O co walczymy, dokąd zmierzamy?

Polska zawsze należała do biedniejszych krajów Europy, nie zmieniło się to przez ostatnie dwadzieścia lat i trudno oczekiwać, by w kolejnym dwudziestoleciu miało być inaczej.

 

Niedawny jubileusz odzyskania niepodległości to także dobra okazja do zastanowienia się, jaki dystans w rozwoju gospodarczym dzielił Polskę od krajów Europy zachodniej przed 100 laty i jak wygląda to dziś. Oraz kiedy – i czy – wreszcie je dogonimy.
Na temat przeszłości – stanu z początków II Rzeczpospolitej, wiemy stosunkowo niewiele. Jednak interesujące dane na ten temat zostały właśnie opublikowane przez Julię Patorską z Deloitte.

 

Z głębokiego dołka

Jak wiadomo w 1918 r. odradzająca się Polska stanowiła pod względem ekonomicznym obszar – zlepek trzech odmiennie rozwiniętych organizmów. Według ekspertki wówczas całe terytorium kraju średnio generowało Produkt Krajowy Brutto w przeliczeniu na 1000 mieszkańców (per capita) na poziomie „nieco niższym niż 50 proc. poziomu notowanego w ówczesnej Europie Zachodniej”.
Przy czym część zachodnia i północna kraju, tj. podległa wcześniej zaborowi niemieckiemu, była dwukrotnie bogatsza, niż obszary po zaborze rosyjskim i austriackim.
Nie zmienia to faktu, że kolejne lata w historii gospodarczej całej II Rzeczpospolitej nie były łatwe. Pierwszy okres po odzyskaniu niepodległości to czas obrony kraju przed nawałą bolszewicką i walki o ostateczny kształt granic, znaczony m.in. powstaniami śląskimi czy plebiscytem na Mazurach.
Do połowy lat 20. gwałtownie narastała inflacja, co przerwały dopiero reformy gospodarcze premiera Grabskiego, z wprowadzeniem złotego (w miejsce dotychczasowej marki polskiej) na czele.
Zauważalna poprawa gospodarcza skończyła się rychło ogólnoświatowym kryzysem w 1929 r., trwającym w Polsce niemal całą kolejną dekadę. Jasnymi punktami lat 30. stały się inwestycje rządowe przeprowadzane pod kierownictwem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego: budowa portu w Gdyni (port w Gdańsku leżał poza terytorium kraju – w Wolnym Mieście Gdańsku) oraz Centralny Okręg Przemysłowy.

 

Gdy wyprzedzaliśmy Hiszpanów

II wojna światowa doprowadziła polską gospodarkę do ruiny. Choć po wojnie nie było z nią najwyraźniej jeszcze bardzo źle, jeśli wierzyć danym opublikowanych przez Julię Patorską – skoro: „w latach pięćdziesiątych udało się przekroczyć magiczną barierę 50 proc. PKB per capita notowanego w krajach zachodniej Europy. Co więcej, byliśmy wówczas bogatsi niż Hiszpania”.
Najgorsze przyszło w latach 80., gdy przestano spłacać krajom zachodnim długi (25 mld ówczesnych dolarów – z odsetkami) zaciągnięte w poprzedniej dekadzie przez ekipę Edwarda Gierka. Kraj praktycznie wówczas zbankrutował.
Według Julii Patorskiej polski PKB per capita w chwili rozpoczęcia transformacji ustrojowej odpowiadał 30 proc. poziomu notowanemu w krajach Europy Zachodniej.
„W tym czasie Hiszpania, którą w latach 50. i 60. przewyższaliśmy bogactwem, za sprawą otwarcia gospodarki po śmierci Franco, zdołała generować o 60 proc. więcej PKB niż Polska” – stwierdza ekspertka.

 

Czy będziemy bogaci jak Czesi?

Po kolejnych 30. latach, w chwili obecnej, osiągnęliśmy poziom około 70 proc. średniego unijnego PKB. Jest to oczywiście powód do zadowolenia, choć zapewne mogłoby być jeszcze lepiej.
Jak podawał portal bankier.pl oznacza to poziom niższy od notowanego w 1995 r. w Czechach (76 proc. PKB per capita w krajach Unii Europejskie), w których wskaźnik ten wzrósł obecnie do 89 proc. unijnej średniej. A z drugiej strony, podobno przeskoczyliśmy już pod tym względem Grecję i zbliżamy się do Portugalii.
Ponadto, wciąż jesteśmy w czołówce krajów UE pod względem dynamiki rozwoju PKB, co oznacza, że jeśli ten stan się utrzyma, mamy szansę na ich dogonienie w nieodległej już perspektywie. Nie wiadomo jednak w jakiej – i czy będzie tak dalej w kolejnych miesiącach oraz latach.
Czy sprawdzą się zatem zapowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego sprzed kilku miesięcy, że Polska może osiągnąć średni unijny PKB na głowę już za 10-15 lat? Tego nie można zagwarantować. Na odpowiedź na to pytanie przejdzie nam czekać co najmniej dekadę.

Nasz dług z wyższą oceną

To pozytywny sygnał, choć nie można twierdzić, że jest on wskaźnikiem dobrych perspektyw gospodarczych Polski. Zagrożeń bowiem nie brakuje.

 

W październiku agencja Standard & Poor’s podniosła wycenę długu publicznego Polski.
Długookresowy rating w walutach obcych został podniesiony z „BBB+” do „A-” (poziom A oznacza, że nasze obligacje są bezpieczne i warto je kupować), długookresowy rating w złotówkach z „A-” do „A”, natomiast krótkookresowy rating w złotówkach podniesiono z „A-2” do „A-1”.

 

Powrót do przeszłości

Wielu obserwatorów potraktowało ten ruch jako poprawę oceny długofalowych perspektyw gospodarczych Polski, podczas gdy w rzeczywistości to jedynie powrót do tego, co już było wcześniej.
Jest to bowiem cofnięcie obniżki ratingu, której S&P dokonała prawie trzy lata temu, w styczniu 2016 roku na początku rządów Prawa i Sprawiedliwości.
Tak wysoki rating, jak obecnie, Polska miała już w latach 2007-2015 – i to pomimo, że przypadał na nie globalny kryzys finansowy i kryzys wypłacalności w strefie euro.
Przywrócenie wcześniejszego ratingu to wynik m.in. pozytywnych zmian strukturalnych w sektorze prywatnym, które trwają niezależnie od polityki gospodarczej rządu PiS.
Rozwój sektora przedsiębiorstw, przy jednoczesnym odpływie pracowników z rolnictwa, podnosi produktywność polskiej gospodarki.
Oznacza to, że działania PiS nie zatrzymały pozytywnych zmian zachodzących w sektorze prywatnej przedsiębiorczości, chociaż ograniczyły stopę inwestycji prywatnych.

 

PiS nie zaszkodził gospodarce

Polska w 2017 roku po raz pierwszy od 1995 r. zanotowała nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących (0,3 proc. produktu krajowego brutto), co wskazuje na poprawę konkurencyjności naszej gospodarki. S&P przypisuje to zwłaszcza silnej nadwyżce w rozwijającym się sektorze usług.
Jak zauważa Fundacja Obywatelskiego Rozwoju, PiS wycofało się także z części kosztownych obietnic wyborczych (takich jak przewalutowanie kredytów frankowych czy podniesienie kwoty wolnej od podatku), a realizację pozostałych rozłożyło w czasie.
W efekcie roczny koszt realizacji wyborczych obietnic w ubiegłym roku wyniósł ok. 27 mld zł zamiast 59 mld zł zapowiadanych w kampanii – pomimo obniżenia wieku emerytalnego oraz wprowadzenia programu „Rodzina 500+”.
W 2018 r. szacowany koszt realizacji tych obietnic wzrośnie do ok. 35 mld zł (ze względu zwłaszcza na rosnące koszty obniżenia wieku emerytalnego). Opóźniając realizację części obietnic wyborczych i wycofując z innych, w warunkach dobrej koniunktury rząd miał czas na zwiększenie dochodów i obniżenie innych wydatków.
Samo zamrożenie progów podatkowych w podatku dochodowym od osób fizycznych, będące efektywnym wzrostem opodatkowania, przyniosło w ciągu trzech lat ok. 3-4 mld zł. Podatek bankowy to dodatkowe 4 mld zł.

 

Rząd zaprasza cudzoziemców

Jednocześnie, rząd hamując dynamikę płac w sferze budżetowej, w tym samym okresie zaoszczędził kolejne 4-5 mld zł. To zaś, w połączeniu z wyższymi wpływami z VAT dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego (obecnie szacowanemu na 13-19 mld zł) oraz dobrej koniunkturze (która podnosi także wpływy z innych podatków), zapobiegło wzrostowi deficytu pomimo nowych wydatków.
Ponadto, znaczny napływ cudzoziemców do Polski wspiera wzrost gospodarczy uzupełniając braki pracowników. Rząd PiS, wbrew antyimigracyjnej retoryce, nie zablokował ich napływu. NBP szacuje, że w 2017 r. przebywało w Polsce przeciętnie 900 tys. pracowników z Ukrainy.
Agencja S&P, pomimo przywrócenia wcześniejszego ratingu Polski, wymienia jednak szereg posunięć rządu PiS, negatywnych dla wzrostu gospodarczego.
W szczególności, jest to konflikt z Komisją Europejską który może zaważyć na dopływie funduszy UE dla naszego kraju, a także gorsza ocena rządów prawa w Polsce przez inwestorów.
Ponadto, niepewność regulacyjna hamuje inwestycje zagraniczne oraz małych I średnich przedsiębiorstw. Obniżenie wieku emerytalnego pogarsza perspektywy wzrostu gospodarczego, zaś podatek bankowy może osłabiać rentowność sektora bankowego.
Według FOR, dążenie do nacjonalizacji banków jest ryzykowne dla branży, polityka fiskalna jest nieco pro-cykliczna zamiast kontr-cykliczna, a szybki wzrost płacy minimalnej może przełożyć się na inflację.
Pozytywna natomiast była poprawa ściągalności VAT-u oraz ułatwienia dla cudzoziemców, wprowadzane przez rząd PiS. Potencjalnie, dobrym rozwiązaniem mogą się także okazać Pracownicze Plany Kapitałowe.

 

Mniejsze ryzyko

Na koniec, należy przypomnieć, że misją agencji ratingowych nie jest ocena perspektyw długofalowego wzrostu gospodarki danego kraju – ale ocena ryzyka niewypłacalności z punktu widzenia wierzycieli.
Dlatego agencje myślą raczej – i formułują swoje oceny – w perspektywie możliwości spłaty najdłuższych emitowanych obligacji skarbowych, których horyzont to 10-15 lat.
A zatem, traktowanie ocen agencji ratingowych jako wskaźników perspektyw długofalowego wzrostu w dłuższej perspektywie, na przykład 30 lat, czy dogonienia poziomu życia Zachodu, jest nieporozumieniem.

Polska w gronie krajów najbardziej rozwiniętych…

I co dalej?

 

Od września decyzją FTSE Russell (dostawca indeksów należący do grupy London Stock Exchange, która jest punktem odniesienia dla funduszy inwestycyjnych) Polska klasyfikowana jest już nie jako gospodarka wschodząca, lecz jako jedna z 25 najbardziej rozwiniętych na świecie – obok USA, Niemiec czy Japonii. Co z tego wynika?

 

Przede wszystkim prestiż. Jesteśmy w pierwszej lidze

Rodzą się jednak liczne pytania, zaś na horyzoncie – tym bliższym i tym dalszym – gromadzą się niewygodne pytania, a nawet zaczątki groźnych burz. Ten awans dotyka nas bowiem w trudnym momencie zarówno pod względem gospodarczym, jak i, powiedziałbym, intelektualno-historycznym.

Jesteśmy co prawda w doborowym gronie, mamy doskonałe papiery, ale od wielu miesięcy nie przekłada się to na wzrost poziomu inwestycji w kraju, zwłaszcza inwestycji zagranicznych. Jedziemy napędzani krajowym popytem. Na dłuższą metę nie on ma decydujące znaczenie. Z danych NBP wynika, że nasza gospodarka zaczyna zwalniać.

 

Przyczyny

Powodów jest wiele i zapewne na większość nie mamy jeszcze wpływu. Mimo wszystko nie jesteśmy aż tak rozwinięci, byśmy mogli dotrzymać kroku każdej konkurencji. Niemniej jest coś, co zależy wyłącznie od nas. Wiarygodność mianowicie.

Kraj zniszczony wojnami i przez lata błąkający się na peryferiach Europy, dostąpiwszy takiego wyróżnienia powinien szczególnie dbać o opinię kraju wiarygodnego, stabilnego, solidnego pod każdym względem. Powinien co dzień udowadniać, że na wyróżnienie zasłużył, że nie jest to jakiś wyskok, który za chwilę przeminie.

Tymczasem ledwie słońce wstało, już pojawiły się chmury. Spory polskiego rządu z Unią Europejską na tle fundamentalnych zasad prawnych kładą się poważnym cieniem na wizerunku Polski. Europa ma poważne wątpliwości, czy Polska jest krajem prawnym i demokratycznym. Dopóki tych wątpliwości ostatecznie nie rozwieje, patrzeć będzie na nas nieufnie. Inwestorzy zaś, nie mając gwarancji na przykład niezależnego i niezwisłego rozstrzygania przed sądami polskimi ewentualnych sporów, będą się powstrzymywać z inwestowaniem u nas.

 

Odpowiedzialność

Nie tylko Polska, jako kraj, musi być odpowiedzialny. Także politycy winni staranniej dobierać słowa, zwłaszcza, gdy odnoszą się do demokratycznych fundamentów, na jakich Unia jest posadowiona. One są proste i uniwersalne. Wystarczy od nich nie odchodzić. Podobnie bowiem jak istnieje moralność w życiu prywatnym tak samo istnieje moralność w życiu państwowym.
Jakże łatwo, dla jakichś bieżących celów politycznych, czy wręcz partyjnych, odpływamy od niej w kierunku propagandy, skąd już tylko krok do kłamstwa, czyli niemoralności. To jest mechanizm uniwersalny, ponad państwowy i ponad czasowy. Oczywiście przeciwnicy obecnej władzy w Polsce mogą natychmiast przywołać potwierdzone sądownie przykłady propagandy, która wzięła górę nad prawdą, a więc przykłady kłamstwa. Pragnę im jednak uświadomić, że nie tylko jedna strona ma monopol na zachowania niemoralne.

Poprzednicy obecnej ekipy, jeśli czymś wyraziście się odróżniali, to raczej tylko innego rodzaju wrażliwością. Nie tylko oszczędnie gospodarowali prawdą, ale też po prostu prawdy nie mówili. Warto pamiętać, że największą operację socjalną, w powszechnym mniemaniu godzącą w interesy ludzi – czyli drastyczne podwyższenie wieku emerytalnego, przeprowadzili z zaskoczenia, w całkowitym oderwaniu od obietnic wyborczych. Kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem, chciałoby się przypomnieć. Prawda w życiu gospodarczym i państwowym, podobnie jak rzetelność i uczciwość, jest jednym z fundamentów stabilizujących życie społeczne.

Obawiam się więc, że zaliczenie Polski do grona 25 krajów wysoko rozwiniętych dokonało się wyłącznie na podstawie parametrów ekonomicznych. Tymczasem w krajach wysoko rozwiniętych, do których nas zaliczono, równie ważne są kryteria, powiedziałbym, moralne. Sumienność, rzetelność, uczciwość są nie mniej istotne, jak wskaźniki wzrostu.

Historia ze stępką pod nieistniejący prom, wbicie w pustą plażę tyczki mającej symbolizować przekop Mierzei Wiślanej, opowieść o żarówce żarowej jako symbolu unijnej dyskryminacji, czy bajki o zielonej wyspie i ciepłej wodzie w kranie, to też jest rzeczywistość Polski, jednego z 25 najbogatszych krajów świata.

 

Po pierwsze człowiek

Co, a właściwe, kto może to zmienić? Ludzie oczywiście. Wykształceni, rzutcy, niebojący się wyzwań, gotowi do ciężkiej pracy. Twórcy z różnych dziedzin.

Rośnie znaczenie informatyki i usług informatycznych, przetwórstwa przemysłowego, transportu, logistyki, administracji biznesowej. Specjaliści z tych dziedzin są na wagę złota. Ale też artyści, lekarze, specjaliści potrafiący programować i obsługiwać coraz bardziej wyrafinowane narzędzia przemysłowe, medyczne i inne, twórcy, intelektualiści wywołujący nieustanny ferment, poszukujący nowych sensów, odkrywających nowe przestrzenie niczym fizycy kwarkowi – to są ludzie, napędzający postęp i gwarantujący rozwój. Tylko tacy, wyposażeni w niezbędną wiedzę, mają szansę sprostać konkurencji. Nie obędą się oni, co oczywiste, bez wykwalifikowanych pracowników – już nie twórców, a rzetelnych odtwórców, bo bez nich także nie ma postępu.

Takich niespokojnych duchów, na podstawie różnych kryteriów – m. in. dochodowych – NBP doliczył się w Polsce ok. 4,5 mln. Nazywa się ich nową klasą średnią. Podobno są to szacunki życzliwe… Warto jednak w tym miejscu pamiętać, że ok 3 mln. Polaków żyje na emigracji. Przede wszystkim właśnie tacy rzutcy, niebojący się wyzwań, wykształceni specjaliści oraz solidni i fachowi pracownicy. Głównie ludzie młodzi. Wielu deklaruje, że do Polski nie wróci. Brak wykwalifikowanych rąk do pracy brak otwartych na innowacje głów, może stanowić bardzo poważny problem i to w krótkim czasie.

 

My? Z jakiej racji?

Nominacji do grona krajów najbardziej rozwiniętych towarzyszy inna. Wraz z ogłoszeniem miłego nam komunikatu giełdy w Londynie, nasz stosunek do obowiązującej w Unii zasady solidaryzmu też bowiem uległ zmianie. Polska, jak najbardziej oficjalnie przestała być krajem biednym. Zatem przeszła z grupy krajów, którym trzeba pomagać, do grupy, która pomaga innym. Oczywiście jeszcze daleko nie w takim stopniu, jak kraje „starej Unii”, ale jednak. Należy się spodziewać, że ten fakt na pewno będzie wykorzystywany przez populistów, którzy bardzo lubią z Unii brać, ale bardzo nie lubią do Unii się dokładać. Należy się spodziewać, że ich oburzenie faktem, iż „Polska musi płacić na Unię”, będzie akceptowane przez znaczną część społeczeństwa.

Słowem – nominacja do grona najbardziej rozwiniętych państw świata jest powodem do dumy, ale i do zatroskania jednocześnie. Towarzyszyć naszemu myśleniu o nowej dla nas sytuacji powinna świadomość, że do takiego grona bardzo trudno się dostać, ale za to bardzo łatwo z niego wypaść. Znane są bowiem i takie państwa, które wcześniej od nas uważane były za wysoko rozwinięte, ale do pierwszego poważniejszego kryzysu ekonomicznego. Co tu daleko szukać – sami przecież cieszyliśmy się swego czasu, że Polska była dziesiątą (pod względem PKB) gospodarką świata.

Stara Europa dostała zadyszki?

Gospodarka w 19 krajach wspólnej waluty rośnie najwolniej od 2013 r. Sytuacja za Atlantykiem jest zgoła odmienna, USA rozwijają się 5 razy szybciej niż strefa euro. Co to oznacza dla Polski?

 

Według Europejskiego Urzędu Statystycznego, gospodarka eurostrefy rozwijała się w trzecim kwartale w tempie 0,2 proc. kwartał do kwartału. To najniższy wzrost od II kw. 2014 r.
Tymczasem w 2017 r. rozwój w kwartale średnio sięgał niemal 0,7 proc. Co się dzieje z gospodarką Europy?

 

Cały rok jest jakiś kiepski

Od początku tego roku dane o produkcie krajowym brutto ze starego kontynentu są gorsze od oczekiwań. Najpierw uważano, że to kwestia srogiej zimy i po pierwszym słabym kwartale przyjdzie odbicie w drugim. Ono jednak nie nastąpiło, ale wtedy również znaleziono wytłumaczenie – strajki we Francji, a dodatkowo groźby wojny handlowej.
Trzeci kwartał z kolei upłynął pod dyktando pomysłów gospodarczych nowego rządu we Włoszech. Borykająca się od lat z problemami ekonomicznymi Italia dostała cios w postaci cofnięcia reformy emerytalnej, wprowadzenia dochodu gwarantowanego i konfliktu z Komisją Europejska, co pogorszyło nastroje w przemyśle. W rezultacie, Włochy w III kw. były w stagnacji ze względu na kurczenie się produkcji.
Gospodarka Niemiec nie wyglądała w tym czasie o wiele lepiej. Chociaż stabilność gospodarcza naszego zachodniego sąsiada jest niezaprzeczalna, to jednak nowe regulacje w sektorze motoryzacyjnym mogły spowodować, że w III kw. również w Niemczech mieliśmy spowolnienie.

 

Amerykańskie przyśpieszenie

W USA natomiast PKB urósł w trzecim kwartale o 0,86 proc. przy tej samej metodologii publikacji danych, jaką stosuje Eurostat. Z tego wynika, że amerykański wzrost był o ponad 5 razy szybszy niż ten w strefie euro – zauważa Cinkciarz.pl. W relacji rok do roku wzrost w Ameryce był w III kw. prawie dwa razy szybszy niż na obszarze wspólnej waluty i wyniósł odpowiednio 3,04 proc., i 1,66 proc.
Przepaść dzielącą USA oraz strefę euro potwierdzają np. dane o wskaźnikach wyprzedzających koniunktury dla przemysłu oraz dla usług. W Stanach są one na blisko historycznych szczytów, a w strefie euro dochodzą gdzieniegdzie do czteroletnich minimów.
Różnicę widać także w produkcji przemysłowej. W sierpniu oraz we wrześniu rosła ona w okolicach 5 proc. rok do roku w Stanach Zjednoczonych. Dla strefy euro nie ma jeszcze danych za ubiegły miesiąc, ale w lipcu i w sierpniu ten wzrost wyniósł odpowiednio 0,3 oraz 0,9 proc.
Tempo rozwoju USA prawdopodobnie nadal będzie wyraźnie przekraczać odczyty ze strefy euro. To zaś może oznaczać, że Rezerwa Federalna będzie podnosić stopy procentowe. Natomiast powolne tempo rozwoju strefy euro sugeruje, że Europejski Bank Centralny zechce opóźniać podwyżki stóp procentowych i utrzyma je na ujemnym poziomie przez cały 2019 r.
W rezultacie różnica pomiędzy stopami procentowymi w USA i w strefie euro będzie się nadal rozszerzać.

 

Gdy Europa kicha…

Gorsze perspektywy dla strefy euro to także negatywna informacja dla polskiej gospodarki. Wzrost PKB nad Wisłą prawdopodobnie będzie nieco wolniejszy, niż spodziewa się większość ekonomistów.
To może zniechęcić polskie władze monetarne do podwyższania stóp procentowych. Taki scenariusz prawdopodobnie wywoła umocnienie się dolara wobec złotego.
Jeszcze przed końcem roku za amerykańską walutę możemy płacić więc nawet i 4 zł.

Apetyt na nasze pieniądze

Rząd Prawa i Sprawiedliwości chwali się, że obniża podatki – podczas gdy w rzeczywistości je podwyższa.

 

Mimo głośno zapowiadanych obniżek podatków, rząd PiS w budżecie na 2019 rok kontynuuje politykę zwiększania obciążeń podatkowych.
Obywatelom trudno to dostrzec, kiedy wzrost obciążeń nie wynika ze zmiany stawek podatkowych. Wciąż zamrożone są progi PIT (podatku dochodowego od osób fizycznych), dzięki czemu corocznie dochody państwa rosną o ok. 1 mld zł, a wprowadzone od 2018 roku wydzielenie źródeł przychodów w CIT (podatku dochodowym od osób prawnych) , oznacza efektywny wzrost opodatkowania przedsiębiorstw o ok. 2 mld zł rocznie.
Oprócz tego trzeba zauważyć, że rząd PiS zapobiega wygaśnięciu podwyższonych stawek VAT (co daje państwu ok. 7-8 mld zł rocznie).
Rząd PiS wprowadza również parapodatki, z których część będzie trafiać do funduszy celowych. Po wprowadzonej w 2018 roku „opłacie recyklingowej” (1,2 mld zł), która jest bezpośrednim dochodem budżetu, rząd wprowadza obecnie „opłatę emisyjną” i „daninę solidarnościową”, które zasilą fundusze celowe.
„Opłata emisyjna” ma przynieść w 2019 roku 1,7 mld zł. Wpływy mają rosnąć wraz z popytem na paliwa i w 2020 roku wynieść już 1,9 mld zł. Przy okazji wzrosną też wpływy z podatku VAT, ponieważ nowa opłata zwiększa jego podstawę.
Ustawa wprowadzająca „daninę solidarnościową” znajduje się obecnie w Sejmie. Jeśli zostanie uchwalona, przyniesie 1,2 mld zł rocznie od 2020 roku. Mówią o tym komunikaty Forum Obywatelskiego Rozwoju.

 

Ciche wyciskanie kasy

„Opłata emisyjna” i planowana „danina solidarnościowa” nie tylko zwiększają obciążenia fiskalne, lecz także pogłębiają wyłom, jaki w budżecie państwa tworzą fundusze celowe. Taka organizacja wydatków państwa utrudnia obywatelom ocenę rozdysponowania środków publicznych, a administracji – efektywne ich wydatkowanie.
Przez lata skład funduszy celowych się zmieniał, ale ich liczba pozostaje podobna.
W projekcie budżetu na 2019 rok zapisano 28 funduszy celowych, ale trwają jeszcze prace nad Solidarnościowym Funduszem Wsparcia Osób Niepełnosprawnych.
Jakkolwiek w ostatnich latach wydatki funduszy celowych w stosunku do PKB spadały, to teraz można się obawiać tendencji odwrotnej.
Rząd PiS, przedstawiając budżet na 2019 rok, podkreśla wprowadzenie obniżonego CIT i „małego ZUS”. Zmiany te są jednak znacznie mniej istotne niż, trudniej dostrzegalne, podwyżki podatków.
Wprowadzenie obniżonego CIT oznacza nieznaczny spadek dochodów państwa (ok. 0,4 mld zł), ale przede wszystkim może tworzyć barierę zniechęcającą firmy do wzrostu.
Konstrukcja ulgi sprawia, że przekroczenie przez firmę progu przychodów nawet o 1 zł będzie skutkowało ponad dwukrotnym wzrostem opodatkowania zysków. Wynika to z konstrukcji preferencji – zyski firmy o przychodach do 1,2 mln euro będą obciążone 9-procentową stawką CIT, natomiast firmę o przychodach o złotówkę przekraczających próg będzie obowiązywała już stawka 19-procentowa.
W praktyce oznacza to, że przy 5-procentowej rentowności sprzedaży firma o przychodach 1 199 999 euro zapłaci 5400 euro podatku, natomiast firma o przychodach o 2 euro wyższych (1 200 001 euro) zapłaci już 11 400 euro podatku
Doświadczenia międzynarodowe pokazują, że tego typu sztywne progi zniechęcają firmy do wzrostu, ze szkodą nie tylko dla samych przedsiębiorstw, lecz także całej gospodarki – wskazuje FOR.
„Mały ZUS” dla najmniejszych przedsiębiorców rozwiązuje tylko część problemów związanych z wysokim opodatkowaniem i oskładkowaniem osób o najniższych dochodach – jednocześnie tworząc nowe.
Ponieważ możliwość jego płacenia jest zależna od uzyskiwanych przychodów, w praktyce z rozwiązania tego nie będą mogły skorzystać osoby zajmujące się handlem (np. osoba, która miesięcznie kupuje towary za 7 tys. zł i sprzedaje je za 8,5 tys. zł będzie miała zbyt wysoki przychód, by objął ją „mały ZUS”).
Zmiana ta nie będzie też dotyczyła osób pracujących na podstawie umowy o pracę, w przypadku których nawet od płacy minimalnej (2250 zł brutto) trzeba odprowadzić składki w kwocie niemal 1000 zł. Co więcej, preferencyjne oskładkowanie osób samozatrudnionych w ramach „małego ZUS” może wypychać część pracowników z umów o pracę na samozatrudnienie – uważa FOR.

 

Rząd PiS poprawił finanse państwa

Dzięki szybkiemu wzrostowi gospodarczemu deficyt sektora finansów publicznych w Polsce – pomimo wprowadzenia nowych wydatków – w ostatnich latach malał. Szybki wzrost gospodarczy przełożył się z jednej strony na wzrost wpływów podatkowych, a z drugiej na obniżenie szeregu wydatków w relacji do PKB.
W latach 2015–2017 deficyt sektora finansów publicznych spadł z 2,6 proc. PKB do 1,7 proc. PKB), mimo że w tym czasie wprowadzono program 500+, a także ograniczono dywidendy wpłacane przez państwowe spółki i wstrzymano sprzedaż państwowej ziemi.
Po stronie dochodów odnotowano wzrost ściągalności VAT, z którego wpływy w relacji do PKB wzrosły dzięki działaniom uszczelniającym system podatkowy (wpływy wzrosły o ok. 1 proc. PKB, z czego ok. 0,7 proc. PKB to efekt działań uszczelniających). Dobra koniunktura w połączeniu z rosnącą liczbą imigrantów płacących składki ZUS przyczyniła się do wzrostu wpływów składkowych (o 0,4 proc. PKB).
Nowe podatki (przede wszystkim podatek bankowy) wraz z zamrożeniem progów PIT (co oznacza efektywny wzrost opodatkowania) zapewniły wzrost dochodów o kolejne 0,3 proc. PKB.
Po stronie wydatków dobra koniunktura na światowych rynkach finansowych pozwoliła na dalszy spadek kosztów obsługi długu publicznego (o 0,2 proc. PKB), a wcześniejsza reforma systemu rentowego, na dalsze ograniczenie wydatków ZUS na renty z tytułu niezdolności do pracy. Jednocześnie rząd PiS utrzymywał dynamikę płac w sektorze publicznym poniżej dynamiki płac w sektorze prywatnym, co zaowocowało spadkiem wydatków na płace w sektorze publicznym w relacji do PKB (o 0,2 proc. PKB).
Szybki nominalny wzrost PKB ułatwia także rządowi relatywne obniżenie wydatków na płace w sektorze publicznym. Poprzez samo utrzymanie dynamiki płac poniżej tempa wzrostu płac w sektorze prywatnym w 2017 roku (czyli bez nominalnego obniżenia płac) rząd obniżył fundusz płac w sektorze publicznym w relacji do PKB do najniższego poziomu w historii. Zakłada również jego dalszy spadek w kolejnych latach.
Konstrukcja istotnej części wydatków publicznych oraz polityczne realia sprawiają, że przy szybkim nominalnym wzroście PKB rząd ma większe pole manewru. Szczególnie dobrze widać to w przypadku emerytur i rent, które stanowią ponad jedną piątą wydatków publicznych.
Chociaż po obniżeniu wieku emerytalnego liczba emerytów wzrosła skokowo, co przełożyło się na wzrost deficytu (o 0,8 proc. PKB), to efekt ten został skompensowany przez relatywny spadek wysokości emerytur (o 0,6 proc. PKB), spadek liczby rencistów (o 0,3 proc. PKB) i wysokości ich świadczeń (o 0,1 proc. PKB) oraz wzrost wpływów budżetowych (o 0,3 proc. PKB).

 

Widmo dużego deficytu

Utrzymujący się od 2014 roku szybki wzrost gospodarczy, związany z dobrą koniunkturą w gospodarce światowej, w sposób naturalny zwiększa dochody państwa, co w połączeniu z ograniczonym tempem wzrostu szeregu wydatków daje rządowi większe pole manewru. Rząd PiS wykorzystuje sprzyjającą sytuację gospodarczą na finansowanie nowych wydatków, a nie na ograniczanie deficytu i przygotowanie finansów publicznych na następne spowolnienie.
Wydatki zapisane w budżecie państwa stanowią mniej niż 45 proc. ogółu wydatków publicznych, na które składają się także wydatki samorządów, ZUS, KRUS, NFZ i szeregu innych podmiotów. O kondycji finansów publicznych świadczy deficyt całego sektora finansów publicznych, a nie tylko samego budżetu państwa.
Pomimo utrzymującej się bardzo dobrej koniunktury prognozowany na 2019 rok deficyt sektora finansów publicznych w Polsce pozostaje – na tle pozostałych państw Unii Europejskiej – wysoki. Wpisana do budżetu wielkość deficytu sektora finansów publicznych (1,8 proc.) jest wielkością maksymalną i choć faktyczny deficyt może być nieco mniejszy, to wciąż pozostaje relatywnie wysoki w porównaniu z innymi państwami członkowskimi.
W majowej prognozie Komisja Europejska przewidywała, że w 2019 r. deficyt w Polsce wyniesie 1,4 proc., czyli będzie sporo wyższy od unijnej średniej (0,3 proc.). Ponadto według tej samej prognozy 13 państw UE będzie miało w przyszłym roku nadwyżki.
Jest to niepokojące w kontekście bardzo dobrej koniunktury w gospodarce światowej i u naszych głównych partnerów handlowych. Według szacunków KE z lipca br. w latach 2017-2018 gospodarka unijna rosła najszybciej od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Obecne prognozy mówią o nieznacznym spowolnieniu wzrostu w przyszłym roku.

 

Pod rosnącym ciężarem świadczeń

Kiedy nowe podatki służą finansowaniu specjalnie tworzonych funduszy celowych, politycy mogą zwodzić obywateli, twierdząc, że owe podatki są uzasadnione, bo dzięki nim realizuje się popularne społecznie cele. Jednak politycy często kreatywnie dodają poszczególnym funduszom nowe wydatki, niezwiązane z ich pierwotnym przeznaczeniem, a lista funduszy zmienia się co roku.
I tak np. Fundusz Reprywatyzacji dotował m.in. Telewizję Polską i Polskie Radio, a Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej był wydatkowany m.in. na dotacje dla uczelni ojca Rydzyka, zakup sprzętu dla Ochotniczej Straży Pożarnej i ustawową działalność Centralnego Biura Antykorupcyjnego.
Rząd PiS nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wprowadzenia istotnych reform strukturalnych w budżecie na 2019 rok.
Polskie finanse publiczne pozostają nieprzygotowane na spowolnienie gospodarcze, które przy braku reakcji rządu spowoduje wzrost deficytu. Choć wiele zależy od struktury spowolnienia gospodarczego, to należy się spodziewać, że będzie mu towarzyszył spadek wpływów podatkowych.
Jednocześnie, wolniejszy nominalny wzrost produktu krajowego brutto sprawi, że relatywny ciężar wypłaty świadczeń emerytalnych i rentowych będzie rósł.

Małe firmy – wielki wyzysk

Politycy wszystkich opcji od lat powtarzają, że mikroprzedsiębiorstwa to nasze największe bogactwo, o które państwo powinno się troszczyć.

 

Kolejne rządy ogłaszają programy wsparcia dla małych firm, proponują im ulgi, zwolnienia i dopłaty. Rząd Prawa i Sprawiedliwości ze wsparcia dla mikroprzedsiębiorstw uczynił jeden z fundamentów polityki gospodarczej. Stąd między innymi zwolnienie od płacenia składek dla małych firm, obniżka podatku CIT dla firm o niskich przychodach czy wprowadzenie działalności nierejestrowanej dla najmniejszych podmiotów. Również ograniczenie handlu w niedzielę dokonywało się pod hasłem wsparcia dla małych, polskich firm i osłabienia dużych przedsiębiorstw zagranicznych.
Tymczasem dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że sytuacja w małych firmach jest znacznie gorsza niż w tych większych. Mikroprzedsiębiorstwa gorzej płacą, częściej łamią prawa pracownicze, oferują niższą jakość usług, są mniej innowacyjne.
W 2017 r. działalność gospodarczą w Polsce prowadziło 2,07 mln przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób, co oznacza wzrost ich liczby o 3,5 proc. w skali roku. W tym samym roku w mikroprzedsiębiorstwach pracowało 4,09 mln osób, czyli o 133 tys. więcej niż rok wcześniej. GUS wskazuje, że od lat regularnie rośnie liczba mikrofirm oraz osób w nich zatrudnionych.
Z perspektywy pracowników kluczowe jest to, że w ubiegłym roku przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w takich firmach wyniosło zaledwie 2800 zł brutto, czyli 2018 zł na rękę. Rok wcześniej średnia płaca w najmniejszych firmach wynosiła 2577 zł. W ciągu roku nastąpił wzrost wynagrodzeń o 8,7 proc., co wiązało się przede wszystkim ze wzrostem płacy minimalnej. Mimo to wynagrodzenia w mikroprzedsiębiorstwach są wciąż radykalnie niższe niż w firmach zatrudniających ponad 9 osób – w tych ostatnich średnia płaca w ubiegłym roku wynosiła 4530 zł, czyli aż o 1730 zł więcej!
Jednocześnie GUS zwraca uwagę, że do branż o najniższych płacach w mikroprzedsiębiorstwach należą zakwaterowanie i gastronomia – 2393 zł, transport i gospodarka magazynowa – 2524 zł, budownictwo – 2548 zł, handel i naprawa pojazdów samochodowych – 2709 zł. We wszystkich tych sektorach istnieje przepaść między poziomem wynagrodzeń w mikroprzedsiębiorstwach i w większych firmach.
Warto w tym kontekście zbadać sytuację w handlu i w sektorze napraw pojazdów samochodowych, ponieważ na tym obszarze władza szczególnie mocno podkreśla potrzebę umacniania małych, polskich firm. Tymczasem w placówkach tego rodzaju zatrudniających ponad 9 osób średnie płace w ubiegłym roku wynosiły średnio 4206 zł, czyli o 1497 zł więcej niż w mikroprzedsiębiorstwach. Przesuwanie siły roboczej z dużych sklepów do mniejszych jest więc dla pracowników niekorzystnym rozwiązaniem. Dotyczy to też planowanego w ustawie o handlu w niedzielę zwiększenia zatrudnienia w placówkach gastronomicznych. W tych ostatnich płace należą do najniższych na rynku. Trudno więc tu mówić o dobrej zmianie.
Umowę o pracę w najmniejszych przedsiębiorstwach ma tylko 1,42 mln na 4,09 mln pracujących, czyli niecałe 35 proc. Reszta, czyli blisko dwie trzecie pracowników mikrofirm, ma umowy innego rodzaju. Praktycznie nie istnieją tam związki zawodowe, a łamanie prawa pracy jest codziennością. Na dodatek do większości z nich nie docierają kontrole Państwowej Inspekcji Pracy – pracodawca zazwyczaj jest w nich samowolnym panem, który bez żadnych konsultacji narzuca warunki pracy pracownikom. Stąd gigantyczna skala bezprawia i nadużyć odnośnie wypłaty wynagrodzeń na czas, ewidencji czasu pracy czy płacenia za nadgodziny. Dotyczy to też handlu, w tym handlu w niedzielę. W 2016 roku PIP zbadała przestrzeganie zakazu pracy w placówkach handlowych w święta. Okazało się, że największe placówki handlowe znacznie rzadziej łamią przepisy niż te małe. Już wtedy małe sklepy omijały przepisy, nie pozwalając pracownikom odpoczywać w święta. Od niedawna rząd dał im premię za eksploatację pracowników i postanowił umocnić ich pozycję na rynku.
Duża rola mikroprzedsiębiorstw nie stanowi o sile gospodarki, lecz o jej słabości. W Unii Europejskiej najbardziej rozdrobnione gospodarki mają kraje śródziemnomorskie, które od lat borykają się z kryzysem. Najwięcej firm na świecie mają zaś najbiedniejsze kraje afrykańskie, w których odsetek przedsiębiorców wśród dorosłych mieszkańców jest najwyższy.

Zapomniana forma własności

W dyskusjach na temat ustroju państwa rozpatruje się zwykle tylko dwie dominujące formy własności i odpowiadające im sektory gospodarcze.

 

Mirosław Niezielski kandyduje na radnego Rady Miasta Warszawy w okręgu nr 8, z listy nr 5 – SLD Lewica Razem.

 

Sektor państwowy dominował w okresie PRL. Nadmierne, odgórne, „ręczne” sterowanie tym sektorem doprowadziło do wyeliminowania mechanizmów rynkowych, braku konkurencji i ograniczonej innowacyjności gospodarki. System stał się niewydolny, co było główną przyczyną jego upadku.
Na fali wprowadzania kapitalistycznego systemu rynkowego doprowadzono do traktowanej w sposób ideologiczny, żywiołowej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, ich sprzedaży, często poniżej wartości i wyeliminowania z rynku wielu dobrze prosperujących i dających sobie radę na rynkach krajowych i zagranicznych przedsiębiorstw państwowych. Koszty społeczne tego przedsięwzięcia były olbrzymie i nie zostały dotychczas w pełni przezwyciężone.
Elity posierpniowe przyjęły i uwierzyły w złudne i fałszywe dogmaty wolnego rynku, akceptując skrajne urynkowienie nie tylko gospodarki ale i stosunków międzyludzkich i tzw. usług społecznych, które obowiązująca konstytucja RP zalicza do trwałych wartości.
Tymczasem sektor państwowy to istotny element zabezpieczenia strategicznych interesów państwa i jego oddziaływania na procesy gospodarcze. W wielu krajach o dominującej gospodarce rynkowej działają duże przedsiębiorstwa państwowe i skutecznie konkurują z prywatnymi. Pod bezpośrednim nadzorem państwa pozostają przede wszystkim energetyka, infrastruktura komunikacyjna, przemysł wydobywczy i zbrojeniowy. Państwa dbają również o zapewnienie swojej przewagi w sektorze bankowym.
Poniewczasie zaczyna się i w Polsce doceniać potrzebę wpływu na gospodarkę i bezpieczeństwo państwa realizowanego poprzez istnienie i działanie wybranych przedsiębiorstw państwowych. Niestety kolejno rządzące partie traktują te przedsiębiorstwa jako źródło korzyści dla „swoich” i „łup polityczny” co nie sprzyja odgrywaniu przez te przedsiębiorstwa roli regulatorów gospodarki.
Obecnie mamy do czynienia w Polsce z dominacją sektora prywatnego, a wolny rynek pełni rolę podstawowego regulatora procesów gospodarczych.
Zauważamy jednak, że wolny rynek, oprócz swej pozytywnej roli stymulowania konkurencji, często rodzi zjawiska patologiczne w postaci nadmiernej koncentracji kapitału, zmów cenowych, wypierania z rynku towarów i usług potrzebnych społeczeństwu, lecz przynoszących niewielki zysk, lichwy i tym podobnych zjawisk. Konkurencja nigdy nie jest doskonała. Zawsze ktoś wie więcej. Nieosiągalna jest cena równowagi, nie ma racjonalności zachowań, ani doskonałej reakcji w czasie.
Dodatkowo należy zauważyć, że zmieniła się rola człowieka w procesach gospodarczych z podmiotu w przedmiot tych procesów. Człowiek zamienił się w „kapitał ludzki” głoszonego złudnie przez neoliberałów „społeczeństwa obywatelskiego”.
Uważam, że ważnym celem lewicy powinna być odbudowa więzi społecznych w społeczeństwie i odrzucenie lansowanego przez neoliberałów i podległe im media hasła o przewadze zaradności nad normami prawnymi, przedsiębiorczości za cenę wyzysku innych członków społeczeństwa oraz wycofywanie się państwa ze sfery socjalnej.
Na peryferiach zainteresowania lewicy leży trzecia forma własności i związana z nim forma gospodarowania – sektor społeczny. Własność w tym sektorze opiera się na zaufaniu, wzajemności i poczuciu odpowiedzialności . Przyczynia się to do wzmocnienia kapitału społecznego i codziennego praktykowania działań na rzecz dobra wspólnego.
W sektorze tym działają spółdzielnie, przedsiębiorstwa komunalne i stowarzyszenia prowadzące działalność gospodarczą.
Socjalistom, do których należę, szczególnie bliski jest sektor spółdzielczy, w którego tworzeniu po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku, Polska Partia Socjalistyczna aktywnie uczestniczyła . Wystarczy tu wymienić Warszawską Spółdzielnię Mieszkaniową, spółdzielnie mieszkaniowe w Gdyni i innych miastach oraz Powszechną Spółdzielnię Spożywców „Społem”.
Do założeń spółdzielni leży współposiadanie majątku produkcyjnego lub rzeczowego, którym zarządzają pracownicy czy użytkownicy tego majątku. W sektorze tym najpełniej realizowana jest zasada równowagi pomiędzy kapitałem i pracą. Wszyscy mają prawa i wszyscy obowiązki świadczenia na rzecz spółdzielni. Wynaturzenia, które powstały w ruchu spółdzielczym to nie powód do jego likwidacji lecz konieczność powrotu do korzeni.
Wszelkie dotychczasowe próby „uzdrowienia” spółdzielczości zmierzały i nadal zmierzają do jej stopniowej prywatyzacji, a nie powrotu do idei spółdzielczości.
Lewica powinna walczyć o przywrócenie sensu spółdzielczości jako ważnego elementu współpracy pracowników (w spółdzielniach pracy) i mieszkańców (w spółdzielniach mieszkaniowych).
Spółdzielczość, uczestnicząc w rynkowej konkurencji, łagodzić może jej niekorzystne skutki społeczne. Powinna stać się ważnym elementem poprawy sytuacji ekonomicznej ludzi aktywnych, choć niezamożnych i niemogących sprostać finansowemu dyktatowi wielkich przemysłowych i handlowych korporacji oraz banków.
Trzeba też sprzyjać tworzeniu, przy udziale gwarantowanych przez państwo kredytów, spółdzielni pracowniczych z upadających zakładów państwowych i prywatnych, jako jeden ze sposobów przeciwdziałania bezrobociu.
Właściwa rola samorządów spółdzielczych to element budowania społeczeństwa obywatelskiego i powinno to stać się istotnym przedmiotem zainteresowania samorządów terytorialnych. Są miasta, czy dzielnice wielkich miast (np. Dzielnica Ursynów w Warszawie) gdzie dominują Spółdzielnie Mieszkaniowe i wykorzystanie społecznego potencjału ich samorządów ma szczególne znaczenie.
Własność komunalna podległa samorządom to znacząca w skali Polski forma własności.
Między jednostkami samorządu terytorialnego kraju nie ma więzi hierarchicznej. Żadna z tych jednostek nie jest podporządkowana drugiej, każda ma własne zadania i własny majątek, z którego samodzielnie korzysta i nim dysponuje. Jest też niezależną od innych jednostek osobą prawną. Jest to więc istotny element budowania społeczeństwa obywatelskiego, którego podporządkowanie uregulowaniom władz centralnych powinno polegać na zasadzie dobrowolności i korzyści, a nie przymusu.
W imię obowiązującej, acz nieprawdziwej doktryny, że jedynie to co prywatne może być efektywne, przedsiębiorstwa komunalne są coraz częściej prywatyzowane. Tymczasem celem działania tych przedsiębiorstw jest zaspakajanie potrzeb lokalnej społeczności, a nie wypracowywanie zysku.
Tak rozumiana jest ich rola np. we Francji, Niemczech i innych krajach kapitalistycznych, gdzie stanowią odrębną formę własności, a przedsiębiorstwa komunalne działają na zasadzie „non profit”. W Polsce przedsiębiorstwa te należy również uwolnić od mechanizmu „łupów politycznych”. Mechanizm ten jest obecnie szeroko praktykowany przez PiS, ale występował również za rządów ich poprzedników.

Budowlany sygnał rozwoju

Rozkręca się koniunktura w budownictwie przemysłowym, co jest oznaką niezłej kondycji naszej gospodarki.

 

Czy budownictwo stanie się motorem rozwoju polskiej gospodarki?
Może na to wskazywać badanie, które pokazuje, że co piąty pracodawca z branży budowlanej planuje zwiększyć liczbę zatrudnionych w ciągu najbliższych trzech miesięcy. A jeśli planuje zwiększenie zatrudnienia, to zamierza i zwiększać produkcję.
Jest to dobra informacja dla całej naszej gospodarki, bo oznaką jej tempa wzrostu jest właśnie przyśpieszenie w budownictwie przemysłowym.
Jest to także dobra wiadomość dla osób poszukujących pracy w tym obszarze – ale zarazem sygnał dla pracodawców, że o pracownika może być jeszcze trudniej.

 

Tylko co setny chce zwalniać

Co piąty przedsiębiorca budowlany planujący wzrost zatrudnienia to może niewiele – ale to już wyraźny postęp w porównaniu z zapaścią i pesymizmem, panującym jeszcze nie tak dawno. Wprawdzie tylko 20 proc. pracodawców z tego sektora planuje powiększać swoje zespoły, ale jednocześnie 79 proc nie przewiduje zmian personalnych, a tylko 1 proc. planuje redukcję etatów.
Prognoza zatrudnienia na ostatni kwartał 2018 roku, zadeklarowana przez polskich pracodawców z branży budowlanej, wynosi plus 21 proc i jest najwyższa od blisko dwóch lat. W stosunku do poprzedniego kwartału poprawiła się o 1 punkt procentowy, a w stosunku do tego samego okresu w roku ubiegłym, aż o 7 punktów procentowych.
Polski sektor budownictwa jest również w czołówce wśród 26 najważniejszych rynków, w których najwięcej firm chce pozyskiwać nowych pracowników.
Biorąc pod uwagę dane tylko dla sektora budownictwo odnotowane w krajach regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka), to prognoza dla Polski jest czwartą najwyższą w regionie – ocenia ManpowerGroup.
Ranking krajów, gdzie w branży budowlanej będzie najłatwiej o pracę otwierają Rumunia (+ 36 proc.), Węgry (+ 26 proc.) i Słowenia (+ 25 proc.). Kolejne trzy pozycje w rankingu, za Polską, zajmują Grecja (+17 proc.), Izrael (+ 16 proc.) i Niemcy (+14 proc.).

 

Będą nowe inwestycje?

Tak wysoka prognoza zatrudnienia zgłaszana przez firmy z branży budowlanej to jasny sygnał dla tej części gospodarki, że dalej będzie się ona rozwijać i potrzebować zasobów ludzkich do realizacji swoich zamówień, a także nowych inwestycji.
– Wysoki wskaźnik jest dla kandydatów szukających pracy w tym sektorze zapowiedzią komfortowej sytuacji, ponieważ oznacza, że mogą oni wybrać wśród ofert tę najlepszą i najlepiej płatną. Dla przedsiębiorców natomiast to zdecydowanie niepokojący znak, który zwiastuje jeszcze większe trudności w pozyskiwaniu pracowników dla realizacji swoich założeń biznesowych. Od jakiegoś czasu obserwujemy wycofywanie się firm z realizacji inwestycji z powodu niedoboru rąk do pracy, więc długofalowo taka sytuacja na rynku pracy może oznaczać nawet brak możliwości realizacji wygranych przetargów. Wzrost wynagrodzeń pracowników a także wzrost kosztów materiałów budowlanych powoduje, że już teraz największe spółki odnotowują ogromne straty – mówi Dominik Malec, ekspert rynku pracy.

 

Pracownikom trzeba lepiej płacić

W Polsce brakuje zarówno kandydatów na stanowiska niższego szczebla, jak i chętnych do pracy na stanowiskach kierowniczych.
Możnaby temu zaradzić podnosząc płace, lecz nasi pracodawcy, choć czasami zmuszeni do tego przez okoliczności, boją się zwiększania zarobków pracownikom jak diabeł świeconej wody.
Tę lukę w zatrudnieniu pracodawcy częściowo pokrywają siłą roboczą ze wschodu, ale na szczęście, proces zatrudniania i legalizacji pracowników z zagranicy jest wciąż dość skomplikowany i nie gwarantuje w stu procentach zapełnienia potrzeb kadrowych. Nie ma więc wyjścia, przedsiębiorcy będą musieli lepiej płacić.

Firmy upadają, gospodarka kwitnie

Prawidłowością naszego życia gospodarczego jest to, że im szybciej rośnie produkcja, tym większa jest liczba przedsiębiorstw niewypłacalnych.

 

Liczba upadłości przedsiębiorstw w Polsce wciąż rośnie – a więc rośnie i ryzyko biznesowe prowadzenia działalności gospodarczej.
W pierwszym półroczu ogłosiło niewypłacalność 511 przedsiębiorstw wobec 418 w I półroczu 2017 r. – to jest o 22 proc. więcej niż przed rokiem. Rekordowy był czerwiec – zarówno pod względem liczby (105 niewypłacalności) jak i tempa ich przyrostu (wzrost o 48 proc. w stosunku do czerwca 2017 r.).

 

Nie zapłacimy – i co nam zrobicie?

Niewypłacalności te oznaczają niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców i innych partnerów, powodującą upadłość bądź konieczność podjęcia postępowania restrukturyzacyjnego. W żadnym z sektorów naszej gospodarki liczba plajt nie uległa zmniejszeniu.
Ciekawe, że choć mamy szybkie tempo rozwoju gospodarczego, liczba upadłości polskich firm wciąż rośnie – pomimo statystycznie wysokiego punktu odniesienia już w roku ubiegłym. Oznacza to, że polskie firmy w niezbyt wielkim stopniu korzystają z efektów tego wzrostu gospodarczego.
Owszem, produkcja i sprzedaż rosną, ale przy utrzymującej się z reguły niskiej rentowności oznacza to większe zaangażowanie kapitału własnego, bez proporcjonalnego wzrostu zysków.

 

Państwo nie pomaga firmom

Przedsiębiorcom utrudniają życie niekorzystne zmiany otoczenia biznesowego – rosną koszty pracy i zaopatrzenia.
Ponadto zaś, jak zauważa Euler Hermes, jeden z wiodących na świecie ubezpieczycieli należności handlowych, problemy polskich przedsiębiorstw wynikają z wprowadzania niekorzystnych dla nich zmian prawnych i podatkowych.
Znaczenie mają wreszcie czynniki leżące po stronie samego biznesu w naszym kraju: niewielka kreatywność, inercja, niewystarczająca aktywność, nie wykreowanie marek własnych – czyli wartości dodanej własnych produktów i usług – oraz brak poprawy efektywności zarządzania i zwrotu z kapitału.
Całe pierwsze półrocze 2018 r., a w szczególności drugi kwartał to zatem z jednej strony rosnące wskaźniki wzrostu gospodarczego, a z drugiej, równie szybko, a nawet bardziej intensywnie narastające sygnały ostrzegawcze dotyczące kondycji samych firm.

 

Koszty rosną szybciej od cen

Każdy sektor gospodarki ma specyficzne uwarunkowania, ale podstawowy powód tak szybkiego wzrostu liczby niewypłacalności jest jeden: koszty rosły szybciej niż ceny produktów i usług końcowych. W rezultacie spadały marże i wskaźniki rentowności. Szczególnie ciekawym przykładem jest budownictwo – osiąga kolejne rekordy, a jednocześnie ma coraz większe długi i problemy z płynnością.
Okazuje się, że wzrost popytu i konsumpcji pociąga za sobą większą skalę produkcji i sprzedaży ze strony polskich przedsiębiorstw – ale już niekoniecznie większe zyski, przynajmniej proporcjonalnie do skali wzrostu zaangażowanych środków własnych.
Nie rosną ceny, o czym świadczy niska dotychczas inflacja, zaś marże są ograniczane przez rosnące koszty. Zakaz handlu w niedzielę i wdrażanie przepisów RODO (nie mających żadnego znaczenia praktycznego, a wywołujących jedynie problemy) także rodzą dodatkowe koszty po stronie przedsiębiorstw.

 

Trudniej ale uczciwiej

– Można nawet powiedzieć, iż gremialnie firmy nie korzystają na zwiększonej konsumpcji, jak i na wzroście gospodarczym. One je finansują, i nie mówimy tu jedynie o „zacieśnianiu podatkowym” czy przeciwdziałaniu karuzelom vatowskim. Wprowadzenie mechanizmu podzielonej płatności może, przy zaletach tego rozwiązania dla budżetu mieć negatywny wpływ na płynność polskich firm – ocenia Tomasz Starus z zarządu Euler Hermes.
Jego tezie o tym, że polskie firmy finansują wzrost gospodarczy, przeczą jednak w oczywisty sposób ogromne wolne środki leżące na kontach przedsiębiorstw.
Wspomniany mechanizm podzielonej płatności oznacza, że firmy nie będą mogły tak jak dotychczas obracać „podatkową” częścią otrzymywanych należności. Będą dysponować będą jedynie należnością netto, same jednocześnie płacąc swoim dostawcom pełną należność brutto.
Część przedsiębiorców narzeka więc, że w tej sytuacji ich firmy de facto kredytować będą podatki. Niewątpliwie jednak zmusi ich to do większej uczciwości w działaniu.

 

Bez pomysłu i innowacji

Patrząc na profil upadłości firm produkcyjnych w Polsce dostrzec można w tym gronie sporą grupę firm produkujących różne wyroby z metali. To poniekąd wynik tendencji ogólnoświatowych: nadwyżki w produkcji stali i wyrobów ją wykorzystujących, co prowadzi do ostrej konkurencji cenowej.
Towarzyszy temu dodatkowo wzrost kosztów spowodowany zwłaszcza wyższymi cenami energii. Producenci nie mogą go sobie w prosty sposób zrekompensować równorzędnym wzrostem cen wyrobów końcowych.
Na szybkie dostosowanie cen wyrobów do kosztów produkcji pozwolić sobie mogą jedynie firmy, których produkty wyróżniają się pod względem niepowtarzalności, marki, renomy.
Niestety, nie ma w tej branży polskich producentów (produkujących zazwyczaj komponenty na eksport, a nie wyroby końcowe), którzy posiadaliby silną, rozpoznawalną markę w kraju i za granicą.
Polskie firmy zderzają się już z barierami średnich efektywności i przychodu. Ich nazwy nie są z reguły kojarzone z nowoczesnością, automatyzacją, innowacyjnością. Wręcz przeciwnie, wiele z nich wydaje się być przedstawicielami bardzo tradycyjnie prowadzonych biznesów i wykazują niezbyt dużą efektywność działania.
Wiele z tych firm przegrało walkę konkurencyjną, a przy stosunkowo dużych kosztach stałych i małej elastyczności, musiały one rozpocząć procedury upadłościowe.

Jesteśmy krajem innowacyjnym inaczej

W rządowej propagandzie gospodarczej nie ma celu ważniejszego od innowacyjności. I chyba bardziej zaniedbywanego.

 

Nasz kraj jest poniekąd fenomenem na skalę światową. Mamy bowiem około 60 instrumentów finansowego wsparcia, ze środków publicznych, przeznaczonych na rozwój innowacji oraz badań i rozwoju w przedsiębiorstwach. A skutek funkcjonowania tych wszystkich instrumentów jest żaden.
„Udzielana pomoc publiczna nie wpływa w zauważalny sposób na podwyższenie innowacyjności polskiej gospodarki” – stwierdza jednoznacznie Najwyższa Izba Kontroli w swym najnowszym raporcie. Pomoc ta nie wpłynęła na wskaźniki innowacyjności ani w skali kraju, ani w poszczególnych województwach.
Nie uległa też zmianie pozycja Polski w rankingu innowacyjności prowadzonym przez Komisję Europejską. Nasz kraj od lat zajmuje w nim miejsca 25 – 26, wśród 28 badanych państw europejskich.

 

Wszystko jest innowacyjnością

Pieniądze publiczne o których wyżej mowa to przede wszystkim fundusze z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości, która dysponuje środkami unijnymi z Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka oraz budżetowymi.
Innym ważnym rozdzielnikiem państwowej kasy jest Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, które w teorii ma wspierać politykę naukową naukowo-techniczną i innowacyjną państwa.
W ramach samorządów wsparcia na innowacje mogą też udzielać urzędy marszałkowskie ze środków rozlicznych Regionalnych Programów Operacyjnych.
Na badania, innowacje i rozwój idą duże pieniądze – ponad 60 mld zł rocznie, choć dokładnie nie wiadomo ile, bo nikt nigdy tego dokładnie nie policzył. I ciągle słychać opinie, że to za mało, bo wydatki na cele powinny być prawie dwa razy większe.
Rzecz w tym, że gdyby były i pięć razy większe to też nic by to nie zmieniło. W naszym kraju można bowiem wszystko uznać za innowacyjność, badania i rozwój – i wyciągnąć na ten cel godziwe pieniądze.
Innowacyjnym projektem (zapewne o strategicznym znaczeniu dla polskiej gospodarki) był na przykład „Szlak konny województwa łódzkiego”.
Jeszcze większy potencjał unikalnych nowości z pewnością zawierał w sobie projekt modernizacji wyposażenia dyskoteki w województwie małopolskim, zaprezentowany jako unikalny na skalę światową, poprzez zmodernizowanie tejże dyskoteki za sprawą zainstalowania nowoczesnych urządzeń technicznych. I oczywiście urzędnicy zaakceptowali pomysł, a właścicielom dyskoteki udało się uzyskać dofinansowanie w wysokości 1 923,9 tys.

 

Wydawać tak, by się nikt nie czepiał

W Polsce na rzekomą działalność innowacyjną wydaje się dużo i chętnie. Wszyscy są tym bowiem zainteresowani.
Pomysłodawcy – bo chcą oczywiście dostać jak najwięcej kasy na swoją działalność; urzędnicy – bo szybko pragną rozdysponować pieniądze na innowacyjność i badania, dzięki czemu mogą chwalić się, jak to sprawnie wspierają w ten sposób rozwój naszego kraju, a przy okazji uzyskać i coś dla siebie od wdzięcznego przedsiębiorcy. Sprzyja temu odmienianie przez wszystkie przypadki słowa „innowacyjność” uprawiane w propagandzie rządu PiS.
Mamy więc typowe wsie potiomkinowskie: innowacje i badania to w Polsce fikcja, wszyscy o tym wiedzą (łącznie z rządem) – ale wszyscy są zadowoleni, bo pieniądze idące na te cele są bardzo realne, zaś dla władzy najważniejszy jest efekt propagandowy, gdyż to dzięki niemu wygrywa się u nas wybory.
„Środki finansowe zamiast na projekty o wysokim potencjale innowacyjnym zbyt często przeznaczane są na przedsięwzięcia o znikomym znaczeniu dla gospodarki” – krytycznie zauważa NIK.
Kontrolerzy wyraźnie się czepiają. A niby dlaczego w Polsce miałoby się przeznaczać duże pieniądze na „projekty o wysokim potencjale innowacyjnym”? Żeby je zmarnować?
Przecież takie autentycznie innowacyjne projekty mogłyby nie wypalić, za uzyskane pieniądze niczego nie udałoby się stworzyć, byłyby pretensje i zarzuty o niegospodarność. Lepiej więc wydać tę kasę na coś co na pewno się uda, jak wspomniany szlak konny czy wyposażenie dyskoteki. Wtedy nikt nie będzie mieć o nic pretensji.
Tak więc kryteria wyboru projektów do dofinansowania nie zapewniają w Polsce promocji najbardziej innowacyjnych projektów.
Programy nie preferują unikalnych produktów lub technologii, czy wyższej konkurencyjności. NIK zaobserwował to na przykład w procedurze oceny wniosków – np. w jednym z innowacyjnych jakoby programów, za spełnienie kryterium „innowacyjność” wniosek mógł otrzymać maksymalnie 4 punkty na 74 możliwych do uzyskania.
Średnio w tzw. innowacyjnych projektach waga samej innowacyjności stanowi tylko od 8 do 40 proc. ogólnej punktacji. Jak zarzuca NIK, nie weryfikowano deklaracji wnioskodawców o rodzaju i skali proponowanych innowacji. Procedury oceny wniosków nie były w pełni transparentne, w niektórych konkursach nie wskazano jednoznacznych kryteriów ocen.
W rezultacie, rzekomo innowacyjne projekty odznaczały się znacznie niższą skalą innowacji niż wynikałoby to z dokumentacji.
W wyniku takiej polityki, nasz kraj wciąż – mimo pokaźnych nakładów finansowych i specjalnych programów wsparcia – jest na dalekich pozycjach we wspomnianych rankingach innowacyjności, zaś nasza gospodarka rozwija się nie dzięki cennym pomysłom lecz w wyniku w miarę sprawnego wykonywania tego co wymyślają inni.

 

W pułapce średniego wzrostu

Główne przyczyny słabości polskiej innowacyjności od lat są takie same – brak przemyślanej strategii, źle skonstruowane programy wsparcia, które nie promują najbardziej nowatorskich projektów, brak zaangażowania w rozwój autentycznej innowacyjności, na której nikomu nie zależy.
Liczy się za to innowacyjność pozorna, bo to dzięki niej można efektywnie przepompowywać pieniądze podatników do prywatnych kieszeni. Zyskują też przedsiębiorstwa, których projekty zakwalifikowały się do programów wsparcia – poprawia się ich kondycja ekonomiczna oraz wzrasta produkcja. A że nie nie jest to produkcja czegokolwiek innowacyjnego, to cóż z tego?
I właśnie dlatego w Polsce nie udaje się stworzenie i wypromowanie jakichkolwiek projektów o nowatorskim charakterze, czy wykreowanie produktów będących marką polskiej gospodarki.
Ekonomiści oceniają, że innowacje oraz badania i rozwój stanowią jedne z najważniejszych elementów budujących konkurencyjność nowoczesnych gospodarek. Szczególne znaczenie mają one dla krajów takich jak Polska, zagrożonych tzw. pułapką średniego wzrostu – czyli tym, że po wykorzystaniu aktualnego potencjału produkcyjnego i efektu tańszej siły roboczej, nie będzie już innych możliwości rozwojowych.
U nas tak się już dzieje – wiadomo, że w kolejnych latach polska gospodarka będzie rozwijać się wolniej. Lekarstwem na to mogą być właśnie innowacje – nowoczesne wyroby i usługi podbijające rynki i zdobywające klientów. W Polsce jednak brak takich wyrobów i usług. Tymczasem w krajach rozwiniętych aż dwie trzecie wzrostu gospodarczego łączy się z wprowadzaniem i wykorzystaniem innowacji.

 

Umiemy wydawać cudze

Według danych rządowych, jakiekolwiek działania innowacyjne w Polsce są prowadzone przede wszystkim w dużych firmach i przede wszystkim dzięki wsparciu państwa.
Jak wykazała kontrola NIK, przedsiębiorcy w zdecydowanej większości przypadków rezygnowali z realizacji innowacyjnych projektów, gdy nie otrzymali publicznego wsparcia. Świadczy to tylko o ich rozsądku: nie chcieli topić własnych pieniędzy w czymś niepewnym i zagrożonym klapą. Pieniądze państwowe to co innego…
Wydawanie pieniędzy publicznych jest u nas dobrze rozwinięte i funkcjonuje bez zarzutu. Jak stwierdziła NIK, „rozdysponowanie środków na badania, innowacje i rozwój następuje sprawnie i należy ocenić je bardzo pozytywnie”.
O tak, nasi urzędnicy i przedsiębiorcy doskonale sobie radzą z szybkim wydawaniem cudzych pieniędzy. Innowacyjne efekty tych wydatków są wprawdzie niezauważalne, ale w końcu nie wymagajmy zbyt wiele.