęli się zbierać na Placu Contrescarpe w sercu Dzielnicy Łacińskiej, tam, gdzie cała ta afera miała swój początek, ujawniona dwa i pół miesiąca później. To tu, 1 maja, kiedy lewica manifestowała w obronie praw socjalnych sukcesywnie odbieranych przez neoliberalną administrację Macrona, sfilmowano jego młodego faworyta, 26-letniego Alexandre’a Benallę, zastępcę szefa gabinetu prezydenta. Przebrany za policjanta, wraz z kilkoma kolegami związanymi z prezydencką partią, bił młodych mężczyzn i kobiety. Bijący wykrzykiwali, że jeśli ktoś chce manifestować 1 maja, powinien jechać „do Wenezueli albo na Kubę”.

Był to zaledwie początek, gdyż właściwą burzę wywołały próby zatuszowania tej „akcji” i roli samego Benalli w najbliższym otoczeniu Macrona. Oto po latach do przestrzeni publicznej wróciło słowo „barbouze”. W slangowym francuskim oznacza ono bandytę na usługach władzy, kogoś, kto stosuje metody, których policja ani wojsko stosować nie mogą, kto działa w przebraniu („ze sztuczną brodą”). Termin zrobił szczególną karierę na początku lat 60. ubiegłego wieku, gdy ówczesne ministerstwo spraw wewnętrznych postanowiło walczyć z Organizacją Tajnej Armii (OAS, która sprzeciwiała się dekolonizacji Algierii) jej terrorystycznymi metodami. „Barbuzów” używały później do różnych spraw kancelarie prezydenckie: taką „policję równoległą” stworzył np. „socjalistyczny” prezydent Mitterrand, by ukrywać istnienie swej nieślubnej córki. Dziś wygląda na to, że Benalla był „barbuzem” Macrona.

 

Dworskie uśmiechy

Francja dowiedziała się o wszystkim dopiero 18 lipca, kiedy Le Monde opublikował wideo, na którym faworyt króla zabawiał się z kolegami w bicie „lewaków”, choć oczywiście nie miał do tego prawa. Ba, wydawał rozkazy policjantom. Kiedy w czwartek 26 lipca, już oskarżony o kilka przestępstw i wylany z roboty, Benalla dał wywiad tej samej gazecie, używał języka monarchicznego: „W sumie wszystko w Pałacu Elizejskim opiera się na ocenie bliskości z szefem państwa. To zjawisko dworu.” On był bardzo blisko, więc najwyżsi policjanci słuchali go bez szemrania. „Najwyższy czas obalić prezydencką monarchię absolutną, raz na zawsze!” – Thomas Guénolé, lewicowy politolog z Nieuległej Francji (La France Insoumise, LFI), przekonuje do VI Republiki, a cała opozycja, nawet tradycyjna prawica, straciła zaufanie do rządu.

W Europie podobnie scentralizowany system prezydencki można znaleźć tylko w Turcji Erdogana. Francja V Republiki daje prezydentowi olbrzymią władzę, a Macron zaproponował właśnie ustawę konstytucyjną zmniejszającą jeszcze znaczenie parlamentu. Przed wywiadem Benalli, Macron, po tygodniu milczenia, wyznał ludziom ze swej partii, że „został zdradzony”, potępił zachowanie swego człowieka, a jednocześnie podkreślił, że jest „dumny” z zatrudnienia kogoś tak oddanego, kto „przeszedł inną drogę”. Ta ambiwalencja dolała oliwy do ognia nie gorzej niż „pokazanie wała”.

 

Misiewicz do kwadratu

Benalla, wysoki i misiowaty, miał 24 lata, gdy dołączył do byłego bankiera w czasie jego kampanii wyborczej. Jako ochroniarz zbliżył się bardzo do przyszłej pary prezydenckiej, potem organizował ich prywatne wyjazdy. Jednocześnie miał sprawę o pobicie kobiety, co sąd umorzył. Kiedy Macron został prezydentem, jego podopieczny zrobił niebywałą karierę. Awans na wysokie stanowisko w kancelarii, na wysokiego oficera rezerwy (z kaprala), wejściówki wszędzie, luksusowy samochód z kierowcą, jak dla najwyższych oficerów, luksusowe mieszkanie niedaleko Pałacu Elizejskiego (w domu, w którym Mitterrand umieścił kiedyś tajną córkę), wysoką pensję. Nikt inny w kancelarii nie był tak rozpieszczony. Policja wolała słuchać jego rozkazów, choć nie miał prawa ich wydawać. Jego stanowisko było niejasne. Dziś jest podejrzewany o tworzenie „równoległej policji” politycznej na zlecenie prezydenta. Dla opozycji to „sprawa stanu”.

Jean-Luc Mélenchon, lider LFI, oświadczył w parlamencie, kompletnie sparaliżowanym od ujawnienia afery, że rozpoznał na majowych zdjęciach jednego z ludzi Benalli, który na marcowej manifestacji w Paryżu przeciw antysemityzmowi wyrzucał delegację parlamentarzystów lewicy. Okazało się, że kolega Benalli to oficer policji, który działał wtedy wspólnie z Żydowską Ligą Obrony (LDJ – Betar), grupą skrajnie prawicowych osiłków, która od dawna terroryzuje lewicowców. LDJ jest nielegalna w USA i nawet w Izraelu, ale nie we Francji. Wyrzucenie deputowanych lewicy z pochodu miało ich poniżyć politycznie, co się poniekąd udało.

 

Nie mówmy o tym

Parlament był sparaliżowany, bo opozycja odmówiła debat na temat zmian w konstytucji proponowanych przez Macrona, domagano się komisji śledczej. Większościowa partia prezydenta (LREM – prawica neoliberalna) zdołała jeszcze przegłosować postulat usunięcia z ustawy zasadniczej zapisu o powszechnych ubezpieczeniach społecznych i zgodziła się na komisję pod warunkiem, że będzie jej przewodzić. Jej żywot był krótki. Na pytania dlaczego nikt, choć zmuszony przez prawo, nie zawiadomił prokuratury, minister spraw wewnętrznych odpowiadał, że to nie on, lecz prefekt paryskiej policji powinien był to zrobić. Prefekt, że było to zadanie dla kancelarii prezydenta, a szef kancelarii, że „nie miał wszystkich elementów”. Przesłuchano sześć osób i każdy dzień przynosił nowe rewelacje, więc szefowa komisji z LREM odmówiła zapraszania na przesłuchania kolejnych urzędników z otoczenia Macrona.

W tej sytuacji cała opozycja, zarówno tradycyjna prawica (LR – Republikanie) ze Zgromadzeniem Narodowym (RN – dawnym Frontem Narodowym), jak i lewica – Nieuległa Francja (LFI) i komuniści (PCF), zdecydowała o bojkocie komisji jako „parodii”. Pojutrze w parlamencie odbędą się aż dwa głosowania w sprawach wotów nieufności do rządu: jedno prawicy i drugie lewicy, do którego postanowili dołączyć „socjaliści”. Resztka Partii Socjalistycznej, która została po „prawicowym coming-oucie” jej wyborców i polityków, którzy przeszli do LREM wraz z innymi neoliberałami, chce ciągle być identyfikowana na lewicy. To jednak niczemu nie pomoże, bo oba wota zostaną odrzucone przez większościową partię prezydenta.

 

Brodacz bez brody

Obserwatorów francuskiego życia publicznego zadziwiła najbardziej postawa mediów. Prawie wszystkie należą do kilku oligarchów-miliarderów i prawie wszystkie do tej pory opowiadały się za Macronem, tuszowały jego wpadki i chwaliły wątpliwe sukcesy, a tymczasem nagle nastąpiło pęknięcie, jakby czemuś zawinił. Wszystko wydawało się iść gładko: właściciele mediów, którzy go promowali, zarobili wielkie pieniądze, kolejne miliardy, z powodu obalenia przez Macrona podatku od wielkich fortun. Rozwarstwienie społeczne przyśpiesza, strumień bogactw idzie w górę kosztem uboższych, ale najwyraźniej „król” poszedł za daleko w swym monarchicznym pojmowaniu władzy.

Ale część oligarchii trwa przy Macronie, a on broni Benalli do samego końca. Przedwczoraj wywiad zrobiła z Benallą największa telewizja we Francji TF1 (własność wielkiego koncernu budowlano-komunikacyjnego Bouygues), w czasie największej oglądalności. Prezydent wysłał swoich speców od PR, którzy kazali faworytowi zgolić brodę, co symbolicznie miało pokazać „prawdziwego” fałszywego policjanta, który nie ma nic do ukrycia. W nienagannym garniturze i okularach wyglądał jak minister, wypowiadał wyuczone zdania. Wywiad nie był na żywo, zmontowano go z wystudiowanych wypowiedzi, by Benalla mógł rzec, niczym w romantycznej historii, że „nigdy nie zdradził prezydenta” i niczemu nie jest winny.

 

Kryzys monarchii

Dla opozycji zadziwiająca afera Benalli ilustruje jawną pogardę, jaką Macron i jego ludzie odczuwają w stosunku do wszelkiej kontrwładzy. Sam Macron najzupełniej poważnie porównuje się do Jupitera (Zeusa), boga, który włada piorunami. Co z tego, że faworytem dworu zajęła się w końcu prokuratura, skoro podlega ona rządowi, czyli prezydentowi? Zachłyśnięcie się władzą bankowego technokraty, które dało mu przydomek „króla-dziecka”, na razie niespecjalnie działa przeciw niemu: ponad 60 proc. Francuzów odrzuca go, ale i tak ma on dużo wyższą popularność, niż poprzedni prezydent Hollande. Nie tylko postawa oligarchicznych mediów odegra rolę w społecznej ocenie reszty jego kadencji, ale i protesty społeczne, które szykują się na jesień.

Macron wygrał wybory dzięki sprytnej recepcie neoliberałów: potrzebują oni jak powietrza czegoś, co uchodzi za diabła (np. nacjonalistów), co „wiecznie” znajduje się na drugim biegunie. Neoliberalizm wzmaga skrajną prawicę, bo sam nią w gruncie rzeczy jest, ze swą przemocą wobec uboższych i przeciwników politycznych. Brutalność policji, „pokazywanie wała” i tuszowanie przestępstw władzy może jednak na dłuższą metę doprowadzić do politycznego przełomu, na który żadni „barbouzes” nie poradzą.

 

Komentarz Bruno Drweskiego, naszego korespondenta z Francji:

Nie ulega wątpliwości, że nastroje społeczne są od lat ponure, tak samo na lewo, jak i na prawo, tak samo w klasach ludowych jak w średnich, tak samo wśród zatrudnionych przez państwo, jak wśród pracowników sektora prywatnego. Wiadomo, że jeśli wiele ludzi nie manifestuje bądź nie strajkuje teraz to tylko z tego powodu, że groźba bezrobocia, tymczasowe umowy, zadłużenie i brak nadziei i wiarygodnej alternatywy politycznej pozbawiły ich tej możliwości. Większość Francuzów jest skłonna natomiast popierać tych, którzy mogą pozwolić sobie na „luksus” walki o obronę zdobyczy socjalnych lat powojennych, dziś zagrożonych przez globalizację i politykę UE.
To wszystko jednak nie wyjaśnia, dlaczego główne media zrobiły aferę akurat z tego, co dotychczas najczęściej tolerowały. Mało które media protestowały, kiedy parę lat temu uzbrojone bojówki skrajnej prawicy syjonistycznej LDJ pobiły manifestantów, upominających się o prawa mieszkańców strefy Gazy, przy obojętności patrzących na to policjantów. Wtedy francuski rząd jako jedyny na świecie zabronił… następnych protestów na rzecz Palestyny, ze względu na „zagrożenia dla porządku publicznego”, zamiast zdelegalizować owe bojówki. Bojówki te ćwiczą zresztą w policyjnej hali sportowej w XIX dzielnicy Paryża. Trudno tu o jasną odpowiedź. Niektórzy twierdzą, że dopóki regres społeczny dotyczył niższych warstw, uprzywilejowana kasta stałych i bardzo dobrze płatnych dziennikarzy mogła się solidaryzować z elitami francuskimi, ale Macron zrobił o jeden krok za dużo, polecając przygotowanie ustawy przeciwko „fake news”. W teorii celuje ona w związaną z Rosją stację RT France, ale wszystkim dziennikarzom wiadomo, ze skoro niemożliwym jest obiektywne określenie, jaka informacja jest prawdziwa, a jaka fałszywa, to zagrożona jest pozycja wszystkich. I wszystkim grozi faktyczna cenzura… Ograniczone zostaną wpływy „czwartej władzy” nad władzą „pierwszą”, w sytuacji, kiedy zasadnicza władza i tak należy do transnarodowych firm, właścicieli większości koncernów medialnych.
A może rozgłos wokół afery Benalli związany jest z napięciami międzynarodowymi, w których Macron odgrywa ważną rolę, czy to na poziomie UE, czy w świecie arabskim, czy jeszcze na linii Francja-UE-NATO-G7-USA ? Niektórzy stawiają nawet odważną tezę o tym, że w obliczu masowego niezadowolenia system sprowokuje „kolorową rewolucję we Francji, która mogłaby, wzorem „arabskiej wiosny” czy „euromajdanu”, ukierunkować gniew ludu przeciwko „złemu prezydentowi” – byle system pozostał nietknięty. Tak czy owak, obecny kryzys osiągnął już taki poziom, ze nawet publiczna samokrytyka samego Macrona nie zmieni już chyba faktu, ze król jest nagi i że wszelki entuzjazm powyborczy i popiłkarski definitywnie minął. Francja, jak prawie wszystkie inne liczące się państwa Unii Europejskiej i NATO, weszła w okres kryzysu reżimu i utraty wiarygodności władz oraz elit rządzących i posiadających.

Kto wygrał? Francja czy Afryka?

„Fala rasizmu w Polsce i we Włoszech po zwycięstwie Francji” – artykuł o takim tytule w L’Équipe – najpopularniejszym francuskim dzienniku sportowym , który ukazał się zaraz po zakończeniu rosyjskich mistrzostw świata w piłce nożnej mówił o powodzi pogardliwych epitetów, zalewającej portale społecznościowe w obu krajach. „Małpy z piłką”, „pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki”: na różnych poziomach komunikacji poniżano lub odbierano wygraną Francji, ze względu na kolor skóry i pochodzenie znacznej części graczy. Tymczasem odpowiedź na pytanie, kto wygrał, nie jest taka trudna.

 

W Afryce ładunek emocjonalny twierdzenia o „afrykańskiej drużynie Francji” był odwrotny, panowała raczej duma. Analitycy internetu i mediów odkryli zresztą, że pierwszym krajem na świecie, który użył tego określenia była Burkina Faso, gdzie idee panafrykańskie znajdują wielu zwolenników. Później w niemal wszystkich krajach byłej francuskiej Afryki zachodniej i centralnej prasa oraz internet prześcigały się w podkreślaniu, gdzie tkwią korzenie rodzin francuskich futbolistów. Nie zabrakło też pewnych pretensji, że „Francja wysysa z Afryki, co najlepsze”, ale nawet to, dość paradoksalnie, stanowiło jakby fragment kontynentalnej dumy, pomieszanej z fatalizmem.

We Francji sprawa miała swoją stronę cokolwiek anegdotyczną. Gdy po powrocie do Paryża gracze zostali zaproszeni do Pałacu Elizejskiego na spotkanie z prezydentem, francuski internet obiegły pamiątkowe zdjęcia drużyny z Macronem, na których, mówiono, widać wyraźnie, że czarni futboliści zostali przesunięci do tyłu, by reprezentacja wyglądała bardziej biało. Była to raczej kwestia szerokości ujęcia, ale stała się okazją do przypomnienia tzw. wybielania oddziałów w 1944 r. Jesienią tego roku gen. de Gaulle rozkazał, by francuskie oddziały kolonialne, składające się głównie z czarnych żołnierzy, zastąpić białymi Francuzami z lokalnego ruchu oporu. Chodziło o to, by do wyzwalanych francuskich miejscowości nie wchodzili Afrykanie, którzy o nie walczyli, lecz miejscowi, co miało lepiej wyglądać na zdjęciach. Praktycznie wyglądało to tak, że Afrykanie musieli po prostu oddawać białym swoje mundury, zanim zostali wysłani z powrotem do Afryki bez zaległego żołdu, który zmienił właścicieli wraz z mundurami.

 

Kolonializm w telewizji

Więcej międzynarodowego hałasu zrobiły interwencje rządu francuskiego. Gdy np. Trevor Noah, prowadzący w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny program telewizyjny Daily Show, powiedział, że to „Afryka została mistrzem świata”, list protestacyjny wysłał doń ambasador Francji w USA Gérard Araud, by wyjaśniać, że mistrzem jest Francja. Ambasador podkreślił, że tylko dwóch z 23 graczy francuskiej kadry urodziło się za granicą i że „różnorodne pochodzenie reprezentantów odzwierciedla francuską różnorodność”. Tak się złożyło, że Noah nie jest Amerykaninem z urodzenia, pochodzi z RPA i dobrze zna Afrykę. Jego riposta składała się głównie z pytań.

„We Francji skrajna prawica zaprzeczała, że czarni gracze to Francuzi, a czarnoskórzy z całego świata świętowali fakt, że francuscy mistrzowie świata mają pochodzenie afrykańskie. To coś pozytywnego. Dlaczego nie mogliby być Afrykanami i Francuzami jednocześnie? Ambasador uważa, że aby być Francuzem, należy całkowicie zatrzeć swoje pochodzenie?” – pytał Noah i dodał, że „różnorodne pochodzenie reprezentantów” jest raczej odzwierciedleniem francuskiego kolonializmu, niż abstrakcyjnej „różnorodności”. „Wszyscy oni mają coś wspólnego. Można się zastanawiać, dlaczego ich rodziny zaczęły mówić po francusku?” – drążył Noah. To pytanie zostało bez odpowiedzi, więc, by rozstrzygnąć kto ostatecznie wygrał, należałoby przypomnieć kilka słabo znanych faktów.

 

Dlaczego po francusku?

We wszystkich krajach afrykańskich, które były francuskimi koloniami jeszcze w połowie ubiegłego wieku, po prostu naucza się francuszczyzny w szkołach. Powiedzmy, że trzy niepodległe kraje arabskie z północy kontynentu (Maroko, Algieria i Tunezja) to prawie sąsiedzi, więc to raczej logiczne, ale dlaczego powszechnie naucza się francuskiego w 14 innych krajach Afryki, często bardzo dalekich? To nie sentyment do kolonizatora, tylko obowiązek układowy. Kraje te stały się „niepodległe” pod pewnymi warunkami i zobowiązanie do nauczania francuskiego było jednym z nich.
Fala niepodległości krajów afrykańskich z lat 50. i 60. ubiegłego wieku jest zwykle rozumiana dosłownie, jako osiągnięcie niezależności polityczno-gospodarczej, jednak jeśli chodzi o owe 14 post-francuskich krajów, sprawy wyglądają inaczej. Na początku tej fali był kraj, który „niepodległość” rozumiał dosłownie. Była to Gwinea, w 1958 r., która odmówiła dalszego płacenia podatku kolonialnego (zapłaty za infrastrukturę). Ale wtedy Francuzi wynieśli się z kraju niszcząc wszystko, czego nie mogli zabrać ze sobą: szkoły, żłobki, budynki administracji publicznej, biblioteki, samochody, traktory, zabili konie i krowy, spalili zapasy żywności. Reszta krajów dobrze zrozumiała tę lekcję i grzecznie podpisała „układy o współpracy” z dawną metropolią.

 

Zmiana nazwy

Pierwszym warunkiem niepodległości dawnych kolonii francuskich było zachowanie kolonialnej waluty, franka CFA. Skrót ten oznaczał franka Kolonii Francuskich w Afryce, a potem dokładnie te same litery zaczęły oznaczać franka Wspólnoty Finansowej Afryki. Inaczej mówiąc, nowe niepodległe kraje nie miały (i nie mają) prawa do własnej waluty. Owszem, niektóre próbowały się pozbyć kolonialnego franka, ale wtedy natychmiast następowały zamachy stanu kierowane przez Paryż. Do dzisiaj więc są zobowiązane do oddawania 70 proc. swych rezerw walutowych do francuskiego banku centralnego, który na tym dobrze zarabia.

Kurs franka CFA jest na stałe podpięty pod euro, jak kiedyś pod franka francuskiego, co prowadzi kraje Afryki do wiecznego zadłużenia i pozwala Francuzom całkowicie kontrolować gospodarki dawnych kolonii. Wyprowadzanie zysków przez europejskie przedsiębiorstwa jest bajecznie łatwe. Oczywiście ten mechanizm bardzo utrudnia rozwój ubogich krajów Afryki, traktowanych ciągle jako zaplecze surowcowe. Przywódca Libii Muammar Kaddafi próbował zrzucić z Afryki „przekleństwo franka CFA”, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac zdobył się na szczerość: „Musimy uczciwie powiedzieć, że duża część pieniędzy w naszych bankach pochodzi z eksploatacji kontynentu afrykańskiego”. To ok. 500 miliardów euro rocznie. Bardzo mała część tych pieniędzy wraca do Afryki jako „kredyty pomocowe”. Tak, czy inaczej, Afryka musi płacić.

 

Warunki „niepodległości”

Układy o „współpracy” krajów afrykańskich z dawnym imperium obejmują o wiele więcej niż kolonialną walutę, czy automatyczną konfiskatę rezerw walutowych. Francja ma na przykład zapewnione pierwszeństwo kupna wszelkich nowoodkrytych bogactw naturalnych. Francuskie przedsiębiorstwa mają też pierwszeństwo w dostępie do lokalnych rynków publicznych. Np. w Wybrzeżu Kości Słoniowej francuskie firmy posiadają dosłownie wszystkie usługi publiczne: dystrybucję wody, elektryczność, komunikację telefoniczną, transport, porty i większe banki.
Kto tego pilnuje? Oprócz układów o „współpracy” gospodarczej, każdy kraj, który miał być niepodległy, musiał podpisać układy o „wspólnej obronie”, które dają Francji prawo trzymania swych wojsk, gdzie chce i interweniowania zawsze, gdy jej interesy są zagrożone. Układy te przewidują też, że wyższymi oficerami afrykańskich armii mogą zostać jedynie wojskowi wykształceni we Francji. Dawna metropolia ma również wyłączność na zaopatrzenie Afrykanów w ekwipunek wojskowy. „Niepodległe” kraje mogą zawierać militarne sojusze tylko za zezwoleniem Paryża. W końcu są zobowiązane do pomocy Francji w sytuacji kryzysu światowego. Innymi słowy, w razie wielkiej wojny afrykańscy żołnierze znowu musieliby wyzwalać Francję, zupełnie jak w 1944 r.

 

Nienawiść rasowa

Francuskie rozdrażnienie po mistrzostwach dotknęło też Nicolasa Maduro, prezydenta Wenezueli. Zadeklarował on, że „drużyna Francji była podobna do ekipy Afryki. Tak naprawdę wygrała Afryka, afrykańscy imigranci, którzy przybyli do Francji (…). Afryka była tak pogardzana w czasie tego Mundialu, tymczasem Francja wygrała dzięki afrykańskim graczom i synom Afrykanów”, nie omieszkał też wytknąć Europie rasizmu. Szef centro-prawicowej partii UDI Jean-Christophe Lagarde zapowiedział wtedy złożenie skargi na Maduro w prokuraturze, żądając ścigania go za „propagowanie nienawiści rasowej”, a w radiu oświadczył, że należy nań „nasrać”.

14 na 23 francuskich graczy, którzy zdobyli mistrzostwo świata w Rosji, ma pochodzenie afrykańskie. Pascal Boniface, znany politolog zajmujący się m.in. geopolityką futbolu, uważa, że „afrykańska” drużyna Francji to reprezentacja dawnego imperium kolonialnego, które „zachowało ścisłe związki z byłymi koloniami”. „Jest odbiciem pewnej historii, a dzisiaj lustrem przedmieść”. W dniu celebracji mistrzostwa władze Paryża pozamykały skrajne stacje metra, by ograniczyć obecność młodzieży z przedmieść w tłumie świętującym na Polach Elizejskich.

Misiewicz po francusku

Minister spraw wewnętrznych Francji, Gerard Collomb, złożył wyjaśnienia przed komisją w Zgromadzeniu Narodowym – niższej izbie francuskiego parlamentu. Pokajał się za to, że”odpuścił” sprawę zastępcy szefa gabinetu Macrona i jego protegowanego, Alexandra Benalli.

 

Afera wybuchła w ubiegłą środę, sprawę nagłośnił reportaż na łamach „Le Monde”. Benalla, który podczas demonstracji 1-majowej w przebraniu policjanta bił i szarpał demonstrantów, został nagrany i obfotografowany przez dziennikarzy. Okazało się, że prezydent Macron po całym wydarzeniu po prostu zawiesił go na dwa tygodnie bez żadnych dalszych konsekwencji.

Na temat Benalli istnieją uzasadnione podejrzenia, że przy pomocy własnej bojówki realizował po prostu prezydenckie „zadania specjalne” wymierzone w lewicę. To tłumaczyłoby, dlaczego prezydent zwlekał ze zwolnieniem go aż do ubiegłego piątku. W tej chwili Benalla znajduje się w areszcie, a sprawą zajmuje się prokuratura.

Zeznania w tej sprawie złożył minister spraw wewnętrznych Gerard Collomb. Twierdził, że nagrania dostał 2 maja. Natychmiast poinformował o nich prezydenta i usłyszał, że zostaną wyciągnięte konsekwencje. Pokajał się przed opinią publiczną, że w związku z tym przestał już interesować się dalszym biegiem sprawy. Wyjaśnienia te nie przekonały krytyków – Collomb jest jednym z najwierniejszych współpracowników Macrona w rządzie.

Minister przyznał też, że Benalla 1 maja był obecny razem z 40 innymi ludźmi w komendzie głównej policji, wówczas jednak minister nie miał pojęcia, iż jest to „człowiek prezydenta”.
Na zarzuty, że nie powiadomił o całej sprawie prokuratury, minister zarzekał się, że nie było to jego zadanie, lecz prezydenta lub szefa policji.
Sam Macron nie może na tę okoliczność zostać przesłuchany przez parlamentarzystów. Na temat całej sprawy odmawia komentarza od niemal tygodnia. Podano, że nie pojawi się na Tour de France na południu kraju w najbliższą środę. Dziennikarze już teraz mówią o największym jak dotąd kryzysie jego prezydentury.

Przepraszam, czy tu biją?

Bicie bezbronnych manifestantów objawia zwykle charakter państwa, a reakcja na to – charakter obywateli. U nas pobicie przez policję człowieka manifestującego swój sprzeciw pod Sejmem nie ma na razie żadnego dalszego ciągu politycznego, ani nawet specjalnie medialnego. Policja w wielu krajach kojarzy się zresztą z biciem, a polskie filmowe pytanie pozostaje ciągle uzasadnione, wziąwszy pod uwagę różne ciemne sprawy, które ujrzały światło dzienne. Może to kwestia przyzwyczajenia.
Tak się składa, że aferę z biciem manifestantów, przeżywa właśnie Francja. Zaczęło się od rewelacji Le Monde: filmu, na którym widać jak zastępca szefa gabinetu prezydenta Emmanuela Macrona, wcześniej nieznany publiczności Alexandre Benalla – lat 26, bije i kopie leżącego na ziemi „lewaka”, jak brutalnie pomiata „lewaczką” podczas manifestacji 1 maja. Z początku wydawało się, że Benalla, wraz kilkoma innymi osobami, związanymi z policją i partią Marcona, lubił po prostu w przebraniu policjanta „lać komuchów”, jak to robią czasem skrajnie prawicowe ugrupowania. Tymczasem dziś wygląda na to, że jest jeszcze grubsza sprawa: Macron postanowił mieć do dyspozycji własną, polityczną policję „równoległą”.
Benalla to mniej więcej odpowiednik polskiej historii Misiewicza, tyle, że sprawy zaszły dużo dalej. Młody, wysoki, misiowaty mężczyzna zrobił u boku Macrona tak niebywałą karierę, że jedyne precedensy, jakie można znaleźć, sytuują się w przedwiecznych czasach monarchii. Okazuje się, że Macron rozważał w zeszłym roku mianowanie go nawet na prefekta, jednak prefekt musi mieć co najmniej 35 lat, a miś miał tylko 25. Zaczynał jako 24-latek przy Macronie, jako kierowca i ochroniarz w czasie jego kampanii prezydenckiej. A jeszcze trzy dni temu należał do najściślejszego kręgu najwyższej władzy we Francji. Z kaprala rezerwy awansował od razu na pułkownika, stał się najbliższym faworytem prezydenta, obsypywanym niebywałymi łaskami.
Po 1-maja kancelaria prezydenta Macrona doskonale wiedziała, że Benalla to przestępca, ale nie powiadomiła prokuratury, tylko go na wszelki wypadek zawiesiła na dwa tygodnie, by mu w końcu zaoferować luksusowe mieszkanie i dalsze profity. Choć, podobnie jak w Polsce, francuski internet tłumaczy wyjątkową pozycję młodzieńca „historią miłości”, dostępne dziś elementy sprawy wskazują, że Benalla był wykonawcą politycznych zadań specjalnych. Przywódca francuskiej lewicy Jean-Luc Mélenchon rozpoznał jednego z jego ludzi jako wspólnika LDJ (Betar) – skrajnie prawicowej bojówki syjonistycznej terroryzującej lewicowców. LDJ, przy pomocy „policji” Benalli w marcu tego roku wyrzuciła delegację lewicowych parlamentarzystów z manifestacji przeciw antysemityzmowi…
Dziś Benalla siedzi w areszcie, a Macron uparcie milczy. Sprawę, oprócz prokuratury, ma wyjaśniać komisja parlamentarna, pewnie poleci minister spraw wewnętrznych. Niektórzy jednak przyrównują tę aferę do rozmiaru „Watergate” i domagają się dymisji samego Macrona. Mają do niego dużo więcej pytań, niż to nasze filmowe, i tym razem bicie manifestantów nie będzie mogło służyć za odpowiedź. W końcu dopiero wtedy można mówić o demokracji.

Gierek w Auby

W Polsce trwa szał dekomunizacji. Francuskie miasto Auby postanowilo tymczasem uhonorować Edwarda Gierka.

 

Mistrzem ceremonii był mer Auby, Freddy Kaczmarek. Zaproszeni i obecni byli Adam Gierek, syn Edwarda Gierka i europoseł RP, jego małżonka, Wilhem Zych, przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu, Barbara Kossowska Siewiec, kierownik biura współpracy z zagranicą w Sosnowcu, Christian Musial, mer miasta Leforest (gdzie Edward Gierek żył, pracował na kopalni i skąd został deportowany w 1934 roku), Christian Champire, mer miasta Grenay, przedstawiciele Rady Departamentu, Rady Regionu, liczni działacze i działaczki Francuskiej Partii Komunistycznej z regionu Północy i Pas de Calais oraz liczni mieszkańcy Auby i okolicznych miasteczek. Uczestniczyła też przedstawicielka KPP.

Uroczystości rozpoczęła orkiestra Auby, która odegrała hymn Francji. Następnie mer Freddy Kaczmarek przedstawił okoliczności, obecnych gości oraz tabliczkę honorującą Edwarda Gierka na ulicy która łączyła ulicę Jacquesa Duclos (najważniejszego działacza FPK po Maurice Thorez) z inną ulicą. Ulica znajduje się na ładnym osiedlu mieszkaniowym w pobliżu pól i ogrodów. Pierwszą tablicę odsłonił Adam Gierek. Następnie udaliśmy się na drugi koniec ulicy pod drugą tablicę, którą odsłonięto pod hymnie polskim. Nastąpiły przemówienia. Jacek Kmieciak, przewodniczący Stowarzyszenia Przyjaciół Edwarda Gierka opowiedział historię jego życia, pracę w kopalni w Leforest, walki związkowe w CGT robotników polskich i francuskich o poprawę warunków życia i pracy, następnie strajk z 1934 roku górników polskich oraz represje jakie ich spotkały ze strony władz francuskich: więzienie, deportacja, w tym Gierka który musiał wrócić do Polski a następnie wyjechał do Belgii. Jacek Kmieciak wspomniał, że dekret deportacyjny nie został nigdy anulowany i że jak Giscard d’Estaing podejmował Edwarda Gierka jako głowę Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, w 1972 roku, to deportacja nadal formalnie na Gierku ciążyła. Towarzysz Kmieciak wspomniał o tym; by przypomnieć że nigdy nic nie było dane robotnikom, że jedynie przez walkę można zdobyć godność i że kapitalistyczna republika nigdy nie darowała robotnikom ich buntu i walki o socjalizm. Natomiast Edward Gierek mógł zostać szefem państwa, które było socjalistyczne.
Adam Gierek uzupełnił historię ojca i wspomniał o jego dokonaniach w PRL i bardzo dobrej opinii Polaków o nim. Krystian Musial, mer Leforest przypomniał o ciężkiej pracy górników w Leforest, o ich udziale w antynazistowskim Ruchu Oporu, o heroizmie robotników Nordu. Także o tym, że walka nadal trwa. Gdy w Polsce obecne władze wymazują z historii pamięć po Gierku i PRL, Macron i rząd Francji niszczą zdobycze socjalne robotników i prywatyzują zdobyte walką robotników usługi publiczne takie jak państwowa kolej. Dlatego też spotkanie to jest wyrazem solidarności klasy robotniczej Polski i Francji i odnowieniem tej więzi jaka łączyła robotników polskich i francuskich tu w zagłębiu górniczym Nordu i której historia Edwarda Gierka jest przykładem. Wielu obecnych działaczy komunistycznych i związkowych, zwłaszcza pochodzenia polskiego, było bardzo wzruszonych, dla nich to nie są puste słowa.

Następnie przemawiał Wilhelm Zych, Przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu. Mówił o mieszkańcach Sosnowca pochodzących z rodzin repatriowanych z Francji oraz o walce mieszkańców miasta przeciw wymazaniu pamięci Edwarda Gierka poprzez likwidacje ronda jego imienia. Zych ogólnie skrytykował dekomunizację. Po nim przemawiała przedstawicielka miasta Czeladź, które jest bliźniacze z Auby. Także ona skrytykowała tak zwany dekret dekomunizacyjny. W te dni w Auby przebywała liczna grupa młodzieży z Czeladzi. Przedstawicielka KPP przemawiała tuż przed merem Freddy Kaczmarkiem i odczytała tekst w imieniu KPP. Mer Kaczmarek zakończył wystąpienie podkreślając wagę solidarności proletariackiej przeciwko represjom jakie doświadcza KPP. KPP została uwidoczniona na równi z europosłem i przewodniczącym Rady Miejskiej Sosnowca. Merowie komunistycznych miast Auby, Grenay i Leforest podkreślali bliskie związki z KPP, tak że obecni politycy z SLD i Platformy, musieli nas poważnie i z szacunkiem traktować.

Mówiąc o PRL i Gierku pokazaliśmy, że PRL to jak najbardziej była Polska, wielu ludzi do niej jest przywiązanych i ją pamięta, także tu we Francji. Jak na zakończenie powiedział Adam Gierek: albo PRL to była Polska albo Polska nie ma stu lat.

 

Wystąpienie KPP z okazji nadania imienia Edwarda Gierka w Auby

13 lipca w mieście Auby we Francji jednej z ulic uroczyście nadano imię Edwarda Gierka. Jednomyślną decyzją rady miejskiej uhonorowano polskiego komunistę, związanego w młodości z górniczym regionem Nord-Pas-de-Calais. O nadanie nazwy ulicy wnioskowało między innymi polonijne Stowarzyszenie Przyjaciół Edwarda Gierka oraz organizacje komunistyczne. Edward Gierek pracował jako górnik i zamieszkiwał z rodziną w miasteczku Leforest w regionie Nord Pas-de-Calais od roku 1931 do 1934 kiedy został wydalony z Francji za działalność związkową i udział w strajku górników.

Na uroczystość zaproszona zastała między innymi delegacja KPP. Poniżej wystąpienie okolicznościowe wygłoszone w imieniu naszej partii:

Komunistyczna Partia Polski dziękuje władzom Auby oraz wszystkim środowiskom dzięki którym możliwe było nadanie ulicy w Auby imienia Edwarda Gierka. Wasza postawa jest przykładem internacjonalizmu oraz międzynarodowej solidarności. Jest to bardzo ważna inicjatywa, zwłaszcza dziś, gdy w Polsce władze fałszują historię i usuwają wszystkie pamiątki związane z Polską Ludową oraz ruchem robotniczym w ramach tak zwanej „dekomunizacji”.

Edward Gierek pozostaje w pamięci polskiego społeczeństwa jako ten, który podczas dekady swoich rządów przyczynił się do ogromnego rozwoju technologicznego kraju oraz zamożności jego mieszkańców. Lata 1970-1980 to czas największego uprzemysłowienia. Powstawały zakłady pracy, kopalnie, drogi szybkiego ruchu, czy nowe połączenia kolejowe. Przemysł nastawiono na zaspokajanie najważniejszych potrzeb konsumpcyjnych ludzi pracy. Poprawiły się również warunki zatrudnienia. Nieznane były zjawiska bezrobocia, bezdomności oraz wykluczenia społecznego. Społeczeństwo zyskało również szeroki dostęp do bezpłatnego szkolnictwa, w tym na poziomie uniwersyteckim. Dekada rządów Gierka została przerwana dopiero przez skutki międzynarodowego kryzysu, które dla kraju takiego jak Polska były wówczas nie do uniknięcia. Pomimo to inwestycje z czasów Gierka przetrwały do okresu restauracji kapitalizmu i zostały zniszczone dopiero przez tak zwane przemiany gospodarcze. Wiele z nich, takich jak centralna magistrala kolejowa ze Śląska na północ Polski, Huta Katowice, osiedla mieszkaniowe, szkoły, czy budynki użyteczności publicznej przetrwało do dzisiaj.

Pomimo wszelkich przeciwności przypominamy o tym oraz kontynuujemy walkę o sprawiedliwość społeczną. KPP pozostaje partią klasową odwołującą się do postulatów ruchu robotniczego. Wiele z naszych ostrzeżeń przed niszczycielskim charakterem kapitalizmu, potwierdziło się. Przestrzegaliśmy przed społecznymi skutkami reform oraz ich ogromnymi kosztami. Dziś, z gorzką satysfakcją, możemy powiedzieć, że mieliśmy rację. Nowe inwestycje nie służą już społeczeństwu, jak za czasów Polski Ludowej, lecz pomnażaniu dochodów kapitalistów. Programy budowy mieszkań zastąpiła spekulacja na rynku mieszkaniowym oraz bezdomność. Obecna Polska jest krajem ogromnych nierówności społecznych, nieznanych w okresie Polski Ludowej.
Dziękujemy za zaproszenie na dzisiejszą uroczystość. Pomimo najszczerszych chęci przedstawiciele kierownictwa KPP nie mogą w niej uczestniczyć. Ma to związek z procesem politycznym jaki wytoczono KPP oraz redakcji partyjnego pisma „Brzask” za rzekome propagowanie totalitaryzmu. Wczoraj odbywało się kolejne posiedzenie sądu w naszej sprawie, dlatego nie byliśmy w stanie dotrzeć dziś do Auby. Ten trwający ponad dwa i pół roku proces jest elementem antykomunistycznej polityki władz oraz narastających represji politycznych.

Pozdrawiamy wszystkich uczestników i uczestniczki dzisiejszej uroczystości. Ze swojej strony zapewniamy, że wytrwamy w walce o sprawiedliwość społeczną i zachowanie pamięci o ludziach takich jak Edward Gierek.